Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Danish
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Icelandic
Igbo
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
NETFLIX PRZEDSTAWIA
- Spóźniłeś się. - Alarm nie zadzwonił.
Ostatnie ostrzeżenie. Katie!
Chcesz być kelnerem? Nie spóźniaj się, słyszysz?
Proszę.
Śpiąca Królewno.
Przepraszam.
Nie ma za co.
Ciężki dzień?
Tak.
Co tam studiujesz?
Takie tam.
Współczesną teorię socjologiczną i empiryczną analizę korporacyjną.
Brzmi fajnie.
Jeśli chodzi o empiryczną analizę korporacyjną,
to żarty piszą się same.
Myślisz?
Podać coś jeszcze?
Adam.
Kochanie.
- Nie. - Muszę wracać.
- Nie. - Tak.
- Nie. - Chodź.
- Nie! - Dwight będzie mnie szukał.
- Mam dość tych nocek. - Ja też.
Ale mają tylko to.
Musimy wytrzymać, póki nie skończysz szkoły.
Nie tak to sobie wyobrażałem.
Na razie sobie radzimy.
Musimy wytrwać.
Jak skończysz szkołę i znajdziesz dobrą pracę,
zrobię doktorat.
A ja będę cię wspierał tak, jak na to zasługujesz.
Ja myślę.
Ja to mam szczęście.
Kocham cię.
Ja ciebie też.
Chodźmy, bo Dwight się wścieknie.
- No dobra. - Wyłaź.
Już.
Chodź.
- Gdzie reszta? - To wszystko.
- Dostałeś całą forsę. - Dawaj!
Stul pysk!
Zamknąć się, bo zabiję!
- Bez sztuczek! - To wszystko!
Wpakuję ci kulkę, dziadku!
- Nie strzelaj. - Teraz ona!
- Nie chcemy kłopotów. - Mam to zrobić?
Wszystkich was wystrzelam!
I to zaraz!
- Dość już ofiar. - No to dawaj forsę!
Nie krzywdź innych, bierz forsę.
- Stul pysk! - Zabrałeś już wszystko.
Zamknij ryj!
Mam was dość!
- Was obojga! - Błagam!
- Módl się, dziadku! - Daj mu forsę!
Wystrzelam was! Nie zadzieraj ze mną!
W sobotnią noc bohaterski klient restauracji Smile Diner w Chicago
powstrzymał uzbrojonego napastnika. Dobry Samarytanin nie ucierpiał,
jednak śmierć na miejscu poniósł kelner, Charles Sturley.
Raymondowi Gaskinowi postawiono zarzuty. Sprawca przebywa w szpitalu,
lecząc się z ran odniesionych w walce.
Restauracja jest obecnie zamknięta.
Inne wieści: skradzione diamenty...
CZTERY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Hej, Leonard!
Brak nowych wiadomości.
Dziękuję, Katie.
Mój ojciec posadził to drzewo w dniu moich narodzin,
osiemdziesiąt osiem lat temu.
Piękne.
Kiedy byłem mały,
wszyscy mówili, że moja mama miała rękę do roślin.
Nasz ogród wzbudzał podziw.
A teraz?
Zatrudniłem kiedyś ogrodnika.
Parę lat temu.
To był miły chłopak.
Chyba miał na imię Ethan.
Co się z nim stało?
Nie wiem.
Pracował kilka tygodni i przestał przychodzić.
Zniknął na zawsze.
Co ja plotę?
- Gadam jak głupi staruch. - Nie!
A dziś jest nasza rocznica.
- Co? - Tak. Cztery miesiące temu
agencja przysłała mi ciebie,
moją nową opiekunkę, towarzyszkę i przyjaciółkę.
Właśnie.
Proszę.
Czas wziąć leki.
Za kilka tygodni przeprowadzą ostatnie rozmowy.
Kilka tygodni?
To duża firma. Nie przyjmują nikogo z marszu.
W tej branży tak to już jest.
- Nie mogę ich poganiać. - Wiem, tylko...
Trochę się stresuję.
Znowu dzwonili w sprawie kredytu studenckiego.
Jacy wytrwali.
Przestałeś chodzić na zajęcia, więc musimy spłacać kredyty.
Inaczej przekażą sprawę windykatorowi.
- Wiem, zadzwonię jutro. - Świetnie. Możesz też
odroczyć spłatę karty kredytowej.
I kolejną składkę na ubezpieczenie.
Dobra, łapię. Coś wymyślę.
Nie martw się.
Zacznę zmywać.
- Katie. - Nie każ mi się nie martwić.
Przepraszam.
Wpadliśmy po uszy.
- Musimy szybko zarobić. - Znajdę coś.
Mówisz to od miesięcy.
Stawka minimalna nas nie urządza.
Dlatego rzuciłem szkołę, żeby znaleźć coś lepiej płatnego.
Możemy zacząć spłacać długi. Potrzebuję więcej czasu.
Nie mamy czasu.
- Pomogę ci. - Nie musisz.
Poradzę sobie!
Posprzątam.
Czemu nigdy mnie nie słuchasz?
Czemu tam poszedłeś?
Błagałam cię.
On mógł cię zabić.
Mogłam cię stracić. Wyobrażasz to sobie?
Już nigdy bym cię nie objęła, nie usłyszała twojego głosu.
Wciąż mnie to dręczy.
Minęły cztery miesiące.
Nie.
Wybacz, nie.
Dokąd idziesz?
Na zewnątrz.
Kto tam?
Leonard.
To ty.
Katie.
- Co tu robisz? - Myślałam, że śpisz.
Musiałam gdzieś pomyśleć.
Co robisz?
Znowu kogoś słyszałem.
- Znowu? - Słyszę kogoś, ale nikogo nie złapałem.
Nikogo tu nie ma.
Daj mi to.
Wszystko w porządku?
Czemu nigdy nie wspomniałaś o waszych kłopotach?
To nie twój problem.
- Ile potrzebujesz? - Leonard, nie.
Jesteśmy przyjaciółmi, tak?
