Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Stój!
Zabiję cię!
Puść go!
Ten gość przy drzwiach, który palił?
To sympatyczny instruktor i ma dobry wóz.
Kiedy się przekona, jak dobrze mnie wyszkoliłaś,
pozwoli mi na nim ćwiczyć.
Skąd przekonanie, że w ogóle umiesz?
Tata nie kupi mi samochodu, nawet jak zrobię prawko.
Jeśli powiem, że to mój brat, zażądają dokumentu?
Zdejmij okulary, w deszczu nic nie widzisz.
- Świeci też słońce. - Zdejmij!
Niech ci będzie.
Podobno biegun północny topnieje.
- Dlatego tak pada. - Nonsens.
Widziałam na Instagramie. Głupie, nie?
- Że deszcz nie pada z góry. - Zjedź w lewo, przepuść go.
- Co? - Nie uważasz.
Patrz w lusterka.
Dlatego powinien uczyć mnie facet.
- A jak coś ci się stanie? - Wystarczy, że będziesz uważać.
- Nie wolno korzystać z telefonu! - Tkwimy tu od godziny.
Powiem tylko, że nie mogę rozmawiać.
Pilnuj odległości.
Co u ciebie?
U mnie to jeszcze potrwa.
Która jest godzina? Siódma?
Nie dotrę przed dziewiątą. Stoimy w korku.
Ostrzegają przed zalaniem. Jesteśmy...
Gdzie właściwie? Będę w domu koło dziewiątej
Zatrzymaj wóz!
- Zaraz wracam. - Co się stało?
Przepraszam.
Cześć, co u ciebie?
MIĘDZY LUSTRAMI
Może właśnie za tymi zamkniętymi drzwiami kryje się
droga do zbawienia, a Bóg chce, żebyś za nimi stanął.
- Cześć. - Witaj synu.
Bóg zawsze na ciebie czeka.
To nigdy Go nie znuży.
Zawołaj do Niego.
Nie musisz daleko iść, jesteś prawie u celu.
A jednak pozwalasz, by hamował cię lęk.
- I co teraz? - Nie zrobiłem nic złego.
- Płakała przy wszystkich. - I to znaczy, że mówi prawdę?
Podała adres, jechała tym samym autobusem co ty.
Nie jechałem wczoraj autobusem!
Twierdzi, że widziała cię z kobietą.
To dlaczego wtedy nie zażądała wyjaśnień?
Znasz ją. Nie zrobi sceny kobiecie.
Wczoraj do 19.00 byłem w Bandar Abbas.
Po twoje zamówienie. Dostarczyłem je, zgadza się?
Czyli kłamie?
- Dlaczego? - Nie wiem!
Coś jej się uwidziało.
Ze względu na dziecko odstawiła leki.
Jalal, nie bądź wobec niej wredny.
Muszę wracać.
Cześć.
NAUKA JAZDY "SATURN"
Nie jedźmy tam.
- Słucham? - Nie jedźmy tam.
Mówiłaś, że wczoraj źle się czułaś.
Miałaś skurcze.
Nie hamuj!
Daj mi prowadzić!
Weźmiesz moją torbę?
Chcę ci coś pokazać.
Otwórz.
Wyjmij kartkę.
Nie tę, zieloną.
Co to jest?
Wydruk z banku.
Z jaką datą?
Farzaneh?
- Wczorajszą. - A godzina?
- Skąd mam wiedzieć? - Jest tutaj.
Spójrz na adres oddziału.
Bandar Abbas.
Twierdzisz, że wczoraj nie było cię w mieście?
Od siódmej do dziewiętnastej siedziałem w Bandar Abbas.
To pokwitowanie. A przesyłka jest już u taty w sklepie.
Chcesz tam pojechać zamiast do lekarza?
Widziałam cię, Jalal.
To byłeś ty.
Mogę znowu brać tabletki? Może mniejszą dawkę.
- Po co? - To naprawdę tak niebezpieczne?
- Niech pani jej nie słucha. - Znów odczuwa pani niepokój?
- To nie jest niepokój. - Odpuść.
Rozmawialiśmy o tym: lek może zaszkodzić płodowi.
To nie jest niepokój. Mam urojenia.
- Słucham? - Urojenia.
Widzę coś, co się nie wydarzyło. Ludzi, których nie ma.
Wczoraj Jalal był poza miastem, a ja widziałam go na ulicy.
Gwałtownie zeszła pani z wysokiej dawki.
Mogą się pojawić skutki uboczne, ale to minie.
