Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
BEZ POWROTU
Dzień dobry.
Anne-Reneee Lanctoot.
Bagaż.
Proszę usiąść, gdzie pani chce.
Dziękuję.
Dziękuję.
Eli Mandokan. Na spotkanie z panem Beaulakiem.
Bagaż.
To już? Bez sprawdzenia tożsamości?
Figuruje pan na liście.
Mecenasie Dubois, nagła sprawa. Zatrzymano znajomego "Wariata".
- Coco Pinarda. - Zajmij się nim, teraz nie mogę.
Ja? "Wariat" liczy na pana.
Mam spotkanie z Robertem Beaulakiem w Val Beaulac.
Wsiadam do śmigłowca.
Ktoś od Beaulaca nabroił, mam być osobiście.
Komu zaproponować Pinarda?
Spotkaj się z nim i przypomnij, że ma milczeć.
To nie moja specjalność, "Wariat" nie jest ministrantem.
Nie pieść się, będzie dobrze. Kto, jak nie ty?
Zadzwonię za dwie godziny.
Dzień dobry.
Julie Sicotte, zaproszono mnie do Val Beaulac.
Wezmę pani bagaż.
Da się tam chodzić w szpilkach? Zapomniałam tenisówek.
- Była już pani...? - A pan?
Nie. Nigdy nie byłem w Val Beaulac.
Tak jak ja.
Zdziwiło mnie to zaproszenie.
Sądziłem, że Beaulacowie goszczą polityków i magnatów przemysłu,
a nie akademików na emeryturze takich jak ja.
Nieomal odmówiłem.
Uważam za dość szczególne, że jedna rodzina może być dość bogata,
żeby rządzić miastem i całym regionem.
Ale cóż, ciekawość robi swoje.
Jesteśmy spóźnieni.
Dzień dobry.
Nazwiska?
Pierre-Luc Jodoin i Manuela Farouk.
Nazwiska pani tu nie mam.
Zmiana w ostatniej chwili, to moja asystentka.
Chyba jest miejsce?
Owszem, ale pani nie wsiądzie, nie ma jej na liście.
Przecież macie miejsce. Możemy spać w jednym pokoju.
Nie ja decyduję. Ja pilotuję helikopter z ludźmi z listy.
Nie szkodzi, spodziewałam się tego.
Bez niej nie lecę.
Chwileczkę.
Wpuszczę panią, ale nie ręczę, że nie będzie problemów na miejscu.
Doskonale.
Wezmę państwa bagaż.
Halo? Moment.
Zaczekaj w środku.
Przepraszam, kochanie...
Musiałabyś widzieć pokój. Niesamowity, spałem jak dziecko.
Farciarz, zazdroszczę. A interesy?
Wygląda to obiecująco.
Muszę kończyć, jem obiad z Beaulakiem.
Już?
Podali do stołu. Zadzwonię później.
- Kocham cię, pa. - Cześć.
Uwaga na palce.
Odcinek pierwszy Twarde lądowanie
Bez obawy, nie jestem alkoholikiem. To ze strachu przed lataniem.
Ma pan szczęście.
Bo?
Nie jest pan alkoholikiem.
Przepraszam, jeśli...
Nie, nie szkodzi. Nie ma sprawy.
Po prostu ma pan szczęście.
Proszę pana? Panie pilocie?
Słucham.
Dlaczego lecimy tak głęboko na wschód.
Val Beaulac jest na zachodzie.
To... przez wiatr.
Jasna cholera!
Co to było?
- Co się dzieje? - Nie wiem!
Maszyna nie słucha sterów.
Tracimy wysokość.
Szykujcie się do lądowania awaryjnego!
Skulić się!
Wysiadać! Głowy nisko i biegiem!
Val Beaulac Radio, tu Bell 205.
Val Beaulac Radio, tu Bell 205.
Niech pan spyta, kiedy nadejdzie pomoc.
- Martwe. - Radio? Jak to?
To jak nas znajdą?
- Jest lokalizator? - Co?
Nadajnik pozwalający służbom odnaleźć samolot.
- Włączył go pan? - Tak. Pilotował pan już?
Małe maszyny, dawno temu.
