Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
::Project HAVEN:: ::prezentuje::
Z PAMIĘTNIKA POŁOŻNEJ sezon IV, odcinek V
Tłumaczenie: titi
Płomienne lipcowe słońce było wyczekiwanym darem
dla zatłoczonych uliczek Poplar.
Wybielało bieliznę i przyciemniało skórę.
Słońce to zarówno lek i balsam.
Wzmacnia kości, duszę zmusza do śpiewu
i świat zdaje się wskrzeszony, czystszy
i pełen nowych możliwości.
Teraz lepiej?
Dobrze, Janice. Oddychaj.
Świetnie ci idzie.
NAUKA A ZDROWIE KLUCZ DO BIBLII
Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię twoje.
Przyjdź królestwo twoje...
Bardzo dobrze. Mamy już główkę.
- ...chleba naszego... - ...i wybacz naszym winowajcom...
Po dziesięć paluszków u rączek i nóżek
i ileż ma do powiedzenia!
Cześć, koteczku!
Panie Prendergast...
Gratuluję, panie Prendergast.
O rany!
Jest wspaniały, Janice.
Wspaniały chłopczyk.
Niosę ci herbatę.
Potem nie będzie czasu.
- Poczekalnia pęka w szwach. - Dziękuję.
Dzwoniła recepcjonistka dra Greenwooda.
Jego zastępca zawalił;
pyta, czy weźmiemy 40 pacjentów na dwa tygodnie jego urlopu.
Powiedziałam, że już mamy pacjentów dra Hammonda.
Jeśli to tylko dwa tygodnie, damy sobie radę.
Nie wiem, czy to dobry pomysł. I tak jesteś przemęczony.
Podołam temu, spokojnie.
- Czas przyjąć panią Phillips. - Już ją przysyłam.
- Co? - W sumie to nic.
Tylko tak ładnie to brzmi "dwa tygodnie urlopu".
W przyszłym roku.
Nie zwracaj mi tego, to prezent!
Zaręczynowy. I strasznie mi się podobał.
- Ale nie chcę niczego zachowywać. - Jesteś pewna?
Przyznaję, z twoim ciężko się rozstać,
ale niektórych pozbędę się z rozkoszą.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Przestań, Patsy.
Wyglądasz jak kupka nieszczęścia, Tom jest załamany.
Trochę to pochopna decyzja.
Może gdybyście pogadali, udałoby się...
A tak w ogóle, to chciałam coś ci pokazać.
"Dzika brzoskwinia". Czyż nie genialny?
Może dziś pani Prendergast pospała. Dziecko jest takie niespokojne.
- Nie spali już od tygodnia. - Biedni.
Dzień dobry raz jeszcze!
Już jest jak w piekarniku!
Nic miłego, piec się jak świąteczny indyk.
Może pomóc? Źle się pani chyba czuje?
Nie zna angielskiego.
Za to ty mówisz świetnie. Pytałam, czy nie trzeba pomóc.
Mówi, że nic jej nie jest, tylko będzie mieć dziecko.
- To widzę. - Ale ciężko jej chodzić.
Jestem położną i...
Zbieraj się, albo spóźnisz się na pociąg,
siostro Mary Cynthio.
Ja poniosę. Jesteś po operacji.
Ręki mi nie kroili.
Niedługo będę dźwigać ciężarne, trening mi się przyda.
Gotowa?
Chcę już wrócić do moich mam z dziećmi.
Brakowało mi położnictwa.
Na resztę też jestem gotowa, ale trochę zdenerwowana.
Właściwie bardziej niż trochę.
Pamiętam to uczucie, zresztą niepotrzebne.
Tyle muszę się nauczyć.
I nauczysz się, bo to tkwi tutaj.
Tego musisz być pewna; jeśli jesteś, z resztą ci pomogą.
Tylko ufaj Bożym wskazówkom.
Własnych myśli nie słyszę!
Słyszy siostra te hałasy?
Normalnie żadne z moich tak się nie darło!
Przyszłam w złym momencie, panie Prendergast?
Nie wiem, co robić, siostro.
Krzyczy tak dzień i noc.
Jak mam potem w dzień pracować?
Jak nie dzieciak, to znów ten. Cholerni biblijni klepacze!
Nie mówię o siostrze.
Co pani robi?
Muszę to wytrzeć, bo zaśmiardnie się w tym upale.
