Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Czo�em, marynarzu!
- Idziecie, czy nie? - Zaraz przyjdziemy.
Numer 58! Pr�dzej, bo si� rozmy�limy.
Chod�my na kielicha. Tylko na jednego!
- Nie mog�. - Czemu?
�ona mnie zabije, jak zaczn� si� �ajdaczy�.
Te dziewczyny s� napalone.
Dlatego nie mog� i��.
Zawsze opiekowa�em si� tob� podczas naszych przyg�d.
Takie przygody teraz mnie nie rajcuj�.
Co tam robicie?
Ju� idziemy!
Ty idziesz, ja wracam do domu. Jutro zdasz mi sprawozdanie.
Pieprz� zasady!
Z�odziej.
Cipokrad.
Co tam kombinujesz, Spidermanie?
- Sk�adam wizyt�. - Zejdziesz grzecznie,
czy mam ci odstrzeli� ten cholerny �eb?
Tracey! Lisa!
Co ty wyprawiasz, Taylor? Gdzie twoja magiczna r�d�ka?
- To wasz kumpel? - W porz�dku, znamy go.
Tak, jestem w porz�dku.
Cholerne wariatki!
On tak zawsze?
W ka�dy pi�tek.
Serwus! Macie mi�ych s�siad�w.
Dawaj! Zaraz dosi�gniesz.
Jeszcze raz!
No dalej!
Sta� ci� na wi�cej. Zasuwaj!
Jazda!
Pi�knie.
Pi�knie.
Ca�kiem �adnie.
Naprawd� tu jestem.
Ale mia�em cykora. Klawo si� spisa�e�.
Dzi�ki. Mog�e� spa��.
Przygl�daj si�, wejd� tam klasycznie.
Wiesz, za co ci� kocham?
Jeste� za g�upi, by przejmowa� si� rzeczywisto�ci�.
Jezu! Co to?
- Patrz! Wisz� na p�ce skalnej. - Tak.
- Co tam robi�? - Nie wiem.
- Z��my im wizyt� i dowiedzmy si�. - Ty pierwszy.
Zasuwamy!
Nie�le.
Nie tylko nas wpu�cili na t� g�r�.
Cze��, Dallas! Jak si� wisi?
Taylor Brooks, a to bli�niacy Spat.
Jackie Metcalf.
- Zdoby�a� latem Anapurn�? - Tak.
Gratuluj�.
- Takane Shimuzu. - Mi�o mi.
- Phillip Claiborne. - Ten s�awny?
Cze�� Taylor. Dobry jeste�.
Dzi�kuj�.
W porz�dku.
Zdobywacie szczyt?
- To tylko sprawdzian. - Przed czym?
Jeszcze nie dostali�my pozwolenia.
Chodzi o Himalaje?
Nie gadam o niesfinalizowanych interesach.
Jeste�cie szybcy.
Te� robimy ma�y sprawdzian, chcemy pobi� rekord wej�cia na McKinley.
- Pr�dko�ci? - To 36 godzin. Kogo zabierasz?
Supermana?
Tylko Harolda i dwie ulubione panienki.
- Harolda? - Jamisona.
Nie s�ysza�em.
Zaraz zapytamy, czy s�ysza� o tobie.
- Wysoko idziecie? - Do linii �niegu.
Chryste! O kt�rej przywioz� wam sushi?
Trzymam ci�!
Harold, co?
- Biwakujemy pod tymi ska�ami? - Mo�e by�.
- Chcecie tu obozowa�? - A nie wida�?
Sprawdzimy namioty na stromym lodzie.
Jasne, ale jeste�cie w siodle.
Ju� prawie czerwiec, wszystkie lawiny dawno zesz�y.
Widzicie te wyrwy? �nieg zsun�� si� ze dwa tygodnie temu.
Znamy si� na tym.
Podobno w tym roku jest du�e zagro�enie lawinowe.
Mo�e rozbijecie ob�z na grani i zobaczymy si� rano?
Dobra. Do jutra!
Za�o�ysz si�, �e w nocy przysypie tych sukinkot�w?
Daruj sobie, to nie po kole�e�sku.
Kim jest Claiborne?
- Nie s�ysza�e� o nim? - Nie.
Wydaje si� fajny.
Fajny? Znasz wielu multimilioner�w?
- Powa�nie? - Tak.
A ten Dallas... Jak mu tam...? Czemu si� czepia?
Dallas Woolf. Studiowali�my razem prawo.
