All language subtitles for Pirates (Roman Polanski) (1986) (Eng,Fr) BRRip

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian Download
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian Download
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

www.NapiProjekt.pl - nowa jakość napisów. Napisy zostały specjalnie dopasowane do Twojej wersji filmu.

Oglądaj legalnie, polecaj i zarabiaj – Vodeon.pl

PIRACI

Zdjęcia

Muzyka

Scenariusz

Reżyseria

-Kapitanie Red.

Haczyk.

-To ty?

-Co?

-Wydawało mi się, że słyszałem świnię.

To chyba przez ten upał.

No, Żabo. Bądź rozsądny. Złaź, pawianie.

-Chcesz mnie zjeść.

-Takie jest prawo natury. Silniejszy zjada słabszego.

Zejdź. Śmiało.

-Kanibal.

-Chodź, prosiaczku.

-Nie jestem świnią, tylko Żabą.

Kanibalizm to grzech śmiertelny.

Przyniesie ci pecha. Będziesz się smażył w piekle.

A spowiedź?

A od czego jest spowiedź?

-Okręt po nawietrznej stronie.

-Niech cię diabli. A nie mówiłem? Znowu mam rację.

-Tak jest, kapitanie.

-Pamiętaj, nigdy nie trać wiary w opatrzność boską.

Uważaj, rekin.

Rozruszałeś się, do stu piorunów.

Zasłużyłem na jajka na śniadanie, co ty na to?

-Na wszystko, kapitanie.

-No to się zgadzamy.

-Ahoj.

-A niech to. Mamy szczęście. Jaka to flaga?

-Hiszpańska.

-Szybko. Dokumenty, na miłość boską.

Moje złoto.

Nikczemnik.

-Złoto cię zgubi. Ryzykujemy nasze głowy.

-Łatwiej jest żyć bez głowy, niż bez złota, durniu.

-Walczę z Hiszpanami nie dla złota, lecz dla sławy.

-Człowiek walczy o to, czego mu brakuje.

Coś podobnego.

-Słucham, kapitanie Red?

-Nic tylko 'Słucham, kapitanie'. Patrz, zmienili kurs?

Mają podniesione żagle i wiatr od rufy. Miną nas.

-Racja, kapitanie. Trzymają kurs.

A może...

...to statek widmo?

Widmo, nie widmo, potrzebujemy pomocy.

Hej, Żabo, zaklinowałem się.

-Wyrzuć kufer, kapitanie.

-Nigdy.

Szybko. Ciągnij.

Ciągnij, do diabła.

Na pomoc. Ratunku. Mój skarb. Morderca.

Ćwierć wieku harówki. Straciłem wszystkie oszczędności.

-Zamknąć ich w luku.

-Tylko dobrze słuchaj.

Gdyby pytali, nazywam się Benjamin Parr z Londynu.

Przewożę bawełnę dla kompanii Mathew i Spencer.

Zaatakowali nas piraci. Zatopili nasz statek 'Morning Star'.

Wszyscy zginęli. Tylko my przeżyliśmy. Powtórz.

-Benjamin Parr z Londynu, przewoźnik bawełny...

-Lepszy byłby tytoń albo wanilia.

-A ty kim jesteś, panie?

-Joseph Seraphin Amadeus Boomako.

Kucharz okrętowy.

-A ty co tu do diabła robisz?

-Jestem zakuty w kajdany, kapitanie.

-A to dlaczego?

-Ci durnie mówią, że chciałem otruć kapitana Linaresa,

żeby ukraść tron.

-Jaki tron?

-Tron Kapateka Anahuaka.

-Kapateka Anahuaka? Tutaj? Tron?

-Tutaj.

-Widziałeś go?

-Przez małą dziurkę.

-Gdzie, na miłość boską?

-Tutaj. Sam zobacz.

-To będzie piękny widok, gdy zawisną na noku rei.

-Przecież powiedział pan, że to rozbitkowie.

-Te dwa psy to Anglik i Francuz.

-Poruczniku, przypominam, że wojna się skończyła.

-Być może. Na papierze.

-Kiedy traktat nosi podpis jego królewskiej mości,

urazy ustępują miejsca złożonym zobowiązaniom.

-Środek przeczyszczający z octu.

-Znowu? Dzisiaj to już czwarty raz.

Nie mam już w sobie nic do przeczyszczenia.

Nasze zobowiązania jasno określa Traktat Pirenejski.

To będzie zimne, Panie.

Wyraża on wolę i chęć naszego króla Filipa Czwartego.

Podpisał go też jego ekscelencja kardynał Mazarin,

ku chwale naszego kraju i świętego kościoła.

Coś podobnego. Nie zjedliśmy owsianki.

