Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Downloaded from YTS.MX
Official YIFY movies site: YTS.MX
Na podstawie powieści Ernesta Hemingwaya
ZA RZEKĘ, W CIEŃ DRZEW
Skończyliśmy?
Możemy powtórzyć, panie pułkowniku?
Za kwadrans muszę być w koszarach, Wes.
Pigułki, które pan bierze...
przeciwdziałają mdłościom czy bólowi?
Jakie pigułki?
Sześcioazotan mannitolu.
Sześcio co?
Faszerowanie się nitrogliceryną nie rozwiąże pańskiego problemu.
Nie mam żadnego problemu.
Nie pozwolę ci tego dłużej ciągnąć.
To cię zabije.
Słyszałeś o zakrzepicy serca?
Nie słyszałem.
Padniesz trupem na miejscu.
Musisz iść do szpitala.
Wiesz, co zrobią, gdy im to powiesz.
Wiem.
Wyślą cię na emeryturę.
Powinni byli to zrobić dawno temu.
Twoje serce bije na kredyt, Richard.
Którego wolałbyś nie spłacać, uwierz mi.
Dobrze.
W takim razie odpuszczę w ten weekend.
Pojadę do Wenecji, postrzelam do kaczek.
- Nigdzie nie pojedziesz. - Kto tak twierdzi?
Ja!
Musisz położyć się do szpitalnego łóżka, natychmiast.
Oraz rzucić palenie i picie.
Dobra.
Umówmy się tak:
"zgub" ten raport i znajdź go dopiero po moim powrocie z Wenecji,
a dam ci przedłużyć moje życie tyle, ile zechcesz.
Do poniedziałku, Wes.
Udanego weekendu, panie pułkowniku.
Dziękuję.
Czemu do cholery siedzisz w moim wozie?
Przepraszam, pułkowniku Cantwell.
No?
- Panie pułkowniku, kapitan... - Salutować cię nie nauczyli, synu?
Przepraszam, sir.
Kapitan O'Neil powiedział, że będę pana woził, sir.
Dziękuję, panie pułkowniku.
Ruszaj, synu.
- Dokąd jedziemy? - Do Wenecji.
Szukasz tu czegoś wyjątkowego, pułkowniku?
W Wenecji?
- Skąd jestes? - Z Union w Kentucky.
Sir.
Sir. Przepraszam, sir.
Strzela się tam u was do kaczek?
W Kentucky strzelamy prawie do wszystkiego, co się rusza.
Jak się nazywasz?
- Jackson, sir. - A Burnham gdzie?
Jedzie do domu, sir.
Po jaką cholerę?
No... wojsko go chyba wypuściło.
Niedługo wszystkich nas zwolni.
Ja tam już bardzo tęsknię za domem, sir.
Wujaszek Joe Stalin
na pewno ucieszyłby się z twoich słów, żołnierzu.
Już mnie nie obchodzi, czy Rosjanie wejdą.
Chcę tylko wrócić do domu.
Nie ma nic złego w tym, że mężczyzna tęskni za domem.
A gdzie jest pański dom, sir?
Spytałem cię tylko o nazwisko, Jackson,
nie jedziemy na jebaną randkę.
Po co u diabła zniszczyli taki zabytek?
Jaką lekcję miałaby wyciągnąć z tego ludzkość?
Może "nie zadzieraj z siłami powietrznymi USA".
"Nie stawiaj kościoła tuż obok mostu"?
Burnham mówił, że służył pod panem we Francji, sir.
Opowiadał, jak zdobył pan tamto miasteczko.
Tak? Co jeszcze mówił?
Że walczył pan w obu wojnach światowych.
Nazwał pana bohaterem.
Chodź mówiąc szczerze: nie musiał.
Cała armia wie o pana wyczynach.
Wierzysz w bohaterów, sierżancie?
Sir, mój brat stracił obie nogi walcząc na Pacyfiku.
Większość jego kompanii zginęła. Brat jest moim bohaterem.
Brat cieszy się z tego, że żyje, czy...
żałuje czasem, że nie zginął z kolegami?
- Sir, ja nigdy nie... - Lubisz freski?
Preski?
Freski. Te mają po 600 lat.
Wszyscy historycy przypisują autorstwo Giottowi.
Czyli tak się nazywa taki obraz, panie pułkowniku?
Pytam się, bo mam teorię na temat włoskich malarzy.
Bo widzi pan, byłem w tej dużej galerii,
jak weszliśmy do Florencji.
Gapiłem się na Madonny i Jezuski, aż miałem ich po dziurki w nosie.
I ta teoria, co nie?
Kojarzy pan, że Włosi mają fioła na punkcie swoich bambinis?
Im mniej mają żarcia,
tym więcej majstrują sobie dzieci, nie?
Do czego zmierzasz?
Myślę, że włoscy malarze z dawnych czasów
czuli do bambinis to samo, co Włosi dzisiaj.
I dlatego
na okrągło malowali Jezuska i jego mamę.
Aha.
To cała teoria czy masz coś jeszcze w zanadrzu?
Wykombinowałem, sir.
Trzeba po prostu kochać życie, żeby być malarzem.
No pewnie.
I mieć farby.
Masz jeszcze jakieś teorie na temat sztuki renesansu?
Nie, sir.
Pocieszające.
