Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Atmosfera Kino
Wytwórnia filmowa braci Andreasjan
Oniegin
Mój zacny stryj dał znać o sobie,
kiedy na dobre już zaniemógł:
Jedź tu doglądać go w chorobie...
Na lepszy pomysł wpaść by nie mógł!
Ten przykład innym niech posłuży,
ale, mój Boże, jak to nudnie
spędzać z nim północ i południe.
Jak przy staruszku czas się dłuży!
Ileż obłudy trzeba podłej,
aby troskliwie zniżać głos,
poprawiać jaśki, gładzić kołdry,
lekarstwo smutnie pchać pod nos,
wzdychać i myśleć sobie cicho:
"Kiedyż cię wreszcie porwie licho!"
Tak sobie myślał mój lekkoduch,
w pocztowym koczu mknąc przez pola,
jedyny spadkobierca rodu,
gdyż taka była Zeusa wola.
Bracia w Ludmile i Rusłanie!
Pozwólcie, czytelnicy mili,
że bez przedmowy, w tejże chwili,
bohater mój przed wami stanie.
- To Oniegin!
Eugeniusz!
- Cóż, panowie, wszyscy gorliwie śledzą teatr paryski.
Mówią, że najwybitniejszy aktor wyszedł z formy.
Madmuazel Mars się postarzała.
Jedynie Pottier pozostaje niezawodny.
- Poproszono mnie o przyniesienie. Stolik przy oknie.
- Zostawię was, panowie, na moment.
- Moje uszanowanie...
- A kim on jest? - Oniegin?
Mój znajomy bliski.
Niemal nie przemówiłem wierszem.
- Nie jest głupi.
Widać, że przywykł żyć na wysokiej stopie.
Bogaty spadkobierca?
- Jego nieboszczyk ojciec nie był biedny,
lecz pomyślnie roztrwonił majątek.
Zapewnił sobie wsparcie wierzycieli i zmarł tonąc w długach.
- Aha. Czyli to resztki dawnego przepychu. Już rozumiem.
- Raczej nawyk.
Stęskniliście się? A może plotkujecie?
- Wypijmy za znajomość!
Czym proponujecie umilić sobie wieczór?
- Co do tego, nie mamy z księciem żadnych pomysłów.
Dziś wystawiają nowy balet.
- Chcecie oglądać to utrapienie?
- Z całym szacunkiem, Onieginie,
mimo wszystko tańczy tam Istomin.
- Nie spierajcie się, panowie!
I tak już nie zdążymy na przedstawienie.
- Onieginie, czy doprawdy to pana nie rusza i nie urzeka?
- Niech pan zrozumie:
Pan, jako człowiek od niedawna przebywający w stolicy, dostrzega w tym pewną świeżość,
lecz ja oglądam to przez całe życie.
Zapewniam pana: nie ma w tym nic nowego.
Najwyższy czas wszystkich wymienić.
- Żartuje pan.
- Widzi pan tę ślicznotkę w czwartej loży?
Jak pan sądzi: ile czasu potrzeba, by wkupić się w jej łaski?
- Onieginie, proszę się nie drażnić z moim przyjacielem!
- Do końca spektaklu.
- To niemożliwe! Przecież nie jest sama.
- Założy się pan?
- Niech pan da spokój.
Wszakże to nie córka poczmistrza.
Od razu widać, że chodzi o pannę z dobrym wychowaniem.
- Czy to pana znajoma? - Dopiero od dzisiejszego wieczoru.
- Jak to możliwe? - Proszę księcia, to sztuka, w której każdy ma swoje sekrety.
- A ja nie dzielę się swoimi sekretami. - Pan jest wariatem.
- Jej ojciec jest generałem brygady. Zdaje sobie pan sprawę, co to oznacza?
- Że jej matka jest generałową brygady?
- Główny fortel nie tkwi w uwodzeniu dziewczyny,
a w utrzymaniu ojca bądź męża rogacza w błogiej nieświadomości,
pozostając ich przyjacielem.
- Jakie szczęście, że nie jestem żonaty!
- Proszę bardzo.
- Książę na niego patrzy, jak gdyby zazdrościł mu powodzenia.
- Zazdroszczę mu młodości i lekkości.
Muszę przyznać, że jest bardzo miły.
Ale jako mąż nigdy nie zostawiłbym swojej żony z nim sam na sam.
- W chwili, gdy stajesz się lekkim dla wszystkich,
robi się niezmiernie smutno.
Książę ma szczęście, że tego dotąd nie pojął.
Czy mój Oniegin był szczęśliwy?
Swobodny, w kwiecie bujnych lat
poznawszy tryumf błyskotliwy
i rozkosz, którą dał mu świat?
Nie: wcześnie zwiędło w nim uczucie.
Zmęczył go widok świetnych strojów.
Niedługo stracił smak do uciech,
do pięknych kobiet i podbojów.
Szybko znudziła mu się zdrada.
Zbrzydła mu przyjaźń i kompania.
Bolączka - czas już jej przyczynę
odciąć od zwykłych bajd i andron -
we mgle londyńskiej zwana spleenem,
a po rosyjsku prościej: chandrą,
opanowała go po trochu.
Nie popróbował, Bogu dzięki,
pozbyć się życia z własnej ręki,
ale do świata całkiem ochłódł
jak Czajld-Harold i bez pamięci
snuł się po domach - mroczny gość:
nic go nie bawi, nic nie nęci,
nawet bostona ma już dość,
nie biorą go światowe plotki,
zachęty znak, ni uśmiech słodki.
- Bonjour, monsieur!
List do pana.
- Zostaw to.
Dobrze wiesz: najpierw kawa, później korespondencja.
- To od pańskiego stryjaszka.
- Niech nakryją do stołu w jadalni.
Albo niech szykują w drogę.
- Czy coś się stało? - Nic się nie stało.
Staruszek pisze, że umiera i pragnie się ze mną zobaczyć.
Straciłem już rachubę czasu, gdyż umiera już od wielu lat.
A tak naprawdę stryjaszek umiera z nudy i pragnie, by go zabawiano.
- To może lepiej nie jechać?
- Jego spadek wybawi mnie z ucisku wierzycieli tatka
i zapewni utrzymanie na kolejne półwiecze.
Wszystko ma swoje plusy
i minusy.
- Tak bardzo cię wyczekiwał, paniczu.
Co ranek o ciebie pytał.
Wczoraj również obudził się z myślą o tobie.
A po obiedzie poczuł się zmęczony, więc się zdrzemnął
i już się nie obudził.
Pański stryjaszek to świetlana dusza!
Odszedł we śnie.
- Chciałbym, panowie, wypić
za spokój duszy nieboszczyka.
Pan zawsze zabiera do siebie najlepszych,
a dziś zabrał od nas naszego dobrego sąsiada.
- Proszę. Szczere wyrazy współczucia!
Pana stryj był człowiekiem uczciwym.
- Dlaczego mówi o tym pan tak cicho?
- Bo mówię to panu.
A tamci sobie sami wszystko powiedzą.
- Jego odejście jest dla mnie osobistą stratą i wielkim nieszczęściem.
Był moim przyjacielem.
- Kto to? - Pustiakow.
Nomen omen: to człowiek małostkowy.
Nawiasem mówiąc, nie znosił pana stryja.
- Dlaczego zatem przybył na pogrzeb?
- Od razu widać, że jest pan ze stolicy.
- Nie ma u nas wielu rozrywek, żeby zrezygnować z okazji wyjazdu,
na którym można popić, pomielić jęzorem.
- Nie brzmi to zbyt kurtuazyjnie, ale podoba mi się pańska zjadliwość.
- Dziękuję. Skoro tak, niech pan przyjedzie w odwiedziny.
- Skosztujemy nalewki, zagramy partyjkę...
- Gra pan w karty?
- To już przeszłość.
Po prostu czasami bardzo chce się porozmawiać z niegłupim człowiekiem.
- Pana zdaniem nie jestem głupim człowiekiem?
- Któż to wie? Wygląda pan mądrzej niż miejscowa hałastra.
Postanowił pan tu pozostać?
Nie boi się pan nudy?
- A jest ku temu powód?
- Panie świeć nad jego duszą!
- Daszeńka to nasz urokliwy skarb.
Ubiera się zgodnie z modą francuską.
Koniecznie musicie się poznać.
Podkreślam: koniecznie!
Zorganizuję to.
Wcale nie żartowałam, mówiąc panu, że naszą rodzinę, owszem, można uważać za specyficzną, ale...
- A ziemi należy dać wypocząć.
Powiedzmy, że jednego roku posadzimy na nim rzepę.