Przepraszam za Raya. Źle znosi brak snu.
To nie ucieknie. Proszę wracać do łóżka.
Sprawdzimy, na co maluch tak się skarży.
Wciąż jesteś niespokojny?
Po karmieniu cichnie tylko na chwilę. Co robię źle?
Pewnie nic. Ale wydaje się bardziej nerwowy niż wczoraj.
Proszę popatrzyć.
Widzi pani? Opuchnięte, choć delikatnie.
- Co mu jest? - Prześwietlimy dla pewności,
ale Raymond może mieć złamany obojczyk.
Co?
Zdarza się to przy porodzie. Częściej, niż byśmy sądzili.
Czasem złamanie jest widoczne, ale nie zawsze.
To moja wina? Za mocno parłam?
Skąd! To niczyja wina. Trzeba koniecznie zrobić rentgena.
Jeśli to złamanie, kości dziecka szybko się zrastają.
Cóż za szczęśliwy dzień, siostro Mary Cynthio.
- Witaj w domu. - Dziękuję, siostro Julienne.
Wszystkie czekamy, aż do nas dołączysz.
Siostra Monica Joan będzie zawiedziona,
akurat pojechała odwiedzić bratanka.
Tęskniłam za nią, za wami i za pacjentami.
Na pewno śpieszy ci się do położnictwa,
ale na kilka tygodni muszę wpisać cię na dyżury rejonowe.
Wezwania o północy przy nauce mogą być uciążliwe.
Oczywiście.
Tęsknię do wszystkich pacjentów, nie tylko do matek.
Biorę pierwsze zgłoszenie!
Cynthio!
Znaczy się, nie Cynthio, a siostro Mary Cynthio.
Witaj, Trixie.
- Nie uprzedziłaś, że przyjeżdżasz! - Po co robić zamieszanie.
No, pewnie.
- Ślicznie wyglądasz. - Dziękuję.
- Na mnie już czas. - Oczywiście.
Jak dobrze, że jesteś!
Dom nam wypiękniał, prawda?
- Pani Thompson. - Dzięki.
Wiesz, że mamy pacjentkę-Hinduskę?
- Nie wiedziałam. - Ja również nie.
Wybrałyśmy ci ten pokój, bo jest tu najciszej.
- Będzie ci łatwiej studiować. - Dziękuję, to bardzo miłe.
Zostawię cię samą do komplety, ale gdybyś czegoś potrzebowała...
Siostro Mount, masz dziś rejon.
Razem z siostrą Mary Cynthią, której chyba nie trzeba przyuczać?
Nie sądzę.
Nie zgubiłabym się w Poplar po takiej nieobecności.
To świetnie, choć dziś pojedziesz nieco dalej.
Mamy kilku pacjentów doktora Greenwooda,
łącznie z rekonwalescentem po dyfterycie,
który ma dużą niedowagę i trzeba go dokarmiać.
Dyfteryt?! Taka rzadka choroba!
Mam nadzieję, że to odosobniony przypadek.
Ale by tak zostało,
zwracajmy baczną uwagę na mycie rąk.
Kichania i kaszlu u pacjentów nie bierzcie z góry za katar.
Sprawdźcie zawsze, czy byli szczepieni.
- Niech nie wkradnie się beztroska. - Święta racja.
Lepiej uważać, niż żałować. Paskudna rzecz, pamiętam z wojny.
Rany, tylko o tym czytałam.
Wspominam ten potworny smród krwotoków z nosa.
Wsiąkał we wszystko.
W podręcznikach o tym nie piszą.
Pacjent dra Greenwooda ma szczęście, że żyje.
Boże, jaki upał!
- Idziemy potem na lody? - Jasne.
Oto wierny rumak siostry.
Wyczyszczony, naoliwiony i gotów do akcji.
Dzięki!
Wygląda wspaniale.
Muszę jeszcze nauczyć się jeździć w habicie.
- Dobrze, że mam ciebie, Fred. - Nie potrzebujesz mnie.
Śpiewająco dasz sobie radę.
- Gotowa? - Tak.
Jedziesz w naszą stronę?
Co? Nie. Zobaczymy się na obiedzie.
Nazywa się Ameera Khatun. Oto adres.
Powiem Farukowi, że pani przyjedzie.
Proszę tam iść w czasie wakacji, chłopak będzie tłumaczył.
Na szczęście to już za kilka dni.