Wszystko w porządku, sir?
Sir?
Co?
Wszystko w porządku, sir?
Tak, w porządku.
Pan pułkownik wierzy w bohaterów?
Wierzę w ludzką odwagę.
Ale zbyt wiele razy widziałem, jak bezcelowa okazuje się na wojnie.
Rozkazano mi, aby nie dawać panu prowadzić.
- Kto rozkazał? - Dr O'Neil, sir.
Podał powód?
Nie, ale postawił sprawę jasno.
Jedziesz czy nie?
Jedź ostrożnie. Wezwę cię, kiedy będziesz potrzebny.
Panie pułkowniku, kazano mi nie odstępować pana na krok
i odstawić bezpiecznie, gdy skończy pan z kaczkami.
Ślicznie dziękuję, siostro Jackson, ale nastąpiła zmiana planów.
Wracaj bezpiecznie i zamelduj kapitanowi,
że odwiedzę go w poniedziałek.
Przepraszam, ile do Wenecji?
Niech pani łapie.
Dzięki, cześć.
Signorina!
Mi scusi!
Tak?
Mówi pani po angielsku?
Mówię.
Do wynajęcia?
Wynajęcia?
Tak. Zna pani angielski czy nie?
Ruszajmy.
Gritti Palace. Proszę dać gazu.
Panie pułkowniku!
Jak się nazywasz?
Renata.
Nie wyglądasz mi na taksówkarkę, Renato.
Nie mówiłam, że nią jestem.
Kim więc jesteś?
Nazywam się Renata Contarini.
Ale póki co prowadzę wodną taksówkę.
A pan to ten słynny colonnello Cantwell.
Tak.
Póki co.
Raz pana widziałam.
Byłem wolontariuszką w obozie przejściowym.
Doprawdy?
Nie zauważyłem cię.
No pewnie. Czemu miałby mnie pan zauważyć?
W porządku? Za szybko płynę?
Jest w porządku.
Ile będę ci winny, Renato?
Jeszcze nie zdecydowałam.
Co pan tu robi, colonnello?
To dość długa historia.
Kaczki.
Przyjechałem na nie zapolować.
A gdzie pańska broń?
Gdzieś w Niemczech.
Ale pewien znajomy pomoże mi zdobyć inną.
Dobre strzelby.
Od jednej z rodzin, którym chwilowo
bardziej niż broń potrzebne są pieniądze.
W Wenecji mieszka teraz wielu takich ludzi.
Tak.
Dobrze zna pan miasto?
Słabiej niż bym chciał.
Zna pan Byrona, tego poetę?
Nie osobiście.
Też był żołnierzem.
Bohaterem wojennym, jak pan.
Przez jakiś czas wynajmował łóżko w tym domu.
O ile pamięć mnie nie myli: nawet dwa łóżka.
Drugie na parterze.
Dzielił je z żoną gondoliera.
Racja.
Poeta, żołnierz
i kobieciarz.
"Byłem mężem od świata oderwanym,
lecz winienem poczynić teraz plany,
by słodkiej Wenecji nie opuszczać już nigdy".
To nie Byron.
Co?
Zacytował pan Shelleya, nie Byrona.
No dobrze...
Witam pana pułkownika.
- Co słychać, Marco? - A dobrze, dobrze.
No i tak.
Miło było poznać, Renato Contarini.
Ile jestem dłużny?
Przewóz na koszt firmy.
Udanego polowania. Ciao.
Renata... Szybko!
Chodź.
Wiem, wiem.
No leć.
- Matka na ciebie czeka. - Wiem.
Nie martw się.
To kobieta-żywioł,
wolny duch. Znam ją długo,
od dziecka. Już wtedy lubiła psocić.
Ale bardzo cię kocha.
Dzień dobry, Alfonso.
Czym mogę służyć?
- Możesz się napić drinka, Cantwell. - Z przyjemnością.
A na co mam ochotę?
Martini. Extra dry.
Z chęcią. Najlepiej podwójne.
Wedle życzenia.
Co to za żołnierzyk?
Tamten?
Z Mediolanu.
To wiele tłumaczy.
Najwyraźniej dorobił się na wojnie.
Oho.
Wyślij kawalerię, jeśli nie wrócę.
Tak zrobię.
Pułkownik Cantwell.
Będziemy zaszczyceni, jeśli pan do nas dołączy.
Nazywam się Guido Dalmasio.
Agostino, pułkownik jest bohaterem wojennym.
Nasz kraj wiele panu zawdzięcza. Ocaliliście nas.
Cóż...
Po raz wtóry.
Sami tego nie dokonaliśmy, Guido.
Proszę usiąść.
Niestety nie mogę.
Mam do załatwienia parę spraw.
W tym polowanie na kaczki, czyż nie?
W pałacu Grittich wieści rozchodzą się szybko.
Proszę usiąść choćby na chwilę, pułkowniku.
Słyszałem, że w pierwszej wojnie także walczył pan za Italię.
I ustępował pan męstwem tylko naszej armii.
Owszem, jakiś rok.
A ty, Guido?
Całkiem ładny masz mundur.
Nadano mi stopień honorowy.
Nie mogłem niestety walczyć na froncie.
Niezdolny do służby. Za polowanie!
I za Agostinę.
