All language subtitles for Thybm

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic Download
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

- Witam, pani MacGruder. - Panno Daniels.

- Widziała pani kiedyś tyle mew? Co to oznacza? - Na morzu musi być sztorm.

Potrafi skierować ptaki w głąb lądu. Miałam nadzieję, że przyjdzie pani później.

- Jeszcze go nie dostarczyli. - Mówiła pani, żeby być o trzeciej.

Wiem, wiem. Wydzwaniałam cały ranek.

Pojęcia pani nie ma, jak trudno je zdobyć. Naprawdę.

Sprowadzamy je z Indii, gdy są pisklakami, wtedy...

- Ale ten chyba nie będzie pisklakiem? - Nie, oczywiście, że nie.

- To będzie dorosła majna. - I będzie mówił?

Oczywiście, że będzie... Nie, najpierw musi go pani nauczyć.

Może lepiej zadzwonię. Mówili, że będą o trzeciej.

Może to przez korki. Zadzwonię. Zaczeka tu pani?

Lepiej będzie, jak mi go dostarczycie. Podam pani mój adres.

W porządku,

ale na pewno są już w drodze. Mam zadzwonić?

Dobrze.

- Mogłaby mi pani pomóc? - Słucham?

Zapytałem, czy mogłaby pani mi pomóc.

Tak. Czego pan szuka?

- Papużek nierozłączek. - Nierozłączek?

- Rozumiem, że jest kilka rodzajów. To prawda? - Zgadza się.

To dla mojej siostry na jej urodziny. Kończy dopiero 11 lat,

więc nie chciałbym zbyt ostentacyjnej parki.

- Rozumiem pana. - Ale nie chciałbym, by były powściągliwe.

- Oczywiście, że nie. - Ma pani parkę, która jest po prostu przyjacielska?

Myślę, że tak. Pomyślmy.

Czy to nie są nierozłączki?

Nie, to są czerwone ptaszki.

- A myślałem, że bengaliki pospolite. - Tak, tak też je nazywamy.

Proszę, nierozłączki.

To są kanarki. Czy nie jest pani przez to głupio?

- Przez co miałabym się czuć... - Trzymając w klatkach te biedne stworzenia?

- Nie możemy pozwolić, by latały po sklepie. - Nie, raczej nie.

Czy istnieje jakiś ornitologiczny powód, aby trzymać je w osobnych klatkach?

- Oczywiście. Aby chronić gatunki. - Tak, to ważne, zwłaszcza w okresie pierzenia.

- To bardzo niebezpieczny okres. - Teraz też się pierzą?

- Niektóre. - Po czym pani to poznaje?

Cóż, niektóre wyglądają jak pies ze spuszczoną głową.

- Rozumiem. Co z tymi nierozłączkami? - Nie wolałby pan przyjrzeć się kanarkom?

- Mamy w tym tygodniu kilka ładnych sztuk. - W porządku.

W porządku. Mogę je obejrzeć?

Co się dzieje?

- Mam cię. - Wspaniale.

Wracaj do swojej pozłacanej klatki, Melanie Daniels.

- Co pan powiedział? - To była tylko analogia, panno Daniels.

- Skąd zna pan moje nazwisko? - Powiedział mi mały ptaszek.

- Miłego dnia, panno Daniels. Proszę pani. - Chwila.

- Nie znam pana. - Ale ja znam panią.

- Skąd? - Poznaliśmy się w sądzie.

- Nie poznaliśmy się w sądzie, ani nigdzie indziej. - Powiem inaczej, widziałem panią w sądzie.

- Kiedy? - Pamięta pani swój żart,

- który skończył się rozbiciem szyby w oknie? - Nie ja ją rozbiłam.

Ale pani żart tak. Sędzia powinien kazać panią aresztować.

- Jest pan policjantem? - Ja jedynie wierzę w prawo, panno Daniels.

- I nie przepadam za żartami. - A czym była historyjka o nierozłączkach?

- Naprawdę chciałem je kupić. - Wiedział pan, że tu nie pracuję. Celowo...

Tak, od razu panią rozpoznałem.

Chciałem, aby pani zobaczyła, jak to jest być ofiarą żartu. Co pani na to?

- Myślę, że jest pan wszą. - Jestem. Miłego dnia, panno Daniels.

Proszę pani.

- Cieszę się, że nie dostał pan nierozłączek. - Znajdę coś innego.

Do zobaczenia w sądzie.

- Kim był ten człowiek? - Pojęcia nie mam.

Mówią, że majna będzie późnym popołudniem, gdyby chciała pani przyjechać.

- Lepiej go przyślijcie. Mogę zadzwonić? - Oczywiście.

Daily News? Tu Melanie Daniels. Poproszę z działem miejskim.

Chwileczkę, pani MacGruder.

Cześć, Charlie. Tu Melanie. Chcę, abyś wyświadczył mi przysługę.

Nie, ta będzie niewielka.

Naciskam cię? Charlie, skarbie, czy śmiałabym na ciebie naciskać?

Zadzwoniłbyś do wydziału komunikacyjnego? Dowiedz się, do kogo należy ta rejestracja,

WJH 003.

Tak, kalifornijskie tablice. Nie, przyjadę za jakiś czas.

Tata jest w swoim biurze?

Nie, nie będę przerywała mu spotkania. Powiedz mu, że później się zobaczymy.

Dziękuję, Charlie.

- Ma pani nierozłączki? - Niestety nie,

- ale mogę je dla pani zamówić. - Jak szybko?

- A na kiedy je pani chce? - Natychmiast.

Myślę, że mogą być jutro rano. Czy to by pani pasowało?

Idealnie.

- Proszę pani, to dla Mitcha Brennera? - Tak.

- Nie ma go w domu. - Nie szkodzi.

- Aż do poniedziałku. Skoro te ptaki są dla niego. - Do poniedziałku?

Chyba nie powinna pani zostawiać ich w holu.

- A gdzie on się udał? - Do Bodega Bay. Jak w każdy weekend.

- Bodega Bay. Gdzie to jest? - Jakieś 60 mil na północ stąd.

60 mil...

Półtorej godziny autostradą, dwie, jeśli pojedzie pani wzdłuż wybrzeża.

Wziąłbym je do siebie, ale też wyjeżdżam.

Przykro mi.

- Czy mógłby mi pan pomóc? - Postaram się.

Szukam człowieka o nazwisku Mitchell Brenner. Zna go pan?

- Gdzie mieszka? - W Bodega Bay.

- Tak, ale gdzie dokładnie? - Po drugiej stronie zatoki.

Gdzie?

- Widzi pani, gdzie wskazuję? - Tak.

- Widzi pani te dwa duże drzewa? - Po drugiej stronie zatoki? Tak.

I ten biały dom? Tam mieszkają Brennerowie.

- Brennerowie? Pan i pani Brenner? - Nie, tylko Lydia i dwoje dzieci.

- Dwoje dzieci? - Tak, Mitch i dziewczynka.

