Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
NETFLIX ... SERIAL ORYGINALNY
EKRANIZACJA OPARTA NA FAKTACH.
NIEKTÓRE SCENY, POSTACI, ZDARZENIA
I MIEJSCA ZOSTAŁY ZMIENIONE.
Biedny facet.
Pewnie wiesz, o co chodzi,
komendancie Verdin.
Zadamy ci kilka pytań.
Jak na nie odpowiesz,
to kiedy dotrzesz do Stanów
czeka cię pełny pakiet.
Nietykalność.
Ochrona świadka.
Kasa.
To najlepsza i jedyna oferta, jaką dostaniesz.
Lepsza, niż zasługujesz.
Co chcesz wiedzieć?
Wiemy, że tam byłeś.
Mamy nagranie.
Ale kto był odpowiedzialny?
Kto wydawał rozkazy?
Jak wysoko to sięgało?
Podaj nam nazwiska.
A jeśli nie?
Nie chcemy cię skrzywdzić.
Ale to zrobimy.
Pierwsza zasada przesłuchiwania:
zamydlaj delikwentowi oczy.
Niech myśli,
że wiesz już wszystko.
Ale widzę, że nie wiecie nic.
Powiem, co wiem.
Porwaliście policjanta federalnego
w publicznym miejscu.
Przyjechaliście tu bez kluczenia.
Całkowity czas jazdy
około 14 minut.
A zatem
jestem blisko miejsca, skąd mnie zabraliście.
Wiem...
że zostawiliście żywych świadków.
Świadków, którzy słyszeli, że mówicie po angielsku.
Świadków, którzy sypną.
A co ważniejsze,
wiem, że brak wam przekonania do tego, co robicie.
Nie zabilibyście, nawet gdyby chodziło o wasze życie.
A teraz
oczekujecie, że będę się was bał?
Powiem wam, jak ja to widzę.
Jest siódma rano.
Moi ludzie przetrząsną całe miasto, żeby mnie znaleźć.
Nie możecie mnie wywieźć przed zmrokiem.
Myślę, że zjawią się tu dużo wcześniej.
A do tego czasu...
nie puszczę pary z gęby.
Wy mnie nie macie.
To ja mam...
was.
Ej, ty.
Szukam Don Juana.
Wuj Juan jest w środku.
Dzień dobry.
Szukam Don Juana. Jest tu?
Tędy.
Zaczekajcie tu.
Dzień dobry.
Spróbuj.
Masita tamaulipeca.
Zobaczmy...
Bardzo dobre.
Miły jesteś. Trzeba dodać soli.
Spróbuj teraz.
Lepsze?
Proszę o serwetkę.
Miło pana poznać, Don Juan.
Chciałbym skorzystać z okazji i...
Pogadać o interesach?
Dojdziemy do tego.
Ale najpierw musimy pogadać o życiu.
Oscar!
- Tak? - Zawieź to na imprezę.
Tylko nie podjadaj.
Zachowaj apetyt na wieczorną ucztę.
W porządku.
Przejedźmy się. Chcę ci coś pokazać.
Chodźmy.
Ma wujek dla nas pieniążki?
Nie dziś, dzieciaki. Nie mam przy sobie.
Ma pan drobne?
Nie mam.
Będę wam wisiał.
Proszępowiedzieć, gdzie jedziemy.
- Wyślemy ludzi. - Daj spokój.
Piekło zamarznie, zanim będę się bać w swoim mieście.
- Wsiadasz? - Zostańcie tu.
Tak jest.
Kto cię wezwał? Kto był odpowiedzialny?
Powiedz, kurwa, kto to był.
To były agent służby bezpieczeństwa, przeszkolony przez CIA.
Wie, jak przesłuchiwać i jak być przesłuchiwanym.
Uważasz, że nie pęknie?
Nie stawiałbym na to.
Ci gringos nie mają jaj.
Cóż...
Może on ma.
Pieprzyć to.
To tylko robota.
Jak Walta zabraknie, znajdę kogoś innego.
Masz swoją odznakę?
Policji stanowej Jalisco?
Opłaca się mieć taką.
Jak wymiękną i wyjadą, będzie koniec.
Potem zaczną się pytania.
Kto im pomógł? Kto z nimi współpracował?
Ten gość widział twoją twarz.
Więc albo zacznie śpiewać...
albo zginiesz ty i wszyscy twoi bliscy.
Jesteś tu dla zarobku?