Beaulacowie na nas czekają, nie zlekceważą tego.
Ale znajdą nas tu?
Val Beaulac nie jest daleko. Ile im to zajmie góra, dwie-trzy godziny?
Możliwe.
- Naprawi pan to? - Muszę się skupić.
Gdzieś tu mam jedną kreskę.
Wejście na drzewo mogłoby pomóc.
Tu Eric Dubois, nie mogę odebrać, proszę zostawić wiadomość.
Mecenasie, proszę pilnie oddzwonić.
Coco Pinard mnie nie przyjął, wybrał współpracę z policją.
Czekam na pański telefon.
To znów ja. Nie powiem "Wariatowi", że Coco zmienił drużynę.
Wie pan, że czuję się nieswojo z tymi...
Liczę na pana.
Proszę potwierdzić esemesem, że pan odsłuchał wiadomość.
Dziękuję, miłego dnia.
Rozpalimy ognisko. Dym naprowadzi ratowników.
Dobry pomysł. I odgoni komary.
Gdzie starszy pan?
Właśnie?
Rozdzielmy się na dwie grupy. Poszukamy go.
Już idę.
Przepraszam.
Poszedłem do lasu, szukając zasięgu.
Zasięgu nie ma, ale znalazłem...
Nie wolno się oddalać. Mógłby pan się zgubić, zranić.
Nie będziemy pana szukać, kiedy przyjdzie pomoc.
Trzymamy się razem, jasne?
To wojsko?
Rozpalmy ognisko, nie znoszę komarów.
Państwo wybaczą...
podczas tej niebezpiecznej eskapady
nie znalazłem zasięgu, ale widziałem domek.
Co?
Tak, chatę. Przynajmniej uchroni nas przed komarami.
To tam.
Niezły domek!
Pewnie chata dla wędkarzy.
Zazwyczaj są dostępne tylko wodnosamolotem.
Co robimy?
Nie damy się pożreć komarom.
- A jeśli zjawią się właściciele? - Wytłumaczymy im, zrozumieją.
Otwarte.
Sąsiedzi ich tu raczej nie obrobią.
Na pewno nikogo nie ma?
Jest tu kto?
Na pewno jest kurz.
- W szafie pełno jedzenia. - Nie mamy zamiaru tu gnić.
Ciii!
Nie.
Wydawało mi się, że słyszę silnik.
Przepraszam.
Tak czy siak, więcej tego nie zrobię.
- Czego? - Nie wsiądę do śmigłowca.
Wino w Val Beaulac będzie nam dziś smakować jak nigdy.
Jean-Jacques Marcoux, kamerdyner.
Muszę jak najprędzej rozmawiać z mecenasem Dubois w pilnej sprawie!
Przepraszam, o kim pan mówi?
O panu Dubois, moim koledze, został wezwany do Val Beaulac.
Rano wsiadał do helikoptera. Waszego, jak mniemam?
Nie.
Może pan sprawdzić, czy mecenas dotarł?
Nie ma go i nie jest oczekiwany.
Może pan Beaulac wolał utrzymać sprawę w tajemnicy.
Wykluczone.
Spyta go pan?
To zbędne. Mamy remont posiadłości
i w najbliższych tygodniach nie przewidujemy wizyt.
Dobrze... dziękuję.
Pożyczyłem korniszonki. Częstujcie się.
Dziękuję.
Do śniadania daleko.
Ogień się przyda, wysuszy wnętrze.
Faktycznie, chłodno tu.
No proszę! Trafiłeś na okładkę Quebec Plus?
Ja? Nie.
A jednak.
Co to? Nowy numer?
Nie... sprzed dwóch lat.
Tak często widniejesz na okładkach, że nie pamiętasz?
Nie, nie, nie czytałem tego. Nie wiem, jak mogłem przegapić.
"Magik". Robisz w szołbiznesie?
Nie. Jestem prawnikiem. Adwokatem.
Powiedzmy, że mam dobrą średnią. Wybroniłem wiele osób.
Dlatego niektórzy tak mnie nazywają.
Mogliśmy słyszeć o którymś procesie?
Możliwe. Agnes Saint-Louis, coś to komuś mówi?
Tak!