- Rozumiem. Jak tam dojechać? - Pojedzie pani drogą wzdłuż zatoki,

- a zaprowadzi ona panią pod frontowe drzwi. - Frontowe drzwi.

- Jest jakaś boczna droga? - Nie, ta jest jedyna.

Chcę im zrobić niespodziankę.

Nie chcę, żeby widzieli, jak podjeżdżam.

To ma być niespodzianka.

Mogłaby pani popłynąć łodzią przez zatokę prosto do ich przystani.

- Gdzie dostanę łódź? - Przy restauracji "Przypływ".

- Płynęła pani kiedyś łodzią z silnikiem motorowym? - Ależ oczywiście.

- Mam ją dla pani zamówić? - Dziękuję.

- Na jakie nazwisko? - Daniels.

- Zastanawiałam się, czy powiedziałby mi pan... - Proszę chwilę poczekać.

- Jak nazywa się ta dziewczynka? - Mała Brennerówna?

Chyba Alice. Harry, jak nazywa się mała Brennerówna?

- Lois. - Alice, prawda?

- Nie, Lois. - Alice.

- Jest pan pewien? - Nie do końca, jeśli o to pani chodzi.

Muszę wiedzieć, jak dokładnie ma na imię.

Proszę jeszcze chwilę zaczekać. Powiem, co w takim razie powinna pani zrobić.

Przejedzie pani przez miasteczko aż po lewej zobaczy hotel.

Tutaj skręci pani w prawo. Nadąża pani?

Niedaleko szczytu wzgórza, zobaczy pani szkołę, a tuż za nią dom z czerwoną skrzynką na listy.

Tam mieszka Annie Hayworth, nauczycielka. Zapyta ją pani o małą Brennerównę.

- Dziękuję. - Oszczędziłaby pani sobie kłopotu.

- Na pewno nazywa się Alice. - Dostanę tę łódź za 20 minut?

- Ile płacę za telefon? - Nic.

Dziękuję.

- Kto tam? - Ja.

Jaka "ja"?

Panna Hayworth? Melanie Daniels.

Przepraszam, że przeszkadzam, przysłał mnie mężczyzna z poczty.

- Mówił, że wie pani, jak się nazywa córka Brennerów. - Cathy?

- Z białego domu po drugiej stronie zatoki? - Zgadza się. Cathy Brenner.

- A on był przekonany, że Alice lub Lois. - Dlatego poczta nigdy nie trafia tam, gdzie powinna.

- Przepraszam. Zapali pani? - Dziękuję.

- Chce pani porozmawiać z Cathy? - Niezupełnie.

Przyjaźni się pani z Mitchem?

Nie, nie bardzo.

Od 20 minut myślałam o zapaleniu. Nie mogłam się zmusić do rzucenia.

- Uprawianie ziemi może stać się przymusem. - Ma pani bardzo ładny ogródek.

Dziękuję. Przynajmniej jest czym zabić czas.

A w Bodega Bay czasu jest pod dostatkiem.

- Długo zamierza pani zostać? - Nie, tylko kilka godzin.

Czyli wyjeżdża pani po zobaczeniu się z Cathy?

Mniej więcej. Przepraszam. Nie chciałam zabrzmieć tajemniczo.

To w końcu nie moja sprawa.

Lepiej już pojadę.

- Bardzo pani dziękuję. - Żaden problem.

- Jechała pani z San Francisco wzdłuż wybrzeża? - Tak.

- Ładna trasa. - Jest bardzo malownicza.

Tam pani poznała Mitcha?

Tak.

- Tam chyba każdy poznaje Mitcha. - Teraz pani brzmi tajemniczo, panno Hayworth.

Naprawdę?

Nie chciałam. Obawiam się, że jestem jak otwarta książka.

Albo raczej zamknięta.

- Śliczne. Jak się nazywają? - Papużki nierozłączki.

Rozumiem. Powodzenia, panno Daniels.

Dziękuję. Dojadę tędy?

- Proszę jechać dookoła, trafi pani na główną drogę. - Dziękuję.

- Ma pan już łódź dla panny Daniels? - Tak, proszę pani.

To ta niżej.

- Nic pani nie jest? - Nic. Dlaczego to zrobiła?

Pierwszy raz coś takiego widziałem. Jakby zaatakowała panią umyślnie.

Krwawi pani. Zajmiemy się tym, dobrze?

Zuch dziewczyna.

Chodźmy.

- Co się stało, Mitch? - Uderzyła ją mewa.

Mewa?

Spróbujmy w restauracji, dobrze?

- Może być potrzebny zastrzyk przeciwko tężcowi. - Zaszczepiłam się w maju, gdy jechałam za granicę.

- Co się stało? - Cześć, Deke. Młoda dama się zraniła.

- Mam wezwać lekarza? - To chyba nic poważnego. Zobaczmy.

Helen, przynieś watę i środek odkażający.

- Chyba nie zraniła się pani tutaj? - Spokojnie, Deke. To się stało na łodzi.

Kiedyś jeden facet przewrócił się na parkingu i od razu mnie pozwał.

- Panna Daniels raczej nikogo nie pozwie. - Proszę.

- Cóż, to ty jesteś prawnikiem. - Dziękuję.

- Co to? - Woda utleniona. Oczyszczę ranę.

- A więc jest pan prawnikiem. - Tak.

Zazwyczaj bronię ludzi, panno Daniels, ale gdybym był prokuratorem...

- Prowadzi pan tu praktykę? - Nie, w San Francisco.

- Co pani tu robi? - Jakie prawo?

- Kryminalne. - Dlatego chciałby pan widzieć wszystkich za kratkami?

- Nieprawda, panno Daniels. - Tylko łamiących prawo i żartownisiów.

Dokładnie.

Przepraszam.

- Co pani tutaj robi? - Nie widział pan nierozłączek?

Czyli przejechała pani taki kawał drogi, by przywieźć mi te ptaki?

Pańskiej siostrze. Mówił pan, że ma urodziny. Poza tym, i tak miałam tu przyjechać.

- Po co? - Odwiedzić przyjaciółkę.

- Ostrożnie. - Przepraszam.

- Kim jest ta przyjaciółka? - Annie Hayworth, nauczycielka.

Annie Hayworth.

Jaki ten świat jest mały.

Tak.

- Skąd pani zna Annie? - Chodziłyśmy razem do szkoły.

- Do koledżu. - Naprawdę? Proszę, proszę.

- Jak długo pani tu zostanie? - Przez cały weekend.

Krwawienie prawie ustało. Niech pani to przytrzyma.

- A więc przyjechała pani do Annie? - Tak.

- Jednak myślę, że przyjechała pani do mnie. - Niby dlaczego chciałabym się z panem spotkać?

Nie wiem, ale pewnie zadała sobie pani wiele trudu, by dowiedzieć się, kim jestem i gdzie mieszkam.

Nieprawda, po prostu zadzwoniłam do gazety ojca. Poza tym, i tak miałam tu przyjechać.

- Mówiłam już panu. - Pani naprawdę mnie lubi, co?

Brzydzę się panem. Brak panu manier. Jest pan arogancki, zarozumiały i...