Bardzo możliwe.

-Nic nie zrobię, jeśli nie będzie stolca.

-Powiedziano mi, że jesteście rozbitkami.

-W rzeczy samej, panie.

Do chwili, gdy boska opatrzność, dzięki ci Panie Boże,

skierowała nas na okręt dobrego króla Hiszpanii.

-Rozumiem. Jak zatonął wasz statek?

-Piraci. Niech ich diabli porwą.

-Jacy piraci?

-Było zbyt ciemno. Słyszałem, jak go wołali.

Kapitanie Red, co mamy z nimi zrobić?

'Zabić. Na tej łajbie jest tylko wanilia i tytoń.'

Taki ładunek wiózł nasz statek 'Morning Star'.

-Jesteś pewny, że krzyczeli 'Kapitan Red'?

-Tak samo, jak mam drewnianą nogę.

-Ten łotr nie żyje od czterech lat.

-Garcia Gomez pokonał go pod Boca del Torro.

Ten pies chyba śni.

-Ale nie jest snem to, co straciłem w tej potyczce.

Przez osiemnaście lat harowałem na plantacji wanilii.

Moje życie nie było usłane różami.

Spójrz panie na tę nogę. Zmiażdżyła mi ją...

...beczka z wanilią, kiedy miałem dwadzieścia trzy lata.

-A ta blizna?

Na głowie. To też beczka z wanilią?

-Nie. To po kleszczach, którymi wyjęto mnie z łona matki.

Wierzę, że pan, nie sprawił takich kłopotów swojej matce.

-Więcej szacunku, psie.

-Zabierzcie ich.

-Słyszysz, jak śpiewa? Smakowity, maleńki kąsek.

Mnie zaśpiewałabyś nawet dwie piosenki i to bez gitary.

-To ty jesteś tym cieślą, o którym słyszałem tyle dobrego?

-Mistrzem stolarskim.

-Świetne zajęcie. Kiedyś żałowałem, że nie znam tego fachu.

Teraz już za póżno, więc przestałem żałować.

Widziałem twoją robotę, mistrzu, i tak myślę, czy nie...

...poświęciłbyś trochę czasu, żeby naprawić mi nogę?

-Czego jej brakuje?

-Jest za ostro ścięta. Ciągle grzężnie mi między deskami.

Mam kilka cennych pamiątek. Nigdy nie chciałem...

...się z nimi rozstać, nawet w najtrudniejszych chwilach.

Ten dostałem od ciotki.

-A tamten?

-Moja matka dostała go od ojca. Panie świeć nad jej duszą.

-Myślę, że wszystko ustaliliśmy. Możecie odejść.

Chcę przygotować się do długiej drogi.

Niech żyje król! Niech żyje Hiszpania!

-Niech żyje król! Niech żyje Hiszpania!

-Zrobiłem, co mogłem.

-Wiem, dobry Juanito. Czasem i to nie wystarczy.

-Synu, przygotuj duszę na spotkanie z Bogiem.

Wyznaj grzechy w pokorze, by były ci odpuszczone.

-Moje grzechy... Ścigają mnie.

-Dobrze wiemy, jak Szatan korzysta z samotności żeglarza.

Jak nakłania go do haniebnych uczynków.

-Jestem już stary, ojcze.

-Pozostają chciwość, gniew, pycha, fałsz, lenistwo.

Zmierzmy się z nimi. Z każdym z osobna.

-Przez jakiś czas zmagałem się z pytaniami,

które mają niewiele wspólnego z fałszem czy pychą.

-Co to za pytania?

-Całe życie walczyłem za króla, ojczyznę i święty kościół.

-Bóg ci to wynagrodzi.

-I zabijałem w ich imieniu.

-To żołnierski obowiązek.

-Potworny obowiązek zabijania mężczyzn, dzieci i kobiet,

w imię bogacenia się ojczyzny.

-To dzikusy, kanibale. Nawet nie znają wartości złota.

-Wartość złota. Kapatek Anahuak. Czy to Bóg czy orzeł?

Jeśli tron opuści swoje miejsce, zaciąży na nim klątwa.

Śnił mi się cały we krwi. Powinniśmy wyrzucić go za burtę.

Mógłby na nim usiąść Neptun. Ale my śmiertelni...

A mój okręt? Co się stanie z moimi ludźmi?

Dlaczego urodziłem się Hiszpanem, a nie Aztekiem?

Dlaczego nie ma odpowiedzi na tak istotne pytania?

Dlaczego?

-Don Jose Maria Alonso Ordonez de Linares y Escobar.

Rycerz Orderu Świętego Krzyża.

-Co za istota. Dumna jak paw i dwa razy piękniejsza.

