All language subtitles for Little.Woods.2018.1080p.AMZN.WEB-DL.DDP5.1.H.264-NTG

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian Download
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish Download
es-419 Spanish (Latin American) Download
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

- Co tu robisz, Dale? - Sorki, że nachodzę.

Jest po północy.

Towar mi wyszedł.

No i?

Masz oksy?

Od miesięcy nie mam.

Kurwa.

- Na pewno nic nie masz? - Na pewno.

Wejdź.

Od dawna to masz?

Od dwóch tygodni.

Odkąd wróciłem do domu.

Mogę ją obandażować, ale musisz iść do szpitala.

Byłem, czekałem sześć godzin.

Musiałem wracać do roboty.

Następnym razem zaczekaj siedem.

A w międzyczasie?

Naprawdę nic dla ciebie nie mam.

Dlaczego przestałaś?

Złapali mnie na granicy z lekami matki.

- Bez oksów? - Bez.

Gdzie indziej nie ma?

Nigdzie nie ma.

I tak byś mi nie powiedziała?

Zostało mi 10 dni warunkowego.

Nie mogę wplątać się w większy bajzel niż ten, za który siedziałam, więc...

masz rację.

Trzymaj ją w górze,

nie przeciążaj

i idź do szpitala.

Żałuję, że nie mogę bardziej pomóc.

Rozumiem.

Chociaż szkoda, bo ceny Billa są większe niż twoje.

Bo to diler.

Mamo!

Już dobrze, Misiu.

Wypluj wszystko.

Już dobrze, Misiu.

Skończyłeś?

Już dobrze, Misiu.

JESTEŚ? OD: OLLIE

MOŻESZ WPAŚĆ? OD: OLLIE

Nie wiem, co lepsze — widzieć ciebie czy wyprane ciuchy.

Dlaczego nie kazałeś robić tego tej,

co zostawiła szminkę na twojej koszuli?

- Wyszłoby cię taniej. - Może.

- Dwie kawy. - Robi się.

Zapomniałam dzisiaj śmietanki, więc jest tylko czarna.

- Dzięki. - Dziękuję.

- To, co zawsze. - Znalazłeś już mieszkanie?

Nie, wciąż kimam w aucie.

Dobrze, że się ociepliło.

Stek z jajkami?

Dwie poproszę, jedna dla Jeffa.

- Jeff to twój kochanek? - Coś ty!

- Nie? - Zatrzymaj resztę.

- Jak leci, Bill? - Dobrze, Ollie, a tobie?

W porządku.

Ponoć Dale cię odwiedził.

- Kto? - Dobre.

Potrafisz żartować.

Podać ci coś?

Dopiero co wrócił.

Dlatego nie wiedział, że już nie handluję.

Ale mogłabyś.

Wspominał, że wisi u ciebie nakaz eksmisji.

Przydałaby ci się forsa.

Dobrze by się nam współpracowało.

Nie jestem zainteresowana.

Jeśli zmienisz zdanie, odezwij się.

Dale wziął to od ciebie?

Poszedł dziś do pracy.

Zgłaszałam się do czegoś normalnego,

żebym mogła przestać z dorywczymi pracami.

Legalnymi, rzecz jasna.

A co do nielegalnych rzeczy...

Odmawianie weszło ci w nawyk?

Tak.

- Jak kwestia zamieszkania? - Nie jest dobrze.

Dobrze, że mama umarła, zanim nas eksmitowali.

Teraz tylko ja mam to na głowie.

Co u siostry?

Rzadko ją widuję.

Nawet po...

Tak.

Myślałaś o wyjeździe?

Złożyłam podanie o pracę w Spokane,

więc to nie tak...

że tylko o tym rozmyślam.

Skoro o tym mowa...

potrzebuję listu polecającego,

więc jeśli to możliwe...

- Aż tak głupio to zabrzmiało? - Nie boisz się, co napiszę?

- A co pan napisze? - Dowiesz się.

Robi pan sobie żarty, ale to nic śmiesznego.

Napiszę same dobre rzeczy. To świetna sprawa.

Szansa na nowy początek.

W pełni odrobiłaś swoje szkody.

Została jeszcze jedna wizyta

i za osiem dni skończy ci się nadzór kuratorski.

Dziękuję.

Ollie.

Niewiele ci brakuje.

Nie pakuj się w kłopoty.