- Napisałam wszystko w liście, ale go podarłam. - Co pani napisała?

Nie pańska sprawa.

- Nie lubię też pańskich mew. Nie jechałam tyle, by... - Przecież i tak pani miała tu przyjechać, prawda?

Mitch?

- Tak myślałam, że to twój samochód. Co tu robisz? - Musiałem potwierdzić odbiór przesyłki.

- Jakiej? - Mamo, poznaj pannę Daniels. To moja matka.

Miło mi.

Mnie również, panno Daniels. Czego potwierdzenie?

Przesyłki. Panna Daniels przywiozła nam ptaszki z San Francisco.

- Dla Cathy na urodziny. Gdzie ona jest? - Na przeciwko, u Brinkmeyera.

Panna Daniels zostaje tutaj na weekend,

dlatego zaprosiłem ją na kolację.

- Zadała sobie tyle trudu z tymi ptaszkami. - Żaden kłopot.

- Ptaszki? - Tak, nierozłączki.

Rozumiem.

Nie moglibyśmy pani puścić bez podziękowania. A nie poznała pani Cathy,

no i zostaje pani na weekend. Prawda?

- Oczywiście, ale... - A więc uzgodnione. O której kolacja, mamo?

- O siódmej, jak zwykle. - Przyjadę po panią. Gdzie się pani zatrzymała?

- Oczywiście u Annie. - Oczywiście. Głupio, że zapytałem.

- 18:45? - Annie może mieć inne plany. Muszę zapytać.

- Poza tym, sama trafię. - Na pewno? Nie wynajmie pani łodzi czy coś?

- Na pewno. - A więc do siódmej.

- Być może. - Będziemy czekać. Jak głowa?

Lepiej, dziękuję. Uderzyła mnie mewa, pani Brenner, to wszystko.

- Znalazła ją pani? - Tak. Zastanawiałam się...

Tamten znak...

- Czy mogłabym wynająć pokój na jedną noc? - Planowałam wynająć go na dłużej...

Byłabym wdzięczna. Próbowałam wszędzie. Wszystko powynajmowane

W porządku. Wzięła pani bagaż z samochodu?

- Bardzo utylitarnie, muszę powiedzieć. - Kupiłam kilka rzeczy na tę noc.

Nie planowałam zostawać tu dłużej.

Tak, wiem. Wyskoczyło pani coś niespodziewanego?

Tak. Mogę skorzystać z telefonu? Chciałabym zadzwonić do domu.

Właśnie zaparzam herbatę.

Czy one nigdy nie przestają migrować?

- Panna Daniels? - Tak.

Są przepiękne. Takie, jakie chciałam.

To samiec i samiczka? Nie potrafię ich odróżnić.

- Tak sądzę. - Witam. Annie nie miała planów?

- Nie. - Miło, że pani jest. Zgłodniała pani?

- Trochę. - Kolacja prawie gotowa. Sprawdzaliśmy kury.

- Chyba jest coś z nimi nie tak. - Kurczaki mają się dobrze, Mitch.

- Zadzwonię do Freda Brinkmeyera. - I co to zmieni?

- Kury nie chcą jeść. - To on sprzedał mi karmę, tak?

- Caveat emptor. "Niech kupujący się strzeże". - Po czyjej stronie jesteś?

- Ja tylko cytuję prawo. - Mniejsza z prawem.

To nie zajmie długo, panno... Fred? Tu Lydia Brenner.

- Chyba nie przeszkadzam w kolacji? - Napije się pani?

Fred, karma, którą mi sprzedałeś, jest jakaś zła.

Karma dla kur. Jest zła. Nie jedzą jej.

Zawsze są głodne. Otworzyłam worek, gdy wróciłam do domu i nic nie tknęły.

Znasz się na kurach tak samo, jak ja, jeśli nie jedzą, to musi być wina karmy.

Nie, nie są wybredne.

Kto? A co on ma z tym wspólnego?

- Pański ojciec? - Tak. Proszę siadać.

Fred, nie obchodzi mnie, ile worków karmy mu sprzedałeś. Moje kury...

Rozumiem.

Dan Fawcett.

Dzisiaj? To dowodzi tego, o czym mówię. Karma, którą nam sprzedałeś...

Więc może powinnam się z nim spotkać.

Chyba nie myślisz, że coś się dzieje?

Nie, nigdy.

Nie, Fred, wyglądają na zdrowe. Po prostu nie chcą jeść.

Pójdę do niego. Może on...

W porządku. Dziękuję.

Niedawno dzwonił do niego Dan Fawcett. Jego kury też nie chcą jeść.

Tak jak mówiłaś, mamo, karma pana Brinkmeyera jest zła.

Nie, Cathy, pan Fawcett kupił inną karmę.

Myślisz, że zachorowały, Mitch?

- Nie wiem, skąd pani wiedziała, że chcę nierozłączki. - Twój brat mi powiedział.

Czyli znała pani Mitcha w San Francisco?

Niezupełnie.

Mitch zna wielu ludzi z San Francisco. Ale większość z nich to bandyci.

- Cathy. - Mamo, on sam to przyznał.

Połowę dnia spędza w areszcie w gmachu sprawiedliwości.

W demokracji każdy ma prawo do uczciwego procesu. Praktyka twojego brata...

Mamo, proszę cię. Znam ten demokratyczny jazz.

To nadal są bandyci.

Teraz ma takiego klienta, który strzelił swojej żonie sześć razy w głowę. Sześć razy.

Wyobraża to sobie pani? Dwa razy to już za dużo, nie sądzi pani?

- Dlaczego ją zastrzelił? - Oglądał mecz w telewizji.

- Co? - Jego żona zmieniła kanał.

- Przyjdzie pani jutro na moje przyjęcie? - Nie sądzę.

Muszę wracać do San Francisco.

- Nie lubi nas pani? - Skarbie, oczywiście, że lubię.

- Nie podoba się pani Bodega Bay? - Tego jeszcze nie wiem.

Mitchowi bardzo się tu podoba. Przyjeżdża tu co weekend,

mimo że ma w mieście własne mieszkanie. Mówi, że San Francisco jest jak mrowisko u stóp mostu.

Cóż, czasami jest bardzo gorączkowo.

Jeśli jednak pani przyjdzie, to ja nic nie mówiłam. To ma być przyjęcie niespodzianka.

Obmyślili sobie skomplikowany plan, popołudniem pójdę do Michele,

a jej mama powie, że boli ją głowa. Zaproponuje, że mnie odwiezie.

A gdy już będę w domu, wyskoczą wszystkie dzieci.

Przyjdzie pani? Może pani przyjść?

Nie sądzę.

- Urocza dziewczyna, prawda, Mitch? - Tak.

I bardzo ładna.

- Jak długo ją znasz? - Mówiłem, że poznaliśmy się wczoraj.

W sklepie z ptakami. Sprzedawała je?

Nie, nie, pozwoliłem jej uwierzyć, że myślałem, że je sprzedaje, a potem... To skomplikowane.

