Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Napisy pobrane z https://kickasssubtitles.com
- Niech stanie się światłość. - I stała się światłość.
Rany, spójrz tylko.
Tam pracowała twoja mama. Zajmowała się księgami.
Kij z tym.
Pamiętasz, jak uciekaliśmy z lekcji, wchodziliśmy tyłem
i mówiliśmy twoim starym, że mamy okienko?
Algebra z O'Dellem.
Pan O'Dell. Dupek pierwsza klasa.
Twoja mama wiedziała, co robimy,
ale zawsze przerywała pracę i dawała mi paczkę ciastek.
Przez te twoje ciastka zbankrutowali.
- Jak tam właziłeś, gdy byłeś mały? - Stawałem na skrzynkach z mlekiem.
No dobra.
Nie, nie, nie.
Cent z Indianinem.
Warty ze trzy dolce.
Wypolerujemy go i zrobimy przekręt z monetą.
- Nieźle. Zarobimy ze 150 dolców. - 150? Dostaliśmy 110 za zwykłą półdolarówkę.
To rzadki okaz. Widać gołym okiem.
- 300. Lekko. - To lubię.
Skąd się tam wzięła ta kolekcja monet?
To długa historia.
Spadajmy stąd.
- Pryskamy. - Nie. Może być jeszcze jeden.
No dobra. To gadaj. O co chodzi z tymi monetami?
Miałem ze 12 lat. Pracowałem na kasie.
Przychodzi gość, kupuje proszek do prania i sześciopak.
Płaci parę dolarów i zostawia to.
Gdy tylko to zobaczyłem, wiedziałem, co to jest.
Srebrny Jerzy Waszyngton. Mówię do taty:
"To rzadka ćwierćdolarówka. Warta ze cztery dolary".
Ledwo to powiedziałem, wyleciał za gościem, by ją oddać.
Nie mógł go znaleźć, więc przykleił z brzegu kasy,
mając nadzieję, że gość wróci, a on mu ją odda.
Po tygodniu zaczął gadać, że odda ją ojcu Mahoneyowi,
więc sprawiłem, że zniknęła.
I każdego dnia po szkole sprawdzałem kasę.
Jeśli coś mi wpadło w oko, wsadzałem do pudełka na szczęście.
I tyle z tego szczęścia.
- Szkoda, że stracili ten sklep. - W ogóle nie powinni go kupować.
Tato nie nadawał się do tego.
O czym ty mówisz? Twoi starzy ciężko harowali.
No jasne! Wiele godzin przez wiele lat.
- I na nic. - Czy ja wiem?
- Wszyscy klienci go lubili. - Wszyscy go lubili, bo był miękki.
Każdy nierób z okolicy wisiał mu kasę.
Wystarczyło opowiedzieć łzawą historyjkę,
by poklepał cię po plecach i dał karton mleka.
Mogło mu się wieść.
Mógł sprzedawać piwo i fajki dzieciakom ze szkoły,
ale nie, nie on.
Nie robił tego, co było konieczne.
Skąd wiedziałeś, że będzie drugi?
Bankiet się skończył.
Uczestnicy zjazdu gadali o sprzęcie rolniczym
dobre 10 godzin. Teraz będą imprezować.
To będzie wielka noc.
- Zbieramy się? - Jazda.
.:: GrupaHatak.pl ::. przedstawia:
Better Call Saul [3x08] Slip
Napisy: michnik
Policja plemienna?
Byłem dziś na waszym terenie i znalazłem ciało.
Przy starym szlaku pocztowym, za znakiem motelu Oasis.
Byłem z wykrywaczem metalu, szukałem grotów strzał.
Nie chcę podawać nazwiska. Wkroczyłem bez pozwolenia.
Wyślijcie tam kogoś, zanim zwęszą je kojoty.
Tutaj zapisałem miejsca incydentów. Gdzie się wtedy znajdowałem.
Ta kolumna to możliwe źródła. Jak widać,
często nie byłem pewien i wpisywałem "otoczenie".
