Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Niniejszy program zawiera drastyczne treści,
w tym sceny morderstw i wymuszonej kontroli.
Oglądać z rozwagą.
Przywódca sekty, Jim Jones, wierzył, że może stworzyć własne społeczeństwo
To nasza młodzież. Tacy szczęśliwi. Spójrzcie na Tommy'ego.
- Chcesz wrócić do Stanów? - Nie.
Nie namówię cię na powrót?
Nie.
Mówi, że nie wróci. Takie jest tu ogólne podejście.
Też nie chcę wracać.
- Brak chętnych. - Jestem tu szczęśliwy.
Wszyscy są tu szczęśliwi. To oczywisty fakt.
Sprowadza zwolenników do Gujany w Ameryce Południowej
Są odcięci od świata zewnętrznego
Brałem w tym udział, odkąd miałem jakieś pięć lat.
Nienawidziłem tego i ciągle byłem zły.
W zasadzie nie miałam dzieciństwa.
Chciałem jedynie
uciec z tego miejsca
i wrócić do Stanów, do domu.
Tylko tego naprawdę chciałem. Tylko o tym myślałem.
Gdy amerykański kongresmen udaje się tam, by zbadać sprawę,
staje się jasne, że wiele osób chciałoby odejść
Pamiętam, że gdy mieliśmy odejść, poczułem ogromną ulgę.
A potem Jones zechciał porozmawiać z moją mamą.
Był głęboko zraniony,
bo nasza rodzina należała do tego kościoła
od wielu, wielu lat.
Rozumiem.
Rozumiem miłość twojej rodziny.
Nie uważam wcale, że twoja praca nie jest cudowna.
Bo jest.
Pamiętajcie, że u nas zawsze będzie dla was miejsce.
Zawsze.
Następnie członek sekty zaatakował kongresmena nożem
To było dość szokujące.
Rzadko ktoś próbuje zabić kongresmena.
Wszyscy byli zmieszani.
Czy to znaczyło, że rozpęta się piekło
i nas zaatakują?
„Co to oznacza?”
Jedyna myśl.
„Co to oznacza?”
18 LISTOPADA 1978 ROKU
GODZINA 16.30 LĄDOWISKO PORT KAITUMA
Około 30 osób próbowało się stamtąd wydostać.
Kongresmen, ekipa telewizyjna, dziennikarze i nasze rodziny.
Musieliśmy wsiąść do tych samolotów.
Stoisz na lądowisku, kilka kilometrów od Jonestown.
BYŁY CZŁONEK ŚWIĄTYNI LUDU
Wszystko może się zdarzyć.
Kongresmen Ryan miał zakrwawioną koszulę.
POMOC PRAWNA KONGRESMENA RYANA
Pomyślałam: „Boże,
wydostaliśmy się w ostatniej chwili”.
Dotarliśmy na lądowisko.
DŹWIĘKOWIEC NBC
Wtedy wszyscy już chcieliśmy stamtąd zniknąć.
To była pierwsza okazja na rozmowę z kongresmenem Ryanem,
odkąd ktoś próbował go zadźgać.
Reporter NBC, Don Harris, chciał przeprowadzić z nim wywiad.
Co się stało?
Stałem sobie
i rozmawiałem z prawnikami Świątyni.
Nagle na mojej szyi znalazł się nóż
i byłem w niebezpieczeństwie.
Odepchnąłem rękę i upadłem na niego.
Inni chwycili go i ode mnie odciągnęli.
I tak to właśnie wygląda.
Mówił coś, gdy się pojawił?
Mówił coś o kradzieży, duszeniu i zabijaniu…
Albo o nożu, nie wiem.
Ale powiedział, że chce mnie zabić.
Był twardy, w pozytywnym sensie.
DZIENNIKARZ, WASHINGTON POST
Nie był beksą.
Powiedział: „Wynośmy się stąd”.
Pamiętam, że cieszyłem się, że uciekam z tego miejsca.
BYŁY CZŁONEK ŚWIĄTYNI LUDZI
Pamiętam te mieszane uczucia.
Ulga i strach
w tym samym czasie.
Ulga, że się odchodzi.
Ale i strach przed tym,
co wciąż może się wydarzyć.
Pomyślałem sobie: „Co teraz zrobi Jim Jones?”.