Na uczelni by� dobry,
w s�dzie jeszcze lepszy, ale nikt nie sprawdzi� go w ��ku.
- Nie �pisz? - �pi�.
Co� ci powiem.
Co?
Mam problem z wypraw� na McKinley.
- Co? - Tak.
Niech zgadn� - nie wysoka brunetka.
Tak.
Du�o pracuj� i rzadko bywam w domu, wiec przyrzek�em jej, �e...
Mnie te� przyrzek�e�, to tylko 10 dni.
Wiem, ale w tym roku naprawd� nie mog�.
Pogadam z ni�.
Nie lubi ci�. Ile razy mam to powtarza�?
Ocknij si�! Gdzie tw�j duch bojowy?
Przegrywa z duchem bojowym mojej �ony.
Niech ci b�dzie.
To za du�o kosztuje.
Co?
Mi�o��. Przeceniamy j�.
- Nigdy nie by�e� samotny? - Jestem samotny jak wszyscy.
Opr�cz ckliwych par, kt�re maj� zaprogramowany �ywot.
- Moje �ycie jest zaprogramowane? - To ci pasuje, skarbie.
- Pieprz si�. - Ty te�.
Co jest?
- Zaraz wr�c�. - Nie odmro� sobie ku�ki.
Co robisz, do cholery?
Przywi��� was do du�ego namiotu.
Spoko, tatu�ku, nic nam nie grozi.
- Ch�opaki, troch� si� denerwuj�... - Jeste�my przywi�zani, id� spa�.
Dobra.
Palant.
Lawina!
- Widzisz ich? - Tam!
Bierz �opat�!
- Przywi�za�e� namioty? - Tylko du�y.
- Nie zgodzili si�. - Kutafony! Ciekawe, gdzie s�.
Tu!
Dallas, s�uchaj!
Jeste�my na dole!
Wyci�gniemy was.
Wszyscy cali?
Uda�o si�!
Nic ci nie jest, Dallas?
Powoli!
Podaj r�k�. Dobra. Trzymam ci�!
Pe�ni nadziei na �ycie wieczne
u boku naszego Pana, Jezusa Chrystusa,
powierzamy mi�osiernemu Bogu naszych braci
i sk�adamy ich cia�a w ziemi.
Prochem jeste� i w proch si� obr�cisz.
Niech was b�ogos�awi B�g,
niech was nape�ni �wiat�o�ci� i nagrodzi w niebie.
Panie, przyjmij ich przed swoje oblicze i obdarz pokojem.
Amen.
Musz� lecie�.
- Straci�e� dw�ch ludzi. - Chcesz ich zast�pi�?
- Je�li idziesz tam, gdzie my�l�. - Mog� i�� wsz�dzie.
Nie zalewaj, interesuj� ci� najwy�sze szczyty.
- To Everest? - Pogadamy innym razem.
- Potrzebujesz dw�ch wspinaczy. - Wiesz, ilu si� zg�asza�o?
Kto� by� lepszy ode mnie? Sprawdzi�em si� w Strefie �mierci.
A tw�j kumpel?
- Uratowa� ci �ycie. - To jeszcze nie pow�d.
Wspinamy si� ju� dziesi�� lat, nie zamieni� go na nikogo.
Ile razy by� na o�miotysi�czniku?
Ani razu. A ty?
Radz� sobie powy�ej o�miu i p� tysi�ca.
To K-2!
- Idziemy na K-2! - Sam podejm� decyzj�.
Ju� podj��e�. Harold!
Nie tutaj.
- Zapytam cz�onk�w ekipy. - To twoja ekipa, odpowiedz mi.
Teraz mog� tylko powiedzie�: "Nie".
Ca�e �ycie marz� o zdobyciu K-2.
- Jeste� upartym sukinsynem. - Dzi�ki.
Nie wiem, czy chc� ci� zabra�.
Halo.
Czy jest kto� w domu?
Dziecko ma mokro tatusiu.
O co chodzi?
Nie rozumi� jak mo�esz siedzie� tutaj ze swoim synem,
z mokr� pieluch� i nawet tego nie zauwa�y�e�.
Przepreaszam.
Mnie nie przepraszaj.
Przepraszam Eric.
Daj mi spok�j kochanie.
Czy masz woln� godzin� w czasie dnia profesorze?
Mo�e nam si� poszcz�ci. Prosz� ci� o jedn� godzin� dziennie.
