Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
::PROJECT HAVEN:: ::prezentuje::
Z PAMIĘTNIKA POŁOŻNEJ sezon IV, odcinek VIII - ostatni.
Tłumaczenie: titi
Co widzimy, spoglądając w lustro?
Czy to prawdziwi my?
Czy raczej słaba imitacja kogoś, kim chcielibyśmy być?
Lustro widzi wszystko.
Nasze lęki, małe triumfy, dochowuje naszych tajemnic,
skrywając rozczarowania.
Zakonnica powinna być skromna.
- Może cięte kwiaty to zły pomysł? - To tylko kilka dalii.
Wezmą mnie za rozrzutną.
Mogłam raczej kupić kwiatka w doniczce.
Świętujemy u nich nasze zaręczyny, nic nie musimy dawać.
Ale to zaszczyt, że tacy jak oni zapraszają takich jak my.
- Zrozumiałbyś to, gdybyś był kobietą. - Wtedy byśmy nie byli zaręczeni.
Fred!
- Denerwuję się. - Niepotrzebnie.
To jedna wielka, szczęśliwa rodzina.
To na nic, siostro Evangelino.
Chyba komin jest zatkany.
Oczywiście, że zatkany. Przez zaniedbanie pewnego konserwatora.
Podaj pogrzebacz.
Ptasie gniazdo mogło w nim utknąć.
Zależnie od gatunku,
zakończyć się to może w sposób różnoraki.
Aż drżę na myśl, co by było, gdyby okazało się, że to kawka.
Albo sroka.
Prawdopodobnie to bocian z lekko nadpalonym tyłkiem.
Fred miał odetkać ten komin we wrześniu,
gdy nie trzeba było grzać, zamiast snuć się,
jak Szwejk trafiony strzałą Amora.
Fred i pani Gee!
Jak miło, że chcecie dzielić z nami swoje szczęście.
Miło, że nas zaprosiłyście.
Dalie! Cóż za rozrzutność!
- A to, przepraszam, co? - Zaręczynowy tort.
Ozdobiony kremem i kandyzowanymi fiołkami.
Takie nawiązanie do imienia pani Gee.
Chodzi mi o to, na czym leży.
To srebrna patera.
Patera pod MÓJ tort zaręczynowy.
- Myślałam, że została wyrzucona. - Czemu miałybyśmy ją wyrzucać?
- Kosztowała 2,11 funta. - Nie martw się, Trixie.
Na pewno nie przyniesie im pecha.
Jedna świnka na targ biegała,
druga świnka w domu siedziała,
trzecia świnka mięsko zajadała,
czwarta świnka nic nie miała,
piąta świnka "siusiu!" kwiczała
przez całą drogę do Walton-on-the-Naze do dziadków.
- Camilla, uważaj na niektóre słowa. - Jakie? Walton-on-the-Naze?
Nie, siusiu.
Pomyli mu się, a przed nami dwie godziny jazdy.
Przepraszam.
Wiem, że to nie najlepszy moment na dwutygodniowy kurs w Londyńskim.
Ale robimy postępy z tą oto minideską klozetową.
- Drobne radości życia. - Nie trać wiary.
Niedługo zdobędzie złoty medal w biegu na nocnik.
Chodź do mamy.
Zapomniałaś o czymś, Camilla.
O boziu!
- Kocham cię. - A ja ciebie.
Rany... Peter!
- Obyście zawsze byli szczęśliwi. - Dziękujemy.
Ustaliliście już datę ślubu?
Na pewno niedługo.
Mój syn mieszka w Plymouth;
ma zaległy urlop w Marynarce, a chcę, żeby przyjechał.
- A twoje córki, Fred? - Dolly i Marlene?
Dolly zamieszkała w Australii, wyślę jej tylko zawiadomienie.
Myślałam, że jest w Kanadzie.
To Marlene, ale właśnie wróciła. Osiedliła się w Birmingham.
Pewnie właśnie wybiera strój z katalogu.
- Na razie się nie odezwała. - Jeszcze się odezwie.
Siostra Noakes!
Wróciłaś do nas!
I to z zaopatrzeniem.
Dobrze się składa, bo mamy dziś gości o niezwykłym apetycie.
Irytuje mnie moje spóźnienie.
Wolałabym kawałek pasztecika z mięsem.
Czy myślisz, iż dlatego że jesteś cnotliwy,
nie będzie już na ziemi ani kołaczy ani piwa?
Przepraszam, siostro. To prochy mojej mamy.
- Zapewne dodają ci otuchy. - Tak i nie.