GODZINA 16.45 JONESTOWN
Ludzie w Jonestown zapewne się zastanawiali,
czy tata pozwoli im odejść.
Nie było mnie tam wtedy,
ale wiem, że wyznawcy byli całym jego życiem.
SYN JIMA JONESA
Ludzie mówią o tym,
że był dobrym człowiekiem,
który zachłysnął się władzą, narkotykami i innymi rzeczami,
a później zachorował.
Miałem inne spojrzenie na ojca.
Zajrzałem za kurtynę.
Ojciec latami dobrze ukrywał wiele swoich szaleństw.
Ale był totalnie szurnięty.
Nieustannie próbował się dowartościowywać.
Myślę, że to było dla niego torturą. Działał pod wpływem impulsów,
bo był uzależniony, nie tylko od różnych substancji,
którymi się wspomagał.
Nie miał granic w kwestii tego, co mógł, czego nie mógł i co powinien.
Gdy tata przybył do Jonestown,
najpierw zabierał ludziom paszporty.
Chcąc wrócić do Stanów, trzeba było zapytać go o zgodę.
Chcesz zniknąć przed świętami?
Chciałbym pojechać do domu, żeby zobaczyć się z bliskimi.
To bluźnierstwo!
Bluźnierstwo!
To bluźnierstwo mówić o powrocie, gdy nikt nie dał ci zgody.
Chcesz wrócić do domu?
Nie.
No to siadaj, zamknij się i nie pokazuj mi się więcej.
LĄDOWISKO PART KAITUMA
Na lądowisku był już jeden samolot.
Zauważyłem, że w jednym samolocie było za mało miejsc,
więc musieli ściągnąć kolejny.
Cały czas siedzisz w nerwach,
czekając na podstawienie samolotu.
Było widać, że wszyscy czują to samo.
I w końcu usłyszeliśmy nadlatujący samolot.
Poczułam ogromną ulgę,
że w końcu się stąd wydostaniemy.
GODZINA 17.00
Wielu uciekinierów było niespokojnych.
Bali się.
Chcieli uciec i to szybko.
POMOC PRAWNA KONGRESMENA RYANA
Coraz bardziej obawiali się,
że Jim Jones szykuje zemstę w Jonestown.
Bonnie Simon, proszę przyjść do pokoju radiowego.
Bonnie Simon.
Jones był wściekły.
BYŁY CZŁONEK ŚWIĄTYNI LUDU
I to mnie wystraszyło.
Intuicja mi coś podpowiadała.
Bonnie Simon, proszę przyjść do pokoju radiowego.
BYŁY CZŁONEK ŚWIĄTYNI LUDU
Po tym, jak kongresmen pojechał na lotnisko,
atmosfera w Jonestown była ponura i smutna.
Byłem w całkowitym szoku.
To był zupełnie inny poziom.
Od próby ucieczki doszliśmy
do próby zamordowania kongresmena.
To było straszne.
Ale Jones mówił:
„W Jonestown nigdy nie było tak spokojnie”.
Aż przeszły mnie ciarki.
Chciałem mu wykrzyczeć:
„Spokojnie? Ja tu cierpię. Ludzie tu cierpią.
A ty mówisz, że w Jonestown nigdy nie było tak spokojnie?”.
To był obłęd.
Sposób, w jaki to powiedział, wyraz jego twarzy, były przerażające.
A potem dodał: „Myślę, że ktoś może coś zrobić”.
Jim Jones wysłał zbirów na lądowisko
GODZINA 17.20
LĄDOWISKO PORT KAITUMA
Przyspieszyliśmy wejście na pokład
dużego samolotu.
Moja rodzina trafiła do większego samolotu.
Na zewnątrz wciąż był Ryan,
ekipa fotograficzna, reporter, doradczyni, panna Jackie Speier.
Tymczasem członkowie Świątyni Ludu,
którzy podjechali ciężarówką i ciągnikiem,
stali się powodem do niepokoju.
Zwłaszcza wśród byłych członków.
Powiedzieli: „Chyba mamy kłopoty. Uważajcie na siebie”.
Ciągnik i przyczepa.
ZBIRY Z BRONIĄ
Jechali ku nam przez lądowisko.
