All language subtitles for Paddington.2.2017.1080p.WEBRip.x264-.YTS.AM

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish Download
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

www.NapiProjekt.pl - nowa jakość napisów. Napisy zostały specjalnie dopasowane do Twojej wersji filmu.

KILKA MISIO-LAT TEMU...

Nasza ostatnia pora deszczowa...

No właśnie, mój drogi, za miesiąc o tej porze będziemy w Londynie.

A tam w rzece płynie marmolada, a ulice powykładane są chlebkiem.

- Czytałeś tę książkę o Londynie? - Przeleciałem.

- Pastuzo... - No co...

Od czytania wzrok się psuje. Ale już mi się podoba miasto,

w którym wynaleziono to...

Kochanie, spójrz!

To...

niedźwiadek.

Lucy!

- Opuść mnie, szybko. - Uważaj!

Jeszcze, Pastuzo! Niżej!

Lucy!

Z naszej wyprawy do Londynu jednak wyjdą nici.

A to czemu?

Musimy wychować niedźwiadka.

Jak wygląda?

Rosły nie jest...

Za to całkiem zakichany.

- No i marmoladka przypadła mu do serca. - A to dobry znak.

O tak, mój drogi. Zaopiekujmy się tym misiem,

bo na moje oko, to on dobrze rokuje.

PADDINGTON DWA

Kochana Ciociu! Mam nadzieję, że czas upływa ci na przyjemnościach.

Tego lata w Londynie tak wiele się dzieje!

Połapałem się już, jak wszystko tu działa...

I codziennie mam pazury pełne roboty.

Przyjechało miasteczko maszyn parowych. Będę pisała o nich artykuł do gazety.

- I kto ci to będzie czytał? - Wszyscy!

Te maszyny objechały cały świat. Sam masz na tym punkcie hopla.

Prawda. Ale nikomu ani słowa, dobra? To obciach.

Chodźmy tam razem! Tata w kokosy trafia jak Ronaldo.

- „Henry zawsze celny”, mówili. - Było, minęło.

To dyscyplina dla młodych szczawiów.

- Trzyma się pan całkiem nieźle. - Dziękuję.

A ile ty myślisz, że mam lat?

- Pewnie z osiemdziesiąt? - Ile?

Albo lepiej!

Hola, hola, niedźwiadku!

Miałeś chyba myć to miejsce za uszami...

Wiem i bardzo się przykładam... A skąd to się tam wzięło...?

U państwa Brownów czuję się jak w domu.

Dzień dobry, Paddington!

- Śniadanie do rąk własnych! - Dziękuję!

Te kanapki nakręcają mnie na cały dzień.

Dzień dobry, doktorze! Pamiętał pan o kluczach?

O kluczach?

Klucze!

- Dzięki, Paddington! - Nie ma za co!

- Piękny dzień, pułkowniku! - Myślisz?

Jakże mógłbym to przegapić...

Jak tam randka?

Szału nie ma, ale wiesz, jak to mówią...

- Tego kwiata to pół świata. - No raczej!

Dziękuję!

- Dzień dobry, Paddington. - Uszanowanie!

No to pa, do jutra!

Trzymaj. Zagnij mnie.

Jak najszybciej dojechać z Baker Street pod Big Bena?

Trzeba jechać na południe Spur Road...

Londyńczycy są dla mnie bardzo uprzejmi. Mimo napiętych grafików.

Pani Brown planuje udać się wpław do Francji.

To może dziwić, bo istnieją połączenia promowe,

lotnicze czy nawet kolejowe. Mary to nie obchodzi.

Do tego stopnia dała się porwać ilustrowaniu pewnej powieści przygodowej,

że sama zapragnęła przygodę przeżyć.

Biedna Judy zajmuje się sklejaniem złamanego serca.

Rzucasz mnie? Tony, to ja rzucam ciebie!

W pierwszej chwili chciała wstąpić do zakonu.

Lecz zmieniła plany i oddała się nowemu hobby.

Znalazła w szkole starą prasę drukarską i założyła gazetę. Bez udziału chłopaków.

Przydałby się gorący news.

Jonathan idzie do szkoły, w której uczy się Judy.

Przez cale wakacje zajmowała go budowa parowozu.

Ale nie wolno mi o tym mówić, bo to ponoć „obciach”.

Zmienił wygląd i teraz nazywa się J-dog.

Maszyny parowe wyjechały z kręgu jego zainteresowań.

Najbardziej jednak zajęty jest pan Brown.

Niedawno w pracy zaskoczono go niezłą bombą.

Przedstawiam nowego szefa działu analizy ryzyka,

pana Steve'a Visby'ego.

Tak pan Henry wszedł w okres nazywany przez panią Bird kryzysem wieku średniego.

Objawia się potrzebą miksowania żywności...

kolorowania włosów...

i sportów ekstremalnych — ćwiczy jakiś „czakrabatiks”.

Pozwólmy umysłom wzlatywać, a i nogi dostaną skrzydeł.

- Dzięki, Paddington! - Miłego dnia w pracy!

Ciociu, wysłałaś mnie do Londynu, żebym znalazł dom.

A tu jest lepiej, niż mogliśmy się spodziewać.

Mam wspaniałą rodzinę

i zapoznałem różne ciekawe stwory.

Smacznego, Wilczuś.

Mam nadzieję, że byłabyś ze mnie zadowolona.

Całuję. Twój Paddington.

O, pan Brown. Wilkkomen!

Madame Kozlova tu była. Ona urządziła ten fantastisch lunapark.

- Naprawdę? - Ponoć wietrzyli magazinen,

no i naturliś znaleźli różne skrzynie i ciekawostki,

które dawno uznano za zaginione.

Mam spróbować sprzedać, ile się da. A mnie eureka naszła taka,

że może znajdzie się coś na urodziny dla ciotuni?

O, bardzo dziękuję!

Spójrz na to.

- Ładny bibelocik, ale... - Tak, wiem, szukasz czegoś perfekt.

Od śmierci wujka Pastuzo jestem jej jedynym krewnym.

- I nie codziennie miś dobija setki. - Tak się spodziewam...

To może takie ciekawe wrotki?

Proszę, bądźmy poważni.

No deine ciotka już chyba sobie nie pojeździ.

Zdecydowanie nie.

A to co?

To pewnie ta rozkładana książka. Sehr unikatowa...!

- Naprawdę? - Bo widzisz,

prababka pani Kozłowej, założycielka lunaparku, była uzdolnioną artystką.

I zawsze, gdy odwiedzała nowe miasto, na pamiątkę robiła taki oto album.

I das ist London.

Naprawdę piękny.

Ciocia zawsze marzyła, żeby odwiedzić Londyn, ale się nie złożyło.

Gdyby to zobaczyła, czułaby się, jakby tutaj była.

Ciociu!

Ciociu Lucy!

Paddington!

- Chodź ze mną, ciotuniu... - O niczym innym nie marzę...!

Chcę zobaczyć wszyściutko!

No i? Podoba ci się?

Tu jest wspaniale!

Proszę wsiadać!

- Półtora niedźwiadka, proszę. - Proszę uważać, wysoki stopień.

Jaki uprzejmy człowiek!

A jaki grzeczny gołąbek!

Och, Paddingtonie,

dzięki tobie stara niedźwiedzica jest szczęśliwa...

Prezent marzeń!

Jest pewien szkopuł.

Szkopuł?

Otóż książka ta jest jedyna w swoim rodzaju,

a w związku z tym to wielce gross wydatek.

Ale dziś rano pani Bird znalazła u mnie za uchem monetę.

Mam tam bankomat?

Nawet ty nie masz tyle za uszami.

Potrzebujesz milionen takich monet...

Może dajmy jednak szansę tej małpce? Ten dinks jest super-kuper!

Naprawen-machen.

Dziękuję panu, ale tak wiele cioci Lucy zawdzięczam,

że bardzo chciałbym podziękować jej wyjątkowo.

Znajdę sobie pracę.

I kupię tę książkę.

Zaraz wracam, przypilnuj interesu. Ciao-ciao!

