All language subtitles for Mondo.Cane.1962.1080p.BluRay.x265.hevc.10bit.AAC.2.0.dual-HeVK

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic Download
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French Download
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German Download
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian Download
ja Japanese Download
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish Download
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal) Download
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish Download
es-419 Spanish (Latin American) Download
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish Download
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese Download
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Autor napisów - nieznany AutoSynchro napisów do tej wersji - https://subsync.online

PIESKI ŚWIAT

"...odłożyłem wiele ze swoich ważnych zajęć aby być tu z wami,

aby wspomnieć i uświęcić jedno z wielu dzieci tej hojnej ziemi

które wydała dla świata kultury i sztuki...

Rudolfa Guglielmi, syna tej ziemi... "Jesteśmy w Castellaneta,

w prowincji Taranto, gdzie pan Semeraro,

minister kultury, oddaje cześć

honorowego obywatela Rudolfa Guglielmi syna Giovanni i Gabrieli Barbi

urodzonego tu dnia 6 maja 1895, zmarłego w Ameryce dnia 15 sierpnia 1926.

"...Ale jego upór i jego energiczna natura,

zwyciężyły i przyciągnęły uwagę ludzi przemysłu filmowego

wtedy właśnie zaczynającego swój rozwój.

...jego ścieżka nie była usłana różami,

ale była ciernista, jak wielu z nich.

Włoskim aktorom dawano najbardziej niewdzięczne role:

chuliganów, złych facetów, ludzi do wyeliminowania."

W Castellaneta, wspólnocie składającej się z kilku rodzin,

wszyscy są skoligaceni. Wiele krwi Guglielmich płynie w tym tłumie

bliższych i dalszych krewnych wielkiego aktora.

Między nimi możemy łatwo znaleźć jakieś prawdziwe podobieństwo

z pamiętnym Rudolfem, do którego pałały miłością kobiety połowy świata.

"I jestem teraz dumny, mogąc powtórzyć opinię wyrażoną o Valentino podczas jego podróży do Włoch..."

Od 30 lat, młodzi mężczyźni z Castellaneta czekają

aby przemysł filmowy odkrył między nimi spadkobiercę wielkiego Nieboszczyka.

W końcu, dziś wieczorem światła się zapalają.

Kamery zaczynają szumieć. Wiele zaniepokojonych oczu spogląda w soczeweki.

Tak, w tym małym prowincjonalnym mieście Apulia, gdzie ziemia nie jest hojna,

a możliwości zaoferowane przez przemysł filmowy wydają się więcej warte niż to co zaoferowała reforma rolna.

Noc w Castellaneta pachnie bardziej jak brylantyna niż jak dojrzałe zbiory.

I to jest sen młodych, zachwyconych słodkim rytmem tanga.

Ale niestety to w Rossano Brazzinim, Rudolfo Valentino znalazł swego spadkobiercę już dawno temu.

To on dzisiaj kontynuuje w Ameryce mit Valentino - włoskiego kochanka.

Jest tym typem umięśnionego faceta za jakich od trzydziestu lat

tysiące amerykańskich kobiet uważa Włochów.

Biedny Brazzi! Spójrzcie co mu się stało gdy wszedł do dużego domu towarowego

aby przymierzyć koszule w celach reklamowych.

Ale jeśli amerykańskie kobiety chcą czegoś na poważnie, to wtedy nie żartują.

Wiesz czego one chciały od tego opalonego Rossano Brazzi?

Cóż, pewne jest, że raczej nie jego autografu.

Na wschód od Nowej Gwinei, leży archipelag Trobriand.

A to jest Kiriwina, największa jego wyspa,

otoczona przez senne plaże i prawdopodobnie najpiękniejszy koralowy ocean na świecie.

Tu słońce świeci wiecznie, ziemia jest hojna i nikt nie pracuje.

W konsekwencji, ogólny nastrój wygląda na całkiem sielski.

Tutejsze kobiety, atrakcyjne i beztroskie praktykują od wieków

pewien sport, ten sam co wszędzie, który tu jest także bardzo popularny: Polowanie na mężczyznę.

Ten sport uczynił je tak sławnymi w świecie, że dzisiaj

nie ma poważanego antropologa który nie wskazywał by tego archipelagu

jako jednego z niewielu miejsc w świecie gdzie kobiety nadal praktykują poligamię.

Jak widać, nawet w Kiriwina, reguły gry pozostają niezmienne.

Mężczyzna gdy już schwytany, demokratycznie jest sprawdzany co do zdrowia i sprawności przez całą wspólnotę.

Z być może jedyną różnicą, że tu, nie ma zwyczaju aby drzeć jego koszulę.

A mężczyzna? Żaden problem. Tu jak, gdzie indziej

mężczyzna jest sprytny i wie, jak trzymać się z dala od niebezpieczeństw.

Niestety, mężczyzna z Trobriand, gdy przestraszy się, może popełnić pomyłkę

i wspiąć się na coś, gdzie prędzej czy później,

będzie schwytany i zmuszony do poddania się, tak czy inaczej.