Nie bierzmy jej na przyjęcie. Miała bzika na punkcie etykiety.
Niezaproszona nigdzie nie szła.
- Kopę lat, Maureen. - Cześć, Carole.
Jak tam w nowym domu?
Mówię ci, gdy wieje, wieżowiec się trzęsie.
- Mogę spytać, co tu robisz? - Znów jestem w ciąży.
Niedługo będzie tabletka, żeby wciąż nie zachodzić.
- Dziś na wszystko są tabletki. - Ted się cieszy?
Okropnie. Ale teraz popłynął w rejs.
No tak, oczywiście. Zapomniałam.
Mały Cohen, mały Kelly, mały Singh i mały Prichard.
Doktor się spóźni,
więc szczepienia przesuną się o pół godziny. Przepraszamy.
Mogę go tu nakarmić. Zawsze chętnie zje.
I nie przeszkadza mu, że zimne. Kto by dziś gotował dla dziecka?
Słuchaj, jaki skład: makaron, boczek, pomidory...
Siostro!
Cześć, złotko, jak leci?
Jak tam, chłopaki?
Cześć, moja droga.
Dzień dobry pani!
- No, wreszcie cię widzę! - Marlene!
Przecież nie konsultantka Avonu, tato.
Sądząc po zapachu, już tu była.
Tylko kropla Old Spice. Teraz muszę o siebie dbać.
Dostałaś list, gdzie pisałem o swej narzeczonej?
Owszem, tato.
Jeśli już przeszło, zabiorę to.
Widok pustej miski niezawodnie prowokuje wymioty.
Dziś to był liść herbaty w porannej herbacie.
Tak mam od początku ciąży.
Gdybym była hazardzistką, postawiłabym piątkę na dziewczynkę.
Wyprałam torebkę pani Gadsby i zrobiłam jej herbaty.
Dziękuję.
- Może siostra tam postawić? - Pewnie.
Chce pani miętówkę? Mam w kieszeni.
- Nic nie słyszę! - Poproszę.
Duch ponad materią i miętówki. Tak przez wszystko przejdziesz.
- Puk puk! - Proszę!
- Masz kaca, biedactwo? - Ciekawe, skąd.
Nawet jeszcze nie spałam, poza tym piłam tylko czekoladę.
Byłam w szoku widząc, że w Nonnatusie odeszło się od kakao.
Ale łazienka pachnie tak samo. Mydłem Palmolive i papierem Izal.
W Domu Samotnej Matki używają mydła Lux.
Co ty wyprawiasz?
Nakładam maseczkę proteinową.
Moja cera jest na rozdrożu młodości i wieku podeszłego.
Rano znalazłam zalążek pryszcza i kurzą łapkę pod każdym okiem.
Ja wolę nie patrzeć w lustro w okularach.
Cała twarz jakoś tak mi opada, jak zmęczony budyń.
Nie byłaby równie skuteczna aplikacja protein
w postaci grzanki z jajkiem? Albo leguminy?
Nie.
Twoja jest bez łyżeczki.
Jesteś taka słodka, że cukru ci nie trzeba.
Przynajmniej ci odkurza.
Violet nie musi mi sprzątać. Ma sklep i własny dom do ogarnięcia.
I co będzie dalej, tato?
Złożyłem tu wymówienie,
więc po ślubie przeniosę się do niej.
Myślałam, że ona wprowadzi się tu!
Mieszka nad sklepem. Tak jest wygodniej.
Wygodnie dla kogo? Czułam, że tego nie przemyślałeś!
Dlatego zostanę tu, aż to zrobisz!
Mama gorąco by to pochwalała.
Zawsze chciała, żebym schudła.
Ale gdy umierała, podała mi talerz babeczek, mówiąc:
"Camillo, dbaj o twarz.
Drugi koniec jest do siedzenia i nikt go nie ogląda".
Zbliża się rocznica jej śmierci.
Chcę z tej okazji rozsypać jej prochy.
Gdzieś, gdzie była szczęśliwa.
Nie mogę zawieźć ich do Indii.
A raczej niechętnie by na to patrzyli w domu towarowym Fortnum & Mason.
Popioły skrzypiące pod stopami.
Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia, gdzie je złożyć.
Przepłynęła przez życie jak piękna wstęga.
Albo zapach perfum.
Nie wiem, czy cokolwiek odcisnęło na niej ślad - i na odwrót.
Dzień dobry! To ja, położna!
Widzę, że ktoś zatracił się w prasowaniu.
Przepraszam.
