Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Na pewno na górze? Nie mogę znaleźć.
- Na dole. - Na pewno?
Zupełnie nie masz orientacji.
W lewo, mówię. Ale ty mnie wkurzasz!
Tędy?
- Na górze! - Na dole!
Wracam do domu.
MAŁE SZCZĘŚCIA
Léa...
Léa! Klient.
- Co ty robisz? - Jem obiad.
- Dlaczego zawsze tam jesz? - Nie wiem.
Niezłe, co?
Nie smakuje ci? Mi tak.
- Szczerze? - No.
Znikasz w tym.
W takim razie mam problem.
- To nie chwila, żeby być niewidzialna. - Masz rację.
Skąd wiesz?
Często przechodzisz. Z wysoko podniesioną głową.
Ostatnio patrzyłaś raczej w dół.
To prawda. Mam pewne kłopoty z mężem.
Chciałabym się schować. Być niewidzialna.
Musisz być widoczna. Inaczej o tobie zapomną.
Zaskakujesz mnie.
Co robić?
Niedługo wyjdzie nowa kolekcja.
Ubrania ściślej przylegające, z delikatniejszego materiału.
Będzie ci w nich lepiej... Odzyskasz dzięki nim swoją właściwą...
Konsystencję?
Tak.
Dobrze, wrócę za tydzień.
- Dziękuję. - Do widzenia.
Do widzenia.
Sprzedaj te płaszcze. W przyszłym tygodniu nie będzie padać.
Nie zniechęcaj klientek, którym coś się podoba.
Wyglądała na wymiętą. Zniknęła w tym płaszczu.
Dosyć już tej twojej obsesyjnej szczerości.
Czy cierpimy na nadmiar klientów?
Była bardzo krucha. Jakby czuła, że musi z kimś rywalizować.
Musi się dobrze poczuć.
Jesteś sprzedawcą-jasnowidzem!
Wspomniałem o tobie w kadrach.
Po co?
Nie mów reszcie, ale niedługo będę prowadzić trzy sklepy.
Świetnie.
Powiedziałem, że mogłabyś prowadzić jeden z nich.
Super byłoby dalej z tobą pracować.
- Chodzi o ten w La Défense. - Serio?
600 metrów kwadratowych, wewnętrzna winda. Obłęd!
Dostałabyś podwyżkę.
- Dobra? - Byłoby fantastycznie.
Jesteś pewien, że dam radę?
Tylko nie mów, że nie jesteś pewna siebie.
Można na tobie polegać. Masz wielki potencjał.
Ale nie zawalaj sprzedaży, jak przed chwilą.
Miałam robotę, skarbie.
W przeciwnym razie musiałabym wrócić tu o siódmej rano.
Nie dawaj im się wykorzystać, skarbie.
Może zostanę kierowniczką dużego sklepu w La Défense.
Tak? Super. Mam nadzieję, że dostaniesz podwyżkę.
To jeszcze nic pewnego.
Chodź, chcę choć raz zdążyć do restauracji przed nimi.
To najlepszy okres w moim życiu. Naprawdę.
Mam super pracę, super dzieciaki,
otaczają mnie przyjaciele.
To fajnie.
Wyglądam na dużo młodsza niż mam faktycznie lat. No co, wyglądam!
Jestem szczęśliwa i już.
I jeszcze super mąż.
Kochanie, nie psuj tej wzruszającej chwili.
- A ty, Marc? - Co ja?
To najlepszy okres w twoim życiu?
Tak, ale...
Zrealizuję się w pełni,
kiedy zostanę International Key Account Managerem.
A myślę, że niedługo dostanę to stanowisko.
- Powaga? - Tak.
Mówiłeś to samo przed tym, jak zostałeś Export Managerem.
Export Manager to zupełnie co innego niż International Key Account Manager.
Za to moje życie jest w pełni udane.
Budzenie się obok ciebie - marzenie. No co?
- Zbok! - Dzięki.
Zgoda. Léa, a ty?
- Ja? - Twoje życie jest sukcesem?
W sumie nie wiem, co to znaczy.
Ona nie wie!
Może tyle, co... bycie szczęśliwym, gdy robi się swoje.
- Ale słodko. - Przestań!
Serio. Spójrz.
Zasługujesz na coś lepszego niż sprzedawanie ubrań.
No co?
Karine, lubię pracować w tym centrum
i oglądać różnych ludzi.
- To prawda. - Jestem szczęśliwa.
Léa i jej legendarny brak ambicji!
Widzisz, co mam na myśli, kotku?
Przepraszam, wybrali państwo deser?
Tak, kusi mnie ta „pływająca wyspa”.
Proszę pana?
Ja tylko kawę.
Ja też.
Dziękuję za deser.
- Na pewno? - Tak.
Nic już nie zmieszczę.
Dobrze, będą wiec
dwie kawy. - Tak.
I „pływająca wyspa”. Stawiam.
Dzięki.
Skoro nikt więcej nie chce deseru, ja też spasuję.
Co ty, zamawiaj.
Dbam o linię.
Nie, nic się nie stanie.
Nasza wyspa wyrabiana jest metodą tradycyjną.
I jest pyszna.
Widzisz?
Śmiało!
Nie, serio... Podziękuję za deser.
- Zamów. I nie rób tej miny. - Nie robię żadnej miny.
Poczekamy i popatrzymy, jak jesz!
Z uprzejmości dla przyjaciela jednak spróbuję.
- Łamiesz się. - Tak.
Dobra. Przepraszam. Zamówimy desery.
Wyspa i...
Przepraszam, nic mi nie podchodzi.
- Fałszywy alarm. - Ja nic.
Ja też.
OK.
Kotku, zjem ten deser, jeśli chcesz.
Nie, będziecie mi go wypominali cały wieczór.
- No co? - Taka prawda.
- Bzdura. - Tak będzie.
W razie czego stoję tam.
Jeśli zmienimy zdanie!
Mam rozwiązanie. Może „pływająca” i cztery łyżeczki?
Tak! Wtedy będę mogła spróbować twojego.
- Proszę pana? - Tak.
Poprosimy „pływającą wyspę” i cztery łyżeczki.
Dobrze.
- Ostateczna odpowiedź. - Ty idioto!
- Dobrze, wyspa... - Nie, przepraszam.
Trzy łyżeczki.
Nie lubię tych wysp. Są miękkie i się trzęsą.
Trudno to nawet nazwać deserem.
Świetnie, mi już się odechciało. Zero łyżeczek, dzięki.
Przepraszam, dla pewności powtórzę zamówienie.
Bez deserów i bez łyżeczek, tak?
Tak.
Piją państwo kawę, czy to też jest wątpliwe?
Już późno, wezmę wyspę.
Ja już nie chcę.
Jest jeszcze ciasto czekoladowe,
zestaw sorbetów, babka z rumem
z bitą śmietaną i napoleonka.
Przepyszne!
Mnie nie smakuje.
Prosimy o kilka godzin. Moja żona nie umie szybko podejmować decyzji.
- To było niemiłe. - Ale prawdziwe.
- Będę tu czekał. - Dzięki.
Już wiem! Wezmę jabłecznik, odwracany. Uwielbiam go.
Z lodami.
- Tak. - Dobry pomysł.
- Dzięki. - Nie ma za co.
Wszystko się w końcu udaje rozwiązać, nawet największe problemy świata!
Genialnie, kochanie.
- Zdecydowaliśmy się. - Ostatecznie.
Jesteśmy pewni.
Proszę zapisać.
Zamawiamy...
jabłecznik.
Jabłecznik z lodami waniliowymi, trzy łyżeczki,
oraz, oczywiście, pływającą wyspę
i łyżeczkę dla mojej żony, która się nie podzieli. - Dokładnie.
Nie ma jabłecznika.
Jest. W karcie dań.
Wykreślony. Przykro mi, ale się skończył.
Wydawało mi się, że podkreślony.
Mało to wyraźne.
- Nieprawda. - Skończył się.
Nieoczywiste to wykreślenie.
- Kiepsko wykreślone. - Dzięki.
Masz zeza?
Słaby żart. Przepraszam.
No trudno. To dla mnie nic.
- Dla mnie też nic, dzięki. - Nic?
Czekam na państwa decyzję.
- No nieźle! - Nie jest zadowolony.
- Bo przesadzasz. - Jak to?
On tu jest w pracy, nie dla zabawy.
Pracuje, a ty ciągle zmieniasz zdanie.
Nie jesteś w stanie podjąć decyzji. Żadnej!
Dobrze o tym wiem.
Od początku stawiam sprawę jasno.
Nikt nie zamawia deseru, ja też nie.
Niczego nie stawiasz jasno.
Mniejsza o deser. To szczegół.
Chodzi o podejmowanie odrobiny inicjatywy w życiu.
- Zachowujesz się niemożliwie. - Fakt.
Czasem podejmuję inicjatywę.
Serio? Kiedy? Na Gwiazdkę? A i wtedy...
- Wiesz, co aktualnie robię? - No...
- Pisze coś. - Doprawdy?
Do kogo?
Pisze książkę. Nie list. Zresztą mniejsza z tym.
Sama o niej wspomniałaś. Dawaj, powiedz coś więcej.
Po co?
Chciałam ją najpierw skończyć.
I nie wiem, czy mi się to kiedykolwiek uda. Nieważne.
Nie rozumiem.
Myślisz, że ja rozumiem?
Miesiąc temu wrzuciłam na fejsa recenzję nowej książki Michela Bourne'a.
Napisałaś do niego?
Posłałam mu recenzję książki i wrzuciłam na swój profil.
Michel Bourne?
Stwierdził, że mam dobre pióro i że powinnam pisać na poważnie.
- Co za Michel Bourne? - Ładnie!
Czyli to robiłaś na wakacjach!
