Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
„Granice, które oddzielają życie od śmierci,
są co najwyżej mętne i niewyraźne.
Kto wie, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie?” E. A. Poe
BIELMO
Witam.
- Augustus Landor? - Tak.
A pan?
Kapitan Hitchcock, do usług. Zastępca dowódcy Akademii.
Przybyłem powiadomić,
że superintendent Thayer żąda niezwłocznej wizyty.
- W jakim celu? - Zostawię to pułkownikowi.
- Kiedy? - Jak najprędzej.
A jeśli odmówię?
Jako prywatny obywatel ma pan do tego prawo.
To dobry dzień na przejażdżkę.
DOLINA HUDSON, NOWY JORK, 1830
Gubernator twierdzi, że słynął pan wśród nowojorskich konstabli.
Gdy wysunął pańską rekomendację, wymienił listę zasług,
w tym pojmanie przywódcy Daybreak Boys,
rozbicie gangu Shirt Tails
i rozwiązanie zagadki krwawego morderstwa młodej prostytutki w Elysian Fields.
AKADEMIA WOJSKOWA USA WEST POINT
Ma pan talent do łamania szyfrów, tłumienia zamieszek
i dyskretnych przesłuchiwań.
Syn pastora z Gloucester,
przybył pan do Nowego Jorku jako nastolatek.
Jest pan też wdowcem, panie Landor.
Od trzech lat.
- Napije się pan kawy? - Wolałbym piwo.
Zatem…
Trzyma pan notatki w jakiejś przegródce na zapleczu?
Co jeszcze w nich jest? Że nie zajrzałem do kościoła
od długiego czasu?
Że moja córka jakiś czas temu uciekła z domu?
Wiemy o tym, że zaginęła.
Wyrazy współczucia.
Z całym szacunkiem, nie chciałem pana urazić.
Skądże.
Nie. To ja powinienem przeprosić.
Co też czynię. Proszę kontynuować.
Panie Landor, musimy zachować nadzwyczajną dyskrecję.
Szukamy kogoś.
Obywatela z poświadczoną renomą i taktem,
by przeprowadził dochodzenie na polecenie Akademii.
To skomplikowane śledztwo delikatnej natury,
które dotyczy jednego z naszych kadetów.
Studenta drugiego roku z Kentucky o nazwisku Fry.
- Leroy Fry. - Nie ma co owijać w bawełnę.
Fry się powiesił wczoraj w nocy.
Przykro mi to słyszeć.
Okropna historia. Ale proszę zrozumieć naszą sytuację.
Podejmujemy młodych mężczyzn w opiekę,
by zrobić z nich dżentelmenów i żołnierzy. Ku temu właśnie ich popychamy.
Lecz wydaje nam się, że wiemy, kiedy przestać.
Chłopak się powiesił.
- To sprawa dla koronera. - To nie wszystko.
Ciało kadeta Frya zostało sprofanowane wczoraj w nocy na oddziale szpitalnym.
Sprofanowane? Przez kogo?
Gdybyśmy wiedzieli, nie musielibyśmy pana wzywać.
W Akademii pewnie nie brak dowcipnisiów.
To żaden dowcip, panie Landor.
Wycięto mu serce z piersi.
Doktorze Marquis, jak ktoś mógł tego dokonać?
Skalpelem. Albo ostrym nożem.
Ale dotrzeć do serca nie jest tak łatwo.
Nacięcia na płucach i wątrobie to znak,
że ktoś kierował ostrze tak, by zachować serce.
A jak można je przechować?
W jakimś pojemniku.
Owinięte w muślin albo gazetę.
Prawdopodobnie obłożone lodem.
Jaki człowiek mógłby to zrobić?
Silny.
Zatem nie kobieta?
Nie miałem przyjemności jeszcze takiej spotkać.
A przygotowanie medyczne?
Musiałby być równie wykształcony i przeszkolony, co pan?
Niekoniecznie.
Potrzebowałby światła, by wiedzieć, gdzie ciąć,
ale nie musiałby być doktorem czy chirurgiem.
- Musiałby być… - Szaleńcem!
Który wciąż grasuje.
Prezentuj broń!
Wybaczy pan, panie Landor.
Znajdujemy się w delikatnej pozycji.
Wpływowa grupa senatorów w Waszyngtonie
usilnie dąży do tego, by zamknąć nasze podwoje.
Proszę, by pomógł pan ocalić honor Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych.
Spróbuję.
Wczoraj w nocy pełnił pan wartę, panie Huntoon.
Tak jest.
Od 21.30 do północy, po czym wróciłem do wartowni.
Gdzie to jest?
Numer cztery, przy Fort Clinton.
Przyznam, że niezbyt dobrze znam teren,
ale miejsce, w którym się znajdujemy,
nie jest po drodze z Fort Clinton do Północnych Koszarów.
- Zgadza się. - Czemu zboczyłeś?
Po drodze coś usłyszałem.
Brzmiało jak zwierzę.
Jakby umierało lub wpadło w pułapkę, więc chciałem mu pomóc.
Bardzo lubię zwierzęta.
Biegłem w tę stronę, aż natknąłem się na kadeta Frya.
- Jak wyglądał? - Niedobrze.
Zwisał nierówno.
Prawie jakby siedział na krześle.
Nie rozumiem.
Jego stopy dotykały ziemi.
- Jego stopy dotykały ziemi? - Tak.
No dobrze. I co zrobiłeś potem?
Pobiegłem. Z powrotem do Północnych Koszarów.
Ostatnie pytanie i dam ci spokój.
Widziałeś kogoś jeszcze?
Nie.
Panie Huntoon.
Szyja…
To z miejsca przykuło moją uwagę.
Widzi pan?
Ślad jest nierówny. Sznur owinął się wokół szyi
i przesuwał się w górę i w dół, szukając oparcia.
Jak gdyby…
Jak gdyby się opierał.
Proszę spojrzeć na jego palce.
Świeże odciski od chwytania sznura,
by się wyzwolić.
Co tu się wyprawia?
To wbrew procedurze.
Mógłby pan obmacać tył głowy pana Frya?
Zbadał go pan, prawda?
Oczywiście, to moja praca.
Musimy znów to przerabiać?
Wyczuwam stłuczenie.
W okolicy ciemieniowej.
Na ponad siedem centymetrów.
Musiałem to przegapić.
Ktoś zamordował pana Frya.
Czy to właśnie pan sugeruje?
Słusznie pan rozumuje, kapitanie Hitchcock.
Każdy mógłby to przegapić, doktorze.
Panie Landor.
Podjął się pan zadania,
więc powinniśmy ustalić pewne zasady.
Co dzień melduje się pan u mnie, a ja u pułkownika.
I ani słowa o tym w Akademii czy poza nią.
- To wszystko? - Jeszcze jeden warunek.
Na czas śledztwa ma pan zakaz spożywania alkoholu.
Doszły nas słuchy.
Przepraszam.
- Pan Augustus Landor? - Tak.
O ile się nie mylę, zlecono panu rozwiązanie zagadki
dotyczącej Leroya Frya.
Owszem. Czym mogę służyć?
Przez wzgląd na honor tej instytucji spoczywa na mnie obowiązek,
by wyjawić pewne wnioski, do których doszedłem.
Wnioski?
Dotyczące świętej pamięci pana Frya.