Tak, z chęcią się poczęstuję.
Markizy, moje ulubione.
Czy u poprzedniego lekarza regularnie się badałaś?
Wybacz mi.
Kiedy ostatnio byłaś u lekarza?
Dr Cartmell...
...z Manchesteru.
Cześć, kochanie.
Obiecałem wrócić, nim pani przyjdzie, ale nie wypuścili mnie z pracy.
Jestem Kevin Dillen.
Siostra Franklin. Zna pan język migowy?
W chwili, gdy ujrzałem June, postanowiłem nauczyć się migać
i zrobiłem to.
Mówi, że nagrody bym nie dostał, ale że ujdzie w tłoku.
Ale czy mąż pani Dillen dokładnie tłumaczy?
Trochę się naśmialiśmy przy "szyjce macicy" i "pochwie",
ale myślę, że nieźle nam poszło.
Mówiłam, że pomożemy jej przy domowym porodzie i ucieszyła się,
zwłaszcza gdy powiedziałam, że mąż może być obecny.
Podasz mi pikle, Barbaro?
Wciąż do tego wracamy - mężczyzna nie ma nic do roboty przy porodzie!
Nawet nie przydadzą się do gotowania wody, od kiedy są grzałki.
A co sądzi siostra Crane?
Raz to widziałam w Leeds, w rodzinie artystów.
Dość powiedzieć, że ktoś zemdlał.
I nie była to matka.
Mąż June nie wygląda na kogoś mdlejącego.
Wydaje się bardzo rozsądny.
Tylko on może się z nią porozumieć, więc będzie go potrzebować.
My również.
Nauczyłam się trochę migać pracując ze skautkami,
więc mogę Trixie poduczyć.
Ale June potrzebuje kogoś, kto ją w pełni rozumie,
a tą osobą, tak się składa, jest ojciec jej dziecka.
Przychylam się do zdania siostry Franklin.
Chcesz usłyszeć nowinę?
Robisz takie wstępy, że boję się rozczarowania.
Likwidują hostel pielęgniarski. W połowie.
Kto dobrowolnie się wyprowadzi, dostanie dofinansowanie kwatery.
Ja się wpisałam.
Nie chcesz chyba mieszkać w brudnej norze z bandą studentów?
Skąd; chcę mieszkać w czyściutkim mieszkaniu.
Z tobą.
Zgódź się, Pats. Pomyśl, jak będzie świetnie.
Co rano będziemy się żegnać, a wieczorem zamkniemy za sobą drzwi.
Będziemy gadać, może kupimy adapter. Wszystko stanie się łatwiejsze.
Tak myślisz? Nie ma jakiegoś zakazu w regulaminie?
Nie ma, już sprawdziłam. A u ciebie jest coś takiego?
Nie muszę mieszkać w Nonnatusie, to tylko forma pomocy.
Wiele dziewczyn mieszka razem.
Nawet zakonnica nie mrugnęłaby okiem.
Dzień dobry pani.
Jestem córką pani narzeczonego. Marlene Dooley, z domu Buckle.
- Pamięta mnie pani? - Tak! Oczywiście!
- Jaka miła niespodzianka. - To dobrze.
Bo nie przyszłam po gumkę do majtek.
Przychodziłam tu kiedyś z mamą. Przeważnie po wstążki.
Dbała, żebyśmy z Dolly ładnie wyglądały,
zwłaszcza ważne były wstążki. Nawet podczas wojny.
Niebieskie dla twej siostry, żółte dla ciebie.
- Papierosa? - Wolę nie palić w sklepie,
Zapach wsiąka w wełnę i chyba nawet po praniu nie znika.
To mentolowe.
Dość miły zapach.
Tato zawsze mawiał, że żadna kobieta nie zajmie miejsca mojej matki.
I miał rację.
Podobnie żaden mężczyzna nie zastąpi mojego męża.
Niezły był z was duet z panem Gee.
On miał sklepik z pierdółkami, pani miała to...
Ciężko pracowaliśmy. Tak trzeba, gdy chce się do czegoś dojść.
Szkoda, że tato nie wziął z pani przykładu.
Ale jednak umie wyniuchać dobry interes.
"Prawdziwa mała kopalnia złota".
Tak dokładnie to nazwał.
Zapewne przenosi się tu, gdy pani przepisze akt własności?
Tak się umówiliśmy.
Nie mogę powiedzieć, że mnie zaskoczył.
Ale mój tato zawsze umiał się ustawić.
Witam, pani Becker. Wkładki przeciwpotne już przyszły.