Tak.
Więc daj sobie pomóc.
- Mam trochę oszczędności. - Nie ma mowy.
Jesteście młodym małżeństwem.
Życie jest dość skomplikowane. Nie powinniście martwić się o pieniądze.
Tak to już jest.
Ale miłość...
Może założycie kiedyś rodzinę, zestarzejecie się razem.
To cudowne.
Sam pragnąłem tego w młodości.
Byłoby miło, gdybym mógł chociaż trochę
komuś pomóc.
Może tobie i twojemu wybrankowi?
Mąż szuka pracy.
Powiem Leonardowi, że jesteś.
Będzie dobrze.
Pogadaj z nim.
Lorazepam, pół miligrama.
Tak.
Mogę odebrać po piątej.
Dziękuję.
- Dzień dobry. - Witam.
Przepraszam, że przeszkadzam. Mickey Hayden.
- Agent nieruchomości? - Wiem, jak to zabrzmi,
ale mam nowego klienta, którego przyciągnęła tu praca.
Ma dużą rodzinę, dwa psy, wszystko.
To urocze. W każdym razie szuka odpowiedniego domu.
Wczoraj jeździł po okolicy,
zauważył ten wspaniały dom...
Nie jest na sprzedaż.
Właścicielka?
Nie, ale tylko straci pan czas.
Właściciel mieszka tu od zawsze. Nigdzie się nie wybiera.
Mojemu klientowi naprawdę zależy.
Nie wiem, co powiedzieć.
Przykro mi.
Ale powodzenia.
Chwileczkę.
Czy wyświadczy mi pani przysługę?
Katie.
Gdyby jakimś cudem właściciel zmienił zdanie,
to niech zadzwoni.
To się nie stanie, ale jasne.
Doceniam to, dziękuję.
Miłego dnia.
Wzajemnie.
- Chcą złożyć ofertę? - Chyba tak.
Chyba nie widzieli ogrodu.
Będzie wyglądał lepiej, gdy się nim zajmiesz.
Ten dom musi być wart fortunę.
Miło, co?
Leonard?
Tu jesteś. Przyniosłam śniadanie.
- Dziękuję. - Drobiazg.
Moi rodzice puszczali tę płytę.
Piękna.
Usiądź przy mnie.
Jasne.
- Zamknąłeś tylne drzwi? - Tak.
Kiedy mnie oprowadzisz? Chciałbym zobaczyć resztę.
W swoim czasie.
A co z tym buickiem?
Chyba stoi tam od dawna.
- Leonard już nim nie jeździ? - Nie, odkąd go znam.
Pewnie nie robił tego od lat.
Czytałem w sieci
o studiach medycznych z kierunkiem chirurgii dziecięcej.
Wyślę ci link.
Kocham cię.
Ja ciebie też.
- Pan Calvern. - Jak się masz?
Dobrze. Nie spodziewaliśmy się pana.
Nie przeszkadzam?
Nie, proszę wejść.
Przyszedł pan Calvern z agencji.
Dzień dobry, panie Wellsley.
Panie Calvern, miło, że pan wpadł. Przyszedł pan nas sprawdzić?
Ależ skąd. Akurat byłem w okolicy
i pomyślałem, że wpadnę.
Zależało mi na rozmowie.
Jasne. Przygotuję obiad. W razie czego wołaj.
Dziękuję, Katie.
- Zapraszam. - Dziękuję.
To mój ulubiony pokój.
Co na obiad?
- Przeraża cię ten stary dom? - Nie możesz tu być.
Facet z agencji przyszedł na inspekcję.
Świetnie ci idzie.
A co, jeśli się dowie, że pracuje tu mój mąż?
Pomyśli, że coś kombinujemy?
Przestań.
Jeść mi się chce!
- Jak się pan miewa? - Kocham cię.
Wszyscy zadają to pytanie
ludziom w moim wieku.
Pan Wellsley jest w dobrym nastroju. Zbliżyliście się.
To interesujący człowiek. Lubię z nim rozmawiać.
Zatrudniłaś ogrodnika?
Na pół etatu. To był pomysł Leonarda.
Rozumiem. Do zobaczenia.
Przyznam, że nie przepadam za panem Calvernem.
- Dlaczego? - Wciąż mnie o coś wypytuje.
Jakby chciał mnie zmusić, żebym cię skrytykował.
Sprawdza, czy się tobą opiekuję. To wszystko.
Nie martw się. Mówiłem, że bez ciebie nie dam rady.
A skoro o tym mowa...
Dziękuję.
Patrz.
Dostałaś podwyżkę?
O nie.
Co?
Powiedziałam coś Leonardowi.
O nas.
To znaczy?
Że jesteśmy spłukani.
Chryste, Katie.
- To nasza sprawa. - Byłam wkurzona.
Byłeś wredny, musiałam się komuś wygadać.
- Kiedy byłem wredny? - Nieważne.
Leonard chciał pomóc i zaoferował nam pieniądze.
Zgodziłaś się?
Nie, poprosiłam, żeby dał ci pracę.
Może ten czek jest dla nas obojga. Jakby miał dodatkowe zero.
To za dużo.
Co robisz?
Dzwonię do niego. Musi wypisać nam kolejny czek.
Zanim wrócimy do Leonarda po nowy czek,
zamkną nam bank.
Jeśli nie opłacimy dziś rachunków, zrobią nam nalot.
Nie odbiera.
Posłuchaj.
Zrealizujmy czek.
- Nie możemy wziąć tej forsy. - Tylko do jutra.
Opłacimy rachunki, a rano
zwrócimy Leonardowi resztę.
To tylko jedna noc.
Jak to jest z tym Leonardem?
Czemu mieszka sam w tak dużym domu?
Jego rodzice zmarli
jakieś 30 lat temu.
To jedynak i kawaler.
Nie ma rodziny?
Nie.
Taka samotność musi być straszna.
To dobry facet.
Kocham cię.
Leonard?
Przykro mi.
Co robił na strychu?
Lubił tu przychodzić.
