Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Danish
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Za młodziaka lubiłem krzywdzić.
Głównie siebie.
Waliłem głową w ścianę.
Kaleczyłem palce aż do krwi.
Każdy na mojej drodze prosił się o lanie.
Mam takie wspomnienie, jak ktoś trzyma mnie na rękach.
Trzyma mnie i błaga, bym przestał się drzeć.
A ja nie wiem, czemu się drę.
Potrafię krzywdzić ludzi, już nawet nie z nienawiści.
Przemoc nie zawsze jest dziełem ludzi przepełnionych nienawiścią.
Czasem...
po prostu nadaje sens życiu zwykłego kolesia.
Graba,
idź i skrzywdź tego nieokrzesanego bydlaka.
Będzie utrudniał?
Raczej nie. Wie, że lepiej przyjąć karę.
Choć nadal się wypiera.
Myślał, że łóżko było puste.
Czeka na ciebie.
Starą zamknąłem w łazience. Nie będzie się wtryniać.
Jak bardzo go skrzywdzić?
Na tyle, żeby nie kipnął.
Co słychać, Graba?
Nie chcę, żeby mama siedziała tam zbyt długo.
W porządku.
Wstawaj. Spójrz w górę.
BÓG JEST PANEM SUMIENIA
Nic nie zrobiłem.
Nie tknąłem jej.
Spoko.
Teraz to mój telewizor.
Większość ludzi woli trzymać z Deversami.
Reszta spotyka mnie.
Chociaż czasami trafiają się nieogary.
Nie zawsze tak było.
Byłem bokserem.
Nagle pojawił się Dympna ze swoimi siedmioma siostrami.
Widział, jak pękają mi powieki, jak łamią mi szczękę.
Jak przestawiają mi nos.
Mimo tego nie leżałem na deskach.
Obiecał, że pracując dla niego i jego wujków,
co najwyżej się skaleczę.
Zgodziłem się.
Spytał, czy chciałbym z nim zamieszkać.
Zgodziłem się.
Mówią, że Deversowie to same problemy.
Moim zdaniem każda rodzina je ma.
Oto moja rodzina.
Tak rozwiązujemy problemy.
Wczoraj Dympna zaprosił ekipę na melanż do swojego domu.
Każdy mógł zostać na noc, jeśli się spił, naćpał
albo wypalił kasę na powrót.
Jak to mieli w zwyczaju.
Sęk w tym,
że tym razem...
Fannigan schlał się jak świnia.
Gdy wszyscy zasnęli,
poszedł do pokoju najmłodszej siostry Dympny.
Władował się do jej łóżka.
Charlie kończyła 14 lat w tym tygodniu.
Deversowie nie dbają o więzy krwi.
One tylko spokrewniają.
Tylko będąc lojalnym,
mogłeś należeć do rodziny.
Siemasz, Brando.
Znalazłeś robotę?
Jestem prezesem tej oto zasranej kanapy.
U nas zwolnił się etat.
- Zainteresowany? - Nie, dobrze jest.
- Niezłą masz plazmę, Graba. - Dzięki.
- Mężczyźni powrócili. - Witajcie, panie.
- Jak tam, siostrzyczko? - Spadaj.
No co?
- Po co ci ta plazma? - Wziąłem z myślą o Charlie.
Jakiś ty wspaniałomyślny.
- Mamy już telewizor. - Ej, weź podziękuj.
Nie chcę go.
Spoczko.
Zgłodniałem.
TV postaw u siebie albo wyrzuć.
Dzień dobry, pani Dory.
Witaj, Douglas.
Ursula w domu?
Naturalnie.
Przyniosłem plazmę.
Kto za nią oberwał?
Wpuść go, mamo.
Nie będzie mi tu wnosił kradzionych rzeczy.
Nie to nie.
Siemka.
Cześć, Douglas.
- Jak tam mój synek? - Nie najgorzej.
- Co to za plazma? - Dla Jacka.
Nie ogląda telewizji.
Słyszysz? Telewizja go przerazi.
Dzieciaki ją uwielbiają.
Uspokój się.
Jak leci, Jack?
Może cię nie poznawać. Trochę cię nie było.
Kup mamie coś fajnego.
- Może poczucie humoru? - Już kończę.
Mogę zabrać małpkę do parku?
Chcesz iść?
Nie włoży spodni.
Może iść bez.
Masz to w nosie, nie?
Ja też pójdę bez, powaga.
- W imię solidarności. - Chryste, Douglas.
- Co ty wyrabiasz? - Proszę bardzo.
Wróćcie niedługo, bo jedziemy do stadniny.
Nie chciałaś od niego odpocząć?
Nie o to chodziło.
Dzwoniłam w innej sprawie.
Mam dobre wieści.
Przyjęli go do nowej szkoły.
Z nauczaniem specjalnym.
Spoko.
Będę musiała dokonać kilku opłat.
Może mógłbyś wspomóc nas groszem?
Jakkolwiek?
Czuję się okropnie, że cię proszę.
Nie robiłabym tego, gdybym miała.
To świetna szkoła.
- Idealna dla Jacka. - A co z końmi?
Jazda na koniach pomaga, ale...
Dasz mi to?