-O tak. Jej oczy lśnią jak rozżarzone węgle.

Jej ciało jest jak brzoskwinia.

-Poruczniku, ty zakuty łbie.

-Przygotować się.

Ognia.

Załadować.

-Wszyscy umrzemy na jakąś zarazę.

-Wracać do kolejki, psy.

Wracać do kolejki.

Róbcie, co mówię.

-Ja tylko zastępuję kucharza. Nie znam się na kuchni.

-Piję za zdrowie nowego kapitana okrętu 'Neptun',

Don Alonso Felipe Salamanca de la Torre.

-Panie, bunt na statku.

-Co?

-Szczur w zupie. Rozbitek z drewnianą nogą burzy ludzi.

-Komandorze, wezwij straże.

-Walczmy o poprawę warunków i o nasze prawa.

-Wszystkie prawa. I to bez wyjątku.

-Pokonamy ich, jeśli będziemy razem.

-W jedności siła.

-A co ze strażą?

-To nasi bracia. Dogadamy się z nimi.

-Jasne. Są synami ludu, tak jak my.

Oficerowie wypijają z nas krew.

Jezus powiedział: 'Łatwiej wielbłądowi przejść...

przez ucho igielne, niż oficerowi wejść do raju.'

Do zbrojowni, chłopcze.

To gdzieś tutaj. Kapralu, chcemy załatać przeciek.

-Przeciek?

-Mamy pomóc cieśli. Jego przyjaciel ma sraczkę.

Musimy go znaleźć. Jest gdzieś blisko zbrojowni.

Tutaj.

-Niech żyje Francja.

-Sprawdź, czy ma klucze.

-Nie ma, kapitanie.

-Weź go stąd.

Zbyt piękne, by było prawdziwe.

Żabo, pomóż mi. Zablokowałem się.

-Rusz się, a rozwalę ci łeb.

-Przetnij go. Chyba żyję. To też.

-Załoga. Przemówi do was kapitan.

-Czy coś nie tak?

Śmiało, nie ma się czego bać.

To nie galery.

Słucham.

-Karmili nas szczurami.

-Szczurami? Szczurem.

-Chcemy normalnie pracować. Mamy dość bata.

Spokojnie, panowie. Nie wszyscy na raz.

Musimy załatwić sprawy po przyjacielsku.

Ty... ty... ty.

I ty. Kuternoga i jego kompan.

Wy, cała piątka.

Reszta wracać na stanowiska.

Liczę do trzech, albo jesteście buntownikami i każę strzelać.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Chyba uniknęliśmy buntu, który mógł wywołać ten gryzoń.

Co na to nasz uczony medyk?

-Jest ugotowany.

Mój dziadek jadł szczury podczas oblężenia...

...Kartageny i nigdy nie zapadł na żadną chorobę.

-Słyszeliście?

-Tak, kapitanie.

-Nigdy nie zachorował. To niezwykle dobra wiadomość.

-To prawda, ale...

-Ale? Czy uważasz dziadka naszego medyka za kłamcę?

-Niech mi poderżną gardło, jeśli tak myślę.

-Usiądźcie więc. Jesteście naszymi gośćmi.

Wierzę, że zjecie go z apetytem.

Czyżby nie smakowały wam hiszpańskie szczury?

-Ależ przeciwnie. Są wręcz przepyszne.

-Niestety, jest tylko jeden.

-Jeden zupełnie wystarczy. Jest pan bardzo hojny.

-Trochę przypraw dla naszych smakoszy.

Boję się, że nie mamy wanilii.

-Może wolisz głowę?

-Nie, kolego. Nie będę cię okradał.

-Do ostatniego kęsa, jeśli łaska.

-Na miłość boską.

Don Alonso, już pokazałeś swoją przewagę nad nimi.

Zrozumieliśmy. Dość. Proszę przerwać tę okrutną zabawę.

-Twoje życzenie jest dla nas rozkazem.

-Zdejmuj to.

-Tak to jest. Baty dla niego, sznur dla nas.

-Święta Mario, łaskiś pełna...

- Pomódl się jeszcze do bukszprytu. -Bez blużnierstw. Nie w takiej chwili.

-Nie chcę umierać jak pies. Mam żonę i dzieci.

-Jestem jeszcze młody.

-O Jezu, pełen miłosierdzia.

-Nie mają za grosz odwagi.

Musimy się stąd wydostać. Ty Żabo i ja.

-Jestem z tobą, kapitanie.

-Świetnie. To więcej niż szybka decyzja.

-Ja też jestem z tobą.

-I ja. Co mamy robić?

-Przestać gadać. Robić, co wam każę. Żabo, gdzie sztylet?

-W moim saczku.

-Weź go, Boomako.

-Mam.