Przysięgam, widziałam go. Nie kłamię.
Przepraszam.
Co się stało?
Mdłości.
Wykupiłeś?
Nie mieli. Dali mi zastępnik.
Nie bierz tego.
Nie wytrzymam bez nich. To mnie zabije.
Jaką matką będę w takim stanie?
W autobusie to nie byłeś ty?
Proszę, powiedz.
Przysięgam, to nie byłem ja.
Co, jeśli zwariuję?
Nie pozwolę na to, jestem przy tobie.
I przestań tak mówić.
Jest na trzecim piętrze. Widzisz?
Tak.
- Mówisz tak dla świętego spokoju? - Nonsens!
- Chodźmy. - Zostanę, nie chcę robić sceny.
A co ja jej powiem?
Widzi mnie stamtąd.
- Chodźmy razem, powiesz jej sama. - Idź sam, w razie czego zadzwoń.
Tylko powtórz wszystko, co powie, niczego nie ukrywaj.
- Czy kiedykolwiek tak zrobiłem? - Po prostu... obiecaj.
Słuchaj...
Przysięgnij.
Na to dziecko.
Dobrze.
Przysięgam na to dziecko.
Jedziemy.
Jedźmy stąd.
Co się stało?
Później porozmawiamy.
Co powiedziała?
- Drzwi otworzył jakiś mężczyzna. - Może jej mąż.
- Czyj? - Kobiety, z którą był Jalal!
Jedźmy już.
- Nie wchodzisz? - Muszę wracać do pracy.
Podwiozłabym cię.
Zawołasz Jalala?
Gdzie byłaś, czekam od godziny!
- Twój tata cię woła. - Dlaczego nie wejdzie?
- Dlaczego nie wchodzisz? - Mogę cię prosić na chwilę?
Odwiozę tatę.
- Kluczyki? - Mam kursantkę.
Naprawdę!
Cześć.
Wracam niedługo!
- Wezwała pani dekarza, pani Basiri? - Wszystkim ciekną dachy, to potrwa.
Zalewa nas!
I nas też. Jalal zajrzy do państwa, może coś załata.
To nie jest normalny deszcz, czuję się jak w pralce!
Dobrze, że cię widzę, Mohsen.
Przyszedł gość od naprawy, nie wiedziałam, co mu powiedzieć.
Bita, nie zauważyłam cię.
Lokator wydzwania, a ja kompletnie się na tym nie znam.
Zajrzysz?
Trzeba wymienić uszczelkę, ale nie mam takiej.
- Pójdę i od razu kupię. - Spieszę się.
Proszę cię, wszyscy marzną! Dasz mi starą?
Proszę.
Zaraz wracam.
Widział pan mojego męża?
Nie, ale podejrzewam, że jeszcze pani nie wie.
O czym?
Niech pani przejrzy pozostałe.
- Ma pani zdjęcie męża? - Tak.
Mam ręce w smarze.
Jest młodsza ode mnie.
To zdjęcie sprzed kilku lat, tuż po ślubie.
- Kiedy się urodziła? - W 1982.
Pani też?
- Czerwiec? - Szósty czerwca.
Farzaneh jest dwa tygodnie młodsza.
Farzaneh, moja żona. Urodziła się 18 czerwca.
Czyli jesteśmy...
Nie wiem.
Może jakoś jesteście siostrami? Bliźniaczkami?
Ale co z pani mężem i mną?
Nawet jeśli jesteśmy braćmi...
To się nie trzyma kupy.
Kompletnie.
I co dalej?
Nie wiem, jak pani, ale ja wymienię uszczelkę i tyle mnie widzieliście.
- Pańska żona wie? - Jeszcze nie.
Muszę jej powiedzieć delikatnie.
Tego nie da się zrobić delikatnie.
Mógłbyś mi je przesłać? To nie kłopot?
- Jasne. - Chcę pokazać mężowi.
Żeby tylko nie zemdlał.
Podasz mi swój numer?
935...
371-61-14.
- 61... - 14.
Bita Jabbari.
- Coś nie tak? - Nieważne.
Powiedz.
Kiedy się roześmiałaś, wyglądałaś zupełnie jak moja żona.
Nic w tym dziwnego.
Może, ale ona przestała się tak śmiać.
Halo?
W domu, dlaczego? Która godzina? Tak późno?
Już wychodzę!
Widzę twój cień! Otwieraj!
Wiem, że tam jesteś!
Widziałam, jak Jalal stąd wychodził. Jest żonaty!
Ze mną!
Jalal?
Farzaneh!