Ciao-ciao, panie Giuseppe!

Witam. I zapraszam do salonu piękności „U Giuseppego”.

Czym mogę dziś panu służyć? Goleniem? Może pomadą?

A może pomiziać?

- Szybkie podcięcie, proszę! - Nie jestem fryzjerem. Tylko tu sprzątam.

Trzeba mi posprzątać z tyłu i z boków, nie tykać góry.

- Tak, ale... - Nie marudź, człowieku, ciach-ciach!

Skoro pan nalega...

Czy mogę oddzwonić?

Zaraz będzie golone...

Całe szczęście...

Zawieszam tę rozmowę...!

Bez włosów będę nikim!

Nie wydziwiaj, Guciu, nikt ci tu krzywdy nie zrobi.

Proszę. Kręcimy loczki?

Albo... może lepiej tam nie wchodźmy...

Oj, trochę łyso...

Nie...

- Jak przyjemnie... - Aplikuję produkt odżywczy...

Proszę, śmiało...

I gotowe.

Szacunek dla mnie, że tak ładnie pan wygląda.

A cóż to, u licha?

To... marmolada.

Marmolada?

Kosmata... marmolada.

- Proszę to zmyć. - Jasne. Już się robi, już...

Czy pan ma nie po kolei...?!

- Paddington! - Wyjaśnię wszystko!

Sytuacja tylko z pozoru jest fatalna...

- Czy został pan kiedyś zwolniony? - Ano nie...

jesteś pewny, że chcesz pracować?

Świat jest niebezpieczny, a rynek pracy bezlitosny.

Takiemu wrażliwemu niedźwiadkowi może się dostać po futrze.

Tata ma rację. Nikomu nie wolno ufać. Dlatego gazetę prowadzę całkiem sama.

- Kochanie, chodzi o Tony'ego? - Nie.

Nadal się w nim bujasz. A w redakcji nikt ci nie pomaga, bo to żenada!

Ja przynajmniej nie udaję kogoś, kim nie jestem.

Ja też nie.

- G-man! - J-Dog!

- Przybitka! - Ale ciocia Lucy mówiła:

Będziesz grzecznym misiem. Plany ziszczą ci się.

- Babka gada do rzeczy! - Przepraszam!

Pan jest uprzejmy. I wysoko pan zaszedł.

Brodzę przy dnie, w warstwie mułu.

Włos mam siwy, mięsień piwny, staw mi trzeszczy...

Ten pan mieszka u nas w tym dużym narożnym domu.

- To Phoenix Buchanan. - Klient taty — celebryta.

Dumny posiadacz platynowej karty. I bardzo znany aktor.

Dawno i nieprawda...

Teraz reklamuje żarcie dla psów.

Pani Bird się na niego gniewa, bo jej na ulicy nie poznaje.

Jakiż to przyjemny widok, oklaski...!

Dziękuję, kochani fani. Jesteście super. Wystarczy!

Moja próżność została usilnie połechtana

na otwarcie tego wspaniałego lunaparku.

Gdy pani Kozlova bardzo dawno temu wpadła na pomysł tej imprezy,

z pewnością nie myślała o takich ludziach jak ja.

Jakby to rzec...

o VIP-ach... celebrytach... nie cierpię etykietek. Nie, nie.

„Legenda West Endu” — tak też piszą. Nie, nie.

Robiła to z myślą o takich jak wy.

O widzach zwyczajnych. Więc...

chciałbym poprosić, żeby ktoś z was przyszedł mi towarzyszyć. Ochotnik!

Ene due... like...

Pan...

Zapraszam niedźwiadka. Cudnie!

Chodź, chodź. Młody uszatek.

Zapraszam na scenę. Bardzo ładnie, super!

Na imię ci...?

Paddington Brown.

Ależ tak, poznaję! Jesteśmy sąsiadami. Mieszkasz z...

Henrym i z Mary, i z jakąś panią starszą...

- Do rzeczy! Pewnie mnie kojarzysz? - O tak, jest pan znanym aktorem.

No fakt...

Czy też kiedyś pan był.

Teraz słynie pan z reklam psiej karmy.

- No wiesz, każdy jeść musi. - Co? Psie chrupki?

Jaki wyszczekany misio. Tak więc...

Mówi się, że u Madame Kozłowej każdemu spełniają się marzenia.

Masz jakieś życzenie? Zdradź nam, proszę.

Bułka z marmoladką.

Chciałbym kupić prezent urodzinowy dla cioci Lucy.

Kochany...

Upatrzyłem ręcznie robiony album o Londynie. Autorstwa Madame Kozłowej.

Kłopot w tym, że sporo kosztuje.

Więc muszę jakoś zamarmoladkować całkiem pokaźną sumę.

Tego akurat w programie nie mamy. Ale możemy zapewnić ci baryłkę radości!

Więc podaj mi teraz łapę.

I niech to... Miasteczko Maszyn Parowych rusza pełną... parą!

Dzięki. Dziękuję!

Dzięki.

Zaczekaj, mam pytanko. Jedno słówko. Ten... album o Londynie...

- Pan go widział? - Oczami wyobraźni,

gdyż sądziłem, iż dawno zaginął. Gdzieś go znalazł?

W sklepie z antykami pana Grubera. Poprosiłem, żeby go dla mnie zatrzymał,

bo najpierw muszę znaleźć posadę. Pan może coś by mi poradził? Może pan?

Nie... nie... nie, musisz pewnie zacząć od najniższego stopnia drabiny.

I... jakoś się wspiąć.

Wie pan co, panie Phoeniksie? Poddał mi pan wprost genialną myśl.

Serio?

Zatrudnię się przy myciu okien.

NIEZBĘDNIK PODRÓŻNEGO

Marmoladko...

Pomocy...!

Halo! Pomocy!

- Dzieńdoberek! Mycie okien! - Nie, dziękuję!

Na pewno, pułkowniku? Strasznie zapyziałe.

I takie mają być. Nie zapłacę.

Zrobię mu niespodziankę.

Dzień dobry, pułkowniku. Pan szanowny wie,

- że ma szkodnika na dachu? - Wiem!

Wygląda na to, że mi szyby myje.

- Może i rynnę machnę? - Proszę! Dzięki!

Nic mi do tego,

ale nie chciałbym, żeby mi się po elewacji

jakiś niedźwiedź pałętał. Jako dowódca sąsiedzkiej Obrony Terytorialnej...

To państwowe stanowisko?

Czy po prostu „zanabył” pan sobie to żółte wdzianko?

Już ja cię z oka nie spuszczę!

Oj! Pardonsik!

NA PREZENT DLA CIOCI LUCY

Jeszcze jeden dzień, ciociu.

Panie Gruber...?

- Pan nie jest panem Gruberem. - A kysz!

Ta, chciałbyś!

Stać! Złodziej!

Oddawaj książkę!

Melduję włamanie do sklepu z antykami.

Podejrzany to niedźwiedź w czerwonym kapeluszu i granatowym płaszczyku.

Stać!

Słyszysz?!

Nie...

Naprzód, Wilczuś!

- Puszczaj! - Proszę to oddać!

Nie...

- Za cienki w uszach jesteś. - Ho, ho, Wilczusiu.

Papatki!

Boli...

Pędzimy!

Przepraszam...! Interwencja!

Marmoladko!

Co za rzep!

Ta książka jest zabukowana dla cioci Lucy!

Dobry wieczór.

Złość piękności szkodzi! Wilczuś!

Dzięki, przyjacielu.

Szybciej! Dobry, pies!

Dobra, już dobra...

- Macie mnie. - Proszę oddać książkę.

Się nie da, kierowniku. Ukłony.

Gdzie się podział?

Włochaty! Ani kroku!

Całe szczęście, że pani jest, pani władzo.

- Łapy w górę! - Ale... złodziej wyparował.

Ja ścigałem złodzieja. Ale on... on...

Uleciał w przestworza?

W sumie...

tak...

- Paddington! O nie... - Co się stało?

Chwila! Musimy go zatrzymać.

- To na pewno pomyłka! - Nie!