Chce pan usłyszeć, jak się wymigał?
Bardzo sprytnie.
Zapłacił lekarzowi, by ten wstrzyknął mu parafinę w kolana.
Musiałem prowadzić firmę.
Oczywiście.
Za parafinę.
Colonnello mio.
Miło było państwa poznać.
Mój pułkowniku.
Proszę wybaczyć.
Musiałaś otwierać buzię?
Myślałam, że moja buzia ci się podoba.
Antonio na ciebie czeka.
Co tak długo?
Podrzucałam kogoś, mamo.
Jesteśmy Contarini. Nikogo nie "podrzucamy".
Owszem, wielu rzeczy nie robimy.
Właściwie to większości.
A powinniśmy.
Nie zbrzydło ci już siedzenie w tej wieży z kości słoniowej?
Robimy to, co konieczne. Nic więcej.
Nie bądź naiwna.
Ta pościel wyszła spod ręki
najlepszych hafciarzy na Burano.
Proszę.
Piękna, prawda?
Bardzo.
Jak się masz?
Fatalnie.
Mam niskie ciśnienie, wrzody i długi.
Zadowolony?
Bez przerwy.
Poznaję niezwykłe i fascynujące osobistości.
Fakt.
Oraz wielu Belgów.
- Belgów? - Belgów.
W tym roku napadli nas zamiast szarańczy.
- Za Belgów. - Oczywiście.
Mam nowiny.
Tak?
Chwilę po pańskim telefonie
rozpuściłem wici.
To... znajomy znajomego.
Znalazłeś strzelby?
Z pewnością gdzieś są.
Zdaniem znajomego − do kupienia.
Zdobyłem jego adres.
Wabiki też?
Oczywiście, że tak.
Gran Maestro, jesteś czarodziejem. Alfonso, jeszcze dwie.
Muszę odmówić.
- Nie. - Tak.
- Nie. - Mam wrzody.
Czego tu do cholery szukasz?
Jak mówiłem, rozkazano mi...
W dupie mam twój rozkaz.
Odwieczna zasada, sierżancie.
Ludzie jak ja wydają rozkazy. Ludzie jak ty je wykonują.
Nikt ci nie objaśnił cholernych reguł?
Panie pułkowniku, pozwolę sobie przeprosić...
Spieprzaj ze swoimi przeprosinami.
Pakuj dupę na prom na Mestre
i przestań za mną łazić jak jakiś cholerny pies myśliwski.
Dobra, napij się czegoś, skoro tu jesteś. Alfonso.
Nie spożywam alkoholu, sir.
Zachowuję się po nim w sposób niegodny.
Sierżancie, miałeś zamiar zasugerować,
że twój dowódca zachowuje się w sposób niegodny?
Nie miałem takiego zamiaru, sir.
Szkoda.
Bo przez chwilę myślałem, że masz jednak jaja.
Gran Maestro, są wolne pokoje?
- Aż za wiele. - Daj mu najgorszy.
Dostaniesz żarcie w hotelu,
ale nie chcę cię widzieć do niedzieli, jasne, Jackson?
Tak jest.
Proszę za mną, sierżancie.
Jackson?
Zabaw się trochę.
Jesteś w Wenecji, na miłość boską.
Stocznia Fioravanti e Figli
Musiałem cię czymś urazić.
Cześć.
- Nie, czemu tak mówisz? - Pierścionek zaręczynowy.
Zdjęłaś go.
Masz rację.
Przepraszam.
Mów, co u ciebie.
Panie pułkowniku?
Wszystko w porządku?
Co robisz?
Puszczaj mnie!
Co tu, do cholery, robisz, Jackson?
Kapitan O´Neil powiedział...
Co powiedział?
Że może pan zemdleć.
I że...
pańskie serce może w każdej chwili po prostu
wybuchnąć.
Posłuchaj, synu.
Nie będę tego więcej powtarzał.
Jeśli w ten weekend jeszcze raz zobaczę choćby twój cień,
postawię cię przed sądem. Zrozumiano?
Mam rozkazy, panie pułkowniku.
Właśnie dostałeś nowe.
Sir...
Proszę wybaczyć śmiałość, ale nie przyjechał pan pułkownik do Wenecji
tylko w sprawie kaczek, prawda?
Idziemy, Jackson.
Przepraszam.
Szukam Vanniego Rizzona.
To ja.
Gran Maestro przysłał mnie pod ten adres.
Tak. Zapowiedział pana.
Zapraszam.
- Mogę? - Oczywiście.
Był pan już we Włoszech?
Dwa razy.
Dziś już takich nie robią.
Nikt nie wynajmował gondoli,
zacząłem więc produkować kaczki.
Mistrzowska robota.
Proszę wziąć. W prezencie.
Nie mogę go przyjąć.
Mam u pana dług.
Dziękuję.
To dla Gran Maestra.
A co do broni...
Proszę.
Dziękuję.
To była przyjemność.
Dla mnie także.
Dobry wieczór.
Proszę pani.
Te strzelby należały do mojego zmarłego męża.
Beretta zrobił je specjalnie dla niego. Uwielbiał tę broń.
Ukryto je przed wojną, dlatego nie zostały zrabowane.
Piękne.
- Mogę? - Proszę.
Przepraszam.
Przepraszam pana.
Pani mąż zginął na wojnie?