- Świetnie. - Nie przeszkadzam.
- A przy okazji: było odwrotnie. - Z czym?
Ze wstążkami.
Dolly miała żółte, ja - niebieskie.
Tata mawiał: "Błękitne, jak oczy twojej mamy".
Ponieważ to pierwsze takie zajęcia,
siostra Mary Cynthia postawiła skrzynkę,
do której możecie wrzucać uwagi.
Komentarze co do napojów nie są mile widziane.
Państwo Dillen! Miło was widzieć.
Dzień dobry.
Połóż się tutaj.
Witamy cię.
Chwila, co się tu dzieje?
- June używa języka migowego. - Ja nie o tym.
Co tu robi jej stary?
Jakbym wiedziała, że można, swojego bym tu wzięła!
Ja też!
Chyba nikogo nie odciągamy od pracy?
Szef mi dał sporo papierkowej roboty do domu.
Szkoda, że mój Jack nie może rozładowywać bananów w salonie.
Nie bój się. Wszyscy są bardzo mili.
Ja tylko na chwilę. Wciąż są problemy z kominem w Nonnatusie.
Ale przechodziłem koło piekarni i mieli bezy; wiem, że je lubisz.
- Ano lubię. - Były pokruszone,
więc sprzedawali dwie w cenie jednej.
Do zobaczenia rano na spacerku.
Rany! Wytapetujemy nimi salon.
Czemu chcesz wynająć mieszkanie? Źle ci tutaj?
W życiu mi tak dobrze nie było.
Ale jest coś, do czego trudno mi się przyznać.
Wstydliwy sekret.
Nigdy nie byłam samodzielna. Nie płaciłam rachunków,
nie kupowałam mleka, nie zawiesiłam półki.
Też mam wstydliwy sekret: ja również nie.
Panno Mount, czy mimo to przyjdziesz co dzień na obiad?
Oczywiście.
Drobna zmiana jest dobra dla wspólnoty, ale bez przesady.
I będzie nam ciebie brakować.
Odrobinę posłodziłam. Może choć kilka łyków?
Nie mogę, przepraszam.
Nie ma za co.
Po to są wizyty domowe, żeby wiedzieć, czy wszystko gra.
Tu wyraźnie nie gra.
Przygotowałaś dziś jedzenie dla Neila?
Daję mu sucharki, ale samych nie lubi, a ja nie mogę...
- Nie daję rady gotować... - Mleka?
Możesz poprosić kogoś o codzienną pomoc? Może mamę?
Mieszka w Bermondsey.
- Nie rozmawiamy ze sobą. - A mąż?
Jest w więzieniu Wormwood Scrubs. Trzy lata za włamanie.
Doktor ma dziś masę pacjentów, nie pojedzie do porannych nudności.
To coś więcej, niż zwykłe nudności. Maureen wymiotuje przez cały dzień.
Niech we wtorek wpadnie do przychodni.
To pewnie nerwy, lekarz z pewnością ją uspokoi.
Uwielbiam, gdy nie masz szala ani kapelusza
i słońce prześwietla ci włosy.
Szkoda, że moich nie prześwietla.
Wczoraj w sklepie ucięłam sobie ciekawą pogawędkę o włosach.
- Właściwie o wstążkach. - A z kim?
Z Marlene.
Przepraszam. Marlene umie być bardzo miła, gdy chce.
Nie powiedziałabym, że była miła.
Za to z pewnością była szczera.
Szczera? Jak to? Gada jakieś bzdury!
I to nieprawdziwe bzdury.
Fred, czy ty masz jakieś zabezpieczenie na starość?
Zastanawiam się nad hodowlą pieczarek.
I nie poddałem się jeszcze z fajerwerkami.
Ale żadnej z tych rzeczy nie możesz nazwać kopalnią złota?
No nie.
Dlaczego chcesz się ze mną ożenić, gdy możemy być przyjaciółmi?
Mam masę przyjaciół, kolegów i znajomych.
- Kobiety nie miałem od 20 lat. - I robisz się, cóż, coraz starszy.
Jakkolwiek to nazwiesz.
Młodziakiem nie jestem, ale ty też nie. Możemy się o siebie troszczyć.
O mnie nikt się troszczyć nie musi, dziękuję. A jeśli o ciebie tak, to...
Nie jestem pewna, czy robisz to z właściwych pobudek.
Ja... robię to, bo myślałem, że do siebie pasujemy.
Myślałem, że czegoś ci brakuje, tak, jak mnie.
Właśnie.