My�l o nas.
Cin?
Tak.
Zapomnia�em ci powiedzie�, �e wyjazd na alask� zosta� przesuni�ty o tydzie�.
Harold. Zawrzyjmy umow�.
Kiedy wr�cisz z tej podr�y chc� aby� mi obieca� skupi� si� na nas.
Troje nas przez sze�� miesi�cy. Ok?
Obiecuj�.
Masz skrzy�owane palce?
Potrzymaj go przez pi�� minut, a ja przygotuj� si� do pracy.
W porz�dku.
Cze��, Peter.
Nawzajem!
Przepraszam, �e przeszkadzam. Przynios�am te papiery.
Po�� na biurku.
Do czego to s�u�y?
Wzmacnia cycuszki. Spr�bujesz?
Nie.
- Panno Perkins? - Tak?
- Zjesz kolacj�? - Jak to?
- Ze mn�. - Nie.
Dlaczego?
Panie Brooks, dzisiaj mam randk�.
Olej to, we� nadgodziny.
Dzi�ki. Ale nie sram tam, gdzie jadam.
My�la�em, �e w og�le nie srasz.
Panie Brooks!
Dzwoni pan Phillip Claiborne.
- Gdzie znajd� Harolda Jamisona? - W 101 na dole. - Dzi�ki.
- Gdzie jest 101? - Pierwsze drzwi w lewo.
Wielkie dzi�ki.
Zapal �wiat�o! Twoje �ycie si� zmieni.
Ale mnie wystraszy�e�. Co tu robisz?
- Rozmawia�em z Claibornem. - I co?
Zdob�dziemy najgro�niejsz� g�r� �wiata. Zabiera nas na K-2.
- Bujasz. - Wyruszamy za 2 tygodnie...
Nie mog�.
Peter, masz przerw�. Chod�!
Nie wyjad� za 2 tygodnie.
- Ty mo�esz wszystko. - 23-ego mam pokaz i musz� tu by�.
- Przesu� to. - Nie da si�.
- Zr�b, �eby si� da�o. - Nie wiesz, co m�wisz.
To nasze wyzwanie.
Marzyli�my o tym 10 lat i spe�ni�o si�.
- Ruszaj beze mnie. - Wcisn��em mu nas obu.
Nie r�b mi tego. To K-2!
Nie jeste� p�pkiem �wiata, musz� my�le� o Ericu i Cindy.
Bzdury!
Moja rodzina i praca to nie bzdury.
Nie chc� tego straci�, jasne?
- Z drogi, szkodniki! - Sam jeste� szkodnik!
I�� z tob�?
Poradz� sobie.
- Na pewno? - Zje�d�aj.
Pami�taj! �yciowa szansa!
Cze��.
- Co si� dzieje? - Nie mog� spa�.
- Czemu? - Nie wiem.
Wiesz.
P�jd� si� napi� wody.
Najpierw powiesz mi, o co chodzi.
�pij! Porozmawiamy jutro.
M�w.
Dobra.
Da�em ci s�owo, ale musz� je z�ama�.
Przyrzek�e� p� roku, a nie wytrzyma�e� nawet sze�ciu dni.
Wiem, ale to co innego.
- Idziemy z Taylorem na K-2. - Co z tego?
Przesta�! To �yciowa szansa.
Szansa na samob�jstwo.
Jeste� �mieszna.
Tak? Wszystko przez te cholerne ksi��ki:
"Okrutna G�ra", "G�ra Zab�jca"!
Cindy...
Chcesz zniszczy� swoj� karier� i rodzin�
przez faceta, kt�ry traktuje ci� jak fagasa.
Nie jestem jego fagasem.
Gdy staj� na szczycie,
kt�ry zdoby�em anga�uj�c wszystkie si�y i ca�� odwag�, to przez jedn� chwil�...
czuj�, �e naprawd� �yj�.
Musz� tego dokona�.
Nie dla Taylora, lecz dla siebie.
Ty, ci�gle ty!
Cindy.
Nie zamierzam zgin��.
Kocham ciebie i a. Zrobi� to, a jak wr�c�, obiecuj�...
Ju� nas tu nie zastaniesz.
Rozumiem.
Ty albo g�ra?
W�a�nie.
B�d� mia� ciebie i j�.
- Nie. - Tak.
Nie mo�esz.
Mog�.
- Przyrzeknij, �e wr�cisz. - S�owo.
Podpisz.
