Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Napisy pobrane z https://kickasssubtitles.com
"Panowała głucha cisza. Nie licząc ropuch,
które siedziały w strumyku.
A co jakiś czas
Mabel słyszała dziwny szelest liści.
Próbowała przypomnieć sobie drogę do domu,
jednak las wyglądał zupełnie inaczej i nie wiedziała, w którą stronę iść.
Zaczęła się bać.
Co to? - zapytała.
Boję się!
Za chwilę ponownie usłyszała skowyt.
Długie wycie.
Zaczęła biec, jednak kompletnie się zgubiła".
Nic jej nie będzie?
- Nie, Jimmy. - Skąd wiesz?
Posłuchaj, a się przekonasz.
"Było tak ciemno, że potknęła się o korzenie drzewa...".
.:: GrupaHatak.pl ::. przedstawia:
Better Call Saul [3x10] Lantern
Napisy: michnik
Wiem.
Musi zostać na noc?
Gdy skończę, zostanie wypisana.
Dobrze.
Pozwy.
Groźby. Wzajemne oskarżenia.
Żadna firma nie chce znaleźć się w takiej sytuacji.
To kłopotliwe.
Wszyscy chcemy to szybko zakończyć.
Jakie mamy opcje?
Proces.
Kosztowny.
I szkodliwy dla reputacji HHM.
Nie chcę tego. Wy zapewne też.
Firma mogłaby mnie spłacić
za kwotę, która niemal na pewno doprowadzi do jej bankructwa.
Budowałem tę firmę dziesiątki lat.
Nie chcę przyczyniać się do jej zniszczenia.
Jest trzecia opcja.
Nie widzę powodów,
by nie móc zostawić tych nieprzyjemności za nami,
by kontynuować współpracę.
Jestem gotów puścić to w niepamięć.
Jeśli się zgadzacie,
możemy zakończyć to jednym uściskiem dłoni.
Zostawicie nas na moment?
17 lat.
W lipcu będzie 18.
Tyle lat budowaliśmy razem to miejsce.
Przez cały ten czas wspierałem cię.
Podziwiałem. Pozwalałem ci podejmować decyzje.
Bo zawsze myślałem, że masz na uwadze dobro firmy.
Mam...
Miałeś.
Przez długi czas.
Jednak pozwoliłeś, by prywatne zemsty
przesłoniły ci dobro HHM.
Twoje potrzeby stały się ważniejsze.
- Na nasze nieszczęście. - To nieprawda.
A gdy tylko zasugerowałem, z empatią i troską,
że może pora, byś rozważył emeryturę...
twoją pierwszą reakcją jest pozwanie mnie?
Pozwanie firmy?
Nie wiem...
w jakim świecie nie zostałoby to uznane za zdradę wszystkiego,
na co ciężko pracowaliśmy?
W jakim świecie nie byłaby to zdrada naszej przyjaźni?
Mógłbym się spierać, że to ty mnie zdradziłeś.
Gówno prawda. Dobrze o tym wiesz.
To bezcelowe.
Proszę.
Weź to.
- Trzy miliony? - Pierwsza z trzech wypłat,
- zgodnie z umową partnerską. - Firmy na to nie stać.
Czy...
- Chyba nie rozwiązujesz firmy? - Nigdy bym jej nie naraził.
To z moich osobistych funduszy. I kilku pożyczek.
Spłacasz mnie z własnej kieszeni.
Wygrałeś.
Jeszcze jedno...
Uwaga!
Dziękuję za zebranie.
Mam smutne wieści.
Z przykrością ogłaszam, że nasz nieustraszony lider Charles McGill
odchodzi z HHM. Ze skutkiem natychmiastowym.
Chcę podziękować Chuckowi za wszystko, co zrobił dla firmy.
Zaczęliśmy z szóstką pracowników.
Chuck pomógł nam rozrosnąć się do jednej z większych firm w stanie.
Będziemy mu dozgonnie wdzięczni za jego oddanie.
Chcesz coś powiedzieć?
W porządku. Pożegnajmy go brawami.
- Dzień dobry. - Już popołudnie.
Gatorade.
Potrzebujesz elektrolitów.
Głodna?
Zrobię ci coś.
Zaraz wracam. Wypij to.
- Mówiłem, że ci podam. - Muszę rozprostować nogi.
Siadaj. Jajka.
- Przekręciło się. - Dzięki.
Zabawa w jednorękiego bandytę szybko mi się znudzi.