Proszę mówić.
Człowiek, którego pan szuka…
jest poetą.
Szeregowy Cochrane.
Gdy ciało Leroya Frya powróciło do szpitala,
miał pan rozkaz go pilnować?
Tak.
- Czy coś się wtedy wydarzyło? - Dopiero o 2.30.
- Gdy ktoś przyszedł mnie zastąpić. - Kto taki?
- Kto pana zastąpił? - Nie mogę powiedzieć.
Wiem tylko, że to oficer.
- Nie przedstawił się? - Nie.
Nie oczekiwałbym tego po oficerze.
Co panu powiedział?
„Dziękuję, szeregowy. To wszystko. Ja cię zastąpię”.
- Dziwne polecenie, nieprawdaż? - Tak. Bardzo.
- Widział pan jego twarz? - Nie.
Miałem tylko świecę. Było ciemno.
To skąd pan wiedział, że to był oficer?
Po belkach na ramieniu. Choć przyznam, że wyglądało to dziwnie.
- Co takiego? - Te belki.
Na lewym ramieniu ich nie miał.
Oto on, we własnej osobie.
Benny z miejsca rozpozna spragnionego mężczyznę.
Na sam widok robi mi się ciepło.
- Benny! - Tak jest.
- Za zasady. - Pieprzyć je.
Patsy.
Patsy!
Czym się smucisz?
Słyszałeś o tym biednym kadecie?
- Podobno konał godzinami. - Kto tak mówi?
On.
Nie powinien pan być na recitalu?
Dobry wieczór. Recital?
Obejdą się beze mnie.
Ledwo mnie zauważają w Akademii.
Zresztą więcej wiedzy przysposobiłem w takich miejscach niż w szkole.
Nie wątpię.
Proszę usiąść. Proszę sobie…
- Usiąść? - Tak. Dziękuję.
Kadet czwartej klasy Poe. E. A. Poe.
Edgar A. Poe.
Niebywale spragniony, jak widzę.
W ten sposób odpędzam smutki.
Proszę powiedzieć, skąd pan wie o Leroyu Fryu?
Od Huntoona, ma się rozumieć.
Trąbi o tym na prawo i lewo jak miejski herold.
Może wkrótce jego też ktoś powiesi.
Nie sugeruje pan chyba, że ktoś powiesił pana Frya?
Niczego nie sugeruję.
Czemu uważa pan, że ten, kto wyciął serce Leroyowi,
był poetą?
Cóż…
Serce to symbol, inaczej jest niczym.
Bez symboliki co nam pozostaje?
Niepozorny mięsień, równie atrakcyjny, co pęcherz moczowy.
Kto wycina komuś serce, ten nurza się w grzechu.
A kto ma ku temu lepsze predyspozycje
niż poeta?
Który bierze rzeczy dosłownie, jak widać…
Proszę nie udawać, że ten barbarzyński akt
nie wypłoszył literackich odniesień z zakamarków pańskiego umysłu.
Jak czarująca pieśń lorda Sucklinga:
„Błagam, zwróć mi serce Jeśli twego mieć nie mogę”.
Czy nawet wersety z Biblii:
„Stwórz, Boże, we mnie serce czyste”.
„Nie gardzisz, Boże, sercem pokornym i skruszonym”.
Równie dobrze więc moglibyśmy szukać religijnego fanatyka.
Nie, otóż nie powiedziałem jeszcze, że sam jestem poetą,
stąd mój sposób rozumowania.
Nie znam się zbytnio na poezji.
Nie inaczej. Jest pan Amerykaninem.
A pan?
Artystą. Innymi słowy, apatrydą.
O co chodzi?
Dziękuję za pomoc.
Radzę się przyjrzeć kadetowi nazwiskiem Loughborough.
Dzielił z Fryem kwaterę, nim się poróżnili.
Co między nimi zaszło, pozostaje zagadką.
Panie Loughborough.
Proszę powiedzieć panu Landorowi o pańskiej znajomości z panem Fryem.
Tak jest. Byliśmy współlokatorami.
Poróżniliście się może?
Nie tak bym to nazwał. Raczej…
nasze drogi się rozeszły.
Co było tego przyczyną?
Nic, po prostu…
taka kolej rzeczy.
Jeśli wie pan coś, co dotyczy pana Frya,
proszę natychmiast to ujawnić.
To było tak.
Stwierdziłbym, że zadał się
ze złą szajką.
Przynajmniej tak ich nazywał.
Czy miał na myśli innych kadetów?
Nie mówił, ale tak się domyśliłem.
Czemu pan tego nie zgłosił?
Nie wydawało mi się, że to ma jakiś związek,
gdyż było to dawno temu.
Odmaszerować.
Panie Stoddard.
Pan ostatni widział pana Frya żywego.
Tak jest.
- Głośniej. - Trochę niedomagam.
Widziałem Leroya owej nocy.
Minąłem go w drodze do koszarów.
Rozmawiał pan z nim?
Zapytał, czy w pobliżu są jacyś oficerowie.
Jak wyglądał?
Było tak ciemno, że nie polegałbym na mojej pamięci.
Miał coś przy sobie? Może kawałek sznura?
Nic takiego nie widziałem.
Jeszcze coś.
Gdy Fry odchodził, spytałem, dokąd się wybiera o tej porze.
No i?
Odparł, że ma ważną sprawę.
Jak pan to zrozumiał?
Nie wiem.
Odmaszerować.
- Przepraszam, kapitanie. - Tak.
Jezu Chryste.
„Ktoś zamordował krowę i owcę w Cold Spring.
Rozpłatał im jamy piersiowe i wyciął serca”.
Czy żadne boskie stworzenie się przed nim nie uchowa?
Nie wiemy, czy to ta sama osoba.
Co?
Niby zbieg okoliczności?
Jutro od godziny szóstej
wszyscy uczęszczać będą jedynie na lekcje, posiłki i modlitwę.
Nic więcej!
Jeśli będą pytać,
rozmawialiśmy tylko o twojej znajomości z Fryem.
Nie byłoby o czym mówić. Nie znałem go.
- Co? - Nie znałem człowieka.
- To źle cię zrozumiałem. - Nie pan pierwszy.
Skoro to nie rozmowa, to co?
Oferta pracy.
Bez zapłaty.
Żaden kolega z klasy nie może wiedzieć, co robisz,
dopóki nie minie dość czasu od zakończenia sprawy.
Jeśli się dowiedzą, pewnie cię przeklną.
Kusząca oferta.
Poproszę o szczegóły.
Doskonale. Rozszyfruj mi ten urywek dłuższej notatki.
Pracuj w sekrecie i najdokładniej, jak potrafisz.
Z przyjemnością donoszę, że rozszyfrowałem pańską wiadomość.
Ręczne pismo, przekaz natury osobistej.
Fry miał ją przy sobie w chwili śmierci.
Stąd wniosek, że owej fatalnej nocy jej treść zdołała wyciągnąć go z koszarów.
Jako że resztę wiadomości wyrwano mu z dłoni,
możemy założyć, że w jakiś sposób demaskowała jego nadawcę.
Raczej prymitywne, drukowane pismo
może świadczyć o tym, że nadawca chciał ukryć swoją tożsamość.
To jakieś zaproszenie lub, ściślej mówiąc, pułapka.
Pułapka?
Mając to na uwadze… Mogę?
