Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Mia³am wczoraj sen.
P³yn¹³eœ do mnie wod¹.
I mimo, ¿e wiedzia³am, ¿e to niemo¿liwe,
z jakiegoœ powodu w tym œnie wierzy³am w to.
Po czym ju¿ ciebie nie by³o i zbli¿a³a siê ta burza.
By³y gromy, b³yskawice, ciemne chmury.
Niszczy³a wszystkie ³odzie na swojej drodze.
W moim œnie nios³a œmieræ.
Zanim ciê straci³am, nie mia³am takiego snu.
Ale to by³ tylko sen.
I to normalne miewaæ sny o ³odziach w takim mieœcie jak to.
Dobra. SpóŸniê siê do pracy.
Odwiedzê ciê w tym tygodniu, przywiozê œwie¿e kwiaty.
GLINIARZE
TO BY£A MOJA NAJWA¯NIEJSZA RADA
Will! Œniadanie stygnie!
Bailey!
Dobry piesek. Chcesz œniadanko? Wiem, ¿e chcesz.
S³odki piesek. Proszê.
Kocham ciê.
Skarbie? Przestañ siê stroiæ i chodŸ jeœæ.
Ten pies zjad³ kolejn¹ parê moich skarpetek.
Jest mu bardzo przykro. Prawda, Bailey?
Mo¿esz spojrzeæ?
Co siê sta³o?
Obudzi³em siê z tym.
Pêk³o ci naczynko. Ledwo widaæ.
Szkoda, ¿e akurat dzisiaj.
Jedz, bo siê spóŸnisz.
¯adnego przesuwania kartonów ani malowania, dobra?
Zajmê siê tym, jak wrócê.
Tylko te lekkie. Chcê przygotowaæ pokój dla dziecka.
Ja to zrobiê. Ty odpoczywaj.
Zbytnio siê martwisz.
Dobra. Pewnie trochê popracujê,
pospacerujê sobie po mieœcie, by je lepiej poznaæ.
Przez jakiœ tydzieñ bêdziesz jeŸdzi³ z funkcjonariuszem Brogenem,
by poznaæ nasze metody, po czym dostaniesz w³asny wóz.
- Brzmi nieŸle. - Podoba ci siê Providence?
Jestem tu dopiero od trzech dni, ale ludzie s¹ mili a miasto piêkne.
To silna spo³ecznoœæ, ludzie przewa¿nie trzymaj¹ siê na uboczu,
ale kiedy zajdzie potrzeba, pomagaj¹ sobie nawzajem.
A ¿ona? Jak siê trzyma?
Czuje siê jak wieloryb i nie mo¿e spaæ, poza tym dobrze.
- Bêdzie ch³opiec czy dziewczynka? - Ch³opiec.
Cudownie.
Jak siê zap³adnia zakonnicê?
- Pukasz j¹. - Terry!
- Nowy! - Funkcjonariusz Shelly.
- Will. - Co ci siê sta³o?
- Pêk³o mi naczynko. - Przejebane.
- Jezu, Terry. - Taka prawda.
Funkcjonariusz Brogen jest z nami od 16 lat i poka¿e ci co i jak.
Ustawi ciê. Powodzenia.
- Jestem wdziêczny. - To zaraŸliwe?
Nie.
Williamie, zapierdzielajmy!
Mi³ego dnia, ch³opcy.
Terry? Skoñcz z bluzgami.
Bluzgami?
Przepraszam.
- A wiêc jesteœ z kontynentu? - Columbia.
Ukoñczy³em akademiê, tutaj dosta³em robotê
i przeprowadziliœmy siê tu z ¿on¹ trzy dni temu.
Niewiele osób tu siê przeprowadza.
Szukaliœmy czegoœ innego, rodzina siê powiêkszy.
Coœ spokojniejszego.
- Od dawna ¿onaty? - Od pó³tora roku.
- A ty? - Zero ¿on, ale mam kobietê.
I jeœli mam byæ szczery, chyba j¹ kocham.
To skomplikowane.
- Wszystkiego dobrego. - Dziêki.
- Serce nie s³uga, prawda? - Tak.
- Mogê to przesun¹æ? - Oczywiœcie. Przepraszam.
- £owisz z kusz¹? - Nigdy nie próbowa³em.
Od szeœciu lat nie p³acê za ryby.
Mam trzy rady dla nowych funkcjonariuszy.
Pierwsza: nie zabijaj, jeœli nie musisz,
bo to rodzi k³opoty.
Druga: okazuj szacunek pani kapitan Murphy,
mimo ¿e jej metody dzia³ania mog¹ wydawaæ siê dziwne.
W sensie?
To siê zaczê³o kilka lat temu, kiedy ona i jej ¿ona wiedŸma
straci³y dziecko.
Adoptowany syn. Cierpia³ na jak¹œ por¹ban¹ chorobê.
Nie winiê jej. Jest dobr¹ kobiet¹, dobrym kapitanem.
Trzecia: miej jakieœ hobby, którym mo¿esz zaj¹æ siê w pracy.
- Hobby? - Tak jest.
To jest Providence. Tu siê nic nie dzieje.
Zdarzaj¹ siê bójki w barze, kradzie¿ ³odzi,
ale brak przygód i akcji
nadrabiasz w wolnym czasie, dlatego polecam robiæ to co ja...
- zajmij siê jakimœ hobby. - Jêzyk chiñski?
Mandaryñski. Nie b¹dŸ rasist¹.
Co to znaczy?
¯e mówiê biegle po chiñsku.
- Ulubiona kapela? - Kapela?
Bo przypomnia³em sobie, ¿e mam kapelê.
- Masz? - Tak. Nazywamy siê "Man Riot".
Piszê wszystkie teksty, gram na gitarze, œpiewam.
Proszê...
Spodoba ci siê. Pos³uchaj.
Dobre?
Mój jest bas, mój...
Mój jest bas, perkusja...
Nie jest to prawdziwa perkusja,
ale na komputerze mo¿na dziœ czyniæ cuda.
Mój dom sta³ siê studiem nagraniowym, serio.
To Tilly's. Wpadniemy po kawê.
CzeϾ, Tilly.
- On jest nowy, Will. - Mi³o mi.
Parê lat temu m¹¿ Tilly zosta³ trafiony w g³owê ga³êzi¹.
Oszala³ i zabi³ parê osób w Walmart.
- Przykro mi. - C'est la vie.
Dziêki, Tilly!
Mi³o by³o poznaæ.
ChodŸ. Lubisz ostrygi? Ja je kocham.
Ale ¿adne tam krakersy, tylko na surowo.
U¿ywaj cholernych pasów, Brice, bo ciê kurwa rozjadê!
To knajpa Ala. U niego dostaniesz i kawê, i p¹czka.
Ja dziêkujê.
CzeϾ, Al! Jak leci?
Mam problemy z kobietami.
Bo ¿adnej nie mam.
- To Will Shelly. Nowy nabytek. - Mi³o mi.
Shelly?
Jesteœ tym Williamem Shelly, który obrobi³ bank w Charlotte?
To mój ojciec.
Pamiêtam twojego starego z gazet.
- Prawie mu siê uda³o, co? - Tak, prawie.
Nie mia³em nic z³ego na myœli.
Co wam podaæ, ch³opcy?
Dwie kawy i dwa p¹czki z lukrem.
I batonika. Chcesz coœ?
Wiêc twój stary...
Co tam siê sta³o? Nie musisz odpowiadaæ,
ale skoro to wysz³o na jaw, by³oby niezrêcznie nie zapytaæ.
I tak bym poszuka³ w Internecie póŸniej, wiêc...
Przywyk³em.
Kiedy by³em dzieciakiem, kierowa³ bankiem w Morehead.
Wymyœli³ system, który pozwala³ mu od³o¿yæ coœ na boku.
Ale nie by³ to dobry system.
Dosta³ 15 lat.
Moja mama, moje siostry i ja zostaliœmy z niczym.
Szlag!
Czyli, twój tata... okrada³ banki,
a ty zosta³eœ glin¹.
Mo¿na tak na to spojrzeæ.
NieŸle, moim zdaniem.
Gotowe...
Wisi prosto?
Te¿ tak myœlê.
A teraz?
Wracaj.
Obiecaliœmy.
Musimy poczekaæ.
Musimy poczekaæ.
Co?
¯adnej pracy.
Obiecaliœmy.
Bêdziemy czekaæ.