Za piątaka, którego mi wisiałeś, zabrałam ci parę skarpet.

Jeśli chcesz je odzyskać... Ja wszystko spisuję.

- Cześć, jestem Jack. - I co, Jack?

- Ty jesteś ta Oleander? - Co w związku z tym?

Muszę przedostać się przez granicę.

Z moją nogą coraz gorzej, a tutaj nie mogę iść do lekarza.

Chyba mnie z kimś pomyliłeś.

Nie mogę pracować!

Dyszka.

Dzięki.

Oleander King, musiałaś za mną tęsknić.

Jeśli tak, to jeszcze tego nie poczułam.

- A chcesz poczuć? - Wiem, kto mógłby za tobą tęsknić,

ale to nie ja.

Mówiłeś o mnie chłopakom?

- O tym, jak cię pragnę? - Wiesz o czym.

Nie, skąd.

Paru nowych mnie wypytywało i Bill się dziś przyplątał.

Ty i Bill?

O cholera, dopadła cię chcica.

- Wcale nie. - Na pewno?

Wtedy byś zarobiła.

- Bill się ceni. - Słyszałam.

Jak chcesz wrócić, wal do mnie.

Pomógłbyś lepiej swojemu dziecku i mojej siostrze.

Mówi Oleander King, dzwonię w imieniu Bridget Sorensen.

Tak.

Jestem jej córką.

Nie, adoptowaną...

Bridget zmarła, więc...

Tak, dostałam.

Chwila, „przeniesienie własności”?

Co to znaczy?

Wchodź, Misiu.

Mogę soku jabłkowego, ciociu Ollie?

„Mogę prosić sok jabłkowy?”

- Mogę? - Jak zjesz groszek.

Rozgnieć go sobie. Nie palcami.

Mogę odejść?

Napiłeś się?

Zjesz jeszcze kurczaka?

Dobrze.

Możesz iść. Chcesz kolorowankę?

- Podziękuj. - Dziękuję.

Pobawisz się grzecznie, a ja porozmawiam z ciocią?

- Dobrze? - Chcę inną kolorowankę.

Inną? A gdzie „proszę”?

Powiem, jak narysuję ci wielką, parującą kupę.

Wciąż śpisz u mamy na podłodze?

Przywykłam.

Coś jest nie tak z twoim pokojem?

Nic, po prostu...

Co?

Nic.

Mam rozmowę o pracę w Spokane.

Jak ją dostanę, odpuszczę sobie ten dom.

Czyli wyjedziesz za pracą.

Mam nadzieję.

To nie w twoim stylu.

Jesteś praktyczna, zaradna,

ale nie polegasz na nadziei. Ty działasz.

Czasami aż za bardzo.

Poradzisz sobie. Dostaniesz robotę i wyjedziesz.

Jak za dawnych czasów. Chcesz?

Nie, rzuciłam. Są szkodliwe.

Sama wybieram, czym się truję.

Jeśli wyjadę...

będziesz musiała się ogarnąć.

- Nie pakuj się w kłopoty. - Jestem czysta. Nie biorę.

To dobrze.

- Wiem, że wystrzeliłam z tym domem... - Jestem w ciąży.

Co zamierzacie z ojcem dziecka?

- To Iana. - Boże.

On ci nie pomoże. Masz plan?

Nie potrzebuję twoich kazań.

- A czego ode mnie potrzebujesz? - Niczego.

- Co zrobisz? - Nie wiem.

- Nie mam wielu możliwości. - Albo je masz...

Albo nie?

Mniejsza z tym.

Sama się tym zajmę.

- Co masz na myśli? - Że się tym zajmę.

Skrobanka na tyłach spożywczaka?

Podejmiesz takie ryzyko? Na Boga, masz dziecko!

Robię to ze względu na Johnny'ego.

- Mieszkam na parkingu. - Z wyboru.

- Mogłaś zamieszkać tutaj. - Chcesz go sprzedać, więc...

- To niebezpieczne. - Miejmy nadzieję, że nie.

- Nie ufam nadziei. - Przeciwnie.

- Wprowadzicie się tutaj. - Do domu, który mogą nam zabrać?

Zdobędę pieniądze...

- A co z rachunkami? - Będziecie mieć dom.

Prawdziwy dom. A ja wam pomogę, jak już dostanę pracę.

Chcesz, żebym urodziła kolejne dziecko?

Serio?

Chcę, abyś wyszła na prostą.