Słuchał starych płyt.
Co mógł trzymać pod kluczem?
Nie powinniśmy.
Tylko zajrzę.
Zobacz.
Kto to?
Nie wiem.
Ile listów.
MIESZKANKA CHICAGO OFIARĄ WYPADKU
Mówiłaś, że był kawalerem?
To nie w porządku.
Dobra.
Chodźmy.
Wezwijmy policję.
A niech mnie.
Co?
Kupa forsy.
Jak długo mieszkał tu sam?
Pewnie trochę zdziwaczał.
Odkładał po trochu, aż w końcu...
Nie miał żadnej rodziny.
Forsa wyląduje w policyjnym sejfie.
Później zgarnie ją rząd.
Pozwolimy, żeby pochłonął ją system?
Mogłaby przynieść wiele dobrego.
Sama mówiłaś, że mu na tobie zależało. Chciał ci pomóc.
To prawda.
Sama widzisz.
Pomoże ci w ten sposób.
Nam obojgu.
Musimy być ostrożni.
Jasne.
Obiecaj.
Obiecuję.
KORONER
Jak długo pracowała pani dla pana Wellsleya?
Jakieś cztery i pół miesiąca.
Mieszkała pani z nim?
Leonard zostawał sam na noc, na własną prośbę.
Radził sobie sam.
- Kiedy ostatnio go pani widziała? - Wczoraj po południu.
Wyjechaliśmy wcześniej, do banku, około...
Około 16,30.
Pan też tu pracował, panie Kettner?
Przez kilka tygodni. Porządkowałem ogród.
Jesteśmy małżeństwem.
Domyśliłam się.
W jakiej formie był pan Wellsley? Miał jakieś problemy zdrowotne?
Nie, czuł się dobrze.
Miał 88 lat, więc brał sporo leków, ale...
I tak by nie narzekał.
Nie był taki.
Potrzebuję danych jego najbliższych krewnych.
Leonard nie miał rodziny.
Nie?
Moje kondolencje.
W razie pytań...
proszę dzwonić.
Leonard chciał zostać skremowany.
Prochy miały być rozsypane w ogrodzie.
Odezwę się.
Dziękuję.
A ty dokąd?
Idę do pana Calverna. Musi mnie wpisać na listę.
Jaką listę?
Oczekujących, w agencji.
Po co?
To chyba normalne.
Nie mam już pracy.
Jeśli tamci nie zadzwonią,
ty też zacznij się rozglądać.
Dobra.
Na razie.
Tak mi przykro, Katie. Byliście sobie bardzo bliscy.
To musiał być dla ciebie szok.
Jeśli mogę coś zrobić...
Chciałabym jak najszybciej dostać nową pracę.
Porozmawiajmy w moim biurze.
OFERTY PRACY
NIEZNANY
Halo?
Przy telefonie.
Tak.
Tak, nasza rozmowa była...
Ach tak?
Rozumiem.
Dziękuję za telefon.
Wzajemnie.
Myślałem, że o tym wiesz. Nie możesz wrócić do pracy,
póki nie zakończy się śledztwo.
Śledztwo?
Gdy klient umiera pod opieką pracownika,
współpracujemy z władzami, by mieć pewność, że...
Jak zareagowałby potencjalny klient,
gdyby istniał choć cień...
Myślisz, że miałam coś wspólnego ze śmiercią Leonarda?
Boże, oczywiście, że nie.
Przykro mi, taka jest polityka firmy.
Nie mogę nic zrobić, póki policja nie zamknie śledztwa.
Ile to potrwa?
Nie mam pojęcia.
Halo?
Odbiło ci?
Nie wolno ci tu przychodzić, nic tu po nas.
Przepraszam. Krwawię. Czego ode mnie chcesz?
Mieliśmy być ostrożni.
Prosiłam cię, a ty się zgodziłeś.
- Obiecałeś. - Dobrze!
Przepraszam.
Ale gdyby mnie tu nie było, pieniądze by przepadły.
Kto miałby o nich wiedzieć?
- Leonard je ukrył. - Więc co tu robił intruz?
Nie widziałeś go?
Zakradł się od tyłu.
Nie wiedział, że tu jesteś.
Inaczej by tu nie wszedł.
Zszedłem, bo usłyszałem hałas.
Tylne drzwi były otwarte.
Nie wystraszyło cię to?
Czemu nie uciekłeś?
Nie zdążyłem.
Ocknąłem się, dopiero gdy zadzwonił telefon.
Jak mogłeś? To nie powinno się zdarzyć.
Nie powinno cię tu być.
- Nie o to chodzi! - To o co?
- O prawie sto kafli. - Wciąż próbujesz usprawiedliwiać...
Przeliczyłeś?
Doliczyłem do 92 tysięcy, a było więcej.
Powiedziała, że jej przykro,
ale komisja rekrutacyjna postanowiła pójść w innym kierunku.
Cokolwiek to znaczy.
Nie mam pojęcia.
Banda dupków.
Mam dość klepania biedy.
Kto to był?
Kto tu wszedł?
Może ktoś, kto pracował przy domu?
- Jeszcze przed tobą. - Leonard wspominał o ogrodniku,
ale to było kilka lat temu.
Ten ktoś nie trafił tu przypadkiem.
Musiał wiedzieć o śmierci Leonarda.
I o tym, że dom stoi pusty.
Ale może masz rację. Może intruz nie wiedział o forsie.
Może chciał tu tylko zajrzeć?
Wynieść, co się da.
A jeśli wróci?
Tędy.
Proszę.
Czekam na dzwonek.
Dziękujemy.
Kochanie.
Stawiam kolację.
Dobra.
Dzień dobry.
Robię ci kawę.
Pani Franklin, tu detektyw Chesler. Rozmawiałyśmy w domu pana Wellsleya.
Mogłaby pani do mnie zadzwonić?
Ma pani mój numer.
Wybaczcie spóźnienie. Dzięki, że jesteście.
Coś nie tak, pani detektyw?
Porozmawiajmy w środku.