Skupmy wysiłki na trzeciej linijce,
która niewątpliwie jest kompletna.
„Bądź”. Ale co dalej?
Coś, co zaczyna się na „P”.
„Prosty”? „Pogodny”?
Nie. Nie pasują do zaproszenia.
„Bądź przejęty”? Nie. Zbyt karkołomna konstrukcja.
Jeśli Fry miał stawić się w konkretnym czasie i miejscu,
zostaje nam tylko jedno słowo: „późno”.
„Bądź późno”.
Patrząc na trzecią linijkę, pierwsze słowo staje się
dziecinnie proste do wydedukowania: „Nie”.
Zatem: „Nie bądź późno”.
Proszę się przyjrzeć uważnie.
Stąd niedaleko do właściwego kandydata.
Jeśli Fry ma się udać w umówione miejsce,
z perspektywy piszącego miał tam przyjść.
Zatem: „Proszę przyjść, panie Fry”.
Skoro już to mamy, to nic prostszego,
niż wydedukować następne słowo. Cóż innego niż „niebawem”?
Dopisujemy słowo i voilà!
„Nie bądź późno. Przyjdź niebawem”.
Proszę, oto rozwiązanie naszej małej zagadki,
które niniejszym przedkładam.
Pierwszorzędna robota. Dziękuję.
- Jedna uwaga. - Tak?
Co z dwiema pierwszymi linijkami?
Zmuszony byłem spisać je na straty.
Znasz ortografię?
Bezbłędnie. W ocenie samego autorytetu,
jakim jest wielebny John Bransby ze Stoke Newington.
Zatem nie zdarza ci się to, co wielu z nas.
Błąd ortograficzny.
Na przykład: „pszyjdź” lub „przyjć” zamiast „przyjdź”.
To popularne błędy.
Zaproszenie, owszem. „Przyjdź tam”.
Rzecz jasna nadal nie wiemy, gdzie się mają spotkać, prawda?
Coś zakończone na „N-I”.
Na przystani!
- „Nad zatoczką przy przystani”. - Doskonała propozycja.
Zatem: „Będę nad zatoczką przy przystani”.
„Przyjdź tam”, powiedzmy o 23.
Zatem: „Nie bądź późno. Przyjdź na pewno”. Chyba lepiej pasuje.
Coś ci to mówi?
Po co umawiać się z kadetem na przystani,
a nie gdzieś indziej?
Bo nie chodzi o kadeta, tylko o kobietę.
Od początku pan to wiedział.
Domyślałem się.
Jeśli faktycznie szukamy kobiety,
to możliwe, że miałem okazję ją widzieć.
Rankiem po śmierci Leroya Frya, gdy jeszcze nic nie wiedziałem,
zbudziłem się i zacząłem recytować początkowe wersy wiersza,
opisujące tajemniczą kobietę w straszliwych męczarniach.
A potem, tuż za oknem kantyny, zjawiła się najpiękniejsza istota,
jaką miałem przyjemność ujrzeć.
Kto taki?
Nie mam pojęcia.
Czemu uważasz, że ten wiersz czy ta młoda kobieta mają związek z Fryem?
Aura skrywanej przemocy.
Udręka nie do opisania.
Nieznana kobieta.
Mogłeś napisać to innego ranka.
Ja tego nie napisałem. Zostało mi to podyktowane.
Podyktowane?
Przez kogo?
Moją matkę.
Nie żyje.
Od prawie 20 lat.
Opowiedz mi o tym Poem.
Poey.
Miły chłopak.
Piękne maniery. Gadatliwy.
Niewątpliwie. I niewątpliwie jest w nim coś osobliwego.
Bo dużo gada?
Nie. Bo snuje absurdalne fantazje.
Powiedział mi o wierszu
i twierdzi, że ma on związek ze śmiercią Leroya Frya.
I że podyktowała mu go we śnie jego zmarła matka.
Sam wiesz najlepiej, że ludzie, których utraciliśmy…
zawsze są przy nas.
Człowiek zrobi wszystko, by oszukać śmierć, nieprawdaż?
W jakimś pojemniku.
Owinięte w muślin albo gazetę.
Prawdopodobnie obłożone lodem.
PRZYJDŹ DO LODOWNI. ODWAGI
Świetnie. Dostałeś moją wiadomość.
- Ktoś cię śledził? - Śledził?
To nieprofesjonalne. Jasne, że nie.
- Co to? - Miejsce zbrodni.
Drugiej zbrodni.
To tu przyniesiono serce Frya.
Wspomniałeś, że przywiodło ci to na myśl Biblię.
Przyznam, że też szedłem w tym kierunku.
Nie tyle w stronę Biblii,
co religii.
Wygląda to na rodzaj jakiejś ceremonii.
Krew i świece ustawione według planu.
- Krąg. - I trójkąt.
A serce Frya prawdopodobnie umieszczono pośrodku.
Mam przyjaciela, który może nam pomóc.
Profesor Jean Pépé jest ekspertem w dziedzinie symboli…
- Pépé! - …rytuałów, okultyzmu.
Profesorze!
- Pépé to największy ekscentryk… - Proszę!
- Wybacz to najście. - …jakiego miałem przyjemność poznać.
Przychodzę pokazać ci coś osobliwego.
To niewątpliwie jest magiczny krąg.
Widziałem coś takiego w Czerwonym Smoku.
O ile dobrze pamiętam, magik stał
w trójkącie.
Sam?
Mógł być w otoczeniu asystentów.
Świece i pochodnie po obu stronach, pełno świateł,
istny festiwal świateł.
Gus, sięgnij z regału…
Druga półka od góry.
Ta księga na górze.
Tak.
Pierre de Lancre, poważany łowca czarownic.
Zna pan francuski?
Proszę czytać w myślach. Środkowa strona.
De Lancre skazał na stracenie 600 baskijskich czarownic
i pozostawił tę niebywałą księgę, którą pan teraz studiuje.
Chciałbym dać wam inną, Diabelską mowę Henriego Le Clerca,
który nie spoczął, nim nie zgładził 700 czarownic,
ale ponoć została zniszczona.
Krążą pogłoski, że pozostawił dwie lub trzy
identyczne kopie owej zniszczonej księgi.
Wielu entuzjastów wiedzy tajemnej za wszelką cenę pragnie ją znaleźć.
- Czemu? - Czemu?
Le Clerc zawarł w niej instrukcje, jak zdobyć…
nieśmiertelność.
Wielki Boże.
„Powszechnie wiadomo w kręgach nikczemnych aniołów,
że podczas uczt sabatowych
spożywa się, co następuje.
Nieczyste zwierzęta, od jakich stronią chrześcijanie,
serca nieochrzczonych dzieci
oraz serca wisielców”.
Zapuść dyskretnie sieć wśród kadetów,
by wyłowić tych, którzy mogliby mieć związek z okultyzmem.
Słucham.
Otrzymałem pewną propozycję,
zgoła mrocznej i niechrześcijańskiej natury.
Czyli?
Poczułem nagły bodziec, by zwątpić w swoją wiarę.
I przyswajać tajemne praktyki o pradawnych korzeniach.
- Tajemne praktyki? - Czarna magia. Kto to był?
- Żądamy odpowiedzi. - Przysiągłem, że go nie wydam.
Kto to był?