Zakończmy to. Jesteśmy za starzy na błędy.
Cześć, Fred.
To ci poprawi nastrój.
Mama mawiała, że zapach boczku robi z mieszkania dom.
Prosimy ludzi i wózki o ustawienie się w kolejce.
To nie wyścig rydwanów w Ben Hurze.
Dziękuję. Przyjdę po formularz do rejestracji.
Od kiedy korytarz jest twoim koszem na śmieci?
Przepraszam. Cieszę się tylko.
Znalazłam miejsce w żłobku dla synka Maureen Gadsby.
Naprawdę?
Bo jeśli problemem są nerwy,
to odpoczynek i wsparcie mogą pomóc przy nudnościach.
Może to nienaukowe, za to przepojone empatią i zdrowym rozsądkiem.
A to najważniejsze cechy położnej. Będą z ciebie ludzie.
Idź, pomóż przy ważeniu. A to wrzuć do kosza.
Obawiałam się, że wciąż nie zakończyłaś swej pracy.
Szukałam w tobie niefrasobliwości, ulgi, gdy pozbyłaś się brzemienia.
- Ale nie dostrzegam go. - Nie?
Siostra Julienne pozwoliła mi zostawić tu prochy,
póki nie podejmę decyzji.
Głupio tak trzymać je pod łóżkiem, jak kapcie.
Będę ogromnie zadowolona po własnym przeobrażeniu.
Brzemię ciała jest takie ciężkie.
Trudno się dziwić, że dusza czuje się uwięziona.
Siostro Monico Joan, podejrzewam raczej...
...że jeśli coś więziło biedną mamę, byłam to ja.
Musisz ją więc uwolnić!
Wiem.
Ale gdzie? To ostatnia rzecz, którą dla niej zrobię.
Muszę być pewna, że wszystko jest tip-top.
Zrobione, jak należy. Albo nigdy jej nie wypuszczę.
ŻŁOBEK DZIELNICOWY W POPLAR
Maureen? Tu siostra Gilbert.
Maureen, musisz do lekarza!
Tym razem on przyjdzie do ciebie.
Dom Nonnatusa, mówi położna, słucham?
Mówi Kevin Dillon. June chyba zaczęła rodzić.
Dillon?
Ach, nasza głuchoniema pani.
Wysyłam jej osobiste położne!
- Ile razy dziennie wymiotujesz? - 20, czasem 30.
Posmaruję ci usta wazeliną, to przyniesie ulgę.
Zlecę badania krwi i moczu.
Ale i bez nich widzę, że jesteś skrajnie odwodniona.
Ludzie mówią wciąż, że to nerwy.
Myślę, że cierpisz na niepowściągliwe wymioty ciężarnych.
To rzadkie, ale bardzo osłabiające.
Czy ja stracę to dziecko?
Dzieci to mali twardziele.
Ale jeśli cię nie nawodnimy, to najpewniej stracimy ciebie.
Niestety, June.
Powiedz jej, że jeszcze się nie zaczęło.
Jeszcze nie.
Wiem, czujesz się zawiedziona.
Niestety, fałszywy alarm.
Dziecko niedługo się urodzi, ale jeszcze nie dziś.
Powiedz, June.
Możesz mi powiedzieć.
Mówi: "Chcę zobaczyć swoje dziecko.
Myślałam, że dziś już je poznam.
Czuję, jak kopie.
Jak się wewnątrz mnie obraca.
Przykładam tu dłoń
i wyczuwam jego piąstkę albo stópkę.
Jesteśmy jednością".
Pyta: "Czy będziemy się rozumieć, gdy już się urodzi?
Jeśli będzie taki, jak ty, nie usłyszy mojego głosu.
A jeśli taki, jak ja... będzie żył w świecie ciszy".
Mówi: "Chcę go przytulić.
Chcę spojrzeć na jego buzię, bo do tego czasu
nie będę wiedziała, jak mu powiedzieć, że go kocham"
Rany, opatuliła się siostra jak wielki wódz Hiawatha.
Odpowiedziałabym wierszem,
ale mój rozmiękczony mózg nie pamięta nawet krótkiego kupletu.
I wątpię, by jego squaw Minnehaha była wdzięczna
za ukrycie termoforu pod jej szkaplerzem.
Jest okropny mróz. Po lunchu dam siostrze kamizelkę.
Bojler zepsuł się, bo nikt o niego nie dbał.
Może mnie czekać podobny los.
Fred już w ogóle nie przychodzi?
Nie, odkąd jego związek z panią z pasmanterii
zwiądł jako ta winorośl.
