All language subtitles for Everyone Says I Love You (1996) BluRay.1080p.10bit.2CH.x265

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic Download
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese Download
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian Download
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish Download
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

WSZYSCY MÓWIĄ KOCHAM CIĘ

Wiesz, ja...

i ty...

musimy gdzieś się skryć, gdzie nie trafi nikt.

Bo my...

Bo nas...

Nie stać, by tracić czas,

gdy drży każdy zmysł.

Czas oddać... głos twoim wdziękom...

i moim rękom...

i naszej wyobrażni.

Ty chcesz...

Ja też...

Miłosny węzeł spleść. Mów, że kochasz mnie.

On z nią...

sam na sam...

to idealny plan.

Podoba się wam?

No tak. To fakt. Rzecz dzieje się w maju.

Ptaszki fruwają.

To na miłość czas w sam raz.

- l ja... - l ty...

- l ty... - l ja...

Malutki stwórzmy raj

Dla dwóch serc naj - naj!

Wiesz, ty...

l ty...

Musimy gdzieś się skryć, gdzie nie trafi nikt.

- Bo my... - Tylko ja i ty!

- Bo my... - Strasznie mało nas!

Po co więc tracić czas,

Gdy każdy zmysł drży!

Ty chcesz...

ja też...

miłosny węzeł spleść.

Mów, że kochasz mnie.

To moja siostra SkyIar i jej chłopak HoIden.

A to ja. Jestem Djuna. D-J-U-N-A.

Wszyscy nazywają mnie DJ. Będę z wami szczera.

Nie jesteśmy typową rodziną z komedii muzycznych.

Mamy forsę i mieszkamy przy Park Avenue w apartamencie...

Na ostatnim piętrze.

Tata jest prawnikiem. Mówię tata, aIe to właściwie ojczym.

Bo istnieje prawdziwy ojciec. PośIubił mamę i mieIi mnie.

Ojczym ma dwoje dzieci ze swą pierwszą żoną...

Dobra, może to dIa was ciut zagmatwane.

O, są Lane i Laura. Moje siostry przyrodnie. Świetne.

Czasem trochę głupawe, aIe kochamy się i zaśmiewamy razem.

No i mój przyrodni brat Scott. Bardzo mądry.

Wyrzutek rodziny, bo jest konserwatywnym repubIikaninem...

przez co tatę trafia szIag, bo jesteśmy Iibero-demokratami.

Jak ci, na zasiłku, mają mieć inicjatywę, biorąc forsę za nic?

Więc jak ktoś nie może pracować, to won z nim?

Opieka społeczna to pomyłka. Przestarzała, IiberaIna fikcja...

jak zakaz modIitwy w szkoIe i rozpieszczanie bandytów.

Nie wierzę, że to mówi mój własny syn, z krwi i kości.

Chyba jakieś repubIikańskie ufoIudki opanowały twoje ciało.

To są męskie, nowoczesne pogIądy.

SiIna Ameryka, prawo noszenia broni.

Broni? Zwariowałeś? Co się z tobą stało?

Nie rozumiem cię już.

Steffi, przynieś mi tu mój testament i gumkę.

Tata jest IiberaInym demokratą, aIe mama to wręcz ekstremaInie.

Demokratka z poczuciem winy.

On dorastał w biedzie i wie, co znaczy tyrać jak wół.

Mama opływała w forsę i Iuksus, więc cały czas poświęca...

ochotniczej pracy dIa wszystkich.

Działa w Unii Swobód ObywateIskich, ratuje wieIoryby.

Zbiera forsę na Whitney Muzeum i szpitaI Lenox HiII...

Zawsze ma coś na tapecie.

Dzisiaj: chic soiree na rzecz nowojorskiej fiIharmonii.

Lane i Laura...

Chodzą do NightingaIe, eIitarnej szkoły przy East 92 Street.

- U Ritza są tyIko czarne trufIe... - Białe są Iepsze...

- O Boże. - O Boże. Idzie.

- Jest obłędny. - Kto to?

Tak naprawdę to nie wiemy. Zawsze tędy przechodzi.

- Jest zakochana na odIegłość. - Trzeba ją z nim poznać.

Błagam, tyIko żadnych upokarzających spisków.

Mama ma właśnie pacjentkę.

CIaire to ich przyjaciółka. Jej matka jest psychiatrą.

CIaire wywierciła dziurę w ścianie...

i czasem po szkoIe zabawiamy się, podsłuchując kIienteIę.

Miewam fantazje na temat...

innych mężczyzn, i...

czuję się przez to podIe, mam... poczucie winy.

Śniła mi się winda. Znowu.

Jestem w windzie, i...

ona cały czas jedzie do góry, do góry.

Musicie poznać dziadka.

Ma 88 Iat.

Był na dworcu Grand CentraI. MyśIał, że to ogród botaniczny.

Trzeba go mieć na oku.

Raz wywIókł się z domu w ręczniku...

i stanął w koIejce na Time Square.

PosłaIiśmy po niego Friedę. To nasza pokojówka.

MyśIę, że usługiwała HitIerowi w jego kwaterze.

AIe tyIko ona radzi sobie z dziadkiem.

ZnaIazłam pańskie wkładki ortopedyczne w guIaszu.

- Jak się dostały do guIaszu? - Cześć, dziadziu...

Jest jeszcze mój tata. Mieszka w Paryżu, aIe często przyjeżdża.

Tata i ojczym przyjaźnią się.

Sadzę, że on nadaI kocha mamę, choć od Iat są rozwiedzeni.

Wszyscy żyją w przyjaźni i dzieIą się kłopotami.

Nie do wiary. GiseIIe mnie rzuciła.

Spójrz na nią. Odeszła z moim najIepszym przyjacieIem.

- Nic na to nie wskazywało? - Nic. Widziałaś kogoś tak...

Jestem wzburzony, brak mi słów. Zabiję się.

PoIecę do Paryża, skoczę z wieży EiffeIa i zginę.

Lecąc Concordem mogę być martwy 3 godziny wcześniej. IdeaIne.

Zaraz, uwzgIędniając różnicę czasu...

W Nowym Jorku byłbym 6 godzin żywy, zaś w Paryżu 3 godziny martwy.

Mógłbym załatwiać sprawy i być martwy.

Nie rozpoznałeś oznak? Niczego nie zauwaźyłeś?

MyśIisz, że jestem idiotą? Jakie niby oznaki?

Jego zdjęcie w szufIadzie? MyIiła imię podczas orgazmu?

- Nie mówię o tym. - Tak było.

- TyIko nie skojarzyłem. - O mój Boże!

Dobrze, że jej nie pośIubiłeś. Mówiłem: ''Nie rób tego''.

- Byłbym z nią szczęśIiwy. - Naprawdę dobrze się stało.

- Chcesz wina aIbo czegoś..? - Daj, muszę się napić.

Wiecie, co jest smutne? Sądziłem, że dobrze nam idzie...

układa się.

Wybierasz niewłaściwe kobiety.

- Wybrałem ciebie. - RozwiedIiśmy się.

- Byłaś trudna we współżyciu. - Ja, trudna? A to piękne.

Nie mogłeś wybrać, kim być: psychoanaIitykiem czy pisarzem.

Zostałem kompromisowo pacjentem i pisarzem.

Znajdziemy ci kogoś. Znamy masę Iudzi. Ktoś się trafi.

Od rozwodu szukam dIa niego kobiety.

Kogoś kto pasowałby do jego osobowości. AIe zaczynam...

Weż drugi kieIiszek.

Zastanawiam się, czy popuIacja kobiet nie jest za mała.

- Miałeś pecha. - Nieprawda.

To taIent do złego wybierania. Niech się zastanowi...

czy chce spędzić z kimś jesień życia, czy nie?

- Co ci nagIe moja jesień życia? - Trzeba myśIeć o tych rzeczach.

Mężczyżni inaczej się starzeją. Wnet wezmą mnie za twego syna.

To było podłe.

- Nie śmiej się. Nie ma z czego. - Pakuje mnie do domu starców.

A co z MadeIine? Zaraz po mnie.

MadeIine była archeoIogiem. Była fantastyczna.

Była nimfomanką.

Zgoda, miała drobny probIem z wiernością, nie dostrzegłem.

- AIe jaka błyskotIiwa. - A CaroI? Jak jej tam?

- Poetka. NaIeżała do Mensy. - UzaIeżniona od heroiny.

MyśIałem, że to insuIina. Skąd miałem wiedzieć?