My się opalamy, a szanowna pani po kryjomu tworzy literaturę.
Wyluzuj. O literaturze nic nie mówiła.
- Wspomniała o książce. - Czy mogę...
...powtórzyć moje pytanie? Co to za Michel Bourne?
- No serio?! - Michel Bourne!
- Nie wiesz? - Nie!
Marc, to największy żyjący francuski pisarz.
Największy żyjący pisarz, kropka!
Ale Wiktorem Hugo nie jest. co? Co?
- Nie, ale... - Podrywał cię?
Nie, tylko zachęcał do pisania.
Skarbie, on właśnie w ten sposób cię podrywał.
Pewnie nawet nie on odpisał. Takie szychy nie odpisują.
Mają menedżerów od social mediów.
Dodał, że mam w sobie coś oryginalnego i wyjątkowego.
- Podrywał ją! - Uwierzyłaś?
To było miłe. A on jest nawet przystojny.
Przepraszam.
Powiedziałam mu, że chciałam pisać,
że w szkole zapełniałam zeszyty opowiadaniami.
Pewnego dnia wstałam i...
Przepraszam, jest 23. Opiekunka do dzieci...
- Kurde, rzeczywiście! - Sorry.
- W porządku. - Gdzie ten kelner?
- Przepraszam bardzo! - Gdzie go do cholery wcięło?
Nie chcę, żebyś pisała
do nieznajomych w sieci. Oszalałaś?
Tak się nie robi. Serio.
- Ja płacę. - Dzięki.
Miło z twojej strony.
To ja zapłacę za desery!
- Słyszysz? - Tak, dzięki, skarbie.
Dosyć tego.
Dlaczego nic nie mówiłaś? To boli.
Ośmielam cię, a ty ukrywasz różne sprawy.
Zabolało cię? Przepraszam.
Nie sądziłam, że umiem coś napisać.
No dobra.
Ale szczerze: Michel Bourne do ciebie podbił?
Nie wydaje mi się. Mam tylko nadzieję, że pisał szczerze.
Jeśli jest dobrym pisarzem, dodał jakiś podtekst.
A brzmi on: chcę się z tobą przespać.
Niczego takie nie zauważyłam.
Bo on umie ukryć podtekst.
Na Facebooku nie ma moich zdjęć.
Gościom w jego typie jest wszystko jedno.
Ci, którzy sypiają z wielbicielkami, stawiają na ilość, nie jakość.
Czują wtedy władzę. To potwór, jak wszyscy artyści.
- Spałaś z kimś znanym? - Nic nie powiem!
- Co oni robią? - Nie mam pojęcia.
Chodźmy, kochanie.
Wiesz, mam Francisa...
Mówi mało, ale zawsze szczerze.
Na co tak patrzysz?
„Na co tak patrzysz”? Właśnie. I koniec tematu.
- No weź, skarbie. - Dobra.
Léa jest dobrą pisarką?
Niemożliwe. W szkole była beznadziejna z ortografii i gramatyki.
Za to ja świetnie pisałam.
Bez przerwy jej pomagałam.
Jak Marc z nią wytrzymuje?
Ta jej "nieokreśloność" musi doprowadzać go do obłędu.
- Ty tak nigdy nie mówisz. - Co?
„Nieokreśloność”. Zwykle używasz prostych, krótkich słów.
Masz mnie za kretyna?
Nie, po prostu mnie zaskoczyłeś.
Ona poważnie myśli o tym, żeby zostać pisarką?
Szaleństwo.
A wyobrażasz sobie, żeby Michel Bourne prawił komplementy ekspedientce?
Nie rozumiem.
„Pisze pani takie piękne wywieszki informujące o promocjach.
Zniżka 20%! Brawo."
„Wyprzedaż! Ależ styl”.
„Likwidacja sklepu.
Co za fraza”.
Przestań. Naśmiewasz się z mojej najlepszej przyjaciółki.
Uważam, że jest bardzo odważna.
Pisze książkę z powodu jakiegoś gościa na fejsie.
To wymaga odwagi.
Przecież znasz Léę.
Niewiele potrzeba, aby się do czegoś zapaliła.
A może ty napiszesz powieść?
- Przestań. - A czemu nie?
Śmieszne, że mówisz o powieści, bo rozważałam to.
- Skoro Léa może, dlaczego nie ja? - Jasne.
Mam wiele do powiedzenia.
- Oczywiście. - Bardzo dużo...
No pewnie. Wspieram cię.
O tym też nie wspominałem, ale...
Serio chcę zacząć komponować muzykę.
Myślałem o tym. Co mnie powstrzymuje?
Kupiłbym oprogramowanie i keyboard, pisałbym w piwnicy. Czemu nie?
Właśnie. Czemu nie?
Pewnie, skarbie. Czemu nie? Do dzieła!
I kogo to obchodzi? A ja napiszę powieść.
A ja skończę pierwszy.
- Nie jesteśmy głupi. - No nie.
Już mi przychodzi do głowy masa pomysłów.
Całe mnóstwo!
Nie jesteśmy wcale głupsi niż reszta.
Obudzę opiekunkę i przy okazji nie przestanę tworzyć.
Ja posiedzę w piwnicy. Nie będę nikomu przeszkadzał.
Nie spodobał mi się twój sprzeciw.
- Kiedy? - Na moją sugestię z napoleonką.
Wiesz, że nie lubię sprzeciwu.
Napoleonka, zestaw sorbetów...
Kto nie lubi sorbetu?
I ta historia z pisarzem... Czyli teraz piszesz?
Zawsze pisałam.
- Poważnie? - Tak.
To co piszesz?
To, co mi akurat przyjdzie do głowy. Obserwuję ludzi.
Ależ to będzie książka!
No nie wiem...
Niesamowite jest naprawdę przyglądać się ludziom.
Tak? Wiesz, co ja widzę? Jak ważną mam pracę.
Aluminium jest wszędzie. Patrz. Tutaj, tu, tu...
Każdy mieszkaniec Francji zużywa 20 kilo aluminium rocznie.
Jak Ci idzie z powieścią? Michel Bourne
Wciąż piszę. Mam nadzieję ją kiedyś skończyć.
- Zostało tylko troje. - Słucham?
Troje kandydatów na kierownika w La Défense.
Ciągle o tobie wspominam, a mnie tam kochają.
- Na pewno się uda. - Dzięki.
Słuchaj, tamta kobieta wróciła?
Świetnie do mnie pasuje. Jestem zachwycona.
Wiedziałam. Proszę poczekać.
Moja terapeutka przyznaje ci rację.
Muszę wrzucić wyższy bieg.
Wezmę żółtą sukienkę
i tamten płaszcz.
Dobry wybór?
O tak. Nikt nie będzie mógł się pani oprzeć.
Świetna robota. Jestem pod wrażeniem.
Kiedy jesteś skoncentrowana, wychodzi super! Brawo.
Patrz, jak ten nowy sprzedaje aluminium.
Jakby handlował bielizną. Ple, ple, ple...
Frajer może zabrać mi nową robotę.
Frajer może zabrać mi nową robotę.
Bez obaw, nie może ci się równać.
Czego oni ich uczą w tych drogich szkółkach?
Zniszczyłbym go.
Gość nie rozumie, że aluminium trzeba kochać.
Jest cenne. Prawie tak jak złoto. A on...
Dokąd idzie?
Nie wierze! No nie, idzie na lunch
z szefostwem.
Czy ty, aby też nie piszesz książki?
Nie, wpisuję wydatki.
Uff, co za ulga.
Przez ciebie mam ochotę napisać książkę.
- Powaga?
Super. Z twoją wyobraźnią na pewno będzie dobra.
Tak myślę. Zaczęłaś od początku?
W porządku chronologicznym?
Tak: początek, środek, zakończenie. Normalka.
No tak, ja chyba ją trochę zdekonstruuję.
Czemu by nie poprzestawiać tropów?
Zrobię retrospekcje i futurospekcje, czyli przeskoki w przyszłość.
Wiem.
Jestem niebywale spostrzegawcza, muszę wykorzystać swój talent.
Na przykład moim zdaniem ten facet...
- Ma klasę. - Tańczy. Flamenco.
Rozumiesz... z wszystkiego czerpię natchnienie.
Spójrz na tych dwoje.
Ale para! Co uważasz?
Są małżeństwem od trzech lat.
- Pracują w tej samej firmie... - Nie! Mają romans.
On rozgląda się nerwowo.
Ona jest zakochana po uszy.
Rozszerzone źrenice, spocone dłonie, przyspieszony oddech.
Mają winę wypisaną na twarzach. Zdrada małżeńska. Przyłapani na gorącym uczynku!
Patrz, jak się całują.
- Nie są małżeństwem. - Widzę cię.
Znam twoją żonę, powiem jej.
Wszystko jej powiem!
Idą sobie!
Wystraszył się nas!
Serio myślał, że znam jego żonę.
Wziął nas za wariatki!
Spójrz na paniusię w błękicie.
Jej piesek wygląda jak ona w miniaturze!
O, rozmawia ze swoim psem.
To jej sobowtór! Wykapany
breloczek na klucze!
Nie do wiary!
Pełna zgoda! Jesteś w tym świetna.
- Oddam ci to za friko. - Co?
Wnioski z obserwacji paniusi. Do twojej powieści.
Wiesz co? Może wezmę.
Proszę bardzo. Mam mnóstwo pomysłów.
Czuję się jak szybkowar.
Jak wybuchający wulkan.
Może skończę pierwsza. Nie wkurzysz się?
Bo natchnienie spada na mnie 24 na dobę, 7 dni w tygodniu.
Kotku!
Kiciusiu...
Kończysz już? Co tam robisz? Szybciej.
Czyli życie małżeńskie to pieśń przeszłości?
Kotku...
Już idę.
Zostaw to. Chodź.
