Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Polish
Portuguese (Brazil)
Punjabi
Quechua
Romansh
Runyakitara
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
LAS VEGAS PARANO
"Kto staje siê potworem, zrzuca z siebie ciê¿ar bycia cz³owiekiem"
Byliœmy ko³o Barstow, na skraju pustyni, gdy poczuliœmy kopa.
Powiedzia³em...
Mam zawroty g³owy. Mo¿e poprowadzisz.
Nagle us³ysza³em straszny ryk i niebo wype³ni³y nietoperze.
Skrzecza³y i lata³y wokó³ samochodu.
Us³ysza³em: "Jezu, co to za zwierzaki?".
- Œwinie! - Mówi³eœ coœ?
Niewa¿ne. Teraz ty prowadzisz.
Nie wspomnia³em o nietoperzach. Biedak zaraz je zobaczy.
Cholerne œwinie! Lataj¹!
Mieliœmy 2 torby trawy, 75 tabletek meskaliny,
5 znaczków LSD, pó³ solniczki kokainy
i ca³¹ galaktykê przymulaczy i rozœmieszaczy.
A tak¿e litr tequili, rumu, skrzynkê piwa,
pó³ litra surowego eteru i 2 tuziny amylu.
Trochê za du¿o,
ale jak ju¿ gromadzi siê dragi, cz³owiek nie mo¿e siê opamiêtaæ.
Ale martwi³ mnie eter.
Nie ma nic gorszego i bardziej nieodpowiedzialnego
ni¿ facet w ci¹gu eterowym.
Wiedzia³em, ¿e wkrótce odkorkujemy butelkê.
Wg Kongresu, w ubieg³ym roku 160 ¿o³nierzy zmar³o przez narkotyki,
40 w Wietnamie.
"Jeden mach, ch³opie. Jeden mach poza kolejk¹.
Siedzê sam w pustym dworcu. Jeden mach poza kolejk¹".
Jeden mach, ty durniu. Czekaj, a¿ zobaczysz te nietoperze.
- Podrzucimy go. - Nie!
Nie mo¿emy tu staæ. To kraina nietoperzy.
- Pierwszy raz jadê kabrio! - Naprawdê?
Gotowy?
Jesteœmy twoimi przyjació³mi. Nie tak jak inni.
Milcz, bo poszczujê ciê pijawkami.
£aduj siê!
Ile jeszcze wytrzymamy?
Kiedy zaczniemy do niego be³kotaæ? Co wtedy zrobi?
Ta pustynia by³a ostatnim domem bandy Mansona.
A jeœli mój prawnik zacznie krzyczeæ
o nietoperzach i p³aszczkach?
Utniemy mu g³owê i zakopiemy go gdzieœ.
By³o oczywiste, ¿e doniós³by na nas jakiejœ lokalnej nazistowskiej bojówce.
Powiedzia³em to? Czy tylko pomyœla³em?
Mówi³em? S³yszeli mnie?
On tylko podziwia kszta³t twojej czaszki.
Postanowi³em z nim pogadaæ.
Mo¿e jak mu wyjaœniê... to siê rozluŸni.
Chyba nie wszystko kumasz. S³yszysz?!
Dobra. Naœwietlê ci sprawê.
Mamy niebezpieczne zlecenie, mo¿emy straciæ ¿ycie.
Jestem doktorem dziennikarstwa. Chodzi o wa¿ny materia³!
Nie ³ap mnie za szyjê!
Pojawi³y siê kiepskie wibracje. Czemu?
Nie mieliœmy porozumienia? Zni¿yliœmy siê do poziomu bestii?
Kierowca jest moim prawnikiem.
To nie byle dureñ z ulicy.
Chyba jest Samoañczykiem. Ale to niewa¿ne.
Masz uprzedzenia? Wiedzia³em, ¿e nie.
Bardzo sobie ceniê tego cz³owieka.
- Mamy piwo. Chcesz? - Nie.
- Mo¿e eteru? - Co?
Niewa¿ne. PrzejdŸmy do sedna sprawy.
Wczoraj siedzieliœmy...
na patio Polo Lounge, w Hotelu Beverly Heights.
Piliœmy singapore slings z meskalin¹,
kryj¹c siê przed brutaln¹ rzeczywistoœci¹
roku pañskiego 1971.
Mo¿e czeka³ pan w³aœnie na ten telefon.
Mo¿e.
Dzwonili z kierownictwa.
W Las Vegas czeka na mnie Lacerda,
portugalski fotografik. Zna dalsze szczegó³y.
Mam zameldowaæ siê w apartamencie. Znajdzie mnie. Co ty na to?
K³opoty.
Bêdziesz potrzebowa³ konsultacji prawnika.
Jako twój adwokat, radzê ci wynaj¹æ szybki kabriolet.
Przyda ci siê kokaina. Magnetofon z odpowiedni¹ muzyk¹.
Koszule z Acapulco. Wynoœ siê z L.A. na co najmniej 48 godzin.
- Weekend do ty³u. - Czemu?
Bo muszê z tob¹ jechaæ. Trzeba siê uzbroiæ... po zêby.
Dobra. Skoro mamy jechaæ, jedŸmy z wykopem.
Tak siê realizuje amerykañskie marzenie.
Czekajcie!
Tylko g³upki nie pojecha³yby t¹ torped¹ a¿ do koñca.
- Musimy. - Co to za materia³?
Mint 400. Najdro¿sze wyœcigi motocykli i pustynnych terenówek.
Superwidowisko na czeœæ jakiegoœ bogola.
Ma luksusowy Hotel Mint w Las Vegas. Tak mówi prasa.
Jako adwokat, radzê ci kupiæ motor. Inaczej nie bêdziesz wiarygodny.
Bêdzie trzeba trochê podhaftowaæ. To czyste dziennikarstwo, Gonzo.
£atwo zdobyæ dragi i koszule.
Ale magnetofon i auto w pi¹tek o 18:30 w Hollywood to co innego.
Piêknie brzmi. Trzymaj siê tego.
Piêknie, facet ma kartê kredytow¹.
- Nie daj siê. - Ju¿ mówi³eœ.
Zdajesz sobie sprawê, z kim rozmawiasz?
Bêdê za pó³ godziny.
- Jeszcze sklep muzyczny. - Trzeba du¿o kasy.
Za³atwione. Tacy s¹ Samoañczycy.
Nie wierz¹ w uczciwoœæ bia³ego cz³owieka.
By³o ju¿ zamkniête, ale sprzedawca obieca³ poczekaæ.
Mieliœmy opóŸnienie, bo stingray przed nami zabi³ przechodnia.
Nowe k³opoty wyst¹pi³y przy wynajêciu auta.
Wszystko gotowe. Niech pan tylko podpisze.
- Tylko uwa¿ajcie na to auto. - Jasne.
Przejecha³eœ przez betonowy garb i nawet nie zwolni³eœ.
Jecha³eœ 70 km/h.
Nic siê nie sta³o. Sprawdza³em skrzyniê biegów.
Piêkny d³ugopis.
Chyba nic nie piliœcie?
Ani trochê. Jesteœmy odpowiedzialni.
Do diab³a! Zabra³eœ mi d³ugopis!
Cholerni hipisi!
Resztê nocy ko³owaliœmy towar i pakowaliœmy siê.
Zarzuciliœmy po meskalinie i poszliœmy pop³ywaæ.
Jazda by³a inna.
Afirmacja zacnoœci naszego narodowego charakteru.
Ho³d dla mo¿liwoœci, jakie daje ten kraj. Ale tylko œmia³kom.
- Mamy tego po pachy. - Jasne!
Mój adwokat to wie, mimo swej rasowej u³omnoœci.
A ty?
Powiedzia³, ¿e tak, ale jego oczy mówi³y co innego.
Ok³amywa³ mnie.
- Lekarstwo. - Co?
Lekarstwo? Ju¿.
Bez obawy. On choruje na serce. Ma dusznicê bolesn¹.
Ale mamy na to lekarstwo. Proszê.
Ci¹gnij. Porz¹dnie, œwierszczyku.
Ju¿ du¿o lepiej. A teraz dla doktora.
Jasna cholera... Co my robimy na œrodku pustyni?
Wezwijcie policjê.
Potrzebujemy pomocy!
Prawda.
Prawda?
Jedziemy do Vegas,
rozwaliæ barona narkotykowego, Dzikiego Henry'ego.
Czemu? Znamy go od lat,
- a on nas wydyma³. - Wiesz, co to znaczy.