Ubierz spodnie, jak z tobą rozmawiam.
Ja też wolno się rozwijałem.
Pocieszające.
Nie chcę TV.
Jest dla Jacka.
- Obraz żyleta. - Wyłącz.
Już dobrze, Jack.
- Wyłącz to cholerstwo. - Już wyłączam.
Już dobrze.
Jak wyciągnę z kontaktu, to może się uszkodzić.
Mam to gdzieś. Wyłącz go.
Już dobrze.
- Przydaj się na coś. - Wyłączyłem!
Otwórz mi drzwi.
Spokojnie.
Już dobrze.
Telewizor jest już wyłączony.
Zaraz cię złapię.
Co tam, Dympna?
Siemasz, byku.
- Dzwonił do mnie Hector. - Przestań!
Przestań.
- Sorki. - Dzwonił Hector.
Wkurzony. Nie mówił dlaczego.
Mógł dowiedzieć się o Fanniganie.
Musimy do niego podskoczyć.
- Gdzie jesteś? - Z młodym.
- Ale gdzie? - W parku.
Na Drummond Rise.
Będę za 10 minut.
Grzeczny chłopak.
Tam się skręcało do Ursuli.
- Nie odwieziemy Jacka? - Nie ma czasu.
Nie odbieraj.
Chce ode mnie kasy.
Na jakąś szkołę dla młodego.
Tylko tyle.
Moglibyśmy o tym pogadać?
Graba, zapamiętaj moje słowa.
Laska cię wykołuje, jak się jej dasz.
Zależy mi na tobie.
Nie pozwolę, by ktokolwiek cię wykorzystał.
To bajerantka.
Wie, że zależy ci na synu.
Weź zmądrzej.
- Zmądrzeć? - Tak, zmądrzej w końcu.
Pieprzone psy.
Młody zostaje w aucie.
Będzie dobrze. Zostań tu i pobaw się czymś.
- Tata będzie tuż za rogiem. - Streszczaj dupę.
Spóźniliście się.
Sprężajmy się. Maire na mnie czeka.
Farciara z tej twojej wdówki.
Słyszeliśmy o tym gościu.
Jak mu jest?
Fannigan.
Tak, o tym.
Skrzywdził młodą.
Jakoś się trzyma.
Już załatwiłem sprawę.
Pewnie dlatego nam nie powiedziałeś?
To jeszcze dziecko!
Mogłeś poprosić nas o pomoc.
- Załatwiłem sprawę. - Doprawdy?
Ja nic o tym nie wiem.
A tym bardziej Paudi.
Według niego nawet nie zacząłeś wymierzać kary.
Przekonałem go, by dał ci drugą szansę.
Szansę na co?
Na poprawę.
Graba dał mu przedsmak kary.
Pora dokończyć robotę.
Nie nasza brocha.
Nie robimy takich interesów. Czaisz?
Pora, byś zaczął.
Czaisz?
Młody Armstrong.
Gdyby to twoje dziecko...
podzieliło los jego siostry,
zostawiłbyś tak sprawę?
To mój problem. Sam się z nim uporam.
Twój świętej pamięci ojciec nie poprzestałby na tym!
Hańbisz nazwisko Deversów.
Wstydziłby się za ciebie.
Jeśli nie zadbasz o swoją działkę, to cały interes się posypie.
Będziemy skończeni.
Ile Fannigan o nas wie?
O tym, czym się zajmujemy?
To prostsze niż myślisz.
Wykorzystaj tego półgłówka.
Załatw sprawę, bratanku!
- Dla dobra nas wszystkich. - Bo inaczej co zrobicie?
Coś, czego nie powinniśmy.
Patrzcie, kogo znalazłem.
Dzieciak bał się siedzieć sam w wozie.
Krzyczał i wrzeszczał.
Co zamierzacie?
Zajmiemy się tym, Paudi.
Przyszli na przeszpiegi.
Co?
Co mówisz?
Nie mam zielonego pojęcia, co on mamrocze.
Co on mówi?
Tylko... milczy.
Milczy?
Małomówny. Zupełnie jak ojciec.
Jeśli wyrośniesz na takie chłopisko jak tata,
to może cię zatrudnię. Ale uważaj.
Sprzeciw mi się,
to przyjdę do ciebie
i odetnę ci ten nosek.
A później utnę ci uszko.
Bądź usłuchanym chłopcem, a nic ci się nie stanie.
Tak?
Prawda, Dympna?
Tak.
Muszę odstawić go do matki,
panie Devers.
Chodź, Jack.
Niezłe zoo tu mają.
Gdzie byłeś?
Straciłem rachubę czasu.
Nie chcę widzieć Jacka w towarzystwie tego dilera.
Jak go gdzieś zabierasz, odbieraj moje telefony.
- Dobra. - Albo pożałujesz.
Paula, weźmiesz go na chwilę?
Musimy pogadać.
- Chcę... - Chodź.
- Pogadajmy. - O czym?
O szkole.
Nie teraz.
Szkoła jest w Rochestown.
Gdzie to jest?
W Cork.
Cork?
- Tam też mają konie? - Dadzą mu lepsze wsparcie.
Przyznaj, tu chodzi o ciebie.
- Jesteś bajerantką. - Co?