Stary, nie bądź głupi.
Stawką jest nasze życie.
To Międzynarodowy Most Gateway.
Miałem 11 lat, jak go skończyli.
W 1926.
Pięć lat później kursowałem po nim tam i z powrotem
przerzucając alkohol. Tak zaczynałem.
Gdy zapotrzebowanie na wódę się skończyło,
przerzuciliśmy się na inne towary. Ludzi, kawę.
Opium.
Niezaspokojony apetyt.
Gringos zawsze czegoś potrzebują.
Można nas winić, że im to dajemy?
Opłaca się mieć przyjaciół.
I to jak.
Tak.
Dokonałeś niesamowitych rzeczy.
Dlatego tu jestem.
Reguły gry się zmieniły.
Już czas przemyśleć naszą współpracę.
Połączenie naszych organizacji w unię...
Wiesz coś o Rzymie?
- Słucham? - O Rzymie.
O Rzymie? Jasne.
Rządzili największym imperium, jakie istniało na świecie.
Szerzyli cywilizację.
Podbili barbarzyńców z obecnych Niemiec, Francji, Anglii.
Pokonali tych dzikusów i przygarnęli pod własny sztandar.
Dali im tożsamość.
Tak jak ty,
gdy zmieniłeś źle zorganizowaną bandę dilerów w imperium.
Zjednoczenie służyło nam wszystkim.
To unia.
Na pewno nie ja pierwszy na to wpadłem.
Ale pierwszy zrealizowałeś.
A to ogromne osiągnięcie.
Słuchaj,
to, co o tobie wiem,
nie mówi mi zbyt wiele.
Jak czegoś chcesz, po prostu bierzesz.
Nic nie może stanąć ci na przeszkodzie.
Ale to, czego ktoś chce, nic o nim nie mówi.
Ale to, czego potrzebuje...
mówi o nim wszystko.
Chcesz pogadać o interesach. Dobrze.
Jeśli będzie możliwa umowa, zawrzemy ją.
Ale najpierw musisz się dowiedzieć, kim ja jestem i co mnie określa.
Czego potrzebuję.
Mam nadzieję, że dowiem się też tego o tobie.
Gdzie wasz szef?
Nie wrócił.
Odkąd go nie ma, nic się nie dzieje.
Nawet na działających pasach.
Jeden z samolotów Matty próbował wylądować w Samalayuca,
ale nie było nikogo, kto by go rozładował.
Więc odlecieli.
Nie mogli tego zrobić twoi ludzie?
Jesteśmy glinami.
Nie zajmujemy się tym gównem.
Odpowiedzialnym za ten bajzel...
jest Acosta.
To on jest szefem.
On umywa ręce...
wszyscy umywają.
Tak to działa w Juárez.
Kapuję, ale rozumiesz,
że jak nie rozkręcimy tego cyrku, nie będzie więcej towaru.
Coś podobnego?
Musimy pojechać do Ojinagi i go sprowadzić.
- Kapujesz? - My?
Tak, my.
Nie my. Ty.
Mam w mieście do załatwienia ważny interes federalny.
Jaki interes?
Co cię to, kurwa, obchodzi?
Zadzwoń, jak znajdziesz Acostę.
Zmywamy się stąd.
TIJUANA KALIFORNIA DOLNA
Wy macie najlepszą kokę. My jesteśmy najlepszymi kucharzami.
To mój brat. Benjamín.
Ci panowie przyjechali z Los Angeles
pokazać nam coś wspaniałego. Spodoba ci się.
Proszę kontynuować.
Jasne.
Podgrzewamy to.
Mieszając jak chińszczyznę.
Z ruchem wskazówek zegara.
Dodajemy sodę dla puszystości.
I mamy żel.
Czekamy aż wyschnie.
Odstawię to na chwilę.
Musi ostygnąć. Pokażę wam gotowy produkt.
Parę gram koki za 400 dolarów?
Nie ma na to rynku.
Naszych ludzi na to nie stać, ale też chcą odlecieć.
Z waszego towaru za cztery stówy
zrobiłem sto grudek.
Dwie dychy za sztukę.
Z czterech stów mamy dwa tysiaki.
Więcej zarobisz na toyotach niż cadillacach.
To się rozpowszechnia w USA.
Migiem opanujemy Zachodnie Wybrzeże.
Super, ale do tego potrzebujecie dostawcy.