W takim razie drugiego należy posiać żyto,
owies, jęczmień...
- Mówi do niego: Czemu się tak chmurzysz?
Czyż nie podoba ci się moja psiarnia?
On na to: Psiarnia jest przepiękna,
ale cóż z tego, gdy ludziom żyje się tutaj gorzej niż psom?
Po tych słowach jeden z psiarzy się obraził i mówi...
- Mówił pan niedawno o kapuście właściwej...
- Nie mówiłem nic o kapuście. - Aha, to ja mówiłam. No tak.
A astry pan również sadzi?
- Te również nie sadzę. W naszych rejonach...
- A wie pan, co niegdyś zrobił? Bogactwo mu na tyle ścisnęło portfel i kieszenie,
że postanowił rzucać piaskiem w oczy
i zaprosił mnóstwo gości mówiąc im: panowie, jest lato, może zechcecie skorzystać? Oni odpowiadają: owszem, chcemy!
Jacy głupcy! A resztę pieniędzy wydał na zakup soli, poszedł z nią na pola...
- Czemu dobrodziej nie położył się do łóżka?
Przyszykowaliśmy panu komnaty dla gości.
- Niepotrzebnie.
Zaprowadź mnie do pokoju stryja. Zamieszkam w niej.
- A może jednak do gościnnego?
Są w nim obicia sztofowe, piec kaflowy...
- Myślisz, że zadziwisz mnie okuciami?
Idź, bratku, spać.
Będziesz mi jutro potrzebny z wyspaną głową.
- Co stoisz jak rzeźba? Gdzie moja kawa, mój drogi?
- W gospodarstwie stryjaszka nie ma kawy, a naszej jeszcze nie przywieziono.
- Cóż, na razie więc pożyjemy bez kawy.
- Przyjechała do pana sąsiadka:
Madame Skotinina.
- To ta, która ma cztery córki na wydaniu?
- Oui. - Powiedz, że mnie nie ma.
- Już jest w środku i czeka na pana.
Zaprowadzić ją do pana, czy powiedzieć, że pan podejdzie?
- Czy osiodłano konia? - Za lada moment, oui.
- To przekaż, że mnie nie ma.
- Jak to rozumieć?
Przecież mówił pan, że jest w domu.
- Nie, mówiłem pani, że gdzieś wyjechał i nie ma go w domu.
- Czy uważa mnie pan za głupią?
- Nie rozumiem dobrze po rosyjsku. Proszę mi wybaczyć.
Tak mój Oniegin stał się władcą
przemysłów, stawów, lasów, dóbr,
wczoraj utracjusz i ladaco,
a dzisiaj dziedzic, leśny żubr.
I chętnie wchodził w tryb nieznany,
rad z jakiejkolwiek bądź odmiany.
Przez dwa dni świat go bawił nowy:
odludna połać, na wpół dzika,
chłodem nęcący mrok dąbrowy,
szmer wijącego się strumyka.
Na trzeci urok pól i wzgórz
spowszechniał mu jak chleb codzienny.
A potem wlókł się po nich senny,
a potem nie ukrywał dłużej,
że nudno mu w tej okolicy.
Szła za nim chandra - jak w stolicy,
Snuła się za nim, nieproszona,
jak idzie cień lub wierna żona.
- Zatrzymaj się!
Oleńko!
- Ile to czasu minęło?
- Niewiele.
Panienka się nie zmieniła. Tylko wypiękniała.
- Wołodio, pan... - Pamiętasz, jak się wcześniej bawiliśmy?
Twój tatuś zamierzał nas wyswatać.
Tatuś zmarł.
- Poor Yorick!
- Słucham?
Nie, nic. To z Szekspira.
Był dobrym człowiekiem.
Pamiętam, jak w dzieciństwie bawiłem się z jego medalem oczakowskim
Pozwalał mi na to i wcale się nie gniewał.
- Wołodio, proszę mi wybaczyć. Na mnie już czas. Pan także zdaje się spieszyć.
- Wcale nie.
- Odprowadzę panienkę.
- Zatem przyjechał pan do nas z Niemiec?
- Dwa lata nie było mnie w rodzimych stronach.
- Spaceruję, oglądam i nie poznaję.
Albo wszystko się zmieniło, albo ja się zmieniłem.
- Cóż mogłoby się u nas zmienić?
Być może jedynie nasza najstarsza córka, która nad wyraz wyładniała.
Ubiera się zgodnie z modą francuską.
Koniecznie powinniście się poznać!
- Tak, oczywiście.
- A jak świetnie gra na gitarze!
Jak cudnie śpiewa!
"Przybądź w komnaty moje złote,
darując rozkosz bezgraniczną..." - Zapomniałam: mamy nowego sąsiada.
- Naprawdę? - Tak, stary Oniegin oddał duszę Bogu,
więc w jego posiadłościach mieszka teraz jego bratanek.
Przyjechał do nas z Petersburga.
- To znaczy, że powinien być wykształcony.
- Niezbyt. To świszczypała.
Nie przyjmuje żadnych gości.
Żyje w swoim dworze sam,
sącząc przez cały dzień wino, butelkę po butelce.
Tak, zawitał do niego Gawryła Pawłowicz.
A ten, zamiast przyjąć go po sąsiedzku, czmychnął przez tylne wyjście.
Wskoczył na konia i pomknął, przekazując że go nie ma.
Wolnomyśliciel i odludek!
- Mówi pani tak, jak gdyby w ten sposób potraktował panią, a nie Gawryłę Pawłowicza.
- Słyszałam na jego temat wiele plotek, ale na razie nas nie przedstawiono.
- I nie należy do tego dążyć.
To grubianin.
- Guillotcie!
Każ rozsiodłać konia!
- Dobrze, panie. - I przynieś herbaty. Jest rosa i przemarzłem.
- Do gościnnego? - Nie. Lepiej koniak!
Tak, lepiej przynieść koniak i herbatę.
- Przyniosę koniak.
- Czemu zawdzięczam pana przybycie?
- Jestem waszym sąsiadem. Nazywam się Włodzimierz Leński.
- Przyjechałem z Getyngi? - To pana nie usprawiedliwia.
- Czy może obyczaje w Niemczech dopuszczają późne odwiedziny?
- Skoro już mowa o obyczajach, ucieczkę przed gościem tylnym wyjściem nie sposób nazwać uprzejmością.
- Jak i zwracać uwagę gospodarzowi w jego domu. Czego sobie pan życzy?
- Zapoznać się z panem.
- Eugeniusz Oniegin.
Uznajmy, że znajomość została zawarta.
- W pełni podzielam pańskie niezadowolenie.
Znam miejscowe towarzystwo lepiej od wszystkich.
Przyznam się, że nieraz dręczyła mnie chęć uniknięcie rozmów o polowaniu,
sianokosach, dalekich krewnych...
Rozumiem, jak wykształconemu człowiekowi brakuje błyskotliwych rozmów pośród...
wiejskiej prostoty.
Dlatego właśnie przybyłem do pana -
z chęcią zawarcia przyjaźni.
- O czym zechciałby pan porozmawiać?
- Cóż, dwójka wykształconych ludzi zawsze znajdzie temat do rozmowy.
Na przykład o Schillerze i Goethe.
- Jest pan miłośnikiem poezji?
- Sam jestem poetą.
- Usiąść więc proszę, panie poeto,
gdyż na siedząco gawędzić przyjęto.
Jak potok różni się od głazu,
od prozy wiersz, lód od płomienia,
tak różne dwa usposobienia
zetknęły się ze sobą. Zrazu
nudzili się, aż polubili.
I odtąd w pole albo w las
samowtór dzień po dniu jeździli.
Tak, gdy leniwie płynie czas,
ja sam to wyznać się ośmielę,
z nudów - gotowi przyjaciele.
O wszystkim mieli zdania sprzeczne
i wszystko do dyskusji wiodło.
Plemienne pakty średniowieczne,
postępy nauk, zło i dobro,
z dawna pleniące się przesądy
i tajemniczy byt za grobem,
i los, i życie. Tym sposobem
wszystko wpadało pod ich sądy.
A gdy poeta w spór burzliwy
nagle północną wtrącał pieśń,
tamten, nad podziw pobłażliwy,
starał się wniknąć w ciemną treść,
choć nie rozumiał słów sąsiada,
uważnie słuchał, co ten gada.
- Miłość jest najwyższym uczuciem, nawiedzające człowieka tylko jeden raz
i pozostające z nim do końca życia.
- Prawda jest taka, że dowolne uczucie rozpływa się jak toń.
Namiętność znika, a na jej miejsce przychodzi znużenie i nuda.
