All language subtitles for 1968 Człowiek z M3

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian Download
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese Download
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Nasza opowieść, jest w zasadzie przeznaczona dla panów.

A licząc się jednak z faktem, że na sali

znajduje się również płeć piękna,

autorzy zastrzegają się z góry, że żadna z was szanowne panie,

nie posłużyła im za model,

który tutaj w pięciu wariantach będzie demonstrowany.

Są wśród was matki Polki, Polki sfrustrowane,

Polki zazdrosne i Polki wierne.

Opowieść jednak nie was osobiście dotyczy,

ponieważ żadna z was przecież nie zna bohatera niniejszej przygody.

Oto i on sam.

Chciałoby się powiedzieć w całej okazałości.

Gdyby poszczególne jej fragmenty nie były akurat przysłonięte kołdrą,

o takich zwykliśmy mówić, że całe życie przed nimi,

lecz nie przed naszym bohaterem.

Przed nim tylko dwie minuty.

Dwie minuty do rozpoczęcia dnia,

który pozornie rozpoczął się jak wszystkie inne.

A jednak miał być najszczęśliwszym dniem dla każdego Polaka.

Tego dnia...

O, właśnie się rozpoczął.

Gimnastykowanie, bez którego jak wiadomo

żaden Polak obejść się nie może.

Tomek, Tomek.

Mamam, co się stało?

Jak to, co? Szósta.

Tenis.

Nie dość, że codziennie się gimnastykuję i jeszcze muszę grać.

Nie narzekaj, nie narzekaj, synku.

Sport to zdrowie.

Ale salto też zrobię.

Boże! Mleko.

Twój ojciec grał w tenisa, ja gram. Nie rozumiem, skąd u ciebie te opory.

W porządku, mamo.

I tak wdzięczny wam jestem, żeście nie uprawiali podnoszenia ciężarów,

albo żeście nie byli grotołazami,

bo bym musiał całe rano chodzić pod meblami.

Tomek, ona jest strasznie mała.

Kto, mamo?

Ledwie ci do ramienia sięga.

Zobaczy mama, że sobie kiedyś sprawię czerwoną koszulę,

żeby mamie utrudniać te śledztwa.

Dziś włóż sweterek.

Dobrze, mamo.

Zaraz, zaraz.

A jeżeli mama szuka miodu, to jest w łazience.

Tomek, a rakieta?

A, dziękuję.

A pamiętaj nie podcinaj bekhendu.

Dzień dobry.

Dzień dobry. I jeszcze "Stolicę".

Proszę.

Cześć.

Ty grasz, czy jak zwykle?

Nie, jak zwykle.

Serwus.

Cześć.

Pszczółki cię oblazły jakbyś się miodem wysmarował.

Żebyś wiedział.

Aaa.

A choroba,

skleroza.

Wszystko z tenisa i z margaryny.

Co? Z jakiej margaryny?

A i tak zapomnisz.

Panie doktorze Piechocki.

Do pana telefon.

Pan Starski proszony do sekretariatu klubu.

Tak. Słucham?

A, mama jak sobie radzi?

Normalka. Jak zwykle. Tak.

Co? Z kim?

Chwileczkę.

Z Milewskim. Tak.

Nie ja do niego. Tak.

Nie, nie podcinam z bekhendu.

Dziś ani jednej. Słowo honoru.

Tak. Co?

Nie, nikt mnie nie uderzył. Osa.

No, co się stało? Co za pośpiech?

- A miało się coś stać? - Właśnie się pytam.

- No nic się nie stało. Wsiadaj. - A co tak wcześnie?

Odwiozę cię do szpitala i wracam.

Z powrotem na tenisa? Zwariowałeś?

Nie, mam o 9 swoją sprawę rozwodową.

A, to świetnie.

O przepraszam cię, stary.

A gdzie tu się pchasz. No zapal, zapal.

A, zapal.

Czuje pani te palce?

Tak.

Czy ja jeszcze długo będę miała to na twarzy?

A nie wiem, to już nie moja specjalność. Przyślę pani koleżankę.

Mnie interesują tylko nogi.

Tutaj boli?

Jak pan doktor nie naciska, to nie.

A dlaczego, pani nosi te ciemne okulary?

Bo mnie strasznie światło razi.

Barbara Lasoń. Jak to się stało, że pani też ten nos złamała?

A, wkładałam kapelusz.

Był za duży i spadł pani na nos.

Nie, ja go nie wkładałam na głowę. Ja go wkładałam na półkę.

Półka spadła?

Nie. Ja.

Z półki?

Nie. Z drabiny.

Z drabiny.

No i ma pani teraz nauczkę. Po co było tak wysoko trzymać kapelusz.

Ale widzi pan, niektóre leżą na dole,

a niektóre aż pod samym sufitem.

Prawda.

To pani ma tyle kapeluszy.

Nie, skąd. Ja w ogóle nie uznaję kapeluszy. To państwowe.

Co?

To państwowe.

Zaraz, zaraz. Czy poza tymi kapeluszami pani się dobrze czuje?

Tak.

Tylko się martwię, co w sklepie.

W jakim znów sklepie?

No tam, z kapeluszami, tam gdzie pracuję.

Spółdzielnia Mieszkaniowa?

Proszę pana, tu przyszło od państwa zawiadomienie,

że Tomasz Piechocki otrzymuje mieszkanie.

To jakieś nieporozumienie.

No tak, nazwisko się zgadza. Owszem.

No dobrze, ale syn miał dostać mieszkanie dopiero za 2 lata.

To jest jakieś niedopatrzenie, proszę pana. Ja to jeszcze sprawdzę.

Jak to, dlaczego się denerwuję?

Wszędzie się czyta, że budownictwo kuleje

a u was nagle wszystko odwrotnie.

A, Joasiu.

Tak.

Mam do ciebie prośbę. Zajrzyj łaskawie do tej z nosem.

Lasoń. Wybierałam się do niej.

Wciąż czeka, że usłyszy od ciebie wreszcie co innego.

A...

Stary,

jesteś moim przyjacielem?

Sam mam tylko 200 zet.

Nie, nie o to chodzi.

Chciałbym klucz. Wiesz?

Znowu?

A co, nie możesz?

Klucz, klucz. Przecież ta ostatnia miała swoje mieszkanie.

Ale ją należy traktować, jako przedostatnią.

Znaczy się ostatnia bez mieszkania.

Nie, ma mieszkanie, ale w Falenicy.

Wejść!

Moje uszanowanie.

A, pan Łukaszczyk.

Jak się czujemy?

Dziękuję. Możliwie.

A to proszę. Jak zwykle zamiast kwiatków.

Dziękuję panu.

Proszę. A dziękuję, ja już dostałem.

Proszę.

A teraz proszę to łaskawie doręczyć pani doktor Joannie.

Dziękuję i dodam, że to specjalnie od Urzędu Stanu Cywilnego.

No to co? Zobaczymy jak wygląda kolanko.

Proszę bardzo.

Ale utrafił pan z tym kluczem w gust doktora.

Naprawdę?

Ot, taka sobie dłubanina wieczorami.

Da pan nóżkę.

Halo. A witam panią, witam.

Tomasz jest, tylko jest w tej chwili zajęty, z pacjentem.

Rozluźnić.

Co pani mówi?

Kiedy?

Tomasz, masz mieszkanie.

O dziękuję ci stary, wiedziałem, że jesteś fajny kolega.

Luźno.

Oczywiście, że przekażę.

Może tak, o.

Do widzenia pani.

Spółdzielni podziękuj, nie mnie.

Twoje mieszkanie jest gotowe.