Zapisywałem też czas oraz dawki leku.
- To imponujące, Charles. - Spójrz na tendencję.
Dzień pierwszy, ból na poziomie 8,5.
Dzień trzeci, nie więcej niż 5,25.
A teraz wyłącznie 3 i 4.
Potem przedstawię ci ćwiczenia, które mogą pomóc jeszcze bardziej.
Zamieniam się w słuch.
Co planujesz dalej?
Przy takich postępach...
wkrótce wrócę do pracy. Bez żadnych przeszkód.
A potem chcę wrócić do sądu. Od niemal trzech lat nie miałem sprawy.
To kolejny krok.
Przywrócę tu światło. Chcę, by w domu rozbrzmiewała muzyka.
Chcę zorganizować kolację.
Albo lepiej. Przyjęcie.
Chcę tu zaprosić setkę osób. Niech wylewają się na trawnik.
Katering i bar.
Chcę, by otaczali mnie przyjaciele i współpracownicy.
To doskonałe cele.
Nie wierzyłem, że tak szybko mogę tak wiele osiągnąć.
- Muszę ci za to podziękować. - To niezwykłe.
Ale Rzymu nie zbudowano w jeden dzień. Pośpiech może być kuszący,
ale musisz dać sobie czas.
Rozpocząłeś podróż, która może potrwać lata.
Możliwe, ale przyznasz chyba, że każdy przypadek jest inny.
- Oczywiście. - Może moje leczenie
potrwa krócej niż u innych pacjentów.
Ostrzegam cię, byś nie wymagał od siebie zbyt wiele.
Doceniaj każdy krok naprzód, ale dostosuj oczekiwania.
Oczywiście.
Porozmawiajmy o wieczorze, kiedy do mnie zadzwoniłeś.
- Byłeś zdenerwowany. - To prawda.
Skorzystanie z telefonu musiało być trudne.
Musiałem przejść 10 przecznic do automatu. To było niezwykle niekomfortowe.
- Ból sięgał 9. - Dlaczego chciałeś ze mną rozmawiać?
Doszło do incydentu. Bardzo publicznego.
To było najgorsze doświadczenie w moim życiu.
Udowodniono...
publicznie, ponad wszelką wątpliwość, że miałem w pełni naładowaną baterię
niemal przy skórze przez prawie dwie godziny.
I nic nie poczułem.
Jak to odebrałeś?
Ta przypadłość...
jest dla mnie równie prawdziwa, co to krzesło, co ten dom, co ty.
A jeśli tak nie jest?
Jeśli to siedzi w mojej głowie?
A jeśli to prawda...
jeśli ta przypadłość nie jest prawdziwa...
co ja narobiłem?
Wszystko masz rozpisane. Przygotuj się do ujęcia.
Dobrze to wygląda. Wszystko gotowe?
- Już prawie. - Muszę ci to przyznać.
Od pół roku nie mieliśmy takiego ruchu.
- Klienci wspominają o reklamie? - Żebyś wiedział.
- Doskonale. - Wiem.
Idzie twój partner. Odpicuj go i lecimy z tym.
Posłuchaj. Przepraszam. Nie teraz.
Dzwoniłem do stacji. Nawet dla nich nie pracujesz.
Nie mówiłem, że pracuję.
Saul Goodman Productions. Pracujecie z nami
i nie musicie użerać się z biurokracją w KWBV.
- Wszystkim się zajmujemy. - Przypomnij, ile nas to kosztuje?
Tak jak się umawialiśmy. Pierwsza na mój koszt.
Teraz przechodzimy do pakietu Elite. Siedem reklam za jedyne 6500 dolarów.
Stacja podała stawkę 450 od reklamy.
- 450? - To za samą emisję.
Zadzwoń do nich i zapytaj, ile biorą za produkcję siedmiu reklam.
Ale po co nam siedem nowych?
Dlaczego nie możemy zapłacić stacji za emisję tej, którą mamy?