Ile kosztuje Peek-a-Blue?
55$ za galon.
- 55? - To twarda ¿ywica.
Bardziej trwa³a.
Wie pani, nie tylko istoty ludzkie susz¹ ¿ywnoœæ.
Rude wiewiórki kroj¹ grzyby i susz¹ ich kawa³ki.
¯eby mieæ na póŸniej.
Wezmê dwa galony.
Peek-a-Blue? Zaraz j¹ przygotujê.
To zabawne, ale gryzonie...
- Kto to? - Nie chce go pani znaæ.
To brzmi przera¿aj¹co.
Powiedzmy, ¿e ma pani problem i chce go rozwi¹zaæ,
ten przera¿aj¹cy goœæ go rozwi¹¿e.
Taka z³ota r¹czka?
Taka ostateczna... z³ota r¹czka.
Zaraz wracam.
NIE MA LEPSZEJ Z£OTEJ R¥CZKI. ZADZWOÑ DO "IRLANDCZYKA".
- To twój dom? - Nie do koñca.
- To co tu robimy? - Nale¿y siê nam przerwa.
Ledwo co zaczêliœmy.
Lubiê tu wpadaæ kilka razy dziennie.
- Poœpiesz siê! - Sekundkê, skarbie!
- ¯artujesz? - To nie tak, jak myœlisz.
Myœlê, ¿e mnie zostawisz tu, a j¹ bêdziesz puka³.
To nie jest jakaœ tam laska, tylko moja kobieta, o której ci mówi³em.
Mówi³em te¿, ¿e sytuacja jest skomplikowana,
bowiem gdyby jej m¹¿ siê dowiedzia³, to by siê wkurzy³,
dlatego musimy byæ dyskretni.
Twój radiowóz jest zaparkowany przed jej domem.
Pokaza³em ci co i jak, prawda? Odpuœæ wiêc.
Pokaza³eœ mi tylko, gdzie dostanê darmow¹ kawê.
Sam potrzebowa³byœ tygodni, by na to wpaœæ.
- Sprê¿aj siê. - Zawsze.
Gdybyœ zauwa¿y³ chiñskiego biznesmena w œrednim wieku, zatr¹b.
Wrócê szybciej, ni¿ zd¹¿ysz wypowiedzieæ "pieprzona jagodzianka".
- Pieprzona jagodzianka. - Nie dos³ownie!
Czeœæ, skarbie. Pozna³em swojego nowego partnera, Terry'ego, tak wiêc
jesteœmy zajêci...
prac¹ policyjn¹.
Widzimy siê póŸniej. Kocham ciê.
Wzywam wóz nr 2.
Wóz 2, Terry, jesteœ tam?
Tu funkcjonariusz Shelly.
Funkcjonariuszy Shelly, otrzymaliœmy zg³oszenie 11-15 w domu Chetlo
na 225 Sunnyside Boulevard.
- 11-15? - Zgadza siê, 11-15.
Dobra. Dziêkujê, Cheryl. Zajmê siê tym.
Znaczy, funkcjonariusz Brogen te¿.
Terry!
Przepraszam.
Terry.
Terry, zg³oœ siê.
Terry, zg³oœ siê.
Terry!
Terry, musimy jechaæ! Zg³oszono w³amanie!
- Ty! - Terry!
Dok¹d to?
- Wiem, co tu robisz! Wracaj! - Nie! To nie ja, jasne?
To mój pierwszy dzieñ!
Mi³ego dnia.
Policja! WyjdŸcie z rêkami w górze!
WyjdŸcie natychmiast!
- Co jest grane! - Spokojnie.
Dosta³em zg³oszenie o w³amaniu.
Niczego kurwa nie zg³asza³am! Strzeli³eœ do mnie!
- Przepraszam, proszê siê uspokoiæ. - Wal siê!
Ja ci poka¿ê "uspokój siê", frêdzlu!
Ju¿ po tobie!
Nie skrzywdzê pani!
Bo u¿yjê si³y!
Mi³ych snów, skurwielu!
Proszê pani?
Nie...
To dobry kolor.
Dziêki, Stu.
Co mówi³em? Chiñski biznesmen!
Facet oszala³, ledwo uciek³em! O co chodzi?
Da³em dupy.
Co zrobi³eœ?
Ja pierdolê!
Co tu siê sta³o, Will?
Ona jest bardzo, kurwa, martwa!
Tak¹ j¹ zasta³eœ?
Zabi³eœ j¹, Will?
- To by³ wypadek. - Jezu Chryste!
Dosta³em zg³oszenie o w³amaniu...
Rzuci³a siê na mnie z no¿em, Terry, nie wiem dlaczego...
Chwila. Powiedzia³eœ "w³amanie"? Jakie w³amanie?
Zg³oszenie 11-15.
11-15 nie jest w³amaniem, a wykroczeniem seksualnym w samochodzie.
- S³ucham? - Ona ci¹gle to zg³asza.
Chodzi o Joey Ledbettera. Przywozi tu swoje dziewczyny.
To znaczy...
Joey Ledbetter w³aœnie zabawia³ siê w swoim wozie
i ktoœ zgin¹³!
Nie, nie, nie...
I nie zabi³eœ byle kogo, stary. To Virginia Chetlo.
Na pewno jest martwa?
Pó³ sto³u jest w jej czaszce!
Stracê pracê?
Tak, Will. Myœlê, ¿e stracisz pracê!
Wallace Chetlo jest najbogatszym facetem w mieœcie!
Jest jedynym dostawc¹ owoców morza na tej wyspie!
Rany...
Mam przer¹bane!
Pos³uchaj, jest mi bardzo przykro,
ale muszê to zg³osiæ.
- To mój pierwszy dzieñ w robocie. - Kiepski pocz¹tek.
Chwileczkê...
Ja te¿ mam przer¹bane!
Ty pierdzielony... Mnie te¿ za³atwi³eœ!
- Moja wina, przepraszam! - Twoja bez dwóch zdañ,
ale kiedy siê dowiedz¹, ¿e kocha³em siê z osob¹ cywiln¹,
a ty mordowa³eœ gospodyniê domow¹, moja dupa te¿ zostanie zwolniona!
Zabior¹ mi emeryturê, stary! Ty i ja mamy plany!
- A ja mam dziecko w drodze! - To po co zmia¿d¿y³eœ jej g³owê?
To by³a moja pierwsza rada!
Nie zabijaj, jeœli nie musisz!
Nie powinienem by³ ciebie zabieraæ, widz¹c to zasrane oko!
To nie ma z tym nic wspólnego!
Will...
Co ja powiem Paige? To zrujnuje jej ¿ycie.
Will? Spójrz.
Spójrz na to. Jezu Chryste!
ChodŸ tu! Popatrz!
Poczekaj, co to tu robi?
Nie wiem, ale kto trzyma tyle forsy w koszyku. Coœ jest na rzeczy, no nie?
- Chodzi o jakieœ przestêpstwo? - Po prostu musimy siê uspokoiæ
i to przemyœleæ.
To nam daje inn¹ opcjê.
Jak to?
- Mo¿emy siê z tego wygrzebaæ. - Co chcesz powiedzieæ?
- Upozorujemy morderstwo. - To by³ wypadek.
Wiem, ale pomyœl¹, ¿e kto inny to zrobi³. Wys³uchaj mnie.
Narobimy ba³aganu w ca³ym domu.
Zatrzemy swoje œlady, weŸmiemy forsê,
powiemy, ¿e odpowiedzieliœmy na zg³oszenie i wróciliœmy do pracy.
Wieczorem wraca jej m¹¿,
znajduje j¹ tutaj i myœli, ¿e dosz³o do w³amania.
Zupe³nie tak jak ty!
- To nielegalne. - Nielegalne? Tam le¿y trup kobiety!
To kupa forsy i bêdziemy mieli przer¹bane, jeœli tego nie zrobimy,
- i to szybko! Czas ucieka! - Nie, ja powiem prawdê.
Obrona w³asna?
Maj¹c na uwadze przesz³oœæ twojego ojca?
- Kurwa! - W³aœnie, kurwa!
Robi³eœ to ju¿ kiedyœ?
Jeszcze nikogo nie zabi³em, ale mogê ci powiedzieæ,
¿e to siê uda!
Wszyscy uwierz¹, ¿e to by³a kradzie¿.
I nikt nie bêdzie podejrzewa³ policjê!