Tak.
Przykro mi.
A to musi być pani córka.
Owszem, Renata.
Wprost uwielbiała ojca.
Od jego śmierci pogrążyła się w bezbrzeżnym smutku.
Nie wypada jej okazywać radości, byłby to wyraz braku szacunku
wobec pamięci ojca.
Ma pan dzieci?
Syna.
Znakomicie włada pan włoskim. Skąd ta umiejętność?
Spędziłem tu trochę czasu w młodości.
Hrabino, bardzo chciałbym wejść w posiadanie tych strzelb.
W posiadanie?
Jeśli się pani oczywiście zgodzi.
Nie są na sprzedaż.
- Nie są? - Nie.
Cóż za niedorzeczny pomysł. Po co miałabym je sprzedawać?
Przykro mi.
Najwyraźniej się pomyliłem.
Znowu pan.
Znowu ja.
Spodobały się panu strzelby?
Bardzo, hrabino.
Ale nie chciała ich sprzedać, prawda?
Powinnam była pana ostrzec.
Mogę spróbować ją przekonać.
Odmówiła dość stanowczo.
Nadal jestem winny za tamten kurs.
Może mnie pan zaprosić na kawę.
- Teraz? - Tak.
Dobrze.
- Dobry wieczór, co dla państwa? - Dwa razy martini.
Proszę bardzo.
Myślałem, że idziemy na kawę.
Ma pan coś przeciwko?
Z radością się napiję, contesso.
Wznieśmy toast za mój ślub.
Gratuluję.
Kim jest ten szczęśliwiec?
Mój ojciec życzył sobie, aby rody Antonia i nasz się połączyły.
Moja rodzina straciła majątek.
Antonia − jeszcze go ma. A więc...
W Ameryce chyba się tego nie robi.
Czego?
Nie zawiera się małżeństw dla pieniędzy.
Niektórzy zawierają.
Ale większość ludzi nadal pobiera się z miłości.
- I dobrze. - Zdrowie.
A pan?
Ja?
Ożenił się pan z miłości?
Trzy razy.
- Tak... - Trzy razy.
Chyba wasz sposób jest jednak lepszy.
Niech rodziny się dogadają.
Nie powiedziałam, że nie kocham Antonia.
Oczywiście. Nie chciałem nikogo urazić.
Kocham go.
W takim razie...
naprawdę jest szczęśliwcem.
Rzygać się chce.
Renato, jesteś głodna?
Trzeba więc temu zaradzić.
Przepraszam najmocniej, staruszku.
Proszę odejść.
Żarcie pierwsza klasa.
Nie ująłbym tego celniej.
Po ślubie zamieszkacie w Wenecji?
Nie, w Ameryce.
Naprawdę?
Nie. Ale takie mam marzenie.
Masz dzieci?
Dziecko. Syna.
Jaki on jest?
Masz zdjęcie?
Czyli też lubi polować na kaczki?
Tak.
Lubił.
Macie takie same oczy.
Gdzie jest jego matka?
Odeszła. Jak pozostałe dwie żony.
Może nasze drogi przetną się kiedyś w Ameryce.
Być może.
Ale co hrabina robiłaby na Dzikim Zachodzie?
Jeździłabym.
Jeździłabym samochodem, do upadłego.
Na stałym lądzie.
Mila za milą. W jednym kierunku.
A nie w kółko i po wodzie.
Za "mila za milą".
A ty o czym marzysz?
- Ja? - Tak.
Pytam o marzenie dotyczące przyszłości.
Zrealizowałeś już wszystkie swoje marzenia?
Dobra.
Więc może świat nie ma dla ciebie już niczego nowego.
Może nie ma.
Ricardo.
Tak, Renato?
Powiedz, o czym marzysz.
Powiedz, proszę.
O idealnym polowaniu na kaczki.
Nad laguną świta.
Spokój, bezruch.
Doskonale wyważona strzelba.
Szept skrzydeł.
Nieskończone możliwości.
O tym marzę.
Za nieskończone możliwości.
Chyba powinienem już wracać.
Dobrze. Odwiozę cię do domu.
Nie trzeba. Spacer dobrze mi zrobi.
Colonnello.
Mam pewną sugestię.
Pokażę ci moje piękne miasto, co ty na to?
Nie spieszysz się gdzieś?
Nie.
Umiesz śpiewać?
A czy papież jest katolikiem?
Mam anielski głos.
Chcę go usłyszeć.
O, dziękuję.
Ostrzegam, to środek o działaniu wyłącznie leczniczym.
Dobrego masz lekarza.
Przekażę mu.
- Dziękuję. - Dzięki.
I jak?
No tak.
Ładne.
Choć trochę zbyt pikantne jak na klasztor.
Pochodzi z naszej kolekcji prywatnej.
Klasztor tylko się nim opiekuje.
Contarini to muszą mieć życie.
W sensie?
Możesz oglądać takie dzieła, kiedy najdzie cię ochota.
To prawda.
Ale zwykle czuję się bardzo staro. Wiekowo.
- Wiekowo? - Tak.
Ściśle rzecz biorąc: sześciowiekowo.
Moje nazwisko ma 600 lat.
Mój dom ma 600 lat.
I mój pies też.
Wszystko, co mnie otacza, ma 600 lat.