Kotku...
Czego chcesz?
Ciebie!
Mnie? Czego ode mnie chcesz?
Zgaś światło. Zobaczysz.
Kuszące...
Ja tego używałam. Nie łap.
Boskie ciało.
Dziś jestwielki dzień. Piszę swoją pierwszą powieść.
MojeZyciePisarki WielkaLiteratura
- Oddaj. - Nie!
Nie hałasujcie tyle. Mama pisze swoją pierwszą powieść.
Piękna kobieta sukcesu.
- Oddawaj! Puść. - Nie rób takich min.
- Ty nie rób. - Dosyć!
Nie! Oddaj!
Dość. Marsz do pokoju.
- To twoja wina. - Twoja.
Napisz swoją pierwszą powieść w 30 dni.
Ależ to się trudno podłącza.
Do tego trzeba skończyć politechnikę!
Przypominasz mi Bradleya Coopera.
- Teraz? - O tak.
Śliczny jesteś!
- Serio? - Poważnie.
Nie ruszaj się. Spójrz na mnie.
Czekaj.
Taki przystojny.
Nie sposób się oprzeć.
Wrzucam.
Mieszkanie artystki. BradleyCooperToMójMąż
Dobrze mi robi przelewanie wściekłości na papier.
Tylko bałaganu nie zrób!
Idiota!
Przedstawienie musi trwać.
Co to?
Ulica była pusta...
Na ulicy roiło się od ludzi
Trwała apokalipsa.
Spójrz tylko! Ale ona jest leniwa.
- Co to? - Wyniki z laboratorium.
To była jej szminka i DNA. - Wiedziałem.
Siadaj.
Czy zostaniesz...
moim pierwszym czytelnikiem?
Zaraz poznamy tożsamość mordercy.
Przeczytaj moją pierwszą powieść.
Czekaj.
Nie obędziesz się bez mojej opinii!
Nie.
No dobrze.
Co robisz?
Chcę zobaczyć twoją reakcję.
Kotku, ja tak nie działam...
Jeśli autor na mnie patrzy, nie potrafię.
Daj mi czas.
- Dobra. - Nie bój się.
Będę zachwycona.
To się stało z miłości czy tylko za sprawą mojej urody?
Miłość, nienawiść, władza.
Oto trzy prawdopodobne motywy.
O cholera!
- Cześć, kochanie. - Jak tam?
- Spoko, u ciebie - Też.
- Pokazałem dom klientom. - No...
Pograłem im trochę swojej muzyki.
Ulica była pusta...
Szef zakazał mi tego robić.
Serio?
Chociaż podpisali.
Nie wierze!
Zdolności twórcze wkurzają ludzi. Trochę jakby
byli zazdrośni o twój talent.
Pewnie, że są.
Ty otwierasz się na nieskończoność,
biegasz swobodnie, z rozwianym włosem,
a oni tkwią w swoim nijakim „żyćku".
Ruszysz się? Nie chcę się rozpraszać przy pisaniu.
- Piszesz? - Spójrz.
Paul Valery rysował, zanim zaczął pisać.
Rimbaud palił opium. A ja - sprzątam kuchnię.
Sprytnie.
W niedzielę pokażmy sobie nawzajem swoje utwory.
Jeszcze nie.
Na pewno Piotr i Maria Curie spędzali tak weekendy.
„Co tam, kochanie?”
„Odkryłam polon”.
- Idiota! - „Brawo, skarbie. A ty?”
„Zajmowałem się kwarcem piezoelektrycznym”
Przestań, natchnienie mi ucieknie.
Nieznośny człowiek!
Przepraszam. Pójdę coś skomponować.
Idź. Ja popiszę.
Dobrze, skarbie?
Bardzo dobrze!
Zacząłem czytać twoje.
To znaczy, że dwa lata temu prawie mnie zostawiłaś?
Co ty gadasz? Postaci w książce to nie my.
- Nie my? - Nie.
Przepraszam, ale chyba serio masz mnie za głupka.
Słuchaj.
„Wielką obsesją życiową Francka jest miedź".
To nie ja?
Nie ty.
„Franck żyje jak goryl". Dzięki.
„Dominuje fizycznie nad innymi". Wcale taki nie jestem.
Przeczytałeś tylko połowę i tego się uczepiłeś?
W książce są małżeństwem, to nie my.
I jeszcze to: „Ograniczył
swoją inteligencję do swych pierwotnych popędów".
- Nie jestem taki. - Nie...
Napisałam też:
„Franck to mój kapitan.
Chroni mnie w czasie sztormów. Jest czuły, dodaje otuchy”.
Nie piszę o nim wyłącznie źle. Jest świetny.
A zresztą - to nie jesteśmy my.
Nie wysyłaj tego. Jest dupkiem. Ludzie mnie w nim rozpoznają.
Skarbie, sam powiedziałeś, że jest dupkiem - czyli nie jest tobą!
Nie przeczytam i nie powiem ci, co myślę.
Dzień dobry.
Tak, to moja pierwsza powieść.
- Spotkajmy się w przyszłym tygodniu. - W przyszłym?
Tak, oczywiście.
Szczegóły wyślę sms-em.
- Dzięki. - Do widzenia.
No ładnie.
Zadzwoniło do mnie dwóch wydawców...
A ja zaczęłam pisać!
- Tak? - Tak.
Wiedziałam, że mam dar,
ale chyba wreszcie odnalazłam swój styl.
O czym piszesz?
Chciałam o tym, jak Francis próbował mnie uwieść,
jak podbijał twierdzę, którą dla niego byłam.
No proszę!
Sądzę, że kobietom może dać nadzieję, a facetom odwagę. I vice versa.
Chyba znalazłam uniwersalny temat.
Świetnie. Z przyjemnością przeczytam.
Ty zrobiłaś postępy?
Miej choć raz trochę wiary w siebie.
W sumie to... Już po wszystkim.
Tak szybko się poddałaś? Wiedziałam.
Karine, nie! W sensie: już skończyłam.
- Nie! - Co?
Odbiło ci. Nie da się tak szybko skończyć.
- Czemu? - Nie od razu Rzym zbudowano.
Po prostu ze mnie wypłynęła.
Dwóch wydawców dziś odpisało.
Niech zgadnę: „Chociaż książka wydała się nam niezwykle interesująca..."
- Koszmar. - Dostałam dwie pozytywne odpowiedzi.
- Ooo. - Fajnie, co?
- Wstawiłaś paniusię w błękicie? - Tak.
Jest chroniona prawem autorskim. Wisisz mi za nią tantiemy.
Jasne!
- Twój Michel Bourne to czytał? - Tak.
Powiedział, że książkę można już wysyłać do jego wydawcy, Gremillarda.
- Gremillarda? - Tak.
3300 to kupa kasy. Do tego koszty podróży
Powiedział: „Jeśli odejdziesz z firmy, firma upadnie”.
Zobacz, jaki dom Marc znalazł nam na urlop.
Obejrzymy po kolacji, dobra?
Jak chcecie.
Karine mówi, że Gremillard zaprasza cię w związku z książką.
Tak.
- To wspaniale, Léo. - Dzięki.
Ten Gremillard to dobre wydawnictwo?
Najbardziej prestiżowe.
- Poważnie? - Najgorsi nie są na pewno!
Chyba też ich wybiorę,
kiedy skończę pisać książkę.
Podobała ci się powieść Léi?
Ja nie... Ja nie...
Nie przeczytałem.
- Brak czasu... - Z tymi Chińczykami
był w huk roboty.
Nie przeczytał?
Byłem potwornie zajęty.
- Tak. - Ale to zrobię.
Liczy się gotowość do przeczytania.
Książka jest na mojej liście rzeczy do zrobienia.
Czytałam, że Gremillard odrzucił wielu znaczących pisarzy.
Czyli nie zawsze są przewidujący.
Ale mojej kotki nie przeoczyli! Dostrzegli ją, i to jak!
Dziwne, że tak im się spieszy.
Dlaczego?
Dziwne, że tak szybko chcą cię wydać. Przeczytaj umowę.
Uwaga.
- Po co? - Wydawcy często oszukują pisarzy.
- Bzdura. - Poważnie.
- Mówię ci. - Ona ma racje.
Jesteś ciut zazdrosna?
- A skąd! - Spójrz na siebie.
Cieszę się z jej sukcesu.
Przestań już.
Nie dajmy się zwariować. Idę tylko na spotkanie.
I znowu to samo. Widzisz?
Zawsze zakłada, że ludzie są dobrzy, jak ona sama.
Nie podpisuj, póki nie obgadasz kontraktu ze mną.
- Przestań. - Mówię poważnie.
- Tak? - Oczywiście. Jeśli zdaje im się,
że mogą cię orżnąć, to mnie nie znają!
- Dobrze mówi. - Przeczytamy umowę
i rzucimy Gremillarda na kolana.
Czemu im mówisz, że nie czytałem twojej książki?
Sam im to powiedziałeś.
Wspominając o tym, że miałeś dużo roboty z Chińczykami.
No i znowu wyszedłem na dupka.
W takim razie przeczytaj.
Tylko niech to nie wpływa w żaden sposób na twoją pracę i awans.
Będzie dobrze, nie martw się… Wszystko na zawsze zostanie po staremu.
Naprawdę?
Tak, kapitanie.
Skazali człowieka niewinnego.
Lecz niewinny - jest niewinny.
Winny! Przez was jest winny.
Przelaliście jego krew.
Skazali człowieka niewinnego. Na śmierć - niewinnego.
Przelaliście jego krew.
Skazali człowieka niewinnego. Na śmierć - niewinnego.
Winny! Przez was jest winny.
Czemu chcą go zabić, tato?
To tylko piosenka, nie bój się.
Ale on nic złego nie zrobił.
Nie zrobił, jest niewinny.