- Skąd się tu wzięłaś? - Spanikowała i zadzwoniła?
- Chodź, wszystko ci wyjaśnię. - Co?
- Tutaj nie mogę. - Dlaczego?
Wszystko w porządku, Mohsen?
Tak.
- Zaraz idziemy. - Co to za Mohsen?
Wejdźcie do środka, sąsiedzi się denerwują.
Kim jest Mohsen?
Wejdźmy.
Jak to możliwe, Jalal?
- Jej mąż też? - Tak, pokazała mi zdjęcie.
To jego widziałaś w autobusie.
O co tutaj chodzi?
Kim są ci ludzie? Chodźmy stąd.
Nie bój się.
Napij się wody.
Masz lodowate dłonie. Przyniosę ci koc.
Nie!
Musimy wracać.
Jalal, chodźmy.
Poczekaj, aż lepiej się poczujesz
Nie.
Macie dziecko?
Tak, w pierwszej klasie.
Miałam po niego iść, jestem spóźniona.
Pójdziemy już. Możesz wstać?
Tata cię odebrał?
- Mówię do ciebie! - Sam wróciłem.
- Kto zadzwonił do taty? - Woźny. Zobaczył, że wychodzę.
Dlaczego nie zaczekałeś?
Koledzy się śmieją, że mnie odbierasz.
Masz czekać, kiedy się umawiamy, że przyjadę.
- Dlaczego go przesłuchujesz? - Chcę tylko wiedzieć,
dlaczego do ciebie dzwonili. Ja miałam go odebrać.
Woźny nie będzie czekał w nieskończoność.
Nie spytasz, dlaczego się spóźniłam?
Gdzie byłaś? Zostały dwie godziny!
- Bardia, idź do siebie. - Ja tylko gram.
- Trzeba odrobić lekcje! - Odpowiedz!
- Gdzie byłaś? - Bardia!
Nie tym tonem przy dziecku, dobrze?
- Gdzie byłaś? - Wiadomo coś o Ghiasim?
Coś mnie rozproszyło na kilka minut, też mi afera.
- Co z Ghiasim? - Nie twoja sprawa.
Jeśli cię przeniosą, będę musiała się przeprowadzić.
Nie muszę ci się tłumaczyć!
Zdejmij je. Pomóc ci teraz z matematyką?
Później będą goście.
Wyglądasz jakoś inaczej.
Czyli?
- Zrobiłaś sobie coś z twarzą? - Nie.
To cała praca domowa?
Wyglądasz czadowo!
Tak się nie mówi do mamy.
- Jeszcze jakieś lekcje? - Nie, mamo.
Synu, masz się nie plątać pod nogami, kiedy będą goście.
- Wieczorem jest mecz! - A oni przychodzą go obejrzeć.
- Chcę oglądać z wami! - Nie, będziemy rozmawiać o pracy.
Wytłumacz mu.
Nic nie powiesz?
Możesz obejrzeć na mojej komórce.
Przysiągłeś.
I co miałem ci powiedzieć?
Wystarczyło prawdę.
A gdybyś się zdenerwowała i zaszkodziła sobie albo dziecku?
Nie skłamałem. Uznałem, że Jalal powinien ci powiedzieć.
- I proszę! - Nie dałaś mu szansy.
Wracał, żeby z tobą porozmawiać, ale...
Co to za gość?
- Nie mam pojęcia. - Ty jeden możesz wiedzieć.
Mam tylko jedno dziecko.
Co mam teraz zrobić?
Jak się miewa twoja żona? Pozdrów ją.
- Mohsen? - O co chodzi?
- Co chcesz? - Będziesz miał chwilę po meczu?
Nie wiem, a co?
Chcę porozmawiać. Powiedziałeś mu?
Jeszcze nie. Przygotowuję grunt.
Zrzuć winę na mnie; że nie chcę wyprowadzać się z Teheranu.
Każda inna kara, ale nie przeniesienie.
Zobaczę, co da się zrobić.
Powiedz, że mam problemy psychiczne.
Sytuacja się zmieniła. Jego żona wniosła skargę.
- Że? - Podobno ma złamany kręgosłup.
- Tak twierdzi Morteza. - Mówiłeś, że dałeś mu w twarz!
Może trochę pobiłem. A ta czego chce?
Telewizor gra za głośno? Przepraszam, nie domknąłem drzwi.
Nic takiego. Przyniosłam uszczelkę, ale już cię nie było.
- Co? - Ja wezmę.
Dziękuję.
- Wszystko w porządku? - Tak. Wracam oglądać mecz.