Na pewno jest zrozpaczony.
Byłby jeszcze bardziej, widząc moje sine z zimna dłonie.
Zmierzę ci ciśnienie.
Co się dzieje z Neilem? Siostra Gilbert zabrała go do żłobka?
Tak. Zgodzili się, żeby był tam do 17.00.
Będzie czas, by porozumieć się z opieką społeczną.
Z opieką społeczną?!
Ktoś musi się nim zająć, gdy my zajmujemy się tobą.
Znaleźli mu przemiłą matkę zastępczą.
Jaką znów zastępczą? Ja jestem jego matką.
Starczy, że płacze za tatą, a teraz jeszcze za mną!
Nie poradzi sobie tak długo beze mnie.
Uwierz mi, dzieci są bardziej odporne, niż myślisz.
Co to znaczy "odporne"?
To znaczy, że są... silne.
Też chciałabym być odporna.
Wtedy Neil już by nie musiał.
Co słychać, Fred?
A jeśli zobaczy mnie jakiś skaut? Tyle im tłukłam o bezpiecznej jeździe!
Mam wziąć mopa na ramiona i zawiesić na nim wiadra, jak mleczarka?
Czemu nie? Bezpieczniej i... uroczo.
Jesteś dużo bardziej urocza.
Dobra, wezmę rower, a ty łap za szczotki i wiadra.
- To mój rower do pracy, wymaga wprawy. - Przyda mi się trening.
Czymś muszę dojeżdżać z naszego mieszkania.
Z drogi!
Przepraszam!
Avon przyjechał!
- Kiepski początek. - Przepraszam.
Mam talent do niestosownej wesołości.
Możesz rzucić we mnie tenisówką.
Byłam w kiosku.
Mówili, że od poniedziałku nie odbierasz "Przeglądu Sportowego".
Nie powinienem przyjmować cię w podkoszulku.
W Nonnatusie też nosimy podkoszulki. Niektóre z nas nawet po dwa.
Bojler się zepsuł?
Tak, bo nikt do niego długo nie zaglądał.
A komin zatkał się sadzą.
Mój poprzednik ostrzegał mnie przed tym bojlerem.
Mówił: "Co dzień musisz do niego czule przemawiać.
Jest niczym wściekła babka".
Zwodziło mnie to ustrojstwo przez 15 lat.
Nie wiedziałem nic o wściekłych babkach aż do tego tygodnia.
Mówisz o Violet czy o swej córce?
O obu.
Myślałam, że Marlene z tobą zamieszka.
Nie, poszła do koleżanki, do Norah.
Ponoć miała dość mojego mazgajstwa.
Naprawdę?
Ale codziennie wpada sprawdzić, czy mieszkanie jeszcze stoi.
Ma fioła na punkcie tego miejsca.
Możemy cokolwiek zrobić dla Maureen Gatsby?
Widywałam już nadmierne nudności, ale jeszcze nie takie.
Gdy mięso wyłazi spod ziemniaków, to już się upiekło?
- Wygląda jak lawa wulkaniczna. - Na pewno będzie pyszne.
Serio. Tylu producentów leków się do nas zgłasza,
a żaden nie oferuje czegoś przeciwwymiotnego?
Ktoś chyba był. Miesiąc czy dwa temu.
Mieliśmy dyfteryt na głowie.
Sprawdzę w dzienniku.
Zapomniałem powiedzieć, że jest gorące.
Ściany bym chciała żółte.
I porcelanę z nowoczesnym wzorem, żadnych różyczek czy fiołków.
Wolę wzory geometryczne.
Kwiaty, jeśli już, to tylko prawdziwe.
Tu, na oknie.
Będą miały dość słońca i światła od rana.
Czymś trzeba zastąpić ten okropny dzban.
Mi się podoba.
Jakby ktoś go nam zostawił w prezencie.
I chcę czuć kawę po przebudzeniu.
I dezynfektant, bo to będzie znaczyło, że jesteś.
Albo właśnie wyszłaś.
A gdy wrócisz, będę mówić: "Witaj w domu".
O, jest.
Warto spróbować.
- Dorobić ci klucze? - Tak.
- Poszłabym z tobą, ale mogę się spóźnić. - Rany, jest za 20!
Za 20? Myślałam, że 15 po!
- Chyba mi zalało zegarek. - Weź mój rower.
- Na pewno? - Zostaw go przed hostelem.
Zabiorę go przed pracą. Nikt się nie dowie.
I to też weź, żebyś mi się nie przeziębiła.
