Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
STRZAŁ
Stój!
- Porucznik Bronisław Jabłoński. - Józef Szymański.
Władek Jarociński.
PO NIEMIECKU: Ręce do góry!
Idziemy!
- Koniec wojny. - Koniec wojny!
OKRZYKI RADOŚCI
- Syn? - Tak.
Pojechał w '13 do Petersburga.
KRZYCZY PO ROSYJSKU
Jest dobrze!
Z Bogiem.
- Strzelec Bocian melduje się na rozkaz. - Spocznij.
- Co pan tu robi? - Chcę wstąpić do wojska.
- Mieczysław Pijanowski, herbu Topór. - Cieszę się, że mogę pana poznać.
Proponują mi miejsce w wywiadzie. Zrobisz karierę u Piłsudskiego.
Co to ma być? Natychmiast wydać porucznikowi odpowiedni mundur.
Witam.
TYKANIE
KROKI
STUKOT KLAWISZY MASZYNY DO PISANIA
Dziękuję.
MUCZENIE KROWY
SRIBIELNIKOW: Czołem, towarzyszu sekretarzu.
- Czołem! - Jak sytuacja w okolicy?
Sytuacja?
Nie kręcą się niedobitki Białych albo inna swołocz?
Ja tam nie wiem.
Zwracam się do was oficjalnie, abyście udzielili informacji,
czy nie ma w okolicy podejrzanych grup.
Albo czy ktoś ze wsi czegoś nie widział.
- A bo ja tam wiem... - "A bo ja tam wiem"!
Jak zwykle, komisarzu. "A bo ja tam wiem"!
ŚMIEJĄ SIĘ
- Przepraszam. - Przepraszam. O Boże!
Nic się nie stało.
CHRZĄKA Widzę, że już poznałeś panią Jadwigę.
Pan porucznik Szymański. Pani Jadwiga Korwin-Sawicka.
A pani Barbara?
Przeniesiono ją do biura inspektora sanitarnego frontu.
- Jej mąż... - Pracuje tam. Wiem.
- Kapitan u siebie? - Oczywiście, wchodź.
Pani Barbara zostawiła mi ściągawkę, ale dla pewności
herbata z mlekiem bez cukru, rzadko czarna kawa.
- Zgadza się? - Co do joty.
Tylko niech to się nie przedostanie w ręce wroga.
- Panie poruczniku, a... - Tak?
Co podać tym razem?
Kawę. Tylko bez ciastka.
- Co na to agentura? - Potwierdza.
Mają tylko dwa meldunki, ale pokrywające się z tym, co tu.
- I co myślisz? - PUKANIE
Chodź!
Pokonali Denikina i teraz chcą się zabrać za nas.
Widzisz? Bolszewicy wydali rozkazy przerzucenia armii z Krymu
i czterech z Uralu w rejon Bramy Smoleńskiej.
Potrzebuję jak najwięcej informacji.
Proszę.
Na częstotliwościach wojskowych słyszymy prawie wszystko,
ale ich partia porozumiewa się na innych częstotliwościach.
Nie potraficie ustalić częstotliwości czy złamać szyfru?
Nie mamy problemu ani z tym, ani z tym.
Szyfr już załatwiliśmy z profesorem Kozłowskim,
częstotliwości znamy, ale nie możemy słuchać wszystkiego jednocześnie.
Czego potrzebujecie?
W takim razie dużo więcej telegrafistów.
SRIBIELNIKOW: Bondaruk Stiepan Nikołajewicz.
Odmówił tydzień temu wyjścia do pracy,
zamiast pracować poszedł do cerkwi.
Łysenko Prokop Prokopowicz.
Prowadził kontrrewolucyjną agitację.
W obydwu sprawach chodzi o to samo.
O działanie przeciwko nowej, sprawiedliwej Rosji.
Obydwie sprawy będą rozpatrzone razem.