- Wiesz w czym probIem? - On jest probIemem.

On nadaI kocha ciebie. Zawsze to mówiłem.

Kto by go winił. AIe tak jest.

- W tym rzecz. - Moi dwaj mężowie.

- Tęsknię za GiseIIe. - Znajdziemy ci kogoś.

- Jakąś w miarę normaIną... - No nie wiem...

- Znajdziemy. - Tu jest probIem.

Co to za sekrety? U jubiIera?

Pomóż mi wybrać pierścionek zaręczynowy dIa SkyIar.

GratuIacje!

Chodzi o pierścionek zaręczynowy?

Pobieramy się. To znaczy ja się żenię. Nie z nią.

Rozumiem. Jaką wieIkość ma pan na myśIi?

WieIkość?

Nie jest duża. I nie jest koścista. Ma nieco ciała.

Zatem prosty i eIegancki? Tak jest.

Dokładnie taki. Właściwy facet.

Coś takiego?

- Boże! Piękny! Jest piękny. - Doskonały.

Najpiękniejszy jaki widziałem.

- IIe kosztuje? Podoba mi się. - 55 tysięcy.

55 tysięcy doIarów, mówi pan.

W takim razie zdejmę go, poniewaź...

Nie sądzę... właściwie, jak mu się przyjrzałem, nie jest...

w guście SkyIar. Przesadny. To nie narzeczona mafii.

- Pomóż mi. - Tu mam uroczy.

- Ten jest ładny. - Bardzo prosty.

- IIe kosztuje? 1 500? 2000? - 8000.

- Jest bardziej w zasięgu.

- Właściwa okoIica. Nie moja... - AIe Iepsza okoIica.

A co tam, no nie? Pobieramy się.

- Bierzemy. -AbsoIutnie przepiękny pierścionek.

Pierścionek to dla niej nic.

Ma za nic ten cały blichtr.

Mój skarb tylko o mnie dba.

l nie na jej gust są te rolls - royce'y.

Gust dość dziwaczny ma, lecz nie najgorszy

więc chętnie obejdzie się bez brylantowych lśnień

Miła ma miarę zna.

l wcale się z tym nie kryje...

że pragnie mieć tylko mnie.

Tak szczęśliwy jest od dnia, kiedy po uszy w tę miłość wpadł.

Choć z trudem wierzy, że kochany jest.

Bo trudno, fakt! Uwierzyć w to...

gdy się patrzy nań, gdy się słucha go.

Lecz miłości zdarza się, że ślepa jest.

Nie nęci jej szpan i gra. l ciuchy też w nosie ma.

Mój skarb tylko o mnie dba.

Nie marzy o futrach i milionach.

Nie lubi się włóczyć po wyścigach i kasynach.

- Mej żabki nie ciągnie sport. - Nie ten sort.

Z daleka omija kort.

Więc przyznać tu muszę jej...

że gust miała, gdy wybrała...

wybrała właśnie mnie.

Mój skarb pragnie tylko mnie.

''Pani HoIdenowa Spence''. ''SkyIar Spence''. Podoba mi się.

Zabiera ją dziś do Le Cirque.

- Nie żartuj. - Chyba się jej oświadczy.

- To ja ich sobie przedstawiłem. - Tak. SłyszeIiśmy już.

Tak było. Jak podjął pracę w naszej firmie prawniczej...

powiedziałem: ''Świetny dzieciak. SoIidny, w sam raz dIa niej''.

- Frieda, makaron jest bez sosu. - Do bawarskiego nie potrzeba.

Do włoskiego potrzeba sosu. Włosi to mięczaki.

Dobrze. Daj pieprz.

Twoja recepta na rozpanoszoną zbrodnię to uwoInienie bandytów.

- Ferry zasłużył na zwoInienie. - Co to ma być?

To żart? Chcesz, żeby grasował po uIicach?

Proszę: rozbój, napaść, napad z bronią, próba ucieczki...

- Był maItretowanym dzieckiem. - Trochę współczucia.

Wciąż trafiał do więzienia, bo miał trudne dzieciństwo.

Nie wiesz, jak to jest. Potem kiIka błędów...

- Błędów? Kpisz sobie? - Zły proces, korupcja sędziów.

- Nie chcę z tobą rozmawiać. - Nie chcę tego słuchać.

- Chcę mój portfeI. - Dokąd idziesz?

Na stadion PoIo. Grają Giants i CardinaIs.

Nie możesz. A na spacer tyIko z Friedą.

- Dziś Święto Pracy. Grają. - Mamy czerwiec, dziadku.

- Stadion PoIo dawno zamknięty. - Bo pada deszcz?

- Weż go na spacer. - Nie idę z Friedą.

- Bez owczarka niemieckiego. - Idż na miły spacer.

- ''Owczarek niemiecki''. Boże... - Wiesz, co mówią dzieci?

HoIden zrobi dziś wieczór niespodziankę SkyIar.

- Nie pIotkuj, bo wszystko zepsujesz. - Mówiłem, żebyś nie papIał.

- Wychodzę. - Pa, dziadku.

Powiedz Minnie, że poszedłem na mecz.

- Minnie nie żyje od 20 Iat. - Nie zaprzeczam.

- Przekaź jej, że będę póżniej. - Dobrze.

21 Iat to za wcześnie na zamążpójście.

Byłbym przeciwny, gdyby to nie był HoIden.

Nie ma mowy, żebym wyszła za mąż, nim skończę 35 Iat.

- Zresztą zamieszkam z kobietą. - Co to za żarty?

- Lubisz HoIdena? - Tak.

Tu chodzi o SkyIar. To romantyczna kretynka.

- HoIden jest mało romantyczny. - To co? AIe wyjdzie za niego?

- Mam nadzieję. Biorę jej pokój. - Mówię powaźnie.

- Powinna chyba za nim szaIeć. - Ona cierpi na syndrom rycerza,

Odkąd ruszyły jej hormony, czeka na faceta z charyzmą...

- co się zjawi i zwaIi ją z nóg. - HoIden jest takim rycerzem.

- Raczej zwykłym poczciwiną. - Poczciwy, aIe miły. Wspaniały.

Piękna aprobata. Nigdy nie przyprowadzę tu chłopaka.

WcaIe nie jest poczciwiną.

Lubię marzyć...

tak jak wy.

Tylko marzyć...

tylko śnić.

W moich snach co noc, bez tchu...

miły mój przybywa tu.

Jego urok, jego głos...

Sprawia, że bzikuję wprost.

Szczęście trwa...

lecz tylko w moim śnie. Och, głupia ja..!

A wy to nie?

- Wiesz, jak widzę nasze życie? - No jak?

Pobierzemy się i zamieszkamy u moich rodziców w Sharon.

Mogę mieszkać tyIko w N. Jorku.

''Zamieszamy'' u moich rodziców, gdy powiemy im o Nowym Jorku.

Trzeba będzie miejsca, jak chcemy mieć czworo dzieci.

Ja chcę mieć dwoje.

Dwoje to ideaIna Iiczba. IdeaIna dIa mnie.

Bo czworo to naprawdę dużo.

- Będziesz z nimi w domu... - Nie. Pójdę do pracy.

Będziesz, jak wcześniej wrócisz z pracy.

Masz zawód. Dziennikarstwo. - Architektura.

Architektura? Od kiedy?

Nie wiem. Tak sobie pomyśIałam.

Tak sobie? Studiowałaś dziennikarstwo...

Waźne, myśIę, że zgadzamy się z sobą prawie we wszystkim.

Czy mam podać deser, proszę pana?

Już czas na deser. Tak jest.

Przepraszam na chwiIę. Muszę załatwić pewien drobiazg.

- Gotowe. WedIe pana życzenia. - MyśIisz, że podziała?

DoskonaIe, Umberto.

PozwóI, że pokaźę mój wkładw to dzieło.

ŚIiczności. Spójrz tyIko. Trochę mnie to zrujnowało.

Zapewne. GeniaIny pomysł, jeśIi woIno zauwaźyć. Romantyczny.

- Taki właśnie jestem. - To widzę.

Umieszczę go tutaj.

- Padnie z wraźenia? Tak sądzę. - O tak, proszę pana.

-PoIegam na tobie. -Powodzenia.

- Wszystko w porządku? - Załatwione.

- Zamówimy deser? - Już to zrobiłem.

- Już? - Lubisz władczych mężczyzn.

To niepodobne do ciebie.

Twoja zasługa Umberto, zechciej...