Co się stało? Możesz przestawić wóz?
Przepraszam, że tak zwalam się na głowę.
- Jak żona, lepiej? - Prawie się nie odzywa.
Jest w szoku.
Zastanawiałam się, czy to mi się nie przyśniło.
Dlatego przyjechałam. Zobaczyć cię.
Farzaneh śpi.
- Czyli to mi się nie przyśniło? - Raczej nie.
Ojej.
Serio-serio.
Chciałam powiedzieć Mohsenowi, mojemu mężowi.
Ale wątpię, czy mi uwierzy.
- Nikt nie uwierzy w to na słowo. - Musi sam zobaczyć.
- Nie powiesz mu? - Powiem, ale...
Racja, musi mnie zobaczyć.
W lepszych okolicznościach.
Muszę wracać. Lepiej, żebym był, kiedy się obudzi.
- Przepraszam. - Nie ma za co.
Cieszę się, że przyjechałaś.
Sam się nad tym zastanawiałem.
- Naprawdę? - Tak, ale...
Rozumiem.
Do widzenia.
Czekaj, pani Najhand kazała ci to dać.
- Kto? - Sąsiadka.
Nie pamiętasz?
Uszczelka.
Ślubuję.
Wyskoczyłam po mleko, a zrobiła się z tego wyprawa.
Daj mu wybór, na pewno się zgodzi.
- Nie przeproszę! - Nie przeprosi.
To coś innego.
Pobił 60-latka i nie zamierza przeprosić?
- Żałuję, że go nie zabiłem. - Widzicie?
I ja mam się za nim wstawić?
A jeśli powie jego synom: "Żałuję, że nie zabiłem waszego ojca".
Po tym, co powiedział, sam byś go sprał!
- Ludzie nigdy cię nie obgadywali? - Bo to raz?
A ciebie? I nie rzucałeś się na nich z pięściami.
Pierwszy raz nazwali cię łapownikiem?
- Tak, pierwszy! - Po prostu nie słyszałeś.
Wystarczy, że zmienię garnitur i plotkują.
- A ty podjechałeś nowiutkim SUV-em. - W leasingu!
Mohsen przyznaje, że popełnił błąd.
Przyznajesz, że popełniłeś błąd?
- Sami widzicie. - Nie uważasz, że źle postąpiłeś?
Omal go nie zatłukłeś!
Wczoraj w szpitalu żona obierała mu jabłko!
Nawet jej nie poznał! I nie zjadł jabłka!
Jeśli przeproszę, wyjdzie, że ukradłem tę forsę.
- Jakim cudem? - Przepraszając, przyznam mu rację.
Co za pokręcona logika.
Wyciągnął jakiś stary rachunek i oskarżył, że w nim grzebałem!
Kierownik ma prawo pytać podwładnego.
- Zamknij się! - Jego też pobijesz?
Zamiast dla dobra rodziny schować dumę...
- Tak by postąpił prawdziwy facet. - Nie będę pokornie zginał karku!
Jeśli rodzina poskarży się centrali,
na sto procent przeniosą cię do Kermanu.
Może chcemy tam wrócić!
To po co nas wciągasz w tę historię?
A gdyby twoja żona z nimi pogadała?
Zamknij się, do cholery!
Ktoś musi przeprosić. Czemu nie ona?
Niezła myśl. Bita sobie poradzi,
a oni potraktują ją łagodniej niż ciebie.
Pomyśl o rodzinie. Dopiero co zaaklimatyzowali się w Teheranie.
- Żadnych przeprosin. - Jak chcesz.
Pójdzie tam, porozmawia z nimi chwilę.
Wiedzą, że przesadzili.
- Zadzwoń do niej. - Zadzwoń do Bity.
Zrób to.
Jestem na miejscu, w domu.
To Bardia. Dlaczego krzyczysz?
Mam tam jechać?
Który szpital?
To nie ja go pobiłam!
Mamo, kto to?
Przepraszam.
Dobrze, zaraz pojadę. Mohsen, oddzwonię.
Jeśli mój syn cię zobaczy, zemdleje.
Przepraszam, niepotrzebnie przyjechałam.
- Coś się stało? - Czy coś się stało?
Powiedziałam, że oddzwonię! Nic, muszę coś załatwić!
Nie możemy tego ignorować.
Siedziałam w domu i myślałam, że zwariuję.
Tam jest mój syn!
- Bita, to ty? - Mariam!
Zaraz podejdę.
Niepotrzebnie zgodziłam się zostać zarządczynią.
