All language subtitles for [Polish] ПРЕСТУПЛЕНИЕ И НАКАЗАНИЕ - Серия 1 Экранизация [DownSub.com]

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Wytwórnia filmowa ASDS przedstawia

film Dmitrija Swietozarowa

ZBRODNIA I KARA według powieści Fiodora Dostojewskiego

Scenariusz: Michaił Smolanickij

Reżyseria: Dmitrij Swietozarow

Operator: Aleksandr Ustinow

Scenografia: Jurij Paszygoriew Michaił Suzdałow

Kompozytor: Andriej Sigle

Producenci: Andriej Sigle Dmitrij Swietozarow

W głównej roli: Władimir Koszewoj

W filmie występują:

Aleksandr Bałujew Jurij Kuzniecow

Andriej Panin Jelena Jakowlewa

Andriej Zibrow Siergiej Pieriegudow Swietłana Smirnowa

Siergiej Biechtieriew Katierina Wasiljewa Polina Fiłonienko

– No i co wąchasz?

Dobry kapuśniak!

Na jaki czyn mnie zbiera?

A jakich drobiazgów się obawiam?

Gospodyni…

Powinienem ją omijać, no bo co?

Zresztą…

A po co ja teraz idę?

Czyżbym był zdolny…

do tego?

Tak dla fantazji sam się bawię!

Gierki!

Nawet wiem, ile stopni stąd.

Dokładnie siedemset trzydzieści.

Ale…

Ciekawe, czego to ludzie boją się najbardziej.

Nowego kroku, nowego własnego słowa nade wszystko się obawiają…

Tak. Wszystko w rękach człowieka.

A on pozwala zdmuchnąć sobie wszystko sprzed nosa

jedynie z własnego tchórzostwa.

– Hej ty, kapeluszniku!

Niemiecki kapeluszniku!

Ja tak i myślałem!

Właśnie jakieś takie głupstwo,

jakiś najzwyklejszy drobiazg

cały zamiar może pokrzyżować!

Tak, ten kapelusz zanadto rzuca się w oczy…

Potrzebuję mieć kaszkiet, a nie to paskudztwo.

Gotowi o milę zauważyć, zapamiętać…

No i masz poszlakę.

– Ja do niego poszedłem, a on i tak nie oddaje.

Miejscowy stróż…

Nie widzi…

To dobrze.

Czyli stąd się wyprowadzają.

Zostaje tylko jedno mieszkanie.

Zajęte.

Co się ze mną dzieje?

Zupełnie osłabły mi nerwy!

– Dzień dobry, Alono Iwanowno.

Raskolnikow, student.

Byłem u pani przed miesiącem.

– O co chodzi?

– A, proszę…

Ja zastaw przyniosłem.

– Przecież już poprzedniego zastawu termin…

Jeszcze przedwczoraj upłynął miesiąc.

– Ja pani jeszcze procenty za miesiąc zapłacę.

Proszę o cierpliwość. – A to zależy od mojej dobrej woli, dobrodzieju,

czy mieć cierpliwość, czy tę twoją rzecz zaraz też sprzedać.

– Dużo pani da za zegarek, Alono Iwanowno?

– Przynosisz byle co, dobrodzieju.

To nie jest nic warte.

– Niech pani da ze cztery ruble.

To ojcowski, ja wykupię.

Wkrótce dostanę…

– Półtora rubla i procent z góry, jeżeli pan chce.

– Półtora rubla…

– Właśnie tak.

– Niech pani daje.

Komoda.

Musi być w górnej szufladzie.

Ale ma jeszcze jeden klucz w pęku.

Z trzy razy większy od reszty.

Oczywiście nie od komody…

Musi jeszcze być jakaś szkatułka…

czy skrzynka…

A zresztą…

jakie to podłe wszystko…

– Licząc po dziesiątce miesięcznie od rubla, za półtora rubla należy mi się piętnaście kopiejek,

a za dwa poprzednie ruble winny pan jest jeszcze dwadzieścia kopiejek.

Razem trzydzieści pięć.

Więc teraz dostanie pan za swój zegarek rubel i piętnaście kopiejek.

– Jak to?

Więc teraz tylko rubel piętnaście? – Właśnie tak.