- Ale co się stało? - Lepkie łapki.

Włamał się do sklepu z antykami.

Nareszcie! Wyszło szydło z worka.

Otworzyliśmy przed uszatym serca. Nawet drzwi otworzyliśmy.

Drzwi to wy.

Ja swoje rygluję na trzy spusty, kłódkę dokupiłem.

A mimo to...

obrabia nas w biały dzień.

Paddington!

Nie no...!

No tośmy się ubawili po dziary.

Długo się trzymał ten włochaty, prawie zeszło na bęcki.

Gadziny wzięły go na dołek.

A my jesteśmy umyci.

W rzeczy samej!

Epizod skradł cały spektakl.

Tak jak...

za dawnych czasów.

Cóż to za cierpka mina, Hamlecie?

Jeśli chcesz coś dodać, to służę, nie tłamś nic w sobie.

Źle się stało, dobro z tego nie wyniknie.

Dajże spokój.

Ty i to twoje sumienie, lepiej powiedz — co byś wolał — ciekawe:

sterczeć tutaj i się kurzyć, kiedy ja...

w przebraniu spaniela błaźnię się w telewizji.

Czy żebyśmy wszyscy wrócili w chwale, zachwycającym monodramem,

jakiego West End jeszcze nie widział.

Dziękuję, kochani. Dziękuję.

Dziękuję. Kochana publiczności...

kłaniam się. Do samej ziemi. Dziękuję.

Wiem, co myślisz, Scrooge. Wydamy na to majątek.

Lecz jeśli mam rację, to tę część planu załatwia nam ten biały kruk.

To... nie jest zakurzony szpargał.

Na każdej stronie ukrywa się mała dama, wskazująca podpowiedź.

Znajdziemy każdą z nich...

i znów będziemy bogaci.

A czasy „psismaków” — skończone.

- Podano do stołu, proszę pana. - Dziękuję. Janie.

Jeśli... jak ja

wasz pupil jest psem ze sfer wyższych,

pozwólcie, że polecę Pyszny Paszołyk Psiakowy —

bardziej zjadliwy, bardziej zdrowy, bardziej...

można śmiało rzec...

z klasą.

Pyszny Paszołyk Psiakowy. Ludziom się nie zaleca.

Proszę wstać, sąd idzie!

Spokojnie, Paddington. Pamiętaj, co mówił pan Henry.

Młody jesteś, nic nie zmalowałeś, puszczą cię.

Oby trafił ci się bezstronny sędzia.

Spokój! Spokój, proszę.

Marmoladko...

Otwieram sprawę „Korona kontra Paddington...

Brown”.

O tak, bardzo mu się podobała. Widać było, że pragnie ją mieć.

I wiedział też, że jest bardzo droga?

Ja, ale zamierzał zebrać pieniądze.

Nikt mi nie wmówi, że młody pan Brown włamał mi się do geshaftu.

- I brawo! - Właśnie.

Ślady łap zabezpieczono tutaj,

tutaj

i tutaj.

A substancję zidentyfikowaną jako marmolada...

znaleziono tutaj.

Czy to jest ta podejrzana marmolada?

Tak, to ta.

Przysięga pan mówić prawdę, całą prawdę i wyłącznie prawdę?

Niechże mi wstyd flaki wypruje i kark boleśnie skręci,

jeśli tu skłamię.

Przysięgam. Kara więzienia

to nic do śmiechu.

Wiem, co mówię, trzy lata grałem w Nędznikach.

- Mieszka pan po sąsiedzku z oskarżonym? - Owszem.

Czy jest pan naocznym świadkiem zdarzeń tamtej nocy?

W rzeczy samej, jestem.

Nie spałem jeszcze, wiec usłyszałem cały ten rwetes na ulicy.

Przeszedłem do gabinetu laurów,

a to jest imponujące pomieszczenie z widokiem na kiosk.

I przez okno dostrzegłem Paddingtona dosiadającego dość nieciekawego burka.

Mary Brown sporządziła portret na podstawie „misiopisu” człowieka,

którego rzekomo ścigał.

- Czy widział go pan wtedy na ulicy? - Diabelnie przystojny...

- Iskra w oczach...! - Tak, ale czy widział go pan?

Od pańskiej odpowiedzi zależy, czy niedźwiedź zostanie skazany.

Czy pan go widział?

Wszelako...

Nie widziałem.

Być może już zniknął?

Zaklinam, Wysoki Sądzie, błagam, okażcie mu litość!

Paddington Brown.

Dziesięć lat za włamanie i kradzież...

Jestem niew...

...i niedźwiedzią przysługę fryzjerską...

Chodź za mną.

Pani Mary zwykle czyta mi bajkę przed snem,

- czy ktoś by mógł...? - Zapomnij. Bajki se włóż między bajki.

Kochana cieciu Lucy.

Sporo się wydarzyło od mojego ostatniego listu.

Troszkę się pomisiowało z prezentem dla ciebie.

W wyniku nieporozumienia musiałem przeprowadzić się z Windsor Gardens do...

innego miejsca.

Jest mniej urokliwe od domu Brownów, ale nie najgorsze.

Budynek jest historyczny.

To jeden ze słynniejszych zabytków z epoki wiktoriańskiej w Londynie.

Za to system zabezpieczeń — bardzo nowoczesny.

Brownów wolno mi widywać tylko raz w miesiącu.

Swoją drogą ciekawe, co porabiają...

CZY WIDZIAŁEŚ TEGO MĘŻCZYZNĘ?

Mam nadzieję, że mnie nie zapomną.

No coś ty, Paddington! Na Brownach można polegać...!

Na pewno wszystko odkręcą, będę mógł wrócić do domu,

kupić ci prezent i wszystko znów będzie marmoladkowo.

Muszę tylko... przetrzymać tę niewolę.

WYSTAWA ZBROI

D.

No to ruszamy na łowy.

Trzy-dwa-pięć. Trzy-dwa-sześć.

Trzy-dwa-siedem.

Trudno, zaczynamy... Maniery!

Może chciałby kolega założyć kółko ogrodnicze?

A może ty chciałbyś siedzieć w dziurze — czarnej i głębokiej?

Proszę przodem.

Łycha R. — warsztat.

Brown P. — pranie brudów.

No dobrze... Pranie,

tanie, dranie...

Pranie.

Jedna mała czerwona skarpetka...

przecież nie dałem plamy.

Serwus, panowie!

Moim zdaniem to... ten róż znacznie ociepla wam wizerunek.

Moim zdaniem to powinieneś się przymknąć i skupić na szamie,

bo to twoja ostatnia...

Dobrze.

Uszy do góry.

Byłem kiedyś krytykiem kulinarnym. Smakuje lepiej, niż wygląda.

- Co... to jest?! - Nie chcesz wiedzieć.

Ale jemy to trzy razy dziennie od, proszę cię, dekady.

Nie można pogadać z kucharzem?

Z Golonką?

Jeśli chcesz tu przetrwać, pamiętaj o dwóch rzeczach — nie wychylaj łba...

I nie rozmawiaj z Golonką.

- Dziękuję. - A na mój rozum, to dobrze kombinuje.

Wiesz co, młody? Nakłoń Golonkę, żeby zmienił paszę,

a my być może przymkniemy oko na to, że zrobiłeś nas na różowo.

- Świat należy do odważnych. - Zastanów się.

Ciocia Lucy mawia: szukaj dobra w ludziach, a znajdziesz.

Ale ta Lucy nie zna Golonki.

Przepraszam!

Pan Golonka?

Tak...

Czy moglibyśmy zamienić słówko o jedzeniu?

Dawać lekarza do stołówki.

Chcesz złożyć...

zażalenie?

- O nie, nie, zażalenie to nie. - Wielka szkoda.

Bo to mnie na serio kręci, gdy ktoś mi się żali.

- Poważnie? - O tak.

No to wobec tego... W potrawie jest piach.

Oraz grudy. Za to pieczywo...

Sam pan czuje.

Moim zdaniem tu się prosi o kuchenną rewolucję.

Wiem, że budżet mamy dość skromny, ale chyba sosu możemy nie żałować?

