Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
* Grający z talerza *
Marczyk!
Marczyk!
Oj, Marczyk... Tu jestem.
Pogrzeb mi uciekł. Dawno przechodził?
Ano przechodził.
Ale dawno? Na konsolacji mam przygrywać.
Niedawno. Nie goń tak, Lunda, własnych nóg nie przegonisz.
Ie ci będzie? 60?
40. No widzisz. I po co tak gonić?
Odpocznij trochę, Lunda. Skrzypce wystrój, zagraj coś.
Wyoraliście jakieś szkło?
Wyorałem, wyorałem.
Cicho...
Sio!
A z sikania jeszcze grasz?
Tak, żeby było weselej? No.
Nie, już nie gram.
Wyorałem cały talerz, z pięknym szlaczkiem.
To by było granie!
Nie! Z pełnego talerza nigdy nie wolno mi grać!
To nie dla mnie muzyka!
Marczyk! Jaki dzisiaj dzień?
Dzień jak dzień. W pole jutro trzeba.
Ale czy sobota? Może i sobota. Dzień jak dzień.
Marczyk, ser mi się już przejadł.
Pasiecie mnie tym serem jak warchlaka.
Nie mogę więcej. Chcę kiełbasy.
Ser mu się przejadł... Ty szkarada Studzienna!
A powietrze ci się nie przeoddychało?
Skąd ja ci wezmę kiełbasy?
Myślisz, że u mnie kiełbasa na drzewach rośnie?
Marczyk! To może chociaż kaszanki pętko?
OKRZYK BÓLU
No... Kaszanki pętko.
BRZĘCZENIE MUCHY
DŹWIĘK KAMERTONU
No!
No tak...
Znowu ma być kazanie?
Co to, ja ksiądz jestem?
Tamtemu kaszanki, a tobie pewnie obroku.
A co to, ja bogacz jestem?
Czas chyba śmierć dla siebie wyprosić,
tyle mam Z wami mitręgi.
A ta przyjdzie, palce położy na oczach
i człowiek będzie chmury orał, a nie gorzką ziemię.
Tylko czy ziarno aby utrzyma się na chmurach?
Nie przeleci jak przez mgłę?
No i wyprosiłem!
A co ty, Marczyk? W niedzielę pole orzesz?
W sobotę, w niedzielę -jaka to różnica?
Ziarno nie będzie się pytało, w jaki dzień posiane.
A przy moich latach...
każdy dzień święty.
Co innego z tobą.
Ty - młoda.
Przyszłam po ciebie, Marczyk. Wolałeś mnie.
Wolalem?
Przecież to żarty były.
Żarty nie żarty, nie żartuje się ze śmiercią.
A twoje dni i tak zeszły.
Jak - Zeszły?
Niby jakim prawem?
A Kocięba prawie setki dożył. Dużo lepszy ode mnie?
A Gniewisz? Starszy ode mnie o trzy lata.
Nie pomyliłaś czasem drogi?
Głupiś, Marczyk. Nie targuj, bo nic nie utargujesz.
Nie przypominaj zasług,
bo ja nie mam na kosie miary dla nich.
Czasem dziecko muszę stąd zabrać,
drobinę ledwo odrastającą od ziemi.
I ono się nie _targuje jak stary Zyd,
tylko idzie posłusznie.
Pole muszę doorać, kobyłkę nakarmić...
Ty zrozum: nic się nie stanie,
jak sobie zbierzesz żniwo gdzie indziej,
a po mnie wrócisz za jakiś czas.
Serca nie masz w piersi?
Głupiś, Marczyk. Pewnie, że nie mam serca.
Kamień polny mam w piersi.
Pewnie, że nie mam serca.
Jak bym inaczej dała radę z kosą chodzić?
Kamień polny mam w piersi.
I niczym go nie zmiękczysz. Zadnym zaklęciem ani prośbą.
Dawaj łeb, Marczyk!
Dość gadania.
A gdybym ja ci przyprowadził czwórkę takich,
co to sami pójdą pod twoją kosę, posłusznie, cichutko?
Czwórkę? Czwórkę.
Może nawet piątkę.
Nie zmęczysz się, nóg nie schodzisz,
tylko poczekasz jak jakaś pani.