- Ale kupiła nierozłączki i jechała taki kawał. - Mamo?

- Tak? - Gdzie studiowałaś prawo?

Wybacz.

Jestem po prostu naturalnie ciekawa takiej dziewczyny.

- Jest bardzo bogata, prawda? - Jej ojciec jest współwłaścicielem dużej gazety.

Mogłaby sprawić, aby nie drukowali jej nazwiska. Ciągle o niej piszą, Mitch.

Wiem.

To ona zeszłego lata wskoczyła do fontanny w Rzymie, prawda?

Tak.

Chyba jestem staroświecka. Wiem, że było tam gorąco, ale...

- W gazetach pisali, że była naga. - Wiem, kochana.

- To nie moja sprawa, ale jeśli sprowadzasz... - Kochanie?

Myślę, że poradzę sobie z Melanie Daniels.

Cóż, o ile tylko wiesz, czego chcesz, Mitch.

Doskonale wiem, czego chcę.

- Poradzi sobie pani z drogą powrotną? - Tak.

- Zobaczymy się jeszcze? - San Francisco jest daleko stąd.

Jestem tam pięć dni w tygodniu i mam sporo czasu. Chciałbym się spotkać.

Może poszlibyśmy popływać lub coś podobnego. Mama mówiła, że lubi pani pływać.

- Skąd pańska matka wie, co lubię? - Chyba czytamy tę samą kolumnę z plotkami.

- Chodzi panu o Rzym. - Lubię pływać. Chyba będziemy mogli się dogadać.

- Jeśli to pana interesuje, wepchnięto mnie do fontanny. - Bez ciuchów?

Z ciuchami. Gazeta, która to opublikowała, rywalizuje z gazetą mojego ojca.

- Więc była pani biedną, niewinną ofiarą przypadku? - Ani biedną, ani niewinną,

- ale prawda w tym przypadku... - Prawda, że biegała pani wokół dzikiego tłumu?

Tak, ale do fontanny zostałam wepchnięta, co też jest prawdą.

- Naprawdę pani zna Annie Hayworth? - Nie. Nie znałam dopóki tu nie przyjechałam.

Więc nie nie studiowałyście razem i nie przyjechała pani do niej?

- Kłamała pani? - Tak.

- A ten list, czy to też kłamstwo? - Nie, napisałam go.

- Co w nim pani napisała? - "Panie Brenner, chyba potrzebuje pan nierozłączek.

- Pomogą panu rozwinąć osobowość." Tak napisałam. - Ale porwała pani list?

Dlaczego?

- Bo wydawał się głupi. - Jak wskakiwanie do fontanny.

- Mówiłam, jak to było. - Myśli pani, że uwierzę?

- Nie obchodzi mnie, w co pan wierzy. - I tak chciałbym się spotkać.

- Dlaczego? - Może być zabawnie.

- Może wystarczyłoby to w Rzymie, ale nie tutaj. - Mi wystarcza.

- Ale nie mi. - Więc czego pani chce?

Myślałam, że pan wie. Chcę przejść przez życie skacząc nago do fontann.

Dobranoc.

- Panno Daniels, to pani? - Tak.

Coś się stało? Ta rana pani dokucza?

Nie, to nie przez ranę.

- Napije się pani brandy? - Z chęcią, jeśli pani ma.

Przyniosę. Proszę siadać, panno Daniels.

- Może chce pani sweter, kołdrę? - Nie, dziękuję.

- Proszę mi mówić Melanie. - W porządku.

Dziękuję.

Nocami bywa tutaj dość chłodno, zwłaszcza gdy jest się taka blisko zatoki.

Jak udał się wieczór?

Poznałaś Lydię?

- Wolisz porozmawiać o czymś innym? - Raczej tak.

Jak ci się podoba nasze małe miasteczko?

Gardzę nim.

Cóż, nie oferuje zbyt wiele przypadkowym odwiedzającym,

chyba że ekscytują cię chatki zgromadzone na stoku.

- Potrzeba czasu, by się przyzwyczaić. - Skąd pochodzisz, Annie?

- Z San Francisco. - Jaki cudem trafiłaś tutaj?

Dawno temu zaprosił mnie tu na weekend mój przyjaciel.

Nie ma co tego ukrywać. To był Mitch Brenner. Pewnie i tak się domyślałaś.

Podejrzewałam.

Nie masz się czym martwić. To już się skończyło dawno temu.

- Annie, między panem Brennerem a mną niczego nie ma. - Doprawdy?

Cóż, możliwe. Być może nigdy nic nie było między Mitchem a jakąkolwiek dziewczyną.

- Co masz na myśli? - Chyba też sobie naleję.

Często się z nim spotykałam w San Francisco. W jeden weekend zaprosił mnie, bym poznała Lydię.

- Kiedy to było? - Cztery lata temu.

Krótko po śmierci jego ojca. Teraz oczywiście może być inaczej.

Inaczej?

Z Lydią.

- Nie wydawała się lekko oschła? - Lekko.

Więc chyba niewiele się zmieniło.

Jej nastawienie doprowadzało mnie do szału. Kiedy wróciłam do San Francisco,

całymi dniami zastanawiałam się, czym mogłam ją urazić.

- Zrobiłaś coś złego? - Nic.

Po prostu sobie byłam. Jaki więc wniosek? Zazdrosna kobieta?

Czepialska, zaborcza matka? Nie.

- Z całym szacunkiem do Edypa, ale nie w tym rzecz. - A więc w czym?

Lydia mnie lubiła. I to jest najdziwniejsze.

- Teraz, gdy nie stanowię zagrożenia, przyjaźnimy się. - Więc co było powodem?

- Bała się. - Że odbierzesz jej Mitcha?

- Że obdarzę Mitcha. - Nie rozumiem.

Bała się, że obdarzę Mitcha tym, czym Lydia nie mogła, miłością.

- To pasuje do zazdrosnej, zaborczej kobiety. - Nie, nie sądzę.

Ona nie boi się utraty Mitcha.

- Boi się bycia opuszczoną. - Powinno się jej powiedzieć, że tylko zyskałaby córkę.

Nie. Ona ma już córkę.

A co z Mitchem? On nie ma tu nic do powiedzenia?

Rozumiem jego położenie.

Wiele przeszedł z Lydią po śmierci ojca. Nie chce ryzykować przechodzenia przez to ponownie.

- Rozumiem. - To był koniec. Nie od razu, oczywiście.

Wróciliśmy do San Francisco, spotykaliśmy się, ale oboje wiedzieliśmy, że to koniec.

Co więc robisz w Bodega Bay?

Chciałam być blisko Mitcha. Wiedziałam, że z nami koniec, ale...

Nadal chciałam być przy nim. Widzisz, wciąż bardzo go lubię.

I nigdy nie chcę stracić tej przyjaźni.

Nie, nie, nie spałam.

Tak, niedawno.

Jasne. Zaczekaj.

To Mitch. Do ciebie.

Tak, tu Melanie. Dobrze, dziękuję.

Nie, bez problemu. Po prostu jechałam wzdłuż drogi.