- Ty po prostu nigdy nie kochałeś. - Bynajmniej.
Zakochiwałem się wielokrotnie. Tyle że z jakiegoś powodu wykluczasz możliwość zakochania się na jedną noc.
- Ja mówię o wielkim uczuciu, a ty o zwykłym pragnieniu.
- Aha. I właśnie dlatego, mówiąc o wielkich uczuciach, kobieta w poezji nazywana jest upragnioną.
Płonie w tobie młodość.
Lecz gorączka młodości minie
i spojrzysz na to całkiem inaczej.
Pojedźmy do mnie. Posmakujemy potraw kuchni francuskiej...
- Wybacz, ale nie mogę.
Pojadę sobie.
- Dokąd?
Co za utrapienie z tymi poetami!
Po smacznej kolacji chęć obrażania się i spierania zniknie.
- Nie obraziłem się. Na mnie już naprawdę czas. Czekają na mnie.
- Znowu?
- Nie ciężko ci każdy wieczór wdawać się tam w jałowe dyskusje?
- Ma to swój urok.
- To prosta rodzina, ciepło domowe... - Bezkresna nuda...
Aczkolwiek słyszałem, że są tam dwie córki na wydaniu.
I już wiadomo, skąd te rozmowy o wielkich uczuciach!
Pozwolisz zerknąć na ową rosyjską Filidę, zajmującą twój umysł i napełniającą twoje pióro?
- Nie śmiej się. - Ani trochę.
Przedstaw mnie!
- Żartujesz? Kiedy?
- Choćby teraz.
- Ty naprawdę drwisz?
To jedźmy!
To cudowni ludzie. Chętnie nas przyjmą.
Nasłuchali się o tobie.
- Wyobrażam sobie.
- Niech pan skosztuje tej konfitury. Jest wyjątkowa!
- Jest boska!
- W życiu pan nie zgadnie, z czego ją przyrządzono.
- Z wiśni.
Z agrestu
i liści wiśni.
Tak. Liście dodają jej smaku i wiśniowego aromatu.
- Zadziwiające!
- A tam dalej, za drzewami, znajduje się sad
ze wspomnianymi wiśniami.
Jednak ja wolę tę część parku.
Jest tu spokojnie,
a w upalne dni cień i chłód.
Zaś jesienią szeleszczą liście dając ukojenie...
- Pani pozwoli, że zapytam: Co pani czyta z takim zapałem?
Proszę się nie lękać. Jestem tylko gościem w Pani domu. Mieszkam niedaleko stąd.
Eugeniusz Oniegin.
A pani jak zwą?
- Tatjana.
Richardson.
Nigdy nie pomyślałbym, że taką dziewczynę może pochłonąć przyziemna powieść sentymentalna.
- Nie ma w niej przyziemności. Są tylko uczucia.
- Sądzi pani, że powieść o uczuciach nie może być przyziemna?
- Proszę zwrócić książkę.
- Powinna pani szaleć za sir Charlesem Grandisonem.
- Jest mądry, piękny i cnotliwy.
- I niezmiernie nudny - jak i sama opowieść.
- Powieść jest przepełniona licznymi abstrakcyjnymi rozważaniami i spostrzeżeniami autora,
przez co cierpi akcja utworu.
- Mówi pan tak z zazdrości,
ponieważ pan z całą pewnością nie jest Grandisonem.
- To prawda.
- Taniu, czemu nie przyszłaś na herbatę?
- Zaczytałam się. Wybaczcie.
- O, widzę, że już się poznaliście.
Zawsze była taka.
Już od dzieciństwa żyje własnymi fantazjami.
- A powieści również się do tego przyczyniają.
- Zapewne ma pan rację.
Ale nie mogę ich jej zakazać.
Przyznam, że w młodości sama zachwycałam się Richardsonem.
- A jak na podobne zamiłowania patrzy pani mąż?
- Nieboszczyk mąż
nigdy nie dopatrywał się w powieściach czegoś złego.
Być może dlatego, że nigdy ich nie czytał.
- Ziewasz?
- Nie bardziej niż zwykle.
- Przyznaj, że ta przejażdżka była dla ciebie nadzwyczaj nudna.
- Nie bardziej niż zwykle.
- Ta Łarina, przy całej swojej prostocie, jest całkiem miłą damą.
- A córki?
- A która z nich zajmuje twoje myśli?
- Młodsza.
- Olga?
To dziwne.
- Niby czemu?
- Gdybym podobnie jak ty był poetą, wybrałbym drugą.
- Dlaczego?
- Naprawdę chcesz to usłyszeć?
- Olga jest piękna, miła...
A Tatjana wiecznie chowa się z książką po kątach, ze smutnym spojrzeniem,
jak gdyby przygnębił ją cały świat.
- Właśnie.
- Na Boga, czy naprawdę muszę to tłumaczyć poecie?
W Tatjanie tkwi głębia i rozsądność. Tętni w niej życie.
A młodsza przypomina, za przeproszeniem, lalkę z miłą twarzyczką.
W jej rysach nie ma więcej życia niż w madonnie niejakiego van Dycka.
- Chcesz powiedzieć, że jest głupia?
- Nie irytuj się, Leński. Gdybym nie wiedział, że piłeś herbatę, pomyślałbym, że przemawia z ciebie wino.
- Dziękuję.
- Obraziłeś się?
Nie wygłupiaj się.
- Czyli teraz to ja jestem głupi?
Wiesz co, powinieneś wziąć lekcje dobrych manier.
- W Niemczech?
- Na podstawie obcowania z tobą wnioskuję, że miast uprzejmości uczą tam sztywności.
- Wyśmiewasz się ze mnie?
Nie szkodzi. Kiedyś pośmieję się ja z ciebie.
- Cóż za porywczość!
Dokąd cię znowu niesie?
Nie złam karku!
Jak mały chłopczyna.
A zatem zwano ją Tatjaną.
Nikt by nie poznał, że to siostra:
ani świeżością lic rumianą,
ani urodą jej nie sprosta.
Milcząca, bojaźliwa, dzika,
rośnie jak obce dziecko w domu,
nie lubi zwierzyć się nikomu,
jak leśna sarna z oczu znika.
Ani u ojca, ni u matki
nie umie się dopraszać łask,
śród dzieci stroni od gromadki,
odstrasza ją wesoły wrzask,
a często cały dzień u okna
przesiedzi cicha i samotna.
- Taniu,
nie śpisz?
- Nie mogę.
- Moja kochana,
chciałabym z tobą pomówić o twoim dzisiejszym zachowaniu.
To było nieuprzejme.
Eugeniusz Aleksandrowicz to gość,
na dodatek młody,
nieubogi i...
- Mateńko, czyż jestem aż takim ciężarem, że postanowiliście mnie wyswatać z dowolnym bogatym sąsiadem?
- Taniu,
nie ciężarem. Skądże!
Po prostu czas nie stoi w miejscu.
Starzeję się. A gdy mnie już nie będzie,
komu polecę opiekę nad tobą,
jeśli nadal będziesz odsuwać się od ludzi niczym nasza stara klacz od każdego krzaczka?
- Nie odsuwam się.
Po prostu mi nieśpieszno.
- Szukasz miłości z utworów Richardsona.
- Takiej, jaką mieliście z tatusiem:
żeby było spokojnie i ciepło,
żeby było to raz i na całe życie - złączenie dusz.
- Jak u nas?
- Moja kochana,
gdy byłam w twoim wieku, a tatuś był jeszcze moim narzeczonym,
byłam zakochana zupełnie w kimś innym.
Tak,
był taki jeden sierżant gwardii...
Piękny mężczyzna! Frank.
Z wieloma zaletami - prawie jak Grandison.
Lecz wyswatano mnie z Dmitrijem Łarinem.
Tak to wyglądało.
- Chcesz powiedzieć, że go nie kochałaś?
- To on mnie kochał.
A ja do niego przywykłam.
Nawyk to wielki dar.
Zastępuje szczęście.
Idź spać.
Jest już późno.
I proszę cię bardzo: następnym razem bądź bardziej uprzejma do gości.
Przykro mi, że aż tak bardzo ci się nie spodobał.
Kładź się spać.
E. O.
- Guillotcie!
Gdzie jest kolacja, mój drogi?
- Któż je kolację o takiej porze i po przybyciu z gościny?
- Na gościnie była herbata z konfiturą, woda żurawinowa i niesycąca rozmowa.
Niech przyrządzą kolację!
Widzę, że też się nudziłeś.
- Spałem. Nie uważam tę czynność za nudną,
szczególnie nocą.