- Wszystko w porz�dku. - Zapytaj, czy jest ubezpieczony.
To zb�dne.
Ka�da wyprawa na K-2 ma k�opoty z tragarzami.
- Nie b�dzie k�opot�w. - Licz� na to.
Do Obozu Czwartego u�yjemy liny por�czowej "�semki",
a dalej "sz�stki".
To wystarczy? Polacy mieli dziewi�ciomilimetrow�.
By�o ich dwa razy wi�cej.
Sze�ciomilimetrowa nie utrzyma ci�aru.
Wi�c zr�bmy to bez "por�cz�wek".
Nie b�d� �mieszny.
A mnie �mieszy marnowanie czasu na por�czowanie lin.
Opracowali�my ka�dy szczeg�, rok planowali�my wypraw�.
Polacy planowali j� przez ca�e �ycie, ale i tak trzech zgin�o.
�aden nie wszed� na szczyt.
Narwa�cy nie zdob�d� K-2.
S�uchaj Dallasa. To najlepszy organizator wypraw w Stanach.
Gdybym wiedzia�, kaza�bym mu spakowa� m�j plecak.
Dzi�kuj�.
Pewnie masz "okres", Dallas.
B�d� dzisiaj spa�.
Zaaklimatyzowa�e� si�.
To dobrze czy �le, kiedy krwawi z uszu?
Dobrze.
U�miech!
Chyba kto� jest ranny.
Na to wygl�da.
- Helmut Steiner. - Phillip Claiborne.
Wracamy z Mustagh Tower.
By�a fatalna pogoda, musieli�my pr�dko zej��
i zostawi� sprz�t.
W Karakorum dawno nie by�o takiej brzydkiej wiosny.
Przepraszam, poratujecie nas prowiantem?
Oczywi�cie.
On nie �yje.
Jej brat te�, ale ona w to nie wierzy.
Wspinali si� na Paryu.
Chcieli�my go pochowa�, ale nie pozwoli�a.
By�o ci�ko.
Taylor, sp�jrz na to!
Pi�kna, co?
Nie zabra�bym ci� na brzydk� g�r�.
Bierzmy j�!
Panie Claiborne! Chc� odpocz��.
- Jak d�ugo? - Do ko�ca dnia.
Kpisz sobie?
- Co jest? - Rozbij� ob�z.
- Brednie! - Szli�my 2 godziny.
Boj� si�, bo w szczelinach le�y �wie�y �nieg.
- O co im chodzi? - O ekstradni�wk�.
Jak nie dotrzemy dzi� do Bazy, nie zap�ac� im.
- Nie rusz� si�. - Zobaczymy.
Malik, ty za to odpowiadasz.
To nie moja wina, sami u�erajcie si� z tragarzami.
Patrzcie!
Co on wyprawia?
Przesta�, Taylor!
Jak nie chc� forsy, na kt�r� si� zgodzili, to j� spal�.
Powiedz im to!
- Tak nie wolno! - Ma racj�.
Uwa�asz, �e maj� prawo olewa� umow�?
Nie mo�esz niszczy� tego, czego nie dostali.
To patrz!
Za te pieni�dze rodzina mog�aby prze�y� miesi�c.
Niech pan go powstrzyma, to wbrew prawu.
Dosy�, Taylor!
Pos�uchaj.
Powiedz im, �e ka�dy, kto uko�czy wypraw�,
dostanie dodatkowo 50 rupii za drog� po lodowcu.
- Ale tylko za ten odcinek. - Nie chodzi o pieni�dze.
Oni si� zgadzaj�.
A to dranie!
Gratulacje.
Chyba mianuj� ci� ambasadorem Pakistanu.
- Przykro mi z powodu tej hecy. - Niewa�ne, tragarze te� zawinili.
Ci dranie zrobili ze mnie durnia.
- Taylor troch� przesadzi�. - Doceniam to.
Dajcie lin�!
Ubezpieczaj!
- Jeste� ca�y? - Tak.
Dobra robota.
- �yjesz? - Jasne. A ty?
Tak.
Dzi�ki.
Nie ma sprawy.
Nie zapomn� ci tego.
Jak to jest by� bohaterem?
Chyba lepiej ni� by� dupkiem.
- O co ci chodzi? - Wiesz.
Nie.
O hec� z tragarzami.
Spali�e� ich fors�. Nie kapuj� tego.
To nie ja stworzy�em ten �wiat.
Po prostu staram si� na nim jako� prze�y�.