Wszêdzie jest nasze DNA.
Zareagowaliœmy na zg³oszenie,
zaprosi³a nas na kawê.
To siê zdarza ca³y czas.
Musisz to zrobiæ dla dziecka.
Chcesz patrzeæ zza krat, jak dorasta?
- Dobra. - Dobra! Kradzie¿!
WYSPA CHCIWOŒCI
- Terry? - Co?
Tu by³ rower.
- Nie pamiêtam. - By³ tutaj.
- Jesteœ pewien? - Tak.
- Czyj? - Nie mam pojêcia.
Mo¿e ktoœ go odebra³...
- i nie zajrza³ do œrodka. - Byæ mo¿e.
Zmywajmy siê.
Jest 15.25. Z³apiê nastêpny samochód.
Mam go.
Cheryl, zatrzymujê srebrnego Buicka.
Numery rejestracyjne...
6-B-2-M-2-I-8.
Co jest, Terry? Przekroczy³am tylko o cztery.
Przykro mi, Bobette. Taka praca.
Wal siê! Mam dzieci do wykarmienia!
Szanuj policjê. Ryzykujê tu ¿yciem.
Wiesz co? Niech twoja mama te¿ siê wali!
To by³o nie na miejscu, Bobette,
i pilnuj jêzyka przy córce.
Mówisz mi, jak mam wychowywaæ dzieci?
Wal siê, Terry! Wal siê!
Jesteœ pieprzonym frajerem!
Widzia³am ciê niedawno w kasynie i nie dosta³eœ darmochy, co?
Bo jesteœ frajerem.
- Nie twój interes. - Nie dotar³eœ do Buffalo, frajerze,
- i dlatego jesteœ z³y! - Radzê przestaæ!
- Jesteœ wœciek³y! - Wiesz co?
- Buffalo! Buffalo! - To by³o 10 lat temu!
I by³o przereklamowane!
Wzywam wszystkie wozy.
Mamy 11-1 w rezydencji Chetlo. Powtarzam, 11-1 w rezydencji Chetlo.
Przyj¹³em.
11-1 to zabójstwo.
Nie spieprz tego.
Prawdopodobny czas zgonu 15.25.
Ca³y dzieñ by³em w pracy. Na wiadomoœci nie odpowiada³a.
Albo by³¹ zajêta, albo ich nie odczyta³a. Nic niezwyk³ego.
Po pracy przyjecha³em do domu
i wtedy j¹ znalaz³em.
Ktoœ mia³ dostêp do domu? Przyjaciel, sprz¹taczka, ogrodnik?
Mamy i sprz¹taczkê, i ogrodnika,
ale dzisiaj nie pracowali, z tego co wiem.
Chwila...
Jej masa¿ysta.
Przychodzi codziennie.
O której?
W po³udnie.
Jak siê nazywa?
- Todd... Keith, czy jakoœ tak. - Znajdziemy go.
- My te¿ tu byliœmy. - Zgadza siê.
Pañska ¿ona znów dzwoni³a w sprawie Joego Ledbettera
i funkcjonariusze zareagowali na zg³oszenie.
- W jakim by³a stanie? - W dobrym nastroju.
Nawet zaprosi³a nas na kawê.
Wspania³a kobieta.
Ale masa¿ysty nie widzieliœmy.
Czy coœ zniknê³o?
W domu jest ba³agan, ale nic nie zniknê³o.
Na pewno?
Bi¿uteria jest na swoim miejscu.
Nie zauwa¿y³em, by coœ zginê³o.
- To niemo¿liwe. - Doœæ, Will.
Nie wiem, co ci powiedzieæ, synu. Wszystko jest na miejscu.
I dlatego jestem taki wœciek³y.
By³a piêkn¹, cudown¹, troskliw¹ kobiet¹.
Teraz wszystko siê skoñczy³o.
Jak znajdziecie tego skurwiela, zrobiê wszystko, co w mojej mocy,
by cierpia³, jak tylko to jest mo¿liwe.
Nie chcê dla niego ¿adnej litoœci!
Albo dla niej.
- Co?! - Przepraszam.
Funkcjonariusz Speight spisze resztê pañskiego oœwiadczenia.
Proszê ze mn¹.
Zatem... myœli pani, ¿e to by³ on?
Ja bym na to stawia³.
Mo¿e nie wiedzia³ o pieni¹dzach.
O milionie dolarów?
Dlaczego o niego nie zapyta³, przecie¿ chcia³by odzyskaæ milion.
Nie jest a¿ tak bogaty.
Coœ knuje.
Mo¿e mia³a od niego odejœæ.
Ogo³oci³a go, przygotowa³a pieni¹dze, po czym j¹ odmó¿d¿y³eœ.
Mo¿liwe, ale moim zdaniem k³amie.
Tak?
S¹dzisz, ¿e ten masa¿ysta coœ kombinuje? To by³ jego rower?
Dowiemy siê.
Jaki jest kod?
67841. Chcesz to zrobiæ?
Mnie mo¿esz ufaæ.
Nikt tu nie przychodzi. S¹ bezpieczne.
Nikomu nic nie mówimy.
Nie dotykamy forsy, póki kurz nie opadnie.
Potem j¹ podzielimy.
- Paige? - Hej!
Dziêki Bogu jesteœ ju¿ w domu.
Ogl¹da³am wiadomoœci. Nic ci nie jest?
Co siê sta³o?
Pachniesz farb¹.
Nie wchodzi³am na drabinê. Pomalowa³am doln¹ po³owê. Ty pomalujesz resztê.
Czeka³am na ciebie z kolacj¹. Musisz mi wszystko opowiedzieæ.
Muszê ci coœ powiedzieæ.
Dobra.
Coœ siê dzisiaj wydarzy³o, coœ powa¿nego.
Zachowaj spokój, a¿ nie skoñczê.
Will, mo¿esz mi powiedzieæ wszystko.
Terry zabi³ Virginiê Chetlo.
- Co? - Po prostu s³uchaj.
To by³ wypadek.
Rozumiesz?
By³o zg³oszenie z jej domu.
Terry... przez pomy³kê wystrzeli³ z broni
i wszystko wymknê³o siê spod kontroli.
- Nic ci nie jest? Na pewno? - Tak, na pewno.
To skomplikowane.
Na miejscu znaleŸliœmy kupê pieniêdzy...
Ch³opcy...
Mamy tu drobny zak³ad.
Roger, tu obecny, stawia 20 na starego Chetlo.
Ale moim zdaniem zrobi³ to ten goœæ masa¿ysta,
o którym wszyscy mówi¹.
No bo sprawi³, ¿e by³a ca³a zrelaksowana
tym swoim masa¿em, a nastêpnie...
zmia¿d¿y³ jej g³owê.
Daj spokój. Wiem, ¿e wiesz. Kto to zrobi³?
- Nie mogê powiedzieæ. - Nie mo¿esz czy nie chcesz?
I to i to. Mo¿e wy, ch³opcy,
powinniœcie wydaæ pieni¹dze na coœ bardziej apetycznego.
- Co jest z twoim ch³opcem, kapitanie? - O którego chodzi, Bobette?
O Terry'ego, palanta.
Mandat za przekroczenie prêdkoœci o cztery mile.
Cztery!
Brakuje wam na komisariacie cholernego mleczka do kawy?
- To nie w jego stylu. - To co jest grane?
Nie martw siê, wszystko wyprostujê.
Przeka¿ Terry'emu: "Wal siê!".
- Jasne? - Tak zrobiê.
Will, martwiê siê.
A Terry? Ilu ju¿ osobom powiedzia³?
- Nikomu. Obieca³. - Ty mi powiedzia³eœ.
- Jesteœ moj¹ ¿on¹. - No i?
No i to jest ró¿nica.
Powiesz mu, ¿e wiem?
Oczywiœcie, ¿e nie.
- Chcê go poznaæ. - Dlaczego?
Chcê sama siê przekonaæ, czy mo¿emy mu ufaæ.
Znam siê na ludziach lepiej od ciebie.
Dobra.
Dobra.
MASA¯YSTA
JAKIEGO WYCHOWA£AM SYNA?
- Jak myœlisz, ile tego jest? - Nie wiem.
Mo¿e nawet milion.
Mam du¿y kontener. Trzymam tam ró¿ne swoje rzeczy.
Mo¿emy je tam przechowaæ, zanim za³atwimy sejf.
Szybciej, do cholery!