Twoje własne. Rozumiesz? Mama dzwoniła. Masz mieszkanie.

Mam mieszkanie!

Co ci jest? Nic. Dostałem mieszkanie.

A i cieszysz się.

No to w porządku.

Uuu, tu jest czekanie na dwie godziny. Wracamy.

No dobrze. To niech mama idzie, a ja zaczekam.

Dobrze.

No, ale po, co mama ma czekać?

Kto ci powiedział, że ja będę czekać.

No jak, wszystko w porządku?

No tak.

Czy ta pani stała przed panem?

Nie wiem proszę pani.

Czy jest tu jakiś lekarz w poczekalni?

Ja jestem. Może pan pozwoli.

Właśnie mówiłam panu, że twój ojciec i pan prezes Spółdzielni

byli razem w powstaniu na Mokotowie.

Na Żoliborzu.

Tak, tak, to znaczy najpierw na Żoliborzu,

potem przedarli się na Mokotów.

Pan inżynier ma mieszkanie numer 62.

Doktór.

Czyli dwa pokoje z kuchnią?

Tak. Dwa pokoje z kuchnią. A zatem pan inżynier...

Doktór.

Pan doktór ma M-3.

W tym M-3 będzie mieszkał pan doktór Piechocki Tomasz i kto jeszcze?

Ja, ja będę mieszkał.

Pan doktór sam nie wystarcza.

W jakim sensie?

To znaczy, na ile ja sam wystarczam?

Na M-1, słowem na kawalerkę.

Trudno, biorę M-1.

To rzeczywiście trudno, bo nie posiadamy w tym bloku kawalerek.

- Trzeba by trochę zaczekać. - No widzisz, poczekasz.

Jak długo?

No, ze 3 - 4 lata.

A nie, to wykluczone. Biorę to M-3.

A niestety, M-3 może zająć co najmniej dwie osoby.

A może szanowna pani zechciałaby zamieszkać.

Nie, nie, nie. Mama ma doskonałe mieszkanie,

to w ogóle nie wchodzi w rachubę.

Uprzedzaliśmy wszystkich. Przepraszam.

Tomek.

Gdzie to się podziało? Gdzie to się podziało.

Ale niech pan doktór nie popada w rozpacz.

Ma pan przed sobą cały miesiąc czasu.

Jak to miesiąc? Na co?

Cały miesiąc, ażeby znaleźć drugą osobę w ogóle, wpadło do głowy tak.

Co mi do głowy wpadło.

Przepraszam.

Żeby pan doktór wstąpił w związek małżeński, to byłoby najprostsze.

Ale najgorsze. To nie wchodzi w rachubę.

Po co pan sugeruje synowi takie rozwiązanie.

Ale to są idiotyczne pomysły.

Już ja to inaczej załatwię. Zadzwonię do prezesa

i prezes na pewno zrobi dla mnie wyjątek.

Obawiam się, że prezes pani nic nie pomoże.

Są to rygorystycznie przestrzegane warunki przez kwaterunek.

Zupełnie od nas niezależne.

Żenię się.

Ale, po co Tomeczku?

Ja chcę mieć to M-3.

Dzwoniła do mnie pańska matka, kolego.

Mówiła mi o pańskich zamiarach.

No cóż, bardzo je pochwalam.

Może nie w tak szalonym tempie jak sugeruje pańska matka.

Ale to właśnie o to tempo chodzi, panie profesorze.

Może nie w ciągu miesiąca.

Może w ciągu najbliższego półrocza.

Trzeba się porozumieć z drugą stroną.

To, to już jakoś załatwię, panie profesorze.

A zgoda ministerstwa?

Jak to zgoda ministerstwa?

A cóż pan sobie wyobraża? Siądzie pan w pociąg i pojedzie do Moskwy?

Do Mo-Moskwy?

Powiedziałem pana mamie, że profesor Kolanow

i jego doświadczenia w schorzeniach poreumatycznych tkanki kostnej,

bardzo by pańskiej pracy doktorskiej pomogły.

Ale, czy pan będzie mógł wyjechać natychmiast, jak mama sądzi,

to druga sprawa.

Pańska matka twierdzi, że wszystko załatwi.

Boje się, że jej się to nie uda.

A ja się boję, że się jej właśnie uda.

Na razie proszę, trochę sobie przeczytać.

Nie, nie ten ostatni numer "Lancetu".

Profesor Kolanow opublikował tam pracę o reakcji szpiku kostnego

pod wpływem substancji rtęciowych. Powinien pan się z tym zapoznać.

Tak jest, przeczytam.

- A, ma pan ten numer. - Nie.

Więc po co pan głupio odpowiada, że pan przeczyta?

Niech pan wpadnie do mnie później, do domu, to dam panu ten numer.

Uważam pana za dobrego lekarza

i chcę żeby napisał pan tę prace doktorską.

Będę się starał.

Lekarz, który chce wstąpić na drogę naukową

nie może sobie niczym innym głowy zawracać.

- Tak jest. - A zwłaszcza kobietami.

Ja wszystko widzę i wiem, że Joanna nie daje wam spokoju.

Już ja jej to sam wyklaruję.

Dzieci, kawiarnie, brydże,

towarzyskie spotkania,

wszystko to pochłania niepotrzebnie czas.

Domem lekarza powinien być szpital.

16 lat mieszkałem w szpitalu

i dopiero, kiedy dostałem katedrę ożeniłem się dla świętego spokoju.

Lekarz wtedy nie myśli o chorym,

tylko skąd wytrzasnąć 100 złotych na kosmetyczkę.

Tak, tak.

Wszystko to razem odrywa człowieka od literatury fachowej,

której jest mnóstwo. Zgadza się pan ze mną?

Tak jest, panie profesorze.

Potrzebuję lekarzy, a nie żywicieli rodzin.

16 lat mieszkałem w szpitalu.

A tak, to już mówiłem.

Sądzę, że zrozumieliśmy się, kolego Piechocki.

Tak jest, panie profesorze.

O widzi mama, już się wszyscy sprowadzają.

Co to był w ogóle za pomysł z tym Kolanowym.

Jak mama mogła w takiej chwili wysyłać mnie do Moskwy?

Mama po prostu nie chce, zdaje się, żebym dostał to mieszkanie?

Ja nie chcę? No wiesz. A kto załatwiał sprawy z prezesem?

A że nie wyszło.

Te dwa okna na dziewiątym widzi mama. To moje.

Przepraszam pana bardzo, czy pan jest tutaj dozorcą?

Tomek!

Panie kolego, potrzymaj no pan na chwileczkę.

Dzieciak zamknął się w łazience, muszę go wypuścić.

Ostrożnie panie z ta lampą. Panie uważaj pan, bo to lampa teściowej.

No wyżej, wyżej.

Dziękuję bardzo panu gospodarzowi domu, że był pan tak uprzejmy

i zgodził się pokazać mi to mieszkanie.

Mój syn jest lekarzem.

Gdyby pan kiedyś zachorował to...

A...

Miejsce na szafę.

Co to wywaliło?

Pchaj się pan z tym do góry.

No, co jest z tym tapczanem?

To nie jest mój tapczan.

To po, co pan go trzyma?

Mogę nie trzymać.

Weź no pan dzieciaka na chwileczkę.

I to wszystko działa?

Dlaczego trzyma pan to dziecko?

To nie jest moje dziecko.

Właśnie, bo to moje.

Mamo!

Tomek!

Mamo!

Tomek, gdzie jesteś!

Tu jestem.

Tomek. Dziecko moje.

Aut set i mecz.

- Jaki aut, proszę pani... - Powiedziałam.

Ale skasowana piłka. Nie.