Bajerantką.
Wiesz, jak go kocham i...
Jak śmiesz!
Prędzej chodzi o ciebie.
Nie chcę, by z tobą przebywał.
Przez to, czym się zajmujesz.
Pracuję.
Nie pierdol.
Bicie ćpunów aż się posrają to nie praca.
Zmieniłeś się.
Odkąd Deversowie cię omotali
stałeś się ich fagasem.
Nie wyłożę kasy, żebyś wywiozła mi syna.
- Zapomnij. - Jakiś problem?
Chciałem obejrzeć konie.
W porządku?
Nie może chyba tak po prostu wyjechać?
- Nie może go ukraść. - Ukraść?
Mogłaby?
Rozważałeś udawanie, że ci za bardzo nie zależy?
- Na synu? - Tak.
W Szwajcarii mają takie prawo,
że można posiadać tylko jedną złotą rybkę.
Nie wolno mieć kilku rybek.
To przemoc wobec zwierząt.
Tak samo mają ze świnkami morskimi.
Jaki to ma związek z moim synem?
Ciesz się, że nie jesteś Szwedziem.
Szwajcem.
Weź przynieś nam piwo.
- Ruchy. - Dzięki, Iglak.
- Chcę pogadać o... Fanniganie. - Uderzaj.
- Spoko, coś wymyślimy. - Ja pierdolę.
Nie załapałem dowcipu. Co was tak śmieszy?
Nie dosłyszałem. Z czego się śmiejecie?
Dympna, o co ci biega?
O nic.
Świetnie się bawię.
Wybornie. Nazwałeś mnie „Dympna”?
Tak.
Dla ciebie „pan Devers”.
Dla każdego z was jestem „pan Devers”.
Pan Devers, kurwa.
Na co się gapisz?
Czy pan Devers świetnie się bawi?
Jasne.
Ale heca, patrzcie.
Przestań.
Wstawaj, kozaku.
No wstawaj.
- Graba, ale z ciebie bestia! - Mój ziomal.
Znajdź dla mnie Fannigana.
Miej go na oku przez cały wieczór.
- Zrobisz to dla mnie? - Się wie.
Graba, spadamy.
Walcie się wszyscy.
Nie wezwaliby policji.
A nawet gdyby, to co by nam zrobili?
Bezużyteczne cioty.
Pyciarze musieliby podejść mnie jak Perry Mason.
Mniejsza z tym.
Masz.
Gitara?
Który to Perry Mason?
Ten prawnik z Los Angeles.
Nie ten na wózku?
Mówisz o Ironsidzie.
Racja.
Jak mu było?
- Ironside'owi? - Tak.
Ironside.
Tak, jak mu było?
Ironside to główny bohater.
- Główny gościu? - Tak.
- Koleś na wózku? - Tak.
Chuj wie, czemu nazwali tak kalekę na wózku.
Nie „kaleka”,
tylko „niepełnosprawny”.
A weź się pierdol.
Jebać.
Kalekę?
Nie, Hectora i Paudiego.
- Masz na przebudzenie. - Spadaj.
- Bierz, kurwa. - Nie chcę.
- Dajesz. - Kurwa.
Dość.
Nie odpuszczą Fanniganowi.
Nie ma szans.
Hector może jeszcze.
Ale Paudi za cholerę.
Z Paudim nie ma przebacz.
Trzymaj.
Nie chcę.
Za braterstwo. Jesteśmy braćmi, nie?
No dalej, wciągaj.
Zuch chłopak.
Ty kutafonie.
- Urs, jesteś bez Jacka? - Chryste!
Nie widziałeś go?
Odwiązał się od latarni?
Jest z moją mamą. Może być?
- Może i tak. - Może...
Może to byś sobie poszedł?
Gościu od koni?
Można tak powiedzieć.
To Douglas.
Ojciec Jacka.
No tak! Jack to świetny dzieciak.
Ursula też niczego sobie?
- Jak masz na imię? - Wybacz, jestem Rob.
Zajebisty masz akcent.
Dlaczego wyjechałeś?
Przez magisterkę.
Muszę odbyć kilka staży.
- I wybrałeś sobie tę mieścinę? - Niezupełnie.
Pracowałem jakiś czas w Cork.
W Rochester Town.
- Rochestown. - Rochestown.
Tak, Rochestown.
Mają tam świetną szkołę. Zwłaszcza wydział psychoterapii.
Potrzebowałem jakiejś odmiany. Wiesz, jak to jest.
Złożyłem wniosek o przeniesienie...
i przysłali mnie tutaj.
A ty?
Co tu jeszcze robisz?
- Jestem na emeryturze. - Co?
Był bokserem.
Całkiem... niezłym.
Reprezentował hrabstwo w zawodach amatorskich.
Brawo ty.
Dlaczego zrezygnowałeś?
Bo zabiłem przeciwnika.
Jak leci, Ursula?
Co za elegant z morskiej pianki?
Fajnie, że biznes się kręci.
- Uściskaj ode mnie Jacka. - Na razie, Rob.
Narka, Rob.
Wyglądasz tragicznie. Chodź ze mną.
Wybaczcie, chłopaki, ale kolegę bierze na rzygi.
Co? Co się...