Bo ciebie nie będzie.

Właśnie.

Skąd weźmiesz pieniądze?

Coś wymyślę.

Masz dłuższe włosy.

Ty też.

- Czasami za tobą tęsknię. - Naprawdę?

Ja za tobą cały czas.

Wyglądasz na zmęczoną.

Zamknij oczy.

- Chce ci się spać? - Tak.

Mnie też.

Potrzeba 5682 dolarów,

aby przepisać dom na Deborah Hale.

- Kiedy mija termin wpłaty? - Za tydzień.

Wysyłaliśmy zawiadomienia o zajęciu nieruchomości.

Rozumiem...

ale nie możemy tego jakoś rozwiązać?

Przykro mi. To był ciężki rok dla wielu ludzi.

Chcemy zatrzymać naszą jedyną własność, której nikt inny nie zechce.

Gdybyście widzieli ten dom, wy płacilibyście nam.

Czy wystarczy choć połowa tej kwoty?

Proszę.

Zobaczę, co da się zrobić.

Nienawidzę błagać.

Ja też za tym nie przepadam,

ale lepiej spłacić trzy koła niż sześć.

Równie dobrze mogłoby to być pięćdziesiąt.

Forsy nigdy nie ma, kiedy jej potrzebujesz.

Jeśli w tydzień spłacą panie połowę hipoteki,

resztę rozbijemy na raty.

Świetnie.

- Dziękujemy. - Proszę bardzo.

- Jezu... - Ktoś się spóźnił do roboty.

- Czego chcesz? - Ja?

- Wysiadaj. - Cześć, maluchu! Chodź do taty!

Chryste, upił się.

- Też jesteś chory? - Ja chory?

No coś ty!

Chodźmy do środka.

- Co? - Idź stąd.

- Nie mogę zobaczyć się z synem? - Nie w takim stanie.

- Ale ty możesz prosić mnie o forsę? - Tak.

Karmisz go w ogóle? Wygląda, jakby głodował.

Głodował? Zastosuję twoją dietę, samo piwo.

Oby wyrósł na dużego, silnego i bezwartościowego faceta jak tata.

Jesteś złą matką.

Mam pieniądze, o które błagałaś.

- O nic nie błagałam! - Powinnaś mi dziękować.

Nie chcę ich.

- Błagałaś o nie! - Spierdalaj! Wynoś się!

Wynoś się! Jesteś pośmiewiskiem!

Pieprzonym pośmiewiskiem!

Nie! Przestań!

Potrzebujesz ich.

Już dobrze.

Chodź.

Johnny?

- Proszę. - Dziękuję.

OSTATNIE OSTRZEŻENIE POJAZD STOI TU NIELEGALNIE

TO PARKING TYLKO DLA KLIENTÓW

Wszystko dobrze?

Tak.

Wszystko gra.

Na pewno?

A u ciebie wszystko gra?

Nie nauczyli cię pukać?

Co? Przyszłaś mi nagadać, jakim jestem dupkiem?

Miałam przyjść, gdybym chciała wrócić.

- No co? - Myślałem, że chodzi o Deb.

Bo chodzi.

Odpowiedz mi.

- Chcesz wrócić? - Sprzedajesz?

Wiem, kto kupuje.

Tutaj w Little Woods, Tiodze, Watford City.

Dasz radę opchnąć 500 tabletek?

Ta zakopana torba to nie bujdy?

Pięćset sztuk. Spółka?

Podasz ludziom cenę,

nie wspominając o mnie ani o Little Woods, ani o tym, skąd masz towar.

Ale ja nie sprzedaję.

- Nie sprzedajesz czy nie chcesz? - Byłaś w tym dobra.

Umiałaś dilować. W Brandon nie rozdawałaś recept, tylko gotowy towar.

Jak już mówiłem, wiem, kto kupuje.

Wszystko załatwię.

Ale musisz sprzedawać.

Dobra.

Chcę wszystko opylić w tydzień. Ogarniesz to?

W tydzień...

A co, masz jakieś plany?

Tak.

Tylko nie nawal.

Tu nie chodzi tylko o mnie.

Ani o ciebie.

- Tylko twoją rodzinę. Rozumiesz? - Jasne.

- Zaczynamy od jutra. - Rozkaz, kapitanie.

Daj znać, gdzie i kiedy.

Ollie.

Przeproś ode mnie Deb.