No jak tak można. Mamo to było metr przed linią.

Cicho, nie wtrącaj się.

To jest ten dyrektor od mieszkań.

Za ten jeden metr ty dostaniesz swoje 40.

Zaraz, zaraz, nie przesuwaj tak nerwowo.

- Może ta, co? - A kto to?

- No co, nie poznajesz? - A, Mika.

Mówiłeś swego czasu, że taka śmieszna.

Tak, ale małżeństwo to nic śmiesznego.

Słuchaj, stary, czy ty naprawdę musisz się ożenić?

Niestety muszę.

Rozmawiała mama z tym dyrektorem, nie ma innego wyjścia.

Jak tak się nagle zakochać?

Chwileczkę. Zakochać się, czy ożenić?

Najpierw zakochać, a potem ożenić. Nie chcę być całkiem cyniczny.

Obawiam się, że będziesz musiał najpierw ożenić, a potem zakochać.

Czasu jest cholernie mało.

Na miesiąc wcześniej trzeba zgłosić ślub.

Słuchaj, stary. Pogadaj ty z tym naszym Łukaszczykiem,

z Urzędu Stanu Cywilnego, niech ci zarezerwuje termin.

Może.

Co, zdjęcia przeglądamy?

Ano przeglądamy.

Czy to Barbara Lasoń?

Barbara, tak.

Ciekawy przypadek.

Był pan wczoraj u mnie po ten numer "Lancetu"?

Nie, jeszcze nie.

To czym się pan wobec tego zajmuje?

Właśnie tym.

Więc niech pan przyjdzie dzisiaj. Dam go panu.

Podyskutujemy po przeczytaniu.

Tak jest, panie profesorze.

Podyskutujemy po przeczytaniu.

Łatwo powiedzieć po przeczytaniu, gdybym ja chociaż znał angielski.

Już mnie pan sobie obejrzał?

Czy zastałem pana profesora?

Nie.

Ja miałem dzisiaj przyjść.

Skoro miał pan przyjść to, proszę.

Proszę.

Zechce pan tu spocząć.

Słucham?

Tak, owszem.

Jest właśnie.

Dobrze, powiem mu.

No dobrze. Dobrze, dobrze. Pa.

Ojciec przeprasza, nie będzie mógł przyjść, wyjeżdża właśnie do Krakowa.

Prosił żebym panu dała...

Zapomniałam już, co.

To chodzi o taki numer pisma "Lancet".

To niech pan sobie znajdzie.

Dlaczego pan nie odbiera tego telefonu?

Halo.

Znalazł pan już to pismo?

Nie, nie, nie. Ciągle jeszcze szukam.

Tak, ale jak znajdę to zadzwonię do pani, albo wyślę depeszę.

Co się stało? Dlaczego pan tak zamilkł?

Bo właśnie widzę, że bez pani nie dam sobie rady.

Wiedziałam, że tak się skończy. Już idę.

Co to ma być?

A, to marcowy numer "Lancetu".

Nie przypuszczałem, że profesor ma córkę.

On sam tego dobrze nie wie.

Widzi pan, porozumiewamy się telefonicznie.

Po pierwsze, w ogóle nie chciał mieć dzieci,

bo to mu przeszkadza w pracy naukowej.

Po drugie, jak się już urodziłam okazało się, że nie jestem chłopcem.

A po trzecie, nie jestem lekarzem.

O, to jest chyba pana numer.

A tak, rzeczywiście.

Dziękuję pani.

Już?

Już, już.

A jednak ma pan ochotę ze mną porozmawiać.

No, owszem.

To dlaczego, pan nie jest szczery? Po co te pozory?

Napije się pan czegoś?

Napiję się.

Czy ja tam mogę przyjść?

- Zapraszałam przecież pana. - To idę.

Naturalnie to biała farba?

Najprawdziwsze mleko.

Nie lubi pan mleka? A może woli pan kawę?

Oj tak.

Proszę bardzo.

Proszę.

Chodź...

na prawdziwą kawę.

Tylko się przebiorę.

Proszę się nie krępować. Przecież pan jest lekarzem.

Kobiety rozbierają się przy panu.

Jeżeli się pan wstydzi, to niech się pan odwróci.

O czym pan myśli?

Proszę?

No teraz to ja już nie bardzo wiem, czy my wychodzimy, czy zostajemy.

Jak to, przecież pan mnie sam zaprosił na kawę.

A wie pan, chociaż jak mam na imię?

Nie, nie wiem.

Agnieszka. Podoba się panu?

Co?

Imię.

A imię.

Piękne.

Boże, dlaczego pan nie jest szczery?

Pan się boi mojego ojca.

Pan chce zrobić karierę,

a pan wie, że on na pewnym punkcie jest zwariowany.

Wszyscy są jednakowi.

Jak na moich obrazach.

Dlatego tak maluję.

W tym jest filozofia mojej rozpaczy nad ludźmi, którzy są jednakowi.

Zgadza się pan ze mną?

Nie, ani trochę.

Znów pan nie jest szczery.

Nie, nie, nie! Niech pani tego nie robi.

Co z panem? Kapelusza mi nie wolno włożyć?

Dawno już do tego doszłam.

Ludzie biegają we wszystkich kierunkach jak mrówki.

Niby tacy różni, a w gruncie rzeczy tacy sami.

Niech pan spojrzy.

Jak na moich obrazach.

Skąd to się bierze?

No właśnie.

Czego oni szukają?

Chyba tylko słów, żeby oszukiwać siebie i innych.

Cały świat kłamie.

Nikt panu nie powie prawdy.

Co, myśli pani? Zaraz pani powiem. Przepraszam bardzo.

Strasznie panią przepraszam.

Co pan kupił?

Dostałem nowe mieszkanie, melduję się.

- Można? - Nie, nie, to taki drobiazg.

- Ale ja chcę zobaczyć. - Kiedy naprawdę nie ma sensu.

- Ale ja chcę zobaczyć. - Ale to się nie nadaje.

Bardzo ładny.

Niechżesz pani da spokój.

Właściwie, dlaczego się pan wstydzi?

Nabył pan rzecz estetyczną, pożyteczną.

Czy nigdy nie pozbędziemy się obłudy?

Ładne pan ma mieszkanie?

M-3.

No to chodźmy. Zainstalujemy ten nabytek.

Chodźmy. No chodźmy.

Gdzie?

No do pana. Do mieszkania.

Do mnie?

Kiedy się pan właściwie urodził?

Czy nie w tamtym stuleciu przypadkiem.

Harcerzyk.

Właściwie to ja nie mam żadnego mieszkania.

A, bardzo oryginalne.

Kupuje pan urządzenia sanitarne.

Teraz będzie pan dookoła obudowywał mieszkanie.

A ja myślałam, że się pan krępuje mnie zaprosić do siebie.

Że jest pan taki romantyczny.

Może.

- Romantyk? - Właśnie.

Jeżeli jeszcze pan powie żebyśmy poszli na spacer do Łazienek,

to ja się natychmiast w panu zakocham.

Zaryzykuję.

No i co teraz?

Pewnie pan powie, że mamy ładną pogodę.

Nie. Dlaczego?

Więc, że nareszcie sami?

Nie.

W takim razie, że jestem inna niż wszystkie.

Nie.

No coś pan przecież musi powiedzieć.

Ciągle ta obłuda?

Nigdy pan nie będzie szczery?

Dobrze, będę.

W takim razie na co pan ma ochotę.

Mam ochotę wziąć panią w ramiona.

To już lepiej. A na co jeszcze?

Jak dziecko. Jak nieznośne dziecko.

Za udawanie. Za filozofie. Za tatusia.

No.

Przepraszam.