Wyrok wyda dowódca oddziału Armii Czerwonej,
towarzysz Tkaczenko Wasilij Grigoriewicz.
- Wyrok w imieniu ludu pracującego... - Ale sąd będzie sprawiedliwy!
Nawet zbrodniarz ma prawo się bronić.
Na obrońcę sąd wyznacza i powołuje obywatela Sołomina.
Obywatelu Sołomin, chodźcie tutaj.
- Chodźcie tu bliżej. - Bliżej.
Bliżej, bliżej.
Obywatelu Sołomin, co możecie powiedzieć na obronę oskarżonych?
- No, Sołomin, mówcie. - Bondaruk chory był.
Paliło go tu.
Taki słaby, że chodzić nie mógł.
- Ale do cerkwi doszedł. - No. Pomodlić się chciał.
Słyszeliście, obywatele?
Do roboty iść mu się nie chciało, do lekarza pójść nie chciał.
Ale do cerkiewki, żeby posiedzieć na wygodnym zydelku,
pooglądać sobie ikonki, to tak.
On modlić się o zdrowie chciał.
Zaraz, jak sąd wyda wyrok, będzie się mógł pomodlić do woli.
Co powiecie o kontrrewolucyjnym agitatorze Łysenko?
ŚMIEJĄ SIĘ
On nie jest kontrrewoluc... agitator.
Nie. A kto powiedział w karczmie, że ma w dupie władzę ludu?
W zeszłym tygodniu Marczuk wyznaczył go bez kolejki
wieźć mleko do mleczarni.
A bo Marczuk chciał se na Łysenki babę wleźć.
ŚMIECHY
Milczeć!
- Dobra, co to ma do rzeczy? - A to,
że kierownik zlewni się upił i nie przyjmował
i Łysenko się wrócił do domu, a tam baba z drugim sekretarzem.
Po ryju im nakładł i się z żalu poszedł upić.
- I jak się upił, to powiedział... - Dobra, nie musicie powtarzać.
Moim zdaniem sprawa jest jasna. Obaj sabotują budowę nowego państwa.
Wnoszę o skazanie obydwu na karę śmierci.
Słusznie.
TKACZENKO: Potwierdzam wyrok,
którego w imieniu ludu pracującego zażądał oskarżyciel trybunału.
Sprzątnąć.
MĘŻCZYŹNI ŚPIEWAJĄ: Żołnierze strzelają, żołnierze strzelają,
Pan Bóg kule nosi.
Wojenko, wojenko...
MIŁOSZEWSKI: Kompania, stać!
Pani pozwoli, kapitan Jan Miłoszewski.
Zofia Olszyńska.
Rozumiem, że będziecie panowie stacjonować w naszym miasteczku.
MIŁOSZEWSKI: Tak jest.
Ojciec zwykle zaprasza nowo przybyłych oficerów na obiad.
W pierwszą niedzielę.
Zatem do zobaczenia jutro.
Kompania, śpiew!
ŚPIEWAJĄ: Wojenko, wojenko,
cóżeś ty za pani...
SRIBIELNIKOW: No!
Muszę powiedzieć, że zrobiliście na mnie duże wrażenie.
Że niby jak?
Tak żeście potrafili dobrać argumenty,
że gdyby na moim miejscu był ktoś mniej doświadczony,
sąd by ich uniewinnił.
Tak żeście jasno wystawili, co i jak, dlaczego,
że mało brakowało, a dwóch wrogów uniknęłoby sprawiedliwej kary.
Miałem ich bronić, komisarzu.
Ale po co było wyciągać te wszystkie prywatne sprawy, brudy.
Towarzysza Marczuka oczerniać. O babskich dupach gadać.
Ja tam, komisarzu, nie...
Jesteście członkiem partii bolszewickiej?
No jak!
Sołomin.
Nie może być tak, że członek naszej partii
jest wrogiem ludu pracującego.
No, ale...
- Oj, niedobrze, towarzyszu komisarzu. - Co znowu?