No co?
Musimy to zrobić, stary.
Musimy.
I to jeszcze dziś.
Jak będziemy zwlekać...
to nas załatwią.
Nie Fannigana, tylko nas.
No nie wiem.
Pamiętasz gadkę o szmalu?
- Jakim szmalu? - Dla Jacka.
Zabij go, a dam ci, co zechcesz.
Co by to nie było.
Jesteś moim brachem.
Kocham cię, wiesz?
- Jasne. - Kocham cię, słyszysz?
- Bracie. - Kocham cię.
Fannigan będzie w barze aż do zamknięcia.
Pójdziesz za nim do klifów.
Do klifów.
Niech to wygląda, jakby sam z sobą skończył.
Słyszysz? Jakby sam się załatwił.
A teraz weź działkę.
Weź.
Dawaj. Postawi cię na nogi.
Daj mi chwilę.
Wychodzimy. Nic ci nie jest.
Fannigan.
Chryste, Graba. Jak leci?
Odwróć się.
Hector i Paudi dowiedzieli się, co zrobiłeś.
Wiedziałeś, że tak będzie.
Nie jesteś taki jak oni.
- Co? - Nie jesteś taki jak oni, Graba.
Dawaj kurtkę.
Po co ci ona?
- Dawaj. - Ale po co ci?
Chryste, Graba.
Nie dam, za cholerę.
Kurtka.
Zdejmuj buty.
- Co? - Buty.
- Dympna mówił, że to już koniec. - Buty!
I całą resztę.
- Rusz się, Billy. - To dzieje się naprawdę?
Nie rób tego, Graba.
Czemu ja to robię?
- Mój Boże. - Spodnie.
Ja pierdolę.
Nie, nie. Jestem nagusieńki.
Koniec tych wygłupów.
Nie będę tego tolerował. Zabieram się stąd.
To już prawie koniec.
Jeszcze chwila.
Douglas.
Ty taki nie jesteś.
Proszę cię.
Proszę.
- Ktoś cię widział? - Nie.
Nikt? Na stówę?
Na bank nie żyje?
Byłem ostrożny.
Jakie to uczucie?
Nieważne. Olej mnie.
Musisz się zaszyć.
Przez kilka dni z nikim nie gadaj.
Nigdzie nie wychodź.
Ja ogarnę Hectora i Paudiego.
Douglas.
Ty taki nie jesteś.
- To już prawie koniec. - Proszę cię.
- Jeszcze chwila. - Proszę.
Jeszcze dziś masz wyjechać.
Wyjedź i nie wracaj.
Nie wrócę. Dziękuję, Graba.
Nie pożałujesz tej decyzji.
Nie idź do domu po synów. Masz od razu wyjechać
- i za cholerę nie wracaj. - Nie wrócę, przysięgam. Dziękuję.
Jest git?
Jasne.
Git malina.
Mógłbym wziąć samochód?
Idzie oszaleć w czterech ścianach.
Dokąd pojedziesz?
Oczyścić umysł.
Pamiętasz, co ci mówiłem?
Tak.
Dzięki.
- Masz wrodzony talent. - Świetnie ci idzie.
Trzymasz?
Musisz ścisnąć.
Dobrze.
Nie spinaj się.
O tak, świetnie.
Witaj ponownie.
Po co przyjechałeś?
Zobaczyć, jak jeździ.
No to widzisz.
Zniknąłeś wczoraj.
Świetnie bawiłaś się beze mnie.
Brawo, Jack.
- Świetnie ci poszło. - Super.
- Rewelacyjnie. - Już po zajęciach.
Teraz mam grupę emerytów.
To bym się łapał.
Chcesz dotknąć?
- A mogę? - Śmiało.
Tylko spokojnie.
Spokojnie.
- Mogę? - Tak.
Brawo.
Może się przejedziesz?
Spoko, nie muszę.
Rob ci pomoże.
Jeśli chcesz.
Spróbuj.
Dzieci dają radę.
Pokaż Jackowi, jak jeździsz.
Co mi tam.
Podejdź tutaj.
Wejdź na podest.
- Złap za grzywę. - Wzdrygnął się.
Za grzywę?
- Teraz przerzuć nogę. - Nie zranię go?
- Konia? - Skądże.
Śmiało.
- Dobrze. - O kurna!
- Siedzę. - Dobra klacz.
- Hej, Jack. - W porządku?
Ja tak, nie wiem jak jajka.
- Całe. - Ruszaj.
- Przejdźmy się. - Kurna, co teraz?
Kuźwa, ja pitolę.
- Mogę trzymać za włosy? - Możesz.
Jej to nie przeszkadza.
Łatwizna.
Jak jazda rowerem. Tylko bez roweru.
Owłosiony ten rower.
Co to za odgłosy?
- Weźmiesz lejce? - Lejce?
Jack!
Wodze w prawo. Teraz jedź prosto.
Ale głuptas z tego taty.
- Proszę. - Dziękujemy.
Będą kolejne niezapowiedziane wizyty?
Nikomu by nie zaszkodziły.
Zuch.
To jego sposób na burgera.
Podasz ketchup?
Nie szczerz się tak.
Jak idzie przeprowadzka?
Jutro jadę tam na dzień.