To ja przepraszam.

Gdzie państwo to dostali?

- A to tam naprzeciwko Metropolii. - Dziękuję.

To z importu.

No patrz na nich.

Proszę niech pan zaczeka.

No to pa.

Pa.

No to cześć.

To do jutra.

Do jutra.

A pismo?

Pismo?

A, pismo.

- Guzik. - O, jaki śliczny.

Ale trzeba przyszyć.

A, to w tamtym pokoju, pod lustrem znajdziesz igłę i nitkę.

Agusiu, już nie trzeba spać. Trzeba guziczek przyszyć.

Guziczek.

Dobrze, przyszyj sobie.

Ojciec zwariuje, jak się dowie o tym,

ale będzie szczęśliwy, bo się mnie pozbędzie z domu.

O jejku.

A może ty jesteś głodny?

Oj tak.

A, to idź i zrób nam jajecznicę.

Mama?

No nareszcie Tomek.

Jak się robi jajecznicę?

I tylko tyle masz matce do powiedzenia?

A skąd ty właściwie dzwonisz?

Od profesora. Jak się robi jajecznicę?

Cały czas siedziałeś u profesora?

Niezupełnie siedziałem.

Jak się robi jajecznicę?

Ty mi wczoraj syneczku obiecałeś ćwiczyć bekhend.

Będziesz ćwiczyć bekhend?

Będę.

Bekhend.

Tomek, co ty tam wyprawiasz? Demolujesz kuchnię?

Tomeczku, kochasz mnie?

Owszem.

Bekhend.

Tomek, co to znaczy M-3? Że będziemy mieli 3 pokoje?

Nie, nie, raczej nie.

Tomek, ty wychodzisz?

Szczoteczka, zapomniałem szczoteczki do zębów.

Nie mogę tak śniadania bez szczoteczki.

Słucham?

Panowie nie podejmowaliby tak pochopnej decyzji.

Proszę wejść w położenie doktora.

Człowiek szukający wyjścia przed zbyt troskliwą opieką

nie może uznać za ratunek, opieki tej brak całkowity.

Poza tym za szybko to poszło.

Wszak on też kiedyś może wyjechać do Krakowa.

Czy ma później przyglądać się własnej patelni,

czy aby nikt inny nie smażył na niej jajecznicy?

A więc dlaczego się waha? A, zapomniał pan krawata.

Spiszmy i to na straty skoro stracony został cały dzień

i zostało ich tylko 28.

Szefie, pan czegoś nie zapomniał?

Tak, krawata.

A to?

O.

A to pan.

Do szpitala.

Tak, trzeba jeszcze ćwiczyć.

Odstawimy już antybiotyki, siostro.

Ile dni będę jeszcze w tym gipsie panie doktorze?

Ile dni?

Ile dni, ile dni?

28 dni.

Przepraszam panie doktorze, zaraz guzik się panu oderwie.

Nie oderwie.

No jak się pani w ogóle czuje?

Dziękuję dobrze. A pan?

O, ja fatalnie.

To może ja wstanę, a pan się położy.

Powiem pani w tajemnicy.

Nie mam zaufania do tutejszych lekarzy.

Panie profesorze.

Kolego Piechocki, pan był wczoraj u mnie?

Tak jest, panie profesorze.

No i jak poszło?

Interesujący materiał.

Mam nadzieję, że pan wyciągnął z tego dla siebie odpowiednie wnioski.

Oj tak, tak, panie profesorze.

Aha. Niech pan poradzi Mietkowi, żeby się z tym zapoznał.

Z całego serca poradzę.

Idziemy.

O właśnie wchodzi.

Telefon do ciebie. Mama dzwoni.

Mieciu, stary prosi, żebyś poszedł do niego jakiś artykuł przeczytać.

Co za a artykuł?

Profesora Kolanowa w piśmie "Lancet".

- Halo słucham. Mama? - Synuś przynieś mi elenium.

Po tej jajecznicy jestem cała w nerwach.

A kiedy? Co robisz po szpitalu?

Znowu oglądać mieszkanie?

No dobrze. Więc właśnie naprzeciw tego domu masz tę aptekę.

Proszę? Elenium pro...

Recepta.

Receptę proszę.

To nie dla mnie, dla mamusi.

Widzę, że przez głupi przypadek

dostałem się na medycynę, a nie na farmację.

Ja odwrotnie.

Sześć złotych.

Słowem rozminęliśmy się.

A może to jeszcze da się naprawić?

Jak?

Kiedy pani magister kończy nocny dyżur?

Jutro.

Więc jutro będę czekał.

Musiał by pan bardzo długo czekać.

Przecież pracownicy służby zdrowia obsługiwani są poza kolejnością.

Tak, jeśli potrzebują lekarstw, a nie farmaceutów.

Dobranoc, doktorze.

Nieczęsto zdarzają nam się odkrycia,

że w aptece prócz aspiryny można dostać żonę.

Nie dziwmy się więc bohaterowi, że dokonawszy tego spostrzeżenia

natychmiast przystąpił do działania.

Natychmiast, bo zostało mu już tylko 26 dni.

Pani Kasiu, tego cinkum sulfurikum ma być 5, czy 1,5?

Może pani przyjdzie zobaczyć, bo nie mogę odczytać.

To pańska recepta?

Tak, tak, to tego pana.

Panie magistrze, dostałem receptę.

Facet...

Ale to powinno być karalne.

Karalne, karalne.

Plama.

Opowieść nasza nie służy obserwacji metod podrywania pięknych dziewcząt,

lecz jedynie głębokiej analizie,

która mianowicie z tych dziewcząt nadaje się na żonę.

Nie będziemy się, więc zajmować stanem wstępnym

lecz okresem w którym zwykle padają już rozstrzygnięcia.

A czas najwyższy. Jako, że upłynęło dni 10,

do objęcia mieszkania pozostało ich li tylko 19.

- O, co za spotkanie. - Cześć.

Świetnie wyglądasz.

Ty również.

Nasz Tomcio ogromnie się zmienił. Taki elegancki. Parasol, wąsik.

Jak szczoteczka do zębów.

No jak tam twoje M-3?

Właśnie już jest.

- Cześć. - O, gdzieś to załatwił?

W aptece.

O Jagienko

ty jedyna

Ty dziewczyno

moja.

Dobrze niech się spełni noc

Czy śmierć przedwczesna na mnie czeka

Czy minie mnie

śmiertelny strzał

Bo miłość dozgonną

Nadzieją płonną

dziś zwodzi cię.

Dziś zwodzi cię.

Dawniej nie znosiłeś oper.

Do wszystkiego się można przyzwyczaić.

Wygodnie ci tak, pić z wąsami?

Kasia lubi wąsy.

Ciekawa jestem, co profesor na to, że masz zamiar się ożenić?

Nie wiem, ale muszę mieć to mieszkanie.

Ależ załatwię ci to mieszkanie i bez tego.

Będę miała już niedługo numer tego telefonu.

Wiesz, wczoraj grałam w tenisa z pewnym wpływowym panem.

On jeszcze jeździł z twoim ojcem na zające.

Nie będę szedł mamo do mieszkania po trupach.

Po jakich znów trupach?

Tych zajęcy, które ojciec strzelał.

Dziękuję.

Proszę cię, daj mi elenium niech się uspokoję.

Nie mam w domu. Muszę Kasię poprosić.

Mówię ci, że ona cię jeszcze kiedy otruje.

Ma każdą truciznę pod ręką.

Ciekawa jestem bardzo co się stało z jej pierwszym mężem?

Żyje, żyje. Pa.

Guziczki - trzy?

Trzy.

Jak zwykle.

