Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
WYSTEPUJACE W FILMIE POSTACI SA FIKCYJNE
PODOBIENSTWO_ Z OSOBAMI ZYJACYMI, LUB JUZ NIEZYJACYMI
JEST PRZYPADKOWE
WIDMO WOLNOSCI
FILM W REZYSERII LUISA BUNUELA
AKCJA FILMU ROZPOCZYNA SIE W TOLEDO, W ROKU 1808,
PODCZAS OKUPACJI MIASTA PRZEZ WOJSKA NAPOLEONSKIE.
FILM POWSTAL NA MOTYWACH OPOWIESCI GUSTAVO BECQUERA,
ROMANTYCZNEGO POETY HISZPANSKIEGO.
WYSTEPUJA
SCENARIUSZ
ZDJECIA
Pluton, stoj!
W prawo zwrot!
Ustawi¢ wiezniéw przy $cianie.
Pierwszy szereg, zaja¢ pozycje.
Pluton, cel!
- Niech zyjg kajdany! - Smier¢ zabojadom!
Ognia!
Pierwszy szereg, zaja¢ pozycje.
Pluton, cel!
Ognia!
Jestem gltodny.
Mimo zadanej mu rany, kapitan
postanowif zemsci¢ sie na rycerzu.
ZaloZyt sie z oficerami,
Ze przeniesie do swojego #6zka
szczagtki Dony Elwiry.
Nic go nie mogfo odwies¢ od tej decyzji.
Pewnej nocy wykonat swoj makabryczny zamyst.
Niepojeta dion $mierci
uszanowata ciato zmarlej,
ktora zachowata swieZosc,
delikatnosé I jedrnosc platkoéw rézy.
LeZata pod plyta nagrobnag,
posrod odrazajgcych parafernaliow... Co to jest?
- Co? - Parafernalia.
- Jakie$ pachnace ziota? - Nie.
- Rézaniec? - Tez nie.
WV jezyku prawniczym oznacza osobisty majatek zony.
Ale w jezyku angielskim
ma duzo szersze znaczenie.
Okresla réznego rodzaju wyposazenie, utensylia,
akcesoria, sprzet wedkarski, czy przyrzady krawieckie.
- Gdzie bytyscie? - Przejezdzatysmy przez most.
- Jedziemy na zjezdzalnie. - Niedtugo wracamy. Przyjdziemy po was.
Wspaniaty zjazd.
Chyba cie znam. Jak ci ha imie? - Veronique.
- Aty? - Valerie.
Alez, oczywiscie.
Poniewaz jeste$cie bardzo mite,
dam wam piekny prezent. Chodzcie ze mng.
Nie mozemy, tam sg nasze rowery.
No to chodzmy.
Ateraz...
pokaze wam bardzo tadne obrazki.
Tylko nikomu ich nie pokazujcie.
Musicie obieca¢, jesli je chcecie mie¢.
Patrzcie.
To dla ciebie.
Pokaz je swoim kolezankom,
Ale nie dorostym. Pamigtaj.
Mam dos¢ tej symetrii.
Harry?
Juz wrécitas?
Co ty méwisz, nigdzie nie wychodzitam.
Zle sie czujesz?
Sam nie wiem. Jestem podenerwowany, zmeczony...
To prawda. Zauwazytam to jakis czas temu.
Skoro Veronique ma wakacje, moze pojedziemy
na tydzien nad morze.
Dzien dobry, mamo.
Patrz, co dostatam. Dzien dobry, tato.
Weczoraj minetam cie na ulicy.
Nie poznate$ mnie.
Ostatnio zle sypiam. Nie mowitem ci o tym, ale czasem
nie moge zmruzyé oka.
Powinienes zrobi¢ sobie "check-up".
Dlaczego check-up? Mozna to powiedzie¢ po francusku.
Badania kontrolne.
To za diugie. Badania kontrolne.
- Check-up méwi sie szybciej. - Nic cie nie goni.
Chodz tu.
- Skad to masz? - Dat mi je jaki$ mity pan.
Pozwalasz jej rozmawia¢ z byle kim?
Nic nie widziatam. Skad mogtam wiedzie¢?
Ten pan byt mity. Poczestowat nas cukierkami.
- Tak, cukierkami. - Przeciez cig ostrzegatam.
Jesli jeszcze raz wezZzmiesz cos od nieznajomego...
Uwazaj!
- Daj jej podwieczorek. - Tak, prosze pani.
- Co za wstyd. - Pokaz.