Mam rozmowę o pracę w szkole.
Na asystentkę nauczyciela.
Mam nikłe szanse.
Gdyby jednak się udało, to miałabym na opłaty.
Słyszałeś, Jack?
Będziesz mówił do mamy „panno Dory”.
Na pewno tak będzie.
Przeprowadzamy się dla jego dobra.
Jednak miałeś rację, myślę też o sobie.
Mam dość tego miejsca.
Tych spojrzeń.
- Plotek. - Jakich plotek?
Ludzie...
myślą, że to przeze mnie Jack taki jest.
Deversówne tak mówią.
Nie ma im się co dziwić.
Co to niby znaczy?
W takiej mieścinie nie mają nic innego do roboty.
Serio uważasz, że jarałam lub ćpałam,
- jak nosiłam nasze dziecko? - Chodziło mi o plotkowanie.
To ich jedyne zajęcie.
Trzeba się nim jutro zająć?
Tak, ale zostanie z moją mamą.
Tylko nie z tą głupią krową.
Jack łapie szybciej niż szczeniak upodabniający się do pana.
Wyrośnie na smutasa, jak będziesz zostawiać go
z tą ponurą babą.
Wiesz co?
Odbierasz tak mamę, bo prowokujesz ją
swoją prezencją.
- Prezencją? - Tak.
Nie wiedziałem, że jakąś mam.
Głupi jesteś, wiesz?
Zostaw go jutro ze mną.
Na cały dzień.
Będzie tylko ze mną. Żadnych Deversów.
Żadnych głupot.
Sama nie wiem.
Chyba by się przeraził.
- To nie takie proste. - Udowodnię ci, że jest.
Jack lubi to miejsce.
Prawda?
Wciąż lubi to miasto.
Pozwól mi udowodnić,
że umiem o niego zadbać.
Staram się, Urs.
Nie będzie jak ostatnio.
Co byście robili?
Wpakowałbym nas w jakieś kłopoty.
Co nie, Jack?
Właśnie tego się obawiam.
Niech ci będzie.
Pilnuj go.
- I bądź cierpliwy. - Nie ma sprawy.
Czasem myślę o tobie.
Brakuje mi ciebie.
To, co robisz dla Deversów...
Ty taki nie jesteś.
Ostatnio często to słyszę.
Hector, weź opowiedz o swojej nowej pannie.
Serio ma tyle kasy?
Jesteś jej żigolakiem.
Odwal się.
- Poleciałeś na hajs. - Cicho tam.
- To tajemnica? - Powiesz jej coś?
Mówię wam, ta nowa wdowa Hectora
ma w pizdu pieniędzy.
A ile to mniej więcej jest?
W pizdu, to w pizdu. Iglak, kurwa mać.
Czyli nie wiesz, ile dokładnie ma ta szurnięta wdowa?
Nie co do grosza.
Na tyle dużo, że Hector stracił poczucie własnej godności.
Odpicowany nie do poznania.
Taka to sumka.
Rzeczywiście sporo.
- Rozumiesz mnie? - Się wie.
No dobra...
Jak by to zrobić?
Słuchajcie, zdradzę wam plan.
Będziemy za nim jechać.
Aż do tego Ballinbracken.
Zarąbiemy jej forsę. Nic więcej, tylko forsę.
A później...
Meksyk.
Meksyk?
Musimy dokądś wyjechać.
Hector będzie nas ścigał.
- Paudi też. - Dlaczego Meksyk?
Tak już się utarło. Raczej nie bez powodu.
Z Irlandii nie ucieka się do Meksyku.
Kapujesz?
Jankesi spieprzają tam, bo to tuż za miedzą.
Wystarczy, że przejdą przez granicę.
Dlatego tam uciekają.
My musielibyśmy nagrać samolot.
Wizy, zakwaterowanie.
Robić postoje w...
Jaki to był stan z Atlantą?
Z Atlantą? Postoje, mówisz.
To dokąd ty byś nawiał?
Nie do Meksyku.
To dokąd?
- Do Brazylii? - Do Rochestown.
- Rochestown. - Gdzie to jest?
W Cork.
W Cork?
Tak.
Tak, w Cork.
To tam. Na pewno.
W sumie, kurde, prędzej tam niż do Meksyku.
- Szczerze mówiąc. - Ano prędzej.
Prędzej.
Pozdrawiam was
i witam po stokroć.
Mą rodzinę, którą niezmiernie kocham.
Oraz przyjaciół.
Widzę, że Dympna zaprosił kilku nieciekawych typków.
On to zna się na ludziach.
Mniejsza z chłopakami. Zapomniałeś o ślicznotkach?
Nie, skądże.
Zarówno chłopaki, jak i ślicznotki przyczynili się do naszego sukcesu.
Święta racja.
Charlie.
Podejdziesz do mnie?
Nie.
No chodź.
Chodź.
Idź, wujek czeka.
Zuch dziewczyna.
Dobrze.
My, Deversowie, przeżyliśmy ciężkie chwile,
po których pozostały nam blizny.
Złe czasy już za nami.
Dziś zebraliśmy się, by uczcić urodziny Charlie.
Tak więc jebać całą resztę.