A dlaczego te kieszenie takie skośne?

A bo to pani Szarlotta takie lubi.

A ja bym wolał proste.

Proszę?

Proste.

Proszę?

Kieszenie proste.

Pan szanowny strasznie cicho mówi.

O co ci chodzi, Tomaszu?

Kieszenie będą skośne. Nie podoba ci się?

A tak, skośne.

Edziu, pan Budelski dzwoni, pyta kiedy ma miarę.

Przepraszam.

Może podejdziesz do telefonu?

Coś mi obiecałeś.

A, że będę palił fajkę.

No, ale ty także mi coś obiecałaś.

Tak, ale ty jeszcze nie jesteś taki jak sobie wymarzyłam.

Jak to nie jestem?

A parasol, a fajka, te wąsy, a jeszcze teraz te skośne kieszenie.

Mucha.

Gdzie?

Koniecznie musi być mucha.

Mucha?

No dobrze.

A wtedy?

Zobaczymy.

Za tydzień proszę do przymiarki.

Więc kiedy?

No słyszałeś przecież, że za tydzień.

Dopiero?

No widocznie pan Zocha wcześniej nie może.

A co ma do tego pan Zocha?

A, mówi pan za tydzień.

Mamo, mama nie wie przypadkiem gdzie jest fajka ojca?

Fajka? A po co ci?

Do palenia. Będę palił fajkę, bo lubię. Mam ochotę.

Oj mamo, mama mi znowu dała swoją bluzkę zamiast koszuli.

Wiesz, rozmawiałam z tym dyrektorem departamentu.

Rzeczywiście te przepisy mieszkaniowe

- są bardzo rygorystyczne. - Widzi mama?

Nie, nic się nie martw, znalazłam dojście do tego pana.

- Mamo. - Jak tylko, będę miała

numer jego telefonu, wszystko będzie w porządku.

Mamo, proszę mnie jutro zbudzić o siódmej.

Idziesz na tenis?

Czy mój ciemny garnitur jest wyprasowany?

A po co ci ciemny garnitur?

No przecież na ślub muszę iść w ciemnym garniturze.

Pa.

Można składać życzenia.

No...

Z całego serca.

Tomek.

Szkoda. Dobry chirurg się z ciebie zapowiadal.

Kasiu.

Pójdę złożyć im kondolencje.

Kasiu.

Błagam, niech go pan ratuje, profesorze.

Czy to ta?

No jak?

Co?

Nie taka. Miała być w grochy.

Tak.

Dobrze. Już ja się tym zajmę.

Kto pani składał tę kostkę?

Chyba pani nie zaprzeczy, że miała złamaną nogę?

Rzeczywiście. W Zakopanym na nartach.

A jak się pan profesor poznał na tej nodze?

Na ładnej nodze każdy się pozna.

Niech pani wpadnie do mnie do szpitala.

Obejrzymy sobie dokładnie tę nogę.

Chodź.

Słucham?

Dobry wieczór. Pani magister sama na dyżurze?

Nie ma jakiegoś mężczyzny?

Jak to mężczyzny?

No, bo chciałem, chciałem. A zresztą dam sobie radę. Dobranoc.

Chodź,

coś ci pokażę.

Widzisz?

Tam w górze te dwa okna na 9 piętrze, to nasze

już niedługo.

Cóż jednak mówić o objęciu przyszłego mieszkania,

kiedy nie można objąć przyszłej żony.

Nie bądźmy jednak niecierpliwi.

Pomni, że nie tak dawno nie odpowiadało nam zbyt szybkie tempo.

Trzeba być konsekwentnym.

Nie garb się tak, bo ci fajka wypadnie.

Nie wypadnie.

O w tym miejscu moglibyśmy właśćiwie wycofać się dyskretnie,

gdyż wszystko wskazuje na to,

że rano nasz bohater mógłby już smażyć jajecznicę.

Jeżeli oczywiście coś takiego jak patelnia znajduje się w aptece.

Gdyby...

Tomaszu, na oknie stoi moja torebka.

Wyjmij grzebień i podaj go proszę.

I dziewczyno ma.

Wiesz dobrze niech się spełni noc.

Nadziejo płonną

dziś zwodzisz mnie.

Katarzyno!

Słucham.

Ten pan na zdjęciach w torebce, to może twój mąż?

Tak, albo co?

Oho, coś nam się zdaje, że nasz bohater wygrzebał z torebki

właściwy sens zamierzeń pani magister,

która chciała w nim widzieć wciąż tylko tego pana z fotografii.

A czy aż takiej ceny jest warte M-3.

Co ty tam robisz, Tomaszu?

Szczoteczka, zapomniałem szczoteczki do zębów.

Śmieszne, ale nie mogę potem rano bez szczoteczki.

Co takiego?

No wreszcie jest mężczyzna. Proszę pana, ja chciałem kupić...

Ja już tu nie pracuję.

Tomek, co to rzuciłeś fajkę?

No widzisz, jaki ja jestem niestały.

A jak twoje M-3?

No, niestety bez zmian.

Duża to powierzchnia?

36 metrów.

A Sobieski spod trójki ma 39.

Własnościowe?

Pourazowe. Nieprzytomny, człowieku.

Tomek, jeśli trzeba, to chętnie ci pomogę.

Dziękuję, Joasiu.

Dzień dobry.

- Dzień dobry. - Dzień dobry.

Pan wie, że to jeszcze 13 dni?

Tak.

Tak, tylko 13 dni.

13 dni.

Co, noga już nie boli?

Owszem, boli.

Boli?

- Dobrze. - Nie ta.

Ta, na której pan siedzi.

A ta. Przepraszam.

Panie doktorze, mogę coś powiedzieć?

Tak.

Bez wąsów jednak lepiej.

Pa, mamo.

Tomeczku rakieta.

A rakieta, byłbym zapomniał.

- A co mama też dziś gra? - Tak.

A normalnie mama gra po południu. Dlaczego dziś tak wcześnie?

Przez to twoje M-3.

Ten dyrektor od metrażu grywa tylko rano.

Dzień dobry.

- Co pan? - Nie, nie, nie, dzisiaj nie.

A dziś nie. Przepraszam.

Co to znaczy, dziś nie.

Że dzisiaj nie biorę "Szpilek".

Ale o rakietę mi chodzi. W nosie mam "Szpilki".

Ciszej, jeszcze ktoś usłyszy.

- Dzień dobry. - Dzień dobry.

No jak tam ,panie Henryku, Tomasz robi postępy?

No niebywale. Zwłaszcza dzisiaj. Rakietę przyniósł.

W torbie. Normalnie.

Tomku, rusz się, jesteś przecież lekarzem.

Tak boli?

Trochę.

Co, chrupnęło coś?

Jakby chrupnęło, to by było słychać.

Panią boli tu. Rozumiesz.

A tu, boli?

Przecież to Marta skręciła nogę, nie ja.

Ano, właśnie dlatego badam tę zdrową, żeby uniknąć bólu.

Czy pan czasami nie przesadza?

Mój syn jest ortopedą.

A, a może by...

Lepiej żeby pan Henryk panią zbadał.

- Bardzo chętnie. - Nie, nie, nie.

No, zdaje się, że znalazłem.

- Proszę objąć mnie za szyję. - Co, przemieszczenie?

- Tak. Coś w tym rodzaju. - Ał.

Delikatnie.

No, mamy tylko 12 dni.

Znaczy, niegrania w tenisa.

No i widzi pan. Ja już nie mam siły. Teraz wszystko zacznie się od nowa.

I rzeczywiście.

Ale my naturalnie nie zgadzamy się z panią Piechocką,

bo pamiętamy, że bohaterowi naszemu pozostało tylko dni 12.