Oto są.

– Ja do pani na dniach jeszcze przyjdę…

i przyniosę ładną rzecz… papierośnicę srebrną.

– To wtedy pomówimy o tym, dobrodzieju.

Idź pan już.

Ale czystota…

– Idź, idź.

Ani pyłku… Robota Lizawiety.

– A pani wciąż sama siedzi w domu?

A pani siostra gdzie?

– A co ci do niej będzie, dobrodzieju?

– Nic szczególnego.

Tak sobie zapytałem.

Do widzenia, Alono Iwanowno!

– Idź, idź, idź!

O Boże…

Jakie to wszystko obmierzłe!

Brudne, paskudne…

wstrętne… wstrętne!

[pijacka rozmowa]

– Cały rok pieściłem żonę…

cały rok pieściłem żonę…

– A czy mi wolno, łaskawy panie mój,

zwrócić się do niego z rozmową przyzwoitą?

Marmieładow.

Takie nazwisko.

Radca tytularny.

Ośmielę się zapytać:

czy pan służył?

– Nie, studiuję…

– Więc student. Lub były student.

Tak i wiedziałem, tak i myślałem.

Doświadczenie, szanowny panie…

Wielokrotne doświadczenie…

A pozwoli pan…

Ubóstwo, łaskawy panie…

nie jest występkiem.

Wiem, że i pijaństwo nie jest cnotą.

I tym gorzej.

Ale nędza, szanowny panie…

Nędza…

to występek.

Zdarzyło ci się, młodzieńcze…

zabiegać o pożyczkę beznadziejnie?

– Zdarzało się.

Ale jak to: beznadziejnie?

– To znaczy beznadziejnie całkowicie…

z góry wiedząc, że ten człowiek za żadne skarby pieniędzy nie da.

Bo i po cóż – pytam – miałby dać?

Przecie wie, że mu nie zwrócę.

Otóż z góry wiedząc, że nie da, pan mimo to wybiera się i…

– W jakimże celu?

– A jeżeli nie ma już do kogo?

Jeżeli nie ma już dokąd pójść?

Przecie koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek choć dokądkolwiek mógł pójść.

Gdy jedyna córka moja

raz z żółtą książeczką wyszła…

Bo córka moja na żółtej książeczce żyje.

To nic.

To nic, łaskawy panie, to nic!

Niech tam! Niech tam!

Oto człowiek!

Niechaj ja świnia…

– Jeszcze jak!

– Niech będę łajdakiem!

A Katarzyna Iwanowna…

żona moja, osoba wykształcona

i dobrze urodzona córka oficera sztabowego.

Jako wdowę już wziąłem ją z trojgiem dzieci, jedno mniejsze od drugiego.

Płacząc i łkając, załamując ręce…

wyszła za mnie!

Bo nie miała gdzie pójść.

– Podjaczeską [ulicą] się wybrałem,

dawną miłą swą spotkałem…

– A tymczasem podrosła i córka moja Sonia

z pierwszego małżeństwa.

Ile zaś wycierpiała ona od macochy swojej…

– o tym zamilczę.

Teraz zaś skieruję do pana, młody człowieku,

pytanie prywatne…

Czy dużo może, zdaniem pańskim,

uboga, lecz uczciwa panna

uczciwą pracą zarobić?

– Piętnastu kopiejek dziennie nie zarobi.

– Tak, piętnaście kopiejek…

i to urabiając sobie ręce!

A tu dzieciarnia głodna…

I oto widzę…

o jakiejś szóstej godzinie:

Sonieczka wstała,

włożyła pelerynkę

i wyszła z mieszkania.

A przed dziewiątą z powrotem przyszła.

Przyszła wprost do Katarzyny Iwanowny

i na stół przed nią trzydzieści rubelków wyłożyła.

Ani słóweczka przy tym nie pisnęła,

tylko nakryła głowę naszą dużą, dradedamową, zieloną chustą,

położyła się na łóżku, twarzą do ściany.

Tak…

A ja… ja tak…

leżałem…

pijaniuteńki.

– Diabli! – Dawaj „Chutorka”!

– Sprzedawca! Wódki!