Nie wyciągniecie tego ode mnie, choćby Bóg miał zesłać na mnie piorun.
- Jeśli chcesz się z nami modlić… - Dałem słowo.
- Skoro kwestionujesz swoją wiarę… - To tajemnica.
To Marquis?
Hamilton, ostrzegam.
Zdobyłem nazwisko, teraz muszę go odszukać.
Zawroty głowy?
Wszystko wiruje mi przed oczami.
Tętno jest przyspieszone.
Dobrze, panie Poe, proszę dziś zostać w domu
i się wykurować.
Proszę okazać to pułkownikowi Locke’owi i dowódcy kadetów
Artemusowi. To mój syn.
Dopilnuje, by zwolnił dziś pana z obowiązków.
Mam cię zwolnić z zajęć, bo dolegają ci
zawroty głowy?
I jeszcze coś gorszego, czego nie zanotowano.
Atak grand ennui.
„Grand ennui”?
O niezwykle ostrym przebiegu.
Zachowuj się, Poe.
Proszę spytać lekarza.
To prawda, pułkowniku.
Ojciec mówił, że w życiu czegoś takiego nie widział.
Dobrze.
Ale ukarzę cię za niestosowną impertynencję.
Trzy punkty karne.
Wracaj na swoją kwaterę.
Radzę ci tam być podczas inspekcji.
- Poe, zgadza się? - Tak.
Artemus Marquis.
Twoja impertynencja jest godna podziwu.
Dziś o 23. Północne Koszary, numer 18.
Przepraszam, że się spóźniłem. Oby nie za bardzo.
Jak tu przytulnie.
Książki!
Pobudził pan moją ciekawość.
Od czego zacząć?
Nieszczęsny Fenimore Cooper. Stała pozycja w każdej bibliotece.
Cóż za kolekcja.
Historia Egiptu i tym podobne.
Nakryłem pana.
Uwierzyłem, że nie czyta pan poezji.
Bo nie czytam.
Byron!
- To mój faworyt, panie Landor… - Proszę.
…do tego tomik mocno sczytany.
Należał do córki.
Już tu nie mieszka?
Nie. Uciekła z kimś.
Znał go pan?
Przelotnie.
I już nigdy nie wróci?
Raczej nie.
Zatem obaj jesteśmy sami.
Ty masz swoją matkę.
Wciąż z tobą rozmawia.
- Chociaż tyle. - No tak.
Od czasu do czasu.
Dodam też, że wszystko, co we mnie dobre, zawdzięczam właśnie jej.
Pańska córka. Jak jej na imię? Jeśli wolno.
Mathilde.
Mattie.
Nie musi pan niczego dodawać.
- Twierdzisz, że coś znalazłeś. - Nie, to mało powiedziane.
Kogoś nazwiskiem Marquis.
Lekarz.
Nie. Jego syn Artemus.
Postanowiłem wemknąć się do jego zamkniętego grona.
Kolejne boskie stworzenie.
Dziękujcie niebiańskiej Patsy.
Doniesiesz na nas za przesiadywanie po godzinach?
Urażają cię nasze drobne hultajstwa?
Nie tylko nie czuję się urażony, panie Ballinger…
oczekuję następnej kolejki.
Pij.
Do dna, niewiasto.
Ballinger, jesteś dziś nieznośny.
Następny, s’il vous plaît.
Dziękuję.
Mogę tak całą noc!
Powoli, Ballinger.
Niełatwo było zdobyć tę gorzałkę.
Poe.
Ponoć jesteś prawdziwym poetą.
Mówią mi, że wykazuję skromny talent.
Zatem domagam się recytacji.
Zabaw nas.
Pewna dama na Bermudach
Twierdziła, że dręczy ją nuda
Myślała, że zdoła Omamić mnie goła
Wygrała i wpadłem w jej uda
Świetnie, Poe.
Brawo.
Przegrywa siódemka.
Wygrywa… walet.
Proszę, proszę. Masz farta, Poe.
Dziękuję.
To prawda, że detektyw Landor wypytywał cię o Frya?
Błędnie mniemał, że łączyły nas zażyłe stosunki.
To prawda?
Nie.
Za to Fry zwrócił na siebie uwagę dopiero wtedy,
gdy się powiesił.
Powiesił się z rozpaczy, bo pewna dama dała mu kosza.
Kto według ciebie, Stoddard?
Przypadkiem nie twoja siostra?
Nie ona zauroczyła Frya?
Doprawdy, Randy.
Byłeś z nim bliżej niż reszta z nas.
Chyba nie tak blisko
jak ty.
W porządku. Na czym skończyliśmy?
Poe!
Czy pana przepisy nie obowiązują?
Wytłumacz się.
Świece miały być zgaszone trzy godziny temu.
Przepraszam.
Twoje przeprosiny nigdy mnie nie przekonują.
Leroy Fry stracił życie, gdy włóczył się po godzinach.
Natychmiast wracaj do koszarów.
Ciesz się, że nie kopiesz własnego grobu.
Dziękuję.
Pospiesz się.
Mattie?
„O mnie pamiętaj w Twojej łaskawości ze względu na dobroć Twą, Panie!”
„Bo nikt po śmierci nie wspomni o Tobie:
któż Cię wychwala w Szeolu?”
„O mnie pamiętaj
w Twojej łaskawości ze względu na dobroć Twą, Panie!”
„Od smutku oko moje mgłą zachodzi”.
Pan Landor. Nieprawdaż?
Tak.
Jestem matką Leroya.
Proszę to wziąć.
Pamiętnik Leroya.
Obejmuje co najmniej trzy lata.
Nie pamiętam…
Przepraszam.
Okropna strata.
Nie pamiętam, by znaleziono go wśród jego rzeczy.
Pan Ballinger mi go przysłał.
- Pan Ballinger? - Tak.
Jak tylko usłyszał, co się stało,
poszedł do kwatery Leroya, by zaoferować pomoc.
Drogi młodzieniec przysłał go mnie.
Rozumiem.
Przed chwilą, gdy tylko mnie zobaczył,
powiedział: „Powinna pani mieć pamiętnik Leroya u siebie w Kentucky.
Chyba że woli go pani spalić”.
Co za serdeczny gest.
Nic z tego nie rozumiem.
Same liczby i litery…
Widzę, że Akademia bardzo na panu polega,
uznałam więc, że powinien go pan mieć.
Będę tu wracać.
- Dbać o jej potrzeby… - Rozumiem.
To nasza wspólna troska.
Doktorze!
Panie Landor. Co za miła niespodzianka.
Proszę poznać moją żonę, Julię.
Wiele o panu słyszałam.
Miło mi.
To pan bada sprawę śmierci pana Frya?
Tak.
Właśnie o tym mówiliśmy.
Mąż powiada, że pomimo jego usilnych starań
ciało pana Frya było już w stanie, który nie pozwalał, by otworzyć trumnę.
- Biedni rodzice. - Tak, zaiste.
Ta sprawa bardzo nami wstrząsnęła.
Zapewniam, że nie spocznę, dopóki go nie schwytamy.
Miło było poznać.
Moja droga.
Z tego, co wiem, jest pan wdowcem.
Zgadza się.
Wyrazy współczucia.
Pańska żona niedawno nas opuściła?
Dwa lata temu.
Zaledwie parę miesięcy po przeprowadzce do Highlands.