Dotąd wszystkie jego starania kulały.

To prawda, że kuleje i nowa kandydatka.

Lecz od czegoż nasz bohater posiada specjalność ortopedii.

Zastosował zatem terapię, być może z punktu widzenia medycyny

nieco przyśpieszoną lecz z punktu widzenia

spółdzielczości mieszkaniowej absolutnie konieczną.

Tomek, gdzie byłeś dzisiaj w nocy?

A miałem nocny dyżur.

A kto to była ta kobieta, która odbierała telefon?

Pewnie salowa.

Salowe są stare, a to był młody głos.

Może jakaś pielęgniarka.

A, to teraz się okazuje, że to pielęgniarka. Tak?

Nic się nie okazuje. Tak przypuszczam.

Ładna?

Dzień dobry.

Kto to?

Znajoma.

Wszystkim swoim dziewczynom dajesz te same prezenty?

Nie rozumiem, co masz na myśli.

Wisiorki.

No więc jak, ładna?

Kto, ta znajoma? Przecież sama widziałaś.

Nie o tą pytam. O pielęgniarkę. O jaką znowu pielęgniarkę?

Ta, która odbierała telefon.

Ja nawet nie wiem, która mogła odbierać.

Nie wiesz? Dobrze wiesz. Ładna?

Ładna.

A może bardzo ładna?

Bardzo ładna.

Marta, no.

To już druga.

A skąd. Żona mojego przyjaciela.

Poproszę kawę.

Czyli mężatki też podrywasz.

Nie wtedy jeszcze była panną.

Kiedy?

Nim została żoną mojego przyjaciela.

Potem to już była mężatką.

Przestań się na nią gapić, bo natychmiast stąd wyjdę.

Ja się na nikogo nie gapię. Rozglądam się za kelnerką.

Podoba ci się?

Nie, nie podoba mi się, bo mi nie daje kawy.

Kiedy będziesz miał następny dyżur?

Zaraz sprawdzę.

Pojutrze.

Pokaż mi swój kalendarzyk.

Jeszcze nigdy nie pokazywałeś mi swojego kalendarzyka.

A kto to jest Ela?

To jest moja kuzynka.

Kuzynka...

A to, co za numer?

No szybko. Jakie teraz kłamstwo wymyślisz?

No przecież to jest twój numer, Marto.

Mój? A jak. Eż ty.

No w porządku.

Ale dlaczego nie ma przy nim imienia?

Proszę cię zapisz.

Nawiasem mówiąc, pytałem kiedyś o twój numer w informacji

i powiedzieli mi, że jest zastrzeżony.

Możliwe.

Myślałem, że to jest numer twojego byłego męża czy przyjaciela?

Tylko proszę cię nie rób mi scen zazdrości. To obrzydliwa cecha.

Proszę?

Proszę cię oddaj to tej pani skoro ci się tak podoba.

Jakiej nowej pani? Nawet jej nie znam.

Nie znasz? Nikogo nie znasz.

Nie ukłonisz się?

Marto, to nie jest breloczek ode mnie.

Ja ci daję na to słowo honoru.

- Nie znasz tej pani? - Nie.

Powiedzmy, że ci wierzę.

Tomek, nie poznajesz znajomych?

A cześć.

Zazdrość jest cechą niską, twierdzą moraliści.

Lecz lud, który nie gorzej zna się na życiu

twierdzi zazdrosna to znaczy kocha.

I dlatego nasz bohater decyduje się na realizację innego przysłowia.

Jak sobie pościelesz, no i tak dalej.

Tomek! Znów przyszło pismo ze Spółdzielni Mieszkaniowej.

"W związku z przydzieleniem mieszkania

inżynierowi T. Piechockiemu..." Co oni z tym inżynierem?

Niech mama to wyrzuci. A dokąd ty to wynosisz?

- Nic. Obiecałem pożyczyć. - A Zosi?

Z tego widać, że z Martą już koniec.

Nie mamo, przeciwnie, dopiero początek.

Jakiej znów Zosi?

A telefonowała tu jakaś Zocha i mówiła, że masz być jutro o 16.

A, chyba telefonował.

Nie będziesz we mnie chyba wmawiać, że Zocha, to mężczyzna.

Nie. Krawiec mamo.

Nie wiem, ale cały czas mówiła szeptem,

jakby chodziło o jakąś tajemnicę.

Co ty sobie właściwie szyjesz?

Nic. Garnitur wieczorowy.

Daj sobie z tym spokój. No nie myśl o żadnym ślubie.

Mówię ci niedługo będę już miała ten numer telefonu.

Patrz, będziemy mieli własną aptekę.

No, to za nasze własne, nowe mieszkanie.

Nie, jeszcze troszkę zostało.

Właściwie to jesteśmy tu jeszcze nielegalnie.

Teraz to już tylko kwestia kilku papierków.

Tak, to już tylko kilka papierków.

Tych różnych kwestionariuszy, formularzy.

Dozorca?

Nie, nie, chyba nie. Obiecałem oddać klucz przed jedenastą.

Agent, PZU.

Ubezpieczamy nowych lokatorów.

I ciemno tu jakoś, proszę pana. Może przejdziemy do drugiego pokoju.

PZU.

- Pan jest głównym lokatorem. - No pewnym sensie.

Ubezpieczenie dobrowolne dotyczy ruchomości domowych,

od kradzieży z włamaniem, rabunku, ognia, szkód wodociągowych itd.

Na jaką sumę mamy pisać polisę?

Rabunek jak pan widzi nam na razie nie grozi.

- A może się pan napije. - Najuprzejmiej. Dziękuję.

Wie pan. W zasadzie my tu jeszcze nie bardzo mieszkamy.

PZU nie wnika, czy ubezpieczający się korzysta stale,

czy wyrywkowo z zajmowanego przez siebie lokalu.

Dostatecznym dla nas dowodem są jedynie drzwi zaopatrzone w zamek.

- Nie przesadzaj z tym szampanem. - Czego u państwa nie widzę.

Mianowicie a: zatrzaskowy typu "Ale".

B: Zdrowie państwa.

Oto moja kartka. Prospekt. Proszę.

Dokładny adres, telefony, prywatny i służbowy.

Uszanowanie. Kłaniam się. Wszystkiego najlepszego.

O żesz.

- Co to jest? - Tabliczka pana inżyniera.

Ja nie zamawiałem żadnej tabliczki.

Robimy dla wszystkich według listy ze Spółdzielni.

Ale tu jest błąd. Ja nie jestem żaden inżynier.

Przerobi się.

Nie potrzebuję tabliczki.

Tomek, zamów tę tabliczkę.

Psia kość.

To jak ma być?

Doktor T. Piechocki.

Jak mówisz?

T. i M. Piechoccy.

Dwie dychy zadatku.

PZU wypiło.

Czy nie można by się jakoś ubezpieczyć od PZU.

Wszystko przez to światło. Widać z ulicy.

To zgaś.

To zdrowie M. i T. Piechockich.

Kto tam?

Sąsiadka z góry. Proszę pana, to jest nowe budownictwo.

Wszystko słychać. Dziecko mi pan obudzi,

jakieś strzały, nie wiadomo co, proszę pana.

Co to jest? No.

- Nie całuj mnie z taką złością. - Co?

Prz- prz- przestań mnie całować z taką złością.

- Widzisz, to przez ciebie. - Tak.

Jeszcze sobie nie poszła ,a ty tak wrzeszczysz.

Och.

Przepraszam bardzo, już nie będziemy.

Przepraszam bardzo, że niepokoję,

ale dozorca wspomniał, że jest pan lekarzem.