O, Boże, wyśmienite! Brzoskwinie, uIubiony smak.

- Przepyszne. - Co robisz? Zaczekaj!

- Gdzie reszta deseru? - Jak to?

- Bita śmietana i wisienka? - Zjadłam.

- Zjadłaś pierścionek? - Co?

- Kupiłem ci bryIant. - Naprawdę?

- U H. Winstona. - To gdzie jest?

- Włożyłem pod wisienkę. - DIaczego?

- Żeby było romantyczniej. - Wpakowałeś bryIant w Iody?

To nie mój pomysł, aIe DJ. Mówiła, że to przyda dramatyzmu.

- No nie! - Zjadłam pierścionek z bryIantem!

Dwie sekundy nieuwagi i 8000 doIarów znika w twoim gardIe.

- Połknęłam, o Boże! - Spokojnie, zachowaj spokój.

- Jaki był duży? - Gustowny, okazały kamień.

- Jeden karat czy dwa? - Półtora, Iekko...

- Podać półtorej karotki? - Umieram.

- Skądże. - Coś nie tak, proszę pana?

Połknęła trochę biżuterii. W porządku.

- Jak mogłeś? - Proszę jeść. Jak ja mogłem?

Większość patrzy na jedzenie, nim spałaszuje. Pokaź buzię.

Nie będzie dużego probIemu... Utknął w dostępnym miejscu.

Jest przepiękny. KIasyczny. SoIiter.Świetny wybór.GratuIacje.

GratuIacje, dziewczyno. Jest przepiękny.

Katie, spójrz, zaręczyła się.

- IIe ma? Dwa karaty? - Półtora.

- Białe złoto? - Nie. Czysta pIatyna.

- Od H. Winstona. - Za iIe..?

- 8 tysięcy. - Mogę panu załatwić taki sam...

- za 6 u mego szwagra. - Tak się cieszę z pani szczęścia.

- To wspaniały chłopak. - Tak. Będę miała bIiznę?

Kiedy patrzę w rentgen, nie chce mi się śmiać.

Zawsze widząc wnętrze, wolę z boku stać.

Za to wciąż mnie śmieszą sytuacje te...

gdy się zakochany do ołtarza rwie.

Bywa też na ślubach wiele łez...

lecz jeśli to nie twój ślub - raczej się ciesz.

Kolejny on z kolejną nią... miodowy miesiąc przeżyć chcą.

Kolejny dowód, kolejny powód, żeby się bzykać.

l butów tłum i ryżu grad...

młody dwa razy powiedział ''tak''.

Jak to mu spieszno - aż słuchać przykro...

żeby se bzyknąć.

Już ich miłosne gniazdko... oplotły pędy róż.

Za rok to samo gniazdko... jest nieco inne już.

On musi zmywać, prać pieluch stos.

A czasem, bywa, pozszywać coś.

Panowie, panie! Taka jest cena za to bzykanie.

Cena za bzykanie.

Panowie, panie! Oto nagroda...

Nadeszło Iato. Lane i Laura pracują w MetropoIitan Muzeum.

Weekendy spędzają na pIaźy.

Mama zbiera podpisy artystów na rzecz uwoInienia CharIesa Ferry.

To jej nowy konik.

Nawet odwiedziła więzienie i była zbuIwersowana warunkami.

Potrzebujemy otwartych więzień.

Przestrzeni w której uszkodzony duch Iudzki mógłby zdrowieć.

Dajcie im możIiwość uczestniczenia w urządzaniu swoich ceI...

z pomocą ich własnych dekoratorów.

Przydałaby się Iepsza kuchnia. Z europejskim menu.

Co do mnie, od Iat przywykłam do podzieIonych wakacji.

Lipiec z mamą w N. Jorku. Sierpień z tatą w Europie.

ZwykIe w Paryżu, aIe tym razem zabrał mnie do Wenecji.

Wciąż starał się zapomnieć o GiseIIe, która go rzuciła.

Jedno mogę powiedzieć o romantycznych miastach.

Mają tam przecudnych facetów...

a ci nie potrafią utrzymać łap przy sobie. Ekstra.

Pierwszy tydzień był niebiański. Miałam niezłe wzięcie...

popływałam gondoIami. AIe tata kręcił się po hoteIu...

CiągIe był opętany GiseIIe.

Z miłością już skończyłem - szkoda słów.

Minęło, cześć! Więc nie dzwoń do mnie znów.

Skoro ciebie mieć nie mogę...

miłości nie chcę też.

Uczucia swe pod kluczem trzymać chcę.

A w sercu lód wręcz lodowaty chłód...

Bo już nie chcę mieć nikogo...

miłości nie chcę też.

Czuję się winna, bo jestem taka szczęśIiwa.

Wciąż się głowię, co poszło żIe z GiseIIe.

Zawsze uwaźałam, że była trochę niestała.

- Napijesz się czegoś? Ja piwa. - BeIIini.

PozwóI, że dam ci życiową radę.

Gdy będzie się rozpadał jakiś twój związek - oby nie...

Iepiej być opuszczającym niż opuszczanym.

Bo opuszczający opuszcza, a opuszczany jest opuszczany.

Opuszczający ma najwyżej Iekkie poczucie winy szczęściarza.

I niech to będzie najgorsze, co ci się przytrafi.

- Jutro spędzę z tobą cały dzień. - Nie trzeba, naprawdę.

Nie odwracaj się. To ta para.

- Nie odwracaj się. - Kto to?

Mówiłem ci o niej. Widziałem ją w recepcji.

Jest cudowna, aIe chyba mężatka.

- Przyznasz, że... - O rany!

- Piękna, prawda? - Wiem, kim ona jest.

- Żartujesz. - Że też nie pomyśIałam?

- Jest ideaIna dIa ciebie. - IdeaIna? To mężatka!

NieszczęśIiwa. Byłbyś zachwycony.

Mów więc kim jest. I skąd to wiesz?

Mama koIeżanki jest jej psychiatrą. Wiem wszystko.

- Jak się nazywa? - Nie wiem.

Jak to? Daj spokój. Nie drocz się.

Zajmuje się historią sztuki. Przyjechała zobaczyć Tintoretta.

- Wiesz, co myśIę...? - MaIuje ci się to na twarzy.

Co rano uprawia jogging.

Mógłbyś na nią wpaść i poznać...

- Dziękuję. Jest mężatką. - NieszczęśIiwą w małżeństwie.

KompIetne niedopasowanie. Facet jest jakimś aktorem.

Nie będzie przeszkodą, śpi do póżna. Żadnych probIemów.

Możesz spotkać ją absoIutnie samą. Wiem to. Bez pudła.

Nie jestem w formie. Nie mogę biegać.

Nie ćwiczyłem na bieżni od tygodni. Od 572 tygodni. To 1 1 Iat.

Rzężę. Nie patrz tak na mnie. Nie dam rady.

Zdobędziemy ci jakiś strój i jutro rano...

- Jest naprawdę niezła. - biegasz.

- Dobrze się pan czuje? - Tak, a pani?

Wie pani może, w którą stronę do Gritti?

- Chyba tam, z powrotem. - Tam?

Jogging w Wenecji... wszystko jest takie...

Iabiryntowe.

- Dobrze się pan czuje? - Świetnie. Trzeba dbać o formę.

- Biegam co dzień. A pani? - Ja też.

- Jest pani Amerykanką? - Tak.

- WieIki kraj, prawda? - Piękny.

- Góry i prerie... - W Ameryce? Tak.

Oceany. Białe z pianą i tak daIej. Więc...

-Dobrze się pan czuje? -Tak, dobrze.

Mam tyIko bóI w kIatce promieniujący do Iewej ręki.

- To serce. - W moim przypadku to stres.

- Miewam co drugi dzień. - Proszę oddychać.

- Jak pani ma na imię? - Von! Tu jesteś!

Pokazywałam temu panu drogę. Już dobrze?

Chodż, miałaś zrobić 5 kiIometrów.

- W porządku? - Tak, dobrze.

- Proszę oddychać. - Ładne buty.

Najpierw omaI nie padłem trupem. Potem zjawił się jej mąż.

Mąż się zjawił? To rzadkość.

Jak zakrzep arterii wieńcowej w naszej rodzinie.

- Poznałeś jej imię? - Von, Vonnie.

UwieIbia Tintoretta. Pracuje nad książką o nim.

Pewnie przyjechała zobaczyć ScuoIa Grande di San Rocco.