Lokatorka ma artretyzm, a woda jest za zimna.
Od tygodnia leje. Kazałam mu zapłacić czynsz, to przestanie padać.
- Mariam, zaraz do ciebie przyjdę! - I co, jeśli mnie zobaczy?
- Dość tego! - Kto to? Otwórz drzwi!
Wracaj do gry!
Jalala nie ma, a ja boję się siedzieć sama.
- Masz samochód? - Tak.
- Już lepiej? - Nie.
Dlaczego płaczesz?
A ty, dlaczego NIE płaczesz?
Kiedy jestem sama, serce dudni mi jak młot.
Muszę iść, zaraz kończą się odwiedziny.
Czekać na ciebie?
Nie wiem, ile mi zejdzie. Wrócę taksówką.
Jutro na pewno przyjdzie.
Dziś nie mógł, więc zjawiłam się w zastępstwie.
Przyjdzie i... Pocałuje go w rękę, a może nawet...
Tak mi wstyd.
Nie wiem, co powiedzieć.
Przepraszam.
Pójdziesz ze mną?
- Dokąd? - Mam pomysł.
Chodź, to zajmie chwilę.
Nie trzeba badania, gołym okiem widać, że jesteście siostrami.
Prawda?
Po co ci telefon, skoro nie odbierasz?
Cześć.
- Podejdź tu, proszę. - Zaraz.
Podejdź, proszę!
Bardia, zrób ciszej.
Co powiedzieli?
Co mu zrobiłeś?
Nie obchodzi mnie przeniesienie.
Musisz iść go zobaczyć. I przeprosić.
Oczerniał mnie! Musiałem zareagować!
Zostaniecie tutaj, ja wrócę do Kermanu, aż wszyscy zapomną.
Nie widziałeś go!
- Nikt nie zapomni. - Mam to gdzieś!
Nie odwiedzę go i koniec!
Jak chcesz.
Co?
Nic.
- O co chodzi? - O nic.
Powtarzam dziesiątki razy: "Pomyśl chociaż o synu!"
Nie płacz.
Mój mąż pobił mężczyznę, który mógłby być jego ojcem!
- Jak spojrzę ludziom w oczy? - Przeprosiny wszystko załatwią?
- Podobno. - Słowa to za mało,
- będzie potrzebny podpisany list. - Nie przeprosi.
Co?
Ja to zrobię.
- Nie możesz. - Dlaczego?
- To koledzy z pracy. - I co z tego?
- Zorientują się. - Moja żona nas nie odróżnia!
Oni tym bardziej.
Co powiesz?
To, co każesz.
- Dlaczego stanąłeś tutaj? - A gdzie powinienem?
- Po drugiej stronie. - Nie było miejsc.
Wskakuj, zapnij pasy.
Pochwaliłem się naszym samochodem. Pomyślą, że kłamałem.
- Nie przejmuj się. - Tatusiowie zawożą ich na stadion.
Muszę im zaimponować!
Powiedz, że siadasz tacie na kolanach i sam prowadzisz.
Kiedy?
Jeszcze nie teraz, ale możesz się pochwalić.
Mam kłamać?
To nie kłamstwo, kiedyś tak będzie.
Chcę pojechać na stadion.
- To nie jest miejsce dla dzieci. - Moi koledzy tam chodzą.
Ludzie się tam biją, mogą ich stratować.
- Żadnego kolegi nie stratowali. - Jeszcze.
- Mądrala. - Nie pyskuj mi!
Dokąd jedziemy?
Muszę coś załatwić, poczekasz.
- Chce mi się siku. - Znajdziemy toaletę.
- To twojego męża? - Nie, kupiłam drugą.
- Inaczej się czesze. - Zaraz wracam.
Mamo, to męska toaleta.
Poczekaj w samochodzie. Tata i ja zaraz wrócimy.
- Pójdę z wami. - Tam nie wpuszczają dzieci.
Mohsen, wpuszczają?
Nie, dzieciom nie wolno tam chodzić.
Nigdzie nie chce mnie puścić!
Później porozmawiamy.
To męska toaleta.
Przepraszam. Bardia, idziemy.
- Nie. - Naprawdę chcesz z nami iść?
- Nie. - Tylko...?
Pojechać na stadion.
Poczekasz w samochodzie, jeśli obiecam, że cię wezmę?
- Obiecujesz? - Tak.
- Słowo? - Słowo.
- Poczekasz w samochodzie? - Tak.
- No to jazda. - Idziemy.
Mohsen jest w szpitalu.
- Nie wychodź. - Dobrze.