- Wiesz? - Nie.
Dziki Henry... posun¹³ siê za daleko.
- Wyrwiemy mu ³eb z p³ucami. - I zjemy je. Nie wykpi siê.
Co siê w tym kraju dzieje?
¯eby taki kutafon móg³ okradaæ doktora dziennikarstwa?!
Dziêki za podwiezienie! Dam sobie radê!
ChodŸmy na piwo!
Bêdzie mi go brakowaæ.
- Na bok. - Jego oczy!
Spadajmy, zanim znajdzie glinê. Posuñ siê, grubasie.
Mieliœmy tu prawdziwego œwira.
Musieliœmy zd¹¿yæ do Hotelu Mint na rejestracjê dziennikarzy.
Inaczej musielibyœmy p³aciæ za pokój.
Jezu! Widzia³eœ, jak Bóg nas za³atwi³?
To nie Bóg tylko ty. " Agent antynarkotykowy".
To by³a nasza kokaina, œwinio! Ty cholerny capie, kutasie!
Do rana sêpy zostawi¹ z ciebie koœci.
Ty pieprzona dziwko.
To twoja po³ówka s³onecznego kwasu.
Ile potrzyma?
Wal pe³nym gazem.
To bêdzie cud, jeœli dojedziemy tam, nim zmienisz siê w bestiê.
Zameldujesz siê w hotelu pod fa³szywym nazwiskiem
i dokonasz oszustwa na kwasowym haju? Mam nadziejê.
Jeszcze 30 minut. Byliœmy ju¿ niedaleko.
POSIADANIE MARIHUANY - 20 LAT HANDEL - DO¯YWOCIE!
WeŸ bilet parkingowy.
Bierz bilet.
Bilet.
- Muszê go mieæ? - Zapamiêtam ciê.
Poczu³em nieopisany strach.
Obla³em siê potem.
Mam zbyt gêst¹ krew na Newadê. W tym klimacie nie mogê myœleæ.
W porz¹dku. Grzecznie. I spokojnie.
Nazwisko, stanowisko i legitymacja prasowa. Nic wiêcej.
16-letnia kelnerka. Odr¹bali jej g³owê na tym parkingu.
Potem ciêli j¹ i wyssali krew. Chodzi³o im chyba o szyszynkê.
To narkotyk, nie zwracaj uwagi.
To iluzja.
CzeϾ!
Nazywam siê...
Raoul Duke! Jestem na liœcie. Darmowy lunch...
Wszystko zosta³o zap³acone. A mój prawnik jest...
ze mn¹. Nie widzê na liœcie jego nazwiska. Musimy mieæ pokój!
Co jest grane?
- Co dalej? - Pokój jeszcze nie jest gotowy.
Ale... ktoœ pana szuka.
- Nic jeszcze nie zrobiliœmy. - Zajmê siê tym.
Cierpi na serce. Ale mam du¿o leków.
Jestem dr Gonzo. Przygotujcie zaraz pokój. Czekamy w barze.
- Skorzystam. - Spadaj.
£yknijmy orzeszki. Tylko one mog¹ ci pomóc.
Dwa razy cuba libre, piwo i mezcal.
Na pewno jesteœ Wag¹.
Kto to Lacerda?
Czeka na nas na 12. piêtrze. Pokój 1250. Lacerda.
Nie pamiêta³em.
Nie mog³em siê skoncentrowaæ.
Wokó³ nas dzia³y siê straszliwe rzeczy.
Zamów buty do golfa, bo nie wyjdziemy st¹d ¿ywi.
Nie da siê chodziæ w tym b³ocie. Za nic.
Znalaz³em siê w zoo pe³nym gadów. Ktoœ la³ im wódê.
Niebawem rozszarpi¹ nas na kawa³ki.
Widzia³em siê z Lacerd¹. Mówi, ¿e jest fotografem.
DoϾ! Co z tymi butami do golfa?!
Wielki Bo¿e, spójrz na tê bandê. Namierzyli nas.
To stolik prasowy. Musimy podpisaæ dokumenty.
- Jesteœ gotowy? Szybciej. - Nie zostawiaj mnie!
Dwa sandwicze klubowe. I jeszcze dwa.
Raz, dwa, trzy, cztery koktajle krewetkowe.
- I 9 œwie¿ych grejpfrutów. - Witamina C.
Na niebie jest wielka machina. Jakiœ...
- elektryczny w¹¿. Leci na nas. - Zestrzel go!
PóŸniej. Poznam jego zwyczaje.
Motocykliœci lubi¹ podjeœæ.
Dziêki, ale muszê odwieŸæ wózek.
Draniu.
Zostawiam ciê na 3 minuty, a ty zaraz wrzeszczysz o gadach.
- Co? - Wystraszy³eœ ludzi.
Chcieli wzywaæ gliny. Wróci³em na czas.
Nie podchodŸ do mnie. Nie zbli¿aj siê.
Mam przepustkê prasow¹, by ciê zabraæ.
- Bo¿e, co to? - Ca³kiem od tego otrzeŸwia³em.
Kto to?
Zaraz.
Cholera. Matko Boska.
Jestem Lacerda. Twój fotograf.
- Jest tam. - Duke?
Lacerda. Twój fotograf.
- Portugalczyk? - Przegapiliœcie
rejestracjê motocykli. Co za widok. Husqvarny.
Yamahy. DMZ.
Kawasaki!
Maico. Pursangi.
Szwedzkie meteory.
Triumphy. Kilka cezetek. Wszystkie bardzo szybkie.
To bêdzie piêkny wyœcig.
Sam wyjdê.
Wiemy, o co ci chodzi.
Pos³uchaj... On nas ok³amuje.
- Widzê to w jego oczach. - W oczach?
Wy³¹cz to.
Zawodnicy byli gotowi o œwicie. Napiêcie ros³o.
Dla niektórych wyœcigi Mint 400 s¹ lepsze
ni¿ Superpuchar, Kentucky Derby
i wyœcigi Roller Oakland razem wziête.
Zje¿d¿aj¹ siê tu szczególne typy.
- Odpieprz siê. - Dobra.
Pora wyl¹dowaæ. I pomyœleæ, jak siê zabraæ za zadanie.
Pora braæ siê do roboty.
Kto nie œpi w nocy nie ma ochoty na kawê i donuty. Lecz na klina.
Byliœmy przecie¿ œmietank¹ sportowej ¿urnalistyki.
Zebraliœmy siê w Las Vegas z powodu wyœcigów.
Nie mo¿na siê obijaæ.
Pieni¹dz w grze.
"Zabij cia³o, to i g³owa umrze". Walka Alego z Fraserem. Ob³êd.
W³aœciwy koniec lat 60.
Ali pobity przez cz³owieka-hambvrg3r4.
Kennedych zabili mutanci.
- Startuj¹! - Cholera! Szybko!
Witamy na starcie pustynnego wyœcigu Mint 400.
Zwyciêzca otrzyma 50.000$. Czeka ich morderczy wyœcig!
I poszli! Spod tylnych kó³ tryskaj¹ pióropusze piachu!
Na start czeka³o jakieœ 190 motocykli.
Mieli startowaæ po dziesiêciu co 2 minuty.
Jasna cholera, jaki dziœ dzieñ? Sobota?
Raczej niedziela.
Widzieliœcie wyœcig?
Do 10:00 wszyscy byli ju¿ na trasie.
Ten wyœcig zamieni³ siê w zawody na wytrzyma³oœæ.
Pisanie o nim w dziennikarskim stylu
by³o absurdem.
Wsiadaj!
Wypróbujê ró¿ne obiektywy
i filmy, by zrobiæ dobre fotki w tym kurzu.
Karabiny maszynowe. Naparzaj¹ do nas!
To pole bitwy! Spadajmy st¹d! Rozwal¹ nas!
Gdzie wyœcig?!
Jesteœmy dobrymi amerykañskimi patriotami tak jak i wy.
Jaki oddzia³?
Prasa sportowa. Przyjaciele. Najemnicy.
JedŸmy.
Powodzenia, panowie.
Zboki. Do punktu obs³ugi.
Nie! Musimy jechaæ. Musimy wszystko zobaczyæ.
Nadszed³ czas na powtórn¹ ocenê ca³ej sytuacji.
Zwalniam ciê.
Ba³wan!
- Nie chcê ciê wiêcej wiedzieæ. - Muszê zrobiæ te zdjêcia!
Wyœcig ju¿ siê rozkrêci³. Start widzia³em. Tego by³em pewny.