- Wyobrazasz sobie? - To obrzydliwe, ale co zrobi¢?
Nie wiem, co robi¢. Nie moge wszedzie za nig chodzic.
Popatrz.
Pamietasz? To byto w Mediolanie.
U twoich rodzicow.
Bylismy jeszcze za miodzi.
Ale byto cudownie!
Aty nie chciatfas...
Veronique moze nas ustysze¢.
Nieprawdopodobne!
Odrazajgce.
- Obrzydliwe. - No céz, takie nastaty czasy.
To jeszcze ujdzie.
Ale to jest obsceniczne.
To moze podobac sie Arabom, ale nie mnie.
- To juz przesada! - Pokaz.
- A po co? - Dlaczego nie?
- Nie. - Chce zobaczy¢!
Masz racje to zbyt duza przesada.
- Zawofaj stuzaca! - Dobrze.
Tak, prosze pani.
Nie zjem dzi$ kolacji. Péjde wczesnie spac.
Powinienes I$¢ do lekarza. Nalegam.
Mozesz je zatrzyma¢é
Moge wymieni¢ je na obrazki z pajgkami?
Jesli cheesz...
Czego pani sobie zyczy?
Po tym, co sie stafo, powinnas$ opusci¢ dom.
Ale to nie moja wina.
Bez dyskusji. Rozlicz sie Z mojg zong I odejdz.
Przykro mi, ale nic na to nie poradze.
Oczywiscie, mozesz zostac do jutra.
Rozliczmy sie.
- To jest argyroneta. - Bardzo dobrze kochanie.
A tego narysowatam sama. To tarantula wtoska.
Nie, kochanie to jest ptasznik.
Szkoda, ze nie wystepuje we Francji.
Helene.
Wystarczy.
Zupetnie wystarczy.
Prosze wybaczyé¢, panie Foucauld, ale
to nie moja specjalnosé. Tracimy tylko czas.
Wigc co mam robi¢?
Z fizjologicznego punktu widzenia nic panu nie dolega.
O snach moze pan opowiadaé¢ psychoanalitykowi.
Bedzie pana stuchat miesigcami, latami...
To nie byt sen! Mam list, ktéry dat mi listonosz.
- Prosze. - List?
- Doktorze? - Tak?
- Prosze na chwile. - Nie mozna z tym zaczekaé?
To dos¢ pilne.
Przepraszam.
Moj ojciec jest bardzo chory.
Co mu jest?
Miat dwa ataki. Jest stary. Chce go odwiedzi¢.
Szkoda. Mamy mnéstwo pracy.
Dtugo pani nie bedzie?
Dzien, dwa. Wréce jak najszybciej.
- Prosze jechac. - Dzigkuje.
To zrozumiate.
- Nie widziata pani lisow? - Liséw?
- Nie. - Nie przechodzity przez droge?
Nic nie widziatam.
Moéwitem, ze tu nie ma I nie byto zadnych liséw.
To byta pewna informacja. Moze to przez te burze...
Po 50 km sam pan zobaczy. - Stracilismy duzo czasu. W droge.
- Jedzie pani w kierunku Argenton? - Tak.
Chyba osuneta sie ziemia.
W drodze moze by¢ wyrwa. Dobranoc pani I dziekuje.
W droge!
- Dobry wieczor. - Moge zatelefonowac?
Pow6dz uszkodzita linie.
Co tu robi¢? Ma pan wolny pokéj?
- Od frontu? - Obojetne. Musze wczesnie wyjechaé.
- Zje pani kolacje? - Prosze szklanke mleka I jakis owoc.
Chwileczke. Tymczasem, prosze si¢ wysuszyc¢.
- Dobry wieczor. - Dobry wieczoér, pani.
Straszna pogoda!
Podobno droga do Argenton jest odcieta.
Prosze usigsc¢.
- My tez utknelismy. - Jest pani stad?
Mam tu rodzine. A wy?
Jestesmy z klasztoru $w. Jozefa.
Bytam tam kilka razy z ojcem.
Jade do niego. Jest bardzo chory. Nie wiem, czy jeszcze zyje.
Co mu jest?
- Bardzo sie boje. - Serce?
To choroba naszych czaséw.
Stres, nerwy, podréze.
Ojciec ma gospodarstwo, nigdzie nie wyjezdza.
Nie czyta gazet, nie ma telefonu.
Gdyby ludzie modlili sie do Swietego Jozefa
I poswiecali pét godziny dziennie na medytacje...