– Chutoroczek, chutoroczek… Chutoroczek, chutoroczek…

– Proszę bardzo, mamy ogórki, biszkopty, rybę wędzoną…

– Nie siedź, obsłuż!

…las zielony szumi,

za rzeką, pod górą

chutoroczek stoi…

– Proszę na mnie popatrzyć…

Pięć dni, jak wyszedłem z domu,

z posadą koniec,

i cały mundur w szynkowni przy Moście Egipskim leży.

W zamian za co otrzymałem to oto obłóczenie.

I wszystko…

wszystko skończone!

…młoda wdowa

w chutoroczku żyje.

W tę noc, północ… – Dzisiaj…

byłem u Soni,

na poprawiny poszedłem poprosić…

– Chyba nie dała?

– Oto ta pół-garncówka została za jej pieniądze kupiona.

Trzydzieści kopiejek dała mi ostatnie, sam widziałem…

No to proszę pana…

czy pan mnie teraz żałuje, czy nie?

Mów pan: żałujesz czy nie?

– A za co ciebie żałować?

…do chutoroczka przypłynął. – Żałować?

Za co?

Za co mnie żałować?

Mnie żałować nie ma za co!

Ukrzyżować mnie trzeba, a nie żałować!

Ale On…

On pożałuje.

Ten, kto pożałował wszystkich i który wszystkich i wszystko rozumiał.

On jest jeden.

I On jest sędzią.

– Powiedział, co wiedział!

„Sędzią”!

– Zaplątał się.

[bełkot]

– On zawoła:

„Chodźcie i wy.

Chodźcie, pijaniuteńcy.

Chodźcie, słabiutcy.

Chodźcie, zasromani”.

I powie:

„Świnie jesteście.

Na obraz i podobieństwo bestii.

Ale chodźcie i wy też.”

I wyciągnie ku nam rękę swoją,

a my przypadniemy

i zapłaczemy…

i wszystko zrozumiemy.

Panie!

Panie!

Przyjdź królestwo Twoje!

Chodźmy, panie…

Niech pan mnie odprowadzi…

Ja przecież nie tego się boję, że mi się wczepi we włosy.

Co tam włosy!

Furda włosy!

Niech pobije.

Niech sobie ulży.

A ja jej oczu się boję.

Tak, tak, oczu.

Wypieków na policzkach także się boję…

i oddechu…

Wiesz, jak się oddycha w tej chorobie…

przy wzburzonych uczuciach?

Płaczu dzieci też się boję…

Wyżej, panie.

Czwarte piętro.

Mieszkanie Amalii Fiodorowny Lippewechsel.

– Siedem trefl.

– Pas!

– Z południa skwar

w dolinie Dagestanu,

z kulą w sercu

leżałem zesztywniały.

Wrócił…

Kajdaniarzu!

Wyrzutku!

Gdzie pieniądze?

Gdzie pieniądze?

Co masz w kieszeni? Pokaż!

I surdut nie ten!

Gdzie surdut?

Gdzie pieniądze?

Panie!

Gdzie? Gdzie? – Zaczęło się.

Gadaj!

Czyżbyś wszystko przepił?

Dwanaście rubelków! Panie!

– Czekajcie, jeszcze Amalia tego nie usłyszała.

– I to mi jest rozkoszą.

I to mi jest nie bólem, lecz rozkoszą,

szanowny panie.

– Wszystko przepił!

Wszystko przepił!

Przeklęte życie.

– Znowu szkandal!

Gott der Barmherzige! (niem. Boże miłosierny!)

Znowu szkandal!

– Tyś także z nim pił?

Nie wstydno?

Precz!

– Za mieszkanie czynszu nie płacila, a takie maniery!

Jutro wynocha z kwatera! Wynocha! – Amalio Ludwigowno…

ja proszę pamiętać…

– Raz na wszystkie: ja nie jestem Amalia Ludwigowna.

Ja jestem Amalia Iwanowna! – Proszę panią pamiętać…

– Wstawaj!

Co ty śpisz?

Już dziesiąta.

Chcesz herbaty?

– To od gospodyni?

– Jakiej tam gospodyni!

Moja!

A Praskowia Pawłowna…

na policję chce na ciebie skarżyć.