Nieważne. To tylko piosenka.
Leć na górę. Zaraz cię dogonię.
- Idziecie? - Tak, już.
- Piosenka była za mocna. - Wiem.
Nie dla dzieci.
Nie...
Napisałem ją w duchu...
„Oskarżam” Zoli, rozumiesz?
No, ale jest bardzo...
Może spróbuj bez słów?
O nie!
Pasują do muzyki. Tworzą jedną całość.
Nazwałem ten nurt „electro polityczne”.
- Jakby David Guetta spotkał Boba Dylana. - Aha.
Skazali człowieka niewinnego.
Lecz niewinny - jest niewinny.
Wystarczy, teraz muszę
przetrawić to, co usłyszałam. - Jak chcesz, kochanie.
Mogę przeczytać to, co napisałaś?
Nie mam odwagi. To nieprzyzwoite, żeby inni czytali moje rzeczy.
Kochanie, Léa daje przeczytać.
Artyści tak robią.
A nie uważasz, że Léa...
- Co? - No, że...
- No co? - No, że trochę...
- Przytyła? - Nie!
Że stałe się trochę...
Zarozumiała?
No i widzisz? Też tak uważasz.
Myślałam, że nikt więcej nie zauważył, ale to widać.
- Daj spokój. - Nie znasz jej...
- Serio, przestań... - Nie tak dobrze, jak ja.
Ona pracuje na okrągło.
Tu Gremillard, tam Actes Sud. „Wydadzą moją książkę!”
Nie, ona się zmieniła!
No nie wiem. Chyba trochę...
Brak ci obiektywizmu. Dobra...
Przeczytam ci, ale...
Nie jest jeszcze gotowa.
Zależało mi na mocnym otwarciu. Możesz być lekko zaskoczony.
Dość tych wymówek, kochanie. Jesteś genialna.
Wiem. Czasem o tym zapominam.
„Dzisiaj umarła mama.
A może wczoraj. Telegram z przytułku był suchy:
"Matka nie żyje. Pogrzeb jutro. Szczere kondolencje".
To nic nie znaczy. Mogła umrzeć wczoraj”.
No i?
Czy to nie jest... "Obcy", Alberta Camusa?
Czyli znasz. No tak.
Skarbie, wszyscy to znają.
- Serio? - To szkolna lektura.
Wiem. Chciałam tylko się rozgrzać.
Nie zostawiłabym takiego początku.
Taka wprawka. Zmieniłabym to.
Zamiast „Dzisiaj umarła mama”,
dałabym: „Wczoraj tata poszedł na spacer”.
A to co innego. „Pogrzeb jutro”
zmieniłby się w „Impreza dzisiaj”.
- Aha. - Co innego.
Jasne. To zmienia postać rzeczy.
Ale najpierw zmień,
a potem przeczytaj, żebym posłuchał świeżym uchem.
To nie jest łatwe. Szukam natchnienia w różnych miejscach.
Przy dzieciach nie mam czasu.
Nie krytykuję cię, kochanie. A nawet jeśli nie dasz rady...
To w sumie co się stanie? Nic wielkiego.
To byłaby katastrofa. Chcę skończyć tę powieść, rozumiesz?
Ona jest ważna. Nie zaczęłam po to, aby zrezygnować.
Przytulisz mnie?
Skarbie, wiesz...
Może wybraliśmy niewłaściwe dziedziny sztuki.
Spróbuję swoich sił w rzeźbie.
Czuję, że literatura to moja działka.
Naprawdę. Wkurza mnie strasznie, że Léa ukradła moje dzieło.
- Dzień dobry, Léa Monteil. - Dzień dobry.
Byłem pod wielkim wrażeniem twojej książki.
Dziękuję.
- Cześć, jestem Sylvain. - Cześć.
Liczę na wydanie w styczniu.
Będziesz zajęta korektami, promocją.
Problem w tym, że pracuję w sklepie. Końcówka roku jest...
Bez obaw, coś wymyślimy.
Mogę dostać stanowisko
kierowniczki większego sklepu.
Pomów z Sylvainem. Zajmie się wszystkim od strony wydawniczej.
Witaj.
- Sylvain, zaopiekuj się nią. - Tak, proszę pana.
Czy to znaczy, że...
Wydacie to?
Rzeźbiarstwo to chyba moja działka.
Robię sobie przerwę. Potrzebuję jej,
bo staram się zajrzeć w głąb siebie.
Czujesz w sobie kruchość.
Co to jest?
Koń.
Doprawdy?
Tak, tam tkwi koń. Próbuję go wydostać.
Koń tam siedzi? Na pewno zanudził się na śmierć!
Zacznij od czegoś prostszego.
Kochanie, to nie ja decyduję o treści, tylko kamień.
- Nie zrozumiesz. - Nie.
Gdy wiesz, co robisz, wszystko staje się proste.
- Urządźmy wystawę. - Szaleństwo!
- Zróbmy to. - Nie!
- Zróbmy. - Nie, jest za wcześnie.
Przepiękne.
Nie ruszaj się.
To nie koń tam siedzi...
Tylko ty!
- Wydostanę cię. - Bzdura!
- Będziesz mi pozowała? - Przestań!
O tak?
Ręka za siebie, o tak.
A głową... Nie ruszaj. Daj się porwać.
Jesteś jak Rodin. A ja to twoja Camille Claudel.
Tak...
Już. Ależ jesteś piękna!
Przypominasz Nike z Samotraki.
Ona nie ma głowy!
Właśnie. Dlatego jesteś od niej ładniejsza.
Bo ty masz głowę.
Znasz Nike z Samotraki?
Dużo wiesz. Ciągle mnie zaskakujesz.
A ty ciągle masz mnie za idiotę.
Nie!
Uwielbiam, kiedy używasz trudnych słów. Pocałuj mnie.
Pomóc ci?
- Daj mi pracować. - Przepraszam.
Nie posunę prac naprzód na tę twoją wystawę.
Ja też wracam do pracy.
Wyrzeźbię konia.
Nie, kucyka. Będzie szybciej.
Zagubiona w galerii handlowej
To jest naprawdę coś.
Mamy mnóstwo pracy. Wyślę ci to wszystko.
Rzecznik prasowy sporządzi listę VIP-ów,
którym podpiszesz egzemplarze książki.
- Dobrze. Będzie sesja zdjęciowa.
Potrzebujemy w mediach zdjęć, na których się uśmiechasz.
Tak jak teraz.
Dobrze.
Léo...
Spójrz. Wiesz, co to jest?
- Nie. - Zgadnij.
- Nie wiem. - Strzelaj.
Przeczytaj. Napisano tam, że zostałaś kierowniczka w La Défense.
- To wspaniale! - No...
Awansowałaś do „starszaków".
Tak, to dobrze.
Ale...
Wszystko dzieje się jednocześnie.
Tylko nie mów, że jesteś w ciąży.
Nie, nie.
Bo już się zmartwiłem.
Mówiłem: z moim wsparciem na pewno się uda.
Bardzo się cieszę.
- Trzeba to uczcić. - Niezły pomysł.
Za nas, kotku.
Tylko łyczek, mam mnóstwo pracy.
To wszystko nie należy chyba do obowiązków pisarza, co?
Pisarze musza podpisywać swoje książki, skarbie.
Wyrzuciłaś ten kawałek o głupim mężu?
Skończ czytać, to się dowiesz.
Rozumiem, nie wyrzuciłaś.
- „Dla Gillesa Bouléau”. - Zostaw.
Proszę, proszę...
„Dla spikera,
który codziennie gości w moim domu”. Naszym domu!
„Nieświadomie towarzyszyłeś
mojemu codziennemu pisaniu. Szczerze oddana!"
- Znasz Gillesa Bouléau? - Nie.
Pomyśli, że go podrywasz.
Nieprawda, tak to się robi.
Wpiszesz „Szczerze oddana” dwustu obcym facetom?
Tak, bo gdybym napisała, „Twoja”, dopiero by mnie źle zrozumieli!
Dosyć to niejasne.
A tytuł jest ostateczny?
„Zagubiona w galerii handlowej”.
„Zmyślony motyl" był lepszy. Bardziej przyciągał uwagę.
No cóż, zdaniem wydawcy to brzmiało jak tytuł książeczki dla dzieci.
Ech, wydawca...
Wolisz słuchać wydawcy.
A moje zdanie... Nie róbmy z tego afery...
Z czego?
Książki zostaną rozesłane w tym tygodniu. Nie mogę już zmienić tytułu.
Poczekaj chwilę!
Wyluzuj! Nie jesteś Wiktorem Hugo.
Skąd wiesz? Nie czytałeś.
A Hugo czytałeś? Ty w ogóle nic nie czytasz.
Obrzydliwe słowa.
Zaczęłaś otaczać się intelektualistami, więc na mnie napadasz?
Robię w aluminium. To mniej efektowne niż robota Gillesa Boila.
Ale bez tego nie ma prasy drukarskiej ani książek, i nic nie sprzedasz!
Myślisz, że Gilles Bóldupy cię uratuje? Nie.
Tylko ten dupek, który robi w aluminium. Nie zapominaj o tym.
Wiktor Hugo!
Przepraszam. Nie o to mi chodziło. Wybacz mi.
Co to za zdjęcie? Spójrz.
To nie ty.
Nie poznaję cię.
Zmieniłaś się.
Bardzo, Léo.
Podobało ci się to zdjęcie.
Nie będę teraz o tym rozmawiać. Mam jutro ważne sprawy do załatwienia.
Dobranoc.
Spójrz.
Nieźle!
Dedykacja dla „mojej siostry, mojej Karine.
Dziękuję Ci za wsparcie”.
Wiadomo! „Twoja paniusia w błękicie daleko zaszła.
Życzę ci całego szczęścia świata. Buziaki, Léa."