Oj, najmocniej przepraszam, wytrę panu...

się ta plama pana czepnęła...!

Spokojnie. Wiem, co wywabia plamy z keczupu.

Chwilka.

Mówili, że musztarda...?

Nie...

Teraz wyszedł bohomaz.

Ktoś wie, co spiera keczup?

Koledzy?

Gdzie ten lekarz?

Teraz dawajcie księdza.

- Słuchaj mnie, pchlarzu! - Tak?

Nikt mi tu nie będzie się żalił na żarcie.

- Jasne. - Nikt mi tu...

- nie psika sosami na brzuch, fartuch. - Jasne.

I nikt mnie tu bułką przez łeb, głowę nie bębni.

- Bułką nie. - Postawiłem tę garkuchnię na nogi...

- Naprawdę? - Dzisiejsze danie dnia...

- Potrawka z misia. - Niesmaczny żart!

Co to jest?

Zwykła... kanapka z marmoladą.

Marmolada?

- Ciocia Lucy nauczyła mnie ją robić. - W sensie:

to twoja robota?

No jakże... tak!

Przesuń się.

Podnieść się z gleby, panterki wy różowe!

Słuchajcie.

Sezon na tego misia od teraz ucinam.

Niech mu włos z futra, z głowy spadnie...

będziecie tańcować przed Golonką McGuintym.

Przed Golonką!

Niezłomną pięścią!

Dziękuję, panie Golonko.

Jeszcze nie dziękuj. Niczego dla nikogo za nic nie robię.

Nie rozumiem?

Daję ci ochronę,

o ile przyrządzisz mi tę marmoladę.

Zgoda?

Deal.

Prędzej czy później ktoś go musi rozpoznać.

Wszystko w porządku?

Coś mi w tym wszystkim wciąż głośno brzdąka pod czaszką.

O co chodzi?

W tę nacht, gdy było włamanie, kiedy Paddington zaczął krzyczeć,

złodziej zerwał się do ucieczki, zbiegł po schodach...

Przemknął przez sklep i frontowe drzwi, uruchamiając alarm.

To mi się nie zgadza: nie przeszedł prosto przez geshaft...

Cofnął się aż tutaj, żeby zabrać książkę.

Czemu nie biżu albo porcelanę? Bardziej pod ręką i więcej warte.

To jakaś gapa, co nicht nie wie o antykach.

No...

Chyba że... wie coś o tej książce, czego my nie wiemy.

Być może trudno pani w to uwierzyć, ale Paddington jest niewinny.

Prawdziwy złodziej włamał się do pana Grubera,

aby ukraść rozkładany album pani prababci.

- Rozkładany album? - Wiem, to brzmi głupio.

Ale może wie pani coś o tej książce? Cokolwiek. To może nam pomóc.

- Krew w żyłach wam zmrozi... - Naprawdę?

Chodźcie ze mną.

Pokażę wam, gdzie to się wydarzyło.

Moja prababka, inicjatorka miasteczka maszyn parowych,

była wielką i docenianą artystką cyrkową —

poskramiała Iwy, pluła ogniem, połykała noże,

ale przede wszystkim słynęła ze sztuczek gimnastycznych.

Nazywano ją Latającym Łabędziem.

Publiczność ją kochała i obsypywała kosztownościami.

Lecz tam, gdzie jest fortuna, jest także zawiść.

Iluzjonista z ich trupy okazał się niegodziwcem.

I wkrótce Latający Łabędź...

zmienił się w Konającego Łabędzia.

Pobiegł do jej wozu, dobrał się do sejfu.

Lecz tam zamiast skarbu znalazł jedną z jej rozkładanych książek.

„Dwanaście budowli Londynu”.

Prawie go złapali, ale rozpłynął się w powietrzu.

I zarówno o nim, jak i o skarbach, słuch całkowicie zaginał.

Wiedziałam, że w tej książce musi coś być.

Po co by przecież trzymała ją w sejfie?

Ty naprawdę wierzysz w te banialuki?

Madame Kozlova wybrała do niej dwanaście londyńskich zabytków.

Może to nie są zwykłe budynki, może...

sama nie wiem...

- wskazówki? - Wskazówki?

- Do miejsca, w którym ukryła klejnoty. - Mapa skarbów?

Dlatego złodziej się po nią włamał.

Jutro z samego rana wyruszam na obchód tych miejsc.

- Być może wyniucham coś podejrzanego. - Naczytałaś się Kodu Da Vinci.

- Co? - To wróżka — fakty wysysa z palca.

- A co ty masz takie wąskie horyzonty? - To znaczy?

Gdzie facet, którego poślubiłam? On by mi uwierzył.

A, on. Zapomnij.

Masz za męża dziada starego, nie Celnego Henry'ego.

Kąśnięte...

Och, Henry...

Henry.

Henryku!

Nie pomożemy Paddingtonowi, uganiając się za duchami.

Szukamy zwykłego oprycha,

a nie mitycznego Sinobrodego na tropie czarnej perły.

Za tym musi się kryć coś więcej.

Uważam, że on zna tę historię zaginionej fortuny.

I już się szykuje do jej przejęcia.

No, drogi dziadku...

dzisiaj...

udamy się po wskazówkę numer dwa —

do katedry Świętego Pawła.

Jak niepostrzeżenie wniknąć w sakralną przestrzeń?

I tu wkracza... siostra Izabela.

Pobudka, książę.

Marmola-dzionek.

Do dzieła, panowie.

Zobaczy się...

- Panie Golonko... - Czego znowu?

No bo... chodzi o to, że jestem niewinny.

Może zna pan sposób na przywrócenie dobrego imienia.

- Proszę o koleżeńską radę. - Szefem twoim jestem.

Nie spoufalać mi się tu.

- Proszę przodem. - Czemu?

- Dziabniesz mnie w plecy, krzyż? - Nie. Bo tak mnie wychowano.

Ciocia mawia: Bądź grzecznym misiem, a plany ziszczą ci się.

Byłeś przede mną, a chcesz przejść na tyły.

Zagranie ciamajdy.

Fanty, składniki są tam.

A pan nie pomoże?

Nie. Sam się spinaj.

Mamy na śniadaniu pięciuset wygłodniałych zbójców.

- Potrzebujemy tysiąca pomarańczy i... - Zasada jest jedna...

Nie trajkotać.

Zasada druga...

- Nie nucić. - Ale...

- Nie śpiewać. - Ale...

Nie okazywać w ogóle żadnego rozradowania.

Jakie ciężkie!

Dawaj misiu, włóż w to serce.

Boli...

Słodki, ale jednak ciężar.

- A nie możesz brać pojedynczo? - Jasne. Poje...

...dymem.

Jedna pyszna pomarańczka...

Dwie pyszne pomarańczki.

Trzy pyszne pomarańczki.

- Cztery... - Co ty wyprawiasz?

Biorę je pojedynczo.

Worki bierz pojedynczo!

Przepraszam, ale to wykracza poza warunki BHP.

- Ciocia Lucy mawia... - Nie chcę już słyszeć o tej babie!

To jakaś przemądrzała baba z magla.

Co pan powiedział?

Twierdzę...

że twoja ciocia Lucy

musi chyba być pioruńsko naiwną,

łatwowierną,

bezrozumną...

Co się dzieje?

Co się tak na mnie gapisz?

Gorąco się zrobiło. Tobie nie? Duszno.

- Włączony jest piekarnik? - To jest „spojrzenie wymowne”.

Tak ciotka nauczyła mnie walczyć z brakiem kultury.

Nie ucz bazyliszka patrzeć, jestem mistrzem takich spojrzeń.

- Jak na misia, nieźle ci wychodzi. - Panie Golonko...

Twarz może i mam twardziela, ale w sercu — misia.

Nie chce pan pomóc w oczyszczeniu mnie z zarzutów, to proszę pomóc z marmoladą.

Dobra, pomogę.

- Dziękuję. - Ale pożytek ze mnie nikły...

- Te rąsie nie hartowały się do pichcenia. - Taki pan pewny?