Bawmy się i pijmy na całego. Zdrówko!
Zdrówko.
Dobry towar, nie?
Zajebista z was para.
Dobre z was chłopaki.
Oddane.
Za takich was mam.
Dobrze zrobiłeś, młody Armstrong.
Ciszej, do chuja.
Przysłużyłeś się rodzinie.
Powiedz.
Sporo cię to kosztowało?
Wiem.
Mimo wszystko...
trzeba było to zrobić.
Zaprosiliśmy go do domu.
Przygarnęliśmy go.
Traktowaliśmy jak członka rodziny.
Wpuściliśmy tę szumowinę w progi rodziny Deversów.
A on co?
Zaufaliśmy mu, a on co?
Paudi sądzi, że odpuściłeś Fanniganowi.
Jak to?
Uważa, że gościu zasłużył sobie
na okropne katusze.
Podejrzewa, że byłeś...
zbyt litościwy w swoich metodach.
Chce cię zobaczyć i usłyszeć, jak dokładnie było.
By mógł zaznać spokoju.
Cały Paudi, co nie?
Co byś chciał?
To Jack.
Mój synek.
Jedną watę cukrową.
Zagrajmy w grę.
Spróbuj powiedzieć „wata cukrowa”.
Jack, „wata cukrowa”.
To tylko dwa słowa.
Powiedz i będziesz mógł dalej sobie milczeć.
Obiecuję.
Niech ci będzie, trzymaj.
- Witam. Chcecie postrzelać? - Chcemy.
Trzy euro.
Strzelimy sobie.
Gotowe.
Jack, patrz.
Spróbujemy coś wygrać?
Dobra.
Do dupy.
Dziękuję. Spudłowałem.
Mamy trzy strzały. Dziękuję, pani.
Patrz teraz.
- Lufa jest skrzywiona. - Stała śpiewka.
- Grzeczny chłopiec. - Teraz strzeli młody.
Twoja kolej.
Trzymaj.
Spróbuj.
To fajna zabawa. Weź.
No dalej.
Weź ją, Jack.
Daj rękę.
Daj mi tę rękę.
Połóż drugą tutaj. Dobrze.
- Proszę się pospieszyć. - Uspok... Przepraszam.
Mały nic nie jadł.
Nie rób mi tego. Dobrze się bawimy.
Co ci się dzieje, Jack?
Co ci jest? Cicho.
Przestań.
Przestań. Ucisz się.
Ucisz się.
Przestań.
Przymknij się!
Do kurwy nędzy.
Zamknij się!
Bądź znów milczkiem.
Dobrze?
- Panuj nad dzieckiem. - Pierdol się!
Kurwa.
Jack!
Co się stało?
Już dobrze. Douglas?
Douglas, co z tobą nie tak?
Pamiętasz, jak wspominałeś o forsie?
Za Fannigana.
Teraz chcesz o tym gadać? Nie mamy na to czasu.
Zbieraj się.
Potrzebuję tej kasy.
Nie kapuję.
Dziś nie czuję się na siłach.
Co?
Przełóżmy to.
Nic nie będziemy przekładać.
Musimy jechać na farmę. Paudi na nas czeka.
A jak się nie ogarniesz, to gówno dostaniesz.
Bierz torbę.
Dobra?
Douglas?
Douglas?
- Co się stało? - Nie możesz tu teraz być.
- Zostawiłeś go. Co mu zrobiłeś? - Nieważne.
- Nieważne? - Posłuchaj mnie.
Wszystko ci opowiem, ale nie tutaj.
Musisz stąd iść.
- Nie ruszę się stąd. - Proszę cię.
Wszystko naprawię.
Teraz nie mogę gadać.
Nie odchodź.
Nie mamy czasu na bzdety.
Wiem, że coś jest nie tak. Przyjechałam tu wbrew sobie.
Wysłucham cię.
- Tylko mi powiedz. - Graba.
Wracaj do domu.
To już nie lojalność.
- To niewola. - Miałaś wypierdalać.
Dympna!
W pizdu.
Jedź sobie.
Jedź.
Zniknij z nim, jak zawsze.
Lepiej przejrzyj na oczy.
A tobie co do tego?
Nie będziesz rzucała się do Graby za jakąś niewielką wtopę.
W końcu to twoja wina, że się taki urodził.
Powiedziałaś swoje.
Odstawiłaś szopkę.
A teraz wypad do chaty.
Chodź, byku.
- Chodź. - Oni nie są twoją rodziną.
Rusz się.
Wsiadaj.
Kurwa mać.
Hej, wujku Paudi.
Strasznie lipny dzień, nie?
Siadajcie.
Hector wspominał o psie?
Psie?
Jeden połknął osę.
Od szczeniaka je żarły.
Musiał trafić na jeszcze żywą.
Ma spuchnięty język, skomle
i od wczoraj nic tylko leży.
Szkoda będzie posłać do piachu taką lojalną psinę.
Jakby to powiedział sam Bóg:
„Bywa, kurwa, bywa”.
Hector, pieprzony matoł. Że też nie powiedział wam o psie.
Dba już jedynie o swoją laseczkę z Ballinbracken.
- Nadal u niej siedzi? - Chryste Panie.
Z chujem na łby się pozamieniał.