Czekaj tu, aż wrócę. Nie wychodź na ulicę!
- Tutaj? - Tata ma kluczyki.
Pójdę po nie.
Tata mówił prawdę?
- O meczu? - Tak.
Tata by nie skłamał, ale dziś jest w złym humorze,
więc lepiej do tego nie wracaj. Ani słowa, zgoda?
- Jest? - Tak. Chodźmy.
- Przyszedł przeprosić? - Nie wiem.
- Co robimy? - Znikamy!
- A podpis? - Teraz odpada!
Przepraszam.
Zatrzymaj go tu, a ja wszystko załatwię.
- Nie mam władzy nad Mohsenem. - A co zrobi?
Przekonam ich, żeby podpisali ugodę, a potem niech się dzieje, co chce.
Nie bój się.
Do dzieła.
- Skąd się tu wziąłeś? - Muszę się rozmówić z tym durniem.
- Ja pójdę. - Należą mu się kolejne baty.
Bardia czeka w deszczu przy samochodzie.
- Leć do niego, ja zaraz przyjdę. - Był w łazience.
Zobaczyłam go na korytarzu.
Czekajcie w samochodzie, zaraz wrócę.
- Sam mi kazałeś się tym zająć! - To było wczoraj!
Dziś skurwiele napisały, że zatłuką mnie, jeśli się tu pokażę.
- Przepraszam, gdzie leży pan Ghiasi? - Sala 214 na końcu korytarza.
- Zaraz wracam. - Odpuść.
Tobie grozili śmiercią, nie mnie.
Przepraszam.
Chciałbym jeszcze coś powiedzieć.
Będę wdzięczny, jeśli mnie pani wysłucha.
Daj list.
Dasz długopis?
Odłóż, żebysię nie pogniotła.
Co się stało?
Podpisał.
Idź.
Prosiłam, żebyś został!
Która to jego sala?
Podpisał.
Chodźmy już.
Skąd na kartce krew?
Nie mam pojęcia.
Skarbie, zapnij pasy.
- Na tylnym siedzeniu nie muszę. - Musisz.
Zapnij.
Jedziemy?
- Weszłaś i od razu podpisali? - Spędziłam tu cały dzień.
- Tato, najbliższy mecz jest ósmego. - Mówiłem tysiąc razy: nie!
- Zapomniałem. - Nic takiego.
Nieznośny smarkacz!
Spokojnie, już do tego nie wróci.
Daj mi kluczyki.
- Po co? - Muszę coś załatwić.
- Teraz? - Proszę, nie kłóćmy się.
- Powiedz, dokąd jedziesz. - Daj kluczyki.
- Co? - Co się dzieje?
- Porozmawiamy po powrocie. - Teraz!
- Będę za pół godziny! - Dokąd jedziesz?
Do piekła! Zadowolony?
Uspokój się!
Mamo?
- Boże! - To nic.
- Bydlęta! - Nic mi nie będzie.
- Sam to opatrzyłeś? - Nie wyszło najlepiej.
- Krwawisz. - Nic takiego.
- Może trzeba będzie zszyć. - Nie chcę zaplamić fotela.
Trzeba się tym zająć, przyłożyć lód...
Spójrz na mnie! Popatrz!
Morteza?
Oddzwonię później.
Czekaj.
Wszystko w porządku.
Tak.
Przekaż, że poszedłem tam, całowałem ich po nogach i przepraszałem.
Stłukli mnie, ale ostatecznie podpisali.
Tak, mam papier. Żona właśnie mnie opatruje.
Była pielęgniarką. Pozdrawia.
Cześć.
Tato?
Coś się stało?
- Miałeś zły sen? - Tak, synku.
Nie płacz, to tylko sen.
Przepraszam,
przyszłam po wyniki badań.
- Wyjaśni pan, co tu jest napisane? - Od tego jest lekarz.
- To nie lekarz je zlecił. - Ale i tak.
- Czyje to? - Moje.
To jest pani, ale to?
- Kobiety, która wygląda jak ja. - I to powód, żeby robić badanie?
Zrozumiałaby pani, gdyby ją zobaczyła.
Tydzień temu widziała pani sobowtóra męża.
A to jego żona.
Małżeństwo, które wygląda zupełnie jak wy?
To coś więcej: jakby byli naszymi klonami.
- Wynik jest pozytywny? - Czyli?
Jesteśmy siostrami?
Macie różne daty urodzenia i grupę krwi. Reszta się nie liczy.
- Co to znaczy? - Nie jesteście bliźniaczkami.