Nie wiem o co chodzi. Po co mi te książki o sztuce?

Będzie w ScuoIa bez niego. Nie mają wspóInych zainteresowań.

Wpadniesz znów na nią. Fundament jest.

Powiesz: ''Cześć, znamy się z joggingu''.

''To ja, facet z zawałem''. Będzie pamiętać.

OIśnisz ją wiedzą o jej uIubionym maIarzu.

Chyba sobie kpisz! Moja wiedza o sztuce...

ogranicza się do Kirka DougIasa w roIi Van Gogha.

- Nie mam bIadego pojęcia. - Zaufaj mi.

Nim opuścisz Wenecję, twoje usta przyIgną do jej ust.

Niestety, zostawiłem pomadkę ochronną w N. Jorku.

Co to ma być?

''Gwałtowność jego pociągnięć pędzIa''...

''Chiaroscuro''. ''Wybuchy koIoru''...

Powiedziałam tacie wszystko o Von...

A on przestudiował Tintoretta. Powiedziałam o jej upodobaniach.

O najskrytszych uczuciach, namiętności do Bora Bora...

do IV Symfonii MahIera, i że uwieIbia gerbery.

Po prostu wszystko.

Gdy pojawił się w muzeum, mógł być wykładowcą tego przedmiotu.

- Witam ponownie. - Dzień dobry!

Przeżył pan. Jak samopoczucie? Martwiłam się.

Nic się nie stało. Wróciłem do hoteIu i dałem...

konsjerżce do naoIiwienia mój rozrusznik.

Przy okazji... nazywam się Joe BerIin

- Vonne SydeII. - Zabawny przypadek.

Dwójka nowojorczyków uprawiająca jogging w Wenecji.

- I na siebie wpadamy. - Skąd pan wie, że jestem z N. J?

Nie wiem tego, tyIko tak... założyłem.

AIe absoIutnie słusznie zadała pani to pytanie.

Dobre pytanie. Żaden wstyd.

Mieszkam: róg 84 i Riverside. A pan?

Paryż. Byłem nowojorczykiem, aIe teraz osiadłem w Paryżu.

Często wracam do N. Jorku, bo kocham to miasto.

- Co pana tu sprowadza? - Jak mógłbym będąc w Wenecji...

nie obejrzeć Tintoretta?

Przecież to mój uIubiony... mistrz na świecie.

- UwieIbiam go. SzaIeję za nim. - Był prawdziwym geniuszem.

Najprawdziwszym. Gwałtowność jego pociągnięć pędzIa...

Chiaroscuro... Wybuchy koIoru...

Jego zdoIność do opanowania gestu.

Urodził się w 1 51 9 po to tyIko, by znów umrzeć w 1 594.

Tak to jest przewaźnie.

Więc naprawdę ceni pan jego dzieła?

Jak można nie cenić człowieka niskiej postury...

aIe dumnego i upartego...

Który maIował wbrew akademickim konwencjom...

XVI - wiecznej Wenecji.

- Czym się pan zajmuje? - Proszę mówić mi Joe.

Jestem pisarzem. Głównie powieściopisarzem.

Joe BerIin. Widziałam jedną z twoich książek.

Pamiętam, że miała bardzo seksowną okładkę.

Była na straganie przy 5. Avenue w dziaIe po 99 centów.

No wiesz, pewnie to cena promocyjna.

Czasem tak robią.

W Stanach uwaźają, że jestem kontrowersyjny.

Paryż ma Iepszy węch Iiteracki. Szybko poznaIi się na geniuszu...

Poego, FauIknera i moim.

Zasadniczo... jestem prostym facetem.

Chcę tyIko żyć w Paryżu, może... no wiesz, zakochać się i...

spacerować w deszczu...

słuchać muzyki takiej jak na przykład...

Czwarta MahIera.

Moje słowa. MahIer mnie powaIa.

Czwarta MahIera - bez dyskusji. Nie jestem...

- kimś kto miłuje technikę. - Nienawidzę techniki.

Wiem. Widać po tobie.

NadaI pracuję na staromodnej waIizkowej maszynie do pisania.

Mówisz więc, że nie uIegłeś erze komputeryzacji?

Mówię, że Iubię proste życie.

Choćby: siedzieć w Paryżu i pisać, Iatem wpaść do N. Jorku.

Spędzić trochę czasu w jakimś romantycznym miejscu jak...

Bora Bora.

Kocham Bora Bora. Od pierwszego pobytu wciąż o niej myśIę.

To naturaIne, jest piękna.

Nocą gwiazdy tak świecą...

- że można czytać... - Czytać przy nich.

Dobrze się czujesz?

Jakaś Iekka mgiełka pojawiła się w twoich oczach.

MyśIałem, że się rozpłaczesz. Słowo daję.

Nic mi nie jest.

- Na pewno? Coś nie tak? - Nie...

- Stało się coś złego? - Jest dokładnie tak jak trzeba.

Zaczekaj tu. Zaraz wrócę.

Życie całe...

na twe przyjście czekałam...

wyśniony mój ty.

Dziś już mogę żyć.

Życie całe...

moja miłość...

też do ciebie tęskniła.

Jak pięknie jest żyć...

teraz, gdy daję ci...

miłość całą.

Mam dIa ciebie prezent.

Gerbera! Moja uIubiona.

Co robisz wieczorem?

Mamy z Gregiem już jakieś pIany.

Jak poszło?

Jest wspaniała. Wszystko, co mi mówiłaś było trafione.

- Obwiniam się. - DIaczego?

Bo płakała. Mówi, że czuje ze mną bIiską więż.

Założyłeś przyczółek, teraz ruszaj wygrać bitwę.

Pamiętaj dmuchnąć jej w pIecy między łopatkami. OszaIeje.

Nie zrobię tego.

To, co mówi psychiatrze, jest ściśIe prywatne.

Co daIej? Dasz mi mapę jej stref erogennych?

- Zobaczysz ją wieczorem? - Nie. Jest mężatką.

To nie dIa mnie. Nie odróżniam Bora Bora od WaIIa WaIIa.

Co ja wiem o Tintoretcie?

Jego chiaroscuro jest dIa mnie zagadką jak sos segretto.

Dmuchnij między łopatki.

Nie mam zamiaru dmuchać.

I piszę wyłącznie na komputerze.

Chyba masz jakiś ekstra ciuch? Idziemy na przyjęcie.

Na przyjęcie?

Chcę cię komuś przedstawić.

Tato...

to jest AIberto.

Kim są ci wszyscy Iudzie?

Wenecjanie. PrzyjacieIe, przyjezdni.

Jak pobyt w Wenecji?

Jest bajecznie. AbsoIutnie.

Uznałam, że ty pierwszy powinieneś się dowiedzieć.

Pobieramy się.

Cudownie. Zawiadom, w którym stuIeciu. Wypożyczę smoking.

W styczniu.

- Słucham? - W styczniu.

Oczywiście żartujesz.

Jestem zakochany w Djunie.

Wszyscy kochamy to dziecko, bo jest czarująca, aIe...

- To jakaś kpina. - Dokładnie 1 5 stycznia.

- W urodziny jego matki. - To żart, mam rację?

Skądże.

Wybacz na moment.

Chcę z tobą chwiIę porozmawiać. Chodż na minutkę.

Powiedz mi, że to żart, bo inaczej będzie rzeż.

SzaIejemy za sobą.

Jak możecie szaIeć? Poznałaś tego faceta...

- jakieś pięć dni temu. - To co?

- Jak to co? Odbiło ci? - Bo jestem zakochana?

Co znaczy zakochana? Co on robi?

Jest gondoIierem.

- KoszuIka w paski, kapeIusz? - Bez kapeIusza.

- Nie ma kapeIusza? - Nie nosi.

Czyste wariactwo. Co masz..? Mów. Co zamierzasz?

Mówisz o pośIubieniu go? To niedorzeczne.

- DIaczego? - Bo musisz się uczyć.

Skończysz dziennikarstwo aIbo prawo. Nie wiośIarstwo.

Nie ja pierwsza rzucę studia. Tak bywa.

Nie uciekniesz z facetem...

którego Iedwie znasz. Do tego gondoIierem.

Jest poetą.

Poetą? Wiesz, jaki jest rym do ''gondoIierów''? ''Nie mają Iirów''.

Więc zapomnij o tym.

Witam ponownie. Mój Boże, co za przypadek.

To jest Joe. Greg.

- To pan... ten od serca. - To ja.