Jesteśmy sąsiadami z dołu. Mój mąż dostał gorączki.

Wie pan te nowe mieszkania. Brak telefonu.

Nie niepokoiłabym pana w innej sytuacji.

Tak, ale może troszeczkę później.

- Ale przyjdzie pan na pewno? - Tak, tak.

Dziękuję bardzo.

Nigdzie nie pójdziesz.

Będę musiał wyjść.

Nie, nigdzie nie pójdziesz.

Ale zrozum, Martuniu, to jest mój obowiązek. Tam człowiek jest chory.

Nikt tam nie jest chory. Ty po prostu wpadłeś jej w oko.

Tak.

Nie.

- Może powiesz, że ci się nie podoba? - Marta...

Tomasz, jeżeli tam pójdziesz, więcej mnie nie zobaczysz.

Dobrze, Martuniu, nigdzie nie idę na razie. Nigdzie.

Panie doktorze!

Przepraszam.

Przyszłam po pana, bo myślałam, że pan nie może do nas trafić.

Tak. Już idę.

Dobrze. Sam dokonałeś wyboru.

Proszę. Spokój.

Właściwie to nie jest moja specjalność. Ja jestem ortopedą.

Proszę bardzo.

Gdzie chory?

Tutaj.

Dobry wieczór panu.

Cześć.

Zobaczymy.

A, psia kość.

Co panu dolega?

Mnie? Nic.

A jaka temperatura?

37,2.

No, kochana, przecież to nie jest żadna temperatura.

- Ale pan go nie zna. - No przecież nie można...

No i co pan na to?

Ja? Na zdrowie.

44.

No.

44.

Nic panu nie jest. Ma pan normalny katar.

To może pan łaskawie zabierze to cielę.

On się słucha tylko mojej żony.

Proszę pani.

Poszła po ciasteczka.

A ja muszę przejść.

No pieseczek, śliczna malutka wiewióreczka.

Niech pan zabierze to bydlę.

Piesku, proszę zrobić przejście. Słyszysz?

Do budy! Bo cię ugryzę.

Będę prostował te drzwi bez względu na konsekwencje.

Marta!

Zawracamy.

Pojedziemy za tym panem w szarym garniturze.

Który?

Ten, który podnosi rękę.

Poznaję.

A, to pan. Może pan w kierunku Kredytowej?

Wsiadaj pan.

Dziękuję.

Ale spotkanie, co?

Tak. Znowu mi pan każe całą noc czekać, tak?

Zupełnie mi wtedy z głowy wyleciało.

Wie pan. Chłop żywemu nie przepuści.

A, nigdy nie wiadomo, co przed panem, co za panem.

Dziewczyna, rozumie pan.

Całą noc przez pana nawet oka nie zmrużyłem.

Pan myśli, że ja zmrużyłem.

Ech te kobietki, kobietki.

O, tutaj mnie pan może pan wysadzi. Dobra?

Dziękuję bardzo. Do widzenia.

Dziękuję.

Dzień dobry. Mąż w domu?

- Gdzie on jest? - O kogo pani chodzi?

Proszę, co za tempo.

- Marta. - Ledwo tu wpadłeś i już. Tak?

- Ale skąd ty o tym wiesz? - Męża nie ma, ale ja jestem.

Już ja ją urządzę, rozumiesz?

Marta, zostaw, kategorycznie zabraniam.

Jeszcze jeden taki cios i koniec. Definitywny koniec.

Koniec.

Dziękuję.

A co pan tu właściwie robi?

A co się tu właściwie stało?

Tu nie ma żadnych tajemnic. Może pan mówić głośno.

A kto to jest ta pani?

- Moja żona. - A, żona.

A, proszę widzisz.

Świetnie, ładnie, pięknie.

Na szczęście, że nie jesteś moim mężem.

Zabraniam kategorycznie takiego dewastowania mojej garderoby!

Kto to właściwie był?

Nie mam zielonego pojęcia.

Poproszę jakieś spodnie. Czuję się tak skrępowany wobec pani.

Spodnie, moje spodnie.

Moje nowiutkie spodnie.

Spodnie, moje nowiutkie spodnie!

Edziu, ty mówisz.

Panie doktorze, on odzyskał głos.

Poproszę spodnie, jakiekolwiek spodnie.

O Boże. Teraz to przeszło na pana doktora.

Co ci jest, Tomeczku?

A nic.

Co, zerwałeś z nią?

Wielkie nieporozumienie.

Widzisz, mówiłam. Trzeba było mnie słuchać.

Skąd w ogóle wytrzasnąłeś tę Agnieszkę?

Kto ci wynalazł Kasię? I kto cię pchnął do tej Marty?

Kto? Mama.

Ja, no wiesz...

A kto miał pomysł z tym Kolanowem?

Kto mi kazał iść do apteki po elenium?

Kto mi kazał badać nogę Marcie, co?

No dobrze, co innego noga, co innego cała Marta.

A nie ma to już żadnego znaczenia. Zostały tylko 3 dni.

Nie martw się, syneczku. Ja mam dla ciebie niespodziankę.

Wyobraź sobie, że nareszcie zdobyłam ten numer.

Oczywiście okazało się, że to numer prywatny i do tego...

- To jest rachunek z pralni. - Co?

...i do tego zastrzeżony. O jest.

I teraz trzeba tylko znaleźć jakieś dojście.

O nie będzie to łatwe, ale znasz mnie przecież.

- Skąd mama ma ten telefon? - To długa hist...

Co to za spodnie?

Ale czyj to telefon, mamo?

- Samego? - Nie, z żoną.

Zdaje się, że mogłem tam zadzwonić.

- Tomeczku, masz jakieś dojście? - Miałem.

No, brawo.

Świetnie.

Już za trzy dni będzie po wszystkim.

Niestety, za trzy dni będzie po wszystkim.

A skąd pani wie?

Sam pan mi przecież obiecał.

Ja? A no tak. Oczywiście.

Za trzy dni będzie po wszystkim.

- Panie doktorze, pan profesor prosi. - Przepraszam.

Paznakomtis. Eto koliega o kotorym gawarili.

Ma pan szczęście, kolego Piechocki,

profesor Kolanow, w drodze z Kongresu Genewskiego

zatrzymał się w Warszawie.

- Mówiłem mu o pańskich projektach. - Piechocki.

Oczeń rad. Prijezrzajtie k nam po rabotu w miestie.

Andrej Stanisławowicz gawarił szto wy sczytali maju stratiu.

Czytał. Czytał.

No i kak? Wy samyj sagłasnyj.

Tak. Znaczy się da.

Da.

Ale.

Ale. Znaczit wy nie wa wsiom sagłasnyj.

Ja ze wsiom, ale. Zaraz ja nie wiem jak to powiedzieć po rosyjsku.

A co pan chciał powiedzieć?

Profesorze, parasol?

Parasol? Zontik.

Zontik. Nie panimajet.

A pri czom dzieś Zontek.

Wy możet być nie maju stać czitali a sinoptika.

Wy czitacie pa ruski?

Nie. Niet.

Nie?

Kakim obrazom wy praczitali maju statiu?

Pa anglijskij. W żurnale "Lancet".

And how do you like it?

Da, da.

Teraz pójdziemy na obiad.

Jutro lecimy do Krakowa,

a w poniedziałek pokażę panu parę interesujących przypadków.

Może tę Barbarę Lasoń...

- Pójdziemy. - A eta?

A, oczeń interesnyj słuczaj.

Dziękuję.

- Chodim. - Spasiba.

Kraków oczeń wam panrawitsa.

No tak. Tylko ja zostałem na lodzie.