Jesteś aniołem, serio.
Niestety również o tym nikt się nie dowie.
Chciałam dowiedzieć się o Delię Busby.
Przywieziono ją po wypadku na rowerze.
Tak, proszę zaczekać.
I to taka miła dziewczyna.
Jej rodzice będą zrozpaczeni.
Mieszkają daleko, w Walii.
- Halo? - Pani jest krewną?
Nie, przyjaciółką.
Informacji udzielamy tylko rodzinie.
Rozumiem, dziękuję.
- Coś wiadomo? - Nie.
Podwieźć cię do Londyńskiego?
Tylko najbliższa rodzina może ją odwiedzać.
Wiecie, jakie są zasady.
- Cukru? - Nie, dzięki.
Tata zawsze mówi, że słodka jestem dość.
I nie wiem, po co przyszłaś i się wtrącasz.
Bo wiem jak to jest, znaleźć się w tarapatach.
Jak ciężko jest powiedzieć to, co trzeba albo chce się powiedzieć.
Tato, to nasz dom rodzinny.
Tu dorastałyśmy.
Marlene, sprowadziliśmy się tu, gdy mnie zdemobilizowali w 1946.
Wasza matka tu nawet nie mieszkała.
- Byliśmy tylko my, Dolly i nasz pies. - Wiem.
Ale to tu wszyscy wróciliśmy po tym strasznym nalocie.
I właśnie z tego powodu mama tu była.
Jak niby? Straciliśmy wszystko, gdy zrzucili bombę.
Po pogrzebie wróciłam z ciocią Peg na miejsce, gdzie spadła.
Zmusiłam ją, by mnie wzięła.
Myślałam, że w gruzach będą jakieś nasze rzeczy.
Na pamiątkę.
Ale już wjechały tam spychacze.
Zawsze, gdy tu wracam,
widzę nową wyrwę w miejscu, gdzie coś stało.
To prawda.
Czasem myślę, że tylko rzeka się nie zmienia.
Słucham, moja droga?
- Pani jest mamą Delii? - Tak.
Chciałabym się z nią zobaczyć. Jestem Patsy.
Patsy? Tak, naturalnie!
Pomagasz jej przy skautach.
Muszę zadzwonić po pielęgniarkę.
Ma te...
zawroty głowy. Lekarze mówią na to "ataki".
To przez uraz głowy.
- Cześć, Marlene. - Nie musisz być dla mnie miła.
Byłam egoistką i myliłam się.
Na książkę by starczyło tego, co nawywijałam.
Chyba nie mamy o czym rozmawiać.
Proszę, porozmawiaj z tatą.
Bo mama by mnie stłukła wiedząc, że staję mu na drodze do szczęścia.
Tylko w filmach mówią: "U mnie, czy u ciebie?".
Mieszkałbym w rowie, byle z tobą.
Właściwa odpowiedź.
Wciąż masz pod paznokciami ziemię z jezdni.
To przez te obtarcia.
Kiedy będą cię kąpać, niech ci to porządnie przetrą myjką.
I przydałoby się to odkazić.
Mówisz jak pielęgniarka.
Tak?
Czy my się znamy?
- Tak! - A od dawna?
- Już jakiś czas. - To dobrze.
Wielu masz przyjaciół?
Nie.
Jesteś pielęgniarką?
Nie, kochanie.
Jestem twoją mamą.
Możesz pomóc tej pani?
To Patsy, kotku.
Co się dzieje?
Mówi, że jest moją koleżanką.
Jakoś ją to wzruszyło.
Wszędzie tak reklamują te papierowe chusteczki,
ale one się nigdy nie przyjmą.
Kilka łez i się rozpadają.
Dom Nonnatusa, mówi położna.
Wróci jej pamięć?
Niczego nie obiecują.
Musimy mieć nadzieję.
Teraz się zdrzemnęła.
Siedzi przy niej ojciec. Jak wtedy, gdy była malutka.
Siedział i patrzył, jak śpi.
Jeszcze się napatrzy, gdy wrócimy do Walii.
- Szpital się na to zgadza? - Specjalista to wręcz zasugerował.
Będzie do końca wymagała opieki.
A na pewno przez jakiś czas.
Nie wiadomo, czy te ataki kiedyś ustąpią.
Mogłabym ją odwiedzać?
Delia mówiła, że w Pembridge jest ślicznie, gdy nie pada.
Zobaczymy, jak się będzie czuła.
A mogę od czasu do czasu zadzwonić?
Nie mamy telefonu. Ale na pewno możesz pisać.