Ponieważ jak łatwo zauważyć, polowanie na mężczyznę jest sportem, więc ma wiele analogii na całym świecie.

Jak inne, te kobiety praktykują polowanie wyłącznie jako sport, na otwartym powietrzu i z nagim biustem.

Ale to jest jedyna różnica.

Podobnie jak na Rivierze, regionie słynącym z uciech,

polowanie na mężczyzn jest praktykowane na otwartym powietrzu i z nagim biustem, podobnie jeżeli nie dosłownie tak samo.

Dziecko tej kobiety zmarło.

Teraz musi zaopiekować się małą świnką której matka zdechła. Takie jest prawo u Cimbus,

w sercu Nowej Gwinei.

To jest nadal miejsce na tej ziemi gdzie nie ma żadnej różnicy

między życiem dziecka i tamtejszej świni.

Pod ogromnym niebem, w wysokich górach

które wydają się podnosić ziemię do źródła światła, mężczyźni żyją w kręgu ciemności.

Ziemia nadal leżąc ugorem bez wiedzy o sekretach pługa i nasion,

nie jest hojna. To jest Królestwo Głodu.

Wielu tych mężczyzn jadło ludzkie mięso,

które kiedyś było zwykłym jedzeniem ich przodków.

Plemię zebrało się we wsi gdzie właśnie ma zacząć się ogólne świętowanie.

Które, zgodnie z tradycją narzuconą przez ubóstwo, zdarza się raz na 5 lat.

Święto gwałtownego karnawału, podczas którego, przez 3 dni i 3 nocy, pochłaniają mięso, dopóki nie spuchną.

Wkrótce setki świń, jedynego bogactwa jaki zgromadzili przez wiele lat głodu,

będą zabite i pożarte w kilka godzin. A potem wszyscy wrócą do długiego poszczenia.

To będzie trwać pięć, może więcej strasznych lat zanim ocaleni od głodu wrócą, by świętować

trzy dni ucztowania, ubierając się w pióra rajskich ptaków.

Gotowanie świń jest prawdopodobnie brutalniejsze niż ich zabijanie.

Pieczenie świni jest niedokładne, podsmażone to tu i tam.

Martwe zwierzęta nadal mają swe jelita pełne odchodów.

Ale krajowcy nie dbają o takie formalności.

Głódni nie mogą doczekać się na wielki moment kiedy szczepowi szefowie ogłoszą

że w końcu, po 5 latach czekania, posiłek jest gotowy.

Ktoś tu pomyślał o dzieciach, i zrezygnował z jedzenia pęcherzy.

Być może piłka nożna jest również instynktem tak samo starym jak głód.

Tu także, wolno szefom zjeść tak dużo jak zechcą.

I robią to nie wyglądając na głodnych,

ponieważ są przykładem dobrych manier przy jedzeniu.

Tak jak wodzowie, psy są także specjalne traktowanie.

To jest być może jakiś rodzaj delikatnego uczucia, coś niespodziewanego wśród tej ilości okrucieństw.

Bylibyśmy szczęśliwi gdyby tak było.

Ale być może, to są tylko psy szefów.

Wtedy nie odkrylibyśmy niczego nowego.

Ale kraj gdzie współczucie dla psów

wychodzi poza ograniczoną ludzką wyobraźnię jest Ameryka.

Jesteśmy na psim cmentarzu Pasadeny, w okręgu Los Angeles.

Tym samym, nad którym zachwycała się, sławna książka Evelyn Waugh.

Dziś jest jeden z tych wietrznych i bezsłonecznych dni kiedy niebo Kalifornii

przyjmuje barwę rozpaczy.

Tutaj, mając w pamięci, wszystkich tych co odeszli,

do szczęścia wiecznego, a miejsce jest do tego tak patetyczne,

że moglibyśmy uronić łzę lub dwie nad małymi grobami tych czcigodnych stworzeń.

Posród ich martwych przodków, te psy zachowują się

według ludzkich standardów lekceważąco.

A może odwrotnie, to dla psich oczu

ludzkie zachowanie wydaje się być niezrozumiałe.

W Taipei, na wyspie Formoza, psy przyciągają inny rodzaj uwagi.

Są wybierane, hodowane z ekstremalną troską, tuczone i zostają ugotowane

według starych i złożonych receptur, dla radości dużej społeczności smakoszy.

Takie restauracje, gdzie klienci mogą bezpośrednio wybrać z klatki najapetyczniejsze zwierzę domowe,

są nadzwyczaj popularne w całych Chinach.

W tym rejonie świata, ludzie bardzo lubią jamniki, pudle, boksery,

ale najbardziej preferują rodzime chow-chow,

Te bardzo miłe psy również są cenione dla ich inteligencji i wierności.

W Rzymie, kiedy zbliża się Wielkanoc, setki i tysiące piskląt

jest zanurzane w kolorowej kąpieli i zamykane się do nagrzanego

do 50 stopni piekarnika.

Są wybierane, testowane i farbowane na wiele kolorów,

i przygotowywane do zamknięcia w pisankach. Z góry jest niestety wiadome, że z każdych 100 piskląt

w wyniku takiego traktowania, około 70 staje się ofiarą

jakiegoś nieprzyjemnego wypadku.