Bo nie tak się umawialiśmy. Może od tego zaczniemy?
- Dał nam pierwszą za friko. - Wiem.
Co ty na to?
Zapłacimy ci 450 za tę, która już poleciała,
- a resztą zajmiemy się sami. - Nie chcę wdawać się w szczegóły,
ale ta reklama nie należy do was.
To własność Saul Goodman Productions.
Nie sądzę. To nasze twarze.
- I nasz sklep. - I moja reklama.
Bez mojej zgody nie możecie jej emitować.
Tak to chcesz rozegrać? 450 już nieaktualne.
A ta twoja ekipa to banda studenciaków.
- Możemy takich zdobyć. - Owszem.
Nakręcimy reklamę od nowa i potem ją puścimy.
Ludzie, wrzućcie na luz.
Gdyby nie ja, nie wpadlibyście na reklamę.
Nie zapłacimy ci 6500 za coś, co możemy zrobić sami.
- Jasne? - Serio?
Serio.
A teraz wybacz.
Witam. Pomóc w czymś?
- Co? - Włącz kamerę.
- Przecież nie chcą... - Cisza. Włącz i skieruj na mnie.
Chłopaki, przepraszam.
Chciałem się upewnić. Nie dojdziemy do porozumienia?
Mamy klientów. Proszę cię, odejdź. Dziękuję.
Powodzenia w przyszłych przedsięwzięciach.
Idź. Żegnam.
Przepraszam za to.
Nic ci nie jest?
Pałka perkusyjna walała się po podłodze.
- Niech ktoś wezwie karetkę! - Nie, to zbędne. Nie potrzebuję...
Tak, karetka. To dobry pomysł.
Macie chyba ubezpieczenie?
Za naszą strategię.
- Zdrowie. - Zdrowie.
Nie chcę cię pospieszać, ale o 14:45 gram w golfa w Four Hills,
więc nie pozwól mi się rozgadywać.
Słyszałem, że woda bywa zdradliwa na tamtym polu.
Dobrze słyszałaś. Nie wiedziałem, że grasz.
Tam, gdzie dorastałam, nie było zbyt wiele do roboty.
Powinniśmy spotkać się w plenerze.
- Kim ma sporo roboty. - A propos...
Muszę zapytać. Mój przyjaciel Billy Gatwood
wydobywa ropę niedaleko Farwell.
Wplątał się w jakieś międzystanowe szamotaniny
Teksasu z Nowym Meksykiem.
Nic z tego nie rozumiem, on też nie.
Jego prawnik to miejscowy gość i sprawa go przerasta.
Billy go zwolnił, ale teraz nie wie,
czy ma się zesrać, czy osiwieć.
Wybacz język.
Powiedziałem mu o pracy, jaką dla nas wykonujesz.
Chętnie się z tobą spotka.
To mi pochlebia.
Pamiętaj, że Kim ma pełne ręce roboty z Utah i Kolorado.
Pokazała, że radzi sobie ze wszystkim, co na nią zrzucimy.
Twoja wiara we mnie...
wiele znaczy.
Ale gdy zaczynaliśmy współpracę, obiecałam, że skupię się na Mesa Verde.
Mówiłam poważnie.
- Jasne, ale muszę... - Czołem!
Rozpoznałem znajome twarze.
- Howard. - Kim... siedź. Nalegam.
Jak zawsze miło was widzieć.
- Wzajemnie. Co u ciebie? - Fantastycznie. Dziękuję.
Jak tam rozwój?
Widziałem, że udało wam się załatwić zgodę na czas.
Owszem. Zasługa panny Wexler.
Kim jest najlepsza. Macie szczęście.
W rzeczy samej.
A jeszcze wczoraj segregowała u nas dokumenty.
Miło widzieć, gdy protegowana rozwija skrzydła i opuszcza gniazdo.
Nie przeszkadzam. Życzę powodzenia.
Wzajemnie.
Cieszę się, że mamy cię na wyłączność, ale Billy potrzebuje tylko konsultacji...