Wiem, dokąd je zaniosę.
Dobrze, kochanie, odpoczywaj sobie.
Zapominam, że mówienie do niej nic nie daje.
Mnie to pomaga.
Teraz delikatnie, June.
- Przyj delikatnie. - Bardzo dobrze!
Kocham cię, June Dillon.
Sukces, urodziła się główka.
Główka się urodziła.
Dziecko się obróciło.
Jeszcze raz mocno przyj.
Świetnie! Znakomicie ci poszło!
To chłopczyk, June.
Chłopiec!
Cicho, maleńki.
Chce go przytulić.
Mówi: "Kocham cię.
I twój tato cię kocha.
I nawet jeśli nie usłyszysz jego głosu,
albo ja nie usłyszę twojego,
wiedz, że cię kochamy z całych serc".
Dobry wieczór, Trixie. Albo może dzień dobry.
Czasem trudno mi powiedzieć.
Wyglądasz na zmęczoną.
Właśnie odebrałam poród.
A ja idę do umierającego.
Takie jest życie, prawda?
Muszę lecieć.
Telefon zaufania?
Dobrze dzwonię? Nie chcę wcale umrzeć,
tak naprawdę chcę tylko przestać pić.
Dziękuję, ktoś już przy niej jest.
Jest w bezpiecznym miejscu.
Nie jesteś sama, Trixie.
Przyrzekam; nie jesteś sama.
Jeśli powiesz, że będziesz się modlić, zapewniam, że zacznę ryczeć.
Na świecie wiele jest leczących rzeczy, ludzi, którym zależy
i którzy pomogą ci je znaleźć.
Nie chcę przesadzić z ozdobami.
Jako właścicielka pasmanterii mam słabość do dodatków.
Bardzo oszczędnie używasz koronek.
Nikt ci nie będzie miał za złe róży.
Coco Chanel mawiała, że elegantka przed wyjściem z domu
zdejmuje ostatnią rzecz, jaką ubrała.
A jeśli ostatnią założę spódnicę?
Ale masz rację, Violet. Zbyt prosto to wygląda.
Błękitne, jak oczy twojej mamy.
- Spójrz, kto przyszedł. - Mój mężczyzna!
Idź do mamusi.
W razie potrzeby weź jedną. Tak, jak tutaj.
Wszystkie kobiety w ciąży powinny walić do waszych drzwi.
Co to za magiczny składnik?
Tableki nazywają się Distaval.
A magiczny składnik to talidomid.
Zamówcie tego więcej, ja wam to rozreklamuję.
Idziemy?
Jestem córką człowieka, który pił.
Jestem córką człowieka, który walczył na wojnie.
Słyszałam jego krzyki w nocy.
Widziałam jego łzy.
Ale umiałam wywołać u niego uśmiech.
Wiedziałam, jak go rozweselić.
Było nas dwoje, umiejących to zrobić.
Ja.
I butelka szkockiej.
Zostałam pielęgniarką i położną.
Byłam potrzebna pacjentom.
I ja ich potrzebowałam.
Bo przy każdym odebranym porodzie
przez godzinę czy dwie byłam częścią szczęśliwej rodziny.
Nieważne, że zawsze potem sama wracałam do domu.
Nieważne, że jedyne, co poprawia mi nastrój,
to szklaneczka szkockiej.
Czy czegoś podobnego.
Podobnych rzeczy jest bez liku.
Gdy sięgam pamięcią wstecz,
to mój ojciec był całkiem konwencjonalny.
Muszę to teraz powiedzieć?
Nazywam się Beatrix.
Ale wszyscy mówią mi Trixie.
Jestem alkoholiczką.
Czasem trudno jest rozróżnić między końcem a początkiem.
Koniec nie zawsze jest bolesny,
a zaczynając od nowa nie musimy czuć się w pełni szczęśliwi.
Pozwalając odejść zyskujemy spokój
i odwracamy się w stronę przyszłości.
Po skromnej uroczystości, jakiej chciała Violet,
wesele nie odbyło się u niej ani u Freda,
lecz w miejscu, gdzie każdego kochano
i otwarte były drzwi i serca.
Jak na twarzy kochającego rodzica,
na Domu Nonnatusa z każdym rokiem odciskał się czas.
Piękniał z każdym cieniem i przemijającym wdziękiem,
i kochany był bardziej, niż można wyrazić.
Tłumaczenie: titi
Synchro i drobne poprawki: Peterlin
Koniec sezonu czwartego Project Haven www.facebook.com/ProHaven
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.