- Jest jakaś kawa? - Jasne. Ale najpierw gatorade.
Masz dwie opcje.
Stary, dobry ibuprofen, który nieco złagodzi ból.
Albo przysłowiowy "lepszy towar".
Odpowiedź zawsze brzmi: "lepszy towar".
Jasne. Ale najpierw jedzenie.
Nie nakarmisz mnie.
Pewnych granic nie przekraczamy.
Przyglądałem się umowie najmu biura.
Stracimy kasę, jeśli ją zerwiemy.
Ale możemy podnająć. To nasza najlepsza opcja.
Za wynajem mebli płacimy co miesiąc,
więc to nie problem.
Tobie przyda się jedynie biurko, jakieś szafki.
Terminal Westlaw...
Nie wiem jeszcze, co z Francescą.
To osobna rozmowa.
To ci odpowiada?
Jesteś tego pewien?
- Nawet z kasą z Sandpiper... - Po tym wszystkim...
w dupie mam to biuro.
Zacząć szukać najemcy?
Mogłam kogoś zabić.
Tak. Siebie.
Przez cały tydzień spałam może z sześć godzin.
Przejechałam przez trzy pasy, a nic z tego nie pamiętam...
Robiłaś to, co uważałaś za konieczne.
- Przeze mnie. - Nie wsadziłeś mnie do samochodu.
Ja za to odpowiadam.
Jestem dorosła. Dokonałam wyboru.
Mogę jedynie powiedzieć, że to naprawię.
Wszystko będzie odbywać się na tyłach.
Nocą jest tu cisza i spokój.
Podstawimy ciężarówki pod drzwi. Wypakujemy towar prosto do zakładu.
Tu będziemy go rozdrabniać.
Gdy zakład będzie otwarty, wszystko będziemy trzymać z tyłu.
W ciągu nocy damy radę to ogarniać.
Będę na miejscu, by tego dopilnować.
A gdzie Papi?
Ja będę się tym zajmować. Ale on nie ma nic przeciwko.
Gdy wszystko spakujemy, Arturo zabierze dostawę
i dopilnujemy reszty.
Jest i Papi!
To mój ojciec, Manuel. Tato, don Hector Salamanca.
Spokojnie. Jesteśmy przyjaciółmi.
Lepiej?
Proszę...
- wynoś się z mojego zakładu. - Tato, proszę.
Don Hector jest hojny.
Okaż mu szacunek.
Tato...
Pomyśl o cioci Rosie i bliźniakach.
O rodzinie mamy w Galeanie.
Proszę.
Jest staromodny. Zmieni nastawienie.
Pogadam z nim. Zmieni nastawienie.
Nie ufam mu.
To od Kevina i Paige.
A w zasadzie od wszystkich z Mesa Verde.
I jest też kartka. Gdzieś tutaj.
Mam!
- Zabrałaś księgę? - Jasne.
Od pana Gatwooda.
W kartce nie było jasno napisane, ale chyba dostaniesz też steki.
- Serio? - To w końcu Teksas.
Życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia.
Masz szczęście.
Jeździłam tamtą autostradą co weekend do brata i jego dzieci
i prawie za każdym razem widziałam tam wypadek.
Ludzie giną na tej drodze cały czas.
Przesunęłam twoje spotkania z tego tygodnia.
Ale nie ruszałam spotkania z organem nadzorującym.
Wiem, że terminy odnośnie Utah są napięte...
To w następną środę?
Tak. Przesunęliśmy przygotowania, byś mogła pomóc panu Gatwoodowi
- przed końcem kwartału. - Na to już za późno.
W zasadzie rozmawiałam z Colleen.
Powiedziała, że wszystkim pasuje spotkanie w poniedziałek.
Wciąż możemy się wyrobić
tuż przed upływem terminu...
Masz zestawienie dokumentów potrzebnych na środę?
Musiałabym przemyśleć...
- ile mi z tym zejdzie. - Jasne.
Cztery, sześć.
Jedenaście.
Mam. Proszę.
Na wierzchu jest lista Paige.
Wszystko w porządku? Mogę wpaść później...
Odwołaj spotkanie z Gatwoodem i przesuń wszystko inne.
- Co? Wszystko? - Tak.
Ale najpierw możesz mnie podwieźć?
Jasne. Dokąd?
Panna Wexler najmocniej przeprasza. Okropnie się z tym czuje,
ale przez wypadek i rehabilitację...
nie zdoła zająć się pańską sprawą na czas.