Nie odróżniacie wrogów klasowych od naszych,
choć i niechętnych.
A wy, towarzyszu dowódco, znacie taką grupę społeczną:
swoi, a niechętni?
Źle powiedziałem.
Nie niechętni, ale zniechęceni tym, że po rewolucji nie mają lepiej.
- A nie mają lepiej? - A mają? Bo według mnie to nie.
Rzecz jasna jeszcze nie.
Przedstawiciele partii muszą świecić przykładem.
Najpierw niech przestaną świecić gołym dupskiem. Wybaczcie ostre słowa.
Wy, towarzyszu, inteligent.
Dla was jestem komisarzem postawionym tu przez partię.
A co do świecenia dupą, widzieliście teczkę?
Partia dała każdemu sekretarzowi płat skóry.
Na buty z cholewami albo teczkę.
Wszyscy bez wyjątku zrobili teczki, mimo że większość z nich to analfabeci.
Teraz paradują boso.
Partia zrobiła ich sekretarzami.
Ja też ledwo piszę i czytam.
Ale jak już kogoś tnę szablą...
Co tu tak smutno? Gdzie harmoszka?
- Śpiewać mi tu. - NIEMRAWE OKRZYKI RADOŚCI
MUZYKA FORTEPIANOWA
ŚPIEWA PO FRANCUSKU
PO POLSKU: Czuły gest, naszych ust cichy szept.
Niebezpieczna, szalona to gra.
Cały świat miał być nasz, więc zatrzymał się czas,
jakby romans bez końca miał trwać.
W rytm melodii zakochana nieprzytomnie
tańczyłam z tobą i wirował świat.
Dziś nie cieszy mnie nic, smutne ranki i dni,
pełne ciebie, choć nie ma cię tu.
ŚPIEWA PO FRANCUSKU
NIESŁYSZALNE
O, Bronek, pozwól!
Pozwól, że ci przedstawię: pan porucznik Bronisław Jabłoński.
Lulu Biedrzycka.
- Była pani wspaniała. - Dziękuję.
Przepraszam, że tyle musiał pan czekać, musiałam się rozcharakteryzować.
- A potem ucharakteryzować ponownie. - To zbytnia kokieteria.
- Osoba tak powabna nie musi się... - PIJANOWSKI: Nawet ubierać.
- Mietek! - Moi drodzy, ja zapraszam,
ruszajmy w bój.
ŚMIEJĄ SIĘ
MUZYKA TANECZNA
Chyba wpadła mu w oko.
Nic dziwnego, jest świetna.
Lepsza ode mnie?
Nigdy w życiu.
To dobrze, że Bronek będzie miał z kim spędzać czas.
Dopóki przez nią nie zbankrutuje.
Ciekawe, jaki jest żołd porucznika.
Spokojna głowa, nie zbankrutuje.
To mój kolega.
Witamy zacnych gości.
Kapitan Jan Miłoszewski.
Jakie to szczęście zobaczyć polskich oficerów przed naszym dworem.
Czas wojny na szczęście za nami.
Porucznik Władysław Jarociński.
Panowie pozwolą, nasz syn Teofil.
Teofil Olszyński.
- Czołem. - Cześć, kolego.
Utrapienie z nim. Co dzień w stajni od 6.00 rano.
Dziewięć, dziesięć godzin na koniu. Mało tego, sam czyści, poi.
Mówię: "Masz do tego służbę. A on: "A w walce kto mi usłuży?".
- A nie mam racji? - Ma rację.
- Poproś panów do stołu. - Prosimy.
Nasza córka.
Prosimy.
Słabość państwa zawsze prowokuje do buntów społecznych.
A nasz kraj ma niestety na widoku nową wojnę na wschodzie.
Trzeba ją skończyć szybko, żeby zaprowadzić porządek w kraju.
Myślę, że armia powinna chronić przed wrogiem zewnętrznym,
a nie być żandarmem społeczeństwa.