Nie musi pan przepraszać. Rozumiem.

Miło z pańskiej strony. Nie jestem zła.

Nie mogłabym. Muszę wracać do San Francisco.

Nie chciałabym zawieść Cathy, ale...

Rozumiem.

Dobrze, przyjdę.

Dobranoc, Mitch.

Chciał, żebym przyszła jutro na przyjęcie Cathy. Powiedziałam, że przyjdę.

Może być zabawnie. Też tam będę, do pomocy.

Wydaje się to bezcelowe.

Chyba pójdę spać. To był ciężki dzień.

Mój bagaż.

Ładne. Skąd to masz? Od Brinkmeyera?

- Uważasz, że powinnam pójść? - To twoja decyzja.

Nie, to zależy od Lydii, prawda?

Mniejsza o Lydię. Chcesz tam pójść?

Tak.

- A więc idź. - Dziękuję, Annie.

Ciekawe, kto to może być. Kto puka?

- Kto tam? - Spójrz.

Biedactwo. Pewnie zgubiła się w ciemnościach.

Przecież nie jest ciemno, Annie. Mamy pełnię.

- Nie powinnam więcej pić, prowadzę. - Właściwie to chcę cię zatrzymać na kolacji.

- Zostanie dużo rostbefu. - Nie mogę. Muszę wracać.

W porządku.

- Zdrowie. - Zdrowie.

Po co ten pośpiech? Co tak ważnego jest w San Francisco?

Po pierwsze, jutro muszę iść do pracy.

- Ma pani pracę? - I to kilka.

- Czym się pani zajmuje? - Każdego dnia czymś innym.

- Na przykład? - W poniedziałki i środy pomagam turystom na lotnisku.

- Pomagasz turystom? - Nie, wskazuję zły kierunek.

Myślałam, że rozgryzłeś mój charakter. We wtorki chodzę na kursy semantyki ogólnej w Berkeley,

szukając nowych czteroliterowych słów. To oczywiście nie jest praca, ale...

- To znaczy, nie musisz... - A w czwartki mam spotkania przy lunchu.

- Zapewne z półświatkiem. - Zawiodę cię.

Pomagamy małemu Koreańczykowi pójść do szkoły.

Zbieramy na to fundusze.

Widzisz, w Rzymie...

Przez całe lato nie robiłam nic prócz...

Łatwo było się tam zatracić. Gdy wróciłam, pomyślałam, że zacznę...

Sama nie wiem, odnajdywać coś na nowo.

Więc w poniedziałki i czwartki jestem zajęta.

- A co z piątkami? - Piątki? Wtedy mam wolne.

Czasami w piątki chodzę do sklepów z ptakami.

Cieszy mnie, że tak robisz.

- To był miły, niewinny dzień. - Tak.

Mam ciotkę Tessę. Masz może ciotkę Tessę?

Jest ona bardzo pruderyjna i pedantyczna.

Podaruję jej ptaka majna, gdy wróci z Europy. One potrafią mówić.

Wyobrażasz sobie minę mojej ciotki, kiedy usłyszy kilka słówek, które podłapałam w Berkeley?

Potrzebna ci matczyna opieka, moje dziecko.

- Nie mojej matki. - Przepraszam.

Za co przepraszasz?

Za moją matkę? Nie marnuj czasu. Opuściła nas, gdy miałam 11 lat

i uciekła z jakimś hotelarzem na wschód. Wiesz, czym jest matczyna miłość?

- Owszem. - Czy lepiej jest być porzuconym?

Nie, lepiej jest być kochanym.

Widziałaś się z nią kiedyś?

Nawet nie wiem, gdzie jest.

Chyba powinnam dołączyć do pozostałych dzieci.

Dobrze, zaczynamy. Jeden.

Dwa.

Trzy.

Zaczynaj.

Patrzcie.

Nie wolno dotykać.

Pomóżcie mi zabrać dzieci do domu.

- Odleciały, Mitch? - Chyba tak.

- Ktoś jest ranny? - Jenny ma zadrapany policzek, ale to nic wielkiego.

To już trzeci raz.

Mitch, to nie jest normalne, prawda? Mewa, która zaatakowała mnie na łodzi,

- wczoraj u Annie i... - Wczoraj? Jak to?

Mewa rozbiła się o drzwi Annie. Mitch, co się dzieje?

Nie wiem. Musisz wracać do Annie?

- Nie. Swoje rzeczy mam w samochodzie. - Zjedz coś, zanim wyruszysz. Czułbym się spokojniej.

- Chcesz z musztardą? - Nie, dziękuję.

- Dlaczego Annie nie została na kolacji? - Musiała zadzwonić do siostry na wschodzie.

- Co się z nimi dzieje? - Co się dzieje ze wszystkimi ptakami?

- Gdzie zanieść kawę? - Na stół, kochanie.

Pośpiesz się, Mitch. Panna Daniels pewnie chciałaby być już w drodze.

Myślę, że powinnaś zostać na noc, Melanie. Mamy dodatkowy pokój na górze.

- Nocą droga może być ciężka. - Jeśli pojadę do Santa Rosa,

- to chyba szybciej trafię na autostradę? - Tak, a autostradą jest o wiele szybciej.

Ale trafi wtedy na potężne korki.

Posłuchajcie tylko tych nierozłączek.

Mitch.

Zasłońcie twarz i oczy.

- To wróbel. - Wiem, co to jest, Al.

- Miałeś włączone światło czy coś? - Tak, ale z komina nie wyszłoby go dużo.

Ptaki czasami ciągnie do światła. Ale to i tak dziwna sprawa.

- Musimy coś z tym zrobić. - Chyba nie za bardzo rozumiem, Mitch.

- Co zrobić? - Ptaki wdarły się do domu.

- Wygląda na to, że dostały się tutaj i wpadły w panikę. - W zamkniętym pomieszczeniu mogą spanikować,

ale one nie dostały się tak po prostu, wparowały przez komin.

- Moja żona znalazła raz ptaka w samochodzie. - Opowiedz mu o przyjęciu.

- Urządziliśmy przyjęcie urodzinowe dla Cathy. - Ile lat skończyła?

Jedenaście. W środku przyjęcia dzieci zostały zaatakowane przez mewy.

A wczoraj mewa uderzyła pannę Daniels.

Może dzieci je drażniły? Bo rozdrażnione potrafią zaatakować.

Al, dzieci się bawiły. Mewy po prostu zaatakowały.

Lydia, "atak" to dość dosadne słowo, nie uważasz?

Przecież ptaki nie atakują ludzi bez powodu. Rozumiesz?

- Dzieci pewnie je wystraszyły. - Te ptaki zaatakowały.

Przyznam, że narobiły sporo bałaganu.

Może osłońcie wylot komina.

- Pomóc przy sprzątaniu? - Nie trzeba. Nie powinno być dużo do roboty.

Zaprowadzę Cathy do łóżka.

- Chyba powinnam zostać, nie sądzisz? - Byłoby miło.

- Pójdziemy po moje rzeczy do samochodu? - W czymś jeszcze mogę pomóc, Mitch?