- Jak pańska przejażdżka? Rozerwał się pan?
- Dała sporo powodów do plotek. - Olalala!
O kilka wiorst od Krasnogoria,
od wsi Leńskiego, mieszkał sobie
w filozoficznym cichym gnieździe
Zarecki, niegdyś wódz hultai,
warchoł, karcianej hetman zgrai.
Trybun na targu i w zajeździe.
Dziś ojciec dzieciom, choć bezżenny,
zacny, że przyłóż go do ran,
dziedzic spokojny, sąsiad cenny,
słowem, poczciwy, miły pan,
nawet żyjący przyzwoicie -
tak się poprawia nasze życie!
- Proszę mi wybaczyć! Odprowadzałem sąsiadów.
A wczoraj byłem u Skotininów.
Gdyby tylko pan słyszał, mój drogi, co o panu mówią!
- Już mnie wyswatano?
- Proszę!
- Mało tego,
wyznaczono już datę pańskiego ślubu.
Ksiądz był gotów udzielić wam ślubu.
Jednak z powodu braku modnych pierścionków ślub odłożono.
I jak? Nie nudził się tu pan beze mnie?
- Nie zdążyłem.
- Czym by pana jeszcze rozerwać?
- Jeśli jeszcze raz trafię, odda mi pan butelkę koniaku.
- A jeśli pan spudłuje, to odda ją pan.
Do tego jedwab na ścianę.
A co z waszym przyjacielem?
- Zakochał się po uszy, przez co jego młodociany zapał zmienił się w młodzieńczy omam.
- To nic. Ożeni się, ustatkuje się i uspokoi.
Czy jak pan sądzi?
- Zagospodaruje się, zapomni o wierszoklectwie i zrobi się nudziarzem.
- Dobrodzieju!
Co pan wyprawia?
Przestraszy pan dzieci!
- Po co nam, łajzo, przeszkadzasz?
Zawarliśmy z panem Onieginem zakład, a ty włazisz tu bez meldunku,
zamiast siedzieć w stajni. Idź stąd, Prochorze! Nic tu teraz po tobie.
- Zaczekaj, Prochorze!
- A gdzie jest teraz pana przyjaciel?
Można by go było zaprosić dla towarzystwa.
Zagralibyśmy w preferansik...
- Teraz możesz iść, Prochorze. I przynieś koniak!
- Wróć tu z butelką.
- A mój przyjaciel jest dziś zajęty, więc w preferansa zagramy po husarsku.
"O, jeśli miałbym tyle sił, by przekonać serce,
by móc kiedyś poruszyć tego czoła jasność i wesołość!
Jej usta..."
- Dlaczego pan zamilkł?
- Właściwie to...
Dzień dobry, Tatjano Dmitrijewno!
- Dzień dobry!
Pan znów przyjechał sam?
- Mój przyjaciel, jeśli to o niego pani chodzi, rzadko wyjeżdża poza obręb swojej posiadłości.
Jest odludkiem. To cecha charakteru. Ale przekażę mu, że pani o niego pytała.
- Nie trzeba, naprawdę.
Wiem, że na tym pustkowiu wszystko wydaje mu się nudne.
A my doprawdy nie mamy czym zabłysnąć przed człowiekiem, który przyjechał ze stolicy.
- Siostrzyczko, nie widziałaś może mateńki? Pytała o ciebie piętnaście minut temu.
- Zostawię was.
- Zatrzymał się pan na napiętym fragmencie...
- Tak.
- Co ci jest?
- Taniuszo, dziewczynko ty moja!
Co ci jest? Szybciutko do łóżka!
- Nie mogę spać. Duszno mi.
Usiądź, nianiu. Opowiedz coś.
Pamiętasz, jak dawniej opowiadałaś bajki?
- Kiedy to było!
Nie pamiętam już ani jednej.
Poza tym, moja droga, nie jesteś już dzieckiem.
- To opowiedz o sobie.
- Czy byłaś w młodości zakochana?
- No co ty, Taniu! Co tam miłość...
Nie mam pojęcia o tym, co to takiego.
- To jak wyszłaś za mąż?
- No jak?
Teściowa tak postanowiła.
Wysłała swatkę...
Odwiedzała naszą rodzinę przez dwa tygodnie, dopóki nam ojciec nie pobłogosławił.
To wszystko!
Rozpleciono mi warkocz, zaprowadzono do kościoła...
Tak się bałam!
Byłam przerażona.
Bardzo!
Aż dotąd byłam tylko z rodzicami,
a tu nagle w obcej rodzinie...
Co ci jest, dziewczyno? Przecież ty mnie nie słuchasz!
Co z tobą? - Duchota mnie przygniata.
Cóż to takiego!
Przecież ty jesteś cała rozpalona! Należy niezwłocznie wezwać mamusię!
- Nie jestem chora. - To co ci dolega?
Pozwól mi cię chociaż skropić wodą święconą!
- Jestem zdrowa.
Idź, zostaw mnie samą!
Zaraz się położę.
- Idę, idę...
Niech Bóg Najświętszy ma cię w swej opiece i wybawi cię od mąk!
Piszę do Pana. Trzebaż więcej?
Na jakież słowa się odważę?
Kto wie, czy Pana nie zniechęcę,
czy Pan mnie wzgardą nie ukarze?
A jednak list ten mając w ręce,
Pan ulituje się mej doli,
Pan zginąć sercu nie pozwoli.
Z początku chciałam milczeć skromnie,
zataić sekret mój wstydliwy.
O, nic by Pan nie poznał po mnie.
Gdyby choć czasem, w dzień szczęśliwy,
choć raz w tygodniu Pan przyjechał,
gdyby została mi pociecha,
że będę Pana znów słyszała,
że sama słówko jakieś szepnę,
i dzień, i noc aż do następnej
okazji będę rozmyślała...
Po cóż Pan złożył nam wizytę?
Nigdy bym Pana nie spotkała
w naszej deskami wsi zabitej,
gorzkiej udręki bym nie znała
i może bym niedoświadczoną,
burzliwą duszę okiełznała.
Ktoś by się trafił sercu bliski,
kto wie? Byłabym wierną żoną
i wzorem cnoty macierzyńskiej.
Inny!... Nie, nigdy! Dla miłości
ta jedna jest tylko ostoja!
To wyrok dany z wysokości...
To wola nieba: jestem Twoja.
Całe me życie zwiastowało,
że Ciebie spotkam nieuchronnie,
wiem, że mi niebo Cię zesłało,
Ty masz osłaniać mnie dozgonnie.
Kim jesteś? Czy aniołem-stróżem,
czy kusicielem mym przewrotnym?
Wyjaw, niech się nie błąkam dłużej!
Może to w sercu mym samotnym
roiłam mrzonki niestworzone,
a co innego mi sądzone.
Lecz wszystko jedno, niech się dzieje!
W Twe ręce los mój cały składam,
przed Tobą łzy me gorzkie leję
i Ciebie o obronę błagam.
Kończę! I wstyd, i lęk mnie bierze
i strach odczytać... Pan to pojmie,
w Pana honorze mam rękojmię,
więc bez wahania jej zawierzę.
- Stój, chłopczyku!
Kim ty jesteś i co tutaj robisz?
- Wysłano mnie tu z liścikiem.
- Z jakim liścikiem?
- Paniczowi od panienki.
- A tak w ogóle: kim pan jest?
Panicz?
Nie, nie wygląda pan...
- A teraz?
- A teraz tak. - To daj mi ten liścik.
- Dobra, zmykaj!
T. Ł.
- Widzę, że posługuje się pan kijem bilardowym nie tak zręcznie jak pistoletem.
- Dawno nie miałem z nim do czynienia.
- Nie szkodzi.
Wkrótce jesienne roztopy,
później spadnie śnieg
i z nudy nadrobi pan zaległości.
Im mniej rozkochasz się w kobiecie, tym łatwiej będziesz się podobał.
- Znam sztukę uwodzenia nie gorzej od pana.
Lecz tu nie chodzi o uwodzenie. Nie chcę jej skrzywdzić.
- Byłoby mi łatwiej panu doradzić,
gdybym wiedział, o kim mowa.
Jednak pan nie powie?
Zatem należy się ożenić!
- Pan oszalał.
- Boi się pan ją skrzywdzić,
uwodzić pan nie zamierza...
Pozostaje ożenek. - To całkowicie niemożliwe.
Jaki tam ze mnie miłośnik życia rodzinnego? - Tak, nieszczególny.
Powiedzmy wprost: niespolegliwy.
- Nieźle!
- Sądzę, że powinienem się z nią rozmówić:
dobrać słowa, które nie ranią, i wytłumaczyć,
że między nami nie może być nic takiego.