Nagła choroba?
Nie nagła…
Niewystarczająco.
Doceniam pańskie poświęcenie.
- Wyrazy współczucia. - Dziękuję.
Brawo.
Nie mówiłem, że moja siostra to wirtuoz?
Cudownie, moja droga. Wzruszyłem się.
Tak.
Piękna kaskada, panno Marquis. Zaiście.
Tak. Masz zapewnioną nieśmiertelność.
Nie znam kobiety, której by na tym zależało.
Przyszły mi na myśl słowa sir Thomasa Graya:
„Jakże wiele pąków Zakwita w ukryciu”
„Ich słodycz zna jedynie Pustynne powietrze”
Mój ulubiony wiersz.
Co sądzisz o moim protegowanym?
Pan Poe obędzie się bez protekcji.
Na pewno nie omotają go tacy jak wy.
Dobrze, Lea.
Wystarczy. Musisz odpocząć przed kolacją.
- Wybaczcie, panowie. - Dziękujemy, Lea.
Randy, krzesła.
Stoddard, rusz się. Szachy.
Nudzi mi się.
Nie obchodzi mnie to!
Jest chora!
Nie powinna w takim stanie…
Panno Marquis.
Proszę wybaczyć.
Nic tak by mnie nie uradowało jak spotkanie z panią w sobotę.
Nie wątpię, panie Poe, ale sobotę mam już zajętą.
Rozumiem.
Zatem spotkanie w sobotę?
Albo w niedzielę, jeśli pani woli.
Lub w poniedziałek.
A gdzie się spotkamy?
Niech zgadnę. Latarnia? Ścieżka Zakochanych?
Nie.
Nic z tych rzeczy.
Miałem na myśli cmentarz.
Cmentarz?
Interesujące.
Też tak sądzę.
Życzę miłego wieczoru.
Wszystko jest obnażone.
Aby podziwiać przyrodę Highlands w pełnym majestacie,
należy oglądać ją tuż po tym, jak drzewa zgubią liście.
A to czemu?
Roślinność nie upiększa,
lecz przesłania pierwotne dzieło Boga.
Romantyk.
Lubi pan mówić o Bogu i śmierci, prawda?
Śmierć to w poezji najbardziej wzniosły temat.
Usiądziemy?
- Piękne miejsce. - Moje ulubione.
Pasuje do pana ta obsesja na punkcie śmierci.
Bardziej niż ten mundur.
Tylko Artemus mógłby panu dorównać.
Nie widziałem, by pogrążał się w otchłani melancholii.
Czasem pozwala sobie na dłuższy pobyt w naszym świecie.
Wierzę, że przez jakiś czas da się tańczyć
na potłuczonym szkle.
Nie na zawsze.
Widzę, że wiele was łączy.
Nie zmarzła pani?
Mroźna pogoda na dobre tu zagościła.
Darujmy sobie.
Nie przyszłam tu na prozaiczne pogaduszki o pogodzie.
Przepraszam. To jedynie z troski o panią.
Zatem proszę wyznać
swą dozgonną miłość, byśmy mogli wrócić do domu bez szwanku.
- Ja tylko… - Przepraszam.
Zrobiłam się podła, choć nie wiem czemu.
Marznie pani.
Panno Marquis, pożyczyć pani płaszcz?
- Nie trzeba. - To naprawdę żaden…
Mówię…
- Co… - Panno Marquis.
Lea!
Lea? Co się dzieje?
Lea!
Lea.
Mój Boże.
Wszystko w porządku?
- Lea? - Tak.
Na pewno nic ci nie jest? Mocno się wystraszyłem.
Zdarza mi się. Nie ma się o co martwić.
Twoja…
Twoja natura tak mnie ośmiela, że czuję, iż mogę ci coś wyznać.
Moja matka jest na swój sposób obecna w moim życiu.
Zarówno we śnie, jak i na jawie.
Tak.
Czasem wierzę, że zmarli nawiedzają nas, bo niewystarczająco ich kochamy.
Zapominamy o nich. Nawet wbrew sobie.
Pewnie czują się przeraźliwie opuszczeni, dlatego domagają się naszej uwagi.
Może lepiej zbytnio o tym nie myśleć.
Wiedz, że poczułam wdzięczność…
gdy ocknęłam się i cię ujrzałam.
Że po głębszym wejrzeniu
znalazłam w tobie coś nieoczekiwanego.
Za nic w świecie.
Dziękuję.
Przestań!
Draniu! Powinieneś znać swoje miejsce.
Nie zbliżaj się do Lei.
Dość!
Przestań, Ballinger!
Albo staniesz przed sądem!
Szpetny fiut.
Jesteś cały?
Łajdak najwyraźniej wie, że Lea woli mnie.
- Jeśli chciał mnie nastraszyć… - Nastraszyć?
- Raczej chciał cię zabić. - Zabić mnie?
Nim pozwolę, by stanął między mną a wybranką mego serca,
to ja zabiję jego!
Tak jest od zawsze. Ludzie mnie nie doceniają.
Przyjaciele, koledzy ze szkoły, mój własny opiekun.
- Dziękuję. - Nikt.
Nikt…
poza ukochaną mamą.
Dziękuję za pomoc.
Nieczęsto daję się zaskoczyć.
Pan też sprawia niespodzianki, czyż nie?
Nie chciałbym urazić,
ale ma pan dużo więcej ogłady, niż raczy pan okazywać.
Czy to prawda, że uzyskał pan raz przyznanie się do winy
za pomocą przenikliwego spojrzenia?
Wystarczy nieco cierpliwości,
a podejrzany sam się przesłucha.
Uwielbiam spędzać czas w pańskim towarzystwie.
Napiszę kiedyś wiersz.
Taki, który uwieczni pańskie imię.
Nawet po tym ataku nie podejrzewasz Randy’ego Ballingera?
To na czym stanęło?
Twoje śledztwo.
Interesuje mnie Artemus Marquis.
Znasz go, prawda?
Kto by go nie znał?
Zachwycająca uroda.
Niemal życzy mu się, by umarł młodo, prawda?
Ale nie wydaje się zdolny do przemocy.
Zawsze taki opanowany.
Może to nie on.
Jest w nim coś i w jego całej rodzinie.
Zachowują się, jakby mieli coś na sumieniu.
Czyż nie każda rodzina ma coś na sumieniu?
- Kapitanie. - Chodzi o Ballingera.
Obawiam się, że zaginął.
Kapitanie! Tutaj!
Mój Boże.
Dysekcja u pana Ballingera nie była tak precyzyjna jak u Frya.
Co wskazuje na to, że dokonał jej ktoś inny.
Z kolei kastracja…
Cóż…
Kastracja?
Mój Boże, panie Landor.
Nie jesteśmy bliżej znalezienia winnego
niż miesiąc temu!
Jesteśmy.
- To kwestia czasu. - Tak?
Znalazł pan więcej dowodów diabelskich praktyk?
Co z tym oficerem, który zwiódł szeregowego Cochrane’a
i ten opuścił ciało Frya?
Co z pamiętnikiem?
Odkrył pan choć jeden przydatny trop?
Szaleniec grasuje po wzgórzach i rozbebesza moich ludzi.
Którzy ledwo mogą wykonywać swoje zadania, wychodzić z koszarów czy spać.
A jeśli już zasną, to z muszkietami!