- Nie, dzięki, Al. Poradzimy sobie. - Dobranoc, Lydia.

Naprawdę dziwna sprawa.

Mitch.

- Tak, mamo? - Odwiozę Cathy.

- I chyba zajadę na farmę Fawcetta. - Dobrze.

Dzień dobry.

- Dzień dobry, George. Jest pan Fawcett? - Chyba tak, proszę pani.

Nie widziałem go dziś rano, ale powinien tam być.

Dzięki.

Dan, jesteś w domu?

Mamo.

Co się stało, skarbie?

Al Malone dzwonił, żebym przyjechał na farmę Fawcetta. Będzie tam jakiś detektyw z Santa Rosa.

- Poradzisz sobie? - Tak. Zaniosę twojej mamie herbatę.

Bądź ostrożny, proszę.

Też bądź ostrożna.

Mitch?

Nie, to ja, pani Brenner. Pomyślałam, że zechciałaby pani herbaty.

Dziękuję.

- Gdzie jest Mitch? - Al Malone chciał, by przyjechał na farmę Fawcetta.

- Dlaczego? Al nie uwierzył w moją opowieść? - Dzwonił z farmy.

- Czyli go widział. - Musiał. Posłali po policję z Santa Rosa.

I co oni poradzą?

Myślisz, że Cathy nic nie grozi w szkole?

Jestem pewna, że nic jej nie będzie.

- Zabrzmiałam głupio? - Skądże.

Ciągle widzę twarz Dana. A w szkole mają takie duże okna.

W sypialni Dana wszystkie okna były rozbite. Wszystkie.

Proszę starać się o tym nie myśleć.

Żałuje, że nie jestem silniejszą osobą.

Cztery lata temu straciłam męża.

To straszne, gdy polegasz na sile kogoś innego,

która niespodziewanie odchodzi i zostajesz sama.

Chciałabym móc się czasami odprężyć.

Chciałabym móc zasnąć.

- Myślisz, że Cathy ma się dobrze? - Jest tam Annie.

Nic jej nie będzie.

Zazwyczaj taka nie jestem.

Nie niepokoję się tak o moje dzieci.

Kiedy umarł Frank...

On rozumiał dzieci. Naprawdę je rozumiał.

Potrafił wejść do ich świata i stawać się jednym z nich.

- To bardzo rzadki talent. - Tak.

Bardzo bym chciała być taka sama.

Brakuje mi go.

Czasami budzę się rano i myślę:

"Muszę zrobić Fredowi śniadanie."

I wstaję, to dobry powód, by wstać z łóżka,

aż, oczywiście, sobie przypominam.

Brakuje mi naszych rozmów.

Cathy jest jeszcze dzieckiem, a Mitch...

Cóż, Mitch ma własne życie.

Cieszę się, że został tutaj. Czuję się przy nim bezpieczniejsza.

- Chciałaby pani odpocząć? - Nie.

Nie, zostań.

Czuję, że w ogóle cię nie rozumiem, a tak bardzo bym chciała.

Dlaczego, pani Brenner?

Bo mój syn wydaje się być tobą zauroczony,

a ja nie wiem, jak mam się z tym czuć.

Nawet nie wiem, czy cię lubię, czy nie.

- Czy to tak ważne, czy pani mnie lubi? - Myślę, że tak.

Mitch jest dla mnie ważny. Chciałabym polubić jego wybrankę.

A gdyby jej pani nie polubiła?

Cóż, nie sądzę, by to miało znaczenie dla kogoś innego prócz mnie.

Myślę, że dla Mitcha miałoby to znaczenie.

Mitch zawsze robił to, co chciał.

Ale widzisz,

nie chcę zostać sama. Myślę, że bym tego nie zniosła.

Wybacz.

Wybacz.

Zdenerwowałam się przez te ptaki. Nie wiem, co bym zrobiła bez Mitcha.

Proszę spróbować zasnąć, pani Brenner.

Chciałabym być silniejszą osobą.

Myślisz, że nic jej nie będzie? Że jest bezpieczna w szkole?

Chce pani, żebym po nią pojechała?

- Nie mogłabym o to prosić. - Ale to żaden problem.

Pojechałabyś? Poczułabym się znacznie lepiej.

Zaraz po nią pojadę.

Melanie?

Dziękuję za herbatę.

Dobrze, dzieci. Odłóżcie śpiewniki i stańcie obok ławek.

Pójdziemy na przerwę, gdy wszyscy będą gotowi.

Nie pójdziemy na plac zabaw, dopóki się nie uspokoicie.

- Zamknij te drzwi. Szybko. - Co?

- Co się dzieje? - Zobacz.

Musimy zabrać stąd dzieci.

Dobrze, dzieci, cisza.

Panna Daniels chciałaby zobaczyć, jak się zachowujecie podczas alarmu pożarowego.

Chcę jej pokazać, że potraficie być posłuszne i zachowywać się cicho.

- Wyjdziemy teraz ze szkoły. - Wychodzimy ze szkoły?

- Ci, którzy mieszkają niedaleko, niech idą do domu. - Do domu?

- Reszta idzie prosto do hotelu. Czy to jasne? - Tak, panno Hayworth.

Melanie?

Chcę, byście szły jak najciszej. Nie hałasujcie,

dopóki nie powiem, żebyście biegły. Wtedy biegniecie jak najszybciej. Zrozumiałyście?

- Tak, panno Hayworth. - Dobrze. John, prowadzisz.

Cathy. Cathy.

Tato, były ich setki. Nie histeryzuję.

Staram się ci to opowiedzieć najspokojniej jak potrafię.

Dobrze, tato. Tak.

Niedawno, jakieś 15 minut temu.

W szkole.

- Nie wiem, zaczekaj. Jak się nazywa tutejsza szkoła? - Po prostu szkoła w Bodega Bay.

Szkoła w Bodega Bay.

Nie wiem, ile dzieci, 30, 40.

Nie, ptaki zaatakowały dopiero wtedy, gdy dzieci wyszły ze szkoły.

- Słucham, pani Bundy? - Potrzebuję drobnych.

Chyba wrony.

Nie wiem, tato. Jest różnica między wroną a kacykiem?

- Oczywiście, że jest różnica, panienko. - Dziękuję.

Jest różnica, tato.

Myślę, że to były wrony. Tak, setki.

Tak, zaatakowały dzieci. Zaatakowały je.

Nie wiem kiedy, ale teraz nie mogę wyjechać, tato.

Dobrze. Do zobaczenia.

Oba należą do rzędu wróblowych, ale to są różne gatunki.

Wrona to Corvus brachyrhynchos, a kacyk Euphagus cyanocephalus.

Dziękuję.

- Ma pan numer na farmę Fawcetta? - W tej książce, proszę pani.

Nie wiem, co to za różnica, pani Bundy. Wrony czy kacyki,

- jeśli zaatakowały szkołę, to sprawa jest poważna. - Szczerze wątpię, że któryś z tych gatunków

posiadał odpowiednią inteligencję, by przeprowadzić zmasowany atak.