I co byś chciał za to?
Osiem dni jeszcze pożyć. Sprawy załatwić.
A jakie ty możesz mieć jeszcze sprawy?
A czyja się ciebie pytam o twoją robotę?
Sześć dni mogę poczekać.
Teraz to ty się targujesz. No, siedem.
Siedem?
Niech będzie siedem.
Znaczy w niedzielę, za tydzień. W niedzielę, Marczyk.
Tylko pamiętaj, że przede mną się nie schowasz.
Jest jeszcze jedna sprawa. No?
Kaszanki potrzebuję pętko.
Takie mam pragnienie na kaszankę jak nigdy.
Nie możesz dołożyć do umowy pętka kaszanki?
W końcu cztery dusze to niemało.
Mówiłeś pięć.
Może pięć. Oj, Marczyk, Marczyk...
Śmierć chcesz okpić - targujesz, kaszankę wypraszasz.
Oj, Marczyk, Marczyk!
Kamień polny...
Ludzkie serce masz w piersi.
Ej, ty tam, szkarada Studzienna!
Kaszankę ci spuszczam.
Ale po co tyle tego? Wesele Marczyk szykuje?
Kobyłkę za mąż wydajesz? Chyba nie wybierasz się nigdzie?
A wybieram się. Ale wrócisz szybko?
Wrócę, wrócę. Nie dam ci zdechnąć z głodu.
Wziąłem cię sobie na łeb, na sumienie, to i muszę wrócić.
Stało się coś?
A stało się, stało, szkarada Studzienna.
Śmierć muszę przez ciebie okpić.
A bystra ona, trudna do ugadania...
Zanim pójdę tam...
Albo tam.
Marczyk!
Mówiłeś, że kiedyś stąd wyjdę. Mówiłeś to.
Mówiłem. I co?
Ano... wyjdziesz... kiedyś.
Kiedyś pewnie wyjdziesz.
Nie mogę odejść.
Nie mogę odejść!
GWIZD LOKOMOTYWY, ODGŁOSY BURZY
STUKOT KÓŁ, CHRAPANIE PASAŻERA
To jest kosa. Pan Bóg ją stworzył do koszenia zboża.
Tak wymyślił Pan Bóg, nie inaczej.
GWIZD LOKOMOTYWY
PISK HAMOWANIA
Jurek, szybko!
Sekundę, już pomagam.
Co się stało?
Takie małe byle co.
Takie małe byle co.
A jakie wielkie nieszczęście chciało wyszykować.
Jadę, patrzę, a tu stoi takie małe.
Ledwo Zdążyłem wyhamować.
Żeby chociaż większe.
Dziękuję, Lesiu.
Dziękuję, W porządku.
Napij się jeszcze. Nic się nie stało.
Umiesz mówić?
No to powiedz. Janka.
Co "Janka"? Co "Janka"?
Na imię Janka.
Nikt cię, maluchu, nie pyta, jak na ciebie wołać!
Po coś się pod koła podstawiła?
108.
Co "sto osiem"? Co "sto osiem"?
Tyle mierzę - sto dziesięć bez dwóch centymetrów.
Widział to kto? Sto dziesięć bez dwóch centymetrów!
Aja mam sto osiemdziesiąt i pod maszynę się nie podstawiam.
Ale ja do szkoły chciałam iść, do pielęgniarek niskorosłych,
i mi dwóch centymetrów zabrakło.
Sierotąjestem. Nie miał się kto za mną wstawić,
a tam od metra dziesięć przyjmują.
Za nogi się wieszałam, dzięcielinę piłam i nic.
I nic? Nic.
No proszę, nic.
A buty wyższe?
Na boso mierzą.
A to sukinsyny! Na boso...
- A może pietruszka? - Co "pietruszka"?
Nalewka na spirytusie z pietruszki.
Głupiś, to na prostatę, na odpuszczenie moczu.
A może źle zmierzyli?
Właśnie.
Może źle zmierzyli.
- No jak? - Rzeczywiście sto osiem.
Mówiłam: sto dziesięć bez dwóch centymetrów.
To co teraz zrobisz?
Poczekam na towarowy. Za półtorej godziny będzie szedł.
GWIZD LOKOMOTYWY
Lubisz, jak jabłko spadnie na ziemię?