Przepraszam na chwilę.
Jasne.
Próbowałem łososia i filet. Przegrzebki też są fantastyczne.
Howard, siadaj. Nalegam. Przepraszam, że przeszkadzam.
Muszę tylko mu coś dać.
To Kim Wexler, była pracownica naszej firmy.
- To zespół z O'Malley Industries. - Oczywiście. Pamiętam Lauren.
Miło cię widzieć.
To Jack Sweet, dyrektor finansowy.
- Witam. - Miło mi.
Was też miło widzieć, Henry, Nick.
- Marie Austin. Miło mi. - Mnie również.
Miło widzieć was wszystkich. Udanego lunchu.
Przepraszam za to.
Nie szkodzi.
Jeśli dasz mi numer pana Gatwooda, chętnie z nim porozmawiam.
Świetnie.
Gdy zorientuję się w sytuacji,
dam mu namiary na firmę, która się nim zajmie.
Zostawiam to w twoich rękach.
Świetnie. A teraz Utah.
Wymagania są bardzo podobne
- do tych w Arizonie. - Dobrze.
Raz jeszcze dziękuję. Dam znać Billy'emu
- i umówimy się też na golfa. - Pasuje.
- Do zobaczenia. - Cześć.
- Co to ma być? - Sądzę, że nie muszę wyjaśniać.
Byłeś bardzo hojny, gdy odeszłam z HHM,
ale nie pasuje mi, że spłaciłeś mój kredyt studencki.
- Wtedy ci pasowało. - Doceniam gest,
ale teraz mnie na to stać
- i chcę cię spłacić. - Doceniasz gest?
- Owszem. - Wiesz, co tu robię?
Zgadnij.
Ograniczam straty.
Trzy posiłki dziennie od dwóch tygodni ze wszystkimi klientami.
Zapieprzam jak osioł, ratując reputację firmy
po akcji twojej i Jimmy'ego.
Zrobiłam, co w mojej mocy, by bronić klienta.
- Tak to nazywasz? - Na tym polega ta praca.
Miło było ignorować chorobę Chucka, kiedy ci to akurat pasowało.
Wyciągam cię z działu pocztowego, opłacam szkołę, nauczam,
po czym mnie zdradzasz, a to wszystko moja wina?
Nie wypłacę tego.
Wybaczam ci twój dług.
Ale ze wszystkim innym musisz jakoś żyć.
Jimmy i ja jedynie naświetliliśmy sytuację.
A jeśli ukrywasz to przed klientami?
Cóż, ty musisz z tym żyć.
Jesteś wcześnie.
Pomyślałem, że zajmę się fakturami.
Miło, że interesujesz się zakładem.
Popracuję nad continentalem.
Weź złotą farbę i pomóż mi.
Już idę.
Niebieska koszula.
Żółta ściana.
Srebrne drzwi.
Biały znak.
Czerwony pieprz.
Fioletowy sweter.
Brązowe drewno.
Czarna mata.
Żółte banany.
Zielone winogrona.
Pomarańczowe... pomarańcze.
Przepraszam. Gdzie znajdę mleko sojowe?
Po lewej, za lodówkami.
MLEKO SOJOWE
Biały sufit.
Zielony koszyk.
Szara podłoga.
Wszystko gotowe?
Kurier w drodze?
- Będzie za 20 minut. - Bomba.
Muszą mieć to w Gatwood Oil przed końcem dnia.
Co tam?
Nowa gitara.
Popatrz tylko.
- To dopiero coś. - Sprzedałem resztę reklam.
- Pewnie ci ulżyło. - Mieli olbrzymi odzew.
Byli pod takim wrażeniem, że dorzucili to cacko.
Podpisana przez Ritchiego Blackmore'a.
Leżenie na podłodze pomaga ci w grze?
- Upadłem. - Co?
Podczas kręcenia. Wypadki się zdarzają.
To długa historia.
Ale w efekcie... jestem gitarę do przodu.
- Kiedy to się stało? - Wczoraj.