Zdaje się, że zwątpił pan w moje kompetencje,
by prowadzić to śledztwo.
Dziękuję, doktorze.
Nie kwestionujemy pańskich kompetencji, tylko lojalność.
Istnieje możliwość, że stoi za tym Poe?
Poe?
Ledwo wczoraj zabawiał współbiesiadników
heroicznym opisem epickiej bójki, jaką stoczył z Ballingerem,
oświadczając, że niewątpliwie by go zabił,
gdyby doszło do kolejnego starcia.
Widział pan go.
Twierdzi pan szczerze, że Poe fizycznie poskromił Ballingera?
Nie musiał. Mógł użyć broni.
Bez względu na jego relacje z Ballingerem
nie ma żadnego związku między Poem a Leroyem Fryem.
- Nawet się nie znali. - Owszem, znali się.
Też mieli zatarg. Zeszłego lata.
Nie pochwalił się tym panu, co?
To go aresztujcie.
Aresztujcie go, skoro jesteście przekonani.
Mamy jedynie motyw.
To pan miał dostarczyć dowodów!
Panie Landor, żywi pan skrytą wrogość wobec Akademii?
O to chodzi?
Narażam życie w imieniu pańskiej cennej instytucji.
Ale owszem.
Uważam, że Akademia odbiera młodemu człowiekowi wolną wolę.
Pęta go przepisami i zasadami.
Pozbawia zdrowego rozsądku. Odbiera mu człowieczeństwo.
Sugeruje pan, że to Akademia jest winna tych śmierci?
Ktoś związany z Akademią. Zatem to wina Akademii.
To nonsens.
Tak rozumując,
każda zbrodnia popełniona przez chrześcijanina plami imię Chrystusa.
Tak właśnie jest.
Gdy poprosiłem, byś powziął się tego zadania,
powiedziałeś, że nigdy nie miałeś do czynienia z Leroyem Fryem.
Zacznijmy od tego. Zatem?
- Cóż, to nie do końca prawda… - Cóż!
Czemu z tobą nic nie jest proste?
Gdzie są fakty? Proste fakty?
Tak albo nie!
Prawda!
Znałeś Leroya Frya?
Tak.
Pokłóciłeś się z Leroyem Fryem?
Tak.
Zabiłeś Leroya Frya?
Zabiłeś Randolpha Ballingera?
Miałeś coś wspólnego z profanacją ich ciał?
- Nie. Niech mnie piorun… - Ale nie przeczysz, że groziłeś im obu?
Jeśli chodzi o Ballingera…
Nie mówiłem poważnie.
- A Fry? - Nie groziłem mu. Ja tylko…
Wyłania się tu niepokojąca prawidłowość.
Ludzie, którzy wejdą ci w drogę, kończą na stryczku.
Z dość istotnym organem wyciętym z piersi.
Panie Landor…
gdybym miał zabić każdego kadeta,
który znęcał się nade mną, od kiedy tu jestem,
obawiam się, że z całego korpusu zostałby niecały tuzin.
Jeśli chce pan wiedzieć, jestem przedmiotem drwin,
od kiedy się tu zjawiłem.
Mój sposób bycia, mój wiek, moja osoba…
mój wygląd.
Choćbym żył tysiąc razy,
nie zdołałbym zaleczyć wszystkich ran, które mi zadano.
Owszem, wiele można mi zarzucić, ale nie to.
Nie morderstwo.
Wierzy mi pan?
Wierzę, że powinieneś lepiej uważać na to, co mówisz i robisz.
Na razie chyba uda mi się powstrzymać Hitchcocka.
Ale jeśli jeszcze raz mnie okłamiesz,
mogą zakuć cię w łańcuchy, a ja nie ruszę palcem, by ci pomóc.
Rozumiesz?
Wybacz. Mam zaproszenie na kolację.
Dziękuję, że zgodziliście się wraz z nami opłakiwać przedwczesną śmierć Randolpha.
Był dla nas jak członek rodziny.
Nie sądzi pan, że mój syn jest nadzwyczaj przystojny?
Stwierdziłbym, że oboje państwa dzieci natura obdarzyła pod tym względem.
Tak, urodę mamy we krwi.
Ale wyznam, że pan jest dla mnie rzadkością.
Osoba o wyjątkowej inteligencji.
To cecha, której szalenie trudno tu uświadczyć.
Ufam, że użyczy mi pan tej inteligencji,
gdy zakończy swoje oficjalne dochodzenie,
by także mnie pomóc rozwiązać pewną łamigłówkę.
- Łamigłówkę? - Dziwna sprawa.
Podczas recitalu, w poniedziałek,
ktoś szperał w moich rzeczach.
Cóż…
- Nigdzie nie brak złych ludzi. - Czyżby, ojcze?
Ja skłaniałem się ku teorii, że to jakiś bezczelny typ,
choć nie mam pojęcia, kto to.
Tak czy owak, musisz być ostrożny.
- Naprawdę. - Och, mamo.
To pewnie jakiś nieznośny stary pryk,
który nie ma nic lepszego do roboty i brak mu innych zainteresowań.
Przaśny typ z wiejskiej chałupy.
Czyż nie, panie Landor?
- Pan ma taką, prawda? - Artemus.
Może to jakiś bliski krewny?
Albo serdeczny znajomy, który lubi sobie wypić w gospodzie.
Przestań! Proszę! Nie cierpię tego!
Naprawdę nie cierpię, kiedy to robisz.
- Nie nadążam, mamo. - Wcale się nie dziwię.
Choćby zniosło mnie na drugi brzeg rzeki Hudson,
nikt by za mną nie podążył!
- Prawda, Danielu? - Synu, proszę.
Proszę, wybaczcie mojej żonie.
Śmierć pana Ballingera
zmąciła nasz radosny nastrój.
Pozwoli pan ze mną do gabinetu, panie Landor?
Z chęcią.
Najmocniej pana przepraszam.
Życie w ciągłym napięciu daje się nam we znaki.
Nie musi pan przepraszać.
Do tego ta pora roku, dusimy się…
To całkowicie zrozumiałe.
Nie mogłem nie zauważyć…
Czy pańskiej córce coś dolega?
Dobra spostrzegawczość.
Tak.
No tak…
Życie jej nie oszczędza.
W zasadzie od małego.
Okrutna choroba. Dopada ją, gdy nikt nie patrzy,
wyłącza jej umysł i potrząsa nią jak tykwą.
Piękne dziecię.
Przeznaczone jej są małżeństwo, status, macierzyństwo.
A zarazem choroba.
To okropne.
Lea czuje się dobrze, gdybyście chcieli do nas dołączyć.
Dziękuję, synu.
Pójdziemy?
Jeśli wolno, wyjdę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Oczywiście.
Ojcze, zagraj ze mną.
Spróbować znów mata szewskiego czy tym razem czegoś trudniejszego?
- Celująco. - Wątpię.
Raczej dostatecznie.
Nie wiesz, jak twoja gra na mnie wpływa.
Na nas wszystkich. Ja…
- Tak? - Cóż…
nie wiem, jak to inaczej wyrazić, ale uświadomiłem sobie,
że zrobiłbym dla ciebie niemal wszystko.
Edgarze.
Pomóc panu coś znaleźć, panie Landor?
Doszła pani do siebie. Tak szybko.
Wybaczy mi pan.