Ale co teraz? Co bêdzie dalej?
W³¹cz radio. W³¹cz magnetofon. Odkrêæ to cholerne okno.
Posmakujmy ch³odnego wiatru pustyni.
O to w³aœnie chodzi.
Teraz pe³na kontrola.
Sypiemy w sobotê g³ówn¹ drog¹ Las Vegas.
Kumple w czerwonym kabrio. Nagrzani.
Usmarowani. Przyæpani. Dobrzy ludzie.
Kurwa maæ. Ale cena. Hot dogi po 29 centów.
Przyjechaliœmy tu bawiæ siê czy pracowaæ?
Pracowaæ.
Tutaj. Sa³atka krabowa i muszkatel za 20 dolarów.
Jako adwokat radzê ci, jedŸ do "Tropicany" i znajdŸ Guya Lombardo.
- Dlaczego? - Dlaczego co?
Czemu mam p³aciæ grube dolary, by zobaczyæ trupa?
W moim zawodzie zawsze trzeba byæ w kursie.
Co jest?
To nie parking. Spadaj!
- Tu nie wolno. - Co?
- Nie wolno tu parkowaæ. - Czemu? To z³e miejsce?
- To jest chodnik! - Musimy zaparkowaæ.
- Nie parkuje siê na chodniku! - My na koncert Debbie Reynolds.
- A¿ z Los Angeles. - Jesteœmy kumplami Debbie.
Tutaj popisywa³ siê Bob Hope.
Frank Sinatra. Spiro Agnew.
¯adna tam cerata i plastykowe palmy.
Wysokiej klasy zacisze dla lubi¹cych puœciæ kasê.
- Jest ju¿ na scenie? - Tak.
- Mamy komplet. - Przyjechaliœmy a¿ z L.A.
Nie ma ju¿ miejsc.
Sram na miejsca! Jesteœmy kumplami Debbie. Rwa³em j¹.
- Pójdziesz do s¹du? - To zale¿y.
Pogadajmy chwilê.
Twoje podejœcie... zdradza brak wiary.
- Jak siê nazywasz? - Ja? Tony Pitzicatta.
- A jak pan siê nazywa? - Jest na prawie jazdy.
Chyba siê znamy. Mo¿e jakoœ was wcisnê, ale stañcie z ty³u.
Po awanturze wpuœci³ nas za darmo.
Pod warunkiem, ¿e bêdziemy stali z ty³u i nie palili.
Panie i panowie, Pustynna Oaza przedstawia.
Jedyn¹, niepowtarzaln¹ i wspania³¹ Debbie Reynolds.
Dobry wieczór, panie i panowie. To szczêœcie goœciæ tutaj.
Pora na rock and rolla.
To by³ wehiku³ czasu.
Ty ³ajzo!
Dowiem siê, gdzie mieszkasz i spalê ci dom, zasrañcu!
- Co siê sta³o? - Pewnego dnia rzucê tam bombê.
To tutaj. Tu nie bêd¹ siê nas czepiaæ.
Gdzie eter? Meskalina nie dzia³a.
Przywalimy sobie.
Mo¿e byæ.
Szatañski eter.
Robi z ciebie wiejskiego pijaka z irlandzkiej powieœci.
Zaburzenia ruchu, widzenia i równowagi, odrêtwia³y jêzyk.
Mózg panikuje, odizolowany od rdzenia krêgowego.
To ciekawe, bo widzisz swe wyg³upy, ale nie panujesz nad nimi.
Jesteœ przy bramce, ale by wejœæ, musisz daæ facetowi 2 dolary.
Ale gdy jesteœ w œrodku, wszystko idzie nie tak.
Popychaj¹ ciê jacyœ rotarianie, a ty myœlisz: "Co jest?"
S³yszysz be³kot.
Wszystko siê popieprzy³o. To nie moja wina.
Eter pasuje do Las Vegas.
Tutaj uwielbiaj¹ pijany, œwie¿y towar.
Przepychaj¹ nas przez ko³owroty, a w œrodku puszczaj¹ wolno.
Panie i panowie, ch³opcy i dziewczêta.
Goœcie w ka¿dym wieku! Bazooko Casino Circus
przedstawia: Lataj¹cych Fellinich!
Æpuna nie dziwi zmar³a babcia z no¿em w zêbach.
Ale ta jazda by³a wyj¹tkowo ostra.
Zbiera³aby siê tu œmietanka,
gdyby naziœci wygrali wojnê. To by³a Vl Rzesza.
Spróbujcie zestrzeliæ paszteciki z sutków tej ³ysej lesby
kul¹ z waty cukrowej.
ChodŸcie tutaj. Za 99 centów twoja postaæ wielkoœci 60 m
pojawi siê w centrum Las Vegas.
Za kolejne 99 centów bêdziesz móg³ przemówiæ. 60 metrów!
Eter przestawa³ dzia³aæ. Kwas dawno przesta³.
Ale meskalina trzyma³a.
Dobra meskalina buja powoli. Trzeba czekaæ godzinê.
W po³owie 2. godziny klniesz typa, który puœci³ ci kiepski towar.
I wtedy - zang!
Nie chcê o tym mówiæ, ale ten lokal mi siê udziela.
Chyba dostajê stracha.
Przyszliœmy po "amerykañskie marzenie". Wpadliœmy w wir.
Chcesz odpaœæ? Zrozum, ¿e znaleŸliœmy "g³ówny nerw".
W³aœnie przez to mam stracha.
Dwie babki r¿n¹ siê z misiem.
Tylko mi tego nie mów. Nie teraz.
- Ostatni drink. Ile mi po¿yczysz? - Niedu¿o. A co?
Muszê spadaæ.
Tak. Wyjechaæ z kraju.
Za kilka godzin dojdziesz do siebie. Siadaj.
Jeszcze godzina w tym mieœcie, a kogoœ zabijê.
Po¿yczê ci forsy.
Zrobimy to? Chcê szybko wyjechaæ.
Zap³acimy rachunek. Wstawaj powoli. To bêdzie d³ugi spacer.
Ogieñ?
P³ac¹ ci za pieprzenie siê z misiem?
Coœ ty powiedzia³?!
- Uwa¿aj na swojego kumpla. - Proszê pani, pana, dziecko...
Trzymaj. To chyba wystarczy. ChodŸmy na dó³ zagraæ.
Widzê, ¿e siê nie poddajecie.
Dok¹d on poszed³?
Dok¹d?
Kiedy to stanie?
- Zatrzymaj siê! - Nic z tego.
Nie ruszaj siê. Dok¹d polaz³?
Jazda. Jak królik.
Kicaj. Hop!
Ty tchórzu!
- Przewróci³eœ siê. ChodŸmy. - Jakiœ sukinsyn mnie popchn¹³.
Zostañ i idŸ do pud³a. Ja spadam.
ChodŸ, maniaku. Niczego nie chcê.
Jakiœ sukinsyn kopn¹³ mnie w plecy.
Pewnie kelner za tekst do kelnerki.
Te œwinie mnie dobij¹! Nie znoszê biseksów!
Gdzie winda?
Nie! Tego w³aœnie chc¹.
Zamkn¹æ nas w puszce i œci¹gn¹æ do piwnicy.
Nie uciekaj, bo bêd¹ strzelaæ.
Ty prowadŸ. Chyba coœ ze mn¹ nie tak.
W tym mieœcie lepiej nie grzaæ psychodelików.
Otacza³y nas niezwykle negatywne wibracje.
Dotarliœmy do pokoju, ale nie mogliœmy otworzyæ drzwi.
- Dranie zmienili zamek. - Ju¿?
Pewnie przeszukali pokój. Jezu Chryste, koniec z nami.
- Pozamykaj. £añcuchy te¿. - Nikogo nie ma.
Du¿o lepiej.
Sk¹d siê tu wzi¹³?
- To Lacerdy. - Mo¿e nam siê przyda.
- Po co? - Po co?
Mo¿emy tam wejœæ i zmieœæ go z ³ó¿ka strumieniem z wê¿a ppo¿.
Dajmy spokój temu durniowi. Mówi³, ¿e wczeœnie siê po³o¿y.
Wiedzia³em. Poderwa³ moj¹ laluniê.
Tê ma³¹ blondyneczkê z ekipy filmowej?
- Posuwa j¹ w ty³ek? - Œmiej siê.
- Pewnie zas³ania jej oczy. - Wszystkie bia³asy s¹ takie same.
Jezu! Sk¹d masz takiego sukinsyna?