Na moje oko, może pan tym cytrusom dać niezły wycisk.

Mam dać wycisk?

Dobra.

Nie.

Ujdzie.

Pomidor.

Pyszna.

Tak.

Akurat.

Z nożami należy postępować ostrożnie.

Ciocia Lucy mówi, że rozsądne niedźwiadki...

A gdzie pan nabrał takiej wprawy w siekaniu?

Nie chcesz wiedzieć.

Oniemiałem z podziwu.

Już?

Już.

Dobrze. Trzeba teraz dać cukru.

- Dzięki niemu z soku robi się marmolada. - Ile?

Tak od serca.

Jeszcze jedna.

Ciut soku z cytryny...

Szczypta cynamonu...

I jeszcze odrobina cukru.

No i...?

Udało się?

Tego jeszcze nie wiadomo. Powiem, kiedy bardziej odparuje.

Katedra Świętego Pawła, projektu Sir Christophera Wrena.

Wejście pod kopułę jest dziś nieczynne dla zwiedzających

z powodu dziwnego incydentu ostatniej nocy...

- Zapraszam państwa tędy... - Co się stało w nocy?

- Zakonnica sfisiowała. - Naprawdę?

Tak się zdarza.

Policja kazała im się zgrupować i je grillują.

Proszę siostry! Proszę się nie oddalać, dopóki śledczy nie zezwoli.

W tył zwrocik, już!

Daremny trud,

moim zdaniem to, ten oślizgły piskorz wymknął się z sieci.

- Czemu pan tak sądzi? - Bo ją widziałem.

Byłem na obchodzie, akurat pod kopułą,

widziałem, jak zakonnice suną w zwartym szyku.

Nagle coś przykuło mój wzrok. Jedna odłączyła się od stada.

I potruchtała do Galerii Szeptów.

Nawet Wszystkowiedzący nie wie, co tam kombinowała.

C.

Nie mogło jej to ujść na sucho. Skoro ja tu jestem wiceszefem ochrony.

Do wszystkich jednostek,

nad podziw atrakcyjna zakonnica robi sodomę i gomorę pod kopułą.

Zatrzymać tę gibką siostrę! Wystartowałem jak czarna pantera...

Lecz nim udało się odciąć wyjścia, rozpłynęła się jak masło na toście.

- Dobry wieczór, synu. - Dobry wieczór, eminencje.

Tak niebiańskiej kobiety nie widziałem od bardzo dawna.

Czy dałby pan radę nam ją opisać?

A pewnie, z rozkoszą.

Panowie!

Dzisiaj na śniadanie, szef Golonka proponuje

marmoladę pomarańczową podaną na chrupkiej grzance

bez skórki i pod pierzynką z drugiej chrupkiej grzanki...

bez skórki.

Co się gapią?! Jedzcie lub wynocha!

- Atak paniki? - Nie!

- To czemu się chowasz, nie jesz z nimi? - Bo nie chcę.

Boisz się krytyki?

Nie. A co mówią? Smakuje im? Słyszałeś coś?

- Wiesz... - W gardłach stanęło?! Wiedziałem!

Ojciec mi mówił, że jestem zerem. I rację miał.

No coś ty... Golonko!

Co?!

Chodź, sam spójrz.

Odwagi.

Paddington...

Coś mnie dziwnie łaskocze w żołądku, bebechach.

A może to duma cię rozpiera?

Nie przywykłem.

Przewidziane jest drugie danie?

- Co? - No wiesz... lub ten... deser...

Nie!

- Okej, luz. - Potrafimy tylko smażyć marmoladę.

- Jeśli dysponują panowie przepisami... - Ten element?

Nie marnuj czasu, niedźwiedziu, nie odróżniają kajzerki od bajaderki.

Babcia robiła mi pyszną kakaową roladę.

Wysupłam przepis z odmętów pamięci.

Charlie Mruczonka robi niezgorszą kruszonkę.

Mam obcykaną truskawkową panacottę.

Z tym no... sosem z granatu.

To musi być coś pysznego.

- Prawda, Golonko? - Taaa!

A więc śmiało! Panowie, do garów!

O, jaka kształtna rolada!

Dzięki, Phibs!

- Trzymaj, gotowe. - Arcydzieło!

Gdzie moje petits fours? Już!

Chwileczkę, profesorze. Co powiedziałaby ciocia Lucy?

- Tort się je widelczykiem. - Do dzieła!

- Skusi się pan? - Dziękuję, ociupinę.

Paluszki lizać!

WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W PACE NAJLEPIEJ

Zatem, jak się okazało, potwór okazał się milusim kiciusiem.

Odtąd żyli długo i szczęśliwie.

I to już koniec.

Pora spać, szkraby.

Drzemka dla urody. Jutro dzień odwiedzin.

Kochana rodzinko...

Obyś miała dobre wiadomości.

Przez ostatni tydzień te trzy zagadkowe postacie widziano,

jak kombinują coś przy trzech londyńskich zabytkach.

- Złodziej musi być członkiem gangu. - Książka jest mapą skarbów.

- Taka tam teoryjka... - Wiecie już, kim są?

Jeszcze nie, niestety.

Dajcie, łypnę okiem, ślepiem.

Pan daruje, ale to spotkanie rodzinne.

Proszę się nie peszyć, to mój kolega — Golonka.

- A to jest Phibs. - Siemano!

Łycha. Jimmy Kapuś.

Steku. Profesorek.

Piszczawka Pete. Bob Kontrabas.

Stary Jack.

Zły pies. Johnny Bankomat.

- Sir Goeffrey Willcot. - Liczę na wasze głosy.

I Charlie Mruczonka.

Fajnie was poznać, panowie.

Jestem szczęśliwa, że nasz Paddington tak szybko znalazł kolegów.

Przepraszamy na momencik.

Co ty robisz?

- Rozmawiam z miłymi panami. - Żartujesz sobie?

Marysiu, im przecież nie wolno ufać, spójrz na nich.

Cała wataha krwiopijców. Dranie.

A temu pawianowi pośrodku dwie szare komórki w mózgu się mijają.

Szanowny kuma, że go dalej słychać?

Cyknął żeś pan światło, żarówkę. Mikrofon jest w drugą mańkę.

Jest „mikrofon” napisane.

Panowie, jeśli obraziłem was mimochodem...

Pan se daruje. Lubimy tego misia.

A, jak wiadomo, pozna swój swego i element, element — przyciąga.

- Będziemy wdzięczni za każdą pomoc. - Prosimy.

No i? Golonko?

Ani jednego nie poznaję. Chłopaki?

Nie. Nie. Niestety. Kiszka. Nic z tego.

No, niestety, ktoś wam tu mydli oczy, zamydla.

Zakonnica, strażnik z Tower i król?

To bardziej przypomina bal przebierańców niż poważny gang.

No to co my teraz zrobimy?

- Niech pani uważa! - Przepraszam!

Wściekam się, bo nie jadłam śniadania.

Klucze! Klucze!

Tu nie wolno parkować.

Nie parkuję, zabieram śmieci.

Żadnych, synku, śmieci nie zabierasz! Dukasz coś.

W godzinach pracy.

Zamierzam to zgłosić. Tę czapkę też.

Dzień dobry, państwu.

- Judy prosiła, żebym pani dała. BRAK NOWYCH ŚLADÓW

Marnujecie czas, rozpowszechniając fejk newsy.

Ci z głową na karku wiedzą, że winny jest misiek.

A nam teraz, bez niego, żyje się tu wreszcie malinowo.

Co?

To ten zapyziały kundel! Hycel się tobą zajmie, nie zwiejesz!

Szczekanie tu jest zabronione!

Poproszę. Muszę je sprzedawać spod lady. Ludzie wyrywają sobie z rąk.

- Naprawdę? - Porywająca lektura...

Niejeden pod jej wypływem zmienił zdanie w sprawie.

- Musicie znaleźć tego złodzieja. - Staramy się...

Ty pewnie, Piórko, wiesz gdzie go szukać?

Tak, za tobą.

Co, słucham?

Mary!