W Strasburgu, znanym jako stolica wątróbki gras,

ponad pół miliona gęsi przechodzi każdego roku ten rodzaj traktowania.

Ich wątroba, aby wyrosnąć i stać się tłustszą i osiągnąć właściwą wagę,

wymaga intensywnego odżywiania. I tak każdego dnia, wyspecjalizowani pracownicy wypychają je

delikatnie, taką dużą ilością jedzenia, że nawet najbardziej żarłoczna gęś,

bez przymusu, nie byłaby zdolna strawić go w ciagu jednego tygodnia.

Jeszcze 2 lata temu, aby zapobiec by gęsi nie gubiły zbyt wielu kalorii, miały przybijne łapy do deski.

Ale teraz, dzięki tym bardzo małym klatkom, a najbardziej ze wszystkiego, dzięki napychaczkom,

możemy uzyskać tą samą ilość wątróbki gras przy bardziej ludzkim i cywilizowanym traktowaniu.

W Japonii, około 500 mil od Tokio, jest najbardziej na świecie wyszukana hodowla bydła.

Przez osiem godzin dziennie ci doświadczeni masażyści

troszczą się o byki po to by zmiękczyć ich ciało.

Dodatkowo, każdy byk otrzymuje sześć litrów piwa dziennie aby przyspieszyć proces tuczenia.

Piwo jest podawane zwierzętom bezpośrednio z butelek, aby uchronić

napój od utraty jego tuczących właściwości.

Wszystkie steki pochodzące od tych byków trafiają tylko do trzech lub czterech wyspecjalizowanych restauracji

w Tokio i Nowym Jorku.

Kosztują one w przybliżeniu 7000 lirów za kilogram.

Tu, gdzie picie piwa jest nieznane, do tuczenia używa się tapioki,

Jej skrobia, ma mniej więcej tyle samo kalorii co ziemniaki.

Jesteśmy na Tabar, największej wyspie Archipelagu Bismarcka,

gdzie według tradycji, te najbardziej piękne kobiety plemienia

są zamykane w mocnych klatkach podobnych do tych jakie widzieliśmy Strasburgu, a używanych do tuczenia gęsi.

Tym pięknościom podaje się tapiokę aż osiągną co najmniej 120 kilogramów.

Wtedy będą przeznaczone na żony dla wodza wsi, Utame Alunda,

sławnego na całym wyspach ze swojej wielkiej władzy i osobowości.

Proces tuczący trwa od 3 do 6 miesięcy, tymczasem Utame Alunda nie pozostawał bezczynny.

To jest kilka jego najnowszych dzieci, które lubi pokazywać cudzoziemcom w tym tańcu,

jako dowód swej męskości.

To jest jego ostatnia współmałżonka: ośmioro dzieci i stu trzydzieści kilo.

To zaś jest jego ulubiona żona: dziesięcioro dzieci i 150 kilo.

A oto i sam wielki Alunda: 27 dzieci i 34 kilo wagi.

Amerykańska kobieta na odwrót, jeżeli chce znaleść kochanka, musi stracić na wadze.

Jesteśmy w Los Angeles, w jednej spośród wielu sal gimnastycznych Vic Tanny,

słynnych siłowni specjalizujących się w kobiecym fitness.

Przychodzą tu setki amerykańskich kobiet aby spędzić czas ich kolejnego wdowieństwa,

wyeliminować nadwagę zyskaną podczas ich ostatniego małżeństwa

i wygrać z prawem ciążenia, czekając na następny nieunikniony ślub.

Z powodu stałego napływu i finansowej wagi swoich kientów, Vic Tanny

jest mocnym i prosperującym przedsiębiorstwem. To konieczny przystanek dla Amerykanek

w długiej podróży do małżeństwa. Następny pociąg do kolejnych miesiący miodowych odchodzi właśnie stąd.

Pociąg, z gwizdami, wdychaniem, dmuchaniem, potem, szarpaniem, a potem hamulce i znów przystanek tutaj.

W Hongkongu, gdzie trudno przytyć, krąży około dwóch milionów głodnych Chińczyków

po lokalnych bazarach, gdzie za 100 lirów za kilogram, można wybierać z

krokodyli, ropuch, węży, żółwi wodnych, jaszczurek, itd itd.

Ceny, pomimo wielkiego wyboru, ogólnie są uważne za wysokie.

W Nowym Jorku natomiast dla ludzi chcących wydać duże pieniądze, jest Kolonia,

jedena z najdroższych i najbardziej wyszukanych restauracji w świecie.

Kiedy przeciętny Amerykanin, aby przeżyć, musi zadowolić się zwykłym stekiem,

tu, bogaci Amerykanie mogą w pełni zakosztować swojej bonanzy.

Smażone mrówki, faszerowane karaluchy, jaja motyli, larwy, robaki, grzechotniki, szczury piżmowe, itd itd.