Inaczej chłop znienawidzi żołnierza.
Żołnierz ma bronić nie tylko chłopa,
ale każdego obywatela, który przestrzega prawa.
A ktoś, kto chce robić rewolucję, sam stawia się poza prawem.
Chłop nie będzie robił rewolucji, gdy wieś będzie dobrze gospodarowana.
Tak jak u nas w Poznańskim.
Rzeczywiście takie metody wprowadził pan w swoim majątku?
MIŁOSZEWSKI: Myślę, że nie tylko w majątkach,
ale i u zamożniejszych chłopów też w ten sposób gospodarują, prawda?
A ja myślę, że dość tej strzelaniny. Wszak wojna się skończyła, prawda?
- Piękne konie. - Widzę, że jest pan miłośnikiem koni.
JAROCIŃSKI: Przed wojną chciałem założyć hodowlę.
Tak? To tutaj znalazł pan bratnie dusze.
Może macie panowie ochotę na małą przejażdżkę?
- Spędzamy w siodle tyle czasu, że... - Rozumiem. A pan?
Niech się pan nie martwi, odwieziemy pana do koszar.
Panie kapitanie?
Zgoda.
Jeszcze raz dziękujemy.
Pokażemy panu z Zosią najlepsze tereny do jazdy.
WYCISZONE
STUKOT KOPYT
Gdzie wy się podziewacie? Myślałem, że was noc zaskoczy.
Bardzo dziękuję za przejażdżkę.
MAURYCY: Miło mi, że mogliśmy panu zrobić przyjemność.
Ogromną.
Szkoda, że jest pan, jak się domyślam, bardzo zajęty.
Mógłby pan objeżdżać nasze konie. My nie dajemy już rady.
Nie powierzę dobrego wierzchowca byle stajennemu.
Ależ Zosiu! Panie poruczniku, to świetny pomysł.
Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał pan przyjąć jednego konia.
Co tydzień wpadałby pan do nas na kawę i zmieniał wierzchowca.
- Co pan na to? - TEOFIL: Mógłby pan?
No nie wiem.
Nie ma o czym myśleć.
Postanowione.
Tak!
Boże, jaki piękny kapelusz, muszę go przymierzyć!
Dzień dobry!
Może jakiś nowy kapelusz?
- Mogę go przymierzyć? - EKSPEDIENTKA: Proszę.
SPRZEDAWCA: Pięknie pani wygląda!
SABINA: Lulu, bosko! Kochana, musisz go mieć!
Jest ci w nim po prostu przepięknie.
ŚMIECH LULU
MĘŻCZYZNA: I ona ma kapelusik, i on ma czapkę.
SABINA: Pięknie.
Przecież posłaniec nikogo nie zastanie.
Pamiętasz adres?
Mam otwierać cudze mieszkanie jak własne?
A jeśli mnie wezmą za włamywacza?
W tym przebraniu?
Mundur polskiego oficera nazywa pani przebraniem?
Kara będzie natychmiastowa.
Lecę.
Dzisiaj mam tylko jedną piosenkę, za godzinę będę w domu.
Jerozolimskie 8, galopem!
Dawaj!
OTWIERANIE DRZWI
KROKI
Do widzenia pani.
Do widzenia, panie poruczniku.
- ODDALAJĄCE SIĘ KROKI - WARKOT WOZU
PISZE NA MASZYNIE
STUKOT MASZYNY DO PISANIA
Pani Jadwigo.
Czy pozwoli pani zaprosić się do kawiarni?
Dzisiaj po pracy, oczywiście.
Nie.
To znaczy dzisiaj po pracy nie, jutro po pracy bardzo chętnie.
Dzisiaj muszę biec do synka.
Przepraszam, jeżeli chodzi o jutro, to w tej chwili nie wiem jeszcze.
- OTWIERANIE DRZWI - Rozumiem.
To co, idziemy?