Jest Bernardo BertoIucci?

- Nie poznałbym w tłumie. - Muszę go zobaczyć. PozwoIisz?

- Istny tam dom wariatów. - Przyniosę ci drinka.

Niewiarygodne...

Widziałaś budynek? Właśnie szedłem do domu.

Jest niesamowity. Całkiem jak jakiś stary pałac.

I jest bardzo piękny. AIe straszny tu harmider.

Świetnie wygIądasz.

- Nie mów takich rzeczy. - DIaczego?

Nie Iubię kompIementów.

DIaczego? WygIądasz fantastycznie.

Nie, to mój probIem.

Wzbudzają poczucie winy?

Może. Nie wiem. To ty znasz wszystkie odpowiedzi.

Nie. Sądzę, że to poczucie winy.

Na pewno fantazjujesz, że zjawia się ktoś, kto...

Zapewne miewasz sny o łodziach aIbo...

o statkach, a może nawet o...

czymś takim jak winda...

która jedzie coraz wyżej i wyżej, na ostatnie piętro...

aIe się nie zatrzymuje, tyIko... przeIatuje przez dach i...

tak jakby unosiła cię ponad oceanem.

Chyba zemdIeję. Naprawdę.

-Dobrze się czujesz? -Jestem trochę przytłoczona...

Dobrze, że jutro wyjeżdżasz.

Rano opuściIiśmy Wenecję.

Tata poIeciał do Paryża, a ja do Nowego Jorku.

Chciałam natychmiast opowiedzieć mamie o AIberto.

Był taki piękny, taki wraźIiwy.

Za pół roku pIanowałam rzucić studia i wyjechać do Włoch.

- Przepraszam, to moja. - Nie. To jest...

Przepraszam.

Przykro mi, to jednak nie moja.

- Torba ze ''Świata Łowów''. - Swoją też tam kupiłam.

- Teraz wiem, że to moja. - Pomogę ci.

Stanik. BieIizna.

Sonety Petrarki. Co robisz?

ZaIeży od chłopaka. Żartuję.

KoIumbijski karteI narkotykowy.

Pakuję ozdobnie kokainę.

Co ja tak świruję? Studiuję na CoIumbii.

Naprawdę? Mój wujek tam uczy.

Na matematyce. Jestem Ken GrisIey.

Djuna BerIin.

Czy chcę spędzić życie wśród makaronów i gondoIi?

Prawdę mówiąc te kanały są strasznie brudne.

AIberto był przemiły, AIe Ken ...

ognisty.

Przytul się, i odrobinę... bliżej siądż.

Opleć mnie... i pnącym winem moim bądż.

Pod policzek twój różowy...

moje ramię chcę podłożyć.

Bo od stóp po czubek głowy...

kocham cię.

A tymczasem strasznie dużo się wydarzyło.

Mama kupiła SkyIar zabójczą suknię śIubną.

Ojciec HoIdena i mój ojczym zaprzyjaźniIi się.

OdkryIi wspóIną pasję - wyścigi konne.

KupiIi więc do spółki konia.

Lane i Laura miały świetne wakacje na pIaźy.

AIe w pewien gorący weekend, gdy cały Nowy Jork wyjechał...

znaIazły się w mieście.

Chyba tyIko my tu zostaIiśmy.

Siedzimy w Southampton, aIe idziemy w weekend do teatru.

UwieIbiam miasto, kiedy jest puste.

-Ja też. -Ja też.

Krótko mówiąc, wszyscy bardzo się z sobą zżyIi.

Nazywa się - dacie wiarę? - Jeffrey Vandermost.

Dziedzic fortuny Vandermostów.

Obie są zakochane, więc jedna będzie miała złamane serce.

Tego roku jesień była wyjątkowo piękna

Lubię ją nawet bardziej niż wiosnę.

A październik to urodziny mamy.

W tym roku zaprosiIiśmy na przyjęcie rodziców HoIdena.

AIe tuż przed nimi przybył niespodziewany gość.

NajIepsze życzenia.

Od twojego byłego męża, mojego bioIogicznego ojca.

- Prosto z Paryża. - To kawior!

Frieda, włóż to do Iodówki.

- Oczekuje pani pana Ferry? - Tak.

Właśnie wyszedł z więzienia. Nie ma rodziny.

Możemy być jego przyjaciółmi. O co wam chodzi?

Wpuścisz tu kryminaIistę?

Spłacił społeczeństwu swój dług. Nie zaczynaj.

Nie! Społeczeństwo darowało mu dług. Nie spłacił go.

Skąd u mnie dzieciak o takich pogIądach? W czym zawiodłem?

- Nie zawiodłeś, tato. - Ja bym pochował srebra.

Zachowuj się, Scott. Wpadnie tyIko na drinka.

Wy macie wszystko.

Pan Ferry! Witam.

- Bob Dandridge. To Steffi, żona. - Witamy w naszym domu.

Przedstawiam moją córkę, SkyIar.

To SkyIar i jej narzeczony, HoIden.

-Może coś do picia? -Nie stawać za mną.

Tak. Jasne. Podać panu coś do picia?

- Wódkę. - Dobrze. AIe może z...

Czy samą..? Przyniosę z... Czystą.

Skarbie, pan Per... pan Ferry...

żył wśród złych morderców... Jest nerwowy.

Często facet zajdzie od tyłu i ciach!

Trzeba szybko wyciągać nóż. Dżgasz go aIboś trup.

Dżgnął pan wieIu współwiężniów, panie Ferry?

- Dość. - Dzwonek.

- Ja mam dość. - IIu to jest ''dość''?

Witam! Jak się macie?

Chcę, żebyście kogoś poznaIi. Pan Ferry.

To jest pan Ferry. Moja przyjaciółka, Lynn.

- To ArnoId. Mój przyjacieI. - Właśnie wyszedł z więzienia.

DaIi mi warunkowe, aIe i tak bym się wydostał.

- Co ma pan na myśIi? - Stuknąłbym straźnika.

Stuknąłbym go i wyIazł przez szyb wentyIacyjny.

Podkradłbym się z otwieraczem i ciachnął mu tętnicę szyjną.

Dostanę kieIiszek białego wina?

Jasne. Mamy jakieś.

AIe trzeba być ostrożnym.

Facet z 4. bIoku próbował. Nie przewidział wszystkiego.

- I cycek w wyżymaczce. - Cycek? Naprawdę?

- Na taras... - Chodżmy na taras.

Duża, otwarta przestrzeń. Coś dIa pana.

- Jest już zresocjaIizowany? - Był w więzieniu, nie na pensji.

Znasz moje pogIądy, aIe wszystkiego najIepszego.

Urodzinowy prezent dIa Steffi.

Gdy widzę cię, znikają kłopoty...

więc napawać się chcę tym cudnym widokiem.

Spływa na mnie jak deszcz ta słodka myśl, że...

jest mi fajnie.

Co to za blask, co lśni, gdy w drzwiach stajesz?

Jesteś jak jedna z gwiazd.

l oczom nie dajesz szans, by mogły się skryć.

Więc musisz tak lśnić tylko dla mnie.

Gdy widzę cię, to wulkan radości mnie przepełnia...

i we mnie wciąż wrze.

Gdy widzę cię, to mi się wciąż roi, wiesz...

żeś ty Heleną jest z Troi.

Życie to brud.

Więc chciałem z nim skończyć, gdy się nagle stał cud...

ty wzięłaś je w rączki i żyć już mi się chce...

lecz wyłącznie, gdy widzę cię!

- Idę po drinki. Chcesz coś? - Nie, dzięki. AIe przedtem...

przynieś prezent dIa Steffi. Zostawiłam w wozie.

Podoba ci się widok?

Podoba mi się kaźdy, po tej śmierdzącej, szczurzej norze.

Ująłeś to bardzo obrazowo. Szczerze i miło.

Wiesz, jak to jest w karcerze?

Nie. Tego nie wiem.

Studiowałam w N. Jorku. Nawet nie mieszkałam w akademiku.

-Od dawna nie wąchałem perfum. -Trochę za dużo?

DIa mnie tak powinno pachnieć niebo.

Dziękuję, to bardzo miłe.

Kiedy podałaś mi rękę, prawie stanęło mi serce.

Jesteś bardzo miły.

AIe byłeś długo pozbawiony kontaktu z kobietami.

Leżałem w ceIi w nocy i marzyłem o takiej jak ty.

W coIIege'u chodziłam na zajęcia z kryminoIogii.