- Ich mózgi nie są rozwinięte... - Właśnie wróciłam z tej szkoły, proszę pani.

- Nie wiem nic o ich mózgach, ale... - Ale ja wiem.

Ja wiem. Tak się składa, że ornitologia to moja profesja.

Ptaki nie są agresywne, panienko. Wprowadzają piękno do tego świata.

- To raczej ludzkość... - Sam, trzy smażone kurczaki.

- Z pieczonymi ziemniakami. - Mogę rozmawiać z Mitchem Brennerem?

- Zaczekam. - To raczej ludzkość

upiera się w utrudnianiu życiu funkcjonowania na tej planecie.

- Gdyby nie ptaki... - Pani Bundy, pani chyba nie rozumie.

- Ta pani mówi, że szkoła została zaatakowana. - Niemożliwe.

- Mitch? Dobrze, że cię zastałam. Stało się coś... - To koniec świata.

Dwie Krwawe Mary, Deke. Co się wydarzyło w szkole?

- Wrony zaatakowały uczniów. - To koniec świata.

"Tak mówi Pan Bóg do wzgórz, do pagórków,

do strumieni i do dolin: Oto ja,

sprowadzę na was miecz i zniszczę wasze wyżyny."

- Księga Ezechiela, rozdział szósty. - "Biada tym, którzy rychło wstając rano,

- szukają sycery." - Księga Izajasza, rozdział piąty.

- To koniec świata. - Wątpię, by kilka ptaków zniszczyłoby świat.

- To nie było kilka ptaków. - Nie wiedziałem, że o tej porze roku jest tu tyle wron.

Wrona na stałe zamieszkuje tereny, które są w jej zasięgu.

W zasadzie, podczas bożonarodzeniowego liczenia, naliczyliśmy...

- A ile mew naliczyliście, pani Bundy? - Których mew, panie Sholes?

- Jest kilka gatunków. - Te, które niszczyły moje kutry.

- Miał pan problemy z mewami? - Moja łódź miała, tydzień temu.

- Ta pani została uderzona przez mewę w sobotę. - Deke, nadal czekam na Krwawe Mary.

- Już idę. - Może pani poprosić, by mówili ciszej?

- Dzieci się boją. - Całe stado mew prawie wywróciło moją łódź.

- Prawie urwali rękę szyprowi. - Straszysz dzieci. Mów ciszej.

Mnie też wystraszył.

Chcesz powiedzieć, że wszystkie te...

- Nie, to brzmi nieprawdopodobnie, Sebastianie. - Deke, ja tylko mówię, co spotkało moją łódź.

Mewy chciały tylko pańskich ryb. Naprawdę, myślmy logicznie.

Więc czego chciały wrony w szkole?

- A jak pani myśli, panno... - Daniels.

- Myślę, że chciały dopaść dzieci. - W jakim celu?

- By je zabić. - Dlaczego?

- Nie wiem. - Tak myślałam.

Ptaki są na tej planecie od czasów archeopteryksa,

od 140 milionów lat. Czy to nie wydaje się dziwne,

że czekały tyle czasu, aby zacząć wojnę z ludzkością?

- Nikt nie nazywa tego wojną. - Szkocka, z odrobiną wody.

- Ale pani i pan Sholes tak sugerujecie. - Kto mówił o wojnie? Powiedziałem, że mewy...

- Chcesz jeszcze kawy? - Nie. Że zaatakowały moją łódź.

Mogło chodzić o ryby, jak pani mówiła.

Kapitan powinien był do nich strzelić.

Mewy są padlinożerne. Jak większość ptaków.

Łapcie za broń i zmiećcie je z powierzchni ziemi.

- To byłoby niemożliwe. - Dlaczego, pani Bundy?

Bo obecnie na świecie jest 8650 gatunków ptaków, panie Carter.

Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych żyje 5,75 miliarda ptaków.

- Na całych pięciu kontynentach... - Wybić je wszystkie. Pozbyć się tych brudnych zwierząt.

...znajduje się prawdopodobnie ponad sto miliardów ptaków.

- To koniec świata. - Te mewy pewnie chciały dostać się do ryb.

- Oczywiście. - Dzieci, kończcie lunch.

- Czy ptaszki nas zjedzą, mamusiu? - Może nas trochę poniosło.

Wprawdzie kilka ptaków zachowywało się dziwnie, ale to nie powód, by...

Mówię wam, że to nie kilka ptaków, ale mewy, wrony, jerzyki...

Nigdy nie widziałam, by ptaki różnego gatunku zbijały się w jedno stado.

To jest niewyobrażalne. Gdyby jednak tak się stało, nie mielibyśmy szans.

- Jak mielibyśmy z nimi walczyć? - Nie dalibyśmy rady, to prawda.

- Ma pani rację, pani Bundy. - Coś się stało? Co jest?

- Jesteśmy w stanie wojny, Sam. - Wojny? Z kim?

- Z ptakami. - Cieszę się, że tak to państwa bawi.

Wystraszyliście tylko dzieci. Skoro ta pani widziała, jak zaatakowały szkołę,

- to czemu jej nie wierzycie? - Kto zaatakował szkołę?

Wrony. Siedzicie tutaj i tylko dyskutujecie.

- Czego jeszcze chcecie, by wpadły przez te okna? - Mamusiu.

Załóż płaszczyk.

Może powinniście wrócić do domu i pozamykać drzwi i okna.

- Jak najszybciej dojechać do San Francisco? - Autostradą.

- Jak do niej trafić? - Ja będę nią jechał. Może pani jechać za mną.

- A więc ruszajmy. - Nie skończyłem drinka.

- Przybyłem najszybciej jak mogłem. Gdzie Cathy? - Jest z Annie. Jest cała.

- Al, dlaczego nie byłeś w szkole podczas ataku? - Bo byłem na farmie Dana Fawcetta.

- Zeszłej nocy został zabity przez ptaki. - Co?

- Chwila, nie wiesz tego na pewno. - Jakie są fakty, panie Malone?

Policja z Santa Rosa uważa, że to morderstwo. Sądzą, że zabił go włamywacz.

- A jak wytłumaczysz martwe ptaki na podłodze? - Policja z Santa Rosa mówi, że wleciały po zabójstwie.

Policja z Santa Rosa była dzisiaj w szkole?

- Jedzie pan? - Spokojnie. Przecież nie widać tu żadnego ptaka.

"Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną,

a Ojciec wasz niebieski je żywi."

Rok temu coś takiego miało miejsce w Santa Cruz. Mewy opanowały całe miasto.

- Może pan dokończyć drinka? - Racja. Pamiętam to.

Duże stado mew zagubiło się we mgle i przyleciały do miasta,

- gdzie paliły się światła. - Tam też narozrabiały, rozbijały się o budynki.

- One zawsze narobią bałaganu. - Rzecz w tym, że nikt się tym nie przejął.

Następnego ranka odleciały, jak gdyby nigdy nic.

- Biedactwa. - Wyjeżdżam. Jedzie pan?