ZBIRY Z BRONIĄ
Nie widziałam, jak podjeżdżają, bo stałam do nich tyłem
i byłam zajęta pakowaniem ludzi do samolotów.
Ludzie mówili: „Wejdźmy na pokład. Wynośmy się stąd”.
Nie mieliśmy pojęcia, co się zaraz wydarzy.
Gdy przyczepa do nas podjechała,
nagle zobaczyłem strzelców.
Kamerzysta NBC, Bob Brown, został postrzelony i zabity
Widziałem, jak ginie mój partner, Bob Brown.
Byłem przerażony.
Widziałem, jak wysiadają z ciężarówki. Mieli ze sobą karabiny.
Wiedziałem, że zaraz mnie dopadną.
Byłem pewny, że już po mnie.
Nie było gdzie się schować. Nie mieliśmy osłony.
Wiedzieliśmy, że zginiemy.
Strzelali wszędzie wokół.
Dotąd nie słyszałem nawet dźwięku wystrzału.
To było…
Ludzie zaczęli krzyczeć.
Rozbiegli się, niektórzy krzyczeli.
Gdy padły strzały, z początku nie wiedziałam, co to było.
Potem zobaczyłam, że kongresmen Ryan został trafiony.
Pomyślałam: „O Boże”.
Byłam przerażona.
Pobiegłam na bok samolotu
i próbowałam ukryć się za kołem.
Od razu położyłem twarz płasko na ziemi.
Zakryłem głowę rękami, próbowałem się ukryć.
Czekałem, aż skończy się strzelanina.
A potem…
A potem mnie postrzelono.
I zdałam sobie sprawę,
że to koniec.
Że zaraz umrę.
Odmówiłam modlitwę,
bo wychowano mnie na dobrą katoliczkę.
I czekałam, aż zgaśnie światło.
Gdy zaczęła się strzelanina, byliśmy już w samolocie.
Zaczęli strzelać do ludzi na zewnątrz.
To prawda, co mówią.
Że wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie.
Choć dzieje się szybko.
Zaczęli strzelać w nasz samolot przez drzwi.
Kobieta siedząca przede mną dosłownie straciła głowę.
Jej mózg spadł mi na stopy.
Poczułem, że to dzieje się naprawdę.
Ojciec powiedział mi wcześniej:
„Jeśli coś się stanie, weź siostry i uciekajcie do dżungli”.
Tak zrobiłem.
Próbowałem ukryć się za kołem.
Gdy uderzyłem o ziemię,
oberwałem w lewe ramię i nadgarstek.
Zerwałem się i pobiegłem do dżungli.
Wskoczyłem w jakieś zarośla, gdzie przez chwilę byłem bezpieczny.
Mogłem zacisnąć rany paskiem.
Umysł pracował na pełnych obrotach.
Weszliśmy głęboko w dżunglę, myśląc, że nas śledzą.
Nikt nie wiedział, że mnie postrzelono.
Pomyślałem:
„Cholera, brakuje mi połowy nogi”.
Na lądowisku nie miałem się gdzie schować.
Strzelali wszędzie. Wzbijali tumany kurzu.
Wokół mnie rozpryskiwała się ziemia.
Kula trafiła mnie w bok. Ma siłę.
Bum!
Jest naprawdę potężna.
Pomyślałem: „Umrę”.
Strzelali dalej, a potem wszystko ustało.
Ktoś wysiadł z przyczepy
i oddał chyba trzy strzały
nieopodal miejsca, w którym byłem.
Podeszli do nas i strzelali z bliskiej odległości.
Chcieli zabić konkretne osoby.
Chyba próbowali się upewnić,
że kongresmen i ich pozostałe cele nie żyją.
Jedyne, co mogłem zrobić, to udawać martwego i myśleć:
„Jeśli uznają mnie za trupa, może nie będą do mnie strzelać”.
Pomyślałem wtedy,
że to tylko kwestia czasu, że na pewno mnie dopadną.
Spodziewałem się końca.
Tak podpowiadał mi instynkt.
Nagle rozejrzeli się i zobaczyli, co się wydarzyło.
Zginęło pięć osób.
Kongresmen Ryan,
Don Harris, korespondent NBC,
Patricia Parks, jedna z uciekinierek,
Greg Robinson, fotograf z San Francisco Examiner,
i Bob Brown, kamerzysta NBC.