Nie możecie dłużej pieprzyć się z Kolumbijczykami.
Potrzebujecie bezpośrednich dostaw. My je możemy zapewnić.
Skoro tak mówisz.
Wygląda, że otwiera się wspaniała sposobność.
Proszę kontynuować. Zaraz wrócę.
Dziękuję.
- Oszalałaś, Enedino? - Słucham?
Kto ma sprzątnąć nas pierwszy?
Kolumbijczycy czy Félix?
Nie robimy interesów z dilerami z USA. Wiesz o tym.
A jednak to robisz?
Na miłość boską, rozeznaję się na przyszłość.
Nasza umowa z Kolumbijczykami to umowa Félixa.
Nie będzie go tu wiecznie.
To rozsądne zagranie.
Wcale nie.
Nie masz nic do gadania. Zajmij się swoimi sprawami.
- Moimi sprawami? - Tak.
- Rodzina to moja sprawa. - No tak.
Co oni tu, kurna, robią? To mój dom.
Dziś wypuszczają Francisco.
Szykuj imprezę. Nie zajmuj się tym gównem.
Ty robisz świetną robotę. Spójrz wokół siebie.
Brawo.
Sami tego nie palimy. Ale jak chcesz spróbować...
On chce pierwszy.
Jasne, że chcę.
Bliżej.
Słyszycie?
Dlatego to się nazywa... krak.
Tatuś to lubi.
I jak, Ramon?
Nasz brat wychodzi z pudła w Kalifornii.
Robimy dziś imprezę. Wpadnijcie.
- Tak. - Jasne.
Przynieście tego więcej.
Gdzie Acosta, do cholery?
Żaden z was, skurwieli, nie wie, gdzie szef?
Ja wiem.
Gdzie?
U Mimi.
Gdzie ją znajdę?
W Teksasie.
Przesłuchiwanie jest trudniejsze niż wygląda.
W przeszłości nie mieli o tym pojęcia.
Myślano, że jeśli zada się komuś wystarczająco bólu...
zacznie gadać.
Ale to nie takie proste.
Sergio Verdin był dobrym oprawcą. Wspaniałym.
Zastosował swoje umiejętności na Kikim Camarenie, żeby zaczął sypać.
Jeśli współczujecie mu, bo przyszła kolej na niego...
powstrzymajcie się.
Zasłużył sobie na to.
Dalej, stary. Podaj pieprzone nazwisko.
Ernesto Fonseca.
Caro Quintero.
Przeczytaj pieprzoną gazetę.
Gówno prawda.
Oni wpadli, ale wiemy, że to Félix za tym stał.
Kto go chroni?
Z kim współpracuje?
Podaj mi jebane nazwisko.
To jego pieprzona bryka.
Tak, jest tu.
Acosta!
Acosta!
Zajdź od tyłu.
Tylko uważaj.
Jesteśmy w Stanach.
Kurwa!
Następną dostaniesz w pieprzony łeb.
Nie strzelaj.
- Co robimy? - Nic, durniu.
Nie strzelamy do gringi w Stanach. Nie rób nic.
Proszę pani.
Proszę nie strzelać.
Proszę nie strzelać.
Ręce do góry!
Wszystko w porządku. Nie strzelaj.
Nie strzelaj, dobrze?
Pablo Acosta. Amigo.
Przyjaciel Pabla. Dobrze?
Pablo! Znasz tych facetów?
Tak, znam go.
Cześć, Amado.
Jaja sobie robisz? Cały czas tam byłeś?
Tak. Naprawiam dach.
Dach?
Czemu nie odpowiedziałeś?
Byłem ciekaw, co będzie.
Mogłem ją postrzelić.
Nie sądzę.
Amado, to jest Mimi.
Mimi, to jest Amado.
Zawsze się tak ubiera. Jak kruk.
Zaczekaj tu.
Kurwa, co jest?
Jest opóźnienie.
Wczoraj kazałem to przenieść.
- Ale ciężarówki... - Co, ciężarówki?
Są u Sinaloańczyków. Nasi już po nie jadą.
Sinaloańczycy je mają?
Powołali się na umowę, bo...
Znam, kurwa, umowę, Nestor.
Od kiedy ich nie ma?
Od wczorajszego wieczora.
- Cochiloco... - Od wczoraj?
I teraz mi o tym mówisz?
Żartujesz sobie, kurwa?
Wyluzuj, brachu.
Sam się, kurwa, wyluzuj.