Oczywiście. Przekażę jej.
Raz jeszcze, najmocniej przeprasza. Wkrótce sama do pana zadzwoni.
Tak.
Prosiła, bym przekazała, że poleca firmę Schweikart & Cokely.
Są wyjątkowi.
Prześlę dziś informacje.
Panna Wexler będzie z panem w kontakcie.
- Podziękuj za mięso. - I dziękuje panu za steki.
Cieszy się, że może odpalać grilla.
Dziękuję. Pa!
Ile mam?
- Dziewięć. - Dobrze.
Tu Jimmy.
Wiem, że nie chcesz mnie widzieć, ale muszę wiedzieć, że nic ci nie jest.
Chuck, chcę tylko zobaczyć twoją gębę.
Daj mi chwilę.
Chcę wiedzieć, że nic ci nie jest.
Nic mi nie jest.
Dobrze.
Cieszę się.
Mogę wejść? By pogadać?
Jak widzisz, czuję się dobrze.
A nawet świetnie.
Jak...?
Zawsze powtarzałem, że wyzdrowieję, ale nigdy mi nie wierzyłeś.
Wierzyłem.
To świetnie!
Jak to zrobiłeś?
Czego chciałeś? Poza dowodem życia?
Coś się wydarzyło
i zacząłem myśleć o tym, co zaszło między nami.
Teraz wiem, że mogłem dokonać innych wyborów.
- Doprawdy? - Tak.
Nie mówię, że to tylko moja wina.
Bo tak nie jest.
Ale gdybym mógł cofnąć czas, niektóre sprawy rozwiązałbym inaczej.
- Uznałem, że powinieneś wiedzieć. - Że żałujesz?
Tak. Żałuję.
Dlaczego?
Bo jesteś moim bratem.
Nie zostało wielu McGillów i powinniśmy trzymać się razem.
Nie. Po co w ogóle czegoś żałować?
- Jaki w tym sens? - To znaczy?
Spójrz na siebie. Cierpisz.
Po co znów chcesz przez to przechodzić?
- Bo chciałem ci powiedzieć... - Że żałujesz.
Szkoda zachodu. Jaki w tym sens?
Wciąż będziesz krzywdzić ludzi.
- Nieprawda. - Taki już jesteś.
Krzywdzisz ludzi. Na okrągło.
A następnie pojawia się ten pokaz skruchy...
- To żaden pokaz! - Wiem, że tak uważasz.
Wierzę, że twoje uczucia są prawdziwe,
ale jaki sens mają te smutne miny i zgrzytanie zębami?
Jeśli nie zamierzasz się zmienić...
Bo nie zamierzasz...
- Mogę się zmienić. - Nie lepiej sobie to darować?
Ostatecznie skrzywdzisz wszystkich wokół siebie.
Nic na to nie poradzisz. Przestań przepraszać i pogódź się z tym.
Ciesz się tym.
Miałbym do ciebie więcej szacunku.
A co z tobą?
Nie zrobiłeś nic złego? Jesteś niewinną ofiarą?
Uspokoję cię, Jimmy. Nie musisz się ze mną godzić.
Nie musimy się nawzajem rozumieć.
Dobrze jest tak, jak jest.
Nie chcę ranić twoich uczuć...
ale prawda jest taka, że nigdy nie znaczyłeś dla mnie zbyt wiele.
Złota kołdra.
Zielone krzesło.
Brązowy dziennik.
Jimmy. Cóż za niespodzianka.
- Irene! Piękna jak zawsze! - Wejdź.
- Napijesz się herbaty? - Nie chcę sprawiać kłopotu.
- Przyniosłem ci tylko kilka rzeczy. - Co to jest?
Gdy wygrywamy, trzeba to uczcić.
Miło z twojej strony.
I nie zapomniałem o Oscarze i Feliksie.
Mam tam jakieś kocie zabawki i kocimiętkę dla tych urwisów.
- Nie musiałeś. - Jasne, że musiałem.
Myślałaś już, jak chcesz wydać pieniądze z ugody?
- Nie wiem... - Powiem ci, co ja bym zrobił.
Rejs na Alaskę.
Możesz spacerować po lodowcu w blasku zorzy polarnej.
A jeśli na Alasce jest za zimno, możesz wybrać się do Europy.
Zaliczyć spływ Dunajem.
Możesz wynająć z koleżankami luksusowy apartament.