Ja nie znam nawet nazwiska panieńskiego mojej babki.
Mam wśród przodków trzech dożów Wenecji,
a chrztu udzielał mi sam papież.
Czekaj, aż moi w domu się dowiedzą.
A kto jest w domu?
Kto tam czeka na colonnella?
Któraś z żon?
Wszystkie odeszły.
Jesteś jednym z mężczyzn,
którzy się zakochują, a potem znikają?
Jestem jednym z tych, którzy muszą zniknąć tak czy siak.
Na tym polega fach żołnierza.
Lub kobieciarza.
Czy to jest przesłuchanie?
Złamałeś komuś serce?
Może paru osobom.
A tobie ktoś je złamał?
Nie uważam, że aż taki z ciebie potwór.
- Nie? - Nie.
Czuję się przy tobie bardzo bezpiecznie.
- I jesteś bezpieczna. - Czyżby?
Bardzo.
Skąd mogę to wiedzieć?
Choćby stąd,
że stoi za tobą jakiś ksiądz.
Ojciec Damaso.
- Chodźmy stąd. - Tak.
Dziękuję.
Dziękuję.
Jakie masz plany, kowboju?
Plany?
Czyli żadnych nie masz, tak?
Myślisz w ogóle o przyszłości?
Do niedawna myślałem wyłącznie o byciu żołnierzem.
Dlaczego nim zostałeś?
Nie chcesz o tym słuchać.
- Bo? - Zanudziłbym cię.
Nieprawda.
Siebie bym zanudził.
Nieprawda.
No dobrze.
Co chciałabyś wiedzieć?
Dlaczego jesteś taki samotny?
To przez wojsko?
- Proszę. - Dziękuję.
W naszej armii ludzie ze ścisłego dowództwa
nie walczą z bronią w ręku.
Niezbyt przejmują się tymi, którzy siedzą na froncie.
Dlaczego?
Chyba uznają, że walka jest niestosownym zajęciem.
Rozrywką dla młodych chłopaków
i starych żołdaków, jak ja.
Żołdaków?
Mięso armatnie.
Ci na dnie hierarchii, z którymi nikt się nie liczy.
Wielu ludzi zabiłeś?
Tak, wielu.
Przykro mi.
Nie przejmuj się.
Zacznij pisać.
- O czym? - O wojnie.
- A. - O tym, jaka jest.
Nie sądzisz, że należy to opisać?
- Nie sądzę. - Dlaczego?
Bo zbyt wielu mężczyzn opisało wojnę, nie mając do tego prawa.
Mało który z tych pisarzy był w ogóle na froncie.
Nie wiem, pod który grzech to podpada.
Dobrze.
Poza tym
nie mam czasu na pisanie.
Dlaczego? Nie jesteś aż taki stary.
Nie można żyć wiecznie.
Dlaczego nie?
Zatańcz ze mną.
Chyba musisz prowadzić, bo jestem teraz ślepy jak kret.
To nic.
Chcesz poznać swoją przyszłość?
Chcę.
Będziesz żył wiecznie.
Ponownie się ożenisz.
I spłodzisz jeszcze pięciu synów.
Którzy rozjadą się w pięć stron świata.
- Pięć? - Tak.
I przestań w końcu mówić o śmierci, Richardzie.
Musisz żyć.
Obiecaj mi to.
- Ludzie się gapią. - Obiecaj.
Dobrze, obiecuję.
Nie umrę.
Przynajmniej nie dziś.
- Chyba zamykają. - Na to wygląda.
Znam jedno miejsce.
Jeśli masz jeszcze czas.
No, skoro będę żył wiecznie...
Ty to powiedziałeś.
Ten ogród został założony ponad sto lat temu
przez jednego z moich przodków.
Był potworem.
Jednym z dziesięciu,
którzy wysyłali wrogów Wenecji do izb tortur.
I jednym z trzech, którzy skazywali ich na śmierć.
O, sosna żółta.
Był, jakbyś powiedział,
nieciekawym typem.
- Wrednym? - Złym do szpiku kości.
Jasne?
Zamknij oczy.
Po co?
Zaufaj mi.
Wszyscy uważali, że to człowiek bez serca.
Ale pewnego dnia
zakochał się w amerykańskiej piękności z Karoliny.
Przyjechała do Wenecji z rodzicami,
żeby dokończyć tu edukację muzyczną.
Miała 19 lat.
Sprawa była oczywiście beznadziejna.
Ludzie szeptali: to obsceniczne, aby widywany był z nią ktoś taki,
starzec z krwią na rękach.
Dlatego pojechał do Karoliny
i zabiegał o nią
w ogrodach na plantacji jej ojca.
I tyle?
Jak skończyła się ta historia?
A jak twoim zdaniem powinna się skończyć, Ricardo?
Szczęśliwe zakończenia są w porządku.
Nie, wrócił do domu
z pustymi rękami.
Ona musiała wypełnić obowiązek wobec swojej rodziny.
Co się z nim stało?
Po tym, jak zakochał się bez pamięci,
ludzie przestali się go bać.
Swoje ostatnie dni
spędził tutaj,
słuchając tej arii w kółko, wciąż od nowa.
Rozmyślał o jednej jedynej szansie, która mu się wymknęła.
I o tym, jak smakowałoby tamto niezdobyte szczęście.