Sam to zrób.

- Chciałabym się umówić na wizytę. - Susie ci pomoże.

Ale i tak wciśniemy cię dopiero za cztery-sześć tygodni.

- Sześć tygodni? - Wiem, wariactwo.

- Mogę zadać kilka pytań? - Pewnie.

Jakie wiążą się z tym koszta?

Jak najmniejsze, ile by wyniosły?

Zależy od ubezpieczenia.

Ze współpłaceniem za wizytę wyjdzie 10-20 dolarów.

- A jeśli straciłam ubezpieczenie? - Wtedy pełny koszt.

Ale jeśli ci się uda,

możesz dostać 12 wizyt i witaminy prenatalne.

Ciąża i poród to koszt w wysokości 8000-9000 dolarów.

A w razie cesarki — dwanaście.

- Bycie w ciąży kosztuje 8000? - Niestety, skarbie.

Rozważałaś powrót do domu i poród w gronie rodziny?

Jestem stąd i w zasadzie nie mam...

Mam inne opcje?

Cześć, Ollie.

Cześć.

Przywiozłaś kawę w tym staruszku?

Jasne.

Jak kostka?

Lepiej.

- Byłeś w szpitalu? - Tak.

Czekałem te siedem godzin, ale...

ile można?

Potrzebujesz czegoś na ból?

A masz coś?

Oksy. 12 za tabletkę, dla ciebie dycha.

Spoko... biorę dziesięć.

Mogę tam być za jakieś pół godziny.

Wschodnia część Tiogi?

Ile?

Mówisz, że się przykładasz?

Jesteś od Iana?

Zaczekaj!

Ile?

Jesteś od Iana?

- Dam ci pięć stów za buteleczkę. - Dwie za dziewięćset.

Dobra.

Jesteś wcześnie.

Chciałam to załatwić przed rozmową o pracę.

Ostatni raz się zameldować i z głowy.

I tylko po to przyszłaś?

Jak się czujesz?

Dobrze.

Nie denerwuj się, bądź sobą.

Zawsze miałeś lepsze rady.

Rozmawiaj z nią jak z człowiekiem.

Jasne.

Bądź naturalna.

- Nie wiem, czy dam radę. - Dasz.

Zasługujesz na to.

Jeszcze jedno.

Tylko bądź szczery.

Co myślisz o koszulce termoaktywnej pod marynarką?

Ja bym założył koszulę, ale to też może być.

Nie mam czasu na zmianę.

To był żart.

- Sheila Andrews. - Miło poznać.

Ciężko było tu trafić.

- Proszę. - Dziękuję.

Proszę dać znać, gdyby chciały panie coś zamówić.

Proszę.

Faktycznie jest tu drogo.

To przez boom. Wszystko poszło w górę.

Najgorzej jest z nieruchomościami, o ile coś się znajdzie.

Dlatego zaczęłam sprzedawać przy wieżach wiertniczych.

Kawa i tym podobne.

W mieście kosztuje 6 dolarów i nie jest tak dobra.

Ja stawiam.

- Nie chciałam... - W porządku.

Dziękuję.

Twój kurator, pan...

Carter.

Opowiedział mi wiele o tobie.

Musi sporo w tobie dostrzegać,

skoro za ciebie ręczy.

To świetny człowiek.

Powiedz mi coś o sobie.

Czym się zajmowałaś i co chciałabyś robić.

W porządku.

Pozwoli pani, że skorzystam z toalety?

- Przepraszam. - Ależ oczywiście.

- Czego chcesz? - Porozmawiać.

- Nie mam czasu. - Krążą słuchy...

Oszczędź takich wstawek! Czego chcesz?

Swojej działki.

Od czego?

Wiem, że znowu sprzedajesz.

I nie podoba mi się to, że tracę klientów z twojego powodu.

Oto moja propozycja — odpalasz mi działkę,

- a ja nie będę chciwy ani zły. - Nie wiem, kto ci nagadał...

Nie utrudniaj, King.

Sprzedawaj dalej i odpalaj mi 30%

albo będziesz przewozić dla mnie towar przez granicę.

Nawet ci zapłacę.

Tak jest najuczciwiej.

Nie okłamuj mnie.

Wybieraj.

Nie będę jeździć przez granicę. Nie chcę ryzykować.

Więc będziesz sprzedawać.

Dobrze, że się dogadaliśmy.

Ładnie wyglądasz.