-Przetnij sznury, tuż przy węźle. Tylko zostaw kilka splotów.

-Pogodzeni z wszechmogącym Bogiem,

za pośrednictwem ojca Don Antonia Fuentesa,

czterej buntownicy zostaną straceni przez powieszenie.

Niech Bóg zlituje się nad ich duszami.

-Będziecie pomszczeni.

-Zamknij się. Może też chcesz wisieć?

-Synu, przygotuj się na spotkanie z Bogiem.

Musisz wyznać grzechy, aby były ci odpuszczone.

-Właściwie, ojcze, chętnie skorzystam z twojej posługi.

Na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo.

-Ukorz się. Za chwilę spotkasz się z twoim stwórcą.

-Cóż, tymczasem...

Muszę wyznać, że miałem ochotę zjeść Żabę.

I boję się, że to przyniosło mi pecha.

-Bóg stworzył zwierzęta, by je spożywać. Także żaby.

Co jeszcze, synu?

-Wybacz, ojcze, ale Żaba to ten, który stoi tu obok.

To jego chciałem zjeść.

-O, to poważna sprawa.

-Wykonać.

-Ciągnąć.

-Zajmijcie się strażą.

-Na miłość Boską. Miej litość.

-Żabo.

Biegnij do zbrojowni. Szybko.

Weź kilku chłopaków.

-Zamknąć go w luku.

-W twoim wieku? Jak ci nie wstyd?

Łapy z dala od więźniów.

-Zaraz. Jeśli wystarczy dla jednego, wystarczy dla dwóch.

-Pani szal.

Przepraszam za wszystko, Mademoiselle.

-Bracia marynarze.

Boska Opatrzność pozwoliła wyzwolić ten okręt...

spod tyranii waszych zdegenerowanych hidalgów.

Niniejszym biorę go w posiadanie w imię braci żeglarzy.

I od tej pory przejmuję nad nim dowództwo.

Jestem kapitanem Thomasem Bartholmew Redem.

-Litości. Prosimy. Daruj nam życie.

-Niech żyje kapitan Red!

-Co chcesz powiedzieć, durniu?

-Kapitan.

-Jaki kapitan? Gdzie jest woda?

-Kapitan Red!

-O co ten hałas? Kapitan Red z krwi i kości. Na co czekasz?

Lepiej skocz po butelkę. Kapitanowi chce się pić.

-Jesteś mi dłużny 632 dublony. Masz to zapisane...

w swojej krwiopijczej księdze rachunkowej.

-Po co ta uwaga, kapitanie? Właśnie sprawdzałem twoje

konto. I rzeczywiście. Wszystko się zgadza.

Choć teraz trudno mi będzie zebrać całą sumę.

Ceny poszły w górę, od kiedy zniknąłeś.

Ale przy odrobinie poświęcenia mogę załatwić sto.

Resztę oddam za jakieś trzy miesiące. Zgoda?

-Krwiopijca.

Drżysz. To z gorączki, czy ze strachu?

-Z radości, że cię widzę żywego, kapitanie.

-Lepiej gdybyś mi oddał 632 dublony. Rozumiesz?

-Wielkie nieba, straciłeś nogę. Przy twoim trybie życia...

...to prawdziwa tragedia.

-Daruj sobie. Moje dublony.

-Hendrik, przynieś szkatułkę. Odliczymy 622 dublony.

-632.

-Teraz możemy pogadać o interesach. -O interesach?

-Chyba wiesz...

...że wróciłem z pustymi kieszeniami.

Zdobyłem galeon.

-Złoto!

-Jakie tam złoto? Mam zakładników.

-Tylko nie to. Po wyspie włóczy się ich całe mrowie.

Przysięgam, że nie wezmę żadnego zakładnika.

Zatrzymaj ich sobie.

Proszę. Oto 632 dublony.

-Sprowadź Żabę.

-To on też wrócił?

-Niech przyprowadzi zakładników.

-Nie, nie. Dziękuję.

-Rusz się, bo ci obetnę uszy.

-Posłuchaj, Holendrze.

Mam bratanicę gubernatora Maracaibo.

I pierwszego oficera pokładowego 'Neptuna'.

-Pierwszego, czy trzeciego. Mam to gdzieś. Od dwóch

lat nie mogę dostać okupu za hiszpańskiego adwokata.

Nikt go nie chce. Ani żona, ani dzieci. Nawet za darmo.

Ci kretyni obcięli mu język.

-Jasne. Prawnik bez języka...

-Nie, Red. Wiem, co mówię. Koszty podróży

i utrzymanie zakładnika przekraczającego wartość.

Neptun, zdaje się, płynął do Hiszpanii...

-Tak.

-I nie było złota?