Dziękuję, pani Dawkins.
Dobrze, że pani się tam wybiera. Jest taka samotna.
Jej mąż, zdaje się, pracuje do późna.
Nie wyobrażam sobie, jak to jest:
zostawić wszystko i jechać gdzieś, gdzie nikogo się nie rozumie.
Gdzie Indie a gdzie Poplar?
Nie przyjechali z Indii, to Bengalczycy.
Dzięki za informację.
Nie chciałabym popełnić nietaktu.
Jaki wspaniały wózek!
Ray wczoraj go kupił. Dla synka wszystko, co najlepsze.
Biedny mały.
Wciąż jest niespokojny.
Paracetamol powinien pomóc. Kiedy dostał ostatnią dawkę?
Janice?
- Wciąż się za niego modlimy. - Nie wątpię. Ale to złamanie.
Przecież chrześcijaństwo naukowe dopuszcza leczenie złamań kości.
Musisz podać mu leki.
Można nastawić kość, ale w leki nie wierzymy.
Radzimy sobie z bólem dzięki modlitwie.
Nigdy nie staję między człowiekiem a jego wiarą,
ale Raymond jest maleńki i cierpi.
To stoi w naszej księdze.
"Wzorcem jest duch albo materia. Mając dwa wzorce, nie masz żadnego".
Widzi siostra? Leki kolidują z modlitwą.
To twoje przekonania, ja mam inne.
Może więc ja podam lek Raymondowi a potem razem się pomodlimy?
Tędy.
To nasz pokój.
Mówi, żebyś usiadła.
A pani?
Pani Khatun, nazywam się Gilbert
i pomagam kobietom spodziewającym się dziecka.
Zastanawiała się pani, co później?
Czy ktoś pomoże pani przy porodzie?
Mój tato wszystko załatwia.
W Anglii pomagają położne, jak ja.
Odebrałyśmy wiele porodów.
Możemy zrobić naprawdę dużo.
W przychodni może pani spotkać się z położną i lekarzem.
Pomożemy przy dziecku, problemach z chodzeniem,
przy porodzie i po nim. Wszystko za darmo.
Za szybko mówię. Przetłumaczysz, co mówiłam?
Pewnie.
Na pewno nie chcesz iść? Taki piękny wieczór.
Barbara idzie, Delia też.
Pewnie będzie jakaś muzyka.
Z pewnością będzie świetnie, ale muszę to skończyć.
- Tu jesteś! - Wybacz, późno wróciłam.
Znalazłam tę Bengalkę. Przyjdzie do przychodni.
Nasza pani detektyw! Fajnie, że ją znalazłaś. Chodźmy.
Przyniesiemy ci trochę szynki.
Faruk?
Usiądź. Proszę, tędy.
Wszystko wygląda ładnie.
Zostało jeszcze tylko kilka tygodni.
- Inshallah. - Jeśli Bóg pozwoli.
- Skończyłyście? - Prawie.
Siostro Gilbert, możesz na chwilę?
Tak?
Nie mogę jej zbadać wewnętrznie bez pytania.
Właśnie. Musimy dać sobie spokój.
Ma pani jakieś koleżanki mówiące po angielsku?
Przydałyby się przy następnym badaniu.
Nie ma.
A inni, którzy z wami mieszkają? Nie ma tam kobiet?
Nie. Kobiety zostają w wiosce, gdy mężczyźni jadą do Anglii,
ale mama mówiła, że tęskniłaby za tatą.
Rzekła: "Pojedziemy za nim wszędzie, nawet na Księżyc".
Faruk, powiedz mamie, że to zmniejszy ból przy chodzeniu.
Wybacz. Unikałam cię.
Jeśli chcesz, pomówię z biskupem, żeby przeniósł mnie wcześniej.
Nie! W tym właśnie rzecz, żebyś był tam, gdzie chcesz być,
czy to tu, czy w Newcastle czy... nawet na Księżycu.
Zasługujesz na kobietę, która nie pozwoli ci jechać samemu.
Wydawało mi się, że ją znalazłem.
Cóż... i ja tak myślałam. Przez jakiś czas.
Jesteś cudownym człowiekiem.
Z wózkiem niestety nie można.
- A jest tu siostra Julienne? - Dziś jej nie ma.
Pomogę pani.
Któż to jest taki nieszczęśliwy?