Wszyscy tworzymy ten �wiat.
A kto� stworzy� t� lur�.
- Zasu� namiot. - Sam zasu�.
Codziennie to robisz?
Codziennie.
- Co si� dzieje? - Chc� wraca�.
- Czemu? - Boj� si�.
Powiedz im, �e dojdziemy za 4 godziny. - Pr�buj�.
To ju� nie daleko. Patrzcie!
O co wam chodzi, do cholery?
Odpowiadaj, sukinsynu!
Niech was szlag trafi!
Zostaw!
- Co jest grane? - Stracili�my tragarzy.
Co teraz zrobimy?
Pieprzy� ich. Sami b�dziemy nie��.
To siedem ton sprz�tu! Chcesz nie�� w ubraniu czy na golasa?
Co z tob�? Przecie� wszystko zaplanowa�e�.
Liczy si� czas, dupku. Min�� tygodnie, nim wtaszczymy to g�wno na g�r�.
Dallas ma racj�. W tym czasie mo�e si� zmieni� pogoda.
Dlatego we�miemy, co trzeba, a reszt� zostawimy.
Zamierzacie da� dupy i zrezygnowa�, co?
Chcecie si� podda�?
Wy�wiadczyli nam przys�ug�.
Nie potrzebujemy tego majdanu, tylko siebie.
Jeste�my zespo�em, Claiborne, sam tak m�wi�e�.
Ci ludzie zostan�.
Popieram Taylora.
�wietna ksi��ka.
Pos�uchaj. "Prze�yjesz, je�li dzia�asz szybko,
w przeciwnym razie zginiesz. To Zab�jcza Ziemia".
"Na Zab�jczej Ziemi jest tak,
jakby� tkwi� w dziurawej �odzi albo w p�on�cym domu. "
Opracowa�e� strategi�?
Co masz na my�li?
To, co m�wi�.
A twoja strategia?
Jest tylko moja. Tobie si� nie przyda.
Nikt nie wejdzie za ciebie na szczyt.
Wiem.
To znaczy, �e odt�d ka�dy odpowiada za siebie.
Gdyby do czego� dosz�o,
musisz sobie radzi� sam.
Kapuj�.
Naprawd�?
Wszystko mo�e si� zdarzy�. Wszystko.
Licz tylko na siebie.
To chcia�em ci powiedzie�.
Ale si� przyssa�, co?
Tu za�o�ymy Ob�z Pierwszy, zgoda?
Pasuje nam.
Claiborne jest wyko�czony.
Zawsze d�ugo si� aklimatyzowa�.
Przejdzie mu.
Pij! Tutaj odwodnienie jest zab�jcze.
- Jeste�my na sze�ciu tysi�cach? - Witaj w Strefie �mierci.
Dotrzemy do Bazy przed po�udniem,
a do wieczora przeniesiemy sprz�t do Obozu Drugiego.
Mo�emy wr�ci�.
Nie trzeba, id�cie do Obozu Drugiego. Tam si� spotkamy.
- Na razie! - Powodzenia.
Dzi�ki.
Co jest?
- Gotowi? - Tak.
Chcesz prowadzi�?
- Tak, �wietny pomys� - OK.
Ob�z Drugi do Bazy! Odbi�r!
Cze��, Dallas. Tu Baza. Odbi�r!
Posuwamy si� naprz�d, por�czujemy lini� do tr�jki.
Nie s�ysz�, powt�rz!
M�wi�, �e por�czujemy lini� do tr�jki. Zobaczymy si� w nocy.
Dobra.
Ch�opaki!
Idziemy do Obozu Trzeciego!
Teraz?
O co chodzi?
O to, �e jestem cholernie skonany.
Ja te�.
Dobra. Wy tutaj zosta�cie, a ja p�jd� do Obozu Trzeciego.
Id� z tob�.
- Wystarczy ci p� godziny? - Bez obaw.
- Na pewno? - Czuj� si� �wietnie.
O czym my�lisz, jak si� wspinasz?
O ciupcianiu.
Przesz�ym czy przysz�ym?
O ciupcianiu, kt�re przelecia�o mi ko�o nosa.
Serio? Jakie� ci� omin�o?
Nigdy nie bzykn��em Cindy.
- Co? - A m�g�bym.
Jak pierwszy raz j� zobaczy�em...
Zamknij si�! Do�� tego. Jezu!
Sam pyta�e�.