- Mam nadzieję, że się z tym uporacie. - To koniec świata.

- Wracam do fabryki. Ile jestem winien, Deke? - Zaczekaj, Sebastian.

- Nie chcę wyjść na panikarza. - Nikt tak nie powiedział.

Myślę, że mamy problem. Nie wiem, jak to się zaczęło, ale szaleństwem by było to ignorować.

- Co? "Ptasią wojnę"? - Tak, "ptasią wojnę".

Atak ptaków, plaga, jak zwał, tak zwał. One się gdzieś grupują i z pewnością wrócą.

- Niedorzeczność. - Chodź.

- Jeśli czegoś nie zrobimy, nie zaalarmujemy Bodega Bay... - Posłuchaj, Mitch.

- Nawet jeśli to prawda, jeśli te ptaki... - Nie wierzysz, że to prawda?

Nie, Mitch, mówiąc szczerze. Nie ma powodu, bym...

- To się dzieje. Czy to niewystarczający powód? - Uwielbiam Bodega Bay jak każdy inny...

- Więc pomóż. Jesteś tu szanowany, inni pójdą za tobą. - Jak miałbym pomóc? Co chcesz zrobić?

Pani Bundy mówiła coś o Santa Cruz. Że mewy zgubiły się we mgle i leciały do światła.

- O tej porze roku nie ma u nas mgły. - Wytworzymy ją.

- Użyjemy kotłów, tak jak to robi wojsko. - Spójrzcie.

Znów atakują. Melanie, zostań tutaj. Chodź, Al.

Uwaga.

Spójrzcie na benzynę. Ten człowiek podpala cygaro.

Proszę pana, nie rzucaj zapałki. Uciekaj stamtąd.

- Niech pan ucieka. - Uważaj.

Dlaczego one to robią?

Dlaczego one to robią?

Mówią, że wszytko się zaczęło, odkąd pani się tu zjawiła.

Kim pani jest? Czym pani jest?

Skąd pani jest?

Myślę, że to wszystko przez panią.

Pani jest zła. Zła.

- Chyba odlatują. - Odbierzemy Cathy od Annie.

- Znowu wrony. - Cicho.

Idziemy.

O, nie. Zostań tutaj.

Cathy. Gdzie jest Cathy?

Mitch, nie.

Nie zostawiaj jej tam, Mitch.

Chodźmy.

Kiedy wróciłyśmy po odwiezieniu Michele do domu,

usłyszałyśmy eksplozję i wyszłyśmy zobaczyć, co to było.

I nagle wszędzie pojawiły się ptaki.

Wepchnęła mnie do środka, a one się na nią rzuciły.

Annie wepchnęła mnie do środka.

Daj jeszcze jedną.

- Jak długo one się już tam zbierają? - Jakieś 15 minut.

Zachowują się według jakiegoś wzoru, prawda?

Atakują, znikają, a potem znów się zbierają.

Nie widać dużej różnicy, co? Trochę dymu nad miastem...

- Chcesz spróbować zadzwonić do ojca? - Próbowałam niedawno. Telefon nie działa.

- Ale mamy prąd? - Tak.

- Mitch, odbieram coś w radiu. - Chodźmy.

Nie mogłam złapać lokalnych stacji. To chyba z San Francisco.

Dziś rano w Bodega Bay, duża grupa wron zaatakowała dzieci,

które przeprowadzały ćwiczenia przeciwpożarowe. Jedna dziewczynka została poważnie ranna

i przewieziono ją do szpitala w Santa Rosa, ale większość dzieci bezpiecznie uciekła.

Ponoć doszło do kolejnego ataku na miasteczko, ale te informacje są dość ogólnikowe.

Jak dotąd nie ma wieści o ponownych atakach.

To wszystko?

Muszę przynieść więcej drewna. Ogień nie może zgasnąć.

- Zabiłeś okna na strychu? - Tak.

- Kiedy one wrócą? - Nie wiem.

- Większe ptaki mogą się tu dostać. - Musimy zaryzykować.

- Może powinniśmy wyjechać. - Nie teraz. Nie, gdy się grupują.

- A kiedy? - Zobaczymy.

- Kiedy wyjedziemy? - Na razie jesteśmy bezpieczni. Chodźmy po drewno.

- A jeśli zabraknie drewna? - Porąbiemy meble.

Nie wiesz, nie wiesz. Kiedy będziesz wiedział? Jak wszyscy umrzemy.

Gdyby tylko twój ojciec tu był...

Przepraszam.

Przepraszam, Mitch.

Zaparz sobie kawę.

- Gdzie one lecą? - W głąb lądu.

- Do Santa Rosa? - Może. Chodźmy po drewno.

Mitch, mogę tu przynieść nierozłączki?

- Nie. - Mamo, one są w klatce.

Ale to ptaki.

Niech siedzą w kuchni, dobrze?

Mitch, dlaczego te ptaki to robią?

- Nie wiemy, skarbie. - Dlaczego chcą zabijać ludzi?

Chciałbym znać odpowiedź.

Źle się czuję, Melanie.

- Chce mi się... - Pójdę z tobą.

Odlatują.

Mitch?

Och, Mitch.

Zabierz stąd Cathy i Lydię.

Melanie.

Melanie.

Biedactwo.

- Przynieś wodę, bandaże i środek odkażający. Szybko. - Bandaże. To straszne.

Cathy, przynieś brandy.

Nie, już dobrze, już dobrze.

Już dobrze.

Cathy, przynieś lampę.

- Musimy zabrać ją do szpitala. - Nie możemy. Nie mamy gdzie pojechać.

- Do San Francisco. - Nie damy rady.

Musimy spróbować. Pojedziemy Bay Hill Road, dzięki temu ominiemy miasto.

- Nie możemy tu zostać. Ona potrzebuje pomocy. - Boję się.

Jestem przerażona.

Nie wiem, co się dzieje na zewnątrz.

Powinniśmy wyruszyć przed następnym atakiem.

Weźmiemy samochód Melanie, będzie szybciej niż pickupem. Dokończysz ją bandażować?

- Postaram się. - Dobrze.

Mitch, zobaczy, czy uda ci się złapać coś w radiu w samochodzie.

Ataki ptaków jak na razie ucichły. Bodega Bay wydaje się być ich centrum,

chociaż odnotowano kilka ataków w Sebastopolu i Santa Rosa.

Drogi do Bodega Bay zostały zablokowane. Większość mieszkańców zdołała uciec,

jednak pozostają tam jeszcze odcięte grupy ludzi.

Nie zapadła jeszcze decyzja odnośnie następnego kroku,

ale mówi się o wkroczeniu wojska.

Podobno ptaki atakują falami pomiędzy długimi przerwami.

Powód takiego zachowania nie jest jeszcze znany.

- Mówili coś w radiu? - Wszystko jest dobrze. Chodźmy.

Nie. Nie.

- Mitch? - Cicho.

Zostań tam.

Mogę zabrać nierozłączki, Mitch? One nikogo nie skrzywdziły.

Dobrze, weź je.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.