A to oznacza, że nie możecie być "klonami".
Prowadziłam pacjentki takie jak pani.
Niektóre w gorszym stanie.
Urodzi pani, znów będzie brać tabletki i urojenia ustąpią.
- Gwałtownie odstawiła pani leki. - Inni też ich widzą.
- Kto? - Wszyscy!
Jalal, jego ojciec, pielęgniarki. Wszyscy!
Przyprowadzę ją, to pani się przekona.
Kiedy znów zacznie pani brać leki, to zniknie.
Pójdzie pani pod ich drzwi i otworzy ktoś inny.
Zwyczajny człowiek. To tylko sen.
A teraz co mam robić?
- Uzbroić się w cierpliwość. - Nie potrafię.
Leki mogą zaszkodzić dziecku.
- Może je pani zabić. - Biedactwo, ma beznadziejną matkę.
Biegun Północny topnieje, a ty się przejmujesz meblami?
Tak?
- Przepraszam, pomyłka. - Kogo pani szuka?
- Pomyliłam mieszkania. - Momencik.
Przyzwyczajaj się do wilgoci. Teraz tak będzie zawsze.
O, nie.
O co chodzi?
Wciąż tu jesteś.
Wyprowadzamy się. Bita ci powiedziała?
Nie ona. Lekarka.
Wynosimy się stąd i wszystko się skończy.
Wy nie będziecie widzieć nas, a my was,
- jakby to w ogóle się nie wydarzyło. - W ogóle?
- To możliwe? - Tak.
- Zajmij się własnym życiem. - Robię to.
Tak? A wiesz, gdzie właściwie twój mąż wczoraj tak oberwał?
Na tym się skup!
- Przepraszam, zastałam Jalala? - Tu jestem.
- Obudziłam cię? - Nie. Wejdź.
Nie lepiej znaleźć lokum, zanim odejdziesz?
Mohsen wyniósł się do Kermanu. Jutro oddaje klucze najemcy.
- Już wyjechał? - Zabierając połowę mebli.
Ty też wyjeżdżasz?
Muszę wyskoczyć na krótko do Bandar Abbas, odebrać przesyłkę z cła.
Spotkamy się, zanim wyjedziesz.
Możesz wrócisz, kiedy sytuacja się uspokoi.
Nie znasz Mohsena.
Udaje twardziela, ale dopóki tu będziesz, nie wróci.
- A twój syn? - Jemu zależy tylko,
żeby pójść na mecz.
Jest w przyszłym tygodniu, to osiem dni.
Też powtarza, żebyśmy do niego poczekali.
I ma rację! Znajdź jakiś pretekst.
Obiecałem mu.
Nie wie, że to byłem ja.
Będzie myślał, że tata nie dotrzymał słowa.
- Nie. Pora z tym skończyć. - Dlaczego?
Dlaczego pora z tym skończyć?
Nie.
Nic z tego nie będzie.
Krwawisz.
- Trzeba było zaszyć! - Pobrudzisz się.
- I co z tego? - Nic mi nie jest.
Dasz mi chusteczkę, skarbie?
- Co ja takiego zrobiłam? - Nie zrobiłaś nic złego.
Samo dobro.
Zadaj pytanie, na które będzie odpowiedź. Na to nie ma.
Po prostu żyj dalej, jak wszyscy.
Wszyscy tak mają?
Idą ulicą i trafiają na swoje klony?
Na niebie nie ma chmur, a jednak leje i grzmi. Co to znaczy?
Co?
To!
Wszystko!
Nie rozumiem.
Cokolwiek to jest, stoi za tym ktoś większy od nas.
Dlatego musisz odpuścić. Zapomnieć.
To ja.
Poroniłam. Teraz, w samochodzie.
Powinnam zadzwonić do Jalala, ale nie potrafię.
Powiedz mu...
Że bardzo go kocham.
Bita, proszę, wezwij karetkę...
na bulwar Shokouhi.
Dłużej już nie wytrzymam. Niech to się skończy.
Zanim dotrą, będzie już po wszystkim.
Zaopiekuj się Jalalem.
Jesteście dla siebie stworzeni.
Ja byłam pomyłką.
Wszystko będzie dobrze.
Wyjdziesz z tego.
Będzie dobrze.
Jalal! Mohsen!
- Zejdź, jak położysz go do łóżka. - Stało się coś?
Chcę z tobą pomówić.
Wrócisz na ulicę?
Tylko udawałeś, że śpisz, żebym wzięła cię na ręce?
Gdzie tata?