Czy pan Wellsley wspominał o testamencie?
Nie.
- Naprawdę nie miał rodziny? - Był całkiem sam.
W takich sytuacjach...
Bogaty, samotny staruszek bez spadkobierców...
Musimy wszystko sprawdzić.
Przepraszam.
O co tu biega?
Powiedzieliście, że pan Wellsley chciał zostać skremowany.
Pewnie chcecie spełnić jego prośbę?
Tak.
Chcemy.
Nie mamy rodziny ani testamentu,
więc nasuwa się pytanie, kto poniesie koszty.
Zajmiemy się Leonardem.
Dobrze. Mam tu dokumenty.
- Co to? - Jego ulubiona herbata.
Dzięki.
Za Leonarda.
Powinniśmy odnieść pieniądze.
To nie w porządku.
Skupmy się na tej chwili.
Dla Leonarda.
Powiedzmy coś.
„I będzie jako drzewo
wsadzone nad ściekaniem wód,
które swój owoc da czasu swego.
Wszystko, co czynić będzie, poszczęści się”.
Przepraszam, kim pani jest?
Przepraszam, pani Franklin. Nazywam się Julia Byron-Kim.
Jestem adwokatem pana Wellsleya.
Pani Byron-Kim,
Leonard nigdy nie wspominał o adwokacie.
Mówcie mi Julia. Nie dziwię się.
Jak to?
Pan Wellsley zadzwonił do mnie kilka tygodni temu, bez uprzedzenia.
Chciał spisać testament.
Zaprosił mnie do domu.
- Nie widziałam cię tu. - Na jego wyraźną prośbę.
Miałam przychodzić wieczorami.
Dlaczego?
Wszystko zapisał tobie.
TESTAMENT LEONARDA WELLSLEYA
- O Boże! - Gratulacje.
O mój Boże!
Nie wiem, co powiedzieć.
„Dziękuję, Leonardzie!”
W porządku, co dalej?
Przeczytajcie dokładnie testament.
Najlepiej niech zerknie na niego prawnik.
Nie mamy prawnika.
Pan Wellsley opłacił moje honorarium z góry.
Poprosił, żebym wam pomogła.
W czym? Nie możemy się wprowadzić?
Możecie, ale pamiętajcie, że zatwierdzenie testamentu
potrwa jakieś trzy miesiące.
W razie niespodzianek
ktoś musi zadbać o wasze interesy.
Zrozumiem, jeśli sami wybierzecie prawnika.
Mówiłaś, że Leonard zadzwonił bez zapowiedzi.
Nie znałaś go wcześniej?
Nie.
Więc czemu wybrał ciebie?
Znalazł mnie w sieci. Spodobało mu się moje nazwisko.
Byron był jego ulubionym poetą.
Pani Byron-Kim...
Przepraszam. Julio.
Nie znam się na tym.
Nie wiem, jak to oficjalnie załatwić.
Przyda mi się twoja pomoc.
Czekają cię wielkie zmiany.
Obyś była gotowa.
Mam nadzieję.
A co z Adamem?
Co z nim?
Musi zrozumieć,
że to ty podejmujesz decyzje w sprawie domu.
Zawsze decydowaliśmy razem.
Tak powinno być.
Nigdy nie wiadomo, jak to może kogoś zmienić.
Poradzimy sobie.
Dobrze.
Wszystkim się zajmę.
- Gratulacje. - Dzięki.
Wyjedźmy gdzieś na miesiąc. Tylko pierwsza klasa.
Dokończysz studia i znajdziesz świetną pracę.
- Pozbędziemy się tego rzęcha. - Spłacimy długi.
Karty kredytowe, pożyczki... Do zera.
Chodźmy wybrać sobie po nowym aucie.
- Przestań, mówię poważnie. - Ja też.
- Nie możemy. - Dlaczego? Mamy pieniądze.
Nie możemy wejść do salonu z torbą gotówki.
- Ludzie będą zadawać pytania. - Masz rację.
Szukałam informacji w sieci.
Na jaki temat?
Istnieją sposoby. Forsę trzeba rozdysponować.
Różne banki, różne konta...
Co ty pleciesz?
Jeśli zrobimy to dobrze, nikt się nie dowie.
Zaoszczędzimy na podatkach.
Musimy być ostrożni.
Jesteśmy.
Pora nacieszyć się tymi pieniędzmi.
Zasłużyłaś na to.
I ja też.
Zgoda, ale poczekajmy, aż wszystko się uspokoi.
Nie ma się co spieszyć.
Zaczekajmy jeszcze trochę.
Bez pośpiechu.
Może firma przeprowadzkowa będzie miała wolne terminy.
Co? Nie potrzebujemy tych gratów.
Co? To nasze rzeczy. Mamy je od ślubu.
Zabierzemy obrazy i książki.
Reszta to szmelc.
To co z tym zrobimy?
Zostawimy frajerom, którzy tu zamieszkają.
Jezu, Adam.
Halo?
To było pięć miesięcy temu, już złożyłem zeznania.
Kto do pana dzwonił?
Nie pamiętam nazwiska. Miałem się tu zgłosić.
Nic tu nie mam.
Panie Kettner, wszystko w porządku?
Pan mówi, że ktoś go tu wezwał.
W jakiej sprawie?
Pięć miesięcy temu ktoś napadł na restaurację Smile Diner.
Był pan tam?
Tak.
I nie ucierpiał pan?
Zatrzymałem sprawcę.
Naprawdę?
To był odruch. Moja żona miała nocną zmianę.
Pani Franklin też tam była?
Przecież zamknęliście już sprawcę.
Na co wam kolejne zeznanie?
Na nic.
Jak to?
Tamten facet, Ray Gaskin...
Nie żyje.
Ktoś niedawno dźgnął go w celi.
To kto do mnie dzwonił?
Sama się zastanawiam.
Przepraszam.
Witaj, Katie. Pamiętasz mnie?
Tak, co pan tu robi?
Upierdliwy ze mnie gość, co? Ale klient nie daje mi spokoju.