To gówno już ci mózg wypaliło?
Im dłużej towar tu jest,
tym większe ryzyko, że coś się stanie. A wtedy...
to my zapłacimy.
Jak te jebane ciężarówki nie zjawią się tu za pięć minut...
Widzisz, problem z głowy.
Zamknij drzwi.
Na co czekacie?
Ładować towar i zabierać go stąd.
Robi się, szefie.
- Szefie. - Co jest?
Coś tam chyba jest.
Co ty gadasz?
Otwieraj.
- Już, kurwa. - Rusz się.
Kapuję. „Szalony wieprz".
Ten pieprzony...
Cochiloco...
i te jebane sinaloańskie małpy!
Myślą, że to świetny żart?
Wsadzę im to w dupę.
Koniec z dzieleniem się z tymi dupkami.
Jak im się nie spodoba...
to ich zajebię.
Nestor, sprzątnij ten chlew i wyślij towar.
Tak jest, szefie. A co z tą świnią?
Ramon, zastrzel wieprza.
Na co się gapisz?
Takie śmieszne?
Mimi jest z amerykańskiej socjety.
Jej wuj jest senatorem.
Senatorem?
Właśnie.
To nic dobrego. Wiesz przecież.
Nie wybierasz, gdzie się rodzisz.
W jakiej rodzinie.
Wybierasz tylko, jak żyjesz
i kim jesteś, gdy umierasz.
Cholernie dziś filozofujesz.
Zdecydowałeś się umrzeć w Teksasie?
Drink? Dla mnie?
Zrób sobie. Bar jest tam.
Mimi studiowała sztukę.
- Kogo, mówiłaś, że przypominam? - Van Gogha.
Właśnie. Van Gogha.
Odciął sobie ucho i namalował autoportret.
Prawda?
Odciął sobie ucho i się namalował.
Ciekawe.
Mogłabyś zostawić nas samych? Muszę pogadać z Pablem.
Mimi wie, czym się zajmuję.
Mów, co masz mówić.
Poza faktem, że...
jeden z najbardziej poszukiwanych handlarzy jest na terytorium Stanów...
wiesz, że w Juárez panuje zastój, gdy ciebie nie ma.
Budowa stoi. Towar nie jest przerzucany.
Widzisz, skarbie?
Potrzebują mnie w Juárez.
Jasne, że tak.
Mimi nie chce, żebym wracał.
Woli, żebym tu został.
Pablo powinien podejmować własne decyzje.
Nie sądzę, żeby Mimi rozumiała, kim jesteś i co robisz.
No, nie wiem.
Rozumie niemało.
Musisz przestać bawić się w dom i wrócić do Juárez.
Kolumbijczycy pomyślą, że jesteś niepoważny.
Pieprzę Kolumbijczyków.
- Nie pracuję dla nich. - Ale pracujesz dla Félixa.
Nowe pasy i magazyny powinny być już gotowe.
A nic się nie dzieje.
To sprawa twoja i Aguilara. Zajmij się tym.
Wykluczone, dupku. Ty kierujesz plazą. To ciebie słuchają.
Mnóstwo do zrobienia, a ludzie nie kiwną palcem.
Ja mam tu interes do załatwienia.
Naprawę dachu?
Chodzi mi o Ojinagę.
Nigdzie nie jadę, póki to się nie wyjaśni.
Co się ma wyjaśnić w tej dziurze?
Nie zrozumiałbyś.
Wal.
To skomplikowane.
Coś między mną a kimś innym.
- Kim? - To moja sprawa, nie twoja.
Chcesz, żebym sprowadził 50 chłopa i rozbił w proch tego frajera?
Wiedziałem, że nie zrozumiesz.
To spór rodzinny. Między mężczyznami.
Chodzi o honor. A ty go nie masz.
Jaki facet pozwala, żeby banda sicarios rozwiązywała jego sprawy?
I kto, oprócz takich włazidupków jak ty,
- słuchałby takiego gościa? - Mówię serio.
Zajmijmy się od ręki tymi twoimi pierdołami.
Nie wracam bez ciebie do Juárez.
Aby Kiki był przytomny w trakcie tortur,
Verdin i dobroduszny doktor faszerowali go adrenaliną.
Sprytny chwyt, prawda?
Verdin znał takich setki.
A jak się ich nauczył?
Od nas.
To my napisaliśmy instrukcję przesłuchiwania.