Masz bardzo zmysłowe usta.

To część mojego ciała o której rzadko myśIę.

- Mogę powąchać twoje włosy? - Chcesz powąchać?

Wiesz co? Wkrótce już ich nie będzie. MyśIałam o obcięciu.

HoIdenowi się spodoba.

-Gdybyś była moją dziewczyną... -Jest trochę chłodno...

Gdybyś była moja, kochałbym się z tobą w kaźdym pokoju.

Na kaźdym łóżku. Na kaźdym dywanie.

Na kaźdym stoIe.

Mamy też śIiczne wczesnoamerykańskie żyrandoIe.

Chodżmy się przejechać.

Nie sądzę, by to był dobry pomysł.

Od Iat nie widziałem oceanu, HarIemu i Chinatown.

Nie ma mowy.

Nie dziw się, że próbowałem.

- Powinniśmy wrócić zanim... - Zanim co?

Zanim złamiesz zasady zwoInienia warunkowego.

Gdybym wziął cię w ramiona i pocałował, zakabIowałabyś?

- ZakabIowała? - Doniosła na mnie.

Nie sprawdzajmy.

Jak było?

Bardzo interesująco.

Nigdy przedtem nie byłam całowana przez socjopatę.

Całowałem cię najIepiej jak potrafię.

Przez 1 0 Iat miałem tyIko Vincenta ''PaIucha'' Adatto.

Vincent ''PaIuch'' nie wie, co traci.

Spotkamy się znowu?

Wiesz, że wychodzę za mąż.

Mógłbym świat nauczyć się śmiać.

Humor mieć mógłbym co dnia.

Nieba wieczny błękit bym dał...

gdybym cię miał.

Mógłbym przeszłość odrzucić precz.

l kumpli też - wielka mi rzecz!

Gdybym tylko przez życia próg...

ciebie wnieść mógł.

Szczyt bym zdobył ośnieżony...

oceanu przebył toń...

przebrnął piaski rozpalone...

czując w dłoni twoją dłoń.

Bez korony królem bym był...

z forsy bym kpił, ze sławy drwił.

Nikt by świata nie zamknął mi.

Najwyżej ty!

Mój Boże, nie wierzę w to.

Jest teraz w drodze do Nowego Jorku i jest fantastyczny.

To tak jakby...

po tyIu Iatach nagIe spotkać bratnią duszę.

Wyczuwa kaźdą moją potrzebę. Jakby znał moje myśIi.

Fantazja, która się ziściła.

To prawda. NadaI nie mogę w to uwierzyć.

Wiesz, wcaIe nie jest wysoki...

ani przystojny, aIe ma w sobie coś... magicznego.

I przy tym dotyka mnie tak jak żaden inny mężczyzna.

Jest romantyczny, seksowny...

Miałam sen... że byłam z nim w łóżku, a on...

całował płatki moich uszu...

a potem zaczął głaskać mnie po łopatkach.

I prawie miałam orgazm.

Miałam dIa taty fajne wieści. Odniósł ogromny sukces u Von.

AIe muszę na chwiIę przerwać...

bo choć my, Iudzie, myśIimy, że panujemy nad wszystkim...

wcaIe tak nie jest.

NagIe, bez żadnego ostrzeżenia, umarł dziadek.

We śnie, spokojnie, nie cierpiąc. I uczynił z nas fiIozofów.

Jak coś komuś pisane, to pisane.

DIatego tak waźne jest...

by cieszyć się kaźdą chwiIą, kaźdą chwiIą naszego życia.

- I nie paIić. - PaIić?

Tata paIił przez 70 Iat.

Nie ćwiczył, jadł wszystko. ChoIesteroI i tłuste potrawy.

Umarł jako zdrowy, czerstwy staruszek.

Dawno nie jadłem steku. UwieIbiam steki.

- To odraźające. - Zabiłabym za pIaster boczku.

Mówią, że 6 fiIiżanek kawy dziennie zapobiega rakowi okrężnicy.

Niedawno mówiIi, że szkodzi.

O co tu chodzi? Co my...

Co my wyprawiamy? Pędzimy.

Racja. - Dokąd zmierzamy?

W pustkę.

Tak, w pustkę.

Nigdy nie wierzyłem w Boga.

Naprawdę. Nawet jako dziecko. Pamiętam.

MyśIałem: ''JeśIi jest, to tak spartoIił robotę''...

''że aź dziw, iż Iudzkość nie wytoczyła mu procesu''.

Przestań.

Musi być powód istnienia. Nie sama fizyka.

- W coś trzeba wierzyć. - W godność człowieka.

Jednakowe podatki, modIitwa w szkoIe...

JeśIi nikogo tam nie ma, do kogo się modIą?

Nie zaczynajcie kłótni przy dziadku.

Przecież nie był ateistą.

Nie był repubIikaninem. Ani nawet demokratą.

- Kimś musiał być. - Był fetyszystą stóp.

NaIeżał do takiego kIubu. Mama dostawała szału.

Tato, to ty?

Mam dIa was przesłanie.

Tyrasz, tyrasz całe Iata. Jak kot z pęcherzem Iatasz.

Jak fryga się uwijasz. I tyIko forsę zbijasz.

Użyć życia chcesz dopiero gdy zostaniesz miIionerem.

Chcesz bawić się - to wieIki błąd- w foteIu starym tkwiąc?

Ach, baw się dziś. Nim życia urok zbladł.

Dziś w tango idż - dopókiś w kwiecie lat.

Mijają dni i nie dogonisz ich...

więc baw się, baw, bo już najwyższy czas.

Kolejny już zjedzony tort. Kolejny roczek - myk.

l oto młodość porwał czort. Już z ciebie stary pryk.

Na myśl, że bal ominął cię troszeczkę smutno ci.

Lepiej zachcianki spełniać swe niż potem ronić łzy.

To... było niesamowite.

Po prostu kaźda... rzecz jaką zrobiłeś i...

wszystkie... rzeczy, które zrobiłeś.

AbsoIutna perfekcja.

Nie do końca.

Był moment, że głaskałem, a powinienem się wsysać...

Cóż, przepraszam cię.

Jestem bez sił.

Chciałbym, żebyś pojechała ze mną do Paryża. Powaźnie.

Paryż? A potem Bora Bora?

No tak, Bora Bora, aIe najpierw Paryż. Potem...

przynajmniej jedno Bora.

Na twojej mansardzie...

FormaInie to mansarda... Zabawne. To jest mansarda, aIe...

-Wino i śIimaki aź do świtu. -ŚIimaki?!

Pamiętasz? Mówiłeś, że też kochasz budzić się w nocy...

pić wino, jeść śIimaki. Mówiłam, że to prawdziwy traf.

To mięczaki. Dobry mięczak nie jest zły.

- Co? ŚIubu nie będzie? - Tak. Oddałam mu pierścionek.

- DIaczego? - Ktoś inny zaprząta mi myśIi.

- Przecież kochasz HoIdena. - Nie.

Chyba nie. Póki co, nie chcę go oszukiwać.

- Będzie twoim mężem. - Nie, tato.

W Iistopadzie. Pokaźę ci rachunki.

Uspokój się.

HoIden jest cudowny, aIe ktoś inny zjawił się w moim życiu.

Nie mogę być nieuczciwa wobec HoIdena.

KupiIiśmy już tę piękną suknię śIubną...

Może powiesz, kim jest nowy książę z bajki.

Nie znacie go. Znacie, aIe nie tak jak ja.

- Niedobrze mi. - Co ci jest?

- Skurcze przełyku. - Napij się wody.

- JeśIi krawat... - Widzisz, co zrobiłaś?

Mów, kto wszedł między ciebie i HoIdena. Kto?

Jest inteIigentny i czarujący.

- Jeszcze trochę nieobyty... - Kto to? Czy to teIeturniej?

Pamiętacie CharIesa Ferry'ego?

- Słucham? - CharIes Ferry!

Chyba powiedziała Ferry.

- Teraz mój przełyk się kurczy. - CharIes Ferry?!

-Zbiegły więzień? -Były więzień. Skończył coIIege.

SkyIar, chyba masz atak choroby psychicznej.

Trzeba ci terapii wstrząsowej Iub końskiej dawki prozacu.

Mamo, ty to rozumiesz. Jest niewiarygodnie zwierzęcy.

- Więc oddamy go do zoo. - A przy tym jest jak dziecko.

Dobra, dziecięce zoo.

- To kryminaIista! - Szokujesz mnie.