Zakochał się w tym domu. Myślę, że chce złożyć ofertę.
Już mówiłam.
Dom nie jest na sprzedaż.
Może mógłbym pogadać z właścicielem?
Muszę chociaż spróbować.
Mam masę roboty, a panu nie wolno tu tak wpadać.
Proszę już sobie iść.
Wiesz co?
To dla mnie nie pierwszyzna.
Pierwsza zasada handlu nieruchomościami?
Jeśli szukasz nowych okazji,
czytaj nekrologi.
Tak, wiem wszystko o nieodżałowanym panu Wellsleyu.
Jaka szkoda.
Dom nie jest na sprzedaż.
Mam na niego chrapkę od kilku lat.
Staruszek...
kopnął w kalendarz,
a ty wpadasz tu na jego miejsce?
Myślisz, że przyjmę to z uśmiechem?
To teraz mój dom.
Co, do cholery?
Leonard mi go zostawił.
Mam jego testament.
Za pięć kafli
mógłbym załatwić akt własności na moją ciotkę Myrtle.
Mam adwokata.
Oczywiście.
Jeśli masz więcej pytań, porozmawiaj z nią.
Póki co, wynoś się stąd, zanim wezwę policję.
W porządku. Do zobaczenia, Katie.
Chciał cię tylko wkurzyć.
Nie wydaje mi się.
Oskarżył mnie o sfałszowanie testamentu.
Uwierz,
facetowi zależy tylko na jego prowizji.
Porozmawiam z Julią.
Z tą prawniczką?
Po co?
Na wypadek gdyby Hayden próbował narobić kłopotów.
Niby jakich?
Sama nie wiem, ale Julia ostrzegała nas przed niespodziankami.
Facet po prostu się wnerwił. Nie myśl o nim.
No weź.
To nasza pierwsza noc w nowym domu. Trzeba ją uczcić.
Jakieś pomysły?
Coś wymyślę.
- Najpierw wezmę prysznic. - Co?
Od rana sprzątałam. Zaraz wracam.
Co to jest?
Stary przestał działać.
Wygląda na drogi.
To podróbka.
Kupiłem go w mieście.
Nabrałabym się.
Potrzebujesz towarzystwa?
Zaraz przyjdę.
Pani detektyw!
- Chyba przeszkadzam. - Nie, zapraszam.
Wyjeżdżacie?
Przeprowadzamy się do domu Leonarda.
Pana Wellsleya?
Sama jeszcze oswajam się z tą myślą.
Leonard zostawił mi go w spadku.
No proszę. To piękny dom.
To prawda.
- Gratulacje. - Dziękuję.
Jak na to mówią?
Gratka.
To niecodzienne.
Racja.
Nie wspomnieliście o tym.
Słucham?
O testamencie, podczas składania zeznań.
Pytałam o rodzinę i testament.
Dowiedzieliśmy się po pogrzebie, od prawniczki Leonarda.
To musiał być spory szok.
Owszem.
Chciałabym zobaczyć twoją minę.
Pracowałaś dla niego...
przez cztery miesiące, tak?
Co pani tu robi?
Szukam twojego męża.
Wyszedł.
Więc może ty mi pomożesz.
Zastanawiałam się...
Gdy pracowałaś nocami w Smile Diner,
czy mąż zawsze cię odbierał?
Robił to już wcześniej, tak?
Tak.
Zgodnie z jakimś planem?
Robił to w ustalone dni?
Niezupełnie.
Dlaczego był tam właśnie wtedy?
Poprosiłam go, żeby mnie odebrał. Przyjechał wcześniej i się uczył.
Powinnaś grać na loterii.
Szczęściara z ciebie.
Czy to ma jakiś związek z tym,
że Adama wezwano na komisariat?
Nie powiedział ci?
Nikt go nie wzywał.
Byłam przy tym. Dzwonili do niego z policji.
Sprawdzałam po jego wyjściu.
Nikt nie dzwonił od nas na jego numer.
To nie ma sensu. Czemu ktoś miałby go tam
wysłać bez powodu?
Może był jakiś powód?
Tylko nie taki, jak myślisz.
Trzymaj się.
Dzięki, Julio. Pogadamy później.
Czego ona chciała?
To ja do niej zadzwoniłam.
Co jej powiedziałaś?
Nic.
Nie tak to wyglądało.
Gadałyście jak najlepsze kumpele.
Może gdybyś tu był...
Gdybyś odbierał telefon...
Umówiliśmy się.
Miałaś z nią nie rozmawiać.
Ty tak zdecydowałeś.
Ostatnio decydujesz o wielu rzeczach.
O czym ty mówisz?
Czemu nie powiedziałaś, że to nie policja cię wezwała?
Ktoś inny dopilnował, żebyś tam poszedł.
Skąd to wiesz?
Odwiedziła mnie detektyw Chesler.
Zadawała mnóstwo pytań
o ciebie
i tamtą noc w restauracji.
O co tu chodzi?
Skąd mam wiedzieć?
Kto dzwonił?
- Kto cię wysłał na komisariat? - Nie wiem!
Chciałem ci o tym powiedzieć,
ale działo się mnóstwo innych rzeczy.
Niby jakich?
Chyba ktoś mnie śledzi.
Co?
Czułem to już wcześniej.
Jeździłem dzisiaj w kółko.
Wciąż widziałem ten sam wóz.
Byłeś w banku?
- Mieliśmy tam nie jeździć. - Tylko bez kitu.
Odpowiedz. Byłeś dziś w banku?
Wypłaciłeś pieniądze?
Zauważyłem go.
Uznałem, że lepiej uważać, na wypadek gdyby...
...facet szukał forsy.
- Tego nie wiemy. - Więc czemu on cię obserwuje?
Może to tylko paranoja.
Może jednak nikt mnie nie śledzi.
Ktoś wysłał cię na komisariat.
Zostałam w domu sama.
Zjawił się Hayden, próbował mnie zastraszyć,
przepędzić nas stąd. O co tu chodzi? Co on robi?