Nabraliśmy w tym takiej wprawy,
że założyliśmy własną szkołę specjalną,
w której uczyliśmy przyjaciół z południa.
Nazwaliśmy ją... nie zgadlibyście...
Szkołą Obu Ameryk.
Szkoliliśmy w niej najlepszych oprawców Ameryki Łacińskiej w arkanach fachu.
Ale pojebane w tym jest to,
że ucząc ich naszej techniki,
pokazaliśmy im też, jak się jej opierać.
To nie działa, Walt.
Pogruchotałeś go.
Pewnie złamałeś parę żeber.
A nie gada.
Czas na plan B.
Nie mam takiego.
Mam tylko plan A, bez niego leżymy.
To nie koniec.
Po zmroku weźmiemy go na północ.
Jak dostanie wyrok, załamie się.
Nie możemy czekać. Słyszałeś go. Zjawią się jego ludzie.
Blefował.
Liczył, że się przestraszymy.
To nie brzmiało jak blef.
Dobra, może zjawią się jego ludzie.
Więc przewieźmy go już teraz.
Niech wie, co go czeka w celi w Stanach.
W porządku.
Ma nas w garści i wie o tym.
Wie tylko, że jest bezpieczny.
Że nic mu nie grozi.
- Nie naprawdę. - Chcecie spróbować?
Naprawdę?
- Ktoś powinien. - My tego nie robimy.
To niech zrobi to ktoś inny.
To amerykański sposób, prawda?
Przewieźmy go. Natychmiast.
Potrzebne nam nazwisko.
Potrzebna nam osoba, która to wszystko połączy.
Jak zaczniemy, to wiesz, jak to się skończy.
Jak trafi do Stanów, zanim poda nazwisko, będziemy mieli związane ręce.
Rozumiecie? Wypadamy z gry.
Koniec z nami.
Tu nie chodzi o nas.
Musimy zdobyć to nazwisko.
I to już.
Danilo, kopsnij ten nóż.
- Co ty, kurwa, robisz? - Skurwiel zacznie gadać.
Coś ty, stary. Nie rób tego.
Chodź, Ossie.
Przynieście ten kloc.
Kładź łapę.
To twoja ostatnia szansa.
Połóż tu jego łapę.
Dobra. Spójrz na mnie. Kto tym kierował?
Kto podejmował decyzje?
To twoja ostatnia jebana szansa.
W porządku.
W porządku, skurwielu.
Obleję was zaraz gorącą wodą.
Żadnego wstydu.
Jestem.
Dzień dobry.
Co słychać, szefie?
Spójrz na te piękne konie.
Umiesz jeździć?
Tak.
To dobrze.
Jutro w mieście jest parada koni.
Wiele z nich jest od nas dla dzieciaków.
Esperanza!
Spójrz, kogo przywiozłem.
Kobieto.
Esperanza!
Moja królowa.
Jaka piękna. Chodź tu.
- Moja Esperanza. - Miło mi.
- Miguel Ángel Félix Gallardo. - Miło mi poznać.
Most dalej stoi?
No proszę.
Jaka pewna swego.
Ale my wiemy swoje, co?
Dzieci...
Dziadek wrócił, więc możemy zaczynać.
Są wszystkie dzieciaki.
- Dziadku. - Proszę.
Drobny prezent.
Chodźmy napić się piwa.
Sam mam pić, czy jak?
Męczące, co?
Sekret przetrwania tortur...
nie polega na tym, żeby myśleć o bólu,
tylko o tym, co ten ból chroni.
Nie mam dzieci.
Ani żony.
Ale kocham swój kraj.
I uważam, że chcecie go skrzywdzić.
Więc wolę, byście skrzywdzili mnie.
Kochasz swój kraj?
- Bzdura. - A co?
Uważasz, że masz honor, bo pracujesz dla Amerykanów?
Jesteś ich wytresowaną małpą.
Ich psem.
A gdy wrócą do siebie,
zostawią tu takie śmieci jak ty.
Śmieją się z ciebie.
Nikt się ze mnie nie śmieje.
I owszem.
Ale nie szkodzi.
Bo kiedy ty i ja znowu się spotkamy...
w takim lokalu jak ten...
nikomu nie będzie do śmiechu.
Zadam ci ból na sposoby, o których ci się nawet nie śniło.
Dowiem się, na czym ci zależy.
Kto jest dla ciebie ważny.
A potem nimi też się zajmę.