O co chodzi z paniusia w błękicie?
To pomysł, który jej podsunęłam.
Pracowałyście razem?
Nie, podrzuciłam jej tylko parę pomysłów. Nie mówię ci o wszystkim.
Ale nie wspominaj o tym, bo wyjdzie, że się chwalę.
Jesteś niebywała!
Sama piszesz książkę, a przy okazji jej pomagasz.
Imponujesz mi, kochanie.
Przestań już. Przeczytajmy,
pogadamy później.
Masz takie miękkie dłonie.
Co?
Nie o to... Nieważne.
Taak...
Nie chcę być niemiły,
ale to jakieś szaleństwo, że duży wydawca wydaje taką książkę.
Mnie się podoba. Jest zabawna i wzruszająca.
Ludziom może przypaść do gustu.
Brak w niej tempa,
pasji... i literatury.
Jest nijaka, poza kawałkiem o damie w błękicie.
To tylko jedna linijka.
Nie, dwie linijki.
Bardzo sugestywne.
Jeśli coś takiego można wydać,
ja wydam znacznie więcej.
Jestem głodny.
Odmrozić kurczaka?
O raju!
Czy makaron?
Zobaczę, co mamy.
Chyba zostało trochę...
Tak, jest jeszcze chili con carne.
Pasuje ci, skarbie?
- Skarbie? - Tak.
Chili? Jasna sprawa.
Ale masa książek.
No pewnie. W księgarniach sprzedaje się książki.
Nie kiełbaski.
- To mój debiut. - Gratulacje.
- Do widzenia. - Dzięki.
Powtarzam: byliśmy zachwyceni.
- Świetna rzecz. - Widzisz?
- Bardzo ładna. Mnóstwo dobrych kawałków. - Dziękuję.
Przebija z niej
wnikliwe spojrzenie, które rzucasz na ludzi.
- To prawda.
- No. Oboje byliśmy zachwyceni.
Tak, tak.
Dziękuję. Wasze zdanie bardzo wiele dla mnie znaczy.
Bardzo miło.
Niestety na tej stronie, AB Reader, nie spodobała się.
- AB? - AB Reader.
- Co to? - Taki blog.
Napisali, że to nie jest literatura.
- Nonsens. - Ostro.
Banda łajdaków.
To bez znaczenia. Nie musi im się podobać.
A zresztą co oni tam wiedzą?
To blog literacki, znają się na książkach.
Sam umiałabym założyć taki blog.
Jeśli to nie jest literatura, to co?
Ich zdaniem to jest po prostu kiepska książka.
Sprawia ci przyjemność ranienie Léi tymi kretyńskimi pytaniami?
Przepraszam, jeśli...
Nie martw się, Francis.
A poza tym recenzje są w większości dobre.
- Poważnie? - I dobrze. Nie znoszę, jak cię krytykują.
- Durni intelektualiści! - Wkurzający.
Kosztowałem kaczych udek.
- Przepyszne. - Gdzie?
Tam. Od razu widać, że to dobry wydawca.
Samo brzucho na dwóch nogach!
- Wspaniałe. - Daj mi najpierw spróbować.
Całkiem spokojna uliczka.
Cześć.
- Książka bardzo mi się podobała. - Dziękuję.
Mogę zrobić sobie z tobą zdjęcie?
Pewnie. Chodź.
Ja zrobię.
Nie trzeba, dzięki.
- Dzięki. - Cała przyjemność po mojej stronie.
Pierwszy raz obcy człowiek poprosił o zdjęcie!
Obłęd! Mam mnóstwo twoich fotek.
- Głupia! - Sprzedam je!
Jesteś teraz gwiazdą?
Daj spokój!
- Wszyscy fani chcą mieć z tobą selfie? - Idiota!
Nie sprzedaliśmy dzisiaj zbyt wielu egzemplarzy.
To fakt.
Ale o książce mówi się bardzo dobrze.
Wyniki się poprawią, uwierz mi.
Dzięki, Sylvain.
Dzień dobry, Karine Leger.
Najlepsza przyjaciółka Léi.
- Ja też piszę powieść. - Rozumiem.
Ale nie będę o tym mówić. Léa jest dzisiaj gwiazda, więc...
Z przyjemnością przeczytamy.
Dobrze. Zresztą wystarczy. Nie dzisiaj, proszę pana.
Gotowa?
Czytam materiały promocyjne.
Wprowadzimy jeszcze zmiany.
Dobrze.
Hej, Karine.
Léa Monteil to ta znajoma, z którą czasem chodzisz coś zjeść?
Uwielbiam ją! Poznałem na zdjęciu.
Napisała niesamowitą książkę. Nie słyszałem o niej.
Ale żona przeczytała, a potem ja - za jednym posiedzeniem.
Naprawdę?
Ma genialny zmysł obserwacji ludzi. W jej galerii są wszyscy.
Bardzo się cieszę. - Długo ją znasz?
Tak, od małego.
Powaga? Muszę ją poznać.
Odbiło ci. Ona ma faceta.
Nie, chcę jej pogratulować.
Powiedzieć... No nieźle!
Masz wielkie szczęście, że ją znasz.
- Nie przesadzaj. - Naprawdę.
- Powiedzieć ci coś? - Mów.
Dama w błękicie to był mój pomysł.
Dama w błękicie?
No wiesz, ta paniusia...
Na stronie 82. W błękicie.
A, dama w błękicie! No proszę! Tak? Fajnie.
Umów mnie z nią na kawę.
Dobrze.
Dzieci, nie ruszajcie działa taty. To niespodzianka.
Identyfikowałam się z bohaterką.
Twoja książka mnie zachwyciła.
- Wspaniała. - Dzięki, wzruszyłam się.
Nie mogę doczekać się następnej.
Jestem w trakcie pisania.
Pracowita jest.
- Jestem już w połowie. - Ach:
Wymaga to wiele pracy
i dobrej organizacji, ale też...
Przepraszam, skarbie.
To wielki dzień Francisa, rozumiesz?
Nie ględź więc na temat swojej książki z uwagi na niego.
Sami mnie spytali.
Wiem, ale musiałam go przymusić do tej imprezy.
Wiesz, jaki jest skromny. Dzięki.
Proszę wszystkich o uwagę
Francis odsłoni teraz swoje rzeźby. Zbierzmy się proszę.
Moim celem była praca w materiale.
- Co to jest? - Piękna rzecz.
- Ale co dokładnie? - Ptak.
Ptak...
No i?
Piękny, potężny... olbrzymi.
Ciekawy.
To nie wszystko. Zapraszam.
To rzeźba o odmiennym charakterze.
Jest... szczuplejsza.
Ładna?
Tak, bardziej zwiewna.
Idźmy dalej.
Są zachwyceni. Widać to po nich. Wspaniale.
To moja ulubiona figura.
- Tak... - Karine.
Karine?
Jej twarz... jej nogi.
Powiedzmy.
Wkrótce zacznie rzeźbić w szlachetnej skale.
- Marmur kararyjski jest jego powołaniem. - Marmur kararyjski.
Przeczytaj nam cytat z tego rzeźbiarza.
Ma na myśli Giacomettiego.
Jest piękny.
„Wielka przygoda, gdy widzisz, jak ze znajomej twarzy wyłania się niezbadane.
Oto najwspanialsza podróż dookoła świata”.
Brawo!
To właśnie chciał we mnie uchwycić.
Moje niezbadane oblicze.
Czysta poezja.
No.
- Wyrzeźbił mnie tak szybko... - Ciocia Léa!
Aha, czyli tak...
Na pasku jest napisane:
„Nagroda Interallie za debiut pisarski Léi Monteil,
"Zagubiona w galerii handlowej", który sprzedał się w 50 tys. egzemplarzy”.
- Gratulacje. - Mój kotek!
Wspaniale, skarbie.
- Brawo! - Dziękuję.
Czemu nic nie mówiłaś?
Dzisiaj najważniejszy jest Francis. Nie chciałam...
Fantastyczna wiadomość.
- No wiesz, po prostu... - Brawo.
A to coś innego. Z drogi.
Nie miała nawet zamiaru powiedzieć mi o tej nagrodzie.
- Serio? - Ciągle się gniewała.
- Myślisz? - Na stówę.
Sukces zmienia ludzi. Jak zwykle to samo.
Pomagałam jej, kiedy mnie potrzebowała. Wtedy cieszyła się z mojej obecności. Wtedy..
Nie martw się, skarbie. Jeśli faktycznie się zmieniła, minie jej to.
Też sobie nieźle radze. Jako dyrektor kreatywna.
Nie grasz w tej samej lidze. Tylko w wyższej.
Już na zawsze zostanę „stara dobrą Karine, którą wszyscy znają i lubią.
Jeśli przestaje potrzebować swojej najlepszej przyjaciółki
w chwili, gdy wzmianka o niej pojawia się w gazecie,
to nie ma o czym...
To ona.
Dzwoni z przeprosinami. Dobrze ją znam.
Tak, Léo? Tak!
Dzięki, powiem mu.
Serio?
To wspaniale.
Fantastycznie. Cieszę się z twojego sukcesu.
Oddzwonię. Właśnie sprzątamy. Gratulacje, pa.
Wystąpi w wieczornych wiadomościach.
Wspaniale!
Zadzwoniła tylko po to, żeby mi dogryźć.
Naprawdę uważasz. Że ludzie są mili?
Dlaczego tak milczysz?
- Nie milczę. - W samochodzie nie odezwałeś się ani słowem.
Zostawisz mnie, wiem o tym.
Dlaczego miałabym cię zostawiać?
Dlaczego miałabyś żyć z gorylem?
Przestań.
Dlaczego miałabyś zostać,
skoro dziennikarze podrywają cię, dziennikarze telewizyjni i pisarze?