Zgrywasz si�.
- Phillip zachorowa�. - Co mu jest?
Ma obrz�k p�uc. Musimy go znie��.
- Ju� idziemy. - Jak to "my"?
Co z nim?
Marnie si� czuj�.
- Zabierzemy ci� do Bazy. - Do rana mi przejdzie.
Nie powiniene� przebywa� na tej wysoko�ci.
- Jeszcze mog� chodzi�. - Masz sine usta.
Nie.
Wystarczy nam pi�� dni.
We czterech zdob�dziemy dla ciebie szczyt.
To zawsze b�dzie twoja g�ra.
Chc� tam wej�� tak samo jak wy,
ale Phillip umrze, je�li zostanie tu na noc.
Ja i Nazzir go zniesiemy. G�ra nie ucieknie.
- P�jd� z wami. - Nie!
Dallas?
Nie ma sensu, by wszyscy wracali do Bazy.
Zgadzam si�.
Za�atwione.
My zostaniemy tu do rana.
Je�li mu si� pogorszy, schodzimy.
Dobrze. Obud� Nazzira.
Trzymam ci�.
W porz�dku, ju� nie daleko.
Phillip do Obozu Czwartego!
Zg�asza si� Dallas.
Jaka sytuacja?
Postanowili�my zaatakowa�.
Stracili�cie du�o si�.
Dacie rad� wej�� na szczyt i wr�ci� w ci�gu doby?
Teraz albo nigdy.
Niech dw�ch idzie, a dw�ch zostanie.
Co on bredzi?
Phillip! Tu Taylor! Nie mo�emy i�� wszyscy?
Dw�ch musi zosta� w odwodzie. To rozkaz!
Pytanie brzmi: kt�rych dw�ch?
Niech Dallas zadecyduje.
Co jest?
- Ruszamy za p� godziny. - Kogo zabierasz?
Takane.
Skoro tylko dw�ch mo�e i��, wybierz najlepszych.
Czyli?
Mnie i siebie.
Chwila!
Wybaczcie, ale Dallas i ja mamy najwi�ksze szanse.
Pieprz si�, Taylor.
Przykro mi, stary.
Takane i ja jeste�my szturmow� dw�jk�.
Chrzanisz! By�a umowa, �e p�jd� najsprawniejsi,
a ja si� najbardziej nadaj�, musisz mnie wybra�.
Nie zabior� ci�.
Wiatr p�nocny, temperatura spadnie poni�ej dwudziestu stopni.
Kiepsko to wygl�da.
Nie dadz� rady.
Ci�nienie spada.
Dallas? Tu Taylor. Zg�o� si�!
Dallas? Takane? M�wi Taylor. S�yszycie mnie?
Pewnie si� wy��czyli. Jak my�lisz?
Nie r�b mi tego. Odezwij si�!
Nie do wiary, �e chcia�e� mnie zostawi�.
Gdyby Dallas wybra� ciebie zamiast Takane, poszed�by� beze mnie.
Nie ma mowy.
I tym si� w�a�nie r�nimy.
R�nimy si� tym, �e jeste� moim kumplem, dop�ki nic ci� to nie kosztuje.
Jeszcze b�dzie okazja.
Tak. Jak sobie to wyobra�asz?
Kiedy wr�c�, wyniesiemy si� st�d, o ile prze�yjemy t� zadym�.
Taylor! Obud� si�! Jezu!
Bo�e! Takane!
Cholera, ca�y pot�uczony.
Spokojnie.
Chryste!
Daj apteczk�, Taylor! Apteczka! On krwawi.
Bez nerw�w.
Co?
Gdzie Dallas?
Nie m�g� zej��.
Nie ma namiotu.
Zgin��.
Bardzo �le.
Ju� dobrze, uspok�j si�.
- Bardzo zimno. - Wiem, spokojnie.
Nie oddycha.
Nie wyczuwam t�tna.
- Gotowy? - Tak
Raz, dwa, trzy, cztery, pi��!
Sprawd� puls.
Cholera!
Oddychaj Takane!
Jacki! Phillip! Nie �picie?
Obud�cie si�. Odbi�r!
Zg�aszam si�. Odbi�r!
Jacki...
Pos�uchaj.
Takane nie �yje.
Jest tam Dallas?
Nie.
Takane powiedzia�, �e nie m�g� zej��.
Chyba stracili namiot.
Co robimy?
Nic nie mo�emy zrobi�.