Skończyliśmy?

Tak.

- Proszę wybaczyć. - Wszystko w porządku?

Kiedy się denerwuję, chce mi się sikać.

Zaczynajmy zatem.

Carter. Cześć.

Nie narzucam ci się? Chciałem zapytać, jak ci poszło.

Skądże.

Wejdź.

Dawno nie robiłem wizyt domowych,

więc pomyślałem, że nadgonię obowiązki.

Sheila dzwoniła po waszej rozmowie.

Tak?

Boże.

Mam nadzieję, że nie wzięła mnie za wariatkę.

Nie. Spodobałaś się jej.

Wie, że nowy początek wymaga znalezienia pracy

i celu w życiu.

Jej słowa.

Mówiła...

o czymś jeszcze?

Odezwie się za parę dni.

Jestem z ciebie dumny.

Co tu robisz?

Ciszej, bo Johnny śpi.

Sorki.

- Zrobisz coś dla mnie? - Co?

Kurator prawie mnie nakrył,

więc musisz to dla mnie przechować.

- Znowu sprzedajesz. - Nie, to na imprezę w weekend.

Jak inaczej miałabym zdobyć trzy tysiaki w siedem dni?

Żebrząc? Kelnerując?

Dlatego Bill tak na ciebie dyszał.

Weszłaś na jego teren? Nie nudzi cię to?

- Robię to dla was. - Mam być wdzięczna?

Mam cię przepraszać?

Przecież nie popełniasz błędów.

Wiedziałaś wtedy, o czym mówię.

Nie zaprzeczaj.

Zawsze umiałaś to sprzedać.

Wypad do Kanady na szał zakupów w aptece.

Dla mamy Dany leki na nadciśnienie, dla Sarah tabletki poronne,

Tom dostawał antybiotyki dla dzieci, a...

mama swoje leki.

Ale nie mówiłaś o innych fiolkach.

Nic nie rozumiesz.

Spędzając ten czas z umierającą mamą,

mogłam jedynie jej ulżyć nową dawką leków...

żeby pożyła odrobinę dłużej.

Miałam bezczynnie siedzieć?

- Wiem, nie miałyśmy wyboru. - Ja!

Ja nie miałam wyboru, bo ciebie nie było.

Nie chciałam tego, ale trafiła się okazja.

Nie zostawię cię bez domu.

Mam już połowę.

Z domem czy bez, nie mogę urodzić.

Decydujesz na podstawie możliwości.

To samo dotyczy ciebie.

Wiem.

Nie złapią cię?

Nie.

Jesteś pewna?

Jasne, że nie.

Schowam to tutaj.

Jak poszła rozmowa?

Nie wiem.

Ubrałam się jak ostatnia kretynka.

- Wyglądałaś... - Nie...

- Zatrudniłabyś mnie? - Pewnie.

Ile dni ci zostało?

Cztery.

Niewiele brakuje.

O mnie się nie martw.

Martw się o niego.

Wiedziałam, że wrócisz.

Nie przyszłam w sprawie pracy.

Nie? Przyszłaś popatrzeć?

Słyszałam, że robiłaś tutaj zabieg.

Nie w szpitalu.

Nic ci nie powiem, złotko.

- Nie chcę nikomu robić kłopotów. - Nie musisz chcieć.

Wystarczy, że będziesz za dużo pytać, tak jak teraz.

Potrzebuję tylko adresu Taylora.

Mogłabym zapytać wiele dziewczyn.

Ale pytasz mnie?

Proszę o pomoc.

Ładny naszyjnik.

- Nie. - Kolczyki.

Dobra.

Co, nie widziałeś wcześniej kobiety?

Nie gap się, bo i tak nie zaliczysz.

- Jebać typa. - Sami tu skurwiele. Masz.

Serio?

Wiesz, gdzie mieszkam.

Daj mi więcej ludzi.

Takich, co kupią więcej i zapłacą więcej.

W Minot jest dzisiaj rodeo.

Oni walą oksy, jakby jutra miało nie być.

- Znasz tam kogoś? - Mój ziomek Beau startuje.

Ufasz temu Beau?

Tak, to dżentelmeni. Spokojnie, mają pełno forsy.

Jesteś Beau?

Szybka jesteś.

Trzymaj.

Stój.

Nie mam czasu.

- Skąd tyle masz? - Ze sprzedaży.

Znasz się lepiej od innych.