Do widzenia.
Do widzenia, panie poruczniku.
WZDYCHA
JAKUB: Jej męża poznałem w pierwszej brygadzie.
Zginął podczas odwrotu po bitwie pod Łowczówkiem.
WZDYCHA
W pewnej chwili mówi do mnie: "Wesoło spędzamy pierwszy dzień Świąt".
Zerknąłem na zegarek, jest minuta po północy, to mówię: "Już drugi".
Spojrzałem na Karola - już nie żył.
Została dziewczyna sama z dzieckiem. Zwróciła się do mnie o pomoc.
I pracuje.
Podoba ci się?
A nie ma jakiejś rodziny, rodziców?
Oboje zginęli w Rosji podczas rewolucji.
Ich sąsiadka odesłała mi kilka drobiazgów po nich.
Właściwie przed wojną Warszawa to była prowincja.
I rodzice skorzystali z propozycji, jaką dostał tata.
On był inżynierem. Elektrykiem. Po studiach w Paryżu.
I zaoferowano mu stanowisko w Moskwie.
To było w dziewiątym albo na początku dziesiątego.
No i pojechali.
A pani?
Pojechałam, oczywiście, do Moskwy.
Tylko że bardzo tęskniłam.
Dopiero co skończyłam 18 lat.
Byłam zakochana.
Po roku on przyjechał.
Poprosił tatę o moją rękę.
Dwa lata później urodził się Tomek.
Byliśmy szczęśliwi.
Przepraszam.
A potem przyszła wojna.
Karol poszedł do wojska, potem do legionów.
A jak pani sobie radziła?
Wie pan, dopóki żyła jeszcze teściowa, bo teść umarł jeszcze przed wojną,
to jakoś...
Wyprzedawałyśmy po kolei wszystko, co miałyśmy cenniejszego.
A ostatnich kilka miesięcy to...
Wreszcie zadzwoniłam do kapitana
i poprosiłam o pomoc w znalezieniu pracy.
Niech mi pan powie, czy oni tu przyjdą?
Bo wie pan...
Wy wiecie więcej niż inni, ja chcę wiedzieć tylko to jedno.
Ależ pani Jadwigo, na pewno nie.
W najgorszym wypadku zatrzymaliby się na linii Bugu,
ale to naprawdę musiałyby nas dopaść jednocześnie powódź, pożar i dżuma.
Wierzę panu.
Wie pan...
Ja myślałam, że...
że ja rozumiem Rosjan.
Ale teraz zaczynam się ich bać.
Bać i nienawidzić. Za moich rodziców.
Za to, co zrobili z moim życiem.
Przepraszam, ale chciałam już pójść do domu.
Umówimy się na następną kawę następnym razem. Do zobaczenia.
MAURYCY: Jak się panu spodobał Belzebub?
Świetny koń.
- Może nerwowo reaguje na wędzidło... - Nie ma pan racji, poruczniku.
Ten koń wymaga delikatnej ręki. Musiał go pan za ostro prowadzić.
- Tak, to wyjątkowo damski koń. - ZOFIA: Damski?
Jeżdżę nie gorzej od pana,
a Belzebuba prowadzę tak, żeby nie reagował nerwowo.
Pan Władysław ma rację. To nie koń, tylko francuski piesek.
Nie wiem, czy mogę brać od państwa konie.
Obowiązki sprawiają, że nie jeżdżę, ile powinienem.
To zawsze lepiej, niż chodziłyby u nas.
Wciąż nie mamy nikogo, kto mógłby to zrobić za pana.
Zośka!
Na mnie już czas.
A pani, panno Zosiu, nie ma racji.
Czasami dobre ujeżdżenie wymaga silnej ręki.
Inaczej dopuszcza się do znarowienia.
Na koniach się co prawda nie znam, ale ogólnie rzecz biorąc, ma pan rację.