– Na policję?

O co jej chodzi?

– Pieniędzy nie płacisz.

I kwatery nie zwalniasz. Wiadomo, o co jej chodzi.

– Nie na rękę to…

Głupia jest!

Dzisiaj do niej wstąpię, porozmawiam.

– Głupia bo głupia…

A ty co – mądrala?

Leżysz jak tłumok.

Przedtem, mówiłeś, chodziłeś uczyć dzieci…

a teraz co, nic nie robisz!

– Robię…

– Co robisz? – Pracuję…

– Co to za praca?

– Myślę.

– A pieniędzy to dużo wymyśliłeś?

– Za dzieci grosze płacą. Za kopiejki to co zrobisz?

– A ty co?

Od razu cały majątek chciałbyś?

– Tak.

Cały majątek.

– Ale ty zwolnij…

bo mi napędzisz stracha.

– Tak!

Zapomniałam.

Do Ciebie…

list wczoraj przyszedł.

– Dawaj!

Listonoszowi trzy kopiejki własne dałam!

– No bierz.

Tylko wyjdź czym prędzej, na miły Bóg!

Idź!

„Drogi Rodia!

Oto już dwa miesiące, jak nie mogę pogawędzić z Tobą listownie.

Ale nie miej mi tego za złe.

Gdyś mi napisał, że słyszałeś, że podobno

Dunia znosi w domu państwa Swidrygajłowów bardzo wiele przykrości,

cóż miałam Ci napisać?

Rzecz w tym, że ona, zgodziwszy się w zeszłym roku w tym domu na guwernantkę,

wzięła od nich z góry

aż sto rubli.

…po to, żeby posłać Ci sześćdziesiąt rubli.

…wówczas oszukały… że to z zebranych przez Dunieczkę

poprzednie oszczędności.

Nie mogła przecież porzucić posady, nie uiściwszy tego długu.

Bo sam pan Swidrygajłow traktował Dunieńkę bardzo ordynarnie.

Pozwalał sobie na różne niegrzeczności i kpinki…

Lecz w końcu nie wytrzymał…

i poważył się złożyć Duni jawną i haniebną propozycję.

Obiecując, że zostawi wszystko

i wyjedzie z nią za granicę.

…długu… przez wzgląd na Marfę Pietrowną… co by popsuło ich pożycie.”

Swidrygajłow…

Rozwiązanie… nieoczekiwanie.

Marfa Pietrowna niechcący podsłuchała swojego męża, błagającego Dunieczkę w ogrodzie,

i zrozumiawszy wszystko na opak, za wszystko ją obwiniła. Okropna awantura: …nawet Dunieczkę uderzyła

…do miasta chłopską telegą.”

– Panie! No jak tak?

„Przez cały miesiąc po mieście krążyły plotki. Wszyscy znajomi…

przestali się kłaniać… gospodarze zażądali wyprowadzić się z kwatery.

Już półtora miesiąca jest w domu,

a miesiąc temu…”

A miesiąc temu…

– Alono Iwanowno…

dzień dobry.

Mi adres…

Pani Pokoriew dał.

Student…

Nazywam się Raskolnikow.

Ja Pani tu…

rzecz jedną przyniosłem.

Proszę.

Wykupię.

Niedługo.

Ja, właściwie…

To dar…

Od siostry.

– Dwa ruble.

– Jak to dwa ruble?

– Nawet tyle nie jest wart. Nowy taki u jubilera za półtora kupić można.

– No dobrze.

– Stawiasz herbatę. – Nie zbankrutuję.

– Co, Alona Iwanowna poratowała?

Opiekunka studentów?

– A żebyś wiedział!

Zacna jest, zawsze można u niej pieniędzy dostać.

Bogata jak Krezus.

Może od razu dać na rękę pięć tysięcy, ale i rublowym zastawem nie wzgardzi.

Tylko że to ścierwo okropne…

Spóźnisz się o dzień i koniec – zastaw przepada.

Przy czym ma już swój testament: wszystkie pieniądze dla monasteru, dla wiecznego pokoju duszy.

– A ty skąd to wiesz? – Lizawieta, jej przyrodnia siostra…

Jakie to dziwne…

Taki zbieg okoliczności…

Ja stamtąd…

a ci o niej…

Co to?