Stary, bez urazy, ale twoje oko wygl¹da jak koci odbyt.
Dobra, jedŸmy...
- Powiedzia³eœ komuœ? - Oczywiœcie, ¿e nie.
A ty?
Nie. Jestem jak skarbiec. Ale to nie ja mam ¿onê.
Pomyœla³em sobie, ¿e mog³eœ jej coœ powiedzieæ.
Nie. Nie chcê, by Paige wiedzia³a, wiêc nie martw siê.
Im wiêcej wie, tym wiêksze dla niej ryzyko.
Powiem jej, jak bêdziemy mieli forsê.
W porz¹dku.
Nie zabij nikogo dzisiaj.
Jak to rozegramy?
Obserwujmy go. Mo¿e zdradzi, czy wie coœ o pieni¹dzach lub o tym, co siê sta³o.
- Cholera. - Co? To ten?
¯ADNEGO NAGABYWANIA. PROSZÊ ZDJ¥Æ OBUWIE PRZED WEJŒCIEM.
- Jest ju¿ pan gotowy? - Przepraszam. By³em spragniony.
- Co z pañskim okiem? - Hej! To my zadajemy pytania.
Przepraszam.
Jakie us³ugi œwiadczy³ pan pani Chetlo.
Przewa¿nie by³ to masa¿ terapeutyczny.
Codziennie?
Tak, ca³y czas bywa³a spiêta.
By³a czymœ zmartwiona?
Tak szczerze, to myœlê, ¿e po prostu czu³a siê samotna.
Pan Wallace ca³y czas pracuje, jedzie od niego rybami, nie mia³a przyjació³.
W³aœciwie siedzia³a ca³ymi dniami sama w tym wielkim domu.
Jakie inne us³ugi pan œwiadczy³?
- S³ucham? - Powiedzia³ pan "przewa¿nie masa¿e".
- Coœ oprócz tego? - Dobre.
No tak.
Ró¿ne przypadkowe robótki.
Czasami wiesza³em obrazy, czasami robi³em zakupy.
- Powiedz im o tañcach. - "Tañcach"?
Tak, czasami chcia³a, bym dla niej tañczy³.
Jakie to by³y tañce?
No wiecie panowie... Mogê wstaæ i panom pokazaæ?
Coœ w tym stylu...
A czasami...
Po jak¹ cholerê tego chcia³a?
- Chyba to lubi³a. - Tak...
A co ona robi³a,
kiedy pan to robi³?
Tylko patrzy³a.
I czasami...
- Wiedz¹ panowie. - Nie, nie wiem. Co?
Robi³a sobie dobrze.
Twierdzi pan, ¿e pani Chetlo,
¿ona Wallace'a Chetlo, robi³a sobie dobrze, gdy pan tañczy³?
Powiedz im, jakiego syna wychowa³am!
Tañcz¹cego dla niezaspokojonych kobiet.
- Wybacz, Jezusie. - Zamknij siê, mamo!
Tak, robi³a sobie dobrze.
Wspó³¿y³ pan z ni¹?
Nic z tych rzeczy!
Mia³a tward¹ zasadê: nie zdradza³a pana Chetlo.
- Powiedz im o seksie oralnym. - Mo¿esz siê zamkn¹æ, mamo? Cholera!
Tak, zdarza³ siê seks oralny, ale nigdy prawdziwy seks.
NajwyraŸniej pañski zwi¹zek z mam¹ jest bardzo silny.
Tak, mówiê jej o wszystkim. Wszystko s³yszy.
Niewdziêcznik.
O której pan opuœci³ dom?
Nie by³o mnie ju¿ oko³o 12.30.
Wczeœniej ni¿ zwykle?
Tak. Powiedzia³a, ¿e boli j¹ g³owa i chcia³a byæ sama.
Teraz na pewno boli j¹ g³owa.
Jak pan wróci³ do domu?
Jak pan wróci³ do domu? Samochodem, autobusem, rowerem?
Mama mnie odebra³a.
I te¿ go tam zawioz³am.
Cholerny gnój nie umie prowadziæ.
To chyba wszystko.
No i... jak mi posz³o?
Œwietnie.
O ile powiedzia³ pan prawdê.
Dziêkujê panom.
Obyœcie z³apali skurwiela, który to zrobi³.
W nagrodê macie u mnie darmowy godzinny masa¿.
Bez seksu oralnego.
Nawet jeœli coœ widzia³,
strzelaj¹c minetê pani Chetlo, nie czyni z niego wiarygodnego œwiadka.
Tak, tu go mamy.
Miejmy na niego oko.
Jeœli jest m¹dry, to bêdzie trzyma³ siê z daleka.
M¹dry to on na pewno nie jest.
Paige chcia³a, bym ciê zaprosi³ na kolacjê jutro wieczorem.
- Chce poznaæ mojego nowego partnera. - To mi³e.
Nie gardzê darmowymi kolacjami.
Jutro, kiedy dostanê swoje lekarstwa, pójdziemy po pieni¹dze i znikamy.
Jak sobie ¿yczysz, mamo.
Odbiorê twoje lekarstwa.
Przy okazji odbiorê no¿yce do prêtów.
Nie ma to jak smak œwie¿ych owoców morza.
Dlatego zapewniam najœwie¿sze owoce morza.
Czy to tuñczyk, krewetki, czy ostrygi.
Zawsze s¹ œwie¿o wy³owione,
dziêki Chetlo Shrimp Company!
Zapraszam do swoich sklepów i przekonajcie siê sami!
Nazywam siê Wallace Chetlo,
co gwarantuje œwie¿oœæ jakoœci Chetlo!
ŒWIE¯OŒÆ GWARANTOWANA
M¥¯
CZY TO LE, ¯E CHCEMY BYÆ SZCZÊŒLIWI? BY ¯YÆ, JAK CHCEMY, BEZ POCZUCIA WINY.
Halo!? Ginia!?
- Jacob. - Witam.
- Dzieñ dobry. - Czeœæ.
Walter.
Pan Chetlo.
Nie spodziewa³am siê pana dzisiaj.
- le siê czu³em w domu. - Oczywiœcie.
Wyrazy wspó³czucia.
Jezus mówi nam: "B³ogos³awieni, którzy siê smuc¹,
albowiem oni bêd¹ pocieszeni".
To by³o piêkne, Deborah. Dziêkujê.
- Musia³em siê z tob¹ zobaczyæ. - To okropne, jak to zrobili.
Wiem. Nie wiedzia³em, ¿e to bêdzie takie makabryczne.
Kiedy j¹ zobaczy³em le¿¹c¹ we w³asnej krwi...
Ale "Kolumbijczyk" to zawodowiec. Ona ju¿ nie bêdzie nam przeszkadzaæ.
Sp³acê d³ugi i bêdziemy mogli byæ razem.
Ale nie zostaniemy za to pokarani? Nie spa³am ca³¹ noc.
Nasz¹ mi³oœæ trzymaliœmy w tajemnicy.
Najpierw przed sob¹, a potem przed innymi.
- Czy to Ÿle, ¿e chcemy byæ szczêœliwi? - Nie.
By ¿yæ jak chcemy, bez poczucia winy?
Skoro ona ju¿ nie ¿yje, to poczucie winy bêdzie mniejsze.
Pozwoli³aby mi uton¹æ w d³ugach, gdybym chcia³ od niej odejœæ.
¯a³ujê tylko, ¿e zginê³a w tak brutalny sposób.
Czujê, jakby to by³ ca³un nad naszym nowym pocz¹tkiem.
- "Ca³un"? - Podobno pó³ mózgu jej wypad³o!
Nie wierz plotkom.
Nie by³o innego wyjœcia.
Mnie nie ma.
Biuro pana Chetlo.
Kolumbijczyk.
- Nie powinieneœ do mnie tu dzwoniæ. - Musimy siê spotkaæ.
To kiepski pomys³.
Dziœ wieczorem, Wallace. PrzyjdŸ sam.
- Chce siê spotkaæ. - Iœæ z tob¹?
Mam przyjϾ sam.
- Chcesz mój pistolet? - Po co? Robota wykonana.
To po co chce siê spotkaæ?
Dobrze jest mieæ wsparcie, na wszelki wypadek.
- Nic mi nie bêdzie. - Oczywiœcie, mój silny aniele!
KOLUMBIJCZYK
JU¯ MIA£EM CA£Y DZIEÑ ZABLOKOWANY.