Ten odgłos.
Jak wiosną szreń podmaluje trawę.
Albo jak pies, co szczeka daleko,
i po mgle pójdzie taki cieniutki jazgot.
Albo jeszcze co innego.
Jesień jest, dajmy na to, i łętowy dym puknie w nozdrza.
ODGŁOSY BURZY Nie jem dużo, naprawdę malutko.
A umiesz coś specjalnego?
To znaczy co?
No... Jeden, dajmy na to, gra na instrumencie,
drugi wiersz ułoży.
Pan Bóg jest zmyślny, a w gruncie rzeczy sprawiedliwy.
Coś ci tam chyba dał za te brakujące centymetry.
Ptaki wołam.
Jak wołasz?
Cmokam, jak na psy.
L co, przylatują?
Przylatują
CMOKANIE
No i co?
A dla kogo to będzie?
NUCI
A ty?
Zalewajka?
Grzybowa?
Kartoflanka.
O, Jezu, Jezu...
Koperkowa.
Koperkowa.
Tak, koperek.
Koperkowa.
PODŚPIEWUJE
Zimno ci, Marczyk?
Zimno.
Oszukałeś mnie, chłopie.
Oszukałem.
L co?
I nic.
Słowa nie powiesz?
Serce masz dobre. Sierotę niskorosłą przygarnąłem.
Serce masz dobre.
Znasz grajka, tego co gra ze szklanych ułamków?
Znam. Lunda się nazywa.
To go przyprowadź do mnie, niech mi zagra.
Może to mi serce wypogodzi.
Ie mam jeszcze dni?
Przyprowadź grajka.
Nie ruszaj kobyłki, kostucho, ona niczemu nie winna.
Dziwnie bronisz życia, Marczyk.
Już ci nie spieszno do swoich?
Sierotę przygarnąłem, niskorosłą wybrakowaną.
Masz serce w piersi.
Dziwnie bronisz życia, Marczyk. Nie poznaję cię.
Ie mam dni? Grajka przyprowadź.
Każę mu zagrać z takiego talerza,
jakiego jeszcze ludzkie oko nie oglądało.
Czego się mażesz, głupia?
Wypada tak na drogę.
Przecież jutro wracam.
Wszystko pamiętasz?
To powiedz.
Kurom żytka i skorupek po jajkach.
Krowie siana i wydoić, jak się uda.
Drzwi zamknąć na duży skobel.
Zostaw.
NUCI
SŁYCHAĆ NUCONĄ MELODIĘ
Nie zagram! Gówno! Za nic nie zagram!
No, masz.
A jaki nadzwyczajny talerz ona może mieć?
Zagrasz jedno koło.
Jeden gówniany szlaczek, to wszystko.
Nie zagram. Nie wolno mi.
Sam sobie zagraj,
jak sobie to karłowate straszydło przyprowadziłeś.
Sam sobie graj!
Kiedy nie potrafię, a ty potrafisz.
Aleja się boję. Bardzo się boję.
Czuję, że z pełnego talerza nie wolno mi grać.
Aż mi się serce rwie i ręce świerzbią,
ale czuję, że mi nie wolno.
Cała bieda w tym, Lunda, że ja czuję to samo.
RŻENIE KONIA
Hej, hej!
Hej, hej!
Kur dopilnowałam, Muszka nakarmiona, krowa wydojona.
I w ogóle wszystko się udało.
DŹWIĘKI SKRZYPIEC - SMUTNA MELODIA
KRZYK PTAKA
No trudno...
ŚPIEWA: Za stodołą, koło morza, kąpała tam baba tchórza.
Myje go, kąpie go,
już ma kupca na niego.
Zdaję rachunek z życia.
Takie tam życie.
Krzywdziłem najmniej, jak się dało.
Kochałem, ile było można.
Takie tam życie.
Sieroty przygarniałem.
One zaświadczą.
Takie tam życie.
Śmierć...
chciałem oszukać dwa razy.
I jeszcze raz spróbuję.
Więcej nie pamiętam.
Serce jej pękło, Marczyk.
Nawet nie zdążyłam palców na Ślepiach położyć.
Serce jej pękło, aż było słychać na kilometr.