Przypadek…

czy wskazówka?

– Nie! Wiesz, co ci powiem?

Ja bym tę przeklętą staruchę zabił i obrabował.

Zapewniam cię: bez wyrzutu sumienia.

Nie, czekaj, ja oczywiście żartowałem.

Ale patrz:

z jednej strony: głupia, nic nie warta, zła staruszka;

a z drugiej strony: setki tysięcy rodzin, umierających w nędzy.

Za jedno życie – tysiąc żywotów uratowanych od gnicia i rozkładu.

Jedno życie

i sto żywotów w zamian.

Przecież to prosta arytmetyka!

Arytmetyka…

Arytmetyka…

Jedno życie i tysiąc żywotów…

Wszystko to już słyszałem.

Wszystkie te młodzieńcze rozmowy.

Ale czemu akurat tę…

usłyszałem wtedy?

Dlaczego tak łatwo wytropieni są prawie wszyscy zbrodniarze?

Co, nie da się ukryć śladów?

Nie…

Przyczyna tkwi w samym zbrodniarzu.

Prawie każdy ulega jakiemuś upadkowi woli i zaćmieniu rozwagi.

To jak choroba.

I to wszystko.

Zastaw…

Nie…

Siekiera…

Oczywiście siekiera!

U gospodyni jest…

Zdobyć łatwo…

A jak nieść po ulicy?

Pod płaszczem ukryć…

I co? Ręką przytrzymywać?

Nie.

Będzie widać.

Pętla…

obuch w pętlę…

O tak.

A potem…

przez kieszeń można rączkę przytrzymywać,

żeby się nie kołysała…

i to już…

tego nie będzie można zauważyć.

Boże, co za nonsens!

Potworny…

Niemożliwy…

Zresztą…

ja sobie tylko tak…

marzę.

Pamiętasz rozmowę o zbrodni?

Tylko u mnie żądnej choroby nie będzie…

Nie może być.

Dlatego, że to nie zbrodnia.

„Wszystko to przyczyniło się do tego nieoczekiwanego zdarzenia,

które teraz, muszę ci powiedzieć, zmienia cały nasz los.

Dowiedz się, drogi Rodia,

że o Dunię zaczął się starać kawaler i że ona zdążyła już dać swoją zgodę.”

Już?

Kiedy?!

„Piotr Pietrowicz Łużyn, radca dworu,

daleki krewny Marfy Pietrowny…

Przyjęłyśmy go…

pił kawę…

a już nazajutrz nadesłał list…

Oświadczył się… Prosił o szybką i stanowczą odpowiedź…”

…nazajutrz…

„…ma dwie posady i już odłożył swój kapitał.

Człowiek przyzwoity,

ale wróg przesądów…

za drugą wizytą, już otrzymawszy zgodę…”

Co!?

Ten ślub nie odbędzie się, dopóki ja żyję.

Nie odbędzie się!

I diabli z panem Łużynem! Nie, mamo…

Nie, Duniu…

Na plewy mnie nie weźmiecie!

„…w trakcie rozmowy on się jakoś wyraził, że już dawniej,

przed poznaniem Duni postanowił poślubić

pannę uczciwą…

ale bez posagu.

Czyli taką, która…

zdążyła zakosztować biedy,

bo, jak sam wyjaśnił, mąż nigdy nie powinien nic zawdzięczać swojej żonie,

a daleko lepiej jest, jeżeli żona będzie uważać męża swojego za dobroczyńcę.

Ale on jakoś…

wyraził to miękcej.

Ja zapamiętałam tylko sens,

ale, tak czy inaczej, wydało mi się to trochę szorstkim.

Ach, trochę?

Mamo…

Ale Dunia? A co Dunia?

– Co innego słowa, co innego czyny, mamusiu.

To człowiek chociaż bez wielkiego wykształcenia, ale rozumny.

I, zdaje się…

dobry.

„Zdaje się”!

I za owo „zdaje się” ona idzie za mąż!

„Piotrowi Pietrowiczowi teraz pilno do Petersburga.

Ma tam duże interesy…

Ma zamiar otworzyć publiczną poradnię adwokacką.