Większość klientów Kolonii to sławni na arenie międzynarodowej smakosze: politycy, dyplomaci, magnaci handlowi,

hierarchia kościelna, arystokracja, itd, itd.

Koszty lekkiego śniadania to jakieś 20 dolarów, czyli około 12000 lirów.

Ale zważając na wyjątkową rzadkość i smak jedzenia, przyjmuje się, że cena jest korzystna.

Otworzenie takiego sklepu jak ten w Singapurze, gdzie wąż

jest narodowym daniem, jest zawsze kłopotliwe.

Malezyjscy klienci są bardzo wymagający i zanim się zdecydują co kupić, zawsze drobiazgowo przebierają.

Aby naprawdę być smacznymi, węże muszą mieć niezliczone cechy:

wagę, długość, kolor, wiek, skórę, szczególną porę roku dla każdej rasy, itd, itd.

Malezyjczyk, który wie to wszystko, jak tylko on to potrafi wybiera swojego węża, nie gubiąc go z oczu ani na chwilę.

Jest szacowane, że ze 100 sprzedanych węży, co najmniej 50 jest odrzucanych jako całkowicie niejadalne

i regularnie są one wysyłane do amerykańskich i europejscy smakoszy.

Jest mała wieś w Abbruzzi gdzie węże są częścią

starej i świętej tradycji.

W Cucullo, w dniu świętego Dominika, posąg świętego jest przenoszony w procesji.

Zaś wyznawcy idą za nim z rękami pełnymi tych nieszkodliwych stworzeń.

W starożytnych czasach, jako głosi legenda, doliny tego regionu były zatrzęsione żmijami

które święty, za władzą jego miłości, uczynił nieszkodliwymi przez pozbawianie ich trucizny.

Poza pogańskimi aspektami i niezwykłym folklorem,

uroczystość przejawia starożytny i głęboki sens wiary w dobroć.

Nazwa tej wsi brzmi Nocera Tirinese, w regionie Calabria.

Dzień to Wielki Piątek,

i policja próbuje na próżno dopilnować przestrzegania prośby duchownego.

Próbuje on od kilku lat przekonać wyznawców, by zaniechali rytuału, "battienti".

"Battienti" jest uświęconą przez wieki tradycją, której pochodzenie jest niejasne.

W każdy Wielki Piątek, ci ludzie kaleczą sobie nogi

używając drewnianych desek pełnych kawałków szkła

idąc w kilkugodzinnej procesji z krucyfiksem.

Nocera Tirinese jest małą, zapadłą wsią w Calabrii.

W ten sposób chcą samodzielnie przeżyć to samo co czuł biczowany Chrystus.

Te dziewczyny, wszystkie między 16 a 20 rokiem życia, paradujące na ulicach Sydney,

należą do Dziewczęcego Stowarzyszenia Ratowników, to znaczy są to dziewczyny, które ratują ludzi

którzy właśnie mają utonąć w Oceanie Spokojnym.

W ten sposób teraz Australijczycy mają dwie Armie: sławną Armię Zbawienia,

której celem było ratowanie dusz i tą tutaj, której celem jest ratowanie ciała.

Ale aby uniknąć nieprzyjemnych nieporozumień, dwóm armiom dano inne uniformy.

Dzisiaj Stowarzyszenie świętuje na Manley Beach dziesięciolecie istnienia i organizuje duży pokaz.

Oczywiście w tych okolicznościach akcje ratunkowe są symulowane,

więc jakieś odniesienia do naprawdę tonących ludzi są czysto przypadkowe.

Ale najbardziej interesującą fazą ratowania jest niewątpliwie metoda usta-usta,

sędziowie ocenili bardzo wysoko skuteczność i poprawę samopoczucia u wszystkich ratowanych.

Na tych plażach, praktyczne znaczenie ratowników jest bezsporne.

Ocean jest podstępny a młodzi Australijczycy stają się z każdym dniem coraz bardziej lekkomyślni.

Przez 4 dni ten długi strumień małych białych płatków prowadzi nas do naszej następnej przygody.

To migrujące motyle, zabite przez radioaktywność tych wód.

Jesteśmy na Oceanie Spokojnym, kilka mil od atolu Bikini.

Dziesięć lat temu, po eksplozji ostatniej amerykańskiej bomby wodorowej,

kilka gatunków ptaków, które pozostawały w swoich podziemnych gniazdach tylko podczas wysiadywania,

nauczyło się, że jeżeli chcą przeżyć, to muszą w nich dłużej pozostawać.

Taki instynkt, wywołany przez długo wspominane wydarzenie, został transmitowany do następnych pokoleń.

I teraz te ptaki, wolą być schwytane, niż wyjść ze swoich jam.

Ale to jest tylko jedena oznaka dramatycznych zmian wśród fauny na tym archipelagu.

Wszędzie zwierzęta wydają się nie ufać ich naturalnemu środowisku.

Nawet pewna ryba, jak ten właśnie okaz, które może zwykle wyjść z wody

tylko na bardzo krótki czas, nie tylko nauczyła się opuszczać zanieczyszczony i radioaktywny ocean na wiele godzin dziennie,

ale nawet migrować na szczyty drzew.