Nie chcesz wyskoczyć za granicę?

Ile bym zarobiła?

1500.

Zastanawiasz się, co?

Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Mogę przyjechać dzisiaj.

Nie. Drewniana urna wystarczy.

Czego?

Miło, że wpadłaś.

Usiądziesz?

Za daleko.

- Co? - Usiądziesz tutaj?

Potrzymam cię tylko za rękę.

Nie powinnaś mi ufać,

ale trzeba ryzykować.

Widzisz, miło jest.

Podjęłam decyzję.

Chcę ci to powiedzieć.

W porządku.

Jestem w ciąży.

Nie urodzę.

Co?

- Tak. - Chwila...

- Jeśli chodzi o pieniądze... - Nie, nie tylko.

Mogę zapewnić jedzenie, ubrania.

Wychowywanie dziecka wymaga więcej.

Chcesz ślubu? Możemy go wziąć.

Johnny wystarcza mi aż nadto.

- Co? - A na tobie nie mogę polegać.

- Kręcimy z Ollie dobry interes. - Ona wyjeżdża.

Musimy jej na to pozwolić.

Możesz na mnie polegać.

Nie mogę.

- Mogę się poprawić. - Możesz.

Przepraszam.

Gdzie on jest?

Co się stało? Deb?

Co się dzieje?

Planowałam pojechać dzisiaj do Taylora.

- Po co? - Nie byłam tam.

Poszłam do domu podrzucić Johnny'ego sąsiadom,

a domu nie było.

Odholowali go, ze wszystkim w środku.

- Pieniądze... - Co?

Zabrali kampera.

Jak to? Kto go zabrał?

- Zostawili kartkę, ale nie sądziłam... - I nic mi nie powiedziałaś?

Nie myślałam, że naprawdę go zabiorą.

Ty nigdy nie myślisz.

Pożyczę od Billa parę stów i go odzyskamy.

Kamper nie jest na mnie.

Zajęłam go, bo stał pusty.

Kurwa.

- A jeśli znajdą towar? - Kurwa.

Jeśli go przeszukają?

Wszystko potrafisz spierdolić!

- Skąd miałam wiedzieć... - Ogarnij się!

Wszystko się sypie i to ja muszę sprzątać!

Mam tego dosyć! Ciebie też!

- Nikt cię nie prosił o pomoc! - Mamusiu?

Zostań, Johnny!

Nie możesz uciekać i zostawiać mnie z poczuciem winy!

Nie pozwolę ci!

Rozpieszczasz mnie.

Co tu robisz sama?

Nie chce mi się gadać.

Ze mną nie pogadasz?

Nie znam cię i nie mam ochoty.

Wal się, suko!

Fajna urna.

Najtańsza, jaką mieli.

Największy dar natury zamknięty w małym pudełku.

Tak to już jest.

Dokąd pojechałaś?

Upiłam się i zjechałam okolicę.

Weszłam do kampera, ale nie było leków i forsy.

Chryste.

Zawsze dobrze prowadziłaś po pijaku.

- Nikt dobrze nie prowadzi po pijaku. - A ty?

Tym bardziej.

Zabrałam twoje rzeczy.

Poza tym masz tutaj stare ciuchy.

Małe sukcesy.

Co się stało z towarem?

Nie wiem.

Diler niezbyt może iść z tym na policję.

Deb, jesteś w ciąży.

Urodzenie dziecka kosztuje 8000.

Dowiedziałam się paru rzeczy.

Poszłam do kliniki.

Powiedzieli, że z wizytami, witaminami i odebraniem porodu,

bez ubezpieczenia,

wyniesie mnie to osiem tysięcy.

Ale dała mi coś takiego.

- Najbliższa klinika aborcyjna. - Gdzie?

- Setki kilometrów stąd. - Zawiozę cię.

Nie stać mnie.

A skoro Taylor nie wchodzi w grę...

Zaczynam rozumieć, czemu ludzie uciekają do Kanady.

Zabiorę cię tam, załatwisz sprawę.

- Nie. - I przywiozę z powrotem.

Bill chciał, żebym coś dla niego przewiozła.

Dostanę forsę i pojedziemy razem.

- Co za różnica? - Jest.

To twój wybór.

Zawiozę cię, jeśli chcesz.

Co miałabym zrobić?

Zdobyć kanadyjską kartę zdrowia od Carabanów.

Teraz oni tam działają.