- Czy pan teraz przypadkiem nie żartuje?
- Mówię z całą powagą.
Co pan na to?
- Obiecuję, że pan przegra.
Ostatecznie.
- Cóż cię dręczy, moje dziecko?
Czemu jesteś znów taka blada?
- Powiedz mi, nianiu...
Czy twój wnuk przekazał list?
- Oczywiście że tak! Jeszcze o tej samej godzinie.
- To dlaczego nie odpowiada?
- Któż to może wiedzieć? Kto się na nich zna?
- Jeśli chcesz, wyślę Wańkę po odpowiedź.
Jest obrotny i w mig będzie z powrotem.
Nie?
- I żeby wszystkie koszyki były do zmroku pełne!
I żebyście śpiewały!
Która nie będzie śpiewać, zostanie ukarana.
Idźcie!
- Dziękujemy, pani!
- Tak bardzo pani lubi pieśni ludowe?
- Wcale nie.
Kiedy śpiewają, nie mogą podkradać ani jeść moich jabłek.
To mądrość życiowa, Wołodienko.
Niech się pan uczy,
gdyż z takich wybiegów składa się życie rodzinne.
A co u pańskiego przyjaciela?
Może go czymś uraziliśmy? - Bynajmniej. Akurat dziś wybierał się tu ze mną,
ale coś go zatrzymało. Powinien wkrótce dotrzeć.
Dzieweczki, gołąbki,
rówieśniczki, duszki,
zadzwońcie piosneczką,
zatoczcie kółeczko!
Piosneczkę śpiewajcie,
piosneczkę spod serca,
taneczkiem, kółeczkiem
chłopca przynęcajcie.
Chłopca zobaczymy,
z pola przynęcimy,
w mig się rozbiegniemy,
wiśnią obrzucimy.
Wiśnią i maliną,
czerwoną porzeczką.
Nie chodź podsłuchiwać
piosneczki spod serca,
nie chodź się przyglądać
tańczącym dzieweczkom...
- Pani do mnie pisała...
Proszę nie przeczyć.
Przeczytałem pani list. Cenię pani szczerość.
Przyznam, że dawno nie spotkałem się z takim porywem serca.
Odpowiem pani równie szczerze.
Gdybym zechciał założyć własną rodzinę - zostać mężem i ojcem,
otoczyć się własnym kręgiem rodzinnym,
bez namysłu wybrałbym panią jako swoją narzeczoną.
- Ja... - Niech pani wysłucha całości.
Moje nieszczęście tkwi w tym, że nie nadaję się do prowadzenia spokojnego życia rodzinnego.
Nie jestem pani godzien.
Małżeństwo ze mną byłoby dla pani katorgą.
Mogę polubić pani rysy, zakochać się w pani szczerości,
lecz jutro z taką samą łatwością się odkocham.
Pani będzie cierpiała,
mnie to nie poruszy,
zacznę znikać z domu, doprowadzając pani do łez,
albo stanę się milczącym, pochmurnym nudziarzem.
Co może być gorszego od takiej rodziny?
Pisząc do mnie, zapewne nie o tym pani marzyła.
Proszę mi wierzyć: kocham panią tak, jak brat siostrę rodzoną,
a być może jeszcze czulej.
Znam kobiety. Pani nie mnie pokochała. Po prostu przyszła pora, by w kimś się zakochać.
Gdyby nie ja, pojawiłby się inny.
I jestem pewny, że pojawi się inny, który panią uszczęśliwi.
Tylko niech pani na przyszłość nie odsłania się tak od razu.
Nie każdy pani zrozumie
jak ja.
- Dziękuję panu za radę.
- Było miło.
- Pozostaniemy przyjaciółmi?
Takie kazanie miał, a ona
nie sprzeciwiając się słuchała.
Mglistymi łzami oślepiona,
przybita, ledwie westchnąć śmiała.
Podał jej rękę. W zasmuceniu
(jak mówią dzisiaj, machinalnie)
zwiesiwszy główkę naturalnie
oparła dłoń na tym ramieniu.
I tak szli razem aż do domu,
obchodząc bokiem gwarny sad.
Nie narazili się nikomu,
Bo prostoduszny wiejski świat
na wiele swobód nam pozwala,
choć się jak Moskwa nie przechwala.
Przechadzki, książki, sen głęboki,
leśnych strumieni szept uroczy,
czasem dzieweczki czarnookiej
całus wesoły i ochoczy.
Konik, co grzecznie cugli słucha,
obiadek, smaczna legumina,
butelka świetlistego wina,
odosobnienie, cisza głucha -
to Oniegina żywot święty.
Samotnik przestał liczyć dni
i słodkim wczasem pochłonięty
z wielkiego świata jawnie kpi.
Nie dba o miasto, o przyjaciół,
o to, że nudne biby stracił.
Ale północne nasze lato
to obraz południowej zimy.
Wiemy, lecz ukryć to wolimy.
Niebo jesienią oddychało,
już słonko rzadziej przyświecało,
już dzień się kończył coraz wcześniej,
ogołocone w głębi leśnej
gąszcze rodziły szum złowrogi,
już na południe ciągnął sznur
krzykliwych gęsi, na rozłogi
opadał tuman, ławy chmur
zapowiadały nudną słotę.
Już i listopad stał za płotem.
- Pana kolej.
- Tak.
Wkrótce spadnie śnieg,
później Święta, następnie imieniny Tani.
Dom będzie pełen gości. Niech pan przyjedzie razem ze swoim przyjacielem.
Wydaje mi się, że Tania się ucieszy.
- Nie sądzę, że się zgodzi. Nie lubi dużych zbiegowisk.
- Wołodio, pan jest dziś jakoś szczególnie zamyślony.
- Słucham?
- Pana kolej.
- Pan...
... właśnie zabił własną wieżę.
Czy coś się stało?
- Oleńko, powinienem ci coś powiedzieć.
- Niech pan powie.
- Oleńko!
Olgo Dmitrijewno,
ja...
chciałbym panią poprosić...
Czy zostanie pani moją żoną?
- Ładnie!
- Nie uwierzysz, ale ku mojej radości... - Udzieliła pozytywnej odpowiedzi.
- Tak!
Ustalono już nawet termin ślubu:
trzy tygodnie po Świętach.
Mam wrażenie, że cię to nie cieszy.
- Cieszy. Jakże mógłbym się nie cieszyć?
Miesiąc po świętach
pożegnasz się ze swoimi muzami, ożenisz się,
założysz pikowany szlafrok,
opanujesz wiejskie sztuczki...
Z nudy zaczniesz jeść i pić bez umiaru, no i grubnąć.
W wieku 40 lat nabawisz się podagry
i wspaniałych rosochatych rogów, które przyprawi ci twoja wierna żonka.
Ale będziesz szczęśliwy.
Później zmarniejesz
i odejdziesz od bliskich, otoczony dziećmi, lekarzami i zawodzącymi babami.
Ale za to przeniesiesz się na tamten świat szczęśliwy.
- Znowu się ze mnie śmiejesz.
- Nie z ciebie,
a z życia oraz z jego skąpej fantazji.
- Wpadka!
Zagramy jeszcze raz?
- Śmiej się, śmiej...
Kiedyś pośmieję się ja z ciebie!
- To moje!
Moje!
Nie zapraszałem cię!
Twoim zdaniem to śmieszne?
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
- Ty jeszcze tutaj?
Czytasz powieść?
- Nie. Sennik.
Przyśnił mi się zły sen
i muszę pojąć, co oznacza.
- I czego się dowiedziałaś?
- Powinno wydarzyć się coś złego.
- Co złego może się wydarzyć w domu pełnym gości w dniu twojego anioła?
- Lęk mnie ogarnia, Oleńko.
- Chodźmy! Wszyscy na ciebie czekają.
Chodź, chodź!
- Pani pozwoli...
Nie mogę nie wpisać życzeń solenizantce.
Twój pamiętnik cieszy się powodzeniem.
Monsieur Triquet przechwalał się wierszowanymi życzeniami dla Ciebie.
- Czyżby sam je napisał?
- Twierdzi, że sam.
A tak naprawdę - pamiętasz dziecięcy wiersz ze starego almanachu:
Réveillez-vous, belle endormie?
Przepisał go, lekko dostosowując do okoliczności.
- Zamiast "belle Nina" będzie "belle Tatiana"?
- Jak się domyśliłaś?
- A oto solenizantka!
Szanowni goście...
- Gratuluję, Tanieczko!
- Wszystkiego najlepszego! - Spełnienia marzeń, Tanieczko!