Pewnie wie.
Ostrzegałam.
Chesler.
Cześć, Tom.
Tak?
Świetnie.
Świetnie. Zaczekaj.
Wystarczy pięć ostatnich miesięcy.
Szukamy czeków z konta Leonarda Wellsleya.
Tak, na jej nazwisko.
Kate... Franklin.
Sprawdzisz też męża?
Ma inne nazwisko.
Adam Kettner, przez „K”.
Oddzwoń jak najszybciej. Dzięki.
TEORIA SOCJOLOGICZNA I EMPIRYCZNA ANALIZA KORPORACYJNA
Czego szukasz?
Leonard tak po prostu gromadził forsę?
Ona musiała się skądś wziąć.
Czy to ważne?
Julia powiedziała,
że jeśli się okaże, że ukrywamy tu coś nielegalnego,
to możemy wszystko stracić.
No dobra.
Co sugerujesz? Mamy wszystko oddać?
Nie wiem.
Może.
- Komu? - Nie wiem!
Od początku mam wątpliwości.
Nie wrócę do tamtego życia.
Możemy nie mieć wyjścia.
Zawsze jest jakieś wyjście.
Nie miałem pojęcia, że pan Wellsley zostawił Katie dom.
To lekka...
przesada.
Prawda?
Co pan sądzi o jej mężu?
Nigdy go nie poznałem.
Więc to nie pan go zatrudnił?
Na stanowisko ogrodnika.
Nie, wspólna praca członków rodziny jest niezgodna z zasadami.
Nasi pacjenci są chorzy i w podeszłym wieku.
Taki układ byłby potencjalnym ryzykiem.
Czy pani Franklin łamała wcześniej zasady?
Nie, nigdy.
Wiedziała, jak ważna jest jej praca, a zwłaszcza
- w tym przypadku. - To znaczy?
Pan Wellsley był słabego zdrowia, choć na to nie wyglądał.
Katie prowadziła zeszyt,
w którym spisywała przyjmowane przez niego leki.
Czy posiada pan ich wykaz?
Takich informacji udzieli pani tylko jego lekarz.
Poda mi pan szczegóły umowy pani Franklin? Ile zarabiała?
Wszystko pani dostarczę.
Świetnie, dziękuję. Jeszcze jedno.
Mam pytanie.
Czy Katie wspominała o podwyżce?
Dobry Boże.
Zdeponowała ten czek tuż przed śmiercią Wellsleya.
Od samego początku skubała tego biednego staruszka?
Dobre pytanie.
Cholera!
Ethan?
Niezrealizowane.
Wszystko w porządku?
Chyba wiem, kto to jest.
Co?
Leonard mówił, że zatrudnił ogrodnika.
Chyba ci o tym mówiłam.
Niejakiego Ethana, kilka lat temu.
Więc ciało leży tam już długo.
Znalazłam czeki wystawione na Ethana Doyle’a.
Niezrealizowane.
Leonard mówił, że Ethan przestał przychodzić.
Że więcej się nie zjawił.
Ktoś go zastrzelił.
Sprawdziłeś?
Musiał się tam wykrwawić.
Został zamordowany?
Chyba tak.
Ale...
Leonard nie mógł o tym wiedzieć.
Pomógłby mu.
Dlaczego Doyle ukrył się w szopie? Czemu nie przyszedł do domu?
Może to ma jakiś związek.
Zgadnij.
- Prawdziwe? - Inaczej by ich nie ukrył.
Cholera!
Daj mi je!
Przepraszam.
Nie otwieraj.
Muszę, moje auto jest przed domem.
- Muszę... - Ja pozbieram.
Katie, otwieraj! Słyszysz?
Otwieraj!
To nie jest dobry moment.
Jasne, mościsz się właśnie w nowym gniazdku.
Jak ci nie wstyd?
Wykorzystywałaś tego biedaka.
Wiedziałem, że coś jest nie tak.
Tak się ciebie bał, że nawet nie pisnął.
Co? Nie!
Nie splamisz mojej firmy.
Znajdę dowód!
Wezwę policję.
- Aresztują cię. - To nie jest dobry moment.
To nie koniec, Katie!
Wrócę tu!
Dowiem się, co się dzieje w tym domu.
Nie odpuszczę, słyszysz? Nie stracę przez ciebie firmy!
Powinna być pełna.
- Nie słyszałaś? - Wybacz, robiłam herbatę.
Chcesz?
Nie. Mam dla ciebie prezent.
Nowy telefon?
Tak, dla mnie i dla ciebie.
Z nowymi numerami. Przyda nam się trochę prywatności.
Nie możemy ich zatrzymać.
Tam jest trup. Został zamordowany.
Ukradł diamenty.
Kto wie, co jeszcze zrobił, kogo skrzywdził.
Takie sprawy nie idą w niepamięć.
- Policja na pewno go szuka. - Nie rozumiesz?
Doyle ukradł diamenty,
został postrzelony, a potem zmarł, zupełnie sam.
Jakby wpadł do studni.
Minęły dwa lata.
Słuch po nim i po diamentach zaginął. Możemy zrobić, co chcemy.
- Co robisz? - Dzwonię do detektyw Chesler.
- Musimy jej powiedzieć. - Nie!
Zaczekaj. Posłuchaj mnie przez chwilę.
Zastanów się. Co Doyle w ogóle tu robił?
Czemu przyjął gównianą robotę,
skoro planował kradzież cennych diamentów?
Nie wiem.
Zapuszczony ogród jakiegoś staruszka
to ostatnie miejsce, w którym by go szukali.
Pomyśl. Czemu nie zrealizował czeków?
Nie chciał zostawiać śladów.
Miał na oku coś większego.
Nikt nie wiedział, że tu jest, więc mógł się tu ukrywać,
jak długo zechciał.
Choć na pewno nie planował postrzału
- i śmierci w szopie. - To nie ma nic do rzeczy.
Nie zatrzymamy tych diamentów.
A co z pieniędzmi?
Co z nimi?
Jak to?