-Wejdź, ślicznotko. Pozwól, że przedstawię cię Holendrowi.

-O nie. Nie chcę ich widzieć.

-Oto bratanica gubernatora. Natychmiast wysupła 3000.

Jak się nazywasz, kochanie?

-3000? Dobrze wiesz, że jestem warta dziesięć razy więcej.

-Zabierz je. Utop. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

-Na pokera. Ty bękarcie rotterdamskiej ladacznicy.

Oby ci wszy łeb oblazły. Nie podobają ci się?

-Są zakładnikami. To wystarczy.

-Ile dasz za niego?

Ile jest wart? Sto?

-Mniej. Ostatnio Carlos chciał za arcybiskupa 325.

Daj go rekinom na pożarcie. Jego sandały są więcej warte.

-Pogadamy o tym później. Wyłaź, sępie. Zrobisz popijawę.

-Witajcie, kochani. To ja.

Straciłem nogę.

Ale wciąż jestem kapitanem Redem.

Przepłynąłem pół świata i znów widzę was zadowolonych.

Diddler, ty chytrusie. Wciąż rześki i brykający.

Meat-Hook. Jak zwykle ze skwaszoną miną.

Bibleback, wciąż krzywo rośniesz.

Moonhead, wziąłeś mnie za Szatana, co?

Cały się oblałeś.

Macie tyle do powiedzenia, co ławica makreli.

Po czterech latach spędzonych na wszawej, bezludnej wyspie

wciąż stać mnie na uśmiech.

Co z wami? Odjęto wam język, jak temu adwokatowi?

Teraz dużo lepiej. Najwyższy czas zająć się osuszaniem piwniczki Holendra.

Gospodarz stawia.

Życie usłane jest różami.

-Niech żyje kapitan Red!

-To było gorsze niż hiszpańska salwa burtowa.

-Myśleliśmy, że zginąłeś pod Boca del Toro.

-Na wszystkich świętych, też tak myślałem.

Podobnie Hiszpanie. Inaczej nie byłoby mnie tutaj.

Nigdy nie zabiłem tak wielu, jak pod del Toro. Prawda?

-Nigdy, kapitanie.

-Powinniście to widzieć. Poczciwy Żaba krzyczał:

Vivre la France, tnąc na prawo i lewo jak szalony.

To był twój dzień. Wtedy kula armatnia strzaskała mi nogę.

Hej, Scratch, ten rum dostaniemy dziś czy jutro?

-Już, kapitanie. Moonhead, przynieś następną beczułkę.

-Chcę posłuchać kapitana Reda.

-Rób, co ci każę.

To przypomniało mi 'Czarną Księżniczkę', która

roztrzaskała się na rafie, koło tej przeklętej wyspy.

Cztery i pół roku na kokosach i mięsie żółwi.

Prawdziwy czyściec.

Za to na 'Neptunie', hojni oficerowie

hiszpańscy przyjęli nas, jakbyśmy byli książętami.

Przyłączcie się do nas. Teraz macie szansę się wykazać.

Ruszcie tyłki. Dajcie przejść państwu.

Rozwiążcie im łapki, żeby mogli wypić moje zdrowie.

Po tak wspaniałej uczcie przy waszym stole

pozwólcie, że teraz ja was ugoszczę.

-Oficer floty królewskiej nie pije z piratami.

-Świat potrzebuje różnych ludzi. Prawda, ojcze?

-Tak, synu.

-Holender mówił, że nie jesteś wart worka gwoździ.

Jako pirat, muszę cię powiesić na noku reji 'Neptuna'.

Będziesz pięknie tańczył na wietrze. Co ty na to?

-Nie boję się śmierci. Dla mnie ważniejszy jest honor.

Czy masz odwagę zmierzyć się ze mną na szpady?

-Nie chcesz się napić, tylko spróbować mojej stali?

Myślałem o zabawie, w którą się jeszcze nie bawiłem

z moimi ludźmi. Nazywam ją 'Szkapą umrzyka'.

-Przystojny z niego wierzchowiec.

-Pęcinki rasowego konia.

-Na śmierć i życie. Jeśli któryś dotknie nogą ziemi,

zginie. Powieszę konia i jeźdźca.

-Proszę się nie martwić. To tylko zabawa.

-To lubię. Zwycięzcy daruję życie. Słowo kapitana Reda.

-Tak myślałem sobie o tym tronie Kapateka Anahuaka.

-Czyim?

-Kapateka Anahuaka.

-Nigdy o nim nie słyszałem.

-Tak przypuszczałem...

Myślałem o 'Neptunie'...

Słyszałem pogłoski, że...

-Jakie pogłoski?

-Nic. To tylko plotki.