- Gratuluję, Taniu! - Wyglądasz świetnie!
- Gratulacje!
- Boże mój, Tatiano Dmitrijewno! Pamiętam, jak pani była taką malutką kruszyneczką.
A teraz z pani jest panienka na wydaniu.
A to Oleczka!
Brak mi słów!
- Dziękuję panu.
No cóż, zapraszam do stołu szanownych gości!
- Co tam u Łarinych?
Co u Tatjany?
- Wszyscy zdrowi.
Ślą pozdrowienia.
- Do usług, panowie!
- A Oleńka, jak ona wypiękniała!
Gdybyś widział te ramiona...
Albo piersi...
Co za dusza!
- Czyli to ta dusza pobudziła twoją wyobraźnię?
- Znów zaczynasz?
Nie przejedziemy się do nich razem?
Oni się ucieszą, a ty sam ocenisz.
Byłeś tam tylko dwa razy i przepadłeś.
- Chcesz mnie zaprosić na ślub?
Nie, mój przyjacielu.
Obserwować skupisko miejscowej cyganerii jest ponad moje siły.
- Wiem, że twoją miłością jest samotność,
ale czemu dopiero na ślub? Wcześniej Tatjana Dmitrijewna obchodzi imieniny.
Jesteś zaproszony.
I nie widzę powodu, żebyś nie przyjechał.
- Wybacz, ale tam przecież będzie tam sama zbieranina.
- Skądże. To skromna rodzinna uroczystość.
Będzie tylko rodzina.
Jedźmy razem!
Wyświadcz uprzejmość.
- Uprzejmie prosimy, panowie!
Zapraszam do środka.
Czekają już na panów.
- Widzisz, mój drogi, wszyscy czekają na nas.
- Nie mogę się doczekać.
- O Boże, Eugeniusz Aleksandrowicz!
W końcu zaszczycił nas pan uwagą.
Proszę wejść i usiąść!
- Spodziewamy się toastu od spóźnialskiego!
- A więc... Niech pan coś powie.
- Życzę pani szczęścia, Tatjano Dmitrijewno!
- Dziękuję.
- Mówiłeś, że oprócz rodziny nikogo nie będzie.
- Nie tylko ty możesz śmiać się ze mnie...
- Twoim zdaniem to śmieszne?
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
- Niech pan koniecznie skosztuje tego ciasta...
- Dziękuję. - ... z talerza przed panem.
Założyłem się z panem Pietuszkowem,
czy należycie go posolono.
Moim zdaniem temu, kto go doprawiał, należy więcej polewać,
żeby podczas pieczenia jego ręce mniej się trzęsły.
A teraz -
tańce, drodzy goście!
- Pragnę panią skraść również do kolejnego tańca.
- Zgoda.
- Wesoło ci, Oleńko?
- To cudowny wieczór!
- Ominął mnie walc. Czy mogę liczyć na kotylion?
- Nie mogę.
Zabroniono mi.
- Niby czemu?
- Obiecałam już ten taniec pańskiemu przyjacielowi.
- Nie lubi pan tańców?
- Nie bardzo. - Woli pan bardziej męskie zabawy,
na przykład polowanie na jelenie?
- Pięknie pan tańczy.
- Dziękuję za komplement.
- Nie odmówi pan tańca mojej starszej córce?
- Niestety, czas na mnie.
Nie przywykłem kłaść się późno.
- Wolnomyśliciel!
- Proszę bardzo, panie!
- Dobre rano!
- Nie nazwałbym go dobrym.
- Pan wybaczy, że zakłócam osamotnienie,
ale mam do pana sprawę.
- Wezwanie na pojedynek...
Nasz wspólny znajomy zamierza pojedynkować się ze mną na pistolety?
- Proszę mnie uwolnić od konieczności tłumaczenia tego,
co napisano w sposób niedwuznaczny.
- A pan, zdaje się, przyjął rolę kartelisty?
- Zna pan mój stosunek do swej osoby.
Nie mam dużo czasu.
- Uważa mnie pan za niegodziwca?
- Sądzę, że nie powinien kpić z uczuć, nawet jeśli młodzieniec zachował się głupio.
Cóż, teraz to...
świat zadecyduje o tym, kto postąpił słusznie.
- Świat mnie wyśmieje, jeśli odpowiem odmową.
- Eugeniuszu...
Niech mi pan udzieli odpowiedzi.
- Dlaczego pan wczoraj tak szybko odjechał?
Pijemy właśnie herbatę. Niech pan dołączy!
- Doprawdy, Wołodienko. Czemu pan tak stoi?
Proszę usiąść!
Patrzy w zamęcie uczuć, nie śmie
nic mówić, ale serce mięknie
i gniew, i zazdrość w nim się kruszy,
pod jasnym oczu jej spojrzeniem,
pod jej prostoty czułych tchnieniem,
pod władzą tej pogodnej duszy.
Widzi, że przecież jest kochany,
pod dniu goryczy wpada znów
w oczarowanie, drży wezbrany
skruchą i nie znajduje słów,
siedzi w milczeniu zapatrzony,
szczęśliwy,
prawie uleczony...
I znów przy Oldze swojej miłej
melancholijnie Leński wzdycha,
o dniu wczorajszym nie ma siły
wspomnieć i szepcze sobie z cicha:
Trzeba jej bronić - jestem gotów.
Nie ścierpię, aby młodą duszę
rozpustnik wodził na pokusę
blaskiem pochlebstwa i zalotów.
Aby obrzydły, jadowity
czerw się do pączka lilii wkradł,
aby ten jeszcze nierozwity
dwudniowy uwiądł w oczach kwiat.
A to znaczyło tak niewiele:
będę się strzelał z przyjacielem.
- Co z panem?
- Nic.
Muszę już jechać.
Doprawdy jestem szczęściarzem.
Gdzieście,
ach, gdzieście uleciały
wy, dni młodości mojej złotej?
Co mi zgotuje dzień jutrzejszy?
Daremnie chcę go złowić okiem.
Nic to, że jeszcze skryty mrokiem.
Los wyda wyrok najsłuszniejszy.
Czy padnę strzałą ugodzony?
Czy ona przejdzie mimo mnie?
Nic to: jednako przeznaczony
trud i spoczynek w cichym śnie.
Błogosławiony dzień uroku,
błogosławione zejście mroku!
- Mój drogi, rozpoczęcie dnia od percepcji twojej fizjonomii nie należy do wymarzonych.
- Prosił o wczesną pobudkę.
- Podać kawę?
- Lepiej niech podstawią sanie.
Będziesz mi towarzyszył.
Zabierz ze sobą skrzynkę z pistoletami.
- Proszę mi wybaczyć, że przeze mnie czekacie panowie całą godzinę.
- Gdzie pański sekundant?
- Chodź tu, mój drogi, jesteś nam potrzebny!
Mon cher Guillot, mój przyjaciel i sekundant.
- Pan kpi? - Bynajmniej. I liczę na brak sprzeciwu.
Guillot, co prawda, jest człowiekiem mało znanym, ale za to uczciwym.
To co...
zaczynamy?
- Zgodnie z zasadami powinienem panów zapytać:
Czy nie chcecie się pojednać?
Strzelacie z odległości dziesięciu kroków.
Teraz się rozejdźcie!
Teraz się zbliżajcie!
Jeden,
dwa,
trzy,
cztery,
pięć,
sześć,
siedem,
osiem...
- Dziewięć,
dziesięć!
- Wołodio!
- Co pan narobił?!
Co pan narobił?!
"Błogosławiony dzień uroku,
błogosławione zejście mroku!"
- Bóg zawsze zabiera do siebie najlepszych.
Dziś odchodzi od nas
nasz dobry sąsiad.
Tak...
- Tak...
- Spodziewałem się tu pana.
- Sam się tego po sobie nie spodziewałem.
Jednakże był moim przyjacielem.
- Podejdzie się pan pożegnać?
- Nie. Moja obecność raczej nikogo nie ucieszy.
Mogę gdzieś pana podwieźć?
- Dziękuję. Przejdę się pieszo.
- Ruszaj!
- Pożegnał się pan z przyjacielem?
- Pożegnałem się z wszystkim.
Pakuj rzeczy! Wyjeżdżamy.
- Gdzie?
- Gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd.
- Jak pan sobie życzy.
"Poranne błysną jutro zorze
i zagra jasno promień dzienny,
a o tym czasie ja, być może,
zejdę w mogilny mrok tajemny.
Młodzieńczą pieśń i pamięć moją
pochłonie nurt powolnej Lety.