Na dole, chce ze mną porozmawiać.
- O czym? - Nie wiem.
Wyskoczę na chwilę, to się dowiem.
Nie kłóć się z nim.
Nie ma o co, skarbie, wszystko jest dobrze.
Śpij już.
Mały łobuziak.
- Śpi? - Jak kamień.
- Dokąd jedziemy? - Bez celu.
- Bardia został sam! - Zaraz wrócimy.
Nie domyślił się?
Czego?
Że udaję jego ojca.
Nie.
- Dlaczego, mówił coś? - Nie.
- Po co ściągnąłeś mnie na dół? - Chciałem porozmawiać.
- Farzaneh jest w szpitalu. - Nie powinieneś przy niej być?
Minąłeś zjazd!
- Zawrócimy na następnym. - To szmat drogi!
- Nie przejmuj się. - Łatwo ci mówić! Mój syn został sam.
- Śpi. - I co z tego? Zatrzymaj wóz.
Niedługo wrócimy.
- Dokąd mnie wieziesz? - Mówiłem.
- Farzaneh nie ma w domu. - Zatrzymaj się.
- Po co? - Co ty sobie myślisz?
- Po prostu odmów, też mi coś. - "Też mi coś"?
Jak w ogóle mogłeś pomyśleć...
Oszalałaś?
Gdzie Jalal?
Mohsen...
Co mu zrobiłeś?
Uderzyłem.
Gdzie?
Tam.
- Za stadionem. - Wciąż tam jest?
Jedziemy.
- A Bardia? - Ruszaj, mówię!
Spójrz na mnie!
Mohsen, podjedź tutaj!
Spójrz na mnie! Otwórz oczy!
Miałem cię odebrać, ale lekarze mówią,
że badania nerek i wątroby nie wypadły dobrze.
Będziesz musiała zostać jeszcze kilka dni.
Przepraszam, że tak brutalnie przekazałem ci wiadomość.
Gdybyś wcześniej zadzwoniła, znalazłbym ich.
Pojechałem na stadion, ale ich nie było.
Tak pewnie chciał los: oni odeszli, ale my zostaliśmy.
Teraz lepiej?
W papierach jest napisane, że ty jesteś pacjentką,
a Bita cię przywiozła.
Powiedziałem, że zaszła pomyłka, jest odwrotnie.
Tylko my wiemy, że to moja żona była w tamtym samochodzie.
Wszyscy zakładają, że ty, bo to nauka jazdy.
Twój teść miał rozpoznać ciała.
Naturalnie o niczym nie wiedział, więc podał twoje imię.
Nie wiedział, że jesteś w szpitalu, prawda?
Muszą wystawić akt zgonu.
Nie wiem, które imiona podać.
Bardia był bardzo przywiązany do matki.
A ja wiem, jak kochasz dzieci.
Nie wiem, co zapamiętałaś z ubiegłej nocy.
Spałaś.
Potem na chwilę otworzyłaś oczy.
Zobaczyłaś mnie i uśmiechnęłaś się.
Pewnie wzięłaś mnie za Jalala.
Pamiętasz?
Kiedy zobaczyłem twoje spojrzenie, pomyślałem...
"Może jednak się uda?"
To najgorszy moment na takie pytanie,
ale nie mogą w nieskończoność trzymać ciał w kostnicy.
Bardzo za nimi tęsknię.
Za synem i synową.
Nie chciałem pani nachodzić, ale to silniejsze ode mnie.
- Przepraszam. - Nic się nie stało.
Pomyślałem, że odwiedzę państwa. Panią i męża.
Przykro mi, że nie mogłam przyjść na pogrzeb.
Bita, kto to?
To...
Jestem ojcem Jalala.
Idź do środka.
Idź.
O co chodzi?
- Co to za pan? - Nie wiem, kochanie.
Płacze.
Rozumiemy się?
Nie chcemy do tego wracać. To był tylko sen. Wszystko skończone.
Skończone.
Rozumiem, że pan cierpi, ale proszę nie niepokoić mojej żony.
Dla nas to też nie było łatwe.
Popełniłem błąd.
Przepraszam. Już więcej nie wrócę.
- Kto to był, tato? - Nieważne. Nikt taki.
- Jesteś synem Mohsena? - Tak.
Znasz mnie?
- Jest pan tatą tamtego pana? - Tak.
O co chodzi?
Ta pani...
Kto?
Ta pani nie jest moją mamą.
Jalal?
Nie bój się, jestem z tobą.
Nie boję się.
Tekst: Anna Maria Nowak
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.