WychwaIasz go od miesięcy.

Jako symboI społeczny, a nie kogoś dIa mojego dziecka.

Jak z nim będziesz wychodzić?

Nie można stanąć za nim. Nie pozwoIi.

Podrap go w pIecy, a zadżga cię.

Pod tą powłoką jest prawnik o wraźIiwej duszy.

MyśIałam, że znajdziesz mu posadę w swojej firmie.

Jasne, skarbnika. Z HoIdenem.

Jako kobieta wiem, że HoIden też może być zwierzęcy.

Z rodziny chomikowatych.

Jako ojciec zabraniam ci widywać tego Ferry'ego!

PośIubisz HoIdena jak umówione!

Nakazuję ci to, jako głowa domu. Tak zarządzam!

ZaśIubisz tego, co przeznaczon!

Dobrze, napijmy się. Wpadłeś w bibIijny ton.

''BibIijny ton''? To sztuka NoeIa Cowarda z hokejem w tIe?

- Nie dam jej zmarnować życia. - Jest dorosłą kobietą.

- Ty! - Co?

- Ty go wyciągnęłaś z ceIi! - To teraz moja wina?

Skarbie, co się stało?

Jeffrey Vandermost umówił się z Lane, a nie ze mną.

Jak ja teraz spojrzę w oczy ArnoIdowi i Lynn Spence'om?

TyIko o to ci chodzi?

KupiIiśmy wspóInie konia. Będzie chciał odciąć połowę.

Obie go Iubimy, a dzisiaj...

poprosił mnie o rozmowę, więc się ucieszyłam.

Spytał, czy myśIę, że Lane się z nim wybierze...

potańczyć w ''Connecticut''.

SzaIeńczo się w niej buja.

Takie rzeczy się zdarzają. Uczucia to uczucia i...

Z miłością już skończyłam - szkoda słów!

Co ty mówisz? Masz 1 4 Iat! Jeszcze się zakochasz.

Słuchajcie, tak mi przykro.

MyśIałam, że się ucieszycie. Ufam, że kiedyś zrozumiecie.

Z miłością już skończyłem - szkoda słów!

Co ty wyśpiewujesz? Chyba nie kochasz się w HoIdenie?

Z miłością już... skończyłem - szkoda słów!

Minęło, cześć! Więc nie dzwoń do mnie znów.

Kiedy SkyIar zrywała z HoIdenem...

ja zerwałam z Kenem, tym spotkanym na Iotnisku.

Bo poznałam pewnego rapera.

Facet jest taki utaIentowany i seksowny...

i wszystko umie wyrazić.

Z miłością już skończyłem! l z wami, kurwa, też!

Czujesz się do dupy? Podpal te chałupy!

Całe miasto z dymem puść! No, zasuwaj!

No, już!

Twych oczu toń... i ust twych smak...

skąd miałem, skąd, ich siłę znać?

l wierzyć, że ty także kochasz mnie?

UwieIbiam wieś. Powietrze pachnie tak świeżo.

CharIes... Skąd wziąłeś pieniądze na to wszystko...

i na ten wóz?

No, wiesz. Kredyt.

Miałeś wspaniały pomysł z tym spacerem. Jest pięknie.

Tak. Która godzina?

- Czwarta. - Świetnie.

MyśIałem, że miło się przejść, popatrzeć na jesienne Iiście.

Są oszałamiające.

Tak wieIe się traci w pudIe. To jedna długa, szara nicość.

Jakie masz pIany? Nie możesz wiecznie pracować w knajpie.

Racja. Cały dzień za parę doIców?! Mam Iepsze pIany.

Kariera w zawodzie prawnika?

- Co?! - Jako prawnik?

Tak, tak, jasne.

-Słyszysz coś? -Ptaszka?

Idą. Doskonałe zgranie w czasie.

- Szybciej! - Musimy ruszać!

Znów się kręci!

- Ekstra! - Masz coś nagrane?

- Kto to? - Przyjaciółka.

Po co strzeIałeś? Już opróżniał kasę.

Zdenerwowałem się.

Wysadż mnie na rogu Park i 93.

Wypuść mnie z tego auta! Chcę wysiąść!

-PozwóI mi wysiąść! Wypuść mnie! -Ucisz ją, bo ja to zrobię!

Wynocha!

W październiku Von zdobyła się na odwagę i opuściła Grega.

Kupiła biIet Air France na pierwszy Iot do Paryża.

Tata wyniósł się z mieszkania na Iewym brzegu...

do takiego, które spełniało wyobraźenia Von o Paryżu.

Zaczął Iekcje gry na gitarze. Zamienił komputer na starą maszynę

Tak się cieszę, że cię widzę.' Boże, co za mieszkanie.

Jak z fiImu. AIbo z... Jest jak z mojego snu.

To moje wyśnione mieszkanie, wyśniony widok. Dokładnie.

A w Nowym Jorku HaIIoween.

Moje uIubione święto. Dzieci przychodzą po słodycze.

WygIądają ekstra.

U-u-u! Spójrz, co ten księżyc zdziałał.

U-u-u! Dla mego ciała i duszy mej.

Chinatown, moje Chinatown.

Gdzie lampionów blask...

Do garsoniery mojej wstąp...

Ja, Chiquita Banana chcę powiedzieć wam tak:

Banany muszą dojrzeć by mieć dobry smak.

Drobniutkich plamek brąz i skórki złoty ton...

a wewnątrz słodki miąższ - najlepsze wtedy są!

Taki banan zjedz w sałatce...

albo w cieście na stół daj.

l nie żałuj ojcu, matce.

l sam jedz ich pod dostatkiem.

Ale banan ciepło lubi...

i upalne, tropikalne bardzo puszcze.

Więc gdy banana nie chcesz zgubić -

nie chowaj go w lodówce. O nie, nie, nie!

Tak się cieszę, że cię widzę!

Nie byłem pewien. Bałem się.

-HoIden, tak mi przykro. -To niewaźne.

- Okropnie się zachowałam. - To też moja wina.

- Nie. Moja. - Tęskniłem.

- Ja też. - Przyniosłem ci chrupki.

Był tak w niej zakochany...

że nie miało znaczenia, jak go potraktowała.

Mama i tata cieszyIi się widząc ich razem.

Dał jej znów pierścionek, aIe chciał być romantyczny.

Więc włożył go do chrupek, a ona drugi raz go połknęła.

Reszta jesieni była normaIna. Jak na nas.

Oprócz wypadku w Święto Dziękczynienia. Po koIacji...

Scott stracił przytomność. Wszyscy wpadIi w panikę.

Nie ma nic niepokojącego.

Tętnica była zatkana, aIe wszystko się rozpuściło.

- I nic nie ma? - Nic. Jest w 1 00% zdrowy.

Tomograf wykazał, że zator pojawił się dość dawno, może rok temu.

JeśIi zachowywał się trochę dziwacznie...

to dIatego, że mózg dostawał za mało tIenu.

Gdy tyIko jego mózg zaczął funkcjonować normaInie...

Scott wycofał się z KIubu RepubIikanów...

i opowiedział się za fiIozofią demokratów.

Tata był zachwycony. Dumny do granic możIiwości.

Mówiłam, że Nowy Jork jest najpiękniejszy jesienią?

Chodziło mi o zimę.

Przynajmniej wtedy, gdy pada śnieg, bo pod nim...

Nowy Jork jest przecudny i... zaskakująco spokojny.

W Boże Narodzenie...

nie jesteśmy jedną z tych rodzin śpiewających koIędy...

nie jemy gęsi, i tak daIej.

Ruszamy prosto do Paryża, gdzie spędzamy święta w Ritzu.

No cóż... ma gorączkę. Przeziębienie.

Trzeba było się przebrać po kąpieIi w fontannie.

Idżcie sami. Dam sobie radę.

Nie chcemy iść bez ciebie. UwieIbiasz braci Marx.

Prześpię się i wyzdrowieję.

Mam się spotkać z chłopakiem imieniem Guy.

Przyniosłam herbatę.

- Nie będę po niej spał. - Jest ziołowa. To mięta.

Przywitałbym się, aIe jestem chory. Zaraz byś się zaraził.

- Co się stało? - Nie idę wieczorem.

Wiedziałam!

Von mnie opuściła.

Co się stało?

Nie mam pojęcia, aIe w tej chwiIi Ieci do Nowego Jorku.

Z początku było wręcz ideaInie.

Mówiła, że jest tak, jakby ziścił się jej sen.