Mamą...
tatą...
żoną...
dziećmi...
A gdy mnie zapytają, czemu się nad nimi tak znęcam,
powiem im:
„Dlatego, że Danilo wolał od was Amerykanów".
Jest wrażliwy.
Słaby.
Walt...
To koniec.
Macie może dwie godziny...
- Co jest, kurwa? - Skurwiel nie chciał gadać.
Nie jest nam potrzebny.
- Teraz musimy go przewieźć. - Do kostnicy?
Bez niego nie mamy nic.
Kenny, zostaw go.
Odsuń się.
Widzisz, napytałeś się kulki w bebechy.
To boli jak cholera.
Ale wykrwawia powoli.
Masz ze dwie godziny, zanim wykitujesz.
To nie wystarczy do przybycia twoich ludzi,
ale akurat na sprowadzenie pomocy.
Kochasz swój kraj? Możesz za niego umrzeć. Wybór należy do ciebie.
- Witaj, piękna. - Jak się masz?
- Dobrze, a ty? - Miło cię widzieć.
Witaj.
To pół biura szeryfa z Brownsville.
Oczywiście, po służbie.
- Popularny facet. - A jakże.
Cieszy się szacunkiem i miłością swoich ludzi.
I posłuchem.
Juan Ábrego.
Bratanek.
- Słyszałem o tobie. - Serio?
- Tak. - A ja o tobie. Oczywiście.
Dobrze się bawisz?
Nie przyszedłem na imprezę.
Chcę pogadać z twoim wujem o interesach.
Tak.
Chcesz przekonać wuja, żeby wszedł w kokę.
Jest handlarzem opium. Z wieloletnim doświadczeniem.
Nie bez przyczyny.
Wie, że to bezpieczny dla nas towar.
Sami uprawiamy.
Zbieramy. Kontrolujemy.
Bez pośrednictwa Kolumbijczyków.
Bez samolotów przez Honduras.
A co ważniejsze...
bez rozgłosu.
Kokaina przeraża Amerykanów,
a wuj chce pozostać z nimi w przyjaźni.
Więc przekonanie go nie będzie łatwe.
A ty? Co o tym sądzisz?
Myślę, że jest tylko jedno przeciwwskazanie.
Ty.
Przestańcie na chwilę grać.
Lokalny chór dziecięcy przygotował piosenkę dla Juana Guerry.
Proszę, dzieci.
Śpiewają też po angielsku.
To za mało. Kto skontaktował Gallardo z rządem?
Nie wiem, stary.
Nikogo nie rozpoznałem.
Przykro mi.
A teraz...
proszę,
zawieź mnie do lekarza.
Wykluczone. Nie mówisz nam wszystkiego. Wiem to.
Podaj tylko nazwisko.
Jak podasz, sprowadzę pomoc.
Nie mogę.
Myślisz, że cię załatwią, jak sypniesz?
Jak nie sypniesz, wykrwawisz się w godzinę.
Nie masz wyboru.
Podaj nazwisko.
Zuno.
Rubén Zuno Arce.
Kto?
Zuno.
Do niego należał dom, w którym torturowaliśmy.
On znał wszystkich.
Znacie tego Zuno?
Tak, nadziany dupek.
Ze znajomościami.
Spokrewniony z szychami z rządu.
W porządku, stary.
Dobra robota.
Zorganizujemy ci teraz pomoc.
W porządku? Wytrzymaj.
- Mamy nazwisko. - Żyje?
Ledwie.
Musimy załatwić mu pomoc.
Raczej porzucić gdzieś w rowie.
Wybij to sobie z głowy.
Zrobił, o co prosiliśmy. Zawieźmy go do lekarza.
Coś ty, stary?
Nie możemy go wykończyć, bez względu na to, co zrobił.
Dobra.
Świetnie, kuźwa.
Oto i nasz gość honorowy.
Ty jesteś tu chyba zawsze gościem honorowym.
Jasne.
A wiesz dlaczego?
Bo robię to od bardzo długiego czasu.
To, co tu mamy, nie dorównuje temu, co zbudowałeś
w pozostałej części kraju.
Ale nie potrzebuję nic więcej.
Zwłaszcza kłopotów.
To, czego oczekujesz ode mnie i moich ludzi...
to niemało.
Nie jesteśmy barbarzyńcami.
Wiem.
Dlatego tu jestem.
Posłuchaj,
opiumowy interes leży nam jak ulał.