Zabiła dwójkę swoich dzieci?
- Straszna historia! - Okropna.
To prawda. Niezwykle smutna.
Postawiłem z powodzeniem na niepoczytalność.
Klientka trafiła do szpitala, zamiast gnić w więzieniu.
Założę się, że nastąpiło cudowne uzdrowienie?
Nie, nie cudowne.
Powiedzmy, że leczenie było dość skuteczne.
Przyznasz, że to najlepsze, co mogło ją spotkać?
Chyba że udawała obłęd. To ty broniłeś Fratellego?
- Mafijnego dona? - Tak.
Nie powinien był zostać uniewinniony. Nagraliśmy go, jak zlecał zabójstwa.
Uczestniczyłeś w tym?
Pracowałem w przestępczości zorganizowanej.
Sprawę prowadzili koledzy.
- To jak mogli go uniewinnić? - Miał wybitnego obrońcę.
Pomogły błędy w nakazie przeszukania.
Podważyłem dowód z podsłuchu. Skopałem tyłek oskarżeniu.
Zdemolowałem świadków.
To była rzeź.
- Brawo. - Dzięki.
Przez ciebie Fratelli nadal morduje, zamiast siedzieć.
Mam pytanie.
Obarczyłbyś chirurgów, którzy ratują Fratellemu życie,
- winą za jego przyszłe zbrodnie? - To co innego.
Przeciwnie. Lekarz operuje, ja bronię.
Wiadomo, zapytasz, czy "w interesie społecznym"
Fratelli nie powinien zdechnąć pod skalpelem lub gnić w więzieniu.
Zapewne. Ale ani chirurgowi, ani mnie za to nie płacą.
Nie wiem, jak możesz zasnąć.
Wypijam wieczorem dużą szklankę mleka.
Nie mam pojęcia, jak to się ukazało bez mojej wiedzy.
W porządku, jest woda!
Jest woda.
Tak?
Udało się pani.
Zdatna do picia?
Przegotujemy, nie warto się narażać.
Jakby była tu pani nie pierwszy raz.
Włączę kocher.
Co tam robisz? Nie skręć karku.
- Szukamy zasięgu. - Uważajcie.
Masz coś?
Nie. Muszę wejść na drzewo.
Nie świruj. Mafia wytrzyma parę godzin bez ciebie.
Ten prosiak robi się męczący.
Kiedy się pan spodziewa pomocy?
Bez radia nic nie powiem.
Za dwie godziny będzie ciemno.
Wiem. Niech pan powie grupie, że mogą zabrać bagaże.
Ja tu nie nocuję! Co z radiem?
Nie widzę usterki.
Moja asystentka jest inżynierem. Naprawi wszystko. Pójdę po nią.
Nie! Nie macie pojęcia o helikopterach.
Przeszkadza mi pan i przez to naraża innych.
Życzenia co do pokoju?
Biorę ten z jacuzzi.
Cassoulet. Jak na racje żywnościowe całkiem przyjemnie.
Mamy szczęście.
Trzeba zostawić właścicielom liścik z podziękowaniem.
I zwrócić koszty.
A także zasugerować, żeby następnym razem zapewnili wino.
Patrzcie, co znalazłem. Mamy procenty.
To piwo?
Nie. Dstroy.
Boże, nie wiedziałem, że jeszcze istnieje. Chcesz?
- Co to tu robi? - Nie wiem.
Dstroy? Kuszące.
Moi studenci to pili. Energetyk, ale bardzo mocny.
To na pewno. 12 procent.
Pierre-Luc, chcesz?
Ktoś w Val Beaulac przysnął. Dlaczego jeszcze ich nie ma?
- Wypijesz to? - Czemu nie? Tylko to mamy.
Moja miłość do alkoholu ma swoje granice.
- Anne-Renee? - Nie, dziękuję.
- Nie jest takie złe. - Proszę nie nalegać.
Soku?
Chyba pójdę już spać.
Zjedz coś.
Nic nie przełknę. To ciężki dzień, a jutro pewnie będzie nie lepiej.
To smacznego.
Dobranoc.
Pierre-Luc? Nie jesz?
Dobrze nam to robi, nie?