-...wszedzie panowatby pokoj. - Z pewnoscia.
Kiedy tylko pani chce.
- Dobranoc. - Dobranoc, pani.
Prosze za mna.
Przepraszam.
Dam pani koc. Jest wilgo¢.
Spie przy zamknietych oknach. Jest ciepta woda?
- Tak. Mam panig obudzi¢? - Nie trzeba.
W takim razie, dobranoc.
Kto tam?
Ojciec Gabriel. Chce Z panig pomowic.
Chwileczke?
Dobry wieczér. Pozwoli pani.
- Wie pani, co to jest? - Tak. Wizerunek.
Cudowny wizerunek $w. Jézefa.
Czasem nieoczekiwanie dziata na chorych.
- Naprawde? - Myslatem o pani ojcu.
Czasem wiara triumfuje tam, gdzie zawodzi nauka.
Wilasnie wracamy od markizy de la Pomarede.
Przedwczoraj byta w ztym stanie. Przynieslismy jej wizerunek
I modlilismy sie.
A dzis$ rano, gdy opuszczalismy zamek...
- Wyzdrowiata? - Poczuta sie lepiej.
Gra pani w karty?
Czasami, gdy jestem sama
-...uktadam pasjansa. - Ja tez. Dziata odprezajaco.
To z pewnoscig moi bracia.
Dobry wieczér.
A teraz, jesli pani pozwoli,
pomodlimy sie za pani ojca.
Nie wiem jak mam dziekowag, jestem bardzo wzruszona.
Chce pani rézaniec?
Tak, dziekuje.
Wimig Ojca I Syna I Ducha Swigtego, amen.
Pochylmy si¢ nad tajemnica bolesci,
zwilaszcza nad meka Jezusa w ogrodzie Oliwnym.
Ojcze Nasz, ktorys jest w
Zdrowas Mario, faski$ petna, Pan z tobg...
- Wechodze. - Podbijam do 10.
- Pas. - Wechodze. Dodaje szkaplerz.
Zaczynam.
-Lie kart? - Dwie.
- Rozdane. - Dwie.
- Dziewice 10, a Naj$wietsze Serca 257 - Tak. Szkaplerze po 50.
Otwieram Dziewica.
- Sprawdzam. - Jatez.
Sprawdzam.
Ful. Walety I 6semki.
Pani ojciec mieszkat w koloniach, tak?
Nigdy stad nie wyjezdzat. Dlaczego?
- Nie wazne. - Licytujmy!
Alez byta figlarna.
Kto?
Odwiedzata nas pewna pobozna dama. Jej maz byt zotnierzem.
- I co?-A nic.
Bracie Gabrielu.
Nie powiedziatem nic takiego.
To pewnie goscie, na ktérych czekam. Prosze wybaczy¢.
- Co jest wyzsze, sekwens czy trojka? - Sekwens.
No to jeszcze 10.
- Pokéj gotowy? - Tak. Spodoba sie panstwu.
Okna wychodzg na gory. Tu jest spokojnie.
Jest juz pébzno, ale moze panstwo cos zjedzg?
Nie, dziekuje. Pani jest zmeczona. Chcemy odpoczaé.
Whie$ bagaze.
Chodz.
O ktorej podac¢ $niadanie?
Dziekuje, zejdziemy na dét.
Niczego panstwu nie trzeba? Moze wody mineralnej?
Nie, dziekuje.
Dobranoc.
Alea iacta est.
- Co to znaczy? - Ze jest cudownie.
Usigdz przy mnie. Chodz.
- Zmuszasz mnie do takich rzeczy. - Nie boj sie.
Styszata$, to spokojne miejsce.
- Za spokojne. - Usigdz.
Zdejmij okulary.
Co ci jest? Tak sie cieszytas, ze tu przyjedziemy.
- Nie powinnam cig stuchaé. - Diugo czekatem na te chwile.
Btagam cig, Francois, odwiez mnie do domu.
- Wigc po co tu przyjechatas? - Bo nie umiem ci odmoéwic.
Nareszcie jeste§my sami. Bez mojej matki, braci I siostr.
Juz nie mogtem znie$§¢ tych ciagtych ktamstw,
-...zeby tylko by¢ przy tobie. - Jatez.
Ale, jak tu obej$¢ bez ktamstw?
Usigdz tutaj.
Chodz.
Cate zycie czutem cie przy sobie.
Twojg obecno$é¢, zapach perfum.