- Renato, muszę ci coś... - Ćśś.
Opowiadamy sobie historie, nic więcej.
Spójrz.
Pierwszy przebłysk słońca
Co?
Nie spodoba ci się.
Spróbuj.
Znowu jestem głodna.
Opowiedz mi jeszcze o lordzie Byronie.
Takie coś nazywali
"trumną w czółnie".
Mówiłam: dość gadania o śmierci.
To rozkaz, żołnierzu.
Cóż,
miło było cię znów zobaczyć, Renato Contarini.
Wyjeżdżasz dzisiaj?
Nie da się polować na kaczki gołymi rękami.
No i muszę załatwić parę spraw.
Pamiętaj o swojej obietnicy.
Będę pamiętał.
Wstawaj.
- Renato! - Giuliano, odejdź.
Twoja matka wie, że nie wróciłaś na noc.
- Mam to gdzieś. - Tak nie można...
- Zostaw nas proszę same. - Oczywiście.
Gdzie byłaś?
Podwiozłam pułkownika Cantwella do hotelu.
I zajęło ci to całą noc?
Zaprosił mnie na kawę.
Patrz mi w oczy, gdy ze mną rozmawiasz.
Miałam ochotę na spacer na świeżym powietrzu, dobrze?
Nie kpij ze mnie. Przecież wiesz, że w Wenecji
Contarini się nie ukryją.
Ludzie widzieli, jak pijesz, tańczysz...
- Co jeszcze zaszło między wami? - Niestety nic.
A jeśli Antonio się dowie?
O czym?
Rozumiem.
Przeciągasz strunę w nadziei, że pęknie.
Prawda?
A wtedy...
Co z nami będzie?
Z nami?
Raczej z tobą.
Dobrze więc.
Będę musiała
spędzić starość w nędzy i pohańbieniu.
Skoro jesteśmy tacy biedni,
dlaczego nie sprzedałaś strzelb pułkownikowi?
Bo pułkownik
nie dał mi jasno do zrozumienia, że chce je kupić.
Co miał zrobić, błagać cię?
Zaproponować sumę.
On potrzebuje broni,
a my pieniędzy. Zapłaciłby tyle, ile byś zażądała.
Doskonale o tym wiesz.
On wróci.
Tak, tak.
Słyszałeś może o...
zbiorowej egzekucji w 1943 roku?
SS rozstrzelało partyzantów i cywili na drodze do Triestu.
Tak, słyszałem.
Jedni twierdzą, że to wydarzyło się tu, inni, że tam.
Jeszcze inni − że w ogóle.
Owszem, wydarzyło się.
Muszę tylko odnaleźć to miejsce.
Ma pan jakiś powód?
Jesteś żonaty, Gran Maestro?
Byłem.
- Dzieci? - Nie.
To jest moja rodzina. Mój dom.
Pewnie jak dla pana wojsko.
No tak.
- Rezerwować stolik na kolację? - Nie, dziękuję.
- Z kaczek nici? - Z broni nici.
Musi pan pojąć zasady tej gry.
Czyli?
Należy odpuścić i wrócić do sprawy następnego dnia.
Ale tym razem − przebłagać ją.
Chce je sprzedać czy nie?
Chce. Wręcz musi. I właśnie dlatego nie może tego zrobić.
Pułkowniku...
Co do Triestu:
mogę podać kilka nazwisk, ale, proszę,
niech pan uważa.
Dla nich Wenecja nie jest tak bezpieczna, jak można by sądzić.
Dość już wycierpieli.
Przyszedł Antonio.
Tak.
Piękna jesteś.
Urodę mam po tobie.
Chodź.
Zaraz przyjdę.
Renato.
Wrócisz, prawda?
Witaj, Jankesie.
Dobry wieczór, chłopcy.
Czy on, kurwa, wie, z kim rozmawia?
Stary pierdziel.
Nie ma czołgów ani bombowców.
Co robimy?
Damy mu nauczkę?
Dla porządku:
ten stary pierdziel wie, że rozmawia z chłoptysiami,
którzy lubią się przebierać w czarne koszule.
Wszystko gra, panie pułkowniku?
W porządku?
Tak.
Daleko dotarłeś?
Cztery kilometry za Triestinę.
- Słyszałeś coś? - Nie.
Nic pewnego. Zbiorowych mogił jest bardzo dużo,
ale miejscowi nie chcą o nich opowiadać.
Przykro mi, sir.
Jackson, gdzie są moje złote lata?
Słucham, sir?
Mam 51 lat.
Obiecują, że to najlepsze lata w życiu człowieka.
W zamian za młodość rzekomo dostaniesz "złote lata".
Przeżyłem dwie wojny światowe, 30 lat w piechocie.
Gdzie te złote lata, do cholery?
"Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy
ale On jest cierpliwy w stosunku do was.
Nie chce bowiem niektórych zgubić,
ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia".
Co ty wygadujesz?
Wspomniał pan o Bogu i obietnicach.
Tylko tę obietnicę znam.
Bóg wysłał cię aż z Kentucky, żebyś mi to powiedział?
Powiedziałem swoje, sir.
Reszta to nie moja sprawa.
O, wreszcie mówisz inteligentnie.
O rany...
Znowu ty.
Znowu ja.