Rozpłakał się od razu po wyjściu.
Coś ma chyba z nóżką.
Ma pani rację. W ogóle nie może ruszać nogą.
I ma wysoką gorączkę.
Przykro mi, ale Raymond musi znów jechać do szpitala.
- Co mu jest? - Nie ruszajmy go do przyjazdu karetki.
- Na wszelki wypadek. - Na wypadek czego?
Gdyby to było kolejne złamanie.
Udało się z panią Khatun?
To nie na miejscu, by dziewięciolatek był przy badaniu ginekologicznym.
Nie był w gabinecie.
Wszystko było nie tak. Nie dokończyłam badania.
Przy porodzie absolutnie nie może być.
To może mąż?
Jakoś musimy się porozumiewać.
A ten, jak mu tam, Suleman?
Miał tu pasmanterię, a potem zmarł.
To musi być kobieta. I najlepiej żywa.
- Chodzi ci o jego żonę? - Ożenił się z Irlandką.
- Mieli córkę. - Która mówi w sylheti?
Fred?
- Nie wiem, trzeba ją zapytać. - Usiądź, co ty wyprawiasz?
To było tutaj. Trochę się zmieniło.
Przepraszam, mieszka tu wciąż córka starego Sulemana?
- Josie? Tak, pod 16. - Dziękuję. Tobie też, Fred.
Przy okazji poproszę guziki do koszuli.
Z nieznanej przyczyny wciąż odpadają.
Nie mówili panu, że wojna się skończyła?
Ale nie zimna. Obrona Cywilna to ważna rzecz.
- Niewątpliwie. - Może to pani postawić na wystawie.
Może i postawię.
Wszyscy są mile widziani, również panie.
Dzięki za guziki.
Nie mam wprawy. Nie używałam sylheti od śmierci taty,
a on mi zawsze pobłażał.
Lepiej pani mówi ode mnie. Przyszłaby pani do przychodni?
Mogę spróbować. Chciałabym jej pomóc.
- Wiem, jak tacie było ciężko. - Dziękuję.
Pańskim zdaniem to nie był wypadek?
Jak to, znów złamanie? Nic mu nie było.
- Jak to możliwe? - Cichutko.
Nie wiem.
Lekarze ze szpitala są równie zaskoczeni jak my.
Pytają, czy wiecie, jak to się mogło stać?
Już im mówiliśmy, że nie wiemy.
Ale może przychodzi wam coś do głowy? Cokolwiek?
To poważne złamanie. W tym wieku niespotykane.
Trudno sobie wyobrazić, że niczego nie zauważyliście.
- Co pan stara się powiedzieć? - Nic nie mówię.
Próbuję tylko pomóc, wam i Raymondowi.
Musimy do tego dojść, więc jeśli zdarzył się wypadek...
- Jasne! Myśli pan, że coś ukrywamy? - Nie!
- Że to nasza wina? - Nie powiedziałem tego.
Ale tak pan uważa! To widać!
Kochamy nasze dziecko.
To nie jest złamanie, powstałe przy poślizgnięciu się z dzieckiem
czy upuszczeniem go w kąpieli.
Wygląda to jak wynik wypadku samochodowego,
czy czegoś równie gwałtownego.
Na przykład?
Na przykład znęcania się.
Rozumiem.
- Myśli pan, że to to? - Nie wiem.
Nie mieści mi się to w głowie.
Dziecko musiało strasznie cierpieć.
Jest siostra pewna, że pierwszy uraz to złamanie okołoporodowe?
- Wtedy tak mi się wydawało. - A teraz?
Nie wyciągajmy pochopnych wniosków.
Zgadzam się, oczywiście.
A jednak mamy maleńkie dziecko z dwoma bolesnymi złamaniami.
Nie wybaczymy sobie, jeśli dozna trzeciego.
Co pan proponuje?
Porozmawiajmy z pracownikiem socjalnym.
- O co chodzi? - Usiądźcie, proszę.
- Gdzie jest nasze dziecko? - Tu, w szpitalu.
Ma znakomitą opiekę, oczywiście.
Nazywam się Smith-Mayhew, jestem inspektorem
Stowarzyszenia na rzecz Przeciwdziałania Przemocy wobec Dzieci.
Że jak?
To on, prawda? Mówiłem ci, kochanie.
- Myśli, że coś zrobiliśmy! - Nie skrzywdzilibyśmy dziecka.