- Trochę zaszaleć. - Brzmi miło,
- ale chyba nie będą miały ochoty. - Dlaczego?
Wciąż są... złe.
Ale chyba ucieszyły się z pieniędzy?
Nie możecie pozwolić, by małe nieporozumienie
- zniszczyło wieloletnią przyjaźń. - Wszystko się zmieniło, Jimmy.
Pokazała prawdziwe oblicze.
Gdy chodziło o ugodę, w ogóle o nas nie pomyślała.
Potrzebowała chwili, by zrozumieć, co jest dla was ważne.
- Przecież zmieniła zdanie. - Chciała, byśmy przyjęły ją z powrotem.
Jak możemy ufać komuś, kto jest tak nieprzewidywalny?
Co z jej prawością?
- Winię za to siebie. - Chciałeś tylko pomóc.
Nie. Wetknąłem nos w cudze sprawy.
Wywołałem burzę.
Jeśli chcecie kogoś winić, wińcie mnie.
- Jesteś dobrym przyjacielem. - Ona nie zasługuje na ciebie.
Ani trochę.
Tak. Wyłączyłem bezpieczniki.
Sprawdziłem. Kilka razy.
Licznik wciąż pracuje.
W domu musi być coś,
co nie jest podłączone przez bezpieczniki,
i pobiera prąd.
Przyślijcie kogoś, by to znalazł i wyłączył.
W środę? Nie mogę tyle czekać.
Nie da rady wcześniej?
Zatem w środę.
Halo? Tu Charles McGill.
Jestem umówiony na 15.00 z dr Cruz.
Proszę jej przekazać,
że coś mi wypadło i nie mogę dziś przyjść.
Nie musimy przekładać wizyty. Zobaczę się z nią za tydzień.
Dziękuję.
Dobrze. Dostałeś wiadomość.
Masz broń?
Jadą.
Don Hector.
Don Eladio chciał, byśmy porozmawiali twarzą w twarz,
by uniknąć nieporozumień.
Od teraz nasz produkt będzie jeździł wyłącznie ciężarówkami z kurczakami.
To ostateczna decyzja.
Ale zrozum, że chodzi wyłącznie o wydajność.
Szanujemy ciebie i twoją rodzinę.
- Co on tu robi? - Szef chce, byście się dogadali.
Zaraz się dogadam.
Musicie pracować razem. Tego chce szef.
- Szef może wziąć do pyska. - Uważałbym na słowa.
Za kogo ty się uważasz? Powinieneś całować mnie po dupie.
Ja i moja rodzina założyliśmy ten interes.
Wszyscy go założyliśmy. Razem.
Nie! To zasługa Salamanców!
Naszych pieniędzy! Naszej krwi!
Uspokój się.
Zapłaciłem za tamten dom!
- A wy traktujecie nas jak psy! - Hector, to nic osobistego...
To jest sprawa osobista!
Wezwij karetkę. Schowajcie broń.
Nie powinno cię tu być, gdy przyjadą.
Potrzebna karetka.
Przed zakładem na rogu Aztec i Girard.
Mój szef zemdlał. Chyba ma atak serca.
Dalej!
Miał problemy z sercem?
- Zażywał jakieś leki? - Brał to.
Dzięki.
Możecie jechać za nami.
Jak tam maraton?
Nie narzekam. Przyłącz się.
Zanurz w sosie.
- To chyba przesada. - Zaufaj mi.
- Co dalej? - Monty Python.
Konkretny wybór.
Albo możemy obejrzeć znów "Zabić drozda".
- Znów? - Oglądałam rano.
Uwielbiałam to, gdy byłam mała. Kochałam Atticusa Fincha.
Wszystkie dziewczyny kochały się w Gregorym Pecku.
Nie kochałam się w nim.
No, może trochę. Ale chciałam nim być.
Walczyć w słusznej sprawie. Zmieniać świat.
- Ty nie? - To było marzenie Chucka.
Ale udało ci się!
Owszem.
Zmieniam świat, pomagając miejscowemu bankowi
stać się bankiem regionalnym.
Brawo ja.
- Z panią Landry się nie udało? - Nie. Ten most już spalony.
- Został tylko popiół. - Aż tak źle?
Nie uda mi się już tego cofnąć.
A próbowałem wszystkiego.
Wysłałem koszyk muffinek jej koleżankom.
- Podpisałem za Irene. - Miło.
Przejrzały mnie.