-Wypaplałeś o moim tronie, psie.

-Nie pisnąłem ani słówka. Ani mru-mru. Przysięgam.

-Wstawaj.

-To adwokat, o którym mówił Holender.

-Ten, któremu te psy obcięły język?

Chwała Bogu. Pomoże nam pan? Ma pan jakiś plan?

- Co on mówi? - Chyba chce mu się pić.

-Pić? To śmieszne. Czego on chce?

-Rumu.

-W imieniu króla, musisz nam pomóc. Potrzebujemy broni.

Daj mu rumu.

-Jeszcze trzy baryłki? Po moim trupie. Powiedz mu to.

-Sam mu to powiedz.

Na 'Neptuna' mają być wysłane trzy baryłki rumu.

Niech Bóg ma was w swojej opiece.

-Powodzenia.

-W tobie cała nasza nadzieja, synu.

-Wiem. Pobłogosław mnie, ojcze.

-Gdybyśmy wzięli tę beczkę, zostałyby jeszcze dwie.

-Dlaczego to mówisz? -W jaki sposób?

-Wyrzucić do wody.

-Zatonie.

-Nie. Przyczepimy kotwicę i później ją zgarniemy.

-Teraz.

-Nie, później.

-Niech żyje król!

Dzięki Bogu, który dał kres temu nędznemu buntowi.

Stary korsarz nie żyje.

Tak jak jego kompan.

Człowiek z charakterem. Przedłożył lojalność nad zdradę.

Wiele ucierpiał ze strachu.

Ale trzeba mu to wynagrodzić. Co ty na to, Gonzales?

Niech żyje król.

-Włóczęga, ach włóczęga zrujnowała mi życie...

-Dlaczego wciąż na mnie patrzysz?

-Kapitan Red kazał nie spuszczać mi ciebie z oczu.

-Jesteś bardzo posłuszny.

-Wykonuję rozkaz.

-Może boi się, że urosną mi skrzydła i odlecę.

-Może.

-A ty, panie?

-Ja, Mademoiselle?

-Dlaczego pospieszyłeś mi z pomocą?

Dlaczego w mojej obronie zabiłeś swojego kompana?

-Hej, synku! Chodź do nas! Albo weź ją w krzaki!

Dzień dobry, mistrzu stolarski.

Ciekawe, czy nadal potrzebny ci jest mój pierścień?

Od kiedy go nie mam, czuję jakbym stracił palec.

-Proszę bardzo. Jest jak nowy.

-Do broni.

-Wstawaj, wieprzu.

-Mój tron.

-Zapomniałeś o fladze. Powodzenia na tamtym świecie.

-Kapitan Red kupił stary bryg za 632 dublony.

-Co z nami zrobią?

-Uspokój się. Byłam przy twoich urodzinach, będę na ślubie.

Jesteś zbyt cenna dla tych rzeźników.

-Ale nie wszyscy są tacy. Na przykład ten Francuz.

Jest inny.

-Zatoka Anakondy. Tam się schronimy.

-Tak jest. We wzorowym porządku.

Fala pływu podniesie się po ósmym dzwonku.

-Kto idzie? Hasło!

-To ja. Maria Dolores Eugenia del Alcalde.

-Ojciec i jego kompani wyrwali mnie z rąk piratów.

Zaprowadź mnie do stryja.

-Natychmiast. Zawołam dowódcę straży.

Synu!

Mam ważną wiadomość dla jego ekscelencji.

Prowadź do niego, ale żeby nikt nie odkrył naszej obecności.

Nikomu ani słówka.

-Słyszałeś, co powiedział Ojciec?

-Natychmiast.

Twój stryj ucieszy się, widząc cię zdrową.

Wszyscy modliliśmy się za ciebie.

-Ja go obudzę, w przeciwnym razie umrze na apopleksję.

Stryju Archibaldzie?

To ja, Dolores.

Obudź się.

Obudź się, błagam.

Stryju Archibaldzie?

Mam ważną wiadomość dla jego ekscelencji.

-Ja go obudzę. Wstawaj, Archibaldku.

-Wybacz, Panie Boże.

Święty Antoni przysyła mi wszystkie demony.

-To ja, Dolores, twoja bratanica.

-Wszyscy umarliśmy? Gdzie ja jestem, Ojcze?

-Nie jestem twoim ojcem, durniu. Jestem kapitanem Redem.

-Thomas Bartholomew Red.

-We własnej osobie. Nie czas na gadanie. Posłuchaj.

Chcę zamienić twoją bratanicę na tron Kapateka Anahuaka.

-Co za zuchwałość. Tron należy do korony hiszpańskiej.

-Już nie, stary kaszalocie. Chcę go. Natychmiast.