Usiądźcie. Na razie nikt was nie oskarża.
Chcę zobaczyć swoje dziecko!
- Proszę pani... - Nie dotykaj jej!
- Gdzie mój synek?! - Proszę pani!
- Teraz nie ma odwiedzin! - Gdzie on jest?
Coście zrobili z moim dzieckiem?
Jest na innym oddziale. Musimy zbadać, co się stało.
SPPD ma nakaz sądowy.
Przykro mi, ale dopóki nie orzekną, że w waszym domu jest bezpiecznie,
wasze prawa rodzicielskie są zawieszone.
Rytm serca jest wyraźny i prawidłowy.
Zdaje się, że zna rodzinną wioskę mego ojca.
Chcę zbadać ją wewnętrznie. Proszę spytać, czy się zgadza.
Mówi, że łóżko jest wygodne,
a ona wie, że jest w ciąży, więc sobie pośpi.
Może jednak nie.
Siostro Gilbert, masz gości!
Dzień dobry!
Mama zrobiła samosy, żeby podziękować za uprzejmość.
Rany, jak miło!
Nie dostała wszystkich przypraw, ale i tak będą smaczne.
Słodki chłopczyk!
Lepiej się chodzi w pasie ciążowym?
Mówi, że to bardzo pomaga,
ale że ból nie był największym problemem,
a brak towarzystwa innych kobiet.
- Co to jest? - Możemy skosztować?
Na subkontynencie wszystko je się palcami.
Oczywiście, tylko prawą ręką. Lewa służy do innego celu.
- Podajcie! - Chętnie skosztuję, dzięki.
Jak one się nazywają?
Zrobiłeś mu jakąś krzywdę?
Gdy się denerwowałeś?
Przepraszam.
Nie wiem... Nie rozumiem, czemu...
Patrick?
Wybacz, nie chciałem cię obudzić. Nie mogę spać.
Biedaku, miałeś okropny dzień.
Okropne są takie sprawy,
nawet gdy wiesz, że postąpiłeś właściwie.
Jak można skrzywdzić maleńkie dziecko?
Dzięki tobie dziś jest już bezpieczny.
Trzymam wózek na dzień, gdy go nam oddadzą.
Ta zastępcza rodzina dba o niego?
Tak.
Ma bardzo dobrą opiekę.
Ale nie kochają go tak, jak ja.
Muszą go oddać. Tyle się modlę!
Janice, Raymond wróci dopiero,
gdy wytłumaczysz, jak doszło do tych złamań.
Musisz udowodnić, że jest bezpieczny.
Ale ja nie wiem! Wciąż o tym myślę.
Ray znów się zaczął bić, jak zanim odnaleźliśmy Boga.
Wrócił wczoraj z podbitym okiem, wiem, że nie chodzi do pracy.
Modlę się wciąż za niego,
ale gdzie jest Bóg, gdy go potrzebujemy?
Jest dr Turner? Nie byłam umówiona.
Właśnie zamykamy, ale mogę umówić panią na jutro.
Chodzi o dziecko. Jestem Joyce Bishop, opiekunka prawna.
To Raymond Prendergast.
Bardzo na niego uważaliśmy, zwłaszcza przy tych urazach.
Od 15 lat jestem opiekunką, ale on płacze zawsze, gdy go podnoszę.
I proszę spojrzeć, ma guza na pleckach.
W życiu czegoś takiego nie widziałam.
Złamanie.
- Myśmy naprawdę nic nie... - Wiem, oczywiście, że nie.
Ciemiączko jest większe, niż powinno.
Proszę chwilę zaczekać.
To bardzo rzadkie, muszę coś sprawdzić.
- Shelagh, wezwij karetkę. - Dobrze. Coś przyszło ci do głowy?
Osteogenesis imperfecta, wrodzona łamliwość kości.
Czemu wcześniej na to nie wpadłem?
Patrick?
Wiecie, jak ludzie nas nazywali? Co robili?
- Oddadzą go nam, to jest ważne. - Wcale nie!
Ważne, czemu go nam zabrali! Zamiast być lekarzem,
obwinia nas, nie widząc, że dziecko jest chore!
Samoistna łamliwość kości to wyjątkowo rzadka choroba.
- Doktor pierwszy na to wpadł. - Siostro...
W końcu!
Jeśli jesteście gotowi, podwiozę was do szpitala.