Wiedziałaś, że przyjdę za nią.
Wiedziałam. Teraz na mnie pora.
Na ciebie, Marczyk.
Grajek ci serca nie wypogodził.
Serca? A czy śmierć może mieć serce?
Kamień polny mam w piersi i zaraz ci go położę na oczach.
Grajek kamienia nie skruszył?
Nie chciał zagrać z mojego talerza.
Kosa jest do żniwowania.
Tak wymyślił Pan Bóg, nie inaczej.
A co ja robię innego, Marczyk? Ty jesteś moje żniwo.
Ty jesteś moje żyto i pszenica. Ja żniwuję. Marczyk.
NUCI
ODGŁOS WIRUJĄCEGO TALERZA
ODGŁOSY BURZY
Nie chciałem zagrać dla kostuchy.
Nie chciałem z pełnego talerza, nie wolno mi.
To jest skończona, pełna muzyka dla Pana Boga, nie dla ludzi.
A gdybym się dał namówić? Gdybym zagrał?
Może by śmierci zabiło serce. Kto by wtedy ludziom zamykał oczy?
Cały porządek by się zawalił.
Cały porządek...
To zagraj chociaż dla niego.
Dla niego zagram.
SMUTNA MELODIA
KOBIECY ŚPIEW - WOKALIZA
WESOŁO: A podłóżcie mi tam coś ciepłego pod dupę!
Trzymaj się! Trzymaj się postronka!
Trzymaj się postronka!
Obwiążę cię nim, a potem wyjdę na górę i cię wyciągnę.
Trzymaj się. Tam jest taka skrytka.
Marczyk cię tu schował?
Marczyk.
Uciekałeś przed kimś?
Chciałaś się utopić.
Marczyka zabrała śmierć.
ODGŁOSY BURZY
PŁACZE
Kochałeś go?
A ty?
Ja?
Marczyk mnie przygarnął, to wszystko.
Wszystko?
A co tu mówić więcej?
Przecież masz oczy i widzisz, ile mi brakuje.
Widziałem cię kiedyś, jak zaglądałaś do studni.
Ale z bliska jesteś jeszcze ładniejsza.
Ładniejsza?
No.
Włosy masz takie niezwykłe...
uszy małe...
zgrabny nosek...
i oczy jak bławatki.
Naprawdę jak bławatki?
Naprawdę
Włosy niezwykłe?
Kasztanowe, błyszczące.
I oczy jak bławatki.
Jak bławatki?
No.
Masz śliczną bródkę, jak piłeczka okrągłą.
I ząbki masz takie białe...
Jak mleko. Jak mleko?
I usta masz odęte...
jak u dziecka.
Mów jeszcze, mów, co mam.
W ogóle jesteś śliczna.
PIANIE KOGUTA
Piłeczka... mleko... bławatki...
Dobrze, że nie jest na odwrót.
Jak "na odwrót"?
Że ten drugi nos nie jest na środku.
To znaczy - w miejscu pierwszego. I te drugie usta...
I oko też jest mniej kolorowe.
Mniej kolorowe?
Jak moje. Mniej bławatkowe.
I w ogóle to jesteś ładniejszy, niż myślałam.
Ładniejszy?
Ładniejszy.
No tak, ładniejszy.
Głodna jestem.
Musimy się stąd jakoś wydostać. Ale jak?
Już nad tym myślałem.
L co?
I nic.
Postronek musimy zrzucić jakoś z cembrowiny,
żeby tu do nas doleciał.
CMOKANIE
C dalej?
Trzeba będzie jakoś żyć.
Umiesz siać zboże, kosić, robić chleb?
Nauczę się.
Ja potrafię gotować koperkową,
szyć, cmokać na ptaki, śpiewać do snu.
Chcesz być ze mną?
Drzewo rąbiesz?
Rąbię.
Pod kuchnię?
Pod kuchnię. Do pieca.
Jak przyjdzie zima, na ogień.
I dobrze ci się rąbie?
Dobrze mi się rąbie.
Wyspałeś się?
WESOŁO: Wyspałem się, moja ty drobino. Wyspałem się!
Z miłości rosnę, normalnie.
Z miłości. Zakochałam się w tobie i rosnę.
A jak się odkochasz?