Wiesz...
najniebezpieczniejszym miejscem w domu nie jest kuchnia, o dziwo.
Czy to ³azienka?
Tak, zgadza siê.
Zgadza siê.
Co tu siê wydarzy³o, moja droga?
To rozczarowuj¹ce.
Mia³aœ piêkny dom.
Halo?
O co chodzi? Nie powinniœmy siê komunikowaæ.
Nie powinniœmy.
- Gdzie s¹ pieni¹dze, Wallace? - Ja ich nie mam.
Ja nie mam pieniêdzy, ale ja powinienem je mieæ.
Chcesz wy³udziæ ode mnie wiêcej pieniêdzy?
Chcê tylko to, co jest mi nale¿ne.
Zostawi³em je tam, gdzie siê umawialiœmy.
NajwyraŸniej wykona³eœ us³ugê i zabra³eœ pieni¹dze!
Kwota by³a ustalona! Wiêcej ci nie dam!
Nie wykona³em us³ugi.
Pewnie, ¿e wykona³eœ. Pogrzeb w pi¹tek.
Czy wygl¹dam, jakbym j¹ wykona³?
Czy wygl¹dam na szczêœliwego i zadowolonego?
Nie, bo jak tam dotar³em, us³uga by³a ju¿ wykonana. Podaj szmatê.
Chcesz powiedzieæ, ¿e nie zabi³eœ mojej ¿ony?
Dok³adnie to chcê powiedzieæ. Nie zabi³em twojej ¿ony, ani trochê.
Nie rozumiem.
Ju¿ to mówi³eœ.
Podaj mi klucz 16 mm.
Ujmê to w jeszcze prostszy sposób.
Poszed³em do twojego domu, by zabiæ twoj¹ ¿onê o ustalonej porze.
Kiedy tam dotar³em, twoja ¿ona by³a ju¿ martwa.
W koszyku nie by³o pieniêdzy.
To... kto j¹ zabi³?
Poszed³eœ do innego, Wallace?
Wiesz, ¿e bêdê bardzo smutny, jeœli poszed³eœ do Irlandczyka.
To jest mój teren i siêga a¿ do Zatoki Po³udniowej.
Nie, po co mia³bym to zrobiæ?
Mo¿e jest tañszy, ale nie jest staranny.
Czyli... ktoœ inny j¹ zabi³?
Na to wygl¹da.
To okropne.
Teraz masz wyrzuty?
To co innego, kiedy ja za to odpowiada³em.
Potrzebujê ma³ych r¹k. ChodŸ tutaj.
Siêgnij tutaj.
Pchaj.
Chcê swoje pieni¹dze, Wallace.
Nic nie zrobi³eœ. To œmieszne.
Ju¿ mia³em ca³y dzieñ zablokowany.
Jeœli zadzwonisz do dentysty godzinê przed wizyt¹ i j¹ odwo³asz,
bo cudem twoje zêby zrobi³y siê czyste,
to i tak musisz zap³aciæ, prawda?
Ale ty nie jesteœ dentyst¹, to co innego.
Dok³adnie. Twój dentysta nie mo¿e wyrz¹dziæ ci takiej krzywdy.
Nie mam pieniêdzy.
Radzê je za³atwiæ.
Masz dwa dni.
W œrodê czy czwartek?
W œrodê.
Dzisiaj mamy poniedzia³ek. Dwa dni znaczy w czwartek.
Nie. Wtorek, œroda. Dwa dni.
Wtorek to dzieñ pierwszy.
Œroda to dzieñ drugi. Pieni¹dze w czwartek po dwóch dniach.
To trzy dni!
Masz 48 godzin.
To wszystko.
Nie daj po sobie poznaæ, ¿e coœ wiesz.
Chcê siê tylko przekonaæ, czy mo¿emy mu ufaæ.
I nie upij go za bardzo. Jutro muszê spêdziæ z nim ca³y dzieñ w samochodzie.
Dlaczego tak siê o niego martwisz?
Bo...
byœmy my zaufali jemu, on musi te¿ zaufaæ mnie.
Wiem.
Nie masz czego siê martwiæ.
Mam nadziejê.
- CzeϾ, kolego. - CzeϾ!
- Przywioz³em wino. - Tak? Œwietnie.
- To twoje siedlisko? - Tak.
- Ile da³eœ? - No wiesz...
- Wiêcej ni¿ 250? - Tak.
Zosta³eœ oszukany. Trzeba by³o najpierw do mnie zadzwoniæ.
A to kto? Nie wiedzia³em, ¿e masz psa.
- To Bailey. - ChodŸ tu, skarbie.
Will twierdzi, ¿e to mój pies, bo ci¹gle niszczy mu skarpetki.
To pewnie ma³¿onka.
- CzeϾ, Terry. - To przyjemnoϾ.
Minê³o zaledwie kilka dni,
a tyle ju¿ o tobie s³ysza³am.
Zabawne, bo Will o tobie nie wspomina. ¯artujê.
Ca³y czas o tobie mówi.
- To mi³e. - Kocha ciê. I to strasznie.
Wiem, bo te¿ darzê pewn¹ kobietê takim uczuciem.
Jakie to s³odkie.
- I przynios³eœ wino. - Tak jest, proszê pani.
Zapraszamy.
Œwietnie pachnie.
Mam nadziejê, ¿e lubisz spaghetti i klopsiki.
- Bardzo. Dziêki za zaproszenie. - Nie ma za co.
Przyda³aby siê œwie¿a farba.
To by³o dobre.
Cholernie dobre.
Cieszê siê, ¿e ci smakowa³o. To nic wyj¹tkowego.
Spokojnie, jutro pracujemy.
Dobrze, tato.
Tak wiêc...
Terry...
dlaczego zosta³eœ glin¹?
Kiedy by³em m³odszy, nastolatkiem,
nie by³em popularny u innych dzieciaków.
Œmiali siê ze mnie, nazywali g³upkiem.
No i d³ugo mia³em pryszcze, co nie pomaga³o.
Przykro mi, dzieciaki potrafi¹ byæ okropne.
I by³ taki jeden,
Mat Reid.
Prawdziwy palant. Sprawi³, ¿e moje ¿ycie by³o piek³em,
a przecie¿ mia³em jeszcze inne problemy...
w tym wieku.
Pamiêtam, ¿e za ka¿dym razem, kiedy by³em w do³ku,
obiecywa³em sobie, ¿e stanê siê potê¿ny.
¯e stanê siê innym cz³owiekiem, którego nikt nie bêdzie siê czepia³.
Bycie policjantem by³o bardzo dobr¹ opcj¹.
Poza tym robili nabór.
- Brat mojego dziadka by³ glin¹. - Naprawdê?
W Chicago, w latach 60. i 70.
Pamiêtam jego opowieœci
o zatrzymywaniu kierowców dla ³apówek.
W tych czasach wszyscy to robili.
Nawet nosi³ przy sobie drobne, by wydaæ reszty.
- Inne czasy. - Tak, to by³y inne czasy.
Ale musz¹ byæ jakieœ dodatkowe korzyœci w tej pracy.
Rzeczy za darmo. Zarobek na boku.
- Jedna rzecz przychodzi mi do g³owy. - Tak?
W drugim roku pracy by³em po kawê u Ala. Znasz Ala...
I kto wszed³ do knajpy? Matt pieprzony Reid!
Przyby³ na wyspê odwiedziæ swoj¹ mamê. Okropna kobieta, wspomnê.
Nie widzia³ mnie albo nie rozpozna³, kim jestem.
Z hukiem wróci³y wszystkie wspomnienia.
Znów mia³em 14 lat, rozumiecie? Wyszed³em za nim.
On wsiad³ do swojego wozu, ja do swojego,
i po prostu zacz¹³em go œledziæ.
W koñcu to dziêki niemu postanowi³em zostaæ glin¹, tak?
Zatrzyma³em go.
Nic z³ego nie zrobi³, ale go zatrzyma³em.
Podszed³em do jego okna i od razu zauwa¿y³em,
¿e nic siê nie zmieni³.
Nadal jest palantem, zawsze nim by³ i zawsze nim bêdzie.
Taki w³aœnie jest ten facet, no nie?
Wyci¹gn¹³em go z samochodu.
Uderzy³em go lekko, potem mocniej zacz¹³em biæ.
Zauwa¿y³em trochê krwi, ale nie przerywa³em.
Wtedy wyci¹gn¹³em pa³kê...