Bałam się, że dopadnie mnie straszliwa migrena,
ale okazało się, że wystarczyła chwila odpoczynku.
Czuję, że ozdrowiałam.
Odłóżmy tę staroć, dobrze?
Raczej nie będzie na pana pasować.
Szukaliśmy go z doktorem.
I właśnie go znalazłem.
Spójrz, co konstabl znalazł w naszej garderobie, skarbie.
Pamiętasz, Artemusie? Nosiłeś to po domu, gdy byłeś podrostkiem.
- Pamiętasz, skarbie? - Pamiętam.
- To płaszcz mojego brata. - Brata?
To jedyna pamiątka, jaka nam po nim pozostała.
Po co on panu?
Może Artemus będzie wiedział.
Ethan.
Co cię tu sprowadza?
Zaginął kolejny kadet.
Zebrałem grupę poszukiwawczą. Wyruszymy w ciągu godziny.
Przetrząśniemy każdy zakamarek.
Wielki Boże. Aż strach pomyśleć…
Panowie!
Wracam właśnie z kwatery pana Stoddarda.
Jego kufer jest pusty. Zniknęły wszystkie cywilne ubrania.
Sądzę, że zbiegł.
Zbiegł?
Z pamiętnika Frya wynika,
że zarówno Stoddard, jak i Ballinger byli jego przyjaciółmi.
Pewnie bał się, że będzie następny.
Możliwe. Ale co z Artemusem i oficerskim płaszczem?
Jeśli jest w to zamieszany, czemu go nie aresztować?
Bo typ jak on potrafi się wywinąć. Wystarczy, że zaprzeczy.
Mam do zbadania jeszcze jeden trop.
Dwóch jego kompanów nie żyje.
Muszę zgłosić prezydentowi, że mamy winnego.
Mamy winnego, Landor. Czyż nie?
Edgarze.
Profesorze?
Pépé.
Poprzednim razem wspomniałeś o łowcy czarownic i księdze.
Tak. Diabelska mowa.
Henri Le Clerc.
Czy on był księdzem?
Który spłonął na stosie.
Ułożyłem go we śnie.
W dół, w dół, w dół
Runęła z łopotem zaciekłym
„Spiesz się”, błagałem trwogą przejęty
„Lenore”
Zbyła mnie ciszą śmiertelną
Bezkresna noc porwała ją w swe odmęty
Zostawiając po niej tylko blade bielmo
Nocy czarny całun trupim jadem wzdęty
Pozostawił tylko
Upiorne, blade bielmo
Rozumiesz?
Lenore.
Lea.
Mówi o twojej niewysłowionej męce.
Podsumowanie tego… co cię przytłacza.
Ten wiersz…
przemawia do nas.
Pamiętasz, jak mówiłeś, że zrobiłbyś dla mnie wszystko?
Wyznawca diabła.
Dzięki, Pépé.
Panie Landor.
Wasza rodzina…
Wasza rodzina jest dla mnie
sporą zagadką.
Trudno się zorientować, kto stoi na jej czele.
Nie mogłem zdecydować, które z was.
Nie przyszło mi na myśl,
że mógłby to być ktoś, kto już nie żyje.
Co proszę?
Ojciec Henri Le Clerc.
Niedościgniony łowca czarownic.
Aż sam stał się celem polowań.
O czym pan mówi?
Pańska córka cierpi na padaczkę, prawda?
Radzi sobie z chorobą, pozostając z kimś w kontakcie.
Z kimś, kto wydaje jej polecenia.
Z nim.
Proszę nie kazać mi wątpić w pańską poczytalność.
Co pan sugeruje?
Niezwykle rzadka księga Le Clerca, Diabelska mowa.
Rozmowy z diabłem
to nie zajęcie, któremu zwykłem się oddawać.
Nigdy nawet nie zajrzałem do tej księgi.
Czy pańska córka komunikuje się ze zmarłymi?
W ciągu lat jej napady znacznie się nasiliły.
Próbowałem wszelkich zabiegów medycznych.
Dawali jej trzy miesiące.
Wie pan, jakie to uczucie kłaść się spać,
nie wiedząc, czy pańska córka rano się obudzi?
Aż pewnego dnia przyszła do mnie
i powiedziała, że kogoś spotkała.
Swojego prapradziadka.
Le Clerca?
Henri Le Clerc nie był zły.
Tylko niezrozumiany.
Przysięgali, że pan Fry już nie żył.
Że nigdy nikogo by nie zabili.
A pan im uwierzył.
Nie miałem wyboru.
Jest pan lekarzem! Uczonym!
Jak śmie pan pokładać wiarę w takie szaleństwo?
Bo…
Bo sam nie potrafiłem jej ocalić.
Zawiodła mnie moja własna profesja.
Wszystko poświęciłem swojej Lei.
Miałem zabronić jej szukać lekarstwa gdzie indziej?
Doktorze.
Komunikowanie się ze zmarłymi…
nie jest normalne. Ale morderstwo…
odbieranie życia niewinnym…
jest nieludzkie.
Ktoś za to zawiśnie.
Pobłażałem jej tylko dlatego, że jakimś cudem…
jej stan uległ poprawie.
Doktorze, gdzie reszta rodziny?
Gdzie są pańskie dzieci?
Pan Poe był tu wcześniej.
Wyszedł z Artemusem.
Czemu jego płaszcz nadal wisi przy wejściu?
Gdzie jest Lea?
Gdzie jest pańska rodzina?
Przestaje działać.
Lea.
Kontynuuj.
Co się dzieje?
To nie potrwa długo.
Nie czuję się zbyt dobrze.
- Myślałem… - Nie.
Jeszcze parę minut i będę wolna.
Wolna?
Tak.
Proszę, Lea…
To konieczne.
Rozumiesz to.
Poświęcenie to najwyższy dowód miłości.
Od kiedy cię ujrzałam, wiedziałam, że jesteś tym jedynym.
Lea.
- Tak? - Naprawdę cię kocham.
Dość!
- Wynoś się! - Zawiśniesz za to!
Nie twój interes! Won!
Lea, dokończ to!
Pani Marquis, chce pani zobaczyć dzieci na szubienicy?
- On blefuje! - Kontynuuj.
- Lea! - To serce Frya, czyż nie?
- Landor… - Lea, dalej!
Ballinger dla ciebie gotów był kogoś zamordować.
Artemusie, zabiłeś go.
Proszę odejść. Prawie skończyliśmy.
- Dokończ to! - Lea, to koniec.
To ty.
To ty zwabiłaś Frya liścikiem…
To był mój pomysł, nie jej!
- Ja to zrobiłem! - Nie!
- Nie! - Błagam! Przestań!
Przestań!
Lea!
Lea!
Artemus!
Mamo, nie podchodź!
Artemus!
Lea.
Artemus!
Puść mnie! Nie!
Artemus!
Nie!
Lea!
Nie!
Ponoć stracił tylko tyle krwi,
ile lekarz upuściłby podczas zwykłej flebotomii.
Może wyjdzie mu to na dobre.
Pozory potrafią mylić. Przyznaję.
Święta racja.
A co z panią Marquis?
Jest pogrążona w matczynym bólu.
Sędzia uznał, że dość wycierpiała.
Ale zadowoli pana wieść,
że nasz doktor złożył rezygnację.