Już postanowiono, że ja i Dunia…

wkrótce jedziemy do Petersburga, być może nawet…

za tydzień.

Piotr Pietrowicz był tak poczciwy,

że wziął na siebie część wydatków, a mianowicie przewiezie nasz bagaż, duży kufer…

Tam, przez znajomych…”

I tu z lekka je naciągnął:

to taniej niż przejazd, a może nawet za darmochę pójdzie.

„Do drogi żelaznej mamy dziewięćdziesiąt wiorst

i ja już…

umówiłam jednego znajomego chłopka-woźnicę.”

W teledze rogożą przykrytej?

Narzeczona…

„…a tam, jeśli się uda,

dobierzemy się trzecią klasą.”

Tysiąc wiorst!

A przecież to pańska narzeczona, panie Łużyn.

„Musimy jeszcze przemyśleć wyjazd do Petersburga.

Nie można przecież przyjechać bez grosza w kieszeni. No przynajmniej na pierwsze dni.”

Ależ na co ty liczysz, mamo?!

„Ja, jak Ci wiadomo, czasem pożyczam

na rachunek emerytury od tutejszego kupca, Afanasija Iwanowicza Wachruszyna.”

U Wachruszyna?

Na rachunek emerytury?

A potem?

„A teraz…

kiedy wszyscy się dowiedzieli, że Dunia wychodzi za mąż za Piotra Pietrowicza,

mój kredyt wzrósł i Afanasij Iwanowicz mi nawet do siedemdziesięciu pięciu rubli powierzy.

Tak więc w najbliższych dniach…

ja tobie dwadzieścia pięć rubli…

albo nawet trzydzieści przyślę.”

No tak…

O to właśnie chodzi.

Nie o sobie one myślą…

nie dla siebie Dunia za mąż wychodzi!

„Ale ma się rozumieć…

ani z jego…

ani z jej strony…

tu szczególnej miłości nie ma.”

A co niby jest?

Szacunek?

Wobec Łużyna?

Przecież widzisz, Awdotio Romanowno.

On nie za żonę Cię bierze,

tylko za legalną nałożnicę.

„Tyś jeden dla nas…

i dla mnie, i dla Duni.

W Tobie nasze wszystko:

cała nadzieja

i całe zawierzenie nasze.”

No cóż wy sobie o mnie pomyślałyście?

Nie, Dunieczko.

Nie, mamo.

Nie chcę waszej ofiary! Nie przyjmuję!

To się nie stanie, póki ja żyję! To się nie stanie!

Nie stanie!

Nie stanie.

A co ja zdziałam, żeby to się nie stało?

– Ej, panie Swidrygajłow!

Czego pan tu szuka?

Znikaj pan! – No jak śmiesz, kanalio!

– Koniec, panowie, nie wolno się bić w miejscach publicznych.

No co? Czego panu potrzeba?

Coś pan za jeden?

– Pana mi potrzeba! Jestem byłym studentem, Raskolnikow.

Chodźcie no tu, coś panu pokażę…

Widzi pan, zupełnie pijana.

Nie wiadomo, co za jedna, lecz nie wygląda na zawodową.

Najpewniej ją spojono gdzieś i skrzywdzono, po raz pierwszy, rozumie pan, i na ulicę wypuszczono.

Przecież ją…

ktoś ubierał, nie sama się ubierała.

A teraz spójrz pan tu:

Niech mi pan uwierzy.

On ją śledził.

I teraz czeka, żebym odszedł.

Co zrobić, żeby mu jej nie dać, tylko odprawić do domu? – Nie dać jej, to można.

Panienko!

Hej, panienko!

Gdzie pani mieszka?

– Ach, jak nieładnie! – Czepiają się…

– Co za wstyd…

Ech, co za bieda.

– Masz pan dwadzieścia kopiejek.

Niech pan weźmie dorożkę i każe ją odstawić wedle adresu.

– Ale Pan nie powiedział, gdzie ją odstawić…

Panienko!

Hej, panienko!

Dokąd? Dokąd pani każe?

Gdzie, pani pozwoli…

pani zamieszkuje?

– Bezwstydni!

Czepiają się!