Tysiące jajek, które nigdy nie wylęgły się, pokryły powierzchnię atoli.

To są jajka mew morskich i innych ptaków. Sterylne jajka, które umarły zanim nawet zostaly złożene.

Te morskie ptaki odlatują by szukać pożywienia,

ale każdej nocy nadal wracają, by je wysiadywać.

Atom zabił nasienie życia w zarodku.

Atomowe zanieczyszczenia jeszcze tragiczniej,

zniszczyły zmysł orientacji żółwi morskich.

Zmęczony i zagubiony, coraz częściej wychodzą z morza, na ląd,

gdzie zginią od gorąca i znużenia.

Jakieś jajka ptaków wylęgły się na tej wyspie i pisklęta oglądają agonię żółwia wodnego w zdumieniu.

Żółw wodny, jak w mirażu, wierzy, że wraca do morza.

Setki żółwi wodnych umiera każdego dnia w tym gorącym pustynnym piasku.

Gniazdo ptaków wewnątrz dużych szkieletów. Pisklę szuka jakiegoś mięsa między kośćmi.

Krajowcy z malajskich wysp chowają swoich zmarłych na tym ogromnym podwodnym cmentarzu.

Ich religia uczy że morze oczyszcza ciała

i uwalnia ich od grzechów.

Tylko podczas dnia te wody są puste i ciche. W nocy rekiny ruszają, by wykonać

swe niszczące dzieło.

Zostawiają tylko kości, które przyjaciele i rodzina zmarłego układają,

z makabryczną pieczołowitością, między dziwacznymi koralowymi gałęziami.

W tych wodach rekiny wybrzeża malajskiego uczone są, jak pożywiać się

ludzkim ciałem i zostają ludojadami.

Łapanie ludojadów jest jedynym zajęciem w Raiputh, wsi na malajskim wybrzeżu.

Rybacy którzy zostali kalekami od ukąszenia rekinów suszą na plaży ułożone w stosy płetwy.

Będą one sprzedane do bogatych chińskich społeczności, gdzie uważa się, że mają silne działanie pobudzające.

Każdego dnia w Raiputh, jakiś rybak nie wraca, lub wraca w takim stanie.

Ale wieś jest biedna a Chińczycy płacą dobrze za ich straty. Więc ofiary składa się nadal.

Jedynym ujściem dla rozpaczy i bólu jest zemsta.

Dzisiaj była kolejna ofiara. W tych wodach, 12-letni chłopiec został pożarty przez rekina.

Dzisiaj rybacy z Raiputh wypuszczą zdobycz. Oddadzą morzu ją z trującym ukwiałem wciśniętym w gardło.

Rekin pocierpi co najmniej przez tydzień zanim umrze.

W rzymskim cmentarzu kapucynów, śmierci dano zadanie dekoracyjne.

Kilka wieków temu, być może mnisi chcieli nadać temu miejscu sens nieśmiertelności.

Pomimo makabrycznego efektu, ich dzieło ukazuje

pewnien zmysł piękna, które zawsze jest motywowane miłością.

Miłością, która przetrwa śmierć, i śmiercią, którą przeżyje miłość.

Wciąż jesteśmy w Rzymie, na wyspie Tiberina, braterstwo "Czewrwonych Płaszczy"

kontynuuje swoją misję.

Braterstwo "Czewrwonych Płaszczy" powstało około 1600 r. z inicjatywy

pewnych Rzymian, podczas epidemii chcących pochować porzucone ciała

biednych i bezimiennych.

Teraz, po tylu wiekach, "Czewrwone Płaszcze" nadal opiekują się ich śmiertelnymi szczątkami,

tym jedynym ale wymownym dowódem dawnego współczucia.

Ochrona kości przed niszczącym działaniem czasu jest zadaniem kilku miejscowych rodzin,

które gromadzią się tu raz na tydzień w piątki, aby pracować i modlić się.

A teraz jak ci Niemcy z Hamburga, utopmy pamięć o tych cmentarzach w piwie.

Zamiast skupiać się na kulcie śmierci, w tej wesołej niemieckiej piwiarni na Repabahm Strasse,

nasza uwaga kieruje się do kultowi życia.

Życia jako szczęścia z bycia żywym, wolności ducha, sprawności, fizycznego zdrowia,

bycia społecznego, pokojowości, zapomnienia i nieświadomości.

Ale najbardziej ze wszystkiego z kompletnego niepamiętania i braku jakichkolwiek myśli o śmierci.

Kto powiedział, "Pij piwo a dożyjesz do setki"?

Japończycy w Tokio, po bardzo upojnej nocy, chodzą prosto tutaj, by wrócić do formy.

To jest Tokio Onsen, prawdziwa stacja obsługowa myjąca i masująca Japończyków, którzy popili w poprzednią noc.

Perfekcyjne działanie przedsiębiorstwa zależy od około stu dziewczyn w szortach i stanikach,

więc ci panowie, oprócz tortur, mogą przy okazji komfortowo pooglądać ponętne widoki.

Zgodnie z japońskim zwyczajem, klienci powinni być nadzy.