Ma jakąś horrendalną ilość dezodorantów i perfum.
Kąpie się co drugi dzień.
Ma taki mały obcinacz.
Do paznokci u stóp.
Obcinacz do paznokci u stóp!
Dacie wiarę?
A nie pamięta, żeby nakarmić psy.
Przejdźmy do sprawy tego gwałciciela.
- Fannigana? - Tak.
Kolejny zaufany człowiek.
Wykruszają się nam.
Hector ci nie mówił?
Już po sprawie.
Po sprawie?
Graba go załatwił.
Nie żyje, panie Devers.
Nie żyje?
Nikogo już nie skrzywdzi.
Trochę wam zeszło.
Lepiej późno niż wcale.
To może taki wprawiony zabójca jak ty
pomoże mi pozbyć się psiny?
Wyprawisz go na tamten świat.
Chodźcie.
W rogu jest strzelba. Weź ją, bratanku.
- Coś rozdrażniony. - To nie ten.
Ten jest wkurzony, bo brat chujowo się miewa.
Naładowana?
Tak.
To daj.
Do dzieła.
Morda!
Moja psina.
Biedna psina.
Ukrócę twoje cierpienia.
Zastrzelę cię.
Morda tam!
Biedna psina.
Zakończę twoje męki.
Paudi, co jest, do chuja?
Do mnie, obaj!
- Obaj. Słyszycie? - Nie idź.
- Właźcie do środka. - Dobra.
- Co jest grane? - Koniec dobrego.
Przekładasz pedofila nad własną rodzinę?
- Powiedziałeś, że temat zamknięty. - Wybacz.
- Zamknij się. - Nie mogłem tego zrobić.
- Stul pysk. - Graba nawalił.
Ty też zlałeś sprawę.
Byłeś zbyt zajęty farbowaniem włosków.
Sam musiałem to załatwić!
- Paudi... - Tylko mnie zależy na rodzinie.
Powiedział, że go sprzątnął.
Okłamałeś mnie, kurwa!
Skłamałem.
- Okłamałem go. - Już nie nawalę.
Wiesz, że bym się tym zajął.
Następnym razem sam załatwię sprawę.
Opuść strzelbę.
Proszę cię.
Paudi.
- Przepraszam. - Zamknij się.
Nie umiałem.
Masz, zrób to teraz.
Bądź usłuchanym chłopcem i dokończ robotę.
Spraw, by ojciec był z ciebie dumny.
- Co ty robisz? - Kurwa mać, zamknij się.
- Nie mogłem. - Stul pysk.
- Morda. - No co ty?
Okłamałeś mnie.
Znam cię.
Stul pysk!
Pieprzony pedofil.
Zadawał się z naszym dzieckiem.
A twój pomagier puścił go wolno
z kutasem w rękach i bananem na twarzy.
- Tak zrobił. - To rodzinny biznes.
Jesteś za niego opowiedziany.
Graba mydlił ci oczy.
Twój ojciec przewraca się w grobie.
Pokaż, na co cię stać.
Biegnij.
Spieprzaj.
Skurwiel.
O kurwa.
Kimkolwiek jesteś, ziomek, zostaw mi wiadomość.
Hej, tu Ursula. Nie mogę teraz odebrać.
Zostaw wiadomość, a na pewno oddzwonię.
Urs, to ja, Graba.
Douglas.
Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
Na twoim miejscu też bym nie odebrał.
Tak mi się zdaje.
Chciałem cię przeprosić.
Nigdy o tobie nie zapomniałem.
Proszę cię, daj mi odrobinę czasu.
Zdobędę pieniądze dla Jacka.
Wszystko naprawię.
Przekaż Jackowi,
że życzę mu dobrej nocy.
Chyba tyle.
Twojemu bratu odwaliło.
Jezu.
Odzywał się?
Paudi? Nie.
Hector, kto to?
Wpuścisz mnie.
Graba...
Cokolwiek się stało,
możemy gdzieś pójść i to przegadać.
To twój znajomy?
Tak jakby.
To kolega mojego bratanka.
Douglas, poznaj Maire. Maire, to Douglas.
Boksował dla hrabstwa.
Widać po posturze.
Hector nie uprzedził, że przyjdę?
Nic nie wspomniał.
Usiądźcie.
Przybyłeś idealnie na wieczornego drinka, młodzieńcze.
Miałam właśnie iść przygotować dla mnie i Hectora.
Mogę cię uraczyć?
Że co?
Zrób mu, kochanie.
Nakrój też ciasta.
Proszę.
Mów cicho. Nie mieszajmy jej do tego.
Twojemu bratu zdrowo odbiło.
Strzelał do mnie, ak brałem nogi za pas.
Dlaczego?
Graba!
- Fannigan? - Pizdek miał się ulotnić.
- Ty piepr... - Uspokój się.
Dałeś dupy po całości.
Zabiorę kasę tej staruszki.
- A ty siedź cicho i nie podskakuj. - Nie.
Nie wyjdziesz stąd.
- Niebawem... - Proszę, kochanie.
Zrobiłam ci słabszego.
W kuchni dotarło do mnie, że przyjechałeś z daleka.
Niebawem będziesz musiał wracać, więc twój jest słabszy.