Zanim skoñczy³em,
wiedzia³ dok³adnie, kim jestem.
A teraz wszyscy wiedz¹, ¿e ze mn¹ siê nie zadziera.
Mogê prosiæ wiêcej wina?
ChodŸ tu! ¯adnych takich.
Dziêkujê za spaghetti.
B¹dŸ grzeczna. Ty te¿!
No dobra...
Poradzisz sobie?
- Pewnie! - CzeϾ.
Bailey! Kolacja!
I co myœlisz?
- Coœ z nim nie jest tak. - Jak to?
Jest naprawdê intensywny.
- To ca³y Terry. - Gdzie jest Bailey?
Tak mi przykro, nie wiem, jak to siê sta³o!
Nie wiem, jak siê wydosta³a!
- Chcê kodu. - Co?
Do zamka.
Po co?
Na wypadek, gdyby tobie coœ siê sta³o.
Chodzi o przysz³oœæ dziecka.
Dobrze...
67841.
W porz¹dku?
- Richard. - Dzieñ dobry! To dla ciebie.
Tak mi Ÿle z powodu psa. Zjawi³ siê znik¹d.
Zdarza siê.
Chcê zap³aciæ za ostatnie namaszczenie.
Za pochówek, kremacjê, wypchanie - co tylko chcecie.
Wypchanie mo¿e byæ drogie, ale jestem przygotowany.
- Ju¿ siê tym zaj¹³em. - Paige jest bardzo wœciek³a?
- Lubi³a tego psa... - Jednak! Tak mi przykro, stary.
Tak... Nied³ugo bêdzie dziecko.
Pos³uchaj, Will.
Bêdê szczery. Ja...
rzadko zostajê zapraszany na domowe kolacje.
le siê czujê w zwi¹zku z tym, co siê sta³o,
ale mam nadziejê, ¿e to nie znaczy, ¿e ju¿ mnie nie zaprosicie,
bo naprawdê lubiê wasze towarzystwo.
Zawsze bêdziesz mile widziany,
ale musi min¹æ trochê czasu, zanim to powtórzymy.
Tak...
W porz¹dku. Fajnie.
No proszê, prawdziwi kumple!
Terry? Will? Do mnie.
Chetlo Shrimp Supply nie przêd¹ za dobrze.
A w³aœciwie s¹ po uszy w d³ugach.
Ale Virginia ma niez³¹ polisê na ¿ycie.
Podczas gdy za ¿ycia nie by³a zbyt szczodra,
to Wallace dostanie pokaŸn¹ sumkê z powodu jej œmierci.
Bingo! Mówi³em, ¿e to on.
Oczywiœcie sekretarka, która jest czysta jak ³za,
przysiêga, ¿e on by³ w biurze ca³y dzieñ.
Jednak kiedy ogl¹da³am zdjêcia z miejsca zbrodni,
- znalaz³am to. - Rozgwiazda!
Takie podaj¹ w The Oceanside Inn and Spa.
Wallace mia³ tam rezerwacjê na kilka nocy.
Mo¿e nie zd¹¿y³ na prom, mo¿e by³ w nie³asce tej nocy,
a mo¿e powód jest zupe³nie inny.
Macie to sprawdziæ.
Tak jest.
I Terry?
Co to jest?
- O cztery mile? - Bobette mnie obrazi³a.
Porówna³a moj¹ muzykê do chihuahuy, któr¹ dosiada bernardyn!
Przecie¿ to s¹ psy, pani kapitan. Przepraszam za to, Will.
Za osobiste ¿ale nie mœcimy siê na obywatelach.
Ma pani racjê i przepraszam.
Do roboty.
- Zostawiæ otwarte czy zamkn¹æ? - A by³y otwarte, jak wchodzi³eœ?
By³y.
Pan Chetlo rezerwowa³ u nas pokój zazwyczaj dwa razy w miesi¹cu.
- Zawsze p³aci³ gotówk¹. - Przyje¿d¿a³ sam?
Przyje¿d¿a³ i wyje¿d¿a³ sam.
Ale by³a m³oda kobieta, które te¿ korzysta³a z pokoju.
T¹ m³od¹ kobiet¹ pewnie nie by³a pani Chetlo.
Nie. Z tego, co wiem, to by³a sekretarka.
Czêsto mam klientów, którzy spotykaj¹ siê tu ukradkiem,
poniewa¿ wiedz¹, ¿e maj¹ tu zapewnion¹ pe³n¹ dyskrecjê.
- Coœ jeszcze? - Nie.
- Dziêkujemy. - Wiecie, gdzie mnie znaleŸæ.
To by³o jak pieprzone z³oto!
Uczcijmy to kaw¹.
Kocham ciê.
- Murphy, s³ucham. - Tu Rodney z laboratorium.
Nie mogliœmy zidentyfikowaæ poszczególnych osób z domu Chetlo,
ale DNA funkcjonariuszy Brogena i Shelly jest wszêdzie.
Owszem, byli tam wczeœniej tego dnia.
Wygl¹da na to, ¿e spêdzili tam sporo czasu.
- Chcia³em, by pani wiedzia³a. - Jestem wdziêczna.
Co za czub.
Cz³owieku, to nie jest w porz¹dku.
Tilly powiedzia³a, ¿e bêdê p³aci³ za kawê,
bo wlepi³em Bobette ten mandat.
Teraz muszê jeŸdziæ przez ca³e miasto, by piæ gówno ze sklepu budowlanego,
by nie p³aciæ za kawê.
I nie mów nigdy, ¿e nie zrobi³em ci ¿adnej przys³ugi.
Tuszowanie sprawy, w któr¹ nas wpl¹ta³eœ, drogo mnie kosztuje.
- To by³ twój pomys³. - Có¿...
A pieni¹dze dzielimy.
To prawda.
Waliæ to! Trzeba zrzuciæ to morderstwo na kochasia od krewetek.
Mened¿er powiedzia³, ¿e Wallace i Deborah
od trzech miesiêcy spotykali siê w hotelu.
To nam wystarczy, pani kapitan.
Wallace posuwa³ swoj¹ sekretarkê.
¯ona siê wkurzy³a i musia³a zgin¹æ. Zakujmy go.
To bardzo sproœne, ale cudzo³óstwo nie czyni z cz³owieka mordercê.
To wystarczy na nakaz.
Ukrywa³ te informacje.
- Chodzi o œwiadka alibi. - Modelowe zabójstwo z mi³oœci.
Wykonaliœcie dobr¹ robotê, ale on tego nie zrobi³.
Jak to?
Nagrania z kamer w jego firmie.
Jest na wielu ujêciach.
Nie zd¹¿y³by pojechaæ do domu, zabiæ j¹ i wróciæ.
Wallace Chetlo nie jest naszym zabójc¹.
Ile czasu spêdziliœcie w domu Chetlo po otrzymaniu zg³oszenia?
Oko³o 45 minut?
Tak, bo kiedy pani Chetlo dowiedzia³a siê,
¿e Paige jest przy nadziei,
nie mog³a przestaæ gadaæ o dzieciach. Nie mogliœmy siê wyrwaæ.
W porz¹dku, ch³opcy.
To wszystko.
Will?
- Czas iϾ do lekarza. - No tak.
- Umówiê wizytê. - Teraz.
Zaczyna wygl¹daæ jak koci odbyt.
IdŸ. Ja w tym czasie nadrobiê papierkow¹ robotê.
Skarbie...
CIʯARNA ¯ONA
MO¯NA WIEDZIEÆ, ¯E NIE JEST SIÊ DOBRYM.
CO JEST LEPSZE, NI¯ WIERZYÆ, ¯E SIÊ JEST.
Przepraszam...
To ja.
Ale masz minê!
Zgrywam siê, wybacz.
Pos³uchaj, cieszê siê, ¿e na ciebie wpad³em, bo chcia³em ci powiedzieæ,
i mam nadziejê, ¿e Will ci to przekaza³,
¿e strasznie mi przykro z powodu twojego psa.
Nie wiem, jak wyszed³ z domu.
Ja siê domyœlam.
Tak?
Mo¿e zapomnia³aœ zamkn¹æ furtkê...
Ci¹¿a potrafi p³ataæ figle z g³ow¹.
Furtka nadal by³a zamkniêta.
Dziwne.
Có¿, chyba musisz ruszaæ.
Inaczej bêdê musia³ ciê aresztowaæ za blokowanie skrzy¿owania.