Dziękujemy, pojedziemy autobusem.
Siostry dały mi maść do nacierania, ale nie pomaga.
Proszę pokazać.
To może być kwestia mięśni albo dysku.
- Z kanalizacją wszystko gra? - Cóż, w moim wieku...
Lepiej sprawdzić, czy to aby nie nerki.
Jasne! Lepiej mieć wszystko na muszce,
jak mawiali artylerzyści w czasie wojny,
waląc w Szkopów z działek przeciwlotniczych.
Dobrze się doktor czuje? Jakiś pan nieswój.
Wybaczysz mi na chwilkę, Fred?
Pewnie.
Może pani tam wejdzie? Doktor sam czegóś niedomaga.
Co się dzieje?
Nie wiem.
A jeśli znów coś przeoczę?
Powinienem był na to wpaść. Z tym dzieckiem.
Za dużo od siebie wymagasz.
Dam sobie radę, tylko...
Poproś Freda do gabinetu.
Nie poproszę.
Zamykam przychodnię i zabieram cię do domu.
- Zobacz, ilu pacjentów czeka! - Ja się nimi zajmę.
- Zajrzę tu w czasie przerwy. - Jak dasz sobie radę sama?
Nie będę sama, tylko z jedną z położnych.
Znów zawiodłem ludzi.
Wcale nie. Źle się czujesz.
Jesteś wyczerpany, ale dojdziesz szybko do siebie.
Z tobą pacjenci będą bezpieczniejsi.
Postaraj się odpocząć.
Janice.
Widzę, że jesteś zajęta.
Może przyjdę kiedy indziej?
Właśnie wychodziłem.
Modliliśmy się o zdrowie dla Raymonda i dziękowaliśmy za jego powrót.
- Też wciąż się za niego modlimy. - Dzięki, że przyszedłeś.
Do widzenia, siostro.
Przyniosłam ręczniki, żeby wymościć łóżeczko.
Jak dobrze, że wyszedł ze szpitala!
Co dzień się modliliśmy.
Chyba już lepiej wygląda, prawda?
Powiedzieli ci, jakie są rokowania przy tym schorzeniu?
Rozumiesz, że Raymond nigdy nie wyzdrowieje w pełni
i pewnie będzie jeździł na wózku?
On sprawiał, że chromi chodzili.
To prawda.
Gdy zabrali mi dziecko, prawie straciłam wiarę.
Ale wciąż się modliłam i odzyskałam go.
Muszę w to wierzyć, siostro.
Proszę, żebyście wszyscy usiedli!
- Zapiszę wasze dane i... - A kiedy wróci doktor?
Gdy lepiej się poczuje.
Na razie spróbuję znaleźć innego lekarza dla ciężko chorych,
a w lżejszych przypadkach, jak oparzenie słoneczne, pomogę sama.
Usiądźcie, proszę.
Recepcjonistka nie będzie leczyła mojej Geraldine!
- Jestem zawodową pielęgniarką. - A nie wygląda pani.
Posiłki zgłaszają się do służby!
Dziękuję. Panie Harcourt, proszę iść do siostry Mount.
Panie Jessop, przyjmę pana w gabinecie położniczym.
Dzięki, złotko, ale poczekam na pielęgniarkę.
Dzień dobry, siostro.
Przyszłam z ogromną prośbą.
Miejmy nadzieję, że będzie pasować.
Byle spełniał swoją rolę, o resztę nie dbam.
Obym robiła to, co należy.
- Strasznie chcę mu pomóc. - I pomagasz.
Tak się martwię.
Wciąż myślę o...
...tym szpitalu, o nerwicy wojennej.
A jeśli to wszystko powróci?
Jeśli mu się odnowi? I już nie będę mogła mu pomóc?
Shelagh, kochanie!
Teraz nie ma wojny.
Utracił chyba całą wiarę w siebie.
Ale ty w niego wierzysz. I my, i wielu innych.
Gdy pomożesz mu to dostrzec, znów odnajdzie własną wartość.
Mam nadzieję.
Dziś mi przypomniano, i to z zupełnie nieoczekiwanego źródła,
jaką moc ma wiara.
Dzień dobry, siostro.
Dzień dobry.
Dzień dobry, siostro.
- Dzień dobry. - Dzień dobry, siostro!
Trzeba umówić panią Anderson z lekarzem, potrzeba antybiotyków.