"Jimmy, jesteś zbyt miły. Ona nie zasługuje na ciebie".
Im bardziej staram się, by ją polubiły,
tym bardziej lubią mnie.
Chyba wykorzystałeś wszystkie możliwości.
Skoro nie pomógł koszyk muffinek...
Nie wiem, co zrobić.
Kiepski jestem w naprawianiu. Doskonale idzie mi rozwalanie.
Błąd żółtodzioba.
- Są już serowe. - Ser na serze.
Widzisz?
Czasami musisz wykorzystywać swoje atuty.
Wyszyj to na poduszce.
Tak zrobię. Walić to.
"Zabić drozda" po raz drugi.
Nie.
- Cholera. - O co chodzi?
- Pani Landry. - Masz pomysł?
Ale naprawdę nie chcę tego robić.
Cześć.
Witajcie.
W porządeczku.
Próba mikrofonu.
Dzień dobry.
Wielu z was spodziewało się, że Sandy poprowadzi zajęcia z jogi,
ale jej córka zachorowała. Wyzdrowieje.
W recepcji powiedzieli, że mogę ją zastąpić.
- Jesteście gotowi? - Tak.
Pobudźmy kręgi pozycją kot-krowa.
W porządku.
Kot...
a potem krowa.
Siedzimy prosto. Bardzo dobrze, Jasper.
Kot...
i krowa.
Długie, głębokie oddechy.
Wdech nosem, a wydech ustami.
Krowa...
I kot...
- Panie McGill. - Erin Brill!
- W samą porę na jogę. - Musimy porozmawiać.
Bierz krzesło. Zawsze znajdzie się miejsce.
Już, panie McGill.
- Co? - Jesteś nieprawdopodobny.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego pani Landry zmieniła zdanie
odnośnie ugody z Sandpiper.
Musiałam wyciągnąć z niej niemal siłą, że nakarmiłeś ją i jej koleżanki kłamstwami.
Nikogo nie okłamałem.
Przedstawiłeś sprawę w złym świetle.
No i?
Wykorzystałeś biedną panią Landry.
Czy ona wie, ile na tym zarobisz?
Nie. I zapytam ponownie: no i?
Ci ludzie ci zaufali.
Masz pojęcie, ile czasu musiałem znosić
ich zawodzenie o rwie kulszowej
albo narzekanie na wnuki?
Jasne, że mi ufają.
Zapieprzałem jak osioł na to zaufanie.
A potem je zdradziłeś.
Jeśli od miliona dolarów dzielą mnie łzy jakiejś staruszki,
niech lepiej zainwestuje w chusteczki.
Zrujnowałeś jej życie, bo chciałeś dostać pieniądze.
Wielkie mi halo.
Poza tym i tak nie zostało jej zbyt wiele czasu.
Jesteś obrzydliwy.
I bogaty.
Przepraszam was!
Zdążyliście wziąć dobre 20 oddechów.
Nie widzę zbyt wielu skłonów.
Chodźcie, dziewczyny.
Wstydź się.
No i?
Zadziałało.
- Odrzuci ugodę? - W ciągu godziny spodziewaj się telefonu.
Dobrze.
Dobra robota.
- Mówiłam szczerze. - Wiem. Dziękuję.
Macie adres?
Będę tam za godzinę.
- Rozpakujemy to. - W porządku.
Gotowe?
Posłuchaj...
Przykro mi, że nie wypaliło.
Nie szkodzi.
Rozmawiałam z kierownikiem z MVD. Mogą przyjąć mnie z powrotem.
Świetnie. Ale wiedz,
że jeśli otworzymy nowe biuro, od razu do ciebie zadzwonimy.
Dobrze wiedzieć.
- Pa, Kim. - Pa.
Rozumie to.
Co zostało?
To chyba wszystko. Tu są rzeczy biurowe.
Terminarz. Wizytownik.
Dlaczego to zrobiłeś?
Bo żaden senior nie zbliży się już do mnie.
Potrzebny mi nowy model biznesowy, gdy odzyskam licencję.
Kim. To bezcelowe.
Obsmarowują mnie w trzech stanach. Wysyłają do wszystkich telegramy.
Nie wiadomo.
To porządna ściana.
Tak sądzisz?
Będziemy mieć kolejną.
Lepszą.
Gotowy?
Chodźmy do domu.
Prąd od Chucka ciągnął: michnik
.:: Napisy24.pl - Wprost od tłumaczy ::.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.