- Wspaniale. - Czyli to nie twój krewny?
Skądś cię kojarzę.
Niemożliwe.
Mogę wiedzieć, co to za nagła sprawa?
Oczywiście.
Na farmie doszło do wypadku.
- Do wypadku? - Musimy tam pojechać.
Niezwłocznie.
O co chodzi?
Jeszcze krok i pokiereszuję ci kostki.
Na niebiosa! On krwawi.
O co tu chodzi?
Wybacz, Maire.
Przyjechałem tu pod fałszywym pretekstem.
Tak jak i ta podstępna szuja w sweterku.
- On chce twojej kasy. - Pieniędzy?
To nieprawda.
Okręcił cię wokół paluszka. Zawsze tak robi.
Weź te pieniądze, skoro bez nich nie wyjdziesz.
Nie wierz w jego słowa.
Boże.
Idź po kasę.
Jesteś tam, Graba?
- Dympna? - Gdzie jesteś?
Gdzie się podziewasz?
Sytuacja wymknęła się spod kontroli,
ale już jest spoko.
Urobiłem Paudiego.
Musisz po mnie wrócić.
Jesteśmy braćmi, nie?
Już mnie nie zobaczysz.
Zmywam się stąd.
To nie przejdzie, stary.
Nie z nim.
Paudi wypytuje o Jacka i Ursulę.
Jak to?
Tak to.
Jak nie powiem, gdzie jesteś,
będę musiał powiedzieć, gdzie są oni.
Nie chcę tego.
Wiesz, co by im zrobił.
Nie!
Słyszysz?!
Zbliżcie się do Jacka,
a zabiję Hectora. Kapujesz?
Ukrywasz się u wdowy?
Tak, jestem tu.
Graba...
Zostań tam.
Nikt więcej nie musi ucierpieć.
Ty tępy chuju!
- Pieprzony kretynie! - Graba?
Wybacz, Maire, ale musimy już iść.
Szlag.
- Pieniądze ci nie pomogą. - Nie są dla mnie. Ruchy!
To wszystko, co mam. A teraz odejdź.
Douglas, to niczego nie polepszy.
Jesteś ranny.
Żadne pieniądze nie pomogą ci wyjść z tego, w co się wpakowałeś.
Dając je komuś,
ryzykujesz, że ten ktoś zostanie w to uwikłany.
Nie mogę.
Nie mogę przyjść z pustymi rękoma.
Muszę w końcu im coś dać.
Chwila.
Już cię pamiętam.
Wiedziałam, że cię kojarzę.
Jesteś tym bokserem.
Pisali o tobie w gazetach.
Sposób, w jaki pisali...
Byłeś jeszcze chłopcem.
Mój przeciwnik także.
Musisz jechać do szpitala.
- Nie. - To chociaż do lekarza.
Pomyśl o innych.
O kim?
O bliskich.
O rodzinie.
Na pewno tego oczekują?
Kradzionych pieniędzy?
Jeszcze nic się nie stało.
Wszystko można cofnąć.
Już za późno.
Masz rację.
Ale jest dobrze.
Musi być.
Hector?
Uciekł.
Wybacz...
ale musisz wyjść.
Jadą tu źli ludzie.
Douglas?
Tak, to ja.
Odsłuchałam wiadomość. Co się stało?
- Wszystko w porządku? - Tak.
Już tak.
To czego chcesz?
Jak się ma Jack?
Dobrze.
Śpi.
Powiedz mu...
że o niego pytałem.
Przepraszam, że mnie przy was nie było.
Ciągle zawracasz mi głowę.
Nie byłem pomocny.
Ani zbyt dobry.
Zasługujesz na więcej.
Jak każdy.
Może wszystko powinno się pozmieniać.
Co masz na myśli?
Nic takiego.
- Będę już kończył. - Nie.
- Co to miało znaczyć? - Nic.
Chcę powiedzieć,
że będzie żyło wam się lepiej.
Jak tylko opuścicie tę dziurę.
Dacie sobie radę.
Musisz żyć po swojemu.
Rozumiem.
Teraz już rozumiem.
Znam cię.
- Szybko wyjdziesz na prostą. - Douglas...
Dostałam pracę.
Dostałaś?
Tak.
- Tę w Rochestown? - Tak.
Rochestown w Cork?
Tak, dokładnie. Dostałam ją.
Bardzo się cieszę.
Jasne. Nie wątpię.
Naprawdę.
Cieszę się.
Cieszę.
Zachowałem się jak humorzaste dziecko.
Wtedy, gdy wziąłem Jacka.
On jest lepiej wychowany niż ty.
Kocham cię, Urs.
Chryste.
Jesteś pijany?
Tak.
Odrobinkę.
W porządku.
Cóż, ja...
My też cię kochamy.
Muszę kończyć.
To do usłyszenia jutro.
Jasne.
Pogadamy jutro.
Dobranoc.
Dobranoc.
Dobranoc.
Nie wyciągaj, tylko wkładaj do pudła.
Popełnił: d3s0l4ti0n
Skorekcił: Altair87
facebook.pl/GrupaHatak
facebook.pl/AzjaFilm
Film na podstawie opowiadania ColinaBarretta
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.