Niezłe jak na puszki.
Ile Fratelli zapłacił ci za obronę?
Nie wstydzę się. 600 tysięcy.
600? Wiesz, że swoim zabójcom płacił mniej?
Może jestem skuteczniejszy?
Co to jest sprawa Levesque'a?
To z niej jesteś najbardziej dumny?
Nie. Nieprawda.
Nie wiem, dlaczego tak mówią. Była nieciekawa.
Ale uniewinniono go.
O co chodziło?
Napaść na tle seksualnym.
Broniłby pan pedofila?
Tak.
Seryjnego mordercę?
- Czemu nie? - Tacy mają prawo do procesu?
Mają. Więc potrzebują obrońcy.
Byle płacili?
Istotny czynnik. Dzięki.
Nie brzydzą cię ci ludzie?
Nie. Jestem adwokatem. Kogo mam bronić? Matkę Teresę?
Zmieńmy temat. Jakbyśmy go tu sądzili.
Nie przeszkadza mi to.
Wiadomo coś?
Nie.
- Zostało trochę? - Tak. Proszę siadać.
Co z radiem?
Nie działa.
Ktoś chce dokładkę?
Nie.
Został jakiś wolny pokój?
Strych.
Ale gdy doprowadza pan do uniewinnienia oczywistego sprawcy,
- nie ma pan wyrzutów sumienia? - Nigdy.
Nigdy?
Mało mnie obchodzi, czy klient jest winny, czy nie.
- To chyba podstawa? - Nie. Przeciwnie. Nie moja sprawa.
Prokurator jest przekonany o jego winie, policja też.
Ja jestem jedynie szańcem, obroną przed ich potencjalnymi pomyłkami.
Sprawdzam, czy są w stanie udowodnić zarzuty,
które stawiają mojemu klientowi, przed sądem. To najważniejsze.
Zwłaszcza dla portfela.
Tym różni się państwo prawa od dyktatury.
Gdybyś żył w Chinach, Korei, w Rosji - w państwie totalitarnym,
mogliby cię zamknąć, bo nie podoba im się twoja buźka.
Wtedy byś zrozumiał, jak dobry jest nasz system prawny.
Znalazłam koce.
Chiny to skrajność. A my - druga.
To, że Fratelli jest na wolności, urąga zdrowemu rozsądkowi.
Siedziałby, gdyby policja tego nie spaprała. Robię swoje, ty też.
Niech twoją żonę albo matkę napadnie zgniłek, którego wybroniłeś!
Wtedy pogadamy.
Chyba za dużo wypiłeś.
Panowie. Nie pora na bójki.
- Idę spać. - Tak, przyda ci się.
Rozniosę je.
Dobranoc.
Anne-Renee?
Anne-Renee?
Wiesz, po co prosiak leciał do Beaulaca?
Nie. Ma na imię Eli.
Mam nadzieję, że nie do tej samej sprawy co ja.
Fakt, niewiele was łączy.
Nie przyznam mu tego, ale ma trochę racji.
W czym?
Niczego bym nie zmienił,
ale kilka uniewinnień było mi trudno przełknąć.
Na przykład?
- Ale nikomu nie powtarzaj. - Przysięgam, mecenasie.
Sprawa Levesque'a, o której piszą w tym magazynie.
Zgwałcenie. Naprawdę brutalne. W parku Lafontaine.
Biegaczka.
Paul Levesque był moim klientem. I świadkiem.
Początkowo twierdził, że widział uciekającego napastnika.
Opisał go.
Ale jednego z policjantów coś tknęło,
pomyślał, że gwałcicielem może być sam Levesque.
Ofiara nie mogła go rozpoznać?
Nie, była bestialsko skatowana.
A potem to już klasyka - spaprana policyjna robota.
Ten glina miał genialny pomysł,
żeby pobrać od Levesque'a próbkę DNA bez nakazu
i nadania mu statusu podejrzanego.
I co?
To. Doprowadziłem do unieważnienia dowodu genetycznego.
A jaki był wynik badania?
Pasował do DNA pobranego z ofiary.
Z nasienia?
Tak. Bez różnicy, obowiązują zasady.
Nie mogli powtórzyć badania zgodnie z prawidłami?