Kilkanaście osób poważnie raniono.
Zastanawialiśmy się, co zrobić z ciężko rannymi ludźmi.
Zaciągnęliśmy ich w trawę,
bo myśleliśmy, że może zabójcy wrócą.
Próbowaliśmy ich ukryć.
Istniało ryzyko,
że strzelcy ze Świątyni Ludu wrócą.
Potrzebowaliśmy bezpiecznego miejsca.
Najciężej ranni zostali zabrani
do namiotu na końcu pasa startowego.
Reszta schroniła się
w małym barze.
Gdy to się działo, jeden z samolotów nagle…
odpalił silniki i wystartował.
To byli piloci. Nie powiedzieli nam, że ruszają.
Nie zabrali rannych.
Pamiętam, co powiedziałem: „Ci dranie, ci tchórze”.
Zdajesz sobie sprawę, że stało się coś strasznego
i że nie ma ucieczki.
Jesteś tam i nie wiesz, co się stanie za moment.
Odezwały się głośniki.
Wszyscy mieli stawić się do pawilonu na spotkanie.
Natychmiast zbierzcie się w pawilonie.
Poszliśmy więc do pawilonu.
To był bardzo cichy spacer.
Przyczepa ciągnika wróciła z pasa startowego.
Było wielkie zamieszanie.
Jones wyglądał jak obłąkany. Wyglądał jak wariat.
Wystraszyłem się na śmierć.
Zbierzcie się. To proste.
Bez gadania.
Kongresmen został zamordowany.
Weszli do naszego domu.
Czerwona Brygada dokonała zemsty.
Kongresmen nie żyje.
Kongresmen nie żyje. Doradca kongresmena nie żyje.
Wielu naszych zdrajców nie żyje.
Wszyscy tam leżą, martwi.
Gdy usłyszałem, że zastrzelono kongresmena,
aż mnie zmroziło.
Czułem, że się załamię.
Czułem, jakby Świątynia się rozpadła.
Nie wiedziałem, co dalej robić.
Naprawdę wierzyłem w to, co mieliśmy budować.
ROK WCZEŚNIEJ
- Jak ci się tu podoba? - Jest pięknie.
Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy ani spełniony.
BYŁY CZŁONEK ŚWIĄTYNI LUDU
Nie potrafię tego opisać. Można siedzieć i gadać cały dzień,
a żadne słowa nie opiszą tego spokoju, piękna, poczucia spełnienia,
odpowiedzialności i koleżeństwa.
To naprawdę przytłaczające. Nie da się tego opisać.
Myślałem o tym jak o społeczności,
która miała szansę stać się czymś,
co może być odpowiednikiem utopii.
Stworzonym z dobrych ludzi.
Mieliśmy wiele umiejętności.
Mieliśmy stolarzy, mechaników, wykładowców.
Wyeliminowano tam seksizm, ageizm, rasizm
i różne formy elitaryzmu.
Byłem dumny z tego, co zbudowaliśmy.
To było piękne.
Uwielbiałem tę dzikość.
Budując miasto dla naszej społeczności,
wykonaliśmy kawał ciężkiej pracy.
Koleżeństwo było dla mnie piękne.
Nieźle, John, dobrze ci idzie.
Dobrze się razem bawiliśmy.
Będąc tam, byliśmy wolni. Czuliśmy się wolni.
Trzy i pół kilometra w głąb buszu i będziemy w Jonestown.
Prowadzi tam ta droga.
Ale kiedy tata tam dotarł,
to było zupełnie inne środowisko, zupełnie inne odczucia.
Są szczęśliwi i zdrowi, prawda?
Nigdy nie czułem się lepiej.
Wyglądasz dziesięć lat młodziej niż wtedy, gdy tu przyjechałeś.
To niesamowite.
Gdy tata tam dotarł, twój czas był jego czasem zabiegania o uwagę.
To laska do chodzenia.
Zaczęło się od spotkań prawie co wieczór.
Insekty, różne ptaki i zwierzęta, które są nieszkodliwe.
Czasem mówił przez długi czas,
bo były dość swobodne.
To niesamowite, co może zrobić ojcowski socjalizm.