- Nie podrywają. - Nawet jeśli nie zaczęli, zaczną.
Czyli jesteś zazdrosny prewencyjnie,
w razie, gdyby jakiś znany pisarz kiedyś mnie podrywał?
Czemu „znany"?
Chodzi o Michela Bourne'a, który się wokół ciebie kręci?
Po prostu dałam przykład.
Taa...
Sama to powiedziałaś. Nieprzypadkowo.
- On ma 65 lat... - Dla niego to żaden problem.
Przestań wreszcie! To ciebie kocham, to z tobą
chcę to wszystko dzielić.
Taa, kochasz mnie. Na pewno!
Chcesz coś zjeść, kochanie? Ja padam z głodu.
Kochanie, mogę podgrzać zapiekankę z bakłażanem.
Do tego sałatę. Co ty na to?
- OK. - Już robię.
Chcę pisać aleksandrynem.
Aha...
Taki wiersz jest jak pieśń bez muzyki.
Będzie mi pasował.
Ja nie mogę, skarbie.
- Co się stało? - Ja...
Nie umiem pisać, tworzyć.
Nigdy nie zostanę artystką.
Myślałam, że zdołam.
Jesteś po prostu bardzo głodna.
I zmęczona.
Zjesz coś i od razu zaczniesz myśleć trzeźwiej.
I stworzysz arcydzieło.
Tyle chciałam z siebie wyrzucić.
Tak wiele!
Zasługiwałam na książkę ze swoim nazwiskiem z przodu
i zdjęciem na odwrocie.
Ale nie mogę niczego wyrzucić.
Nie wiem, jak to się robi.
Przebiegnę się.
- Poczekaj do przyszłego weekendu. - Nie.
- Na pewno? - Tak.
Tylko uważaj, miła moja, już zmierzcha.
Nie martw się.
Cholera!
Dwanaście stóp! Wyszedł mi aleksandryn.
Chciałem pisać aleksandrynem i wypowiedziałem go, nieświadomie!
„Tylko uważaj, miła moja, już zmierzcha”.
Dzieciaki, tata zrobił aleksandryn na ulicy!
Bardzo ładne. Niesamowity kolor!
To ta pisarka!
To ty?
Dzień dobry.
To naprawdę ty?
Tak, zgadza się.
Niebywałe! Możemy prosić o zdjęcie?
- Jasne. - Dziękujemy!
Wiesz, kim ona jest?
Moją ekspedientką.
Dziękuję.
- Dziękuję. - Bardzo dobrze.
Dzięki. Do widzenia.
- Czego chcieli? - Sprawdzić, czy ja to ja.
Czy ty to ty? W jakim sensie?
Nie rozumiem.
Léo, podejdź.
A to co? To przecież ty!
Paul, już tłumaczę.
Napisałam książkę. Kupiło ją mnóstwo ludzi.
Dlatego wystąpiłam w telewizji. I tyle.
Ale to nic takiego. Minie.
- To nie zmieni sytuacji z La Défense? - Nie.
To tylko hobby, jak filatelistyka.
Nic poważnego.
Serio, nic takiego!
Dzień dobry.
Co to jest?
...w galerii handlowej,
gdzie zaczęłam przyglądać się kupującym i personelowi.
Wymyślać historie na ich temat, żyć ich życiem
i próbować zrozumieć, kim są.
Zawsze pisałaś?
Zapełniałam zeszyty na wpół zmyślonymi opowieściami.
Z czasem stały się
zupełnie zmyślone...
pełne nieistniejących wrażeń i postaci...
Przepraszam.
Sama nie zauważyłam, kiedy przeistoczyły się
w mrowie bohaterów,
którzy zaczęli wchodzić ze sobą w interakcję.
W końcu całość stała się "Zagubioną w galerii handlowej".
- 11,77 kilometra. - Nieźle!
Przewyższenie: 5,26%!
Plus masa pagórków. To wszystko w 67 minut.
Zupełnie mnie to nie dziwi.
Muszę udostępnić swój czas.
- Muszę zejść poniżej godziny. - Świetnie.
Ja przerzucam się na japońskie bonsaje.
- Słucham? - Bonsai.
To też jest sztuka. Bardzo ciekawa.
Wystarczy drzewko i tyle.
Pierwsze 12 kilometrów muszę pokonać w godzinę. W ramach przygotowania do maratonu
Moje drzewo to klon Burgera. Jesienią zrzuca liście.
Tak, to drzewko!
Bardzo rzadkie i urodziwe.
Spójrz.
Nie. Wykąpię się.
Jutro zrobię duże kółko.
25 kilometrów w dwie godziny 15 min. A potem drzemka.
Widać było z dołu.
Patrz.
O co chodzi?
250 000 sprzedanych egzemplarzy. To ma być hobby?
Mówiłaś, że to nic takiego. Dlaczego sprzedałaś ich tak dużo?
Przepraszam. Ludzie po prostu kupowali książkę. Nie moja wina.
Nie sądziłam, że do tego dojdzie, Paul.
Chciałam ci powiedzieć,
ale nie mogę przyjąć propozycji w La Défense.
Zupełnie ci odbiło.
Ile zarobiłaś? 5 tysięcy? 10?
Okrągła sumka, ale ile to będzie trwało?
Nie, zarobiłam jakieś 200 tysięcy.
- 200? - Tak.
Niemożliwe! To jakaś abstrakcyjna suma.
Lepiej zarabiać 1800 miesięcznie niż 200 tysięcy.
Wypłata przychodzi co miesiąc.
Przykro mi, Paul.
Hej, podejdź no.
Dostałabyś dużą premię.
Dzięki, Paul, ale składam wypowiedzenie.
Przemyśl to. Nie odwracaj się od swojego przeznaczenia.
Dziękuję, Paul.
Życzymy ci udanej emerytury.
Będę za wami wszystkimi bardzo tęsknić.
Sandrine, nie martw się o swoją wierną klientelę.
Thierry, nasz nowy wspaniały International Key Account Manager,
przejmie teraz stery. - Dzięki.
Brawo!
A teraz nacieszmy się bufetem.
Wznieśmy kieliszki.
Pijemy twoje zdrowie!
Toast za zdrowie Sandrine.
Za Sandrine!
Można było na mnie poczekać.
Częstuj się.
Sam to wszystko wypiłeś?
Wzięli Thierry'ego na następcę Sandrine.
Naprawdę zależało mi na tym stanowisku.
A oni wybrali tego kretyna, który ledwo sobie radzi z Excelem!
O nie!
Tylko dlatego, że pracował za granicą i ma mnóstwo kontaktów.
Ale po rumuńsku nie mówi!
Marzyłem o tej pracy. Była stworzona dla mnie.
Dobra, chodź.
To ja wybieram dziś wieczorem.
- Nie... - Chodź.
- Co? - Tutaj.
Co to jest?
Moje pierwsze tantiemy.
- Ty tak na poważnie? - Tak.
- Mogę? - Śmiało.
Jest tam.
- Tam? - Tak.
Co my tutaj robimy?
Zarezerwowałam pokój.
Aha! Nie dostałem awansu i dlatego się nade mną litujesz?
Nie. Skąd mogłam wiedzieć?
Kotku... Ten motocykl jest przepiękny! Zawsze o takim marzyłem.
Ale pokoju też nie mogę przyjąć.
Nie mogę zostać utrzymankiem.
Nie i już.
Wracajmy do domu.
Na pewno? Jesteśmy tuż obok.
Jesteś do niczego!
Liście nieposprzątane.
Dobrze.
Dobrze.
Przytnij tu.
Tak jest.
To świństwo nie chce rosnąć!
Przyciąłeś liście, Francis.
- Kazałeś mi. - Nieprawda.
Kazałeś.
Nieprawda. Za mocno go podlałeś.
Ziemia się klei.
Kazałeś tak podlać.
Nieprawda.
Prawda.
Nieprawda.
Czas na ceremonię parzenia herbaty.
Naszą podróż ku spokojowi.
To nie działa. Za każdym razem czuję, jakbym podlewał kamień.
Przestań słuchać swojego ego.
Zamieszaj herbatę powoli za pomocą bambusowego pędzelka.
Poczujecie wewnętrzny spokój.
Nie będę parzył.
Wychodzę!
Nic nie zaszło. Nie przerywajcie.
- I co z bonsajem? - Kiepsko.
W środku jest lodowato. A oni są nudni.
W pewnym momencie mistrz kazał mi
zaparzyć herbatę. Mi!
Chciałem mu przywalić. Co za dupek!
- Myślałam, że to lubisz. - Skądże znowu!
To był błąd. Nie mam do tego ręki.
Trochę jak ty do literatury.
Nie wygaduj bzdur!
Nie wkurzaj mnie. Już dostatecznie się zdenerwowałam!
Opiekunka odwołana. Nie idę.
Cholera. Nie możesz tego zrobić Léi.
Ty idź. Ja zostanę.
- Na pewno? - Tak.
Nienawidzę tych przyjęć.
Powtarzam, nie przypisuję sobie zasługi
za odkrycie ciebie jako pisarki, Léo.
Twój olbrzymi sukces dowodzi, że każdy
by cię odkrył, natknąwszy się na twój talent.
Jakie to uczucie: zostać facetem Léi Monteil?
Wciąż nazywam się Marc Serrier.
Z pewnością nie przestaniesz nas zaskakiwać.
Brawo, moja droga.
- Miło, że Michel Bourne zajrzał. - Tak.
- Wielka szkoda, mogła prowadzić sklep. - Wiem.
Woli pisać.
Jej decyzja.
Jeszcze jedna osoba chciałaby powiedzieć o tobie parę słów.
Moja Léo...
Kto by pomyślał, że zostaniesz pisarką?
Ja. Ja w ciebie wierzyłam.
Codziennie, od samiuśkiego początku.