Muszę się odkochać. Za jakieś pół metra.
C będzie, jak się nie odkocham? Większa od ciebie urosnę?
Zostawisz mnie.
Piękna będziesz. Kawalerów się nazlatuje i mnie zostawisz.
Jak mogłeś tak powiedzieć? Jak mogłeś?
Nigdy cię nie zostawię, mój kochany. Nigdy.
RŻENIE KONI
W ODDALI: Dobra, stajemy!
Chyba cyrk, prawda, Morka?
Na pewno cyrk.
Boisz się ich?
Boję się. Dlaczego się ich boisz?
Uciekłem z cyrku.
Wystawiali mnie na pokaz.
Wiązali jak dzikie zwierzę i bili.
Pewnego razu nie upilnowali. Przegryzłem postronek i uciekłem.
Od tej pory mnie szukają.
To oni?
Nie wiem. Chyba nie.
To ukryj się szybko. Na strychu.
Załóż maskę i ukryj się.
A ty? Ja ich szybko stąd przepędzę.
Dzień dobry.
Dzień dobry. Może pani nam pomoże?
Szukamy grającego z talerza.
Gdzieś tu mieszka, ale nikt nie wie gdzie.
Grający z talerza? Tak o nim mówią.
Podobno gra z tych szlaczków na talerzach.
Czyta Z nich jak z nut.
Osobliwości szukacie?
Może ja bym się nadała?
Pani? Nie, przykro mi. Mamy już parę karzełków.
Ona - 82, on - 84 cm.
To straszne maluchy.
No tak, maluchy.
A ja właśnie rosnę.
No jasne, właśnie pani rośnie.
Aja naprawdę rosnę
To jest drewniane jabłko.
Wyrzeźbiłem je dla ciebie.
Teraz zakładam ci je na szyję, żebym cię mógł Zawsze rozpoznać.
Gdzie byś nie była.
Mówisz jak na ślubie. Czy to jest nasz ślub, Morka?
Nie wiem, Janka.
Bez jabłka mnie nie poznasz?
Rośniesz 10 cm na dzień.
Nie wiem, kiedy znajdę grajka. Może za dzień, może za trzy dni.
Kiedy wrócę, możesz być całkiem odmieniona.
Musisz go szukać?
Muszę. Jak ja go nie znajdę, to znajdą go tamci, z cyrku.
Wiadomo, co z nim zrobią? Może to samo, co ze mną kiedyś.
Nie mogę na to pozwolić.
Wiesz, w którą stronę iść?
Nie wiem, Janka.
Bądź Zdrów, Morka.
Bądź zdrowa, Janka.
SKOCZNA MELODIA, GRANA NA HARMONII
KRZYK, GRZMOT PIORUNA
DŹWIĘKI SKRZYPIEC - SMUTNA MELODIA
KOBIECY ŚPIEW - WOKALIZA
KRZYK
CISZA
Nie mogłem mu tego talerza wyrwać. Nie chciał puścić.
To przeciągnąłem na miejsce z talerzem.
Przywiązałem postronek do nogi i przyciągnząłem.
Ta muzyka tak mnie otumaniła.
Słaby jestem.
Stawałem czasami, wygrywałem zawijasy z talerza.
I tak, niechcący, kostuchę przyciągnąłem za sobą.
Uczepiła się tej muzyki. Nic, tylko grać i grać.
Aż mnie ręce bolały i smyk upadał na ziemię.
I co zrobiłeś?
CHICHOT
27. Wczoraj było 29, co oznacza, że już dwa przeszły jej do serca.
Jutro ją uwolnię.
Niedługo cię wykopię
Hej, ty! Hej!
Hej!
Pogniewała się.
Mówi, ze jak stąd wyjdzie, to mnie pierwszemu zamknie oczy.
Mogę Zapytać? Pytaj.
To dobrze czy źle, że miałaś skruszone serce?
Dobrze czy źle dla ludzi?
O ludzi pytasz, a chodzi ci o siebie.
Sam sobie odpowiedz na to pytanie, ale nie teraz.
Poczekaj trochę i sam sobie odpowiedz.
Ta twoja mała... Janka.
Gdyby mi grajek serca nie obudził, gdzie by była?
W zimnej ziemi, czy nie tak?