Nie czuję powodu do zadowolenia. Zapewniam pana.
Landor.
Różnimy się skrajnie w naszym obejściu i filozofii.
Ale chcę powiedzieć,
że jeśli kiedykolwiek okazałem się…
Innymi słowy, jeśli moja impertynencja sprawiła, że podałem w wątpliwość…
pańskie kompetencje…
to przepraszam.
Dziękuję, kapitanie.
Jak mogłem przez tyle lat zadawać się z kimś takim?
Znałem tę rodzinę niemal jak swoją własną,
a nie pojąłem, jak głęboko sięga ich problem.
Celowy zabieg, pułkowniku.
No cóż, mój błąd.
Mogę tylko zakładać, że Artemus zabił Ballingera,
by ten nie mógł na nich donieść.
Z kolei Stoddard wolał czmychnąć, niż stać się kolejną ofiarą.
Można tak założyć.
No dobrze, Landor,
wywiązał się pan z zadania.
Niniejszym uwalniam pana od umowy.
Ufam, że nie jest pan zawiedziony.
Proszę przynajmniej przyjąć nasze podziękowania.
Szakale w Waszyngtonie może wreszcie dadzą spokój.
Wywalczyliśmy co najwyżej odroczenie wyroku.
Nie. Pułkowniku.
Całkiem stanąłeś na nogi.
Wiem o pańskiej córce.
W porządku.
A co Mattie ma z tym wspólnego?
Wszystko.
Sam pan dobrze wie.
Objawiło mi się to we śnie.
Liścik… znaleziony w dłoni Leroya Frya.
Liścik, który wywabił biedaka z koszarów.
Niebacznie powierzył go pan mnie.
A to drugi liścik, który pan zostawił.
Pamięta pan?
Szczególnie
zafrapował mnie kształt pańskich liter.
Majuskuły są równie inkryminujące, co miniskuły.
Litery A, R, G i E
wyglądają tak samo jak te w liściku Frya.
Może pan sobie wyobrazić moje zdumienie.
Czyżby ten sam człowiek napisał oba liściki?
I w jakim celu Landor komunikowałby się z Leroyem Fryem?
Przez przypadek natrafiłem na niebiańską Patsy.
Wszystko mi opowiedziała.
W drodze z balu w Akademii…
Łap ją!
- Przytrzymaj. - Nie!
…Mattie została zgwałcona…
Nie!
…i porzucona na śmierć przez trzech zbirów.
Cicho.
Julius, nogi!
- Nie! - Trzymaj ją!
Rozchylcie jej nogi!
Trzymajcie ją. Przytrzymajcie.
Zła szajka, niewątpliwie.
Tak jak mówił Fry.
Mattie?
O Boże! Mattie!
Mój Boże! Chodź tu.
Mattie.
Przepraszam.
- Przepraszam. - Już dobrze.
Wszystko będzie dobrze.
Wszystko się ułoży.
Mattie. On ci nie pomoże.
Proszę, najdroższa. Chcę ci pomóc.
Nie uciekła, prawda?
Mattie?
Mattie.
Mattie.
Proszę. Chodź tu.
Proszę, najdroższa. Chodź tu. Chodź.
Nie…
Wszystko będzie dobrze.
Proszę, Mattie. Wróć.
Wszystko się ułoży.
Nie.
Kocham cię.
Czemu mi pan nie powiedział?
To nie jest coś…
o czym lubię mówić.
Pocieszyłbym pana.
Pomógłbym, jak pan pomógł mnie.
W tej kwestii raczej nic mnie nie pocieszy.
Co więc zrobiłem?
Dokładnie to, co pan by zrobił.
Przeanalizowałem wszelkie domysły, począwszy od tego,
czy istniała szansa, by dwie różne strony,
snuły plany wobec tego samego kadeta w ten sam wieczór.
Niewielka!
Bardzo niewielka!
Chyba że jedna ze stron polegała na drugiej
albo załóżmy, że Artemus i Lea
po prostu rozglądali się za martwym ciałem.
I wtem pojawia się okazja,
a im obojętne, kto to, byle miał serce.
Jedyne, na co ich nie stać, to morderstwo.
Za to ta druga strona gotowa jest zabić.
I to właśnie tego człowieka.
Dlaczego?
Czyżby to była zemsta?
Patsy?
- Pomocy! - Kto był z tobą?
Jest tam kto?
Halo?
Tak więc… ktoś wszedł drugiej stronie w drogę,
choć czyn został pomyślnie dokonany.
Wrócił do swojej chaty w Buttermilk Falls
przez nikogo niezauważony.
Ku jego zdumieniu następnego dnia wezwano go do West Point,
gdzie dowiedział się, że w międzyczasie
ciało martwego mężczyzny zostało straszliwie zbezczeszczone.
Tym samym jego zbrodnie zyskały nadzwyczajną przykrywkę.
Jakby sam Bóg był po jego stronie.
Zlecono mu rozwiązanie zbrodni, które sam popełnił.
A w rezultacie Artemus i Lea przejdą do wieczności jako mordercy.
Nie mówiłbym tu o wieczności.
Zostaną zapomniani jak reszta z nas.
Ja o nich nie zapomnę!
Zwłaszcza o mojej Lei.
Mogła zostać żoną. Matką.
Nie zapomnę też, że zrobił pan z nas głupców.
Głupców.
Zwłaszcza ze mnie.
- Prawda? - Nie.
To właśnie tobie miałem wszystko wyznać.
Wiedziałem to od chwili, gdy cię poznałem. I tak się stało.
Jeśli chcesz, bym przeprosił, zrobię to.
Nie chcę przeprosin.
Nie. Chcę odpowiedzi.
Skąd pan wiedział, że to Fry zgwałcił Mattie?
Owce i krowy to też pan?
- Oczywiście. - A Ballinger?
Ballinger…
Musiałem wyciąć mu serce.
Żeby wyglądało jak dzieło satanistów.
Niełatwe zadanie dla starszego człowieka.
Skąd pan wiedział, że Ballinger był winny?
Z pamiętnika Frya.
A sam też się przyznał?
- Tak, pod przymusem. - Nie, proszę!
Kto jeszcze z tobą był?
Julius Stoddard.
Julius.
Przepraszam.
Obaj…
Obaj wymienili jej imię.
Kazałem mu też opisać, w co była ubrana.
Każdy detal jej sukienki.
Wygląda na to, że tylko Stoddard zdołał się panu wymknąć.
Brak mi… siły i woli, by go ścigać.
Mam tylko nadzieję…
że do końca swojego marnego życia będzie miał się na baczności.
Popełnili potworny, nieludzki czyn.
Ale mógł pan pójść do Thayera, sprawić, by się przyznali.
Nie chciałem, by się przyznali.
Chciałem, by umarli.
I co teraz?
Co teraz?
To zależy od ciebie.
Mam dwa liściki…
które poślą pana na szubienicę.
No dobrze.
Wiesz, Edgarze, często żałuję,
że moja Mattie nie natrafiła na ciebie
tamtej nocy… podczas balu.
Kto wie?
Może stalibyśmy się rodziną.
Naprawdę cenię…
to, co…
Żegnam pana, Landor.
Spoczywaj, najdroższa.
NA PODSTAWIE POWIEŚCI LOUISA BAYARDA
BIELMO
Napisy: Ewa Nowicka
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.