Dobra, jedŸ ostro¿nie.
Pos³uchaj, Paige,
chcia³em ci powiedzieæ - mniej siê tu na bacznoœci.
Ju¿ nie chodzi tylko o ciebie, prawda?
To cud.
DARMOWA KAWA TYLKO DLA KLIENTÓW
Witam ponownie. Farba zda³a egzamin?
Tak, dziêkujê.
- Szuka pani czegoœ konkretnego? - Tylko siê rozgl¹dam.
Mam nadziejê, ¿e jak na razie podoba siê wam w Providence.
- Wszêdzie daleko. - Tak, jesteœmy odizolowani.
Ale radzimy sobie. A pani? Jest pani st¹d?
Ca³e ¿ycie tu mieszkam.
Will powiedzia³, ¿e oczekujecie ch³opca?
Tak.
Ale nie wiem, jak wytrzymam jeszcze cztery tygodnie.
Wygl¹dam jak wieloryb.
Jeœli jesteœ wielorybem, to ja planet¹.
Ma pani dzieci?
Mia³am syna, ale niestety odszed³.
- Przepraszam... - To by³o ju¿ jakiœ czas temu.
Nie mogê sobie tego wyobraziæ.
Tak, nie da siê tego sobie wyobraziæ.
Zrobi³abym wszystko, by wróci³y tamte dni.
Ja bym nawet zabi³a.
Dla jednej osoby?
Nie, czekam na kogoœ.
Nie trzeba. To on.
Przepraszam, czy pan jest...
Jestem Irlandczykiem. Proszê usi¹œæ.
Czyta³em wiadomoœci.
To, jak traktujemy ludzi na tym œwiecie jest naprawdê... pod³e.
Nie jest pan...
zabójc¹?
Có¿, nawet nieprzyjemna praca mo¿e byæ wykonana w sposób etyczny.
Dlaczego nikt o niej nie wie?
Wygl¹da pan bardzo...
normalnie, bez urazy.
Cz³owiek, który prowadzi tzw. "normalne ¿ycie",
czy tzw. "dobre ¿ycie", mo¿e byæ równie destrukcyjny
jak cz³owiek, który prowadzi tzw. "z³e ¿ycie".
Jak to mo¿liwe?
Np. mê¿czyzna pracuje w firmie,
ma ¿onê i dzieci i mówimy, ¿e to dobry cz³owiek.
Ale on nie widzi destrukcyjnych skutków jego ¿ycia.
Konsumuje na potêgê, bo to tzw. "dobre ¿ycie".
¯ywnoœæ i produkty, których nie potrzebuje,
wymaga zniewolenia osób, których nie zna,
wymaga zatrucia ziemi.
P³aci rz¹dowi podatki od tej dobrej pracy,
a wiêkszoœæ tych podatków trafia do wojskowych,
by kupowali broñ i bomby, które ci¹gle spadaj¹ na ca³ym œwiecie.
Tu wyraŸnie widaæ,
¿e cz³owiek czêsto nie widzi zniszczeñ
spowodowanych swoim dzia³aniem.
Zgodnie z pañskim rozumowaniem, dobre ¿ycie nie jest mo¿liwe.
Ale mo¿na wiedzieæ, ¿e nie jest siê dobrym.
To lepsze ni¿ wierzyæ, ¿e siê nim jest.
- Proszê. - Dziêkujê.
Nie ma za co.
- A dla pani? - Pani nie zostaje.
Tak wiêc, po co pani chcia³a siê ze mn¹ widzieæ?
Stanowi zagro¿enie dla mojej rodziny.
To bêdzie kosztowaæ.
- Ile mo¿e pani zap³aciæ? - 50 tysiêcy.
Niewiele, zwa¿ywszy, ¿e to glina,
ale skoro Kolumbijczyk
nie respektuje uzgodnionych granic...
zrobiê to tej nocy.
Jasna cholera!
Przepraszam...
Trafi³am?
Co jest, skarbie?
Kobieta nie ¿yje, a ja mia³em w tym udzia³.
Pos³uchaj mnie.
Nie zrobi³eœ nic z³ego.
Terry to zrobi³.
Jasne? Pos³uchaj.
Dasz radê.
Mam przeczucie, ¿e wszystko siê u³o¿y.
Dobra? Jesteœmy dobrymi ludŸmi, a dobrych ludzi czekaj¹ dobre rzeczy.
Dobra.
Jak ci min¹³ dzieñ?
- Chyba nie malowa³aœ, co? - Nie, obieca³am.
- To dobrze, bo przecie¿ masz mê¿a. - Wiem.
ChodŸ, odpocznijmy.
Mo¿e trzeba by³o zatrudniæ Irlandczyka?
Co teraz zrobisz?
Nie zdobêdê takich pieniêdzy. Zosta³y mi tylko 24 godziny.
Mam przer¹bane.
Na pewno nie zleci³eœ morderstwa podwójnie?
Pamiêta³bym zlecenie zabójstwa mojej ¿ony
dwóm zabójcom tego samego dnia.
Nie jesteœ w tym dobry. Ja jestem bieg³a w planowaniu.
Nie zatrudni³em drugiej osoby!
Jeœli nie zap³acê... on mnie zabije, Deborah.
Nie znajd¹ mojego cia³a.
To szaleniec!
Wszystko posz³o na marne!
Mój biedny Wally. Wszystko bêdzie dobrze!
Mo¿emy wyjechaæ z miasta. Dzisiaj wieczorem!
Ucieczka to jak przyznanie siê do winy.
Wtedy i FBI, i Kolumbijczyk bêd¹ mnie œcigaæ.
To za wiele. Nie uda³oby mi siê!
Jedyn¹ opcj¹ jest zdobycie pieniêdzy. Bêdê musia³ wszystko sprzedaæ.
Dobra. Sprzedasz wszystko. Bi¿uteriê, samochody, dom!
To s¹ nasze rzeczy, Wally!
No to jakoœ odzyskajmy tamten milion!
To kto go zabra³? Pomyœl, kto to zrobi³?
Sprz¹taczka, bezdomny, przyjaciel?
- Keith. - Kto?
Masa¿ysta.
Oczywiœcie! On tam by³.
Znalaz³ pieni¹dze i zabi³ moj¹ Virginiê!
No to porz¹dnie po chrzeœcijañsku nastraszmy masa¿ystê
i odzyskajmy nasze pieni¹dze.
Mogê wstaæ i wam pokazaæ?
Co za goϾ...
Jak pan wróci³ do domu?
Mama mnie odebra³a.
I go tam te¿ zawioz³am. Cholerny dzieciak nie umie prowadziæ.
Cholera...
Keith...
Kto?
Zaraz wracam.
Jest dobrze, jest dobrze...
Co za goϾ...
Mamo? Bêdziemy bogaci.
Dobrze, tylko b¹dŸ ostro¿ny...
Tu Terry. Zostaw wiadomoœæ. Tak¿e t¹ dotycz¹ce kapeli.
Cholera...
Co do...
Dok¹d to, Todd?
- Nazywam siê Keith. - Milcz!
Przykro z powodu pañskiej straty, panie Chetlo.
By³a cudown¹ kobiet¹.
Gówno prawda. Wiem, ¿e siê pieprzyliœcie.
- Dajê s³owo, ¿e nie! - Nie k³am!
Gdzie s¹ pieni¹dze, Keith?
- Jakie pieni¹dze? - Wiesz, o czym mówiê!
- Jezu! Niech pan nie strzela! - Mów gdzie s¹ pieni¹dze!
Przysiêgam, gliny je wziê³y! Wszystkie!
Mów natychmiast inaczej...
Jasna cholera...
Wally!
Mój biedny Wally!
Jasna cholera!
Dobra... Dobra...
Dobra.
Terry?
Co siê dzieje? Nic ci nie jest?
- W³aœnie wróci³em... - Odsuñ siê!
Co jest grane, Terry?
Ktoœ zjawi³ siê na mojej ³odzi, Will,
i prawie mnie zabi³.
I mam z³e przeczucie, ¿e ty mia³eœ coœ z tym wspólnego.
Nie! Terry...
Wracam od masa¿ysty, rozumiesz?
Te¿ mia³em przeczucie. Zgadnij, kto siê zjawi³?
Wallace Chetlo.
Ale wtedy wyszli Keith i jego mama. Ona zastrzeli³a Chetlo.