Byliśmy mu to winni.
Potem jego głos nieustanne dochodził z głośnika,
ciągle go słuchaliśmy.
Ku Klux Klan maszerował w Cicero w stanie Illinois i w Detroit.
Wbito nam do głowy,
jak samolubne jest chcieć czegoś dla siebie.
Liczyło się tylko o większe dobro, absolutnie nic więcej.
A potem związki przestały być w porządku.
Zagrażała mu rodzina.
Zagrażały mu związki romantyczne,
bo to miejsca, gdzie ludzie mogą współczuć i spiskować przeciwko niemu.
Dlatego tata zawsze nastawiał ludzi przeciwko sobie.
Jim Jones ciężko pracował, by rozbić jednostkę rodzinną.
Monitorował każdy twój krok.
Jeśli zrobiłeś coś nie tak,
wszystko mogło się nagle zmienić.
Zejdź mi z oczu.
Chciałem zachować trochę człowieczeństwa.
Zamknij się!
- Musisz się wykazać. - Tępa suko.
Rusz tyłek i siadaj, zobaczymy, jak ci idzie.
Cholerni ludzie, nie doceniają dobroci.
Usadź tyłek.
Tata stał się okrutny, a my staliśmy się na to obojętni.
Dochodziło do pobić.
Ludzie byli maltretowani i poniżani.
Wielu było odurzanych.
Zamykali cię w pokoju w baraku
i podawali narkotyki
przez kilka tygodni lub miesięcy.
Mnie przypominało to eksperymenty.
Bo gdy ludzie w końcu stamtąd wychodzili,
byli daleko od normalności.
Budząc się rano, myślałeś:
„Kolejny dzień tego koszmaru”.
Nachodziła cię myśl,
że miło by było umrzeć we śnie.
To czipsy zrobione z banana. Są dużo smaczniejsze.
To jakby połączenie czipsów ziemniaczanych i frytek.
I rzodkiewki…
Nie wiesz, co tracisz.
Jim Jones sprzedawał Jonestown jako cudowne miejsce.
Czułeś się totalnie uwięziony,
bo nie było widać końca.
To cukier, zapieczętowany.
Mamy tego znacznie więcej.
Mąka.
Mąka, ryż, fasola, więcej fasoli.
Mamy różne pojemniki.
Nie damy rady przejrzeć całych zapasów.
Kool-Aid.
18 LISTOPADA 1978 ROKU
Strzelanina ustała kilka godzin temu.
Weszliśmy ponad kilometr w głąb dżungli.
Zrobiło się tak ciemno, że nie mogliśmy się już poruszać,
bo nie było widać nawet dłoni przed twarzą.
Całkowita ciemność.
Zacząłem trochę majaczyć.
Ledwo byłem w stanie chodzić.
Pamiętam tylko, że myślałem sobie:
„Nie wiem, dokąd mamy iść.
Jeśli pójdziemy w złą stronę, skończymy martwi”.
To było przerażające.
Nie wiedzieliśmy, gdzie jest reszta grupy.
LĄDOWISKO PORT KAITUMA
Po zmroku napięcie wzrosło.
To było przerażające.
Niektórzy wbiegli do dżungli i nadal się ukrywali.
Ale około 15 z nas schroniło się w sklepie z rumem.
Dla ciężko rannych nie było leków, nie było niczego.
Ktoś rzucił pomysł, żeby dać im rum,
na znieczulenie, co też zrobiliśmy.
Polałem nim ranę,
myśląc, że może to uśmierzy ból.
Tak pomyślałem. Nie myślałem o niczym innym.
Jeden facet powiedział: „Wypij to. Nie marnuj takiego trunku”.
Dlatego resztę wlałem do gardła.
Odpłynąłem, bo się upiłem.
Staraliśmy się być cicho
i nie przyciągać uwagi.
Niektórzy zdrajcy Świątyni wierzyli,
że w Jonestown wydarzy się coś strasznego.
Mówili o Białej Nocy.
Zapytałem: „Co to za Biała Noc?”.
Ktoś odpowiedział:
„To wtedy piją truciznę”.
Odparłem: „Piją truciznę?
To chcesz powiedzieć?”. „Tak”.
Powiedziano nam o tych, jak to nazywają, próbach Białej Nocy.