-Nigdy. Rozumiesz? Nigdy.

-Ruszaj, synu. -Dokąd, kapitanie?

-No, zgwałć ją.

Na co czekasz?

-Nie mogę.

-To rozkaz.

-Wiem, kapitanie, ale... Nie.

-Niesubordynacja. Boomako, zastąp tego zdrajcę.

-Nie. Ratuj mnie. Miej litość. Posłuchaj głosu swego serca.

Moja cnota na pewno jest warta tego tronu.

-Zgadzasz się?

-Nigdy. Wiedz, jaki jest gubernator hiszpański.

-Potwór. Pozwól mnie zabić, zanim zostanę zhańbiona.

-Nie da za nią dwóch miedziaków. Wykłujmy mu oko.

-Nie.

-Dobry pomysł. Przypatrzmy się jego móżdżkowi.

-Oszczędź go. Błagam. Oddam wam moją biżuterię.

Błagam w imię matki, która wydała cię na świat.

-Moja podagra. Przestań. Zabijesz mnie.

Na pomoc. Przestań, w imię Świętej Dziewicy.

-Tron. -Dajcie mu tron.

Zabierz go sobie, kapitanie, ale nie dotykaj mojej stopy.

-Wyłaź z wyra.

A teraz bądź grzeczny i rób, co ci każę.

Weź pióro.

I napisz.

Ja, Archibaldo... Jak się nazywasz?

-Esteban del Alcalde.

-No dobrze. I całą resztę. 'Gubernator Maracaibo'.

-Rycerz Świętego Grobu.

-To nieważne. Pisz: 'Zwalniam porucznika Don Alonso

de la Torre ze wszystkich obowiązków

dotyczących mojego tronu.'

Nie: 'Przekazania tronu Kapateka Anahuaka Hiszpanii.'

-Wejść.

-Ekscelencjo. Moje uszanowanie.

-Sytuacja jest bardzo poważna. Piraci zaatakują o świcie.

-Niech atakują. Będziemy przygotowani.

-Uspokój się. Ten Czarny zdołał im uciec. Zna ich plany.

Mów, dobry człowieku.

-To ja, Boomako, poruczniku.

-Co? Ten czarny pies tutaj? Ten renegat?

Zaraz z nim zrobię porządek.

-Gubernatorze, chroń mnie!

-Umrzesz, buntowniku.

-Ja mu wybaczyłem.

-Wraz z kompanami powinien zawisnąć na szubienicy.

-Pamiętaj, Don Alonso, że to ja stanowię prawo.

-Tak jest. Ale ten gad otruł kapitana Linaresa.

-Nieprawda. Kochałem go, jak własną matkę.

-Zamknij się, morderco.

-Poruczniku, mówisz do człowieka, któremu wybaczono.

-To on. Jest zazdrosny. To on otruł kapitana. Celowo.

-Przepraszam, ekscelencjo? Nie rozumiem.

-Mówiłem, że cierpię na podagrę, niczym jakiś potępieniec.

Ale dość tych utrapień. Czas nam nie sprzyja.

Kapitan Red, ten obrzydliwy...

to znaczy znany szczęściarz,

o świcie zamierza wejść na 'Neptuna' i przejąć swój...

to znaczy ukraść tron Kapateka Anahuaka.

-Zrobię z niego siekany befsztyk.

-Tymczasem postanowiłem, że moi dwaj zaufani ludzie

przeniosą tron w bezpieczne miejsce.

Dostarczą list, zwalniający pana ze wszystkich obowiązków.

To wszystko.

Może pan odejść.

-Dobrze, ekscelencjo.

Jakie hasło? -Hasło?

Złoto jest błotem.

-Złoto jest złotem. Tak jest, ekscelencjo.

-Nie za mocno? -Nie, panie.

-Proszę wybaczyć.

-Umiesz liczyć? -Jak, kapitanie?

-Zwyczajnie: jeden, dwa, trzy... -Cztery, pięć, sześć, siedem...

-No właśnie. Policzysz do dziesięciu tysięcy.

-Jeden, dwa, trzy...

-Nie teraz. Dopiero jak stąd wyjdziemy.

Gdy skończysz, dołącz do naszych na brygu. Zrozumiałeś?

-Tak, kapitanie.

-Niech nikt nie opuszcza tej komnaty. Nawet ty.

-Nawet ja.

-Chciałbym mieć więcej takich włóczęgów jak ty.

-Kto płynie?

-Złoto jest błotem.

-Jak rozkaz, to rozkaz. Niech tak będzie. Spuścić tron.

Potroić straże. Wszyscy zostają na stanowiskach.

-Tak jest.

-3993, 3994, 3995, 3996, 3997...

-I raz, i raz, i raz...