Jak się dziś masz, Renato?
Znakomicie. Dziękuję, Richardzie.
Sierżant Jackson.
Bóg wysłał go aż z Kentucky, żeby mi przekazać:
nie spodziewaj się wiele po swoim życiu.
Rozumiem.
Ma oczy anioła.
Dobry wieczór, sierżancie. Jak się pan ma?
Bardzo dobrze, proszę pani. Dziękuję.
I głos także anielski.
Jackson do nas dołączy?
Dołączy?
Idziemy przecież na spacer, prawda?
Owszem.
Ale on nie, za cholerę.
Do aniołów trzeba zwracać się grzecznie.
Proszę się nie martwić.
Trochę właśnie zwiedzałem, więc po prostu...
Obejrzę sobie ten duży kościół
nad Canal Grande.
Sir. Szanowna pani.
Sierżancie.
Santa Maria della Salute jest tam.
Liczyłam, że na ciebie wpadnę.
Co ty tutaj robisz?
Rozmawiam z tobą.
Cieszę się, że przyszłaś.
Mogę wyznać coś, co pewnie cię nie zaskoczy?
- Jesteś głodna? - Padam z głodu.
Skąd wiedziałem?
Contessino, to dla nas zaszczyt.
Dobry wieczór, Gran Maestro.
Dobry wieczór, pułkowniku.
Jednak zje pan kolację.
- Na to wygląda. - Znakomicie.
Mam w kuchni dorodnego homara.
Świetnie. Jest świeży?
Bardzo.
Ostatnio był jeszcze całkiem żywy.
Ciemnozielony, bardzo wojowniczy. Prawdopodobnie z Rosji.
W takim razie na zimno, z majonezem.
Pułkowniku?
- Dziękuję. - Oczywiście.
A do picia?
Wytrawne białe Capri, z lodem.
- Dziękuję. - Już podaję.
Gran Maestro.
Niech ten majonez będzie możliwie jak najgęstszy.
- Oczywiście. - Dziękuję.
Połóż dłoń na stole.
- Przecież leży. - Drugą.
Proszę cię.
Mogę?
Jasne.
- Renato... - Tęskniłam.
- Contesso. Colonnello. - Dziękujemy.
- Voilà. - Dziękuję.
Udanego wieczoru.
Też za tobą tęskniłem.
Chociaż sam nie wiem, co to właściwie znaczy.
Spałaś trochę?
Jak kamień.
Śniłeś mi się.
Czyli miałaś koszmar.
Nie, miły sen.
Byliśmy w Ameryce, w ogrodzie.
Sadziliśmy razem drzewa.
Cyprysy, kasztany, sosny żółte.
Często śnisz o drzewach?
Nie. Nigdy.
Za to prawie zawsze mam ten sam sen.
Noc w noc.
Jaki sen?
Jeżdżę na nartach nocą, po ciemku.
Zatańczmy.
Pragnę cię
Pragnę cię
Być z tobą
tak dobrze jest
Gdy na ciebie patrzę, wiesz, czego od ciebie chcę
Gdy na ciebie patrzę, wiesz, czego od ciebie chcę
Brawo!
Brawo.
Zatańczysz ze mną?
Nie dziś.
A jeśli mam tylko ten wieczór?
Skończyłeś 50 lat i nie wiesz,
co dziewczyna ma na myśli, gdy mówi, że za tobą tęskniła.
51.
I wiem tylko jedno: że nie wiem nic.
Uwielbiam twoje blizny.
Chodźmy stąd.
Tak. Muszę coś załatwić.
Spotkajmy się za pięć minut na nabrzeżu.
W porządku?
Tak. Do zobaczenia.
W porządku?
Tak, wszystko gra.
Co to?
Znalazłem ocalałego.
Z Triestu?
Tak, były partyzant. Chce z panem rozmawiać, ale tylko dzisiaj.
Gdzie?
Tutaj są wszystkie informacje.
Jak go rozpoznam?
Proszę mi zaufać, rozpozna pan.
O kurwa.
Richard!
Richard!
Richard.
Pomocy!
Trzeba go natychmiast zawieźć do szpitala.
W Mestre będzie wszystko, czego potrzebuje.
- Oczywiście. - Nic więcej tu nie zdziałam.
- Trzeba pojechać jak najszybciej. - Tak, tak.
W przeciwnym razie...
Panie doktorze, budzi się.
Colonnello.
Przeszedł pan zawał serca.
Niestety bardzo poważny.
Pobicie też zrobiło swoje.
Podałem panu lek na obniżenie tętna,
działa też nasennie.
Ale musi się pan udać do szpitala, aby...
Jackson, gdzie moje ubrania?
Już je spakowaliśmy, sir.
Z Mestre płynie karetka, powinna dotrzeć za 20 minut.
Nie jadę do cholernego szpitala.
Chyba mnie nie zrozumiał.
Przetłumaczy hrabina?
Wszystko zrozumiałem, doktorze.
Dziękuję.
Może pan odejść.
Poczekam na dole.
Jackson, daj mi koszulę.
Sir...
Zasady, pamiętaj.
Musisz odpocząć.
Dziękuję, hrabino. Mam taki zamiar.
Właśnie w tym celu tu przyjechałem.
Gran Maestro, proszę mi załatwić
na jutro rano strzelby i psa. Będę zobowiązany.