Zachęcałam cię, gdy traciłaś nadzieję,
jak instruktor pływania wyciągałam cię z wody na plażę
i dawałam coś ciepłego do picia.
Byłam przy tobie
jak kot Colette miaucząc ci do ucha: Miau, napisałaś dzisiaj coś?
Miau, popraw i zacznij od nowa.
Miau, moja Léo.
Pamiętasz, jak przyglądałyśmy się
przechodniom i wskazałam ci słynną damę w błękicie.
Strona 82.
Dziękuję.
Ale to wszystko twoja zasługa.
Zawsze chroniłam cię jak siostrę. Teraz żyjesz swoim życiem.
Oddalasz się ode mnie, ale to wszystko jest wspaniałe.
Zaszczytem jest dla nas nadanie ci
w pełni zasłużonego tytułu
Kawalera Orderu Sztuki i Literatury.
Brawo!
- Piękne, wzruszające. - Dziękuję za przemowę.
Proszę bardzo. Wiesz, dopiero co ją spisałam.
Szampana, wina, wody?
Kapkę wina... Nie, szampana. Wody... Sama nie wiem.
Wino poproszę. Dziękuję.
No to ja wodę.
Po dawnemu niezdecydowana!
Wiem.
Mogę zadać pytanie?
Przepraszam bardzo. Nie wolno w ten sposób przeszkadzać pani Monteil.
Gdzie twój rzecznik?
Nie masz chwili dla siebie.
- Gdzie ona jest? Pogadam z nią. - Nie!
Karine, nie rób scen!
Przepraszam, czy Léa Monteil może podpisać mi książkę?
Nie ma teraz czasu.
Potrzymaj mi to.
- Jak się nazywasz? - Bertrand.
Szczerze oddana.
- Léa. - Tak?
Nie wracam z tobą do domu.
Potrzebuję przestrzeni.
Co?
Posłuchaj...
Zamieszkam w mieszkaniu nad siostrą. Ja...
Nie mogę być groupie pianisty.
Co ty pleciesz? To wszystko jest dla nas.
Ja tego wszystkiego nie wybierałem.
Przyjęcia na twoją cześć,
motocykl, wielbiciele, całonocne pisanie - to nie dla mnie.
Twoja praca jest twoją pasją. Moja nie może nią być?
- Nie możesz cieszyć się moim szczęściem? - Nie!
Nie mogę, nie teraz.
Potrzebuję czasu, żeby się zastanowić.
Przykro mi.
- Jeszcze nie śpisz? - Czekałem na ciebie.
Jak było?
Jakby miało nigdy się nie skończyć.
Dłużyło się!
Nogi mi odpadają.
Léa prawie w ogóle nie podziękowała za moje piękne przemówienie.
Poważnie?
Sodówka uderzyła jej do głowy! I sama nie zdaje sobie z tego sprawy.
Każde z nas nie dostrzega czegoś oczywistego.
Nie, ja raczej tak nie mam. Co robisz?
Wreszcie znalazłem swoje powołanie. W rondlu!
Tuż pod moim nosem!
Zawsze gadałem o jedzeniu, prawda?
Prawda.
Nie idziesz spać?
Jeszcze nie. Robię potrawkę z wołowiną i marchwią.
Mam marchewki, sos...
Siadaj i patrz na mnie.
Nie, skarbie. Nie będę oglądała o pierwszej w nocy, jak obierasz marchewki.
Przykro mi, ale...
Twoja sprawa.
Nie powinniśmy się więcej tak spotykać!
Uważaj, niezłe wieści.
Twoja druga powieść bije wszelkie rekordy popularności.
Naprawdę? Nie wierzę.
Jestem po rozmowie z prawnikami producentów z L.A.
Wysyłają umowę na ekranizację książki.
W porządku?
Trochę mi tylko smutno,
że nie mam się z kim podzielić tą radością.
Rozumiem.
Twoja była wydaje nową powieść.
Ja dopiero kończę czytać pierwszą.
Podoba ci się?
Tak, dobra książka,
ale mąż zupełnie mnie nie przypomina.
Bo to nie jesteś ty.
Ty masz większe serce.
Miło słyszeć.
Kiedy z nią byłeś, nie przeczytałeś jej książki.
Już nie jesteś - i czytasz. Zdecyduj się.
Witamy. Po podpisaniu
prosimy przejść do kasy.
Prosimy przejść do kasy.
- Dzień dobry. - Dzień dobry. Jak się nazywasz?
Witamy. Po podpisaniu prosimy przejść do kasy.
- Jak się nazywasz? - Cassandre.
- Dziękuję. - Dziękuję. Do widzenia.
Dzień dobry. Jak się nazywasz?
Marc Serrier.
Wiesz...
Tym razem przeczytałem całą.
Jak to ująć? Kiepsko sobie radzę ze słowami.
W przeciwieństwie do ciebie.
Twoja powieść porusza ludzi, bo...
umiesz ich zrozumieć,
jedynie im się przyglądając.
Dlatego ci wszyscy czekający, aby cię poznać,
są ci wdzięczni. To naturalne.
Jestem z ciebie bardzo dumny.
Kupiłem twoją nową książkę. Przeczytam ją szybciej, obiecuję!
- Dziękuję. - Wiesz, ja...
Ludzie czekają.
Tak, przepraszam.
Nie radziłem sobie z tym wszystkim...
Nie dostrzegałem, że masz dużo więcej siły niż ja.
Proszę.
Możesz podpisać tym?
Najlepszy australijski stop. Wykonany specjalnie dla ciebie.
- Dla mnie? Piękne. - Zobacz.
- Proszę iść. - Jeszcze chwilka.
Wygrawerowałem twoje inicjały,
abyś pamiętała, że pisanie odręczne też jest ważne.
Dziękuję.
Będę podpisywała nim moje książki.
Swoje kontrakty też możesz.
Popłaczę się przez ciebie.
Proszę.
Mogę przeczytać?
„Markowi, mojemu mężczyźnie, mojemu kapitanowi, mojemu ukochanemu.
Szczerze oddana”.
- Tęskniłam! - Kocham cię, kotku.
Pięknie, co?
Tu jest salon. Spójrz.
- Moje książki. - Mnóstwo miejsca.
Super, nie? Mój pokój.
Moje łóżko. I jeszcze więcej książek.
Zupełnie ci odpaliło!
Wspaniałe. Po prostu wspaniałe!
Jeszcze mój gabinet ci pokażę. Chodź.
Podejdź.
Tak się cieszę, że cię znowu widzę.
Mój telefon.
Czekaj.
Sylvain. Muszę odebrać.
Cześć. Tak... Nie.
Nie!
Sprawdzę, co zapisałam w komputerze.
- Co tu robisz? - Nie do wiary!
Mój gabinet jest tam.
Nie miałam pojęcia.
- W porządku? - A u ciebie?
- Tak. - Na pewno? Wszystko gra?
Tak.
No... Chińczycy mocno dają się nam we znaki.
- Tak? - Tracimy punkty.
Ale na szczęście francuskie stopy aluminium są wciąż najlepsze.
Jak tam Léa?
Wydaje nową książkę, wiesz?
Sesje fotograficzne, wywiady, nowe mieszkanie, jest zawalona robotą.
Zostawiła mi dużo wiadomości. Niestety miałam za dużo zajęć...
Ona też jest zajęta?
- Nie znam już jej grafiku. - Serio?
- Nie przeszkadza ci to? - Co zrobić?
Wy, kobiety, musicie ciągle coś zmieniać.
Przedtem nie było nam dobrze?
Ale na pewno czujesz dumę.
No pewnie. Ale też odstawienie na boczny tor.
Ona kiedyś mnie słuchała.
Wiem, to nie jest łatwe.
Nie jest.
Ani trochę.
Czuję się od niej gorszy. Dlatego nie dostałem tamtego awansu.
Odbijesz to sobie. Masz łeb na karku.
Nie mam wyboru.
W mojej branży człowiek
musi być skupiony i mieć się na baczności.
Chińczycy na nas dybią.
Mamy problem. Ale dobrze, że tu jesteśmy.
Tego mi brakuje najbardziej.
- Czego? - Ciebie.
Ciebie i twoich żartów, opowieści o Chińczykach...
Twojej obecności.
No to wpadnijcie do nas na kolację. Będzie nam miło.
Pewnie, czemu nie?
- No to się widzimy. - Dobra.
Muszę lecieć.
- Pa. - Puls już mi spada.
- Do zobaczenia wkrótce. - Cześć.
Szybkie kroki!
Po kiego grzyba ich zaprosiłem?
Super. Bardzo dawno nie widziałam Karine.
Bardzo się za nią stęskniłam.
Serio?
Mówi, że Francis ma bzika na punkcie gotowania.
Jeśli gotuje tak, jak rzeźbi, pochorujemy się!
A Karine, od kiedy zrozumiała, że nie umie pisać,
odwaliło na punkcie biegania.
Nieuprzejmie tak mówić.
No nie wiem... Może.
Oby nas nie słyszeli.
Cześć.
- Jak tam? - Gwiazda i jej mąż!
- Przestań. Marc. w porządku? - Świetnie.
- Cześć, jak wy? - Cześć.
- Dobrze? - Tak, świetnie.
Dobrze wyglądasz.
Tak? To dzięki bieganiu.
Dzisiaj zrobiłam 18 kilosów w godzinę i 22 minuty.
Ładnie!
A ja szybciej.
- Serio? - Godzina 20.
- Naprawdę? - Speedy Gonzales!
Tylko za bardzo nie schudnij.
Rzeźbię swoje ciało. Suszę je.
Ona się suszy.
A ja tyję!
Nie będziemy jedli w progu.
Wejdźcie.
W progu!
Zapraszamy.
Przyniosłem twój ulubiony deser.