To jedyny sposób.

Co wtedy poszło nie tak?

Kiedy cię złapali.

Zapomniałam się bać.

Tak bardzo mi się to spodobało.

Johnny.

Widziałeś kiedyś bizona?

Patrz.

Widzę je!

Zazwyczaj są naburmuszone, ale ten chyba się uśmiecha.

Bo cię widzi.

Ładny widok, co?

Nie!

Buduj dalej.

Już się stęskniłaś?

Cześć, mały.

Pogadamy?

Skarbie, pamiętasz Ollie?

Cześć, Jody.

To jest Johnny.

Może się z tobą pobawić?

- Tak. - Super.

Może opowiesz Johnny'emu, co stało się z Marudnym Misiem?

Jego też tak nazywamy, kiedy się budzi.

Pamiętaj, żeby zasłaniać buzię, kiedy kaszlesz.

Trzy tysiące, bez negocjacji.

Mogę jechać jutro.

Dobra.

Wyniki rezonansu do alibi.

A to masz przewieźć.

Do młynu pigułkowego?

Dlaczego w Manitobie?

Po naszej stronie jest za dużo federalnych.

Podziękuj za to meciarzom.

To najbliższy taki przybytek. Akurat w Kanadzie.

- Co jest w torbie? - Nie twoje zmartwienie.

- Przewożę to, powinnam wiedzieć. - Rób swoje, nie interesuj się.

Tu masz półtora tysiaka.

Reszta po powrocie.

Widzimy się za dwa dni.

Jedz.

Obudź go.

Niedługo wyruszamy.

Nie zapomnij dowodu.

Możesz się jeszcze wycofać.

Jeśli uważasz, że nie warto.

Warto.

To na pewno tutaj?

Na pewno.

Pasuje do opisu.

W razie czego dzwoń.

Jesteś dzielna.

Jestem Deb.

Joe.

Dzwoniłam w sprawie...

Wejdź.

Mogę je zobaczyć?

Tak.

Mamy...

kartę zdrowia.

Dowód...

Jak możemy ci ufać?

Dlaczego mielibyście nie ufać?

To uczciwe pytanie.

Masz.

Też takie dostanę?

Tak.

Ile masz forsy?

Na tyle się umawialiśmy.

Zaprowadź ją.

No, idź.

Usiądź tutaj.

Dobry wieczór.

Mogę się poczęstować?

Automat w środku jest pusty.

Jasne.

Dzięki.

- Ognia? - Nie trzeba.

Zimniej niż by się wydawało.

Cholernie zimno.

- Jesteś stąd? - Nie.

Co cię tu sprowadza?

Słyszałam, że to najdalej na północ wysunięty postój w stanie.

Chciałam to sprawdzić.

I jesteś tu sama?

Nie, razem z...

Niech zdejmie kurtkę.

- Co? - Zdejmij kurtkę.

Nikt nie robi zdjęć w kurtce.

W porządku.

- Dokąd idziesz? - Wydrukować zdjęcia.

Kto ci o nas powiedział?

Ollie.

Nie znam.

- Oleander. - Pierwsze słyszę.

- Myślałam... - Ciebie też nie znam.

I co?

Jesteś obca i prosisz nas o coś niezgodnego z prawem.

Będzie potrzeba więcej.

Pieniędzy. Dla pewności.

Dużo?

Stówę.

Nie mam tyle.

A co masz?

Zegarek.

- Może być? - Nie. Coś jeszcze?

Naszyjnik? Należał do mojej mamy...

To będzie za mało.

Spokojnie.

- Oddaj mi pieniądze. - Wyluzuj.

- Oddaj je, pójdę gdzie indziej. - Spokojnie.

- Co ty robisz? - Puszczaj!

Puść moją rękę.

Powinnaś wyluzować.

Dobra.

Mam więcej pieniędzy.

Podaj mi kurtkę.

Było mówić od razu.

Daj mi po nie pójść.

Jasne.

Śmiało.

Joe!

- Jest pani matką dziecka? - A jak pan myśli?

- Proszę tu podejść. - Przepraszam...

Proszę, aby pani tutaj podeszła.

Dziękuję.

Jakiś problem?

Zaraz się przekonamy.

Wyjaśniałam właśnie panu, że jedziemy odwiedzić mamę.

Dokładnie. Wybacz, że to tyle trwało.

Łazienka była nieczynna. Musiałam iść na tyły.