Cześć Phoeniksie!

Zapraszam na herbatę, chcę wiedzieć o postępach w śledztwie.

- W całym mieście dzieją się dziwne dziwy. - Mówisz?

Dziwne postacie kręcą się przy zabytkach z albumu.

- Mówisz? - Już nie wiem...

Pewnie to czysty przypadek. Henry mówi, że daje się ponieść wyobraźni.

Bo jesteś artystką, Mary. Jak ja.

Wyobraźnia nasza pomyka swobodnie, niczym stado bizonów na prerii.

Lecz ośmielę się wygłosić pogląd, że przy tej akurat sprawie, to chyba

- stary Henry może mieć rację. - Mówisz?

Ale... mam pewną wiadomość, która rozjaśni ci strapione oblicze.

- Słucham... - Zanosi się na to... krzyżuję, trzymam.

Że dostanę dofinansowanie na ten swój monodram.

Jasne.

To będzie monolog przetkany śpiewem.

Mogę pokazać małe demo?

Wyobraź sobie scenę... Ciemność... Wtem światło punktowe. Na mnie.

Ping!

Tańczą nózie, rozchmurz buzię Tip-tipu-taj, tip-tipu-taj

Oj, Mary, zasmuciłem cię? Nie lubisz musicali?

Nie! Nie, nie...

Pomyślałam sobie, jakie to nie fair, że Paddington siedzi w pace, a tu...

- życie toczy się dalej. - Tak, no wiem!

Piekielnie trudno musi ci być przyznać, że to on wygrał.

Ten facet z oczami błękitnymi jak ocean.

Co powiedziałeś?

No ten z plakatu, z twojego świetnego portretu.

Ale...

Skąd wiesz, że ma niebieskie oczy?

Rysowałam ołówkiem.

No to, widocznie...

ubarwiłem go.

- Phoenix Buchanan?! - To mistrz kamuflażu.

- Oszalała. - Zastanów się, Henry.

Ktoś zna historię fortuny Kozłowej.

Rzekomej fortuny.

Golonka powiedział, że nie jest to typowy gang.

- Golonka? - Bo to nie jest gang.

- A jeden gość. - Piórko od dawna to wie.

Piórko? A kto to jest?

Mówisz o papudze z kiosku?

Nie...

Czy przez chwilkę możemy poudawać normalnych?

Phoenix Buchanan to szanowany i ceniony, sławny aktor,

posiadacz platynowej karty, nie jest złodziejaszkiem.

- Zaczekaj chwilę... - Załóżmy, że nie mam racji.

Z chęcią.

Natomiast wróżka, recydywista oraz papuga ją mają.

Ośmielę się przypomnieć, że nie masz na to dowodów.

Gdyby ktoś mnie szukał, będę rozwieszał plakaty.

Tata ma rację.

A ja ci wierzę, Mary.

Aktorzy...

to najbardziej wredne, obłudne i bezwzględne kreatury na świecie.

Żyją z kłamstwa.

Jejciu...

Jeśli chcemy go dopaść...

Potrzebny będzie niezawodny plan.

Paddington...

Golonko...?

Mam dla ciebie ofertę, propozycje.

Gadaliśmy z chłopakami,

i na nasz rozum, jeśli chcesz przywrócić sobie to dobre imię,

- to ci się przydamy. - Brownowie się starają, ale...

Żeby złapać bandziora, bandziorem trzeba być.

Słuchaj...

Gdyby udało nam się stąd wydostać, Wyrwiemy tego łotra, drania.

Ale to oznacza...

- ucieczkę. - Nie inaczej. Mamy już plan.

Ale dla czterech chłopa, więc musisz się dorzucić.

- Jak będzie, młody? - Dziękuję za tę uroczą propozycję, ale

cioci Lucy chyba nie spodobałby się pomysł ucieczki z więzienia.

Brownowie znajdą tego złodzieja. Ja muszę czekać cierpliwie.

Nie podejdzie ci to, młody, ale wcześniej czy później Brownowie...

sorry, ale...

zapomną o tobie.

Znam się na ludziach...

Zaczną opuszczać widzenia...

jedno, drugie...

Nim się obejrzysz,

nie będziesz miał dokąd wracać.

Tu się mylisz.

Wcale tak nie będzie.

Brownowie nie są tacy.

Jutro przyjdą i... z dobrą wiadomością.

Zobaczycie.

- Kto tam? - Judy Brown z Głosu Młodzieży.

Proszę.

Mówicie, szkraby, do czego to. Do szkolnej gazetki?

Wywiad z agentką samego Buchanana to gratka dla czytelników.

Oczywiście. Ale mam dwie minuty, więc się nie rozdrabniajmy.

A przystałam na to tylko dlatego, że przynieśliście słodką łapóweczkę.

Uwaga, idzie.

Dzień dobry, Joe! Kopę lat, kochany! Coś fajnego robisz?

- Listy roznoszę... Jak tam Paddington? - Twardziel, jak to niedźwiedź.

- Proszę go pozdrowić. - Oczywiście, dziękuję ci.

Dla Buchanana.

A kiedy zobaczymy pana Buchanana znów na scenie?

Phoeniksa?! Prędzej broda ci wyrośnie. Nie zrozumcie mnie źle.

To wyśmienity aktor, ale ma pewien maluśki defekcik...

- Jaki? - Nie umie pracować z innymi ludźmi.

Twierdzi, że mu... talent rozcieńczają.

- To już pora... - Och, muszę lecieć.

Mamy lunch z wielkim producentem z Broadwayu.

- Dokąd państwo idą? - Do Ritza naturalnie!

Ciacho pierwsza klasa.

Proszę.

Przesyłka dostarczona.

Powtarzam: przesyłka dostarczona.

Barkridges, jejku!

Phoenix, ktoś tu cię uwielbia!

- Halo? - Phoenix?!

Felicity!

Co za niespodzianka, myślałem, że zgubiłaś mój numer.

Mam dwie minuty, więc się nie rozdrabniajmy.

Dobra...

Mamy lunch z wielkim producentem z Broadwayu.

Tak...?

To bardzo się cieszę. Dokąd mam przyjść?

- Do Ritza naturalnie! - Pędzę w podskokach!

Ciacho pierwsza klasa.

Że co, przepraszam?

Palce lizać...

Cieszę się, dzięki.

Fakt, że spotkałem się już z tego typu dowodami uznania...

Tak!

Rękawiczki.

Klucze.

I w drogę!

Maryś?!

Z BIURKA PHOENIKSA BUCHANANA SOBOTA, 6.30

„Tam, gdzie spełnią się marzenia”.

Otwieraj to okno.

- Kochanie. - Rozum postradałaś?

- Wiem, że to on, i zbieram dowody. - To rozbój w biały dzień!

Niczego nie rozbiliśmy.

Po co Pheoniksowi jakaś książka? Toż to milioner!

Tak sądzimy, ale on jest wszędzie zadłużony.

Każdy z nas płaci rachunki, to nic... Tyle przepuszczać na waciki?!

Jest goły jak święty turecki. Znajdźmy ten album i znikajmy stąd.

Fular!

- No i? - Ani śladu.

- Na pewno coś przegapiliśmy. - Albo szukamy bez sensu. Możemy iść?

- Patrz, Henry! - Co?

- Wykładzina... - Tak, bardzo ładna, kupię ci.

Chodź i mnie podsadź. Szybciutko...!

Jest!

Tajemny pokój.

- Normalny stryszek. - Tajemny stryszek.

Wcale że nie tajemny.

Każdy z domów ma strych. Proszę cię — to na pewno zwykły...

- Wielkie nieba, co za świrus! - Widzisz to?

Zakonnica.

Złodziej.

I król!

Mieliśmy rację.

- My? - No co... przecież nigdy...

- Szybko! - Złaź, Heniu!

Zupełnie szczerze: zwala z nóg.

Halo...?

Kto tam jest?

Ujawnij się!

Henry...

Cześć, Phoeniksie.

Zdradzisz mi, co tu robisz?

- O to samo mógłbym cię zapytać. - Otóż ja mieszkam tu.