Wtedy wysz³a sekretarka i ich zastrzeli³a. Wszyscy zginêli!
To by³a masakra! Rozumiesz?
- Wsiadaj do samochodu. - Co?
- Jedziemy na przeja¿d¿kê. - Nie. Pos³uchaj mnie.
Wszyscy pomyœl¹, ¿e to by³ trójk¹t mi³osny.
Ju¿ jest po wszystkim!
Wsiadaj do samochodu! Ju¿!
Dobra.
To jakaœ pomy³ka. Nie wzi¹³em pieniêdzy. Przekonasz siê.
Mam nadziejê.
Pani kapitan, Terry znów wsiad³ do radiowozu. Po godzinach.
Mia³em to zg³osiæ, gdyby siê powtórzy³o. No wiêc powtarza siê.
Co ty kombinujesz, Terry...
Wysiadaj.
Otwórz kontener.
Nie ma ich.
To gdzie s¹, Will?
Musisz mi uwierzyæ. Nie wiem, co siê z nimi sta³o.
Ostatni raz by³em tu z tob¹. Przysiêgam na ¿ycie swojego dziecka!
Twoja ¿ona wie o pieni¹dzach?
- Obiecaliœmy nikomu nie mówiæ. - Wiem, ¿e ona wie, Will!
Ta kolacja to by³ test!
- Nie jestem idiot¹! - Nic nie wie.
Wiedzia³em, ¿e bêdzie problemem, jak tylko j¹ pozna³em!
Mam nadziejê, dla twojego dobra,
¿e zrozumia³a ostrze¿enie, jakim by³a œmieræ psa.
Co? S³ucham?
- Zadzwoñ do niej! - Terry, to szaleñstwo!
Dzwoñ.
- Daj na g³oœnomówi¹cy. - Nie ma z tym nic wspólnego...
Dzwoñ natychmiast albo ciê zabijê!
Dobra, dobra!
Powiedzia³em jej o pieni¹dzach, ale ona ich nie wziê³a!
- Wiedzia³bym! - No to nie bêdzie problemu.
Zadzwonisz i powiesz:
CzeϾ, skarbie.
Przyjecha³em po pieni¹dze, ale zniknê³y.
- Nic wiêcej, jasne? - Dobra.
- Ju¿ dzwoniê. - Natychmiast!
Na g³oœnomówi¹cy!
Nie odbierze. Œpi.
CzeϾ, Will.
CzeϾ, skarbie.
Gdzie jesteœ? Wszystko w porz¹dku?
Co siê dzieje, Will?
Przyjecha³em po pieni¹dze...
ale zniknê³y. Ktoœ je zabra³.
Pieni¹dze...
Wszystko w porz¹dku, kochanie.
Zrobi³am coœ dobrego.
Paige, co zrobi³aœ?
- Pieni¹dze mam tutaj. - Nie...
Nie mog³am pozwoliæ, by Terry zniszczy³ nam ¿ycie.
W takich sprawach zawsze mam racjê.
W koñcu to on zabi³ Virginiê Chetlo,
wiêc spotka³am siê z pewnym mê¿czyzn¹.
Powiedzia³eœ jej, ¿e to ja zabi³em Virginiê?
- Nie! - Co?
- Myœla³em, ¿e siê przyjaŸnimy, Will! - Paige, uciekaj!
Will!
Odezwij siê!
To wszystko twoja wina.
Bo¿e, nie, nie, nie...
Will?
Will!
Will! Niech ktoœ mi pomo¿e!
Will!
Paige?
Mówi kapitan Murphy.
Willa zastrzelono.
Przykro mi, ale on nie ¿yje.
Przepraszam, Paige, ale musisz mi powiedzieæ, co siê dzieje.
To Terry.
Co Terry?
To on zabi³ pani¹ Chetlo, a Will siê dowiedzia³.
A teraz...
nas œciga.
Gdzie jesteœ?
- Przepraszam... - Paige, mogê ci pomóc.
Gdzie jesteœ?
Pani wie, ¿e zrobiê wszystko, by chroniæ syna.
PRZEPRAWA PROMOWA
Do wszystkich jednostek, mówi kapitan Murphy.
Ranny funkcjonariusz. Potrzebna pilna pomoc medyczna
w magazynie portowym.
ZnajdŸcie funkcjonariusza Brogena.
Zachowaæ ostro¿noœæ - jest uzbrojony i niebezpieczny.
Tylko nie teraz.
Uwaga pasa¿erowie.
Niestety przeprawa bêdzie opóŸniona ze wzglêdu na z³¹ pogodê.
Kochanie, zapewniê ci dobre ¿ycie.
Obiecujê.
Przestañ!
Szlag!
Co siê dzieje?
Paige!
Oddaj pieni¹dze, Paige!
Nie s¹ twoje!
Ktoœ strzela!
Tak siê dzieje,
kiedy jest siê samolubnym,
kiedy siê k³amie!
Spotykaj¹ ciê z³e rzeczy!
To twoja wina!
Musisz wiedzieæ, ¿e nie zabi³em tej kobiety!
- Co? - Will to zrobi³!
Terry!
- K³amiesz! - Nie k³amiê! On k³ama³!
- Rzuæ broñ! - Ty k³ama³aœ!
- Terry! - Ja chcia³em tylko pomóc!
K³ama³aœ ca³y czas! Niczym nie zawini³em!
DZIECKO
Gdzie on jest?
- Gdzie moje dziecko? - Jest ca³e i zdrowe.
Œpi w sali dla noworodków.
- Chcê go przy sobie. - Przyniesiemy go, obiecujê.
Ale musimy najpierw porozmawiaæ.
Ludzie zginêli.
Terry, dwóch cywilów, pañstwo Chetlo...
Will...
Za du¿o ofiar, by by³ to zwyk³y przypadek, wiêc...
Dlaczego Terry ciê œciga³?
Nie wiem.
Oszala³.
Zabi³ Willa.
Zacz¹³ mnie œcigaæ.
- Will kaza³ mi uciekaæ. - I nie wiesz dlaczego?
Nie, ale zawsze wiedzia³am, ¿e coœ z nim nie tak.
Nie s¹dzi³am jednak, ¿e mo¿e siê wydarzyæ coœ takiego.
Przepraszam. Wrócê póŸniej.
Cokolwiek siê sta³o, jak¹kolwiek odegra³aœ w tym rolê,
nie chcesz, by to siê ci¹gnê³o za tob¹ i twoim dzieckiem, rozumiesz?
Oferujê ci ostatni¹ deskê ratunku.
Chcê ci pomóc.
Pomóc? Oskar¿aj¹c mnie?
Rozwi¹¿ê tê sprawê,
a wtedy nale¿y siê liczyæ z konsekwencjami.
Nie chcesz zobaczyæ, jak syn koñczy szko³ê?
Jak siê ¿eni?
Paige, daj mi coœ.
Straci³am mê¿a.
Ojca mojego syna.
Gdybym mog³a, to bym pani pomog³a.
Chcia³abym teraz zobaczyæ moje dziecko.
Za bardzo siê nie oddalaj.
Na pewno bêdê mia³a wiêcej pytañ.
Czego pan chce?
Ma pani coœ, co nale¿y do mnie.
Kim pan jest?
Kim jestem, nie jest istotne.
Wie pani, ¿e w Iranie pistacje nazywaj¹ weso³ymi orzeszkami?
- Co? - Wie pani dlaczego?
Bo zawsze wygl¹daj¹, jakby siê uœmiecha³y.
Chwileczkê!
Chyba nigdy nie zrozumiem, co siê sta³o.
Tyle okrucieñstwa i chciwoœci jest w ludziach w dzisiejszych czasach.
Czujê, ¿e mój sen by³ przestrog¹.
¯e coœ siê zbli¿a.
Coœ mrocznego.
Próbowa³am zrozumieæ, jak si³a chciwoœci powoduje,
¿e ludzie robi¹ tak okrutne rzeczy,
ale bez wzglêdu na to, dlaczego tak robi¹,
mieœci siê to obrêbie Opatrznoœci Bo¿ej.
Wierzê w to.
Muszê.
Nawet w ca³ym tym mroku nowa nadzieja nieustannie pojawia siê na tym œwiecie.
I tego trzeba siê trzymaæ.
Wiesz co?
To dlatego jesteœ ze mn¹.
Ze mn¹.
Tak...
Tekst: Piotr Kalinowski
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.