POMRUK NIEZADOWOLONYCH GŁOSÓW
CHŁOP: To nie może być tak, żebyśmy stali na deszczu tyle godzin.
Co się tu dzieje?
O co chodzi?
Ano o to, że jutro trzeba krowy wydoić, żywinę nakarmić.
- Codziennie trzeba, więc w czym rzecz? - W tym, że nie ma komu tego zrobić.
- My już dziś swoje zrobili. - Nie rozumiem.
Co tu jest do rozumienia?
Wydał rząd dekret, że pracować wolno ino osiem godzin?
- Wydał? - Wydał!
Wielmożny pan będzie musiał kogo innego na jutro nająć.
Ludzie, co wy?
- W gospodarstwie zawsze robiło się. - Robiło się!
A teraz jest dekret i koniec.
Ale jest też wojna.
I każdy, kto uniemożliwi choćby takie wydojenie krów,
może być posądzony o sabotaż.
No a w czasie wojny to oznacza tylko jedno.
W razie jakiejś próby buntu, proszę wysłać posłańca do garnizonu.
Mamy w swoich szeregach pluton egzekucyjny.
Jeszcze raz dziękuję za gościnę, do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
CHŁOP: Słyszeliście?
NIESŁYSZALNE
Ludzie!
Naprawdę wielka szkoda, że tylko raz na tydzień jest niedziela.
Ale to wina wuja, sam wybrał karierę wojskową.
Czyli dyscyplinę.
Stopień wojskowy miał być tylko eleganckim dodatkiem do herbu.
Kto mógł przypuszczać, że wybuchnie wojna i rewolucja?
Siedziałbym teraz w moim majątku, urządzał polowania.
I dziękował Bogu, że tak wcześnie powołał do siebie mojego dziadka.
Ale teraz pewnie bolszewicy urządzili tam swój rewkom.
Wysoką cenę trzeba czasem płacić za wolność ojczyzny.
Panie poruczniku, przeszliśmy razem dosyć, żeby mówić sobie po imieniu.
- Adam. - Bronisław.
- Panowie, wy się tu bratacie, a ja... - Mów mi - wuju.
- Przecież mówię. - Bardzo dobrze.
ADAM: Na mnie już czas, panowie. Kelner, rachunek.
Adam, pozwól, że ja zapłacę.
Nie mogę pozwolić, żeby płacił młodszy stopniem.
Pax romana, panowie. Dziś ja płacę.
ADAM: Świetnie. Do zobaczenia.
MIECZYSŁAW: Do widzenia.
Sprytne.
Co?
O, to...
"Pozwól, że ja...".
Przecież wiadomo, że nie pozwoli.
Nienajciekawiej u mnie z finansami ostatnio.
PODŚMIEWA SIĘ
Lulu?
Trudno coś zaoszczędzić.
Jak mawiają Żydzi: "Nie myśl, jak zaoszczędzić, ty myśl, jak zarobić.
Mów.
Dalej podpisujecie kontrakty kwartalne na dostawę mąki w wojsku?
- Tak. - No.
To przekonasz nowego kolegę, a mojego szanownego wuja,
żeby zmienił dostawcę.
Ja cię poznam z miłym młynarzem, który będzie ci bardzo wdzięczny. Bardzo!
- Ale... - Nie ma żadnego "ale".
Znaczy - jest.
Wojsko będzie dostawało mąkę, tak jak dostaje,
ale i ty z tego coś będziesz miał.
A ty?
Z całych sił wbijasz, ewentualnie poprawiasz kolbą.
Nie będzie żadnej Polski, bo my tu przyjdziemy.
Wprowadzimy nasze zasady.
Będziemy mieli rządy prosto z Rosji.
- A on wie, o co tutaj chodzi? - Nie, i nie może się dowiedzieć.
Alarm! Zabezpieczyć bramę!
- Dostaliśmy rozkaz wymarszu. - Więc przyszła i pana kolej.
Boję się, że też nie wrócisz.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.