Przykryliśmy ich by być w zgodzie z naszymi kulturowymi zwyczajami.

Japonia jest najprawdopodobniej najczystszym krajem na świecie.

Rytuały kąpieli i masażu są tak stare jak jego cywilizacja.

W Tokio, mieście liczącym 10 milionów ludźmi, 6 milionów kobiet

nachyla się każdego dnia nad 4 milionami mężczyzn... rozpieszczając, pochlebiając, służąc i masując,

aby uczynić ich życie przyjemniejszym, zgodnie ze starą, zachwycającą tradycją.

Tak więc, japońscy mężczyźni, z każdym calem z ich wypielęgnowanego ciała,

bez najmniejszego osobistego wysiłku, mogą spróbować niebiańskiego relaksu

który ich bóg przyzna tylko im w życiu pozagrobowym.

Chińczycy także oddają siebie w ręce kobiet w dniu ich ostatniego makijażu.

Powierzają ich uwodzicielskim sztukom swój niepewny los, który ma właśnie nadejść.

Budda jest kapryśnym bogiem, bardzo wrażliwym

i kiedy on otwiera bramy rozkwitającego ogrodu, interesuje się bardziej wyglądem niż cnotami umarłych.

Oto pogrzeb bogatego Chińczyka w świątyni miasta Macao.

Przyjaciele przynoszą jedzenie do jego ołtarza, więc może on pożywić się podczas swej długiej podróży.

Potem kłaniają się przed lamentującą rodziną.

W kącie, kobieta pali jego pieniądze, które tylko tą drogą, będą mogły podążyć za nim do nieba,

by zachował tam to co dla każdego Chińczyka jest najwyższym dobrem tego życia i przyszłego: Bogactwo.

Spadkobiercy toną we łzach podczas tej smutnej uroczystości.

Nie tylko tu w Singapurze, ale w całej Malezji, Chińczycy reprezentują ponad 1/3 populacji.

Nigdy nie są zmęczeni opanowywując tysiąc sposobów robienia pieniędzy, są nie mniej jednak słynni ze swego fizycznego lenistwa.

Nie pływają, nie biegają, nie skakają ani nie graja w piłke nożną.

Jako Chińczycy nie marnują swoich pieniędzy, i w podobny sposób nie marnują też swojej energii,

której wolą użyć przy stole lub w łóżku.

Między przekąskami, Chińczycy znajdą czas, by napełnić swe domy dziećmi,

legalnymi i nieprawymi. To gwarantuje duże grono podczas urodzin, by je świętować obfitymi posiłkami.

Chińczycy świętują wszystko jedzeniem: religijne i narodowe dni wolne od pracy,

interesy, niepowodzenie konkurenta, odwrócenie niebezpieczeństwa, narodziny i nawet śmierć.

Tu nam nie wolno fotografować. Musieliśmy wykorzystać sytuację do pokazania Wam singapurskiego "domu śmierci".

Wszyscy śmiertelnie chorzy kończą tu, w tym tragicznym hotelu dla umierających.

Chińskie domy, pełne dzieci, nie mają żadnego miejsca dla nich.

W dole ulicy, ich krewni, zrelaksowani i pewni czekają na ich pogrzeb.

Jeżeli nie umierasz szybko, śpiewają Chińczycy, nasz smaczny obiad robi się zimny.

Jeżeli widzą że jesz, powiadają Chińczycy, inni także stają się głodni.

Śmierć spóźnia się, więc Chińczycy przebłagają bogów tańcem.

Ameryka jest domem śmierci dla samochodów.

W Kaliforni giną trzy z nich co 2 godziny. Zostają pochowane w tych cmentarzach,

ale ich resztki nie będą spoczywały wiecznie.

Zgniecione dla oszczedności przestrzeni, tysiące Fordów, Chevroletów, Chryslerów, Oldsmobilów,

Cadillaców, Lincolnów, Buicków, nie potrzebują już napraw. Ale one nie są jeszcze na końcu swego przeznaczenia.

Wkrótce będą wysłane do wielkich europejskiech fabryk samochodów,

gdzie nowoczesna mechaniczna reinkarnacja przywróci je z powrotem do życia jako samochody, z nową, skromniejszą nazwą: "samochód używany".

Sprostowanie: Nie wszystkie wrócą jako samochody. W Paryżu, w jednym z najlepszych, nowoczesnych i modnych sklepów ze sztuką,

rozpoznaliśmy resztkę starego Forda, której nazwa została zmieniona na czarujące: "Duch Karoserii", "Duch Podwozia".

Cena: Pół miliona franków.

Czeski malarz Yves Klein jest gotowy. Muzyka przyprawiła go o pobudzający dreszcz.

Te modelki, pokrywając siebie farbą, są ludzkimi pędzlami, które Klein wkrótce użyje

aby zamienić swoją twórczą gorączkę w sztukę.

Mogłeś domyślić się już pewnie, że ulubionym kolorem Kleina jest niebieski.

Ponadto, niebieska jest jego jedyna forma, jego jedyny kolor.