Rano poszukamy Dallasa.
Zaczekamy i o �wicie p�jdziemy po Dallasa.
Jacki.
Phillip gorzej si� czuje.
Musz� go st�d pr�dko zabra�.
Malik za�atwia nam wojskowy �mig�owiec.
A my?
Lepiej si� pospieszcie, je�li chcecie wr�ci� do domu.
Dobra.
Ob�z Czwarty do Bazy! M�wi Taylor. S�yszysz mnie?
Tak. Cze��.
U nas wszystko gotowe.
Czy pogoda si� utrzyma?
Dzisiaj tak, ale jutro nie wiadomo.
Zaczekaj.
Chce zdoby� t� g�r�.
Jacki! Je�li Dallas tam jest, znajdziemy go.
Idziemy na szczyt. �ycz nam szcz�cia.
Jeste�my z wami. Trzymamy kciuki!
P�jdziemy bez obci��enia.
Zostawimy namiot, butle tlenowe, wszystko.
We�miemy tylko 20 metr�w liny i wr�cimy przed noc�.
Uda�o si�!
Cholerny fart, bracie!
Trzymaj.
"Balanga na Szczycie: do Bazy! Jacki? Zg�o� si�!
Taylor! Harold! Gdzie jeste�cie?
Na pieprzonym czubku �wiata. Ale numer, co?
Ekstra!
Gratulacje.
Jasne. To lokal najwy�szej klasy.
Jaki macie widok?
Nie tak �adny jak z okna twojego biura.
Co u ciebie? Jak si� czujesz?
Wynosz� si� z tej g�ry.
S�yszeli�my o �mig�owcu. Wyjdziesz z tego.
Zejdziecie do jutra?
Bankowo.
Co� ci powiem.
Ja umieram.
Je�li nie wr�cicie, odlecimy bez was.
Wr�cimy.
Phillip!
Tu Harold!
Szkoda, �e ci� tu nie ma.
Musia�bym by� troch� m�odszy.
Ka�demu si� zdarza.
Harold. Znale�li�cie Dallasa?
Niestety.
Nie widzieli�my go.
B�dziemy szuka�.
Ostatnia?
Tak.
Na ka�dej wyprawie trac� 10 kilo.
Powiem ci, Taylor, �e troch� si� martwi�.
Wdepn��e� kiedy� w gorsze g�wno?
To ma by� g�wno?
Nic si� jeszcze nie sta�o.
Dw�ch facet�w zgin�o, b��dzimy w zadymce 3 tysi�ce metr�w nad Baz�
z jedn� torebk� zupy i bez spadochronu,
a ty twierdzisz, �e nic si� nie sta�o.
Wyluzuj si�, wszystko gra.
Uda si� nam.
Boisz si� jak ja.
Ale i tak si� nie przyznam.
Nie musisz, masz to wypisane na twarzy.
Tam strasznie wieje.
Widzisz ich?
Nie.
Za du�o chmur.
Co z nim?
Odpoczywa.
Piekielnie dmucha.
- �ap! - Mam!
- Wszystko gra? - Tak.
Idziemy po lodzie. Jest pod tob�.
- Trzymaj si� prawej. - Dobra!
Zaczekaj! Teraz uwa�aj. We� lin� i przywi�� si�.
Trzymaj si�! Schodz� po ciebie.
Cindy! Cindy!
W porz�dku.
To ja. Jestem przy tobie.
Nie chc� umiera�.
Kto tak powiedzia�?
Nic ci nie b�dzie.
Tobie jeszcze mo�e si� uda�, je�li zaraz p�jdziesz.
Co ty gadasz?
Ja umr� tutaj.
Nie umrzesz.
Nie mog� chodzi�.
Ponios� ci�.
Nie dasz rady.
Poza tym nie mamy odpowiedniej liny.
Zejd� i sprowadz� pomoc.
Przesta�! Nawet je�li zdo�asz, to umr�, nim wr�cisz.
Co robisz?
Chc�, �eby� to da� Cindy.
Powiedz jej... Bo�e!
Powiedz, �e j� kocham i �e przepraszam.
Sam jej powiesz.
Ja nie mog� i��. Bierz to i wyno� si� st�d.
Chcesz tu siedzie� i umrze� ze mn�? To krety�stwo!
Wiesz, o co mnie prosisz?
Jeste� moim jedynym przyjacielem, draniu, nie zostawi� ci�.
Nie m�g�bym z tym �y�.