Jeśli powiemy o diamentach, policja nas prześwietli.
Jak to będzie wyglądać?
Ukryliśmy pieniądze w banku.
Co sobie pomyślą?
Wszystko wyjaśnimy.
Powiemy, że to były oszczędności Leonarda.
I co potem?
Słyszałaś prawniczkę. Nawet jeśli nam uwierzą
i nie trafimy do więzienia, to wciąż mogą nam odebrać dom.
Nie potrzebujemy go.
Domu i całej reszty.
Póki mamy siebie nawzajem,
będzie okej.
Okej?
Mam już tego dość.
To za mało.
Mówiłem, nie wrócę do dawnego życia.
A co zrobimy z tamtym człowiekiem?
Udamy, że nic się nie stało?
Zajmę się tym.
Niby jak?
Ten dom należy teraz do nas.
To nasza przyszłość.
Nie pozwolę, żeby ktoś nam ją odebrał.
Wszystko będzie dobrze.
Zajmę się tym.
Co robisz?
Ktoś jest w domu.
Skąd to masz?
- Nie. - Nie ruszaj się.
Musimy zadzwonić na policję.
Stój, dupku!
O mój Boże.
Calvern.
Jak się trzymasz, Katie?
Detektyw Chesler.
Gruba sprawa.
To był wypadek.
Na to wygląda.
Działaliście w obronie własnej, więc...
Choć wciąż się zastanawiam.
Co mu chodziło po głowie?
Dlaczego to zrobił?
Dlaczego wkradł się do domu?
Nie wiem.
Coś musiało go sprowokować.
Wiem, że to nie ty.
Co?
Nic się nie stało, póki Adam nie zaczął pracy.
Możesz mi powiedzieć, co się dzieje.
Wiem, że to nie twoja wina.
Nie wiem, o czym pani mówi.
Wiem o waszych kłopotach.
Jakie muszą budzić uczucia.
Wiem o pokaźnym czeku od pana Wellsleya.
Nic pani nie rozumie.
Nic nie mów, Katie.
Posłuchaj.
To mogła być...
pożyczka.
Albo prezent, kto wie?
Ale spójrz na to z mojej perspektywy.
Z dystansu.
Nagle tyle dobra spadło ci z nieba.
- Mówiłam... - Pomyśl.
Koroner potwierdził śmierć z przyczyn naturalnych.
Przekazałaś mi ostatnie życzenie zmarłego, a je na nie przystałam.
Ty natomiast znalazłaś testament dopiero po skremowaniu zwłok.
Nie znalazłam go, nawet o nim nie wiedziałam.
Nie mam nawet ciała.
Nie mogę udowodnić, że nie umarł naturalnie.
To zaczyna spędzać mi sen z powiek.
Nie skrzywdziłabym Leonarda.
Nie mówię o tobie.
Co?
Czy Adam wspominał kiedykolwiek o kimś o nazwisku Ray Gaskin?
Znam to nazwisko.
To on napadł na restaurację.
Był także dozorcą na uniwersytecie,
na którym studiował Adam.
To niemożliwe.
To duża szkoła. Może się nie znali.
Ale prędzej czy później...
Adam nawali.
To tylko kwestia czasu.
Nie pozwól, by pociągnął cię za sobą.
Zgłoś się do mnie.
Skarbie.
Chcą z tobą rozmawiać.
Gruba sprawa.
Już słyszałam, wszystko gra? Wydzwaniałam.
Zmieniłam numer.
Musimy porozmawiać.
Dobrze. Chodź na górę.
Wierzysz tej detektyw Chesler?
Czy Adam mógł mieć coś wspólnego z wydarzeniami w restauracji?
Nie wiem, w co wierzyć.
Czy Adam miał na pieńku z panem Wellsleyem?
- Jakieś problemy? - Nie.
Nic z tych rzeczy.
Jeśli policja połączy Adama ze śmiercią pana Wellsleya,
będą szukać motywu.
Spróbują dowieść, że Adam przyspieszył jego zgon.
Adam miał dość biedy.
Posłuchaj.
Chesler nie będzie traciła czasu.
Spróbuje zdobyć nakaz i przeszukać dom.
To możliwe?
Zastanów się lepiej, czy coś znajdzie.
Musisz mi coś obiecać.
Daj mi słowo,
że wybronisz też Adama.
Zniknęły.
Co?
Pieniądze.
Adam je zabrał.
Znaleźliście w domu gotówkę?
Prawie 100 tysięcy.
Na strychu.
Myśleliśmy, że były kradzione, ale...
Zmieniliście zdanie?
Przez diamenty.
Znaleźliście w domu diamenty?
W komórce nad warsztatem.
Czy Adam ma te diamenty?
Tak.
Musisz go powstrzymać.
Co? Dlaczego?
Wie, że coś podejrzewasz.
- Zniknie i zostawi cię glinom. - Nie zrobiłby tego.
Na pewno?
Znajdź go, sprowadź do domu i zadzwoń do mnie.
- A ty? - Powstrzymam detektyw Chesler.
Gdy zjawi się z nakazem, Adam musi być w domu.
- Detektyw Chesler. - Johnson.
Co tu mamy?
Śmieciarz znalazł rano ciało.
- Jak długo tu leżało? - Koroner już jedzie.
Ty dotarłaś pierwsza.
Cholera.
Czemu mnie wezwałeś?
Obok ofiary leżał plecak.
W środku był stary rachunek z pralni.
Dość wyblakły, ale...
adres pasuje do nazwiska z twojej sprawy.
A nazwisko?
Leonard Wellsley.
No już, odbieraj.
- Gdzie byłaś? - Adam!
Pół nocy gadałem z glinami.
Gdy wstałem, ciebie nie było.
Nie zostawiłaś listu i nie odbierałaś telefonu.
- Gdzie byłaś, Katie? - W banku.
O tym też musimy pogadać.
- Dlaczego zabrałeś forsę? - Bo mamy kłopoty.
Sprawdzałem tego agenta, Haydena.
Co on do nas ma?