Obs³uga przys³a³a.
Do krojenia limonek.
Limonek? Jakich limonek?
Przecie¿ nie rosn¹ na pustyni.
Ten cholerny grubas. Mog³em go zabiæ, gdy mia³em szansê.
Nie darujê! Zgarn¹³ mi j¹.
Pamiêta³em j¹. Wczeœniej mieliœmy z ni¹ problem w windzie.
Mój adwokat siê wyg³upi³.
Pewnie jesteœ zawodnikiem.
Ona... mówi do ciebie.
- W jakiej jesteœ klasie? - Klasie?... O co ci biega?
Na czym jeŸdzisz?
Krêcimy materia³ o wyœcigach dla telewizji.
Mo¿e nakrêcimy ciebie.
Mnie? Je¿d¿ê na...
Matko Boska. Sta³o siê.
Je¿d¿ê na wielkich bydlakach. Najwiêkszych. Na kredensach.
Firmowa dru¿yna Vincent Black Shadow.
Gówno prawda.
- Co? - Gówno prawda.
S¹dzê, ¿e jest tu jakiœ têpy... Przesuñ siê.
Jest tu jakiœ têpy sukinsyn. Ró¿owy skurwiel.
Zaraz ci to poka¿ê.
Masz zapalniczkê?
Nie.
Nie ufasz mi?
Nie krzyw siê.
Prowokuj mnie, palancie.
Chcesz jej zaimponowaæ? Zrób to ze mn¹.
Policja ju¿ tu jedzie! Zaraz ciê zgarn¹!
Daj mi ten cholerny klucz!
Od³ó¿ nó¿.
Ju¿ schowany.
Cholera. To ju¿ powa¿na sprawa.
Ta dziewczyna zrozumia³a.
Zakocha³a siê we mnie. To by³ kontakt wzrokowy.
Wykastrujmy skurwiela. Wezmê winê na siebie.
Daj spokój temu pojebowi.
Umówi³eœ siê z nim. Wystawi³eœ mu j¹?
Pos³uchaj.
Lepiej od³ó¿ tego majchra. Pomyœl rozs¹dnie.
Ka¿ê umyæ wóz.
Obcowanie z æpunami uczy jednego.
Mo¿esz stan¹æ plecami do faceta, ale nigdy do przyæpanego.
Szczególnie, gdy wymachuje myœliwskim no¿em.
Co ja tam robi³em? Co oznacza³a ta podró¿?
Krêci³em siê w ko³o w zaæpanym amoku?
Czy przyjecha³em do Las Vegas pisaæ artyku³?
Kim s¹ ci ludzie? Co to za twarze?
Sk¹d siê wziêli?
Wygl¹daj¹ jak karykatury handlarzy u¿ywanymi wozami.
Du¿o ich jak na 4:30 w niedzielê. Goni¹ za amerykañskim marzeniem.
Wizj¹ zwyciêzcy, wy³aniaj¹cego siê z chaosu przedœwitu,
z zatêch³ego kasyna Las Vegas.
- Zaczynamy. - Dobra. Krêæ ko³em.
Zrób ze mnie bogacza.
- Dziesi¹tka. - Cholera!
Spokojnie. Naucz siê cieszyæ z przegranej.
Cholera. Niez³y potop. Nie dotykaj!
Nie baw siê tym!
- £ykn¹³eœ ca³y kwas? - Tak jest. Muzyka!
Obym znalaz³ thorazynê, bo bêd¹ k³opoty.
- Muzyka. W³¹cz taœmê. - Jak¹?
Jefferson Airplane. "White Rabbit".
Jesteœ fiko³. Wyje¿d¿am za 2 godziny.
Zat³uk¹ ciê w tej wannie.
Zrób mi ostatni¹ przys³ugê. Proszê ciê tylko o 2 godziny.
2 godziny snu przed jutrem.
Podejrzewam, ¿e czeka nas d³ugi dzieñ.
Œpij sobie.
- Chcesz poraziæ siê pr¹dem? - Odpieprz siê.
- Ratunku! - On siê zabije.
Nie dotykaj tego!
Do kurwy nêdzy. W³aŸ z powrotem!
PuϾ to jeszcze raz.
Ten fantastyczny tekst.
Kiedy królik sam odgryza sobie g³owê.
Wrzuæ ten pieprzony magnetofon...
do wanny... do mnie.
Kompletnie ci odbi³o.
Wybije tob¹ dziurê w œcianie. Umrzesz w 10 sekund.
Nie pogrywaj. Jestem kpt. Ahab.
W³aŸ do wanny, psycholu! Wpakujê ci to do gard³a!
Nie zmuszaj mnie, bym go u¿y³.
Dobra. To chyba jedyne wyjœcie.
Sprawdzê, czy dzia³a.
Wrzuciæ go, gdy "White Rabbit" osi¹gnie apogeum?
Tak?
Ju¿ myœla³em, ¿e bêdê musia³ o to prosiæ któr¹œ z pokojówek.
Zrobiê to. Od czego ma siê przyjació³?
Gotowy?
Zamknij oczy. Grzeczny ch³opiec.
Marnujesz mój czas!
Dobra. Zamknij oczy. 10...
9... 111...
72... 3...
Muszê siê przespaæ.
Gaz ³zawi¹cy! Chcesz?
Zrobi³byœ to?
- Jasne. - Ty skurwielu!
Prosi³eœ, bym ciê zabi³. Teraz chcesz zabiæ mnie.
Powinienem wezwaæ gliny!
Ch³opie, wkurzy³eœ siê. Nie ma po co wzywaæ glin.
Nie usnê, gdy ³ykn¹³eœ kwas i chcesz mnie poæwiartowaæ.
Kto mówi³ o æwiartowaniu?
Chcia³em tylko wyci¹æ ci na czole ma³e "z".
Wracaj do wanny. £yknij trochê czerwonych.
Przyjaraj trawy, walnij herê. Rób, co chcesz.
Tylko proszê, daj mi trochê odpocz¹æ.
Proszê. Wstawaj, kochanku œwini!
Wstawaj!
Musisz wzi¹æ siê do pracy. Cholera, ale kana³.
Ty pod³y, pieprzony adwokacino. Jestem doktorem dziennikarstwa.
Upierz sobie wreszcie gacie! Doroœnij, do cholery!
Wpad³ w szpony kwasu.
Nastêpn¹ faz¹ bêdzie pewnie cholernie intensywny koszmar.
4 godziny katatonicznej rozpaczy.
Ignorujcie ten koszmar w ³azience.
To jeszcze jeden uciekinier z "pokolenia mi³oœci".
Mój adwokat nie rozumia³ opinii by³ych narkomanów,
¿e bez æpania mo¿na mieæ wiêkszy odlot.
A zreszt¹ ja te¿ nie.
1965 - wielka fala kwasu w San Francisco.
Pamiêtam pewn¹ noc w knajpie "The Matrix". By³em tam.
Matko Boska, jestem tam! Kurwa maæ!
By³em ofiar¹ eksplozji narkomanii. W³óczêg¹, zarzucaj¹cym, co siê da.
Czy ktoœ... chce... LSD?
Mam tu wszystkie...
sk³adniki. Potrzebujê tylko meliny... ¿eby je po³¹czyæ.
Na pocz¹tek ³ykn¹³em pó³ dawki. Ale resztê rozsypa³em na rêkaw.
Co jest grane?
Ten bia³y proszek na moim rêkawie...
to LSD.
Przy odrobinie szczêœcia, jego ¿ycie legnie w gruzach.
Bêdzie myœla³, ¿e za drzwiami w jego ulubionych barach,
faceci w czerwonych koszulach
maj¹ potê¿nego kopa od czegoœ, czego on nigdy nie pozna.
Ta nerwowa noc wywo³a³a dziwne wspomnienia.
Minê³o 5 lat? 6?
A mo¿e ca³e ¿ycie.
Apogeum, które nigdy siê nie powtórzy.
San Francisco w po³owie lat 60. Wyj¹tkowy czas i miejsce.
Ale ¿aden opis... mieszanka s³ów, muzyki czy wspomnieñ,
nie oddadz¹ uczucia, ¿e by³eœ
w tym zak¹tku czasu i œwiata. Cokolwiek to znaczy³o.
Ob³êd królowa³ wszêdzie i o ka¿dej porze.
Wszêdzie mog³eœ krzesaæ iskry.
Mieliœmy kosmiczne poczucie sensu dzia³ania.
Czuliœmy, ¿e wygrywamy. I to dawa³o nam si³ê.