To moja rezydencja.

A ja ją...

ubezpieczam.

A naszym... klientom platynowym,

oferujemy raz w roku darmową inspekcję mienia,

celem weryfikacji warunków mieszkaniowych.

W piżamach?

Z żonami?

To okno jest w opór mocne...

- Cześć, Phoeniksie! - Mary...

- Jak cichutko wszedłeś... - Żonka pomaga...

A, to nawet całkiem...

- przekonujące. - Serio?

Super!

To z przyjemnością podsumuję, jest cycuś-glancuś.

Wspaniale.

No... to ja pędzę do biura, niech chłopaki wklepią to w system...

- Do rychłego zobaczenia! - Już czekam!

Z tym że, gdybyś mógł... przebierz się z tej piżamy.

- Głuptasek jest z niego... - Czółko.

O, dzięki ci, Larry, wciąż tu jest...!

Dzięki wam, Larry, Johnny i reszta duchów z Shaftesbury Avenue!

Ale mi się gorąco zrobiło...!

Mocno gorąco, opociłem się. A ciebie kto pytał?!

Trzymaj nerwy na wodzy! Jesteśmy tak blisko!

Podążam w ślad za tą damą przez cały wdzięczny Londyn

i zebrałem już wszystkie jej sprytniutkie wskazówki.

Ale co one znaczą? Jak na razie to jakieś litery.

Au contraire, mon ami! To wcale że nie są litery. To są

mianowicie nuty.

Tak jest, Poirot.

A ja już chyba wiem, gdzie mam je zagrać.

Chwila, cisza!

- Co za niesamowita historia. - I prawdziwa!

Ale udowodnić mogą państwo tylko to,

że Phoenix Buchanan ma na strychu stare kostiumy.

Potrzebuję twardszych dowodów. Np. książkę z jego odciskami,

to będzie śledztwo, ale bez tego nic nie mogę zrobić. Przykro mi.

Zaraz... dokąd ona idzie?

- To co teraz robimy? - Pojęcia nie mam.

Możemy chociaż powiedzieć Paddingtonowi, kto jest sprawcą.

- O nie! - Co?

Przegapiliśmy widzenie.

Ciocia Lucy...

Ciociu Lucy!

Paddington.

A co ty tutaj robisz?

Myślałam, że jesteś w domu.

Niestety, ciociu, nie mam już domu.

Widzisz... siedzę w więzieniu.

I nawet Brownowie o mnie zapomnieli.

Golonko...

Dzisiaj akcja. Chcesz odzyskać dobre imię, to teraz albo nigdy.

Piszesz się?

Zgoda.

Dziś to się nie narobiłem.

A podopieczni potulni jak przed Gwiazdką.

Światło.

Kanapusie!

Paddington!

Idę!

MĄKA

TĄ STRONĄ W GÓRĘ

Trzymaj się, niedźwiedziu.

I znów życie jest piękne!

Wolność!

Lądujemy, Łycha.

WSTĘP WZBRONIONY

Czeka, ślicznota. Przepustka do lepszego świata.

Co to znaczy?

Dokąd lecimy?

- Chyba pora puścić farbę. - Jaką farbę?

Pomożecie mi odzyskać dobre imię?

Wybacz, młody.

Zmiana planów.

- Słucham? - Wyjeżdżamy z kraju.

- A ty, rzecz jasna, z nami. - Ale...

Okłamałeś mnie.

No, co ty...

To wcale nie tak.

Wyświadczamy ci przysługę.

Gdybym powiedział ci prawdę, nie prysnąłbyś z nami.

Będziemy...

razem wkrótce...

marmoladę kręcić.

Ja nie chcę wiecznie uciekać.

Oczyszczę się z zarzutów i wrócę do domu.

Miałeś mi pomóc.

Dałeś słowo.

Wybacz, młody.

Nieaktualne.

Niech idzie.

Chce się dać aresztować,

to już jego wybór.

- Halo. - Halo, Jonathanie...!

Dodzwoniłeś się do Brownów. Nagraj to, co musisz, bo się udusisz.

Halo, to ja...

Przepraszam, że niepokoję.

Ale chciałem tylko dać wam znać, że dałem drapaka z więzienia i...

pewnie... będę ścigany.

W sumie nie chciałem uciekać,

ale Golonka powiedział, że pozwoli mi przywrócić dobre imię.

Żebym potem mógł wrócić do domu.

Ale Golonki już nie ma.

Więc zostałem sam.

Nie wiem właściwie, po co dzwonię.

Po to chyba, żeby powiedzieć...

do widzenia.

- Halo! - Paddington?

Tak. Tak, to ja, Paddington.

Przepraszam, że uciekłem, ale myślałem, że o mnie zapomnieliście.

Co ty pleciesz, Paddington!

Należysz do rodziny.

- Wiemy, kto ukradł album. - Phoenix!

- Pan „Psikostka”? - Tylko akurat zniknął.

Szukaliśmy go we wszystkich miejscach z książki. Do ostatniej strony.

- „Tam, gdzie spełnią się marzenia”. - Skąd to wziąłeś?

To było napisane na ostatniej stronie.

- Od razu pomyślało mi się o cioci Lucy. - Przedziwne!

Czemu?

Dokładnie to samo zdanie Phoenix miał zapisane w notesie.

Naprawdę?

Też to gdzieś widziałam.

Patrzcie.

- „Tam, gdzie spełnią się marzenia”. - Organy...?

- W nich Madame Kozlova ukryła fortunę. - Jedziemy do lunaparku.

- Zwinęli się dziś. - Odjeżdżają ze stacji Paddington...

- O 6.35. - Zdążymy.

Pędź na dworzec.

Jeśli złapiemy Phoeniksa z książką, będziemy mieli dowody.

Ale ja jestem bardzo daleko, jak...?

Będę na miejscu.

Z drogi, śledzie! Tu śmieciara z misiem jedzie!

Przepraszamy!

Obywatele sąsiedzi! Właśnie przechwyciłem wiadomość!

Niedźwiedź nawiał i prawdopodobnie zmierza tutaj.

Poziom paniki w dzielnicy podnoszę do „lawiny histerii”.

- Niech pan się do nas nie zbliża! - Paddington tu się nie wybiera!

- Oczyści się z zarzutów. - I wróci do domu!

Nie chcemy go tutaj.

Oczywiście, że nie. Pan go nigdy nie chciał.

Jak pierwszy raz go pan zobaczył, już miał pan klapki na oczach.

Ale Paddington taki nie jest.

On widzi dobro w każdym z nas, jakimś cudem je dostrzega.

Dlatego tak znajduje przyjaciół.

A Windsor Gardens jest lepszym miejscem, odkąd on tu mieszka.

My tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom. Więc proszę się odsunąć, panie sąsiedzie.

Bo pana przejedziemy!

Brawo, Brown!

Ale plan ci się sypie. Jak i samochód.

Więcej gazu, no dawaj, z gazem! Tylko go nie zalej.

- Sprzęgło i drugi bieg, panie Henry. - Co...?

Na trzy...

- Trzy! - Popychanie na ulicy stwarza zagrożenie!

- Kupą, mości panowie. - Proszę zaprzestać pchania!

- Przywieźcie misia do domu! - Dzięki!

Dobra, Paddington, kryj się i pamiętaj: jesteś koszem.

Jestem koszem. Jestem koszem.

Jestem sobie mały kosz, śmieszny kosz...

- Dziękuję! - Nie ma za co.

Proszę się nie niepokoić. Kosz jestem.

Wesołe jest życie śmieciuszka...

Paddington!

Panie Henry!

Szybko! On już wsiadł!

- Nie martwcie się, poradzę sobie z nim! - Musimy złapać ten pociąg!

Niby jak?

Chyba mam pomysł.

Dzień dobry państwu. Witamy na pokładzie.

- Mogę zaproponować kieliszek szampana? - Dziękujemy bardzo!

Miła odmiana po przejściach, jakie miałem z tym... przebierańcem...

Ciśnienie: dwa-dwa-pięć. Woda — pół szklanki. Hamulec — spuścić.