Zapomni świat o snach poety,
lecz wtedy, cudna ty dziewojo,
wylejesz łzę u mojej urny
szepcząc: on kochał mnie i on
w burzliwych dni poranek chmurny
przystał na wczesny życia zgon.
Przyjdź, luba, przyjdź, na ślubny wieniec
czekam tu ja, twój oblubieniec!"
- Pożegnałam się. Możemy iść!
- Z jaką lekkością to znosisz!
Przecież go tak kochałaś...
- To on kochał mnie.
A teraz go nie ma.
A życie toczy się dalej.
- To twoja ostateczna decyzja?
- A na co tu czekać?
- Czy może wolisz, żebym cierpiała, wzdychała,
oddając się wspomnieniom?
Nie, Taniu. Nie mam jeszcze tylu lat, by żyć dla samej pamięci.
Włodzimierz Leński "Odpoczywaj, młody poeto..."
- Czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę oraz mocne postanowienie
pojąć sobie za żonę tę oto Olgę,
którą tu przy sobie widzisz?
- Mam, czcigodny ojcze.
- Czy nie obiecałeś małżeństwa innej pannie?
- Nie obiecałem, czcigodny ojcze.
- A czy ty, Olgo, masz dobrą i nieprzymuszoną wolę
oraz mocne postanowienie
pojąć sobie za męża tego oto Michaiła,
którego tu przy sobie widzisz?
- Mam, czcigodny ojcze.
- Czy nie obiecałaś małżeństwa innemu mężczyźnie?
- Nie obiecałam...
- Jesteś gotowa na życie w garnizonie?
- Lepsze jakiekolwiek życie
niż życie w wiecznym strapieniu.
- Teraz dopiero zrobi się tu smutno
bez ciebie, twojego śmiechu...
- Oszczędź mi tego, siostrzyczko,
bo się popłaczę.
Ty też się tu nie zasiedź. Radzę ci dobrze.
- Jest mi tu dobrze.
- Tak się pocieszasz?
Przecież tu nudno.
A samej to dopiero będzie ci niewesoło.
No cóż...
Trzeba się pożegnać.
Nie płacz, mamusiu...
Wszystko będzie dobrze. Będziemy do was jeździć na urlop.
- Pewnie, Oleńko...
Nie zwracaj na to uwagi. To ze starości, bo...
bardzo się cieszę z waszego szczęścia.
- Czas już na nas.
Cóż... Z Bogiem!
Szerokiej drogi!
- Przy kominku pan zwykle spędzał czas sam,
aczkolwiek zdarzało się, że pił razem z naszym sąsiadem Leńskim, świętej pamięci...
A jak się spierali!
Oto i pokój panicza!
Tutaj wypoczywał, jadł śniadanie z kawą, czytał książki...
Proszę pani,
jeśli pani chce, proszę się tu rozgościć,
a ja za ten czas zajmę się swoimi sprawami.
"Często myślałem, w żalu pogrążony:
nie z winy mojej jam posępny.
Siebie szczędziłem, ogniem rozpromieniony,
twierdząc: nikt z tych, kto kocha, tak nie cierpiał." (Dante)
"Tylko martwa miłość żyje w piekle." (Dante)
Nieraz dojrzała na stronicy
kreskę paznokciem naznaczoną.
Wtedy uważny wzrok dziewicy
zaciekawiony żywiej płonął.
Tak poznawała mimochodem,
jakie sentencje, jakie zdania
trafiały mu do przekonania,
na co wyrażał cichą zgodę.
I tak powoli - Bogu dzięki -
wyraźniej widzi moja Tania,
dla kogo musi znosić męki.
W głowie jej kłębią się pytania,
kim jest ten dziwak niebezpieczny,
zrodzony w piekle czy też w niebie,
anioł czy szatan pewny siebie.
Może to tylko niedorzeczny,
przybrany pozór, kopia blada
obcych fantazji, cudzych snów.
Nędzna maniera, maskarada,
leksykon pełen modnych słów,
Moskwicz w opończy Czajld-Harolda...
Może ten człowiek to parodia?
- Jeśli to możliwe, chciałabym tu czasami przyjść poczytać.
Pozwoli pan?
- Poczytać?
- Dziwna z pani osoba, jak mi Bóg miły!
Niech pani przychodzi, o ile to nie żart.
Może też pani wypożyczyć jakąś książkę i zwrócić później.
- Dziękuję.
- I co tu robić?
Tatjana nie jest dzieckiem.
Dawno należało ją ustawić.
Oleńka jest od niej młodsza, a męża już ma.
A ta tylko błąka się po lasach i wzdycha nad książkami.
- Może jest zakochana?
- W kim?
- Bujanow o nią zabiegał, lecz odmówiła.
Wanieczce Pietuszkowowi również.
Pychtin był u nas!
Taki postawny mężczyzna, przystojniak,
huzar, bystrzak...
Jak się wokół niej kręcił!
Sądziłam, że chociażby z nim się uda. Jak można odmówić takiemu mężczyźnie!
Ale nie. Też się nie udało.
- Szuka pani w niewłaściwym miejscu. Warto pojechać do Moskwy.
- Nie mamy wysokich dochodów, a podróż do Moskwy jest zbyt droga.
- Przecież nie jechałybyście tam na zawsze.
Na pół roku życia powinno starczyć.
A jeśli nie, zawsze można pożyczyć.
- Od kogo? - Chociażby ode mnie.
Zawsze was bardzo szanowałem...
- Do widzenia, panienko! - Do widzenia!
- Niech panienka o nas nie zapomni. Szerokiej drogi!
- Cóż, pojedziemy powolutku.
- Dokąd jedziemy?
Po co?
- Do mojej kuzynki. Mówiłam ci.
Trzeba ci do Moskwy. Nie ma sensu się tu marnować.
- Alino! - Aniele mój!
- Moja kochana kuzynko!
Jak dawno się nie widziałyśmy!
A to moja córka Tatjana.
- Pamiętam cię jako maleństwo.
Byłyśmy wtedy z twoją mamą młode i podobałyśmy się mężczyznom...
Dlaczego się uśmiechasz?
Pamiętasz swojego Grandisona?
- Jakiego Grandisona?
- Mama stara się zachować dobrą opinię.
Przestań udawać. Twoja córka jest już dorosła i można z nią mówić na dowolny temat.
- I co się z nim stało?
- Wrócił do Moskwy.
Przyjechał do mnie na wigilię.
Niedawno żenił syna.
Zresztą... pomówimy o tym później.
Tanię nie interesują rozmowy o żonatych mężczyznach.
Powinni ją ciekawić nieżonaci.
- Peszysz ją.
- Jutro przedstawimy cię rodzinie, a następnie pokażemy światu.
- Mogę prosić?
- Nie trzeba się tak bać, kochana.
Mężczyzna jest bronią kobiety.
Nie należy mu żywiołowo ulegać, a trzeba się nim posługiwać wedle własnego uznania.
- Proszę wybaczyć. Nie przywykłam do obecności na takich spotkaniach.
- Przywykniesz. To nic trudnego.
Spójrzcie w tę stronę! Teraz obrócił się bokiem.
- Kto? Ten generał?
- W rzeczy samej.
- Madam!
Tu powinszujmy naszej Tani:
nie lada podbój podejrzewam.
I pójdźmy dalej, bom już dla niej
prawie zapomniał, o kim śpiewam.
- Onieginie!
- Cześć!
- ... więc wyjechałem:
najpierw do Moskwy, później w Niżny Nowgorod, Astrachań,
stamtąd na Kaukaz, Taurydę...
Podróżuję już kilka lat.
I teraz jestem tutaj - w Odessie.
- Po co?
- Tak po prostu:
bezcelowo.
Może pan uważać, że uciekłem.
- Przed opinią publiczną?
Przed sobą.
Pana zdrowie!
Niech pan spróbuje ostryg zamiast oglądania! Są świeże.
- Ostrygi, wino...
Dawny Oniegin zaprosiłby mnie do opery.
Dziś wystawiają Rossiniego.
- A teraźniejszy zaprosił pana na ostrygi i wino.
- Niemniej zrobił się pan bardziej pochmurny.
- A z czego się cieszyć?
Tęsknica, przyjacielu, tęsknica...
Czasami myślę: Dlaczego to ja nie poległem tam z kulą w piersi?
Dlaczego wciąż jeszcze żyję i ciągle nie jestem stary?
Wydaje mi się, że wewnątrz jestem od dawna starcem.
- Niech pan porzuci to malkontenctwo.
W przyszłym tygodniu wystawiają balet.
Zapraszam pana.
- W przyszłym tygodniu, mój przyjacielu, mnie tu już nie będzie.