Poczucie pewnego zwyciêstwa nad si³ami z³a.
Nie w sensie militarnym, tego nie chcieliœmy.
Zatryumfowa³aby nasza energia. Mieliœmy wiatr w ¿aglach.
Jechaliœmy na grzbiecie wysokiej i piêknej fali.
A teraz...
ledwie 5 lat póŸniej,
mo¿na ze wzgórza w Las Vegas spojrzeæ na zachód
i przy dobrym wzroku... dostrzec liniê wodn¹.
Miejsce, w którym fala za³ama³a siê i cofnê³a.
Obs³uga!
- Dzieñ dobry. - Czego chcesz?
Czego? Wynoœ siê!
Pomyli³eœ pokoje!
Mam broñ. To nie moje. Wynocha.
- Mam rachunek. Chodzi o podpis. - Dawaj. Szybciej!
Nie ruszaj siê.
Nikomu ani s³owa.
Decyzja o ucieczce zapad³a nagle. A mo¿e nie.
Mo¿e podœwiadomie j¹ planowa³em, czekaj¹c na odpowiedni moment.
Rachunek stanowi³ bodziec, bo nie mia³em ani centa.
Koszt zamówieñ: 29-36 dolarów na godzinê
przez 48 godzin. Niewiarygodne. Jak to siê mog³o staæ?
Gdy sformu³owa³em to pytanie, nie by³o ju¿ kogo pytaæ.
Adwokat spru³.
Pewnie wyczu³ k³opoty.
Panika.
Poczu³em j¹ jak dreszcz kwasowego kopa.
Zacz¹³em odbieraæ rzeczywistoœæ.
Utkn¹³em.
Sam w Vegas. Nagrzany na maksa. Bez forsy ani artyku³u dla gazety.
I na dodatek mia³em do zap³acenia gigantyczny rachunek hotelowy.
Nawet nie wiedzia³em, kto wygra³. Mo¿e nikt.
Jak by poradzi³ sobie Horatio Alger?
Tylko spokojnie.
Jestem doϾ uczciwym obywatelem.
Liczne drobne przestêpstwa, ale nic groŸnego.
Na szczêœcie wynios³em wczeœniej do wozu myd³o i grejpfruty.
Teraz...
musia³em siê tylko wymkn¹æ.
To dla ciebie.
- Panie Duke! - Cholera!
- Szukaliœmy pana. - Koniec gry. Dopadli mnie.
Wiele dobrych ksi¹¿ek napisano w wiêzieniu. Co?
Telegram do pana. W³aœciwie do niejakiego Thompsona,
ale z dopiskiem: "Do r¹k Raoula Duke'a".
- Rozumie pan coœ z tego? - I to du¿o.
Thompsona nie ma w ksiêdze,
- pewnie jest z waszego zespo³u. - Tak. Przeka¿ê mu.
Zastanowi³ nas podpis dr. Gonzo na telegramie z Los Angeles.
- Bo przecie¿ on jest w hotelu. - Post¹pi³ pan s³usznie.
Wiadomoœci prasowe s¹ kodowane.
Szczególnie od dr. Gonzo.
- Kiedy doktor wstanie? - Jak to?
Kierownik Heem chcia³by siê z nim spotkaæ.
Taki ma zwyczaj.
Spotyka siê z goœæmi p³ac¹cymi du¿e rachunki.
Towarzysko.
- Rozmowa. Uœcisk. Rozumie pan. - Tak. Ale lepiej
poczekaæ, a¿ doktor zje œniadanie. Bywa przykry.
Bo¿e!
Bêdzie mo¿na mu przeszkodziæ jeszcze przed po³udniem?
Telegram jest zawi³y.
Jest od Thompsona, a nie do niego.
Muszê jechaæ. Œpieszê siê na wyœcig.
- Ale wyœcig ju¿ skoñczony. - Nie dla mnie.
- Zjedzmy lunch! - Zrobi siê.
Jezu...
fale paranoi... ob³êd... strach i odraza...
nieznoœne wibracje. Wynosiæ siê. Psy by³y coraz bli¿ej.
Czu³em te bestie. Daj mi jedno, Panie.
5 godzin haju, nim padnê.
Pozwól mi uciec z tego gruchota i z tej pustyni.
Ty draniu!
To Twój obowi¹zek! Strze¿ mnie. Bo bêdziesz mia³ mnie na sumieniu.
- Zatrzymaj siê! - Czeœæ. Co s³ychaæ?
U mnie wszystko gra.
Jak zagi¹æ drogówkê?
Zwyk³y kierowca spanikuje i zjedzie na bok.
B³¹d. Glina takim pogardzi.
Niech drañ zacznie ciê œcigaæ.
Nie skuma prawego migacza.
Niech myœli, ¿e szukasz miejsca, by pogadaæ.
Dopiero po chwili zorientuje siê, ze musi zawrócic.
A ty muœniesz tylko hamulec i dasz do dechy.
Czeœæ. Co s³ychaæ?
Co ty wyprawiasz? Pytam.
- Poka¿ prawo jazdy. - Oczywiœcie. Proszê bardzo.
Niech mnie diabli.
- To ja. - Mogê to prosiæ?
Wpieprzy³em siê.
2 kratki piwa. Kosz grejpfrutów. Stos rêczników. ¯arówki.
- Wiesz, co oznacza taka jazda? - Tak, jestem winny. Wiem.
Pope³ni³em przestêpstwo. Jestem pieprzonym zbrodniarzem.
- Dziwne podejœcie. - Mo¿liwe.
Chyba powinieneœ siê zdrzemn¹æ.
Niedaleko jest teren biwakowy. Przeœpij siê tam kilka godzin.
To na nic. Nie spa³em kilka nocy. Nie pamiêtam ile.
Jeœli usnê, zejdê na 20 godzin.
Po co ci 2 kartony myd³a?
Chcê byæ czysty.
Zrobimy tak.
Zapisa³em w protokole, ¿e zatrzyma³em ciê za szybk¹ jazdê!
Poradzi³em jechaæ na najbli¿sze pole biwakowe... Stój!
Poradzi³em ci jechaæ na pole biwakowe. To twój cel podró¿y.
I dobrze siê wyœpij.
Rozumiesz mnie?
Daleko do Baker? Mia³em nadziejê... zjeœæ tam lunch.
To nie mój rewir. Granice miasta s¹ 3.5 km od pola biwakowego.
- Dasz radê? - Spróbujê.
Od dawna chcê wst¹piæ do Baker. Du¿o o nim s³ysza³em.
Maj¹ wspania³e frutti di mare.
Facet w twoim stanie powinien spróbowaæ krabów l¹dowych.
- Œwietne ¿arcie. - Kraby l¹dowe...
Dobra. Czemu nie? Dziêki za radê.
Spójrz mi w oczy.
Wszystko w porz¹dku?
Da³byœ mi buziaka przed odjazdem? Jestem tu bardzo samotny.
Czu³em siê zgwa³cony. Knur mnie za³atwi³.
Bêdzie chcia³ mnie teraz przy³apaæ, jak gnam do L.A.
"Jasne, ¿e skorzystam z biwaku. Wielkie dziêki za troskê ".
WeŸ siê w garœæ.
Jeœli pognam do L.A., na pewno mnie zgarnie.
To nie pora na popisy.
To Dolina œmierci.
Kurwa!
Jezu, to on!
Ruszaj! Pieprzony sukinsynu.
Dopadli mnie. Tkwiê na zadupiu, zwanym Baker.
- Bêd¹ mnie tropiæ jak bestiê. - Kto? Mówisz jak paranoik.
Potrzebujê prawnika!
Nie dosta³eœ telegramu?
Jakiego, ty draniu? Skopiê ci za to dupê.
Ty pó³mózgu. Mia³eœ byæ w Vegas. Wynaj¹³em ci pokój we Flamingu.
Chodzi o Konferencjê Prokuratorów Okrêgowych.
Zrobi³em rezerwacje. Wszystko za³atwi³em.
Co robisz na œrodku pustyni?
Nic. To tylko wyg³up.
W³aœnie jestem przy basenie we Flamingu.
Karze³ przyniós³ mi telefon z kasyna.
Mam tu otwarte konto. Spadaj! Obcokrajowcom wstêp wzbroniony.
Taki jest œwiat. Ca³¹ energiê emituje Wielki Magnes.
Nie mog³em siê opieraæ. Musia³em wracaæ do Vegas. Nie by³o wyboru.