– Niech pan będzie spokojny! Nie dam jej.

– Proszę posłuchać, ej!

Zostaw pan!

Co panu? Odpuść!

Niech się zabawi!

Co panu do tego?

Dwadzieścia kopiejek moje zabrał…

Teraz niech i od tego człowieka weźmie

i niech puści z nim dziewczynkę.

I na tym się skończy…

Po co się wtrącałem?

Niech się nawzajem popołykają żywcem!

Biedna dziewczynka!

A zresztą powiadają, że tak być powinno.

Taki a taki procent, powiadają, musi rokrocznie odpadać dokądś tam…

Do diabła, ażeby reszcie nie przeszkadzać.

Procent…

A co jeśli Dunieczka…

ten procent zasili?

„Czy Ty się modlisz, Rodia, do Boga po dawnemu?

Przypomnij sobie, kochany,

jak jeszcze w dzieciństwie,

za życia twojego ojca, szczebiotałeś modlitwy na moich kolanach.

I jacyśmy wtedy byli wszyscy szczęśliwi.”

– Siergiej!

– Tatusiu, za cóż oni biednego konika biją?

– Pijani, łobuzują.

Nie patrz. Nie patrz, synku.

Chodźmy, chodźmy…

Rodia…

Chwała Bogu!

Boże!

Czyż ja rzeczywiście wezmę siekierę,

zacznę walić po głowie,

zmiażdżę jej czaszkę,

będę się ślizgał w lepkiej, ciepłej krwi?

Nie!

Ja nie podołam!

Nie podołam!

Choćby nie było wątpliwości w tej rachubie, choćby…

arytmetyka, to ja i tak się nie zdecyduję!

Wiedziałem przecież, że nie podołam…

więc czemu żem do tej pory się dręczyłem?

Boże!

Ukaż mi moją drogę,

a ja się wyrzeknę tego przeklętego…

marzenia mojego!

Panie…

Wolność…

Wolność…

– Niechby Lizawieta Iwanowna zdecydowała osobiście.

Proszę przyjść jutro o jakiej siódmej.

I tamci sprzedawcy przyjdą.

– Jutro…

– A to dopiero Alona Iwanowna pani stracha napędziła!

– Tym razem proszę nic jej nie mówić.

Niech pani wstąpi do nas, nie zapowiadając się. To interes korzystny.

Później siostrzyczka sama oceni.

– Może naprawdę wstąpić?

– Mówię, o siódmej.

– Samowarek postawimy.

– Jutro… o siódmej. – O siódmej, o siódmej.

O siódmej.

„Mówię, o siódmej.”

„Jutro… o siódmej.”

„O siódmej, o siódmej…”

Czyżby już szósta wybiła?

Wola i rozwaga…

Anastazja pewnie już u sąsiadów…

…lub w sklepiku.

A jeśli ja przyjdę za godzinę,

a ona już wróciła?

Jak położyć siekierę z powrotem w kuchni?

Zresztą, to drobnostka…

Drobnostka…

Najważniejsze są wola i rozwaga.

Dlaczegom sobie ubrdał,

że jej na pewno w tej chwili nie będzie w domu?

Dlaczego?

Dlaczego byłem taki o tym przeświadczony?

I jaką sposobność…

na zawsze przepuściłem?

– Ej, stróż!

Brak rozwagi to od biesa!

Czyżby pół do ósmej?

To niemożliwe.

Czas leci!

– Dawaj, wyprzęgaj! – Przejdzie!

– Jak przejdzie? – Przejdzie!

– Patrz, już się rozsypuje! – Mówię, że przejdzie!

– No wyprzęgaj, mówię! – Nie ma mowy.

– Nie kłóć się ze mną! Dawaj, wyprzęgaj! – Nic z tego, powiedziałem!

– Mitka!

Długo do ósmej?

– A ty się gdzieś spieszysz czy co?

Księżniczki czekają?

– Ach, niech cię diabli wezmą!

Skąd oni tu się wzięli?

No nic…

Nad nimi dwa piętra.

A może by odejść?

Czym nie bardzo blady?

Może by jeszcze zaczekać…

aż się serce

uspokoi.

Autor napisów: Jakub Wieczorek

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.