- Przecież widziałam cię wczoraj. - To był wtorek.
Wpadłaś po czyste ciuchy.
Byłeś u lekarza?
To nic poważnego.
Muszę odpoczywać i nic mi nie będzie.
Spójrz na biurko. Mam coś dla ciebie.
Dokładnie. Otwórz.
Moja połowa. Starczy na sześć tygodni.
- Mamy ten temat z głowy. - Jimmy, nie...
Bierz i jesteśmy kwita.
Przepraszam.
Plecy mnie cholernie bolą.
A ludzie są do dupy.
Nie musisz się tak męczyć.
Możesz odpocząć. Niech plecy dojdą do siebie.
Potem zajmiesz się pracami społecznymi.
Odsapnij. Zaplanuj kolejny krok.
- To znaczy? - Mówię tylko...
że mogę pokrywać na razie wydatki.
- Masz pieniądze w dłoni. - Wiem...
- Dlaczego o tym gadamy? - Przeliczyłam to i mogę pociągnąć nas sama.
Nie w nieskończoność, ale dopóki nie dojdziesz do siebie.
Dziękuję, ale nie.
Zrobię, co będzie trzeba, by spłacić swoją część.
Ty zajmij się swoją. Koniec pieśni.
Wierzysz mi?
Tak.
Wracaj do zdrowia.
Już za późno, by odwołać kuriera?
Mogę zadzwonić. Zmienić termin?
Nie, anuluj.
I połącz mnie z Billym Gatwoodem.
- Jasne. - Dzięki.
Billy Gatwood na linii.
Świetnie. Połącz go.
Pan Gatwood? Kim Wexler.
Przeglądałam dokumenty
i myślałam, że by skierować pana do znajomego,
ale chyba sama znajdę rozwiązanie.
Ma pan czas w tym tygodniu, by to przedyskutować?
Cóż za niespodzianka.
Pukałem, ale nie było odzewu. Myślałem, że śpisz.
Uznałem, że zaczekam...
- Czy to zakupy? - Owszem.
Udałem się na spacer.
- Świetnie. - Zapraszam.
Dziękuję.
Czemu zawdzięczam tę przyjemność?
To niestety nie jest wizyta towarzyska.
- Musimy omówić pewną kwestię. - To znaczy?
Chodzi o twoje ubezpieczenie od zaniedbań.
Usiądźmy.
PRZEPRASZAMY AWARIA KLIMATYZACJI
Gra.
Spoko.
Na razie, Nacho.
Co?
Ten wygląda dziwnie.
Dawaj go tu.
Podróbka?
Nie, wszystko gra.
Przepraszam.
Niczego nie brakuje.
Zająłem się problemem przy Piątej. Ta ekipa nie będzie się mieszać...
Prośba. Stul pysk.
Gra.
Do przyszłego tygodnia.
Jeszcze jedno espresso?
Żwawo.
- Przepraszam. - Co jest?
Chodzi o moją córę. Dzwoniła jej matka.
- Nie możesz gadać przez telefon. - Wiem, ale mała jest chora.
Złapała zapalenie płuc.
Jest w szpitalu. Mogę iść?
- Jasne, ale nie wpiszę ci godzin. - Pójdę i zaraz wrócę.
Muszę w tym tygodniu wyrobić godziny.
- Sędzia tak powiedział. - Sędzia?
To chyba masz problem.
Chcesz się stąd zawinąć?
- Ile to dla ciebie warte? - Co?
By stąd prysnąć.
- Ile? - Idź w cholerę.
Chcesz sprzedać towar?
Ziomuś, chcę zobaczyć się z chorym dzieckiem.
Sprzedajesz coś, czego nie powinieneś mieć, komuś, kto nie powinien tego kupić.
Nie oceniam.
Każdy jakoś zarabia. Twoja fucha...
- rymuje się z "kiler egzotyków". - Pod przykrywką robisz?
Mogę cię stąd wyciągnąć i pomóc ci wyrobić godziny.