Tu jest lista.
- Mary Walker? - Tu jestem!
Dziecko drogie, byłaś na wojnie?
Chodź, zaraz ci pomożemy.
- Patrz! - Dostaliśmy już kilka.
- Co z nim? - Znów śpi. To dobrze?
Chyba tak. Dzięki, że zająłeś się domem.
Spoko. Chcę tylko, żeby tato wydobrzał.
Chodźcie, mama jest chora. Nie może oddychać.
- Wezmę tylko torbę. - Siostro?
Nie chodzi o dziecko. Pani Khatun zachorowała.
I to bardzo. Była zmęczona, przeziębiona, a teraz...
- Chodźcie! - Już idę.
Przejście dla pielęgniarki!
To siostra Mary Cynthia i ja, siostra Gilbert.
Zajmiemy się tobą.
Straszny zapach, siostro.
Dzwonię po karetkę.
Co jej jest?
Mama prawdopodobnie jest chora na dyfteryt.
Tata w pracy? Poproś kogoś z tych ludzi, żeby go sprowadził.
Dużo przynieśli z działek.
Gladiole od Philipsa, dalie od Alberta Hendersona.
Stary Ernie Shaw dał ogromne cebule.
Ponoć przekrojona i trzymana w pokoju pochłania bakterie.
Ciasto od pani B. i Nonnatusa już niestety napocząłem.
Dzieci przysłały rysunki i słodycze.
Niektóre niewyraźne, ale ważne, że pomyślały.
Patersonowie przysłali paczkę herbaty
i mówią, że chcieliby dać więcej po tym, co zrobiłeś dla ich Idy.
Przyniosę notes i powiem ci resztę.
Nie powinni tego robić.
Nie stać ich na prezenty.
Tato, chcieli pokazać, że im na tobie zależy.
Bo czy wierzysz czy nie, jesteś dobrym lekarzem.
Chciałabym kiedyś być choć w połowie tak dobry.
- Która godzina? - Minęło 20 minut.
Gdzie oni są?!
Puls słabszy i bardzo szybki. Nie możemy już czekać.
- Dasz sobie radę? - Leć.
Wiem, że jest chory, ale to nagły wypadek.
Co się stało?
Ameera Khatun. Dziewiąty miesiąc, ma dyfteryt.
Ponad 20 minut czekamy na karetkę.
Proszę. Ona się dusi.
Przepraszam, siostro. Gdzie moja torba?
Już podaję, doktorze.
Ameera, nie zasypiaj.
Wiem, że mnie nie rozumiesz, ale słuchaj mojego głosu.
Już dobrze, przyszedł lekarz!
Temperatura 38,8, puls 110,
przez ostatnie pół godziny bardzo ciężko oddycha.
- Tracheotomia, natychmiast. - Ale karetka...
Muszę sam to zrobić. Improwizować.
Tutaj?
Drogi oddechowe są zablokowane. Nie mamy czasu.
Połóżcie ją na łóżku.
Siostro, umocujesz rurkę.
Ty przygotuj plaster i opatrunki.
Na trzy.
Brawo, doktorze.
Dziękuję.
To mąż pani Khatun. Chciałby z nią pojechać.
Zaraz. Najpierw trzeba zaszczepić pana i wszystkich mieszkańców.
Proszę ich zabrać do środka póki tego nie zrobimy.
Szczepionki zaraz będą.
Tak.
Ja to zrobię. Idź odpocząć.
To ty powinnaś odpoczywać.
- Zostawiłem cię na lodzie. - Wcale nie. Byłeś chory.
- Może tego nie rozumiesz, ale... - Rozumiem.
Wtedy tego nie widziałem, ale teraz już tak.
Ale w pewnej chwili myślałem, że...
Wojna się skończyła. To się już nigdy nie wydarzy.
Wiem, bo mam ciebie.
- Mały był taki pomocny. - Prawda?
Ludzkość jest krucha i żaden blask słońca
nie ocali tego, co słabowite, a delikatnego nie uczyni mocarnym.
Ale miłość ma moc wzmacniania, chronienia
i kierowania nas tam, gdzie jesteśmy bezpieczni i spełnieni,
i gdzie nieważny deszcz, bo siedzimy w suchym domu.
Tłumaczenie: titi
Synchro i drobne poprawki: Peterlin
Project Haven www.facebook.com/ProHaven
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.