Mamy spore zyski i wiernych klientów w Stanach.
Większość to „niepożądani".
Czarni.
Byli żołnierze.
Ludzie, których rząd ma gdzieś.
Dlatego Amerykanom łatwiej przymknąć oczy.
Ale kokaina?
Co? Przeraża Amerykanów?
To bzdura.
Przeraża ich, jak ją uwielbiają.
Nie mogą się bez niej obejść.
Muszą ją mieć.
Tak czy inaczej. Lepiej, żeby ją mieli dzięki nam.
Nam?
Tobie i mnie?
Mój bratanek lubi kokę.
Nie obchodzi go, że sławni ludzie tracą przez nią życie.
Podobają mu się zyski. To zrozumiałe.
Ale wiesz, dlaczego nigdy w to nie weszliśmy?
Przez takich ludzi jak ty.
Widzieliśmy, co zrobiłeś swoim partnerom, nie wspominając o konkurentach.
A teraz nas chcesz w to wciągnąć?
Myślę sobie: „Czemu zawdzięczam to szczęście?".
Nadciąga biały sztorm.
Będą próbować go zatrzymać, ale bez skutku.
Karaibski korytarz zostanie zamknięty na zawsze.
Nikt tego nie zmieni.
My będziemy jedyną drogą.
Z waszą wschodnią siecią przestawioną na kokainę...
kurwa...
możemy mieć pełną przewagę.
Co proponujesz?
Unię.
Więcej koki znaczy więcej kasy. Pieprzony monopol.
Na naszych warunkach.
- A więcej kasy oznacza... - Przyszłość.
A co z przeszłością?
Na przykład...
ta sprawa z agentem Camareną.
Mam w USA wielu znajomych.
Nie spodoba im się, że współpracuję...
z kimś, kto zabił jednego z nich.
Co im powiem?
To, co wszyscy już wiedzą...
że winni są już za kratkami.
Łyknęliby to może ci, których nie obchodzi prawda.
To powiedz im, że więcej zarobią.
Kasa?
To wszystko?
Masz przecież kasę. Ja też. I oni.
Mówisz o większej kasie.
Za cenę, której nie jestem gotowy zapłacić.
Przykro mi, ale tracisz czas.
Siadaj.
Chcesz wiedzieć, czego mi potrzeba?
W porządku, powiem ci.
Potrzebna mi karta przetargowa.
Widziałem, co chciałeś mi pokazać.
Coś zajebistego. Jak to ująłeś?
„Miłość i szacunek przyjaciół".
Amerykanie dobrze udają. Masz ich w kieszeni.
Imponujące.
Ale nie udawaj głupiego.
Jesteś płotką.
Ja zresztą też.
Powiedziałeś mi...
że wyprowadziłem swoich ludzi, federację, z ciemności.
To prawda. Ale ona wciąż czyha.
Jeśli Kolumbijczycy wygrają, powróci.
Ogarnie wszystko. Ciebie też. Twoich przyjaciół, ludzi. I zmiażdży.
Cały kraj jest o krok od chaosu.
Wolnoamerykanki band, które postanowią się usamodzielnić.
Kolumbijczykom w to graj.
Woleliby robić interesy z każdym z osobna.
Podjudzać nas. Kontrolować długimi terminami płatności.
Dla nich jesteśmy tylko pośrednikami. Bagażowymi.
Przemycamy kokę przez granicę
kolejnym Kolumbijczykom po drugiej stronie,
którzy sprzedają ją dziesięć razy drożej.
Ale tylko my możemy przerzucać ich towar,
więc powinniśmy móc zmienić zasady.
Czas podyktować im nasze warunki.
W końcu zjawił się facet, na którego czekałem
i o którym tyle słyszałem.
W porządku.
A ta karta przetargowa?
Jak ma działać?
Zmusimy ich, by płacili koką. I zajmiemy się detalem.
Nie mówiłem ci? To geniusz.
Dlaczego mieliby się zgodzić?
Nie będzie wyjścia. Félix będzie miał monopol.
Jak będą chcieli negocjować,
w porządku, proszę bardzo.
Czego zażądamy?
Połowy ładunku.
Zaczniemy sami sprzedawać. Przez naszych ludzi.
Ilu jest Kolumbijczyków w Stanach?
Najwyżej 800 000.
A naszych?
Co najmniej 15 milionów.
Jestem pod wrażeniem.