Niebieskie jak jego obrazy, które sprzedają się jak świeże bułeczki w Paryżu. Niebieskie jest cudo, do którego nasz aparat fotograficzny zbliża się, a który najczcigodniejsi krytycy uważają za największe

arcydzieło Kleina, a którego dominujący kolor - jako koneser możesz domyślić się - może być tylko niebieski.

Kapiące niebieskie, ludzkie pędzle zostawiają swe odciski na płótnie,

podczas gdy Klein kieruje nimi z daleka, z energią swego twórczego geniuszu.

Dzieło, którego tworzeniu mieliśmy przywilej sie przyjrzeć we wszystkich fazach jego powstawania, jest na sprzedaż za jedyne 4 miliony franków.

W poszukiwaniu tropikalnych, imponujących wrażeń i malowniczych aspektów prymitywnego życia,

trzy tysiące amerykańscy turystów przybywa właśnie do Honolulu. Tęsknota do romantycznych doświadczeń

i chęć aby stanąć wobec niespodziewanych przygód, powodują że razem z "Hawajskim Biurem Podróży" ,

za jedyne 4000 dolarow z podatkiem, które zorganizowało dla nich 10 dni "bardzo ekscytującego urlopu" ,

jak to jest rozreklamowane w broszurze, jadą na wakacje do "raju tropikalnego tańca i miłości".

Reklama Hawajskiego Biura Podróży zawarta w długim i szczegółowym program mówi, że

uroczystość lądowania będzie mieć miejsce w uroczej hawajskiej atmosferze

i zgodnie z romantycznymi zwyczajami tej wyspy miłości.

Dlatego zarząd przedsiębiorstwa uprasza miłe panie aby nie były zazdrosne o niewinne

gesty wspaniałych hawajskich dziewczyn kierowanych do ich mężów.

Wkrótce potem, fotograf przedsiębiorstwa, dostarcza turystom pamiątki z przyjazdu na których są, zgodnie z programem,

uśmiechy i kwiaty, które wspaniałe hawajskie dziewczyny zakładają gościom zadziwionym z ich wspaniałomyślności.

Spiker teraz informuje turystów o głównych zwyczajach tego tropikalnego raju.

Mówi: "Panie i panowie, macie szczęście, i przywilej by odwiedzić

tę wyspę zanim będzie za późno. Piękne kobiety, które dają Wam

ten uroczy występ są ostatnimi przedstawicielami rasy, który znika.

Szkoda, że nie możecie zrozumieć ich bardzo słodkiego języka." One śpiewają: "Witaj, witaj, silny i przystojny biały mężczyzno.

Witaj, witaj, uwodzicielskia i piękna biała kobieto.

Naucz mnie sekretów swojej elegancji i pomóż uwieść swoich mężczyzn.

Nauczę Cię sekretów moich tańców. Posiądź je. Chodź, chodź nauczyć się Hula.

To, panie i panowie, jest Hula. Myślicie, że to jest zbyt trudne? Oczywiście, panie i panowie, ale nic nie jest niemożliwe jak zwykł mawiać Abraham Lincoln.

Popatrzcie na tę tancerkę. Ona jest najlepsza na wyspie. Ale, panie i panowie, gdy była dzieckiem, została zaatakowana przez polio

i wiecie, co wróciło władzę do jej biednych kalekich nóg? Hula, panie i panowie. Hula i jej siła woli."

Posłuchali, zaklaskali, pobawili się i ruszyli punktualnie dalej, ponieważ tak zostało napisane w programie.

I skoro już program przewiduje lekcję Hula, więc idą uczyć się Hula, cicho i potulnie.

Ci łatwowierni, zapracowani ludzie teraz uwierzą w Hula, w szczęście swoje i innych ludzi,

teraz, gdy mogą wydać trochę reszty ze swej krwawicy, przy pierwszych symptomach artretyzmu.

Nadal wierzą w ten tropikalny raj, którzy sami zniszczyli i gdzie jedynym prawdziwym miejscowym reliktem jest taniec, który zobaczyli.

Po sześciu godzinach ostrego, mordeczego treningu, Sierżant Rhuba Narcktitle staje się kobietą.

Sytuacja jest dość zawstydzająca, dla dzikiego wojownika, który tylko kilka lat temu, podczas wojny przeciwko

malezyjscy komunistom, ściął 36 partyzantów.

Ale dzisiaj jest święto narodowe i tradycja wymaga aby świętować go tańcem w stroju kobiecym.

Dzicy Gurkhas żyją w górach Nepalu. Od półtorej wieku, byli najemnikami angielskiego imperium.

Zgodnie z tradycją, w świętowaniu muszą wziąć udział wszyscy angielscy oficerowie, łącznie z ich głównodowodzącym.

Widząc ich w tej sytuacji, ubranych jak kobiety, nikt nie wierzyłby, że są najdzikszymi i najwierniejszymi żołnierzami w świecie.

Podczas ostatniej wojny, kiedy zostali schwytany przez Japończyków,

300 z nich wolało zostać ściętymi niż złamać swą obietnicę lojalności wobec Jej Brytyjskiego Majestatu.