Supcio, J-Dog!

Nie jestem J-Dog.

Jestem Jonathan Brown.

I kocham parowozy!

- Na litość boską! - Najmocniej przepraszam!

Weź pan, weź pan!

Nie „ciś” mnie, Gertrude! Właśnie wylano na mnie schłodzony trunek!

Geraldzie...

Ś-ciś-nij się wreszcie!

Dobrze, duszko.

Ostatniej nocy z zakładu karnego zbiegło czterech osadzonych.

Ślad po nich zaginął.

Po trzech, gdyż Paddingtona Browna

widziano, jak wsiada do pociągu relacji Londyn — Bristol.

Policja formuje szyki, przygotowuje się do zatrzymania zbiega.

Biedak mały, no...

Pewnie akurat jest tu gdzieś pod nami.

Może mu... pomożemy? Golonka?

Jak? Jeśli się pokażemy, zapuszkują nas i połkną klucz.

No wiem, ale...

To nasz przyjaciel.

Trzymamy się planu.

Niczego dla nikogo za nic nie robię.

Witaj, pradziadku.

Nadeszła wiekopomna chwila...

D.

D.

A.

A.

Książka.

JABŁKA W TOFFEE

Co on robi?

Nie wiem.

- Paddington! - On nas nie słyszy.

- Można trochę szybciej? - Więcej węgla.

Robi się!

- Podjedź bliżej, zamierzam się przesiąść. - Ja też pójdę.

To spróbuj nas powstrzymać.

No to chodźmy.

- Teraz? - Tak.

Skacz!

Pozwólmy umysłom wzlatywać, a i nogi dostaną skrzydeł.

- Uwaga, słup! - Ratunku!

C...

I na koniec...

E.

Działają!

Witajcie...

Ale... ślicznoty...!

West Endzie...

gotów? Oto jestem.

Dzieńdoberek!

Nie!

Jak to było? D... F...

D...

Daj tę książkę!

A dokąd to, misiu na gapę?

To jest pociąg.

Więc ma gdzieś swój kraniec. Jak wszystko, nawet my.

Niedźwiedź wychodzi. A w ślad za nim aktor...

Phoenix Buchanan...

Pani Bird...?

Nagle ci się przypomniało?

Proszę, ale ekipa!

Na odsiecz...

Stara wiedźma,

mała feministka i handlarz polisami!

- Trzęsę się ze strachu... - I bardzo słusznie.

Bo jednym wprawnym ruchem przefasonuję ci nos.

Jestem do niego przywiązany.

Walka sceniczna.

Lewel czwarty.

A tam, skąd ja jestem, lalusiu,

uczą, żeby nie przychodzić z nożem na strzelaninę.

Z tego to lecą gumowe przyssawki.

Co za pech!

Za to ten rapier rżnie jak brzytwa.

Cofnąć się, z choinki urwani!

Dla pana, proszę, duża pavlova.

Smacznego!

Wysoki Sądzie...!

Fryzura, widzę, już trwała!

- Paddington! - Pani Mary!

Mam pewien pomysł!

Dobrze, dobrze, znakomicie. Udam się teraz po uszatka.

Zwolnij trochę, synuś.

Aleś sprytnie to obmyślił!

Bez nerwów, znam pewną sztuczkę Harry'ego Houdiniego.

Skacz, proszę cię. Złapię cię.

Nie!

Papatki, misiu!

Kąśnięty...

Zatrzymaj pociąg, Jonathanie.

Do wody!

- Golonko, wrócił pan! - Sam pichcić marmolady nie dałbym rady.

Dziękuję wam wszystkim.

Paddington...?

Rozkłada go.

Trzeba go położyć do wyrka.

- Wyziębił futerko. - Nie martwcie się, wyjdzie z tego.

Prawda, przyjacielu?

Paddington!

Gdzie ja jestem?

- Leż spokojnie, misiu. - Nieźleś nas nastraszył!

Ale już w domu jesteś.

- W domu? - Tak jest. Patrz.

Policja naprawia swój błąd.

Phoenix Buchanan został aresztowany.

I, muszę dodać, że odebrano mu naszą platynową kartę.

- A więc... - Jesteś wolnym misiem.

- To jak długo ja spałem? - Trzy dni.

Trzy dni?!

- To znaczy, że... - Dziś są urodziny cioci Lucy.

- A ja nie wysłałem upominku. - Nie przejmuj się.

Jak najbardziej się przejmuję. No bo...

gdy byłem mały, ciocia zrobiła dla mnie tak wiele...

Bez niej w ogóle bym do Londynu nie trafił.

I... oczywiście zawsze bardzo się starałem, by była ze mnie dumna.

A teraz biedna obudzi się w dniu urodzin, bez prezentu,

- i pomyśli, że zawiodłem na całej linii. - Ależ puchaty rozumku!

Na pewno tak nie pomyśli.

Skąd wiecie?

Chodź z nami.

Idzie!

- A co się tak państwo zgrupowali? - Przyszliśmy podziękować.

- Podziękować? - Za to, co dla nas zrobiłeś.

- To dzięki tobie się poznaliśmy. - Pomogłeś mi zdać egzamin.

Ja bym nigdy do własnego domu nie wszedł.

- Naprawdę masz z czego być dumny. - No pewnie!

A gdy usłyszeliśmy, że polizei chce wziąć książkę jako dowód,

postanowiliśmy znaleźć dla ciocia inny prezent.

Więc zrobiliśmy zrzutkę.

Uruchomiłem dawne znajomości w lotnictwie...

Ciocia na pewno będzie zadowolona.

Więc... co to za prezent?

Chciałeś kupić książkę, żeby ciocia mogła zobaczyć Londyn?

Bo o tym zawsze marzyła.

Pomyśleliśmy...

czemu oglądać to miasto w albumie,

skoro można zobaczyć je naprawdę.

Ktoś przyszedł, otworzysz?

Padziu, kochany...

Wszystkiego najlepszego, ciociu.

MÓJ ALBUM

URODZINY CIOCI LUCY

MISIE W LONDYNIE

GOLONKA, PHIBS I ŁYCHA UŁASKAWIENI — „TO INNI LUDZIE” — MÓWI SĘDZIA

KANAPKI GOLONKI! —

BYŁY SKAZANIEC OTWIERA HERBACIARNIĘ — W IDEALNEJ LOKALIZACJI

WYROBY SCHODZĄ JAK CIEPŁE BUŁECZKI — SUKCES!

MARY BROWN PRZEPŁYWA KANAŁ,

LECZ ZAPOMINA PASZPORTU, WIĘC MUSI WRACAĆ

JUDY ZDOBYWA NAGRODĘ —

GŁOS MŁODZIEŻY SZUKA PRACOWNIKÓW — CHŁOPCY MILE WIDZIANI

CAŁA NAPRZÓD! — JONATHAN BROWN (ZNANY DOTĄD JAKO J-DOG)

POPULARYZUJE PAROWOZY

HENRY BROWN OTRZYMUJE AWANS —

„STARA GŁOWA NA CAŁKIEM MŁODYM KARKU” — MÓWI SZEF

PHOENIX BUCHANAN TRACI MIŁOŚNIKÓW —

BĘDZIE MUSIAŁ WSZYSTKO ODSZCZEKAĆ

PHOENIX BUCHANAN SKAZANY!

Phoeniksie Buchanan...

dopuścił się pan haniebnej zbrodni.

I zhańbił pan szanowaną profesję aktora.

Skazuję pana na dziesięć lat więzienia.

I sugeruję, by spożytkował pan ten dany mu czas rozsądnie.

Tak zrobię.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

Dziękuję!

Jak widać...

uwielbienie West Endu nie było mi aż tak potrzebne.

Wystarczy akceptacja współosadzonych.

Co się ze mną porobiło?! Zamknijcie mnie, bo nie ręczę!

A, racja, już siedzę!

PAMIĘCI MICHAELA BONDA

www.NapiProjekt.pl - nowa jakość napisów. Napisy zostały specjalnie dopasowane do Twojej wersji filmu.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.