Myślałem, że cię przejrzałem.
Ale mnie zaskoczyłeś, młody człowieku.
Cieszę się.
Jeszcze jedno.
Masz wielu wrogów.
Rozumiem.
Ale o człowieku nie świadczą jego wrogowie, tylko przyjaciele.
Rodzina.
Jego ludzie.
Od tej pory...
moja rodzina jest twoją.
Wspólnicy?
Potrzebuję kilku tygodni. Moi ludzie muszą usłyszeć to ode mnie.
Ale tak...
wspólnicy.
Świetnie, co?
Załatwione.
Z drogi, śledzie, gościu jedzie.
Niech żyje miłość, skurczybyki.
WITAJ W DOMU
Fajny ten napis, brachu.
Dzięki.
Sam zrobiłem.
Musisz tego spróbować.
To krak.
Podgrzeję ci.
Przez 18 miesięcy piłem sikacza.
O, nie.
Cześć, moja czarownico.
Witaj w domu, bracie.
To mój koleś, David Barron.
Z San Diego.
W pudle stał za mną murem.
Należy do rodziny.
Witaj w Tijuanie, brachu.
Z San Diego?
- Logan Heights. - Serio?
O, cholera. Weź.
W porządku?
Wiem, że nie skumacie, ale...
powiem wam, jak zła zołza Tony'emu:
„Nie ćpaj brachu swego kraku".
Pieprzona Michelle Pfeiffer.
Człowiek z blizną. Widzieliście?
Człowieka z blizną?
Tony powinien był posłuchać.
Co tu, kurna, robisz?
Tak witasz starą przyjaciółkę?
Chodź, daj buziaka.
- Jak ktoś cię zobaczy... - Spoko, nikt mnie nie widział.
Czego chcesz?
Pogadać o interesach.
Wytrzyj gębę.
Wstawać. Spadajcie.
Dupki.
Co to za jedni?
Banda z Sinaloi.
Śmiecie.
Ramon. Ej, mały.
Jak leci?
- Co tu robicie? - To nasz klub. Należy do nas.
Nie wiedzieliście?
Właściciele?
Dzięki Bogu, stary.
Bałem się, że jest dla gejów.
Mój prezent dotarł?
Przetrzymujecie, skurwiele, nasze wozy cały dzień,
pieprzycie nam interes,
a potem nam tu bluzgacie
w dniu, kiedy mój brat wyszedł z paki? Co jest, kurna?
Cicho.
Stulcie pyski.
Przepraszamy. Nie wiedzieliśmy.
Masz rację.
Zdrowie twojej rodziny, brata i za jego odzyskaną wolność.
Przykro mi za tę świnię. To był żart.
Możesz ją odesłać.
Zastrzeliłem ją.
Nie znasz się na żartach.
Niektórych psów nie powinno się spuszczać z łańcucha.
Zdrowie, mały.
W porządku?
Założyłem im smycz.
- W porządku? - Tak.
Jaki problem? Bawmy się.
Mam trochę koki do upłynnienia.
Przez twoją plazę.
Pogadaj z Miguelem.
To taka niewielka ilość,
że Félix nie musi wiedzieć.
Poza tym wolałabym zapłacić za to tobie,
niż komuś, kto...
mi nie ufa.
Chyba że się boisz.
Ponoć urządził imprezę urodzinową.
Mnie nie zaprosił.
A was wszystkich zmusił do udziału.
Jak chłopów.
Brachu, musisz chyba zejść na dół.
Félix nie sprzątnął mnie za ten ruch przeciw niemu,
bo mnie potrzebuje.
A ciebie nie sprzątnął dlatego...
że dla niego nic nie znaczysz.
Udam, że nie było tej rozmowy.
Wiesz, gdzie wyjście.
Wyjdź niezauważona.
Przynieść nosze.
Mamy dla ciebie prezent.
Toast za twoją rodzinę.
Za więzy krwi i te, które nas łączą.
Zdrowie.
I za Francisca Arellana Félixa,
który obciągnął najwięcej lach
w historii kalifornijskich więzień!
Co jest?
Skurwiel!
Witaj z powrotem, szefie.
Dobrze poszło?
I owszem. Nawet bardzo.
To dobrze.
Señora już jadła?
Zabrała Amalię do Cuernavaki do przyjaciół.
Dobrze.
Mam coś przynieść?
Nie, dziękuję.
Dobrze. Dobranoc.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.