Ale czy to musiała być prawdziwa żona?

Co to znaczy czy prawdziwa?

To należało ożenić się z kimś tylko chwilowo.

Każdy żeni się tylko chwilowo.

Ale można było po prostu zawrzeć umowę.

Żenimy się, ja dostaję mieszkanie, potem się rozchodzimy.

Mieszkanie zostaje, żona odchodzi,

jesteśmy w zgodzie z przepisami i z własnym sumieniem.

Do tego potrzebna jest tzw. równa babka.

Można by porozmawiać.

Ostrożnie, ona kogoś jeszcze ma.

Ale ja się w niej nie kocham.

Dajcie spokój.

- Nie zawracaj głowy. - Ale nie. Dajcie spokój.

- Proszę. - Nie wygłupiaj się.

To twoja ostatnia szansa, mamy tylko 3 dni.

Joanno, chciałem cię o coś zapytać.

Kiedy ty jedziesz do tej Bułgarii?

Pojutrze.

Mamy do ciebie koleżeńską prośbę.

Oj mamo, to jest zwyczajna koleżeńska przysługa.

Tak.

Umówiliśmy się. Biorę rozwód, bierzemy ślub

i jak tylko dostanę to mieszkanie to występujemy o rozwód.

To może ja się od razu porozumiem z adwokatem?

Zadzwoniłabym do mecenasa Trzcińskiego.

On z twoim ojcem był razem w oflagu.

- No dobrze. - Co?

- Zadzwonić? - Niech mama zadzwoni.

Nie, nie, niech mam się wstrzyma, chociaż pół godziny.

Nie można w końcu przed ślubem występować o rozwód.

No pa.

Ten alarmowy, to pan dozorca.

Wyłączył, bo ciągle dzwoniłem dla draki.

Halo!

Halo! Halo!

Na dziś szkołę mam już z głowy. Ja tę windę znam.

Halo!

Tomku!

To moja mama!

Tomeczku, to ty!

Mamo, mama niech natychmiast idzie do dozorcy,

albo zadzwoni po konserwatora.

Mama mnie słyszy?

Słyszę, słyszę syneczku. Już to załatwiam.

Trzynastego, każda strata jest prosta.

Która godzina?

Akurat matma się skończyła.

Chyba ją zaraz naprawią!

Byleby nie przed przyrodą.

Gra pan w bitwę morską?

Bardzo mi przykro, panie doktorze, ale nie mogę dłużej czekać.

Mamy już ponad godzinę spóźnienia.

Kolega tak nie postępuje. Nie mówiąc już o narzeczonej.

No, no, różnie bywa.

No dobrze. Poczekamy jeszcze 10 minut.

C4, C5, C6.

Paf, paf, paf!

Krążownik.

Zatopiony.

D4, D5, D6.

Tomeczku.

Paf, paf, paf!

A, ha, ha, ha, ha.

No tak. W dniu, w którym zawiodła winda,

zawiodła również i ostatnia szansa.

Co tu ukrywać. Stan beznadziejny.

Pan doktor mimo najszczerszych wysiłków

zmarnował cały miesiąc ofiarowany mu przez USC.

Miesiąc, który wraz z nadziejami na M-3 upływa już jutro.

Proszę.

Można?

Dobry wieczór. Przyniosłam kwiaty.

Tak, proszę bardzo niech pani tam położy.

- Komu mam oddać jutro? - Ale kwiaty są dla pana.

Od kogo?

Ode mnie.

Chciałam panu bardzo podziękować za opiekę.

Proszę bardzo.

Ale ja pani nie znam.

Ja leżałam u pana.

Przepraszam, ale ja chyba pani nigdy nie widziałem.

Widział mnie pan codziennie przez miesiąc.

Proszę mi pokazać nogę.

Lasoń.

Barbara.

No, to jutro wypisujemy panią. Tak?

Narzeczony się pewnie ucieszy.

Nie ucieszy się, bo już z nim zerwałam.

- To cała pana kolacja? - No.

Może ja panu coś zrobię? Może jajecznicę.

Nie, ale niech się pani nie...

A pani umie robić jajecznicę?

No, właściwie, co z tym narzeczonym?

Och nie mam do niego siły.

Ciągle mi robi awantury o byle co.

Bo stale miał jakieś pretensje.

O to, że nie jestem tajemnicza, albo o to, że nie mam kompleksów.

A czy wszyscy muszą mieć kompleksy? Nie rozumiem.

A sam jest nudny.

Ciągle tylko do opery i do opery. I mnie ze sobą ciągnie.

Istnieją przecież jakieś inne rozrywki poza operą.

O Boże, ile tego jest. Kto to wszystko ma zjeść?

Może pani mi teraz trochę pomoże?

Dobrze.

Smacznego.

Tak, słucham. Tak, to ja.

Słucham? Nie. Tak. Jem pyszną kolację.

Nie, nie kładę się spać, bo jestem na nocnym dyżurze.

Muszę zajmować się pacjentką. Pacjentami.

No dobra. Pa. Całuję.

Żona?

A pani bywa zazdrosna?

Nie. Chyba nie.

Doktorze Piechocki, tylko bez wahań.

Pani Basiu.

Przed panem ostatnia okazja zdobycia M-3.

Pani Basiu, czy pani kiedyś obcięła komuś krawat?

Po co tak niszczyć krawat?

- Basiu. Pani Basiu. - Co pan robi?

Badam tętno.

W obu rękach na raz?

Tak, to najnowsza metoda.

Bada się w obu rękach, a potem szybko dzieli się przez dwa.

Czy mogę pani podziękować za te kwiatki?

Można?

Można.

Dziękuję.

Poproszę świadków.

Gratuluję.

A, pan doktor usłuchał mojej rady.

Winszuję, winszuję, dużo szczęścia.

A winszuje przede wszystkim pięknego mieszkania,

bo to w małżeństwie najważniejsze.

Proszę.

Czy możemy prosić o klucz?

Klucz? Do czego klucz? Do czego?

Do mojego, do naszego M-3. Numer 62.

Czy pan doktór nie dostał zawiadomienia o pomyłce?

Wysłaliśmy przecież do pana doktora list.

To jest mieszkanie inżyniera Tadeusza Piechockiego.

Inżyniera?

Pan inżynier już się tam wprowadził.

Tadeusza.

Tadeusza, Piechockiego. Omyłka.

Do widzenia.

Do widzenia panu.

W takim razie ja zaraz zadzwonię do tego mecenasa.

Nie, nie, nie, niech mama nie dzwoni. Ja nie chcę rozwodu.

Nie rozumiem.

Synuś, no palnąłeś to głupstwo, bo chodziło o M-3.

No, ale teraz nie rozumiem.

- Nie chodzi tylko o M-3. - A o co?

Niech mama zgadnie.

Tak. Teraz, kiedy mi głowa pęka on mi zagadki zadaje.

Hej!

Więc to tutaj?

No. Za dwa lata tutaj będzie nasze M-3.

Za dwa lata? Już tak prędko?

Ej, panowie! Co jest?

Nam się spieszy, a panowie piwko?

Wariat, czy zakochany?

A ty jak myślisz, co to jest?

Rakieta. Wracam z tenisa.

Nie podoba ci się?

Zarówno w rakiecie tenisowej, jak i w życiu

nie należy przeciągać struny.

Sami państwo widzą bohater nasz pod wpływem tej ostatniej wiadomości

zupełnie znieruchomiał i być może pomyślał, że to już koniec.

I rzeczywiście.

Napisy dla Telewizji Polsat: DUBBFILM

Redakcja: Rafał Kwietniewski Poprawki: Johnny

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.