W zimnej ziemi...
Nie odpowiadaj teraz.
Sam sobie odpowiesz, jak przyjdzie czas.
I ty nie jesteś głupi. Dobrze się ze śmiercią sprawiłeś.
Tymi z cyrku się nie przejmuj. Niech tylko podejdą blisko.
Pułapek nastawiam, w bagnie potopię, niech tylko podejdą.
Z pełnego talerza już nigdy nie Zagram.
O nie, to nie dla mnie muzyka.
Wracam rano do mojej ukochanej.
Wracaj. Ale pamiętaj, żebyś dobrze rozpoznał miłość.
Jabłko jej zawiesiłem na szyi, poznam od razu.
Głupiś!
Nie o tym mówię!
Ja też kiedyś kochałem, ale pozwoliłem za innym odejść.
On umiał dom zbudować, sukienkę kupić.
Dobrze im się teraz żyje.
Czasami podchodzę pod płot, na dzieci gwiżdżę.
POGWIZDUJE
Ja też potrafię dom zbudować, sukienkę kupić.
Co chcesz, potworze? Potrzebujesz lustra?
Ona pewnie piękna teraz, a ty dalej potwór.
Lunda, co ty?
SKOCZNA MUZYKA, ODGŁOSY ZABAWY
KRZYK MORKI
- Zdążę jeszcze na potwora? - Zdąży pan.
To proszę bilet.
Pan idzie, to ostatni numer.
OKLASKI
RYTMICZNE DŹWIĘKI WERBLA I TRĄBKI
Szanowni państwo, oto specjalnie dla was
historia pewnego nieszczęśnika, który zjadł swojego brata.
ŚMIECH PUBLICZNOŚCI
Tak, zjadł swojego brata bliźniaka.
I zaraz tę historię sam państwu przedstawi.
Historię potwora bratożercy.
OKLASKI
Brat zjada brata.
Silniejszy bliźniak zjada słabszego.
Musiał to zrobić, żeby przeżyć.
Biedna matka, nie dała rady wykarmić podwójnego płodu.
Nie miała pieniędzy na życie.
W ten sposób wjej brzuchu z dwóch bliźniaków powstał jeden.
Potwór. Nazywał się Morka.
OKLASKI
Potwór ukrywał się w studni.
Nie wiadomo, jak długo by to trwało,
gdyby nie pewien dziwny przypadek.
Akurat w tej samej studni
postanowiła się utopić maleńka, nieszczęśliwa dziewczyna.
Od tej chwili dla potwora nastały piękne dni miłości.
OKLASKI
Siadywali sobie przed chałupa,
świecił im księżyc, śpiewały świerszcze.
Pokochali się tak mocno, tak szczerze,
że pewnego dnia maleńka dziewczyna zaczęła rosnąć.
Siali, orali, zbierali.
Żyli długo i szczęśliwie.
To prawda z tym bratem bliźniakiem?
Może tak, może nie.
I sprzedajesz to za pieniądze?
Sprzedaję
Żle ci poradziłem.
Głupi byłem. Głupi jak but i bez serca.
Żle ci poradziłem
i przez tę Złą radę dwa lata cię szukałem.
Aż znalazłem dzisiaj.
Janka... Janka, Janka, idioto.
Czułem to. Przeczuwałem.
Czeka na mnie? Czeka.
Ale...
Ale czyja... No co?
Ale czy na pewno pasuję do niej?
Mówiłeś... Mówiłeś, że nie pasuję.
A teraz znowu pasujesz.
Odmieniła ją miłość do ciebie. Teraz znów do niej pasujesz.
Tak jak jeden dziwoląg może pasować do drugiego.
GRA SKOCZNĄ MELODIĘ
Oj, Zagrałbym, zagrał z sikania!
Posikasz mi, bracie, do grania?
Stary Marczyk też sikał do grania!
Janka!
Morka?
Morka, kochany.
Dwa lata czekałam.
I rosłaś.
Z miłości i tęsknoty.
Wróciłem do ciebie, Janka. Przyjmiesz mnie?
A jak mogłabym nie przyjąć? Morka...
Tylko jak my będziemy żyli, Janka?
Zwyczajnie, Morka.
Jak Idzie.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.