Nie. Nic w dochodzeniu nie uzasadniało podejrzeń,
a Levesque był niekarany.
A jednak był podejrzany. Znałeś wynik testu?
Tak jak sędzia i sekretarka.
Co to zmienia? Oddalony dowód nie istnieje.
- Ohydne! - Wiem.
Aresztowano go dwa lata później.
Zgwałcił i zabił dwie kolejne kobiety.
Żyłyby, gdyby go skazano od razu.
Zgadza się.
Nie mogłem nic zrobić, żeby zmienić wynik pierwszego procesu.
Takie życie...
Też się martwię, ale to nie koniec świata.
- Mamy szczęście w nieszczęściu. - Szczęście?
Jakie były szanse na to,
że znajdziemy dom z żywnością tuż koło miejsca wypadku?
Nie rozumiesz, jaki mam gnój?
Żona myśli, że od wczoraj jestem w Val Beaulac!
Co, jak się dowie, że wylecieliśmy dziś i nie dotarliśmy na miejsce?
I tak zamierzałeś jej powiedzieć, że odchodzisz.
Masz kogoś?
Tak.
Mam dziewczynę. Jesteśmy ze sobą od dwóch lat.
A ty?
Też. Mam faceta.
Nie mieszkamy wspólnie, ale jesteśmy razem na wyłączność.
Fajna sprawa.
Wy też macie siebie na wyłączność?
Kurczę! Co za pytanie!
Jak brzmi odpowiedź?
Nie zastanawiałem się, bo nie miałem żadnych pokus. Do niedawna.
Jestem w solidnym związku. Czy mam ochotę na skok w bok?
Właśnie... Wariatka z ciebie.
Często głośno myślisz w obecności mężczyzny, czy się z nim przespać?
Muszę się ze sobą naradzić, mecenasie.
Jasne...
Zresztą jutro możemy odlecieć w tym samym kierunku.
Czekam niecierpliwie na wyrok.
Dobranoc.
Dobrej nocy.
Robienie alarmu w dniu zaginięcia wydaje się przesadą,
ale mecenas nie znika ot tak!
W Val Beaulac nie oczekiwali gości?
Nie. Pan Beaulac jest za granicą.
Może szef pana okłamał co do celu podróży?
Nie szef, tylko mentor.
Wykluczone.
Pani detektyw, jak to ująć...
jego klienci to nie kościelni chórzyści.
Naprawdę się martwię.
Nie igra się z ogniem...
Większość zaginięć osób dorosłych nie ma podłoża kryminalnego.
Zerwanie kontaktu z otoczeniem to niekoniecznie zbrodnia.
Niemniej każdą taką sprawę traktujemy śmiertelnie poważnie.
- Proszę. - Dzięki.
Po śmietankę mam posłać kogoś do sklepu?
Kawy?
Pewnie ci nie pomoże.
Nie, wystarczy woda.
Denerwuje tak panią myśl o kolejnym locie?
Tak.
Myślałem, że jeszcze śpisz.
Proszę, kawa.
Nie mam ochoty.
Przepraszam, masz rację.
Jesteśmy szczęściarzami, przecież mogliśmy zginąć.
Manu...
Kocham cię.
Proszę, powiedz coś!
Leży jakaś komórka.
- Co? - Tam.
To nie tego prawnika?
Eric?
Chcesz kawy?
Potwierdza pan, że Eric Dubois nie był zaproszony do Val Beaulac?
Potwierdzam! To jakiś obłęd. To trzeci telefon w tej sprawie.
Trzeci?
Wczoraj ten pani adwokat,
a dziś znów jakaś kobieta przekonana, że jej mąż tu jest.
Ach tak?
Z pewnością jakiś kiepski żart.
Ma pan jej nazwisko, numer?
Sprawdzę.
Może poszedł do śmigłowca?
Sprawdzę.
Tutaj!
Eric?
Eric, powiedz coś!
Psiakrew.
Brak tętna.
Pewnie się wspiął, szukając pieprzonego zasięgu.
Bez telefonu?
Był zbyt zalany, żeby o nim pamiętać. Kretyn!
Tekst: Grzegorz Schiller
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.