Oszalałeś.
Nie możesz polować w takim stanie.
- Pani ma rację, panie pułkowniku. - Stul pysk, Jackson.
Doceniam pani troskę, hrabino, ale...
ale mam już dość lat, żeby sam o siebie zadbać.
Nie upieraj się.
Jesteś chory.
Musisz jechać do szpitala.
Tylko szpitala mi brakuje.
Nie. Muszę dostać łódkę, broń i psa,
żeby wypłynąć na lagunę i zrobić to, po co przyjechałem.
Czemu mi nie powiedziałeś?
Wczoraj wieczorem?
Wczorajszy wieczór był
przemiłym przerywnikiem.
Doceniam twoją gościnność, Renato. Ale powinnaś już wracać.
Antonio będzie się o ciebie martwił.
Mam odejść?
Tak. Tak będzie chyba najlepiej.
Jackson, gdzie mój cholerny krawat?
W pańskiej walizce.
Sir.
To tylko młoda dziewczyna.
Dziewczyna, którą przed ślubem obleciał strach. Nic więcej.
To możliwe, sir.
Ale jest 12.30.
I ta młoda dziewczyna czuwała przy panu 14 godzin.
Ona niczego nie rozumie.
Choć myśli, że zrozumiała wszystko.
Śmierć otula mnie, jak płaszcz, którego nie da się zdjąć.
Świadek przyjdzie?
Pomówię z nim.
Mam do pana prośbę, pułkowniku.
Po tym spotkaniu
niech pan wraca do domu.
Tutaj. Tu stań.
Na co pan właściwie czeka, panie pułkowniku?
Dostałem rozkaz od polityka w mundurze,
który całe życie zabijał ludzi wyłącznie przez telefon.
I wykonałem ten rozkaz.
Dalej!
Odwrót! Odwrót!
W tej rzece zginęła cała moja kompania.
338 dusz.
Co miałem zrobić, Jackson?
Sir?
Dostałem rozkaz i go wykonałem.
Jak inaczej miałem postąpić?
Ale fakt, przedarliśmy się do tego miasteczka.
Koszty firmy: 10 000 dolarów za jedną polisę, oblicz to sobie.
Jakiej firmy, sir?
Wojna to biznes, synu.
A armia amerykańska to w tej branży największa firma świata.
"Nasi chłopcy".
Urzędnicy i magazynierzy zatrudnieni przez firmę.
Panie pułkowniku, może już wrócimy?
Doktor O´Neil zbadałby pana za niecałe dwie godziny.
Panie pułkowniku.
To był pański syn. Prawda?
Tak.
Domyśliłem się, gdy przyszedł pan do stoczni.
- Znał go pan? - Tak, tak.
Wszyscy wiedzieliśmy, kim jest naprawdę.
Powiedział, że wojsko wysłało go jako wsparcie logistyczne,
ale wiedzieliśmy i tak.
Pański syn był dobrym chłopakiem.
Tak...
SS-mani wpadli do mojego domu, zgarnęli nas i pańskiego syna.
Tu nas zagonili.
Chcieli wyciągnąć informacje,
więc podzielili nas na dwie grupy.
Pierwszej kazali kopać, a my musieliśmy patrzeć.
Powiedzieli, że nas wypuszczą, jeśli cokolwiek im powiemy.
Nikt nie puścił pary z ust.
Co było dalej?
Zaczęli strzelać.
Myślałem, że nigdy nie przestaną, ale w końcu ogień ustał.
Przysypali nas ziemią i odjechali.
Przeżyłem tylko ja. Leżałem, przygwożdżony.
Pod trupami dwóch mężczyzn.
Dziękuję.
Za co mi pan dziękuje?
Tamtego dnia mógł przeżyć pański syn,
a przeżyłem ja.
Przepraszam.
Śmierć zastanie mnie żywego.
Zawiodłem ich, Jackson.
Sir?
Wszystkich ich zawiodłem.
Nie, panie pułkowniku.
Nikogo pan nie zawiódł.
Inaczej to widzę.
Zrobił pan, co należało.
I tyle.
Jak sam pan powiedział:
urzędnicy i magazynierzy.
Koniec końców,
gdyby pan tego nie zrobił,
kto by pana wyręczył?
Ktoś taki jak ty, Jackson.
Taki jak ty.
Na miłość boską, co ty tu robisz?
Gran Maestro serdecznie pozdrawia.
U Grittich żadna tajemnica się nie uchowa, co?
Myślałam, że chciałeś zapolować na kaczki.
Chcę, hrabino.
Jackson, dla ciebie ta historia
może się skończyć sądem wojskowym, więc...
Jak dla mnie, oni wszyscy mogą iść się chędożyć.
Sir.
Dziękuję, sierżancie.
To był dla mnie zaszczyt, sir.
Jemu ten pies przyda się chyba bardziej niż mnie.
Chodź, mały! Chodź.
Dziękuję.
Za co?
Za wszystko.
Idź, twoje narty i noc czekają.
W imię Ojca,
i Syna, i Ducha Świętego.
Niech łaska Jezusa Chrystusa,
miłość Boga Wszechmogącego
i wspólnota Ducha Świętego
będą z wami wszystkimi.
Tekst: Krzysztof Heymer
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.