Dezerterzy twierdzili, że to sprawdzian tego,
czy naprawdę są oddani Jonesowi i jego naukom.
Jim Jones zmusił ich do zebrania się w pawilonie
i wypicia napoju,
który miał być trucizną.
Dopiero po wypiciu
powiedziano im, że to bujda.
Że to była tylko próba.
Ale ci, którzy nie wypili, zostali ukarani.
Zostali zmuszeni, by pokazać zaangażowanie.
Nazwał to Białą Nocą. Rewolucyjne samobójstwo.
Białe Noce.
Gdy to się stało pierwszy raz, nie wiedzieliśmy, do czego jest zdolny,
baliśmy się, co może zrobić.
Miałem go za zbyt wielkiego tchórza,
by tak naprawdę zabił siebie i innych.
Ale zawsze bałem się, że stanie się coś okropnego.
GODZINA 19.00 JONESTOWN
Panowała śmiertelna cisza.
Całe życie opuściło Jonestown, tak to dla mnie wyglądało.
Byłem tam z żoną Glorią i synem Malcolmem.
Pawilon w tym momencie był otoczony przez strażników.
Widziałem gorącą kłótnię, w której brał udział Jones.
Jeden z nich mówił: „Musi być jakiś sposób.
To niedorzeczne. Musi być sposób”.
Mimo że to słyszałem,
część mnie nadal nie chciała tego zaakceptować.
Myślałem: „Nie może mówić o tym, o czym mówi”.
Czułem się jak schizofrenik.
„Boże, on wszystkich zabije”.
A z drugiej strony:
„To się nie stanie. Tak się po prostu nie robi.
Musi być jakiś sposób. Nie zabija się ot tak ludzi”.
Tak bardzo was kochałem.
Bardzo się starałem, żeby zapewnić wam dobre życie.
Lecz mimo tych prób
garstka naszych ludzi, ich kłamstwa,
zniweczyła nasze życie.
Nie da się odciąć od tego, co się dziś stało.
Jeśli nie możemy żyć w pokoju, to umrzemy w spokoju.
Nie popełniamy samobójstwa. To akt rewolucji.
Nie możemy tam wrócić. Nie zostawią nas w spokoju.
Wrócą, by kłamać, co oznacza więcej kongresmenów.
I nie ma mowy, żebyśmy przetrwali.
Byłem przerażony.
Byłem w szoku.
Chciałem tylko chwilę odetchnąć. Musiałem to sobie poukładać.
Nagle stałem się spokojny. To było bardzo intelektualne.
„Jak to będzie umrzeć?”
„Ile będę potrzebował?”
Miałem w głowie tysiące myśli. Coś w stylu: „Nie żyję.
Tutaj umrę.
Będę walczył o życie.
Ale tutaj umrę”.
Jedna z kochanek Jonesa klepnęła mnie w ramię i powiedziała:
„Chodź, mam dla ciebie zadanie”.
Powiedziała: „Jim Jones potrzebuje pomocy przy misji”.
Żyłem dla wszystkich i umrę za wszystkich.
Ostatnim prztyczkiem Jima Jonesa w stronę USA
było przekazanie pieniędzy kultu Związkowi Radzieckiemu
Wysłał Tima Cartera do ich ambasady z trzema walizkami pełnymi gotówki
Powiedział: „Ma dostarczyć walizki z pieniędzmi
do sowieckiej ambasady w Georgetown.
Byłbyś skłonny pomóc?”.
Próbowałem zyskać na czasie, bo wciąż nie mogłem, tego przetworzyć.
Gdy nas o to prosił,
jakaś kobieta w pawilonie mówiła,
i tu parafrazuję: „Nie chcę umierać.
Nie ma innego sposobu?”.
Nie to, że boję się śmierci.
Nie wydaje mi się.
Ale…
Patrzę na nasze dzieci i myślę, że zasługują na to, by żyć.
Już za późno.
Gdybyś wiedziała, co cię czeka, cieszyłabyś się, że dziś tu jesteś.
Wróciłem do pawilonu i zobaczyłem Glorię i Malcolma.
Nie sprawdzałem, ale to był jeszcze wczesny etap.
Było może 20 ciał. Nie liczyłem.
Byłem zszokowany tym, co widzę.