- „Pływającą wyspę". - Pichcił go całe wieki.
Dzięki, ale już jej nie jem.
- Nie. - Czemu nie?
I tylko mi się zdawało, że mi smakuje.
Ale spróbuję. Wejdźcie.
Zmieniła się w jedną noc.
Karine też nic nie je.
Jem! Tylko, że dania wegetariańskie,
bez glutenu i laktozy. Ale wciąż mogę jeść wiele rzeczy.
Cykorię i wodę!
- Ale wielkie. - Widzisz?
Te pokoje, listwy.
To nie wszystko.
- W stylu Marii Antoniny! - No.
To jeszcze nic.
- Podać coś do picia? - Chętnie.
Na co masz ochotę?
Dla mnie ukraińska wódka.
Ukraińska...
Z gniecionymi malinami. Wcinam teraz czerwone owoce.
Zobaczę, czy mamy. Dla ciebie woda i nasionka?
Nie, kieliszek wina.
Dbam teraz o dietę.
Nie ma problemu. Francis.
Wstawię ją do lodówki.
Słusznie...
- Zaraz będę. - Trzeba ją schłodzić.
Jakoś tu bezosobowo.
- Proszę. - Nie za dużo.
- Kropelkę. - Dzięki.
Jestem po lekturze twojej nowej powieści.
Chciałam ci ją podarować.
Nie kupowałam. Wiedziałam, że ją nam dasz, więc ściągnęłam pirata.
- Ekstra! - I jak?
Znalazłam ją na stronie... Jak się nazywa ta strona?
Pytam o książkę. Podobała ci się?
Przepraszam. Ale palnęłam!
Mogę szczerze?
- Jasne. - Pierwsza była... wspaniała.
Ale ta...
Moim zdaniem jest mniej potężna.
Podobała mi się.
Patrzę teraz na świat oczami sportsmenki.
Nie dałaś z siebie wszystkiego. Znam cię. Zatrzymałaś się w połowie.
Jak możesz tak mówić?
Mówię, co czuję.
Jeśli wolne mi użyć metafory kulinarnej,
podzielam opinię Karine.
- Brakowało jej przypraw. - Bzdura.
Nie uważam, żebym oszukiwała.
Ciężko się przy niej na harowałam.
Mnie się bardzo podoba.
Tak, ale znani ludzie bez przerwy zasypują cię komplementami.
Ja nie mogę być hipokrytką. Nie jestem taka.
Wiem.
Ale przecież my się nie liczymy
Nie obchodzi cię nasze zdanie.
Obchodzi. Czemu tak mówisz?
Znakomicie sobie radzisz.
Jesteś pewna siebie. Osiągnęłaś sukces, nie?
Sukces...
Nie wiem.
Jestem szczęśliwa. Piszę
i lubię to robić.
Ale pracując w sklepie też byłam szczęśliwa.
Zmienił się kontekst, to wszystko.
I to jak się zmienił!
Nie mów, że nie wiesz, co to sukces, w takim miejscu.
Fakt, ładnie tutaj.
- Tak. - Bardzo ładnie.
No.
Wiesz co, teraz robię to samo, co ty.
Codziennie próbuję coś stworzyć, mam obsesję na tym punkcie.
Rozważałem upieczenie papryki z ananasem.
Gotuję sos Bolognaise, nową wersję.
Dość o twoim kucharzeniu.
Papryka jest smaczna. Za rzadko ją jemy.
To prawda.
- Skarbie, ty... - Co?
Ciągle biegasz. I gadasz o sporcie.
- Przepraszam, że też mam pasję. - Dobrze.
Chcę w ten sposób coś osiągnąć.
Oprowadź mnie, Marc.
Dwoje nietwórczych prostaczków.
Dobrze, oprowadzę cię, ale...
bez biegania!
To jest nasz pokój.
Ach tak.
Jeszcze się do końca nie wprowadziliśmy...
- Wolałem stare mieszkanie. - Serio?
Tu jest ładnie...
Ale nie czuję się jak w domu.
To jej gabinet.
- Duży, co? - No.
Zobacz pierwszą łazienkę. Nieziemska.
I jak, podobało się?
- Jest... wielkie. - Prawda?
Mam sporo pomysłów
w kwestii wystroju wnętrz, ale nie umiem się zdecydować.
No więc... Zresztą mnie znacie.
Cóż, brawo.
Brawo. Poważnie.
Dokonałaś czegoś niebywałego.
Zupełnie nas zaszokowałaś.
Z pewnością zaskoczyła.
Dzięki. Bardzo miło to słyszeć.
Nie sadziłam, że to w tobie siedzi.
Taki talent,
te wszystkie projekty,
ten sukces.
Dziękuję, Karine.
Nie spodziewałam się...
Lubiłam cię, kiedy byłaś...
taka jak my, kiedy byłaś nikim.
Chciałam chronić moją małą Lée.
Czułam się jak twoja starsza siostra. A teraz, mówiąc szczerze,
do niczego się nie nadaję.
Co ty wygadujesz?
Nie czuję, żebym się zmieniła. Nadal chcę, żebyśmy się przyjaźniły.
Francis twierdzi, że każde z nas nie dostrzega czegoś oczywistego.
Moja ślepa plamka jest chyba wielka,
bo gdy czytam twoje książki,
nie dostrzegam w nich tego, co porusza miliony ludzi.
Przepraszam, starałam się.
Coś w nich musi być, w przeciwnym razie nikt by ich nie czytał.
Ale ja tego nie łapię.
Chyba po prostu...
jestem cholerną idiotką.
Nie jesteś.
Nie obchodzi mnie, czy podobała ci się moja książka.
To nieważne.
Rzuciłaś mnie na ziemie.
Tak, wygrałaś.
Co ty gadasz? W ogóle z tobą nie rywalizowałam.
Francis, wychodzimy.
Nie zostaniecie na kolację?
Nie, chce iść.
- Karine... - Dlaczego?
Bo nie potrafię.
Nie mogę wysłuchiwać twoich opowieści.
Słuchać, co ci się przytrafia.
To dla mnie za trudne.
- Po prostu nie. - Karine...
Nie miałaś prawa się tak nagle zmieniać, bez ostrzeżenia.
Myśl o innych.
Myśl o innych?
Karine, ja się nie zmieniłam.
Za to ty tak. Nie próbowałam z tobą wygrać.
Siedź sobie w swojej ślepej plamce.
Nie umiem ci pomóc.
Francis, chodź.
Karine...
Francis...
Karine, na pewno?
Życzę ci wszystkiego najlepszego.
Miłego wieczoru.
Nie wiń jej.
Od kiedy zaczęłaś pisać,
ona niczego nie dostrzega, nawet mnie.
Wystrzeliłaś jak rakieta.
Też próbowaliśmy polecieć, ale nasza rakieta wybuchła w locie.
A w pływającej wyspie
trzeba dodać karmel do białek.
Ot i cała tajemnica.
Byłaś dla niej za ostra.
Nie, sprowokowała mnie.
Ale ty oczywiście niczego nie widzisz.
Nawet nie próbowała mnie zatrzymać.
Skarbie, poszłyście różnymi drogami.
Pogódź się z tym. Co ci tak zależy?
Co mi zależy?! A tobie nie zależy na niczym!
Jak ja w ogóle z tobą wytrzymuję?
To nieprawda. Zależy mi na tobie i na dzieciach.
Tak, przepraszam.
Dobrze?
Wybacz mi.
- Nie jesteś zmęczony, mój kotku? - Nie, jest dobrze.
Dzięki.
Chodź.
Cześć.
Dawaj!
Jesteś najlepsza! Tak trzymaj!
Moja ukochana! Moja najlepsza, moja Karine!
Najlepsza!
...z wynikiem dwie godziny,
59 minut i 33 sekundy.
Cokolwiek robisz, uśmiechnij się. Bo już po wszystkim!
Nie wstydź się łez szczęścia,
łez zwycięstwa.
Chcę zaliczyć inne biegi.
Nic dziwnego. Byłaś niesamowita.
Czekaj.
Nie wierzę w ten twój czas.
Mój pierwszy maraton i brakuje mi tylko dwóch godzin 16 minut do rekordu świata.
To niebywałe!
Paniusia w błękicie.
Lée by to rozśmieszyło.
Wyślij jej zdjęcie.
No nie wiem.
Zobaczę.
Może za ostro ją potraktowałam.
Chyba mi jej brakuje.
Twoja ostatnia książka była wspaniała.
- Prawdziwy skarb. - Dziękuję.
- I znów tego dokonałaś. - Dzięki.
- Wiesz już, o czym będzie następna? - Wiem.
Nie przystajesz nawet na chwilę! Zdradzisz coś więcej?
Tak. Będzie o dwóch zaprzyjaźnionych parach.
Ich przyjaźń zmienia się, gdy jedna z kobiet zaczyna pisać...
Nie zdradzaj za wiele.
Właśnie miała nam powiedzieć!
Bardzo współczesna rzecz. Warto poczekać.
Ale nie wolno mi.
Pani Monteil, wpisze się pani do naszej księgi gości?
- Oczywiście. - Dziękuję.
Karta deserów!
Dla mnie ciasto czekoladowe.
Napoleonkę z zieloną herbatą matcha. Dziękuję.
- Dobrze. - Ja tylko kawę.
Dla mnie nic.
Dla mnie też. Jestem na diecie.
Ja też dziękuję.
Léo, napoleonkę?
Nie. Skoro nikt nie je deseru, ja też spasuję.
- Towarzyszyć ci? - Nie.
- Zamów deser. - Nie, dzięki.
Serio... Nie chcę. Dzięki.
- Więcej wina? - O tak.
To samo? Poprosimy to samo, co poprzednio.
- Zdrowie Léi. - Za nowa książkę.
Zdrowie. Dzięki.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.