- Nie masz wyboru. - Pieprz si�!
Zawsze by�e� egoist� - to twoja jedyna religia.
Czemu teraz robisz z tego wielk� spraw�?
To ju� nie dzia�a.
Masz �on�, dziecko, swoje badania -
to dla ciebie wa�ne.
Ja �y�em tylko dla siebie.
Moja praca to k�amstwa, kompromisy i uk�ady z szumowinami.
Chodz� z tob� w g�ry, �eby si� oczy�ci�.
Nie chc� by� egoist�, pragn� odrobiny szlachetno�ci.
Chcesz oczyszczenia
i szlachetno�ci,
to wracaj.
Nie pozwol�, �eby m�j najlepszy kumpel zdech� na tej cholernej g�rze.
Je�li naprawd� jeste� moim przyjacielem, musisz tak post�pi�.
Zaopiekujesz si� moim synem.
Powiedz mu, jakim by�em zafajdanym bohaterem.
I, �e bardzo go kocha�em.
Prosz� ci�, wracaj.
Prosz�.
Jeste� ksi�ciem. Prawdziwym zwyci�zc�.
Pieprz� to!
Wiesz, za co ci� zawsze podziwia�em?
Za wol� przetrwania.
Zdoby�em wszystko, ale musia�em wszystko po�wi�ci�,
by to zdoby�.
To jest zwyci�stwo?
Kocham ci�.
Przepraszam.
Jak przyleci �mig�owiec, nie b�dziemy czeka�.
Mogli nie i��, niepotrzebnie ryzykowali.
Taylor.
Biedny sukinsyn.
Pozwolisz, �e po�ycz� lin�.
Przyrzeknij, �e wr�cisz.
Bardzo ci� kocham.
Pami�taj! �yciowa szansa
Szansa na samob�jstwo.
Jeste� �mieszna.
Wszystko przez te cholerne ksi��ki. "Okrutna G�ra", "G�ra Zab�jca".
Po�owa ludzi nie wraca z K-2.
To za du�o kosztuje.
Co?
Mi�o��. Przeceniamy j�.
To ja! Taylor! Harold.
Cze��, twardzielu! Mam prezent od Dallasa.
- Czujesz co�? - Co?
Co czujesz?
Ciep�o.
To dobrze. Rozgrzej si�.
Nie �pij, musisz by� przytomny.
Patrz na mnie.
- Taylor? - To ja, stary.
Zabior� nas z tej pieprzonej g�ry.
Taylor...
No dalej!
Grzeczny ch�opiec.
Mi�o�� za du�o kosztuje.
Opowiesz mi o tym.
Jeszcze troch�!
Ostro�nie!
Wszystko dobrze?
Tak.
Jeste� got�w do drogi?
Jasne.
Taylor! Zimno mi.
- Mnie te�. - Nic nie czuj�.
Nie szkodzi. To dobry znak.
Uwaga, ruszamy!
Trawersujemy szczelin�. Nie b�dzie stromo.
Chcesz prowadzi�?
Chod�, damy rad�!
- �mig�owiec ju� leci. - Zaczekamy jeszcze dwie godziny.
Dwie, rozumiesz?
Powoli.
S�yszysz mnie?
Ej, twardzielu!
�yknij troch� tlenu.
Oddychaj!
Grzeczny ch�opiec.
Zastrzyk z adrenaliny?
Te� bym si� naszprycowa�.
Ju� niedaleko.
Nie wiem dok�adnie, gdzie jeste�my, ale to ju� blisko.
�wietnie wygl�dasz.
- Ile masz paliwa? - Wystarczy.
Wsiadaj!
Pyta�em go, czy mo�emy ich poszuka�.
Nie mamy ��czno�ci.
Ten �mig�owiec nie lata powy�ej pi�ciu tysi�cy metr�w.
- Zr�bmy cho� jedn� rund�. - Chcesz, �eby umar�?
- Nie, ale oni mog� jeszcze �y�. - Nie dotrzemy do nich.
Trzeba spr�bowa�, Harold uratowa� mi �ycie.
Gdyby byli w pobli�u, widzieliby�my ich.
Gdyby �yli.
To �wietny pilot, zgodzi� si� polecie�.
Zdobyli t� g�r� dla pana. Nie mo�e pan ich zostawi�.
Malik. Przejrzyj na oczy, oni zgin�li.
Nie!
S�yszysz?
Uda�o si�! Wracamy do domu!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.