Jest w ciąży.

Nie może długo wstrzymywać.

- Gdzie mieszka wasza mama? - W Portal.

W porządku.

- Bezpiecznej drogi. - Dobranoc.

Jedziemy.

Wstawaj, Misiu. Ruszaj.

Co tam się stało?

Plan wziął w łeb.

Jezu.

Skurwiele.

Już dobrze, Misiu.

To spory kawał.

Mogę go nieść.

Johnny, pora wstawać.

No już, Misiu.

Idziemy.

Chodź, Misiu.

Musimy iść tędy.

Wiem, że jesteś zmęczony.

Jesteśmy tak blisko. Musimy tam dotrzeć.

Musimy iść, zaraz wstanie słońce.

- Wiem, ale... - Musimy ruszać.

Poniosę go.

Ostrożnie.

Trzymam cię.

Deb.

Chodź.

Cześć, Ger.

Zaraz wracam.

Zapomniałam ci podziękować.

Zawsze pomogę.

Chociaż ostatnio zarzekałaś się, że już nie przyjedziesz.

Wiem, ale to rodzinna sprawa.

No to masz szczęście, bo mam wolny pokój.

Zawsze masz coś wolnego.

Tu mnie masz.

Dzięki.

Mam też prośbę.

- Jaką? - Pożyczysz mi wóz?

- Na kilka godzin. - Jasne.

A druga prośba?

Ktoś musi przypilnować małego.

Dopóki nie wrócę z jego mamą.

Proszę?

Już nie wrócę.

Zobaczymy.

Może powinnaś zostać.

- To daleko stąd. - Wiem.

- Co ty na to? - Dobrze, ale chyba za dużo szminki.

Na zdjęciu nie ma tyle makijażu.

- Lepiej? - Tak, jest dobrze.

- Więcej nie zmienimy. - Jest dobrze.

Nie będą się przyglądać.

Misiu.

Obudź się.

Zostaniesz z moją przyjaciółką Gerry,

- a ja pojadę do lekarza. - Jesteś chora?

Nie, nie martw się.

Niedługo wrócę.

Jadę tylko na badania. Wrócę cała i zdrowa.

- Przyrzekasz? - Przyrzekam.

Ignoruj ich. Nawet znaki mają do bani.

Jesteś gotowa.

W razie problemów dzwoń pod ten numer.

Dam radę.

Jesteś dzielna.

ABORCJA TO MORDERSTWO

MOJE POKOLENIE ZDELEGALIZUJE ABORCJĘ

- Jest pani umówiona? - Tak, nazywam się Barbara Mulaney.

- Na którą? - 10.30.

Poproszę kartę zdrowia.

Dziękuję.

Momencik.

Chwila.

System odrzucił.

Chyba coś źle wpisałam.

Czekam na nowe okulary.

- Może straciła ważność... - Przeczytasz mi numery?

Dobrze.

0951204.

Na pewno?

Gotowe.

Wypełnij te formularze.

Zawołam cię, kiedy lekarz będzie gotowy.

King?

Czego chce?

Dwieście czterdzieści 30-miligramowych tabletek oksykodonu.

Sto osiemdziesiąt 10-miligramowych valium.

Będzie prościej, jak panu to dam.

- Komu dać torbę? - Możesz zostawić.

Cześć, Ollie, mówi Sheila Andrews.

Chętnie przyjmiemy cię do pracy.

Zastanawiałam się, dokąd uciekłaś.

Tutaj.

Chcesz?

No weź.

Zasłużyłaś.

Zaradna jesteś.

Jak minął ci dzień?

Najlepiej będzie...

kiedy się już skończy.

Święte słowa.

Mam dość.

Kończę z tym wszystkim.

Wyjeżdżasz.

Poradzisz sobie, Misiu.

Nie wiem.

- Idziesz do college'u. - Jeśli zaliczę egzamin wstępny.

Na luzie.

Będziesz mieć dom.

Masz przesłodkiego syna, kochającego cię na zabój.

Masz mnie.

Nie waż się zestarzeć beze mnie.

Jasne?

Tak.

Wiesz, że cię kocham?

Ja ciebie też.

Tekst polski - Altair87 Korekta - Goku193

facebook.pl/GrupaHatak

facebook.pl/AzjaFilm

PRZEKRACZAJĄC GRANICĘ

facebook.pl/MaszynisciFansub

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.