Dzisiaj jest rocznica tego pamiętnego dnia i Gurkhas świętują to z wielką powagą.

Tym razem także, głowa byka spadła za jednym uderzeniem.

Honor batalionu został uratowany. Duch poległych żołnierzy Singapuru pozostanie w pokoju.

Angielscy oficerowie patrzą z satysfakcją.

Angielski pułkownik otacza głowy mistrzów białym papierem, symbolem siły, wierności i dzielności.

Około miesiąc później w Portugalii, kilka byków bierze zemstę przebijając i zabijając 4 ludzi oraz raniąc 18.

Jesteśmy w Vila Franca de Xira, gdzie ludzie wesoło świętują tradycyjny "Forcada".

Później na arenie, szacowni panowie dają dowód swej odwagi.

W tych górach regionu Garoka w Nowej Gwinei, leży granica między historią i prehistorią.

Tu znaleźliśmy ostatniego człowieka jaskiniowego, nadal uzbrojnego w maczugę.

Zpełnie nie znając metalu, żyją w niedostępnych jaskiniach góry ze swoimi kobietami i dziećmi, i są tak dzicy i podejrzliwi jak zwierzęta.

Nie wiedzieliśmy, jak zareagowaliby, gdyby zauważyli nasz aparat fotograficzny wycelowany w nich.

Bardziej niż przez aparat fotograficzny, te obrazy wydają się być zrobine przez jakiś ogromny teleskop wycelowany wstecz czasu.

Te zdjęcia mogłyby być cieniem, fotograficzną pamięcią wieku kamienia.

Dnia, chwili sprzed 4 lub 5 tysięcy lat.

Od tamtej pory nic szczególnego tu nie zdarzło się. Teraz jak w przeszłości, ich życie trwa dalej za wiecznym przewodem ich instynktu do

pracy, wypoczynku, płodzenia dzieci, kontaktów społecznych i uporządkowanego życia towarzyskiego.

50 mil na północ z tamtąd, są katolickie znaki misjyjne - wysunięta placówka cywilizacji.

Dwadziestu pięciu misjonarzy zostało zabitych w ostatnich latach aby dźwięk dzwonu mógł zbudzić,

przetaczając się przez te stare doliny, instynkt wiary.

Tutaj, po setkach wieków trwający w ciemnościach ludzie odkrywają

pierwszy raz, że jest wątpliwość, pytanie, na które oni sami nie mogą odpowiedzieć,

stan udręki, nieznanej dotychczas, której nie wywołuje głód lub pragnienie czy fizyczny ból, ale jednak boli, nie mniej niż rana.

Jest to udręka, która podąża za ludźmi, od początku do końca świata.

Ale oni nadal nie znają jej.

Dopiero wczoraj odkryli świat i siebie a dzisiaj już muszą uwierzyć,

mieć nadzieję, że będą lepsi w lepszym świecie.

Ale pewnego pięknego dnia, pierwotny mieszkaniec schodzi z gór

i zbliżając się do wybrzeża, jego świadomość musi pokonać sto wieków w kilka dni.

Tu, w bramach lotniska Port Moresby, gdzie kończy się dla aborygena podróż przez czas

i gdzie nie może znaleźć powodu istnienia tych wszystkich rzeczy dowiedział się, że szedł zbyt szybko.

"Kult Cargo" powstał niedawno. Jest to kult samolotów transportowych.

Wzdłuż długiej oceanicznej trasy pomiędzy Hongkongiem i Australią,

leci każdego dnia dziesiątki samolotów cargo, zatrzymując sie tu w Moresby,

Kult Cargo ma świątynie prawie wszędzie. Tu jest jedena z nich,

z ołtarzem zbudowanym na wysokości 3000 metrów. Mały samolot znajduje się na jednym końcu pasa.

Na drugim końcu jest wieża kontroli lotów. Krajowiec Rozo i plemię Mekeo

czekają na jakiś samolot, zwabiony do ich bambusowego aeroplanu, który wyląduje na ich pasie.

Dla nich samoloty pochodzą z nieba, wysłane przez ich przodków,

ale biali ludzie, ci sprytni złodzieje, zwabiają je i ściągają do swojej dużej pułapki w Port Moresby.

Zbuduj także swój port lotniczy, mówi nauka Kultu Cargo,

i czekaj z wiarą. Prędzej czy później twoi przodkowie dowiedzą się

o zdradzie i poprowadzą samoloty na twój pas. Wtedy będziesz bogaty i szczęśliwy.

Czekają bez ruchu, analizując niebo. Nie ma żadnego innego świata poza tymi górami,

a te duże ptaki, które lecą w górze, mogą tylko pochodzić z nieba.

W niebie, są tylko ich zmarli i tylko ich zmarli mogliby je zbudować.

Duchy zmarłych nie znają białych,

więc wszystkie te cudowne rzeczy zostały przyniesione przez samoloty wysłane do nich przez ich zmarłych przodków.

Zniszczyli swe wsie, porzucili swoją pracę, aby tu być,

nadal czekając z wiarą przy bramie do nieba.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.