Wracam do Petersburga.
- Skąd ten pośpiech?
- Bez powodu.
Życie samo w sobie jest bezsensowne.
- Onieginie! Gdzie pan się podziewał?
- Byłem w rozjazdach. Wiele podróżowałem.
- Tylko pan podróżował? To skąd tyle plotek?
Pamięta pan, że obiecał mi taniec?
- Obawiam się, że dziś obejdę się bez tańca.
- Onieginie, to pan?
- Co za spotkanie!
- Co ja widzę, miły przyjacielu: pan nie tańczy?
- Nikt z nas nie młodnieje.
- Miło mi pana widzieć. - Mnie również!
Szczególnie po tylu latach pańskiej nieobecności.
Proszę za mną: przedstawię pana swojej żonie!
- Jest pan żonaty? - Tak.
- Nie wiedziałem. - Dawno nie było pana na salonach.
Już dwa lata jestem szczęśliwie żonaty.
- Kim że jest pana wybranka? - Chodźmy, to pana przedstawię.
- Tędy.
- Mój aniele!
Pragnę ci przedstawić mojego przyjaciela.
- Znamy się z Eugeniuszem Aleksandrowiczem.
- Dzień dobry.
- Dawno pan przyjechał?
- Nie.
Kilka dni temu.
Dopiero co wróciłem.
- Czy przypadkiem nie z naszych stron?
- Onieginie, w najbliższy piątek wydaję obiad.
Zapraszam! Opowie pan o swoich podróżach.
- Oczywiście.
- Miło mi było pana widzieć.
- Chodźmy, moja duszko!
- Dzień dobry, Tatjano Dmitrijewno!
- Dzień dobry, Eugeniuszu Aleksandrowiczu!
- Dawno pani nie była w rodzimych stronach?
- Od ponad dwóch lat.
- Tęskni pani?
- Trochę.
- A co u pani mamy? Zawsze miło wspominam jej serdeczne przyjęcia.
- U mateńki wszystko dobrze.
Czasami przyjeżdża do nas w odwiedziny.
- A u pani? - Wystarczy o mnie.
- Duszko moja, gdzie jesteś?
- Onieginie, pan tutaj?
- Miło mi.
- Chodźmy do stołu. Wszyscy już w komplecie.
- Tak, oczywiście.
- Zapraszam!
- Chce pani? - Nie. Smacznego!
- Smacznego.
"Pani, ja wiem,
że Ją oburzę, wyznając smutną tajemnicę.
Na gorzką wzgardę Jej zasłużę,
z oczu wywołam błyskawice.
Czemu więc pisać się ośmielę?
I po co serce tu otworzę?
Może ją tylko rozweselę
niewczesnym żalem. Cóż, być może.
Gdy mnie przypadek zetknął z Panią,
iskrę czułości w Niej dojrzałem,
ale zaufać Jej nie śmiałem
i nie poszedłem wtedy za Nią.
W pogoni za swobody cieniem
wzgardziłem miłym nawyknieniem.
Jeszcze nas jedno odgrodziło:
Leński ofiarą padł nieszczęsną.
I wszystko, za czym sercu tęskno,
musiałem z serca wyrwać siłą.
Z nikim i z niczym niezwiązany
myślałem: wolność moja może
zastąpi szczęście.
O, mój Boże! Jakżem okrutnie ukarany!
Nie, Pani...
Żyć pod Jej urokiem
i w niej utkwione mieć spojrzenie,
uśmiech Jej, oczu poruszenie
oglądać zakochanym okiem,
Jej doskonałość w każdym geście
i w każdym słowie duszę chłonąć,
przed Nią w męczarni drżeć i płonąć,
zamierać, gasnąć...
W tym jest szczęście!
Wiem:
już dobijam do przystani,
lecz by przedłużyć smutne życie,
muszę mieć, budząc się o świcie,
pewność, że dziś Cię spotkam, Pani.
Czyż Pani wie, co to za męka
nieugaszone czuć pragnienie,
płonąć i kiedy serce pęka,
rozumem tłumić krwi płomienie?
I zamiast objąć Jej kolana
i łkać, i szeptać: ukochana,
i u Jej nóg wylewać skargi,
prośby, zaklęcia, wszystko, wszystko,
co wypowiedzą moje wargi -
prowadzić chłodną towarzyską
rozmowę, mieć pogodne czoło,
patrzeć na Panią - tak wesoło!
Więc niech się stanie,
bo już więcej walczyć ze sobą nie mam siły.
Sam się oddaję -
w Pani ręce
i oby losy się spełniły!
Eugeniusz Oniegin"
Parłasow zaprasza pana na obiad,
Nina Wrońska urządza przyjęcie i chętnie pana zobaczy.
Zaproszenie od... - Kpisz ze mnie, mój drogi.
Zostaw te wszystkie zaproszenia! Nigdzie się nie wybieram.
Czy przyszła odpowiedź na list?
- Nie. Nic mi nie przekazano.
Ile czasu minęło?
- Dwa tygodnie.
- Na pewno osobiście przekazałeś list w jej ręce?
- Oczywiście.
Od czternastu dni zadaje mi pan to samo pytanie.
- Dlaczego więc nie odpowiada?
- Co pan narobił?
- Co pan narobił?
- Wszystko rozumiem.
Ale spać w ubraniach? To już złe maniery!
- Wiesz, Guillotcie,
młodość to czas głupstw.
Ważne, by nie popełniać głupstw fatalnych,
których będziesz później żałował.
Albo nauczyć się wcale nie żałować własnych postępków.
- Trzy zaproszenia.
Ale pan się przecież nigdzie nie wybiera.
Odpowiedź na pana list nie przyszła.
- Każ przygotować powóz!
- Jaśnie pana nie ma w domu. - A księżna?
- Była u siebie. Ale...
- Niech pan wstanie!
Proszę!
Przeczytałam list od pana i powinnam się z panem rozmówić.
Pamięta pan, jakim był pan szczerym wtedy w naszym sadzie?
Pamiętam pańską odprawę.
Teraz moja kolej, żeby być z panem szczera.
Wtedy pana pokochała marzycielska dziewczyna, ofiarnie i bezgranicznie,
całym sercem.
A teraz co?
Nie poruszyła pana miłość pokornej dziewczyny.
Nie była dla pana nowością.
Nie, nie winię pana za pańskie kazanie.
Wówczas postąpił pan szlachetnie.
Jestem panu wdzięczna.
Nie podobałam się panu. Wyznał to pan całkowicie szczerze.
Jednak dlaczego prześladuje mnie pan teraz?
- Ja...
- Zakochał się pan?
Z pana umysłem nie przystoi być niewolnikiem płytkiego uczucia.
- Jest pani okrutna.
- Jestem szczera.
Wie pan,
rozumiem pana.
Dla mnie cały ten świecki blichtr jest nieprzyjemny i nużący.
Z miłą chęcią i bez namysłu zamieniłabym
te stołeczne flory i bogatego męża za nasz stary dom
oraz ciche i spokojne życie.
- Dlaczego więc pani wyszła za mąż?
- Do pewnego czasu moje dalsze losy były niepewne.
A ów wybór przyniósł spokój mateczce.
Dlatego powinien mnie pan zostawić.
Wiem, że ma pan honor i dumę.
Nie mogę zwodzić i chytrzyć.
Ja pana kocham.
Całym sercem.
Cały czas.
Lecz dziś do innego już należę
i będę mu oddana szczerze.
Odeszła. On zdrętwiały stoi,
jakby pioruny w niego biły.
Ileż się w sercu doznań roi,
jakież się myśli w nim skłębiły!
Wtem zabrzęczały gdzieś ostrogi:
to mąż Tatjany drzwi otwiera.
I tu naszego bohatera
w chwili dla niego tak złowrogiej
pozostawimy, czytelniku -
na zawsze. Długo czas nam biegł
przy niespokojnym podróżniku.
Winszujmy sobie: widać brzeg!
Hura! Od dawna do przystani
wzdychałem (i wy też, kochani)?
Film Sarika Andreasjana
Wiktor Dobronrawow
Liza Moriak
Władimir Wdowiczenkow
Denis Prytkow
Tania Sabinowa
Produkcja: Sarik i Gewond Andreasjanowie
Producent wykonawczy: Ilia Szuwałow
Zdjęcia: Kiriłł Zotkin
Scenariusz: Aleksiej Grawickij
Scenografia: Eliza Kałaczjan
Kostiumy: Gulnara Szachmiłowa
Montaż: Georgij Isaakjan
Muzyka: Georgij Mierjakow
Wystąpili:
2024 r.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.