Musia³em pozbyæ siê auta, wiele osób mog³o je rozpoznaæ.
Szczególnie policja z Vegas.
Karta kredytowa by³a nadal wa¿na.
Genialna fura. Wraz z ró¿nymi gad¿etami warta 10 tysiêcy.
Tylne okna skaka³y jak ¿aby na patelni.
Na desce ezoteryczne liczniki, których nie umia³em odczytaæ.
Choæby w Vegas zebra³y siê psy, kultura dragów i tak by kwit³a.
Po ostrym przekrêcie w jednym hotelu,
meldujê siê w drugim. Ja i tysi¹c glin z ca³ej Ameryki.
Pewny siebie, wje¿d¿am miêdzy nich.
Witamy w Hotelu Flaming.
Przyby³em... nie w porê.
Jestem szefem policji z Michigan. Mówi³em, ¿e dosta³em pocztówkê
z potwierdzeniem rezerwacji w tym hotelu.
Przykro mi, ale jest pan na liœcie rezerwowej.
Rezerwacji dla pana dokonano w...
Motelu Moonlight przy Bulwarze Paradise.
Zap³aciliœmy ju¿ za pokój.
To znakomity hotel, tylko 16 przecznic st¹d.
Jest tam basen, sauna...
S³uchaj, pedziuchu! Dawaj mi tu zaraz kierownika!
Mam ju¿ doœæ twoich bzdur!
Bardzo mi przykro.
- Wezwaæ taxi? - Jasne, lachoci¹gu.
Oczywiœcie, s³ysza³em, co on naprawdê mówi.
Pos³uchaj, zasrany kurduplu.
Ca³e ¿ycie pomiatali mn¹ gliniarze wszystkich stopni, wœciekli
i chorzy na w³adzê.
Ale teraz... moja kolej.
Pierdol siê, ¿andarmie. Tutaj ja rz¹dzê.
Nie chcê przerywaæ, ale szybko za³atwiê swoj¹ sprawê.
Nazywam siê Raoul Duke. Mój prawnik zrobi³ rezerwacjê.
Oczywiœcie.
Baga¿ mam w tym bia³ym cadillacu.
Proszê go przynieœæ.
Proszê te¿ bourbon wild turkey,
setkê rumu bacardi,
trochê lodu...
i kilka limonek.
Za³atwione.
Proszê siê nie martwiæ.
I proszê mówiæ mi...
- Sven. - Dobra, Sven.
Dziêkujê bardzo.
Wiem, to ohydne. Ale wszystko na pewno siê u³o¿y.
Nie dotykaj tego. Przepraszam. CzeϾ, Sven.
Zobacz, co narobi³eœ!
Nie zostaniemy tu, choæbyœcie b³agali!
Nie ma jak w domu.
Co jest...
Cholera! Przestañ!
Odgryzie mi nogê! Ty zdegenerowana œwinio.
Co ja mogê?
To Lucy. Jak "Lucy in the Sky with Diamonds".
Lucy, spokojnie, do cholery. Pamiêtaj, co sta³o siê na lotnisku.
Doœæ tego. To mój klient, Lucy.
Pan Duke. S³ynny dziennikarz.
P³aci za ten pokój. Jest po naszej stronie.
Uwielbia artystów.
Lucy maluje portrety Barbry Streisand.
Prawda?
- Ten namalowa³am z telewizji. - Naprawdê?
Przyjecha³a tu a¿ z...
Jaki to stan?
- Z Montany. - ¯eby daæ te portrety Barbrze.
Spotkamy siê z ni¹ dziœ w Americanie.
Bardzo potrzebowa³em spokoju. Odpoczynku.
Schronienia.
Ale nic z tego. Bo mój zakwaszony adwokat rozpocz¹³ zaloty.
Pewnie ju¿ sprowadzili... samochód.
Wiêc mo¿e... Ty-go... i-go ja-go...
wyj-go-miemy-go to-go-war-go
z baga-go-¿nika-go.
Oczywiœcie. Jasne. ChodŸmy po towar.
Zaraz wracam, Lucy.
Daj buzi. Raz.
- Buzi. Czemu nie? - Bo nie.
Nie odbieraj telefonów.
Z Bogiem.
Jakie masz plany?
- Plany? - To dziecko w ³azience.
Lucy. Pozna³em j¹ w samolocie.
Ma odjazd religijny.
Da³em jej procha, a ona nawet nigdy nie pi³a.
Mo¿na pohandlowaæ jej ty³kiem na konferencji policjantów.
Bêdzie œwietna.
Gliny dadz¹ po 50$, ¿eby j¹ zer¿n¹æ.
Dyskretny motel. Pokój ze zdjêciami Jezusa.
Poszczujemy ich na ni¹. Jest silna. Da sobie radê.
Wiedzia³em, ¿e jesteœ œwir, ale tego siê nie spodziewa³em.
- Ty skurwielu. - Czysta ekonomia. Prezent.
- Zarobi tysi¹c dziennie. - To obrzydliwe. Nie mów tak.
Obs³u¿y czterech na raz.
Jeœli j¹ nakwasimy, zarobi nawet 2-3 kawa³ki dziennie.
A jeœli rzucê siê na ciebie i skujê ci mordê?
- Poczujesz siê lepiej, popaprañcu? - Pos³uchaj.
Kiedy dojdzie do siebie, wpadnie w œwiêty gniew,
oparty na mglistym wspomnieniu, ¿e uwiód³ j¹ brutalny Samoañczyk,
naszprycowa³ LSD, zawlók³ do hotelu w Vegas
i spenetrowa³ ka¿dy otwór jej ma³ego cia³a
swym pulsuj¹cym, nieobrzezanym cz³onkiem.
- To obrzydliwe. - Prawda jest kurewsko bolesna.
Bo¿e, pomó¿ jej.
Pójdziesz za to do komory gazowej.
A jeœli siê wymigasz, odeœl¹ ciê do Newady za gwa³t i sodomiê.
Ona musi to zrobiæ.
Nie warto ju¿ nikomu pomagaæ.
Hotel Americana? Chcê zrobiæ rezerwacjê.
Dla... kuzynki.
Proszê odpowiednio j¹ traktowaæ. Jest artystk¹.
Mo¿e wydawaæ siê spiêta. Pisze pracê magistersk¹ o...
Barbrze Streisand. Nazwisko?
Wolê nie mówiæ. Mój brat jest politykiem. Rozumie pan.
Czu³em siê jak nazista. Ale nie by³o wyjœcia.
Lucy by³a kamieniem u naszych szyi.
Ale musieliœmy puœciæ j¹ z pr¹dem w nadziei,
ze ma popieprzon¹ pamiêæ.
Tu masz jeszcze 10 baksów. DowieŸ j¹ bezpiecznie.
Za³atwione.
Rusz powoli. Nie mo¿emy przyci¹gaæ uwagi.
Poszukajmy rybnej restauracji. Zjad³bym czerwonego ³ososia.
SpóŸnimy siê. Musimy iœæ.
Cholerna meskalina.
Mogliby j¹ trochê zanieczyœciæ.
Witam wszystkich na 3. Konferencji Prokuratorów
dotycz¹cej narkotyków.
Doœæ ju¿ wstêpu.
Oto cz³owiek, który rozpozna³ raka, tocz¹cego serce Ameryki.
Dr Ron Bumquist.
Widzia³em tych drani w "Swobodnym jeŸdŸcu". Tu s¹ ich setki.
- Zyskuj¹ przy bli¿szym poznaniu. - Tak? Ja mam ich we krwi.
Nie mów tak. Podniecisz ich.
Najlepszym i najbardziej efektywnym sposobem bêdzie próba...
wyobra¿enia sobie, jak wygl¹da
umys³ osoby uzale¿nionej od narkotyków.
Na przyk³ad.
Narkoman... okreœla niedopa³ek skrêta...
jako "kokon". Poniewa¿... kojarzy mu siê on z g¹sienic¹.
Co on gada? Tylko na kwasie mo¿na porównaæ jointa do g¹sienicy.
Zauwa¿ycie, ¿e wyró¿niam w mej ksi¹¿ce
cztery ró¿ne stany
palaczy konopi czyli marihuany.
Oto one: "odjazd", "odlot", "czad" i "wykop".
To zwyk³y œwir.
Co jest? To jakiœ koszmar.
Gdy wie, co siê dzieje,
mo¿e wskoczyæ na wy¿szy poziom i osi¹gn¹æ "odjazd".