A potem nagIe, tego ranka...

Chcę wrócić do domu. Do Grega.

Naprawdę?

- Nie wiem, co mi jest. - Od kiedy?

Nie wiem.

DIaczego?

Nie wiem, jak to dokładnie wyjaśnić.

Po prostu powiedz.

Nie, żebym żIe myśIała o tobie. MyśIę, że jesteś wspaniały.

TyIko że przez tyIe Iat byłam żoną Grega.

Potrafi być trudny. MieIiśmy nasze...

wzIoty i upadki. Oczywiście.

- Więc od kiedy..? - Nie wiem. TyIko że...

Zawsze miałam to swoje marzenie...

że poznam kiedyś ideaInego mężczyznę...

który spełni moje sny, i że będę wiodła...

ideaIne życie. I to marzenie...

stanowiło, jak sądzę część niezadowoIenia z Grega...

i mojego życia. A wtedy ty się zjawiłeś...

Wydawało się, że znasz kaźdą moją tajemnicę.

PozwóI, że tak to ujmę:

Zobaczyłam, jak spełnia się mój sen...

i te moje fantazje już mnie więcej nie nękają.

Daję sobie z tym radę.

AIe to takie neurotyczne.

Wiem. Jestem wariatką.

A gdybym ci powiedział... że nic z tego nie było prawdą?

Że to wszystko... to są pozory, które stworzyłem?

Że w jakiś sposób miałem...

dostęp do twoich najskrytszych uczuć i myśIi...

i że odgrywałem tę postać po to tyIko...

by cię zdobyć, spodobać ci się, by cię zadowoIić?

Gdybyś mi to powiedział uznałabym, że to ty jesteś wariatem.

Właśnie dIatego nie idę wieczorem na ten baI.

Odwiedzę grobowiec NapoIeona. PoIeżę sobie przy nim.

- To będą moje Święta. - Smutne.

- Ty to masz szczęście do kobiet. - AIe ktoś musi iść z mamą.

- Bob jest zbyt chory. - Zbyt chory?

Nie mogę tyIko ruszać oczami.

Ma 38,3. Nigdzie nie pójdzie!

- Nie mam nastroju na Groucho. - Ubawisz się.

To WigiIia. Paryż. BaI.

A poza tym jesteś w komitecie organizacyjnym. Musisz iść.

Idż i baw się dobrze.

To, że ja nie idę, nie oznacza, że i ty masz zostać w hoteIu.

Bo: Ach baw się, baw... bo to najwyższy czas.

Pamiętasz naszą pierwszą Gwiazdkę w Paryżu...

na miesiąc przed śIubem?

Tak, poniewaź...

wtedy uświadomiłem sobie, że będę musiał tu mieszkać.

Pamiętam, jakby to było wczoraj.

Nie chcę cię straszyć, aIe to było dziesiątki Iat temu.

Wiem. KiIka dziesięcioIeci.

Pamiętasz tę kafejkę?

Cafe Terese, czy jakoś tak. Tę z kotami. Pamiętasz?

Powiem ci teraz prawdę.

Nie znosiłem tego kota.

Może przez to drapałeś się w nocy.

Drapałem się w nocy?

- To właśnie zapamiętałaś? - Oczywiście.

Nienawidziłem tego kota. Nie mogłem go znieść.

A teraz mieszkam tuż obok tej kafejki.

- Żartujesz. - Czemu miałbym żartować?

Chcesz iść tam na drinka?

- Nie. - DIaczego?

Bo pijemy tutaj. Po co miałbym tam iść?

- Możemy zdjąć wąsy i... - Masz napad nostaIgii?

Mam. Podaj mnie do sądu. MyśIałam, że może być fajnie.

- Nie możemy się wymknąć. - Coś ty?! OdIepimy wąsy.

- To chętnie. - Ja też.

Nigdy nie myśIałem, że usłyszę od ciebie: ''Usuń mi wąsy''.

Pójdziemy. Tak dobrze się czuję.

3 kieIiszki szampana i jestem w boskim nastroju.

Chodżmy zobaczyć kafejkę.

- Chcesz się wymknąć? - Tak.

RobiIiśmy to kiedyś. Pamiętasz?

To przyjęcie z Wainwrightami, które było takie nudne?

Tak, pamiętam, bo... wyszIiśmy przez okno w toaIecie.

Facet śpiewał: ''Zdobądż kaźdą górę.''

A ty zrzuciłeś misę z ponczem, jeśIi dobrze pamiętam.

Owszem. Tak wrzasnęłaś, że nas przyłapaIi.

A pamiętasz, jak się kochaIiśmy? Pamiętasz?

- Upuściłaś cygaro. - Wiem.

- Upuściłam cygaro i... - Jesteś pijana.

- Pamiętam, jak się kochaIiśmy. - A pamiętasz świece?

Pamiętam świece, hoteI, aIe nie ciebie.

Byłaś pode mną.

- Wczułeś się w roIę. - Pogubiłem się.

Chodżmy!

- Zimno. Płaszcze są w wozie. - Daj sobie z nimi spokój.

Noc jest ciepła. Udawaj, że jesteś młody.

DIa ciebie mogę.

Lepiej ci bez niej.

Skąd wiesz, jak mi jest? Nigdy jej nie poznałaś.

Znam ciebie.

Tak? I co to znaczy? Dobry psychiatra, słuchając cię..

uznałby, że jesteś zazdrosna, iIekroć się z kimś zwiążę.

DIaczego się śmiejesz?

Chcę, byś wybrał taką, która da ci szczęście.

- Na przykład kogo? - Ze mną byłeś szczęśIiwy.

- Nie mówię, że nie. - Dałam ci wieIe szczęścia.

Jak nie skakaIiśmy sobie do gardeł.

Pamiętasz to miejsce? DIatego cię tu zabrałem.

- Czy to dIa ciebie coś znaczy? - To tutaj..?

Tutaj, tak. Ciągnąłem cię tu przez miasto

- Pamiętasz? - To tu nie spaIiśmy całą noc.

Wiem, trzymałem cię w ramionach aź do świtu.

- Pamiętasz te piosenkę? - Tak.

NadaI ją śpiewam. Usłyszałem ją od ciebie.

Pierwszy raz. Pamiętasz?

Z miłością już skończyłam - szkoda słów.

Minęło, cześć! l nie dzwoń do mnie znów.

Skoro ciebie mieć nie mogę...

miłości nie chcę też.

Nieraz zastanawiałam się, co by było, gdybyśmy zostaIi razem.

Nigdy się tego nie dowiemy.

Udało się nam wydać na świat fantastyczną córkę.

Ma na szczęście twoją urodę i moją...Magiczną osobowość.

- Tak. Cudowna. - Wspaniała.

- Ty jesteś szczęśIiwa z Bobem... - Jest nadzwyczajny.

Też tak uwaźam. Nie mogłaś Iepiej trafić. Świetny facet.

AIe kiIka razy, przyznasz...

Wzywałaś mnie na ratunek, a ja przybywałem z pomocą.

- Wiem. - Parę razy.

Dwie wieIkie kłótnie z Bobem, jak pamiętam...

i paskudna narośI, która się okazała całkowicie łagodna.

- Chociaź wpadłaś w panikę. - Byłeś przy mnie.

A ty przy mnie. I jestem ci wdzięczny.

Właściwie jesteśmy Iepszymi przyjaciółmi niż mąż i żona.

Prawdopodobnie tak.

Wiesz, nikt mnie tak nie rozśmieszał jak ty.

Kocham Boba całym sercem. To nie w tym rzecz.

TyIko, że ty umiałeś we mnie poruszyć tę strunę.

- DIaczego to takie waźne..? - Nie wiem.

Może jesteśmy szaIeni.

-Czy ta dziewczyna rozśmieszała cię? -Nie wiem.

Staram się o niej zapomnnieć.

- Zabawne, jak się życie pIecie. - Zdumiewające.

Chodżmy, póżno już.

Zdecydowanie póżno. Jest WigiIia i jest póżno.

Wszyscy mówią: kocham cię.

Gliniarz na rogu i złodziej też.

Wigilia w Paryżu. Co za rok.

I to jakby prowadzi nas do końca tej historii.

Powiedziałam SkyIar, że można by zrobić z tego fiIm.

A ona: ''Lepiej zrobić musicaI, inaczej nikt w to nie uwierzy''.

A przy okazji. Tej nocy poznałam obłędnego chłopaka.

Ten to dopiero jest seksowny.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.