Czemu tak bardzo chce sprzedać ten dom?
Zgadnij.
Nie ma agenta z licencją o takim nazwisku.
- Co? - Gość wyszedł z więzienia.
Siedział za napad na jubilera.
Jubilera?
W centrum. Nawet nie użył broni.
Zagadał personel i go wpuścili.
Zaskoczył gościa z ochrony,
rozwalił gablotę i zwinął towar.
W minutę zgarnął trzy miliony dolarów w diamentach. Dotąd się nie znalazły.
- Dlatego tu przyszedł. - To nie wszystko.
Gliny uważają, że miał wspólnika.
Ciekawe, kto nim był?
Ten drugi został postrzelony, ale zwiał.
Doyle uciekł z diamentami.
Tylko jedna osoba mogła o tym wiedzieć.
Strzelec.
Hayden.
Drań nie zmienił nawet nazwiska. Ma nas za idiotów?
Musimy wezwać policję.
Nie, musimy stąd pryskać.
Mamy sporo forsy na drogę.
Spakuj ją szybko, ja się ogarnę.
Nie zostawiłbyś mnie.
Co? Chyba żartujesz.
Przebierz się.
Cześć, Julio.
Tu Katie.
Tak, jest tutaj, ale to nie on.
Gdzie one są?
Nie wiem.
Zawołaj go.
Tutaj, skarbie.
Puść ją.
Chcę tylko diamenty.
Puść ją, mówię.
Długo na to czekałem.
Powiedz mi, gdzie są.
Tam, gdzie ich nie znajdziesz.
Zastrzelisz mnie, młody?
Zgadza się.
Gdy dam ci diamenty, zastrzelisz nas oboje.
Problem w tym,
że jeśli do mnie strzelisz,
to moja broń wypali i zrobi w niej wielką dziurę.
A tego byśmy nie chcieli, co?
Pogadajmy.
Sukinsyn.
Nie!
Skarbie...
Skarbie, proszę.
W ogrodzie.
Zostań przy mnie.
O mój Boże.
Wstań.
Tak mi przykro.
Usiądź.
Katie, posłuchaj.
Musimy znaleźć diamenty, zanim zjawi się policja.
Rozumiesz?
Tylko to pozwoli nam cię wybronić.
- Adam nie skrzywdziłby Leonarda. - Katie, diamenty.
Jak mogłam tak pomyśleć?
To był Hayden.
Hayden...
zabił go zbyt wysoką dawką leku.
Przejrzał zeszyt, który prowadziłam.
Znalazłam pustą fiolkę.
Skąd wiesz, że to Hayden?
Leonard ciągle mi mówił, że słyszał kogoś w domu, ale...
To był Hayden.
Szukał diamentów.
- Bezskutecznie. - Znalazłaś je?
Nie rozumiem.
Dlaczego Hayden zastrzelił Doyle’a?
Dlaczego stracił skradzione diamenty?
Bo wcale nie był tak bystry, jak twierdził.
Trzeba być durniem, żeby próbować wystawić partnera,
postrzelić go na oczach glin
i pozwolić mu uciec z trzema milionami w diamentach.
Trafiając tym samym na dwa lata do paki.
Nie podałam ci wartości diamentów.
- Co robisz? - Zasłużyłam sobie na to.
Przez dekadę byłam obrońcą z urzędu.
Przydzielono mi sprawę Haydena.
Był idiotą,
ale mu uwierzyłam.
Dogadaliśmy się, a on musiał wszystko zepsuć.
Załatwiłam mu ugodę, dwa lata. Dowiedziałam się, że Doyle tu pracował.
Nie wiedziałam tylko,
dokąd trafił później.
Okazuje się, że nie żyje.
Pomogłaś zabić Leonarda?
Z tym nie miałam nic wspólnego. To Hayden się zniecierpliwił.
Chciał przyspieszyć sprawę, a ja musiałam się nagimnastykować,
żeby go kryć.
Testament.
Nie jest prawdziwy?
Ujdzie za taki.
Nikt go nie podważy, więc co za różnica?
Leonard na pewno i tak zapisałby ci ten dom,
ale to nie ma znaczenia.
W tej chwili muszę się dowiedzieć, gdzie są diamenty.
Nie wiem.
Adam je ukrył.
Naprawdę nie wiem, gdzie są.
Ale i tak bym ci nie powiedziała.
Właśnie za to cię polubiłam.
Nie dbasz o pieniądze.
Diamenty się znajdą.
Takie rzeczy zawsze wypływają.
- Katie? - Pani detektyw!
Julia Byron-Kim.
Adwokat pani Franklin.
Pani Byron-Kim,
proszę się odsunąć i pokazać mi ręce.
Za chwilę wszystko wyjaśnię.
Pokaż ręce, już!
W porządku.
- Proszę posłuchać. - Uwaga!
Cofnij się.
Nic ci nie jest?
Jesteś cała?
Już dobrze.
Chodź. Spadamy stąd.
Tu detektyw Chesler.
Proszę o wsparcie i karetkę
na Queens 127.
CZTERY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
- Pani detektyw! - Przepraszam, pukałam.
Przepraszam.
Zamyśliłam się.
Młody cedr?
Ładne miejsce.
- Nasłonecznione. - Też tak uważam.
- Miło panią widzieć. - Ciebie też.
Pięknie wyglądasz.
Dziękuję.
Radzimy sobie.
Wpadłam ci powiedzieć, że sprawa została oficjalnie zamknięta.
Mickey Hayden i Julia Byron-Kim są jedynymi podejrzanymi.
Twoje dziecko nie dowie się kiedyś,
że jego ojciec był notowany.
Dziękuję.
Przeszukaliśmy posesję kilka razy,
gruntownie.
Nie mam już pomysłów.
Nie powiedział mi.
Naprawdę nie wiem, gdzie Adam ukrył diamenty.
Przykro mi, chciałabym wiedzieć.
Uważaj na siebie, Katie.
Wzajemnie.
Napisy: Aleksandra Basińska
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.