Gdy znowu zdo³a zmusiæ siê
do kontaktu z rzeczywistoœci¹,
wtedy osi¹ga "odlot".
Od-lot.
Potem mo¿e wywindowaæ siê
na poziom "czadu".
Mo¿e staæ siê jednym z tych... facetów z faz¹.
S¹dzi pan, ¿e dziwne zachowanie antropolog Margaret Mead
mo¿na t³umaczyæ jej uzale¿nieniem od marihuany?
Nie potrafiê tego okreœliæ.
Ale pewne jest, ¿e gdyby pani Mead, w jej wieku,
pali³a trawê... mia³aby piekielny odlot.
Kolejna babska dewiacja.
Pieprzona bzdura! Bêdê w kasynie.
Dziêkujê.
- Dziêkujê bardzo. - Projektor.
NARKOTYKI
Poznaj narkomana. Mo¿e od tego zale¿eæ twoje ¿ycie.
Oczy kryje za ciemnymi okularami. Spodnie ma poplamione sperm¹,
bo onanizuje siê, gdy nie uda mu siê kogoœ zgwa³ciæ.
Bêdzie siê chwia³ i be³kota³. Nie oka¿e szacunku odznace.
Narkoman niczego siê nie boi.
Mo¿e bez powodu zaatakowaæ ka¿d¹ broni¹. Nawet twoj¹.
Zatrzymuj¹c potencjalnego marihuanistê,
u¿yj koniecznej si³y.
Jeden twój cios uchroni ciê przed dziewiêcioma jego!
Panie Duke, wiadomoϾ dla pana.
"Zadzwoñ do Lucy w Hotelu Americana. Pokój 1600".
Lucy dzwoni³a.
- Co? - Lucy dzwoni³a.
Lucy dzwoni³a.
Ci dwaj dali mi LSD i zabrali mnie do hotelu.
Nie wiem, co mi zrobili, ale to by³o okropne.
- Co pani dali? - LSD.
Kastracja!
Podwójna kastracja!
- Gdzie moja spluwa? - Cholera wie.
Nie zostawiaj mnie w tej matni. Draniu, co zrobi³eœ z moim gnatem?
- Pokój jest na moje nazwisko. - Fatalnie.
Racja! To mój problem! Zadzwoniê i uwolniê nas od niej.
- To zasz³o za daleko. - Wezmê to pod uwagê. Spoko.
Zajmê siê tym.
- Gdzie moje buty? - Hotel Americana. Pokój 1600.
Radzê ci,
³ykn¹æ z br¹zowej buteleczki, z mojej kosmetyczki. Odrobinkê.
Wystarczy... ma³y ³yczek.
Co to za gówno?
Przy tym czysta meskalina... to oran¿adka.
To adrenochrom.
Czeœæ, Lucy. Dziêki Bogu. Tak, to ja.
Da³em mu nauczkê, której nigdy nie zapomni.
Nie jest martwy.
Przez jakiœ czas nikogo nie skrzywdzi.
Zosta³ tam.
Przywali³em mu... i wybi³em wszystkie zêby.
Myœla³em: "Jak mo¿na wykorzystaæ osobê na kwasie".
Ale drañ zrealizowa³ lipny czek, podaj¹c ciebie jako gwaranta.
Bêd¹ szukaæ was oboje.
Nie mo¿na oceniaæ ksi¹¿ki po ok³adce. Ludzie bywaj¹ zepsuci.
Dlatego nie radzê ci dzwoniæ ju¿ do tego hotelu.
Zidentyfikuj¹ twój numer i zaraz ciê zamkn¹.
Wkrótce przenoszê siê do Tropicany.
Zameldujê siê pod fa³szywym nazwiskiem, ale podam ci je.
Muszê koñczyæ. Telefon mo¿e byæ na pods³uchu.
To by³o straszne, ale ju¿ po wszystkim.
Bo¿e, ktoœ puka do drzwi.
Jestem niewinny! To Duke!
I z bani.
Wiêcej nie us³yszymy o Lucy.
Pewnie przeciska siê teraz przez ruszta.
Wiesz, czego potrzebujemy? Trochê opium.
Opad³em na ³ó¿ko. Jego show da³ mi z³ego kopa.
Uzna³em, ¿e mu odbi³o, i uwierzy³ w niewidzialnych oprawców.
Ale pokój znów by³ cichy.
- Sk¹d ten towar? - Niewa¿ne. Jest czyœciutki.
- Jakiego klienta przewioz³eœ? - Satanistê.
Jest tylko jedno Ÿród³o.
Nadnercze... W ¿ywym, ludzkim ciele.
Wiem, ale goœæ nie mia³ forsy, ¿eby mi zap³aciæ.
Mówi³, ¿e najwiêkszego kopa daje ludzka krew. Myœla³em, ¿e ¿artuje.
Zaproponowa³ 30 g czystego adrenochromu.
Albo trochê œwie¿ej adrenaliny.
Towar zaczyna³ dzia³aæ.
Przypomina³o to mieszankê meskaliny z metedryn¹.
Zachcia³o mi siê pop³ywaæ.
Zgarnêli tego kolesia... za molestowanie dzieci.
Wypiera³ siê.
"Po co mia³bym pieprzyæ dzieci? S¹ zbyt ma³e".
Co mia³em robiæ? Nawet wilko³ak ma prawo do porady prawnej.
Nie mog³em odmówiæ.
Chwyci³by nó¿ do papieru i chcia³ mi wyci¹æ... szyszynkê.
- Ob³êd. - Czemu nie?
Mo¿na by trochê zdobyæ. Zjeœæ ³ychê i zobaczyæ, co siê stanie.
Trochê czego?
- Wyci¹gu z szyszynki. - Dobry pomys³.
Strza³ tego towaru zamieni³by ciê w okaz...
z encyklopedii medycznej.
- Ale cycki! - Bañka spuchnie ci jak arbuz.
W 2 godziny przytyjesz 50 kilo.
Wyrosn¹ ci szpony. Krwawi¹ce brodawki.
A na plecach wymacasz 6 wielkich, ow³osionych cycków.
Fantastycznie!
Oœlepniesz.
Cia³o zamieni siê w wosk. Wpakuj¹ ciê na taczki.
Bêdziesz wzywa³ pomocy g³osem szopa pracza.
Wprowadzê wszystko, ale szyszynki bym nie zapoda³.
Dokoñcz swoj¹ opowieœæ! Co z tymi gruczo³ami?
Jezu, ten towar nieŸle da³ ci w dekiel.
Ale masz twarz. Zaraz eksplodujesz.
Móg³byœ wrzuciæ mnie...
do basenu?
Gdybym ciê wrzuci³, uton¹³byœ jak kamieñ.
Wzi¹³eœ tego za du¿o.
Dostaniesz
b¹bli na mózgu, udaru i têtniaka. Oberwiesz siê i umrzesz.
Zabijaj¹ niewinnych ludzi!
St³umiono nadzieje milionów ludzi na pokój i wolnoœæ.
A wiêc dziœ...
za olbrzymi¹, milcz¹c¹ wiêkszoœæ.
Poœwiêcenie za poœwiêceniem.
Co za pojeb puœci³ tê piosenkê akurat w tym momencie?
Gdy siê ockn¹³em... odczu³em obrzydliwy klimat tego pokoju.
Niewypowiedzian¹ ohydê.
Jak d³ugo tu le¿a³em?
A te œlady przemocy? Co tu siê sta³o?
Przemys³owa konsumpcja prawie ka¿dego draga,
znanego cywilizowanemu cz³owiekowi od AD 1544.
Jaki æpun potrzebuje kokosów i skórek melona?
Narkomani odpowiadaj¹ za frytki?
I ka³u¿e keczupu na komodzie? Mo¿liwe?
Ale sk¹d tu tyle wódy?
I te ¿ó³te skorupy musztardy na pornosach?
To nie bogobojny æpun.
To zbyt dzikie i agresywne.
- Po³ó¿ rêce tak, bym je widzia³. - Bo¿e!
Po³ó¿ rêce tak, bym je widzia³!
Niejasne wspomnienia i z³e reminiscencje.
WeŸ siê w garœæ. Wytrwaj.
Ile nocy i poranków trwa ten ob³êd?
Sta³o siê coœ ohydnego.
Kto to? Cholera, to ja.
Nie ma tu dalaj lamy.
Jestem tylko pokojówk¹!
- Aresztujê ciê. - Mia³a klucz.
Glansowa³em buty i zatrzyma³em j¹.