- Jak tego dokonasz? - Ja będę się tym martwić.
- Siedem stów i cię nie ma. - Nie mam takiej kasy.
W skarpecie masz dobre dwa koła.
700 i wyciągniesz mnie stąd?
Spoko.
Jeśli dasz radę, kasa twoja.
Zbieraj śmieci.
Co to ma być?
Odpoczywam. Nadwyrężyłem plecy.
- Wstawaj. - Nie. Plecy mnie bolą.
Jak chcesz. Nie wpiszę ci godzin.
- Jestem pewien, że wpiszesz. - Tak?
- Jak to wykombinowałeś? - Inaczej cię pozwę.
Nie chcę psuć pięknej wizji, ale podpisałeś zrzeczenie się.
To była umowa z miastem, a ja nie pozywam miasta.
Pozwę ciebie. Osobiście!
Nie możesz.
Koleżko...
to kraj wolnych ludzi i ojczyzna pozwów...
Jasne, że mogę. I wiesz co?
Wezmę też tego gościa i złożymy pozew zbiorowy.
Co on ma do tego?
Świadomie odmówiłeś mu wizyty u dziecka w szpitalu.
To celowe zadawanie bólu emocjonalnego.
- To... obłęd. - Obłęd dopiero się zacznie.
Pozwę cię za niezatwierdzenie godzin prac społecznych.
To pogwałcenie twoich obowiązków jako urzędnika stanu Nowy Meksyk.
Wykonuję swoją pracę...
A dla jaj dorzucę jeszcze zignorowanie uszczerbku na zdrowiu
powstałego na twojej warcie.
- Uszczerbku? - Moje plecy.
Pierdolisz.
- Zrzekłeś się... - Ten papier to pikuś.
W postępowaniu cywilnym to jedynie pierd na wietrze.
Nie wygrasz.
Może tak, może nie.
By się przekonać, trzeba wykonać obliczenia.
Prawnik policzy cię 90 dolarów za godzinę.
Proces potrwa co najmniej od 8 do 12 miesięcy.
- Sam się będę reprezentował. - Śmiało!
Masz samochód? Dom? Emeryturę? Pożegnaj się.
Tu możesz sobie zgrywać króla Chuja-Muja,
ale w sądzie będziesz jednym z szaraczków.
Sędzia i ja chętnie spędzimy na sali kolejne pięć lat.
Ale dla ciebie to zbyt drogie. O wiele za drogie.
To jak trzecia hipoteka. Dlatego oferuję ci proste wyjście.
Możesz wrócić do żony
i wyjaśnić jej, jak straciłeś pracę,
emeryturę i resztki reputacji na swojej kręgielni,
albo możesz pozwolić koledze odwiedzić córkę w szpitalu,
a mi odpocząć na uświęconej, wolnej od śmieci ziemi.
I zatwierdzisz nam godziny.
Dobra.
Łajza.
Idź!
Spadaj stąd.
Odstawiłeś numer jak jakiś Jedi!
Najlepiej wydane siedem stów.
Proszę.
Zawijam.
Już jadę.
Mam problem, z którym możesz mi pomóc.
Mam gotówkę, której nie mogę wydać.
Około 200 000.
Jeśli coś mi się stanie, moja rodzina ich nie zobaczy.
Otworzyłeś to miejsce, by rozwiązać podobny problem.
Sądzisz, że to rozwiązanie mogę zastosować w twoim przypadku.
W ramach jednorazowej umowy.
Publiczna współpraca byłaby nierozsądna,
nie sądzisz?
Przez Salamanki.
Gdyby to zauważyli,
obaj ponieślibyśmy konsekwencje.
Myślałem o transakcji na papierze.
Ten sam problem.
Może jest pewien sposób.
O nieco większym stopniu...
trudności.
Ale dam radę to zorganizować.
Czy 20% zniweluje te trudności?
Nie mógłbym zabrać pieniędzy twojej rodzinie.
Orła w sklepie wywinął: michnik
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.