-Boże, wyciągnij mnie z tego. Nie pozwól mi utonąć.

-Człowiek na plaży.

-To tu, Senorita. Ponieważ wiele ryzykuję...

Muszę wyżywić jedenaście dusz.

Moim obowiązkiem jest zapewnić...

Rum?

Moje oko nigdy tego nie widziało.

-Przyszłam się pożegnać i podziękować.

-Pożegnać?

-Los chce, byśmy byli wrogami.

Chociaż dwa razy uratowałeś mój honor.

-Wyjeżdżasz?

-Niestety, dziś wieczorem. Do Hiszpanii.

-O Boże, dzisiaj?

-I...

Mój stryj mianował Don Alonso kapitanem 'Neptuna'.

Jestem taka nieszczęśliwa, panie Malfilatre.

-Jean-Baptiste.

I jeszcze coś. Stryj zaręczył mnie z panem Don Alonso.

Wbrew mojej woli.

-Co masz w swoim koszyczku?

Mój aniołek. Niech Bóg błogosławi twe serce.

-Nie powiedziałam najgorszego.

Skazano was na garotę. Jutro egzekucja.

-A co z tronem?

-Kapitanie, będziecie... Jutro o świcie.

-Słyszałem, ale co z tronem?

-Za ten tron nie dałbym śmierdzącego śledzia.

-Nie to chciał powiedzieć. Jest wstrząśnięty.

-Tron wrócił na pokład 'Neptuna'.

Kapitanie, Bóg uczy nas wybaczać.

Będę się modlić za pańską duszę.

Żegnaj, Jean-Baptiste.

-Do piekielnych dzwonów. Przeklęty łańcuch.

-Żaden głos nie dopełni splendoru zachodzącego słońca.

-Dziękuję, kapitanie.

-Dowodzenie takim okrętem każdego by uszczęśliwiło.

-Na pewno.

-Ale to mi nie wystarczy.

Chcę doczekać chwili, w której docenisz moje zalety.

Chwili, w której mnie pokochasz. Dobranoc.

-Dobranoc, panie.

-Śmiało, tańcz!

-Ognia!

-Nie strzelajcie. Jesteśmy chrześcijanami.

Na wszystkich świętych, przerwijcie ogień.

Jestem dominikaninem, nazywam się Don Antonio Fuentes.

-Tam, gdzie wskazuję palcem.

-Ta mała plamka?

-Tak, chłopcze. Ta plamka to bryg.

-Mam nadzieję, że to nie piraci.

-Proszę się ich nie bać. Czeka ich gorące przyjęcie.

Neptun ma 70 dział.

To najszybszy okręt floty królewskiej.

-Najszybszy?

-Tak, panie.

Spójrz na ten statek, panie.

To bryg.

Pełne żagle, a od świtu nie zbliżył się o kabel.

-Dlaczego nas śledzi?

-Ależ nie śledzi, tylko płynie w tym samym kierunku.

-Teraz.

To żeby wam trochę podgrzać kałduny.

Nie ma odwrotu. Albo zwycięstwo, albo śmierć.

Idź do longbotu. Weź trochę żarcia. Tajna misja.

-Wyciągnijcie tron.

-Ciągnijcie.

-Popychajcie. Dobrze. Niżej. A ty co? Nie ociągaj się.

-Nie! Spuszczajcie!

-Tutaj. Żabo!

-On żyje.

-Lina. Żabo, lina. Szybko. Przetnij ją.

To rozkaz. Złożyłeś przysięgę. Tnij, albo cię powieszę.

-Zaczekaj. Wracaj, łotrze. Walcz ze mną jak mężczyzna.

Kanalia. Łajdak. Szelma.

Znajdę cię, ty capie, jeszcze cię dopadnę. Obedrę ze skóry.

-Skończę z tobą raz na zawsze, obślizgła francuska ropucho.

-Kapitanie, Boomako nie żyje.

-Żabo, która godzina?

-Szósta. Może ósma.

-To dobrze.

Proszę podać szynkę i butelkę malagi.

Nie tą stroną.

Pij i jedz.

Przeżyliśmy, prawda?

-Żabo? -Tak, kapitanie?

-Zaśpiewaj mi coś, zanim się zdrzemnę.

Tylko śpiewaj, a nie drzyj się jak osioł.

Zaśpiewaj moją ulubioną francuską piosenkę.

Był sobie mały statek. I popłynął hen w morze.

Żeby opłynąć świat.

l nigdy nie dobić do lądu.

Tekst: Augustyn Dobrzański Delivered by Bl@shaque

www.NapiProjekt.pl - nowa jakość napisów. Napisy zostały specjalnie dopasowane do Twojej wersji filmu.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.