- Kto ciê op³aca? - Nikt. Sprz¹tam.
- Stanowisz tego czêœæ. - Czego?!
Siatki narkotykowej. Wiesz, co siê dzieje w hotelu.
Jesteœcie glinami. Bierzecie udzia³ w konferencji.
Chcia³am sprz¹tn¹æ pokój. Nie wiem nic o narkotykach.
Nie s³ysza³aœ o Grange'u Gormanie?
Nic nie wiem.
Mo¿e naprawdê nic o tym nie wie.
Przysiêgam.
- Mo¿e by nam pomog³a. - Zrobiê, co chcecie.
- Nie znoszê narkotyków. - My te¿.
Zaanga¿ujmy j¹. Na próbê.
- Podo³asz? - Czemu?
Jeden telefon dziennie. Informacje nie musz¹ do siebie pasowaæ.
- Bêdziecie za to p³aciæ? - Jasne.
Jeœli piœniesz choæ s³ówko, na resztê ¿ycia trafisz do mamra.
- Imiê? - Alice.
Udowodnij!
- Znajdziecie mnie w prasowalni. - Dobrze, Alice.
Skontaktuje siê z tob¹ inspektor Arthur Rock.
Bêdzie udawa³ polityka. £atwo go rozpoznasz.
Bêdzie ci p³aci³ gotówk¹.
1000 dolarów miesiêcznie.
- Zrobi³abym za to wszystko. - Nie tylko ty.
Oto has³o: "Rêka rêkê myje". Gdy je us³yszysz, odpowiedz:
"Niczego siê nie bojê". Powtórz.
Jeszcze raz!
A teraz: czeœæ, spierdalaj, szkoda, ¿e ju¿ idziesz.
Nie sprz¹taj pokoju. Zostaw rêczniki i myd³o pod drzwiami.
W ten sposób unikniemy takich incydentów.
S¹ jeszcze uczciwi ludzie.
Potrzaskane wspomnienia, wy³aniaj¹ce siê z mg³y czasu.
Naciœnij "play".
Oto i amerykañskie marzenie. Siedzieliœmy na g³ównym nerwie.
W³aœciciel zawsze chcia³ uciec z cyrkiem.
Teraz sukinsyn ma w³asny.
To prawdziwa licencja na okradanie.
Spe³nienie amerykañskiego marzenia. Istny Horatio Alger.
Kraina szczêœcia.
Pos³uchaj... PrzejdŸmy do rzeczy.
- Ile za ma³pê? - A ile masz?
Ile byœ chcia³ za ma³pê? Zaczekaj tu. Zaraz wracam.
Ob³êd! To nie mia³o sensu. Rozpaczliwie potrzebowa³em faktów.
Co tu siê dzieje? Gdzie ma³pa?
Odpuœæ sobie. Zaatakowa³a starego i odgryz³a g³owê barmanowi.
To twój samochód?
- Chcê ma³pê. - IdŸ do zoo!
- Powstrzymajcie ich. - Nic nie rozumiecie.
To w³asnoœæ Banku Œwiatowego.
Cyrku bez namiotu?
- Dach siê kompletnie zaci¹³! - Coœ wysiad³o w silniku.
- JeŸdŸcy burzy! - Gdzie jesteœ, ma³pi ³bie?
G³osowaliœcie na Humphreya i zabiliœcie Jezusa!
WyraŸnie czuæ by³o k³opoty. Posunêliœmy siê za daleko.
Mo¿liwoœæ...
fizycznego i psychicznego za³amania... jest bardzo realna.
¯adnego wspó³czucia dla diab³a. Zapamiêtaj to.
Kup bilet.
I w drogê.
Sprzedam ci czyst¹ herê.
To ostry towar. Sprzedam ci czyst¹ herê.
Tak jest. W³aœnie wróci³em z Wietnamu!
Ty skurwielu! Zatrzymaj siê! Zabijê ciê!
Mentalnoœæ Las Vegas. Wstrêtny atawizm.
Nikt tu nie zauwa¿a zbrodni.
Cz³owiek l¹duje w P³n. Vegas, gdy ostro dostanie po dupie.
I gdy przepêdzaj¹ ciê z tanich bud w œródmieœciu.
"Gwiazda Polarna" dobr¹ przystani¹.
¯adnych zaczepek, gadania. Mo¿na odpocz¹æ.
Nawet nie by³em g³odny.
Atmosfera "Gwiazdy Polarnej" uœpi³a moj¹ czujnoœæ.
Dwie szklanki mro¿onej wody z lodem.
Dwie szklanki mro¿onej wody z lodem!
Dwie.
Wygl¹da³a jak karykatura Jane Russell. Ona tu rz¹dzi³a.
Zrobi³ to odruchowo, ale nasz spokój musia³ run¹æ.
Co to?
Serwetka.
Nie chrzañ. Dobrze wiem, gruby alfonsie!
Mia³em takiego konia.
LALA Z ZAPLECZA? - Pytajnik by³ pogrubiony.
Ty sukinsynu!
Wiele tu znoszê, ale latynoski alfons to przesada!
To wie ka¿dy.
Zap³aæ rachunek i wynoœ siê! Mam wezwaæ gliny?
Cholera.
Wezwaæ gliny?
Ile za ciasto cytrynowe?
W oczach mia³a strach, ale mózg pragn¹³ przetrwania.
- 35 centów. - Ile za ciasto?
35 centów.
Zasyfione miasto. Nie, kochanie... Ca³e ciasto.
Ca³e.
Trzy?
Trzy? Cztery?
Piêæ?
Niech bêdzie.
Zaczekam w wozie.
Nó¿ przywo³a³ przykre wspomnienia.
Chyba niegdyœ podciêto jej gard³o.
Gdy wyszliœmy, by³a sparali¿owana.
By³o ju¿ po wszystkim. Z³amaliœmy ka¿de prawo, panuj¹ce w Las Vegas.
Drêczyliœmy mieszkañców, turystów i s³u¿bê.
Jedyn¹ szansê stanowi³ fakt, ¿e posunêliœmy siê tak daleko,
i¿ nikt, dzier¿¹cy w³adzê, nie móg³by w to uwierzyæ.
Mój adwokat ma byæ na lotnisku za 15 minut. Uda siê?
- Kurwa maæ! - Jasna cholera!
- Nie w tê stronê. - Odpieprz siê.
Skrêæ tutaj!
Cholera! Zgubiliœmy siê!
Co robimy na tej zapomnianej drodze?
Lotnisko jest tam. Jasna cholera!
Nigdy nie spóŸni³em siê na samolot.
Wyrzucê ciê przy samolocie.
Zwal¹ na mnie ca³¹ winê. Ukrzy¿uj¹ mnie.
Powiesz, ¿e ³apa³eœ okazjê na lotnisko, a ja ciê podwioz³em.
- Ty draniu. - Wysiadaj.
Nie daj siê nabraæ tym œwiniom.
W razie k³opotów, mo¿esz wys³aæ telegram do w³aœciwych osób.
I wyt³umaczyæ siê. Jakiœ dupek napisa³ o tym wiersz.
Dobra rada dla idioty.
Oto i on.
Boski prototyp. Mutant, który nie wszed³ do masowej produkcji.
Zbyt pokrêcony, by ¿yæ. I zbyt rzadki, by umrzeæ.
Teraz wszyscy mamy odjazd na przetrwanie.
Brak energii z lat 60.
Odlot Timothy'ego Leary kula³.
Sprzedawa³ poszerzon¹ œwiadomoœæ, olewaj¹c rzeŸnickie haki realnoœci,
czekaj¹ce na tych, którzy brali go powa¿nie.
Kwasowych odlotowców, kupuj¹cych pokój i zrozumienie po 3$ dzia³ka.
Ale ich strata... i upadek... jest równie¿ naszym.
Leary pogr¹¿y³ styl ¿ycia, który sam pomóg³ stworzyæ.
Pokolenie upad³ych poszukiwaczy,
którzy nie pojêli mistycznej u³udy kultury kwasu,
beznadziejnego za³o¿enia, ¿e ktoœ lub jakaœ si³a
podsyca œwiate³ko na koñcu tunelu.
Do L.A. prowadzi³a jedna droga. Miêdzystanowa 15.
Wiod³a przez Baker, Barstow i Berdoo.
Potem Hollywood Freeway, pomnienie, spokój, niepamiêæ.
Jeszcze jeden pojeb... w królestwie pojebów.
LAS VEGAS PARANO ¯EGNA! 0 MIESZKAÑCÓW
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.