Gloria miała Malcolma w ramionach i agonalny wyraz twarzy.
Mówię tu o prawdziwej agonii, nie mogła zatrzymać łez.
Gloria umierała. Objąłem ją
i powtarzałem: „Tak bardzo cię kocham”.
Jakbym liczył,
że mówiąc to, coś zmienię.
Że ona to poczuje.
Umarła w moich ramionach.
Żonę i dziecko Tima Cartera otruto
Ból był zbyt silny. Wokół była tylko ciemność.
Nie byłem w stanie myśleć.
W głowie słyszałem tylko:
„Nie możesz umrzeć.
Musisz żyć”.
Wyszedłem z pawilonu.
I nadal czuję się winny.
Ale byłem całkowicie załamany.
Mamo, proszę!
Mamo, proszę. Proszę, nie rób tego.
Nie rób tego.
Poświęć życie z dzieckiem, ale nie rób tego.
Nie bój się śmierci.
Jeśli ci ludzie tu wylądują, będą torturować nasze dzieci.
Naszych ludzi i naszych seniorów.
Nie możemy na to pozwolić.
Śmierć nic nie znaczy.
To przesiadka na inny samolot.
Nie bądźcie tacy.
Nie histeryzujcie.
Umrzyjcie z godnością.
Jestem ostatnią żyjącą osobą, która była w Jonestown,
gdy ludzie zaczęli ginąć.
19 LISTOPADA 1978 ROKU
LĄDOWISKO PORT KAITUMA
Czekaliśmy całą noc na lądowisku.
Ból był tak potworny, że nie mogłam już tego znieść.
Miałam ranę postrzałową ramienia
i przedramienia.
Moja prawa noga była rozwalona,
w zasadzie od kolana do biodra.
Byłam zrezygnowana, myślałam,
że co ma być, to będzie.
Wiem, że Steve Sung wołał…
Wołał swoją żonę.
Miałem koszmary, budziłem się w środku nocy
i próbowałem rozmawiać z Jackie Speier,
z każdym, kto chciał mnie słuchać,
bo nie mogłem spać.
Budziłem się ze strachu, z bólu.
Pytałem, jak się stąd wydostać.
Przechodziłem przez różne etapy, przez które przechodzą ludzie.
Żal i strach, a w końcu akceptację tego,
że przyjdzie mi umrzeć
w dżungli w Gujanie.
Myślałem sobie: „Co ja tu robię? Dlaczego?”.
GODZINA 06.00
Armia gujańska przybyła zabezpieczyć lądowisko.
Ulga była niewiarygodna.
Nareszcie, wyjdziemy stąd żywi.
Przetrwamy to.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
Adrenalina, ekscytacja,
to było niesamowite.
Ewakuowano nas helikopterem do Georgetown.
MIĘDZYNARODOWE LOTNISKO W GEORGETOWN
SIŁY POWIETRZNE USA
W Georgetown czekał na nas amerykański samolot.
Biały, błyszczący samolot
ze słowami „Stany Zjednoczone Ameryki”.
Nawet dzisiaj to wywołuje u mnie dreszcze na plecach.
Wracałem do domu.
Poczułem wielką i spontaniczną ulgę.
Była ogromna. Byłem zaskoczony.
Uśmiechnięty i szczęśliwy.
Wsiadłem do samolotu.
Wiele myśli krążyło mi po głowie.
Dlaczego nas to spotkało?
Nie wiedziałem, czy ktoś wie, co się stało.
Pomyślałem: „Chyba z tego wyjdę”.
Bardzo ciekawiło mnie, co wydarzyło się w Jonestown.
To jeszcze nie koniec.
Byłem dopiero w połowie.
Moją pracą było pisanie, dlatego pisałem.
Ranni lecą dziś do Waszyngtonu
na pokładzie wojskowego samolotu.
Nie sądzę, by ktokolwiek mógł to pojąć,
to była szokująca historia.
Dotąd nic takiego nie miało miejsca.
Kongresmena i 20 członków jego wyprawy do Gujany w Ameryce Południowej
zaatakowano, ostrzelano i zabito.
Jednostki wojskowe Gujany wysłano, by przywrócić porządek i zbadać sprawę.
Napisy: Marcin Kędzierski
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.