Gdy bytes maty, czesto bratam cie na kolana.
Kiedy mysle o kobiecie, zawsze widze ciebie.
Ze wszystkich moich siostrzefcow,
ciebie kochatam najbardziej.
Pamietasz Wielki Czwartek?
Siedzielismy razem w mroku kosciota.
Jedng reka oparta$ na tawce.
A ja delikatnie potozytem na niej swojg dfon I scisngtem.
Twoje palce zacisnety si¢ na moich.
Nie $miatam w to uwierzyé¢. Odczekatam chwile
I popatrzytam na ciebie.
Spojrzate$ na mnie I pochylite$ si¢ w mojg strone.
To byt nasz pierwszy pocatunek.
Nie moglismy postapi¢ inaczej.
Nie!
Nie dotkne cie. Jest cos, czego pragne najbardziej na swiecie.
- Co? - Chce cie widzie¢ nago.
- To niemozliwe. - Bo nigdzie stad nie wyjde.
Nie moge. Zaden mezczyzna nie widziat mnie nago,
ani mnie nie dotknat.
Zdejmij ubranie!
Jesli odmoéwisz, wiesz do czego jestem zdolny.
Cholera!
Rozbierz sie!
- Obiecaj, ze mnie nie dotkniesz. - Dobrze.
Zamknij drzwi na klucz.
Odwré¢ sie.
Nie panuje nad tym. Nie moge.
- Przeciez powiedziatas! - Nic nie powiedziatam!
Co cie opetato? Przestan!
- Nie dotkniesz mnie. Przyrzekasz? - Przyrzekam.
Odwré¢ sie.
Co pomysla sobie w domu?
Beda na nas czekac.
Znasz swojg matke. Zawsze gotowa sie martwic.
Gorzej, gdy pomysla, ze mieli$my wypadek.
Telefony nie dziatajg.
Trudno. Zobaczymy.
- Skohczytas? - Mozesz sig¢ odwrocic.
Litosci, Francois!
Nie boj sie. Pozwél...
- Przyrzektes. - Tak.
Zaczekaj chwile.
Teraz lepiej?
- Nie. - Jak to?
Pu$¢ mnie, bo bede krzycze¢! Na pomoc!
Przepraszam.
Poswiece pan...
Gdy zapalamy $wiece, prad wraca. Schodzi pan?
- Tak, napi¢ sie czegos. - Bar zamkniety.
Ale zapraszam do siebie. Wiasnie mieli$my napic¢ sie porto.
- Nie, dziekuje bardzo. - Tylko na chwile. Prosze!
Chodzmy.
Prosze wej$¢.
Pozwél, ze ci przedstawie pana...
- Francois de Richemont. - Panna Rosenblum.
Bardzo mi mito.
- Mnie réwniez. - Jean Bermans.
Prosze usigsc¢.
- Jest pan Paryzaninem? - Tak. Panstwo tez?
Nie, jestem kapelusznikiem z Nimes. A to moja wspotpracownica.
Pan tez pracuje w handlu?
- Nie, jeszcze si¢ ucze. - Co pan studiuje?
- W tym roku zdaje mature. - Szczesciarz z panal!
Mam cudowne wspomnienia z czaso6w szkolnych.
Gdybym moégt studiowac... Ale w Ostendzie...
Jest pan tu sam?
Nie, jestem...
Z matka.
Moze pani de Richemont przytaczy sie do nas?
Nie sadze. Zle sie czuje.
Chwileczke.
Przepraszam. Ustyszatam rozmowe. Szukam zapatek.
Prosze usig$¢ z nami na chwile.
Ale... jestem z czterema panami.
Z czterema?
Moze takze ich zaprosimy tutaj?
Bytoby nam bardzo mito.
- Gdzie jest pani pokéj? - Ale...
Chodzmy.
- Ktére drzwi? - Tamte.
Nie méwita pani, ze panowie sa...
Ale nie szkodzi. Przeciwnie...
Jean Bermans. Zechca panowie przyjaé zaproszenie
na kieliszek porto w moim pokoju.
- W panskim pokoju? - Mito nam, ale...
- Sprawicie mi tym przyjemnos¢. - Jest p6zno, mielismy I$¢ spac.
Uczcijmy przypadek, dzieki ktéremu sie spotkalismy.
- Co uczci¢? - Przypadek.
Bardzo prosze. Chodzmy.
Tedy, prosze.
A pani? Prosze.
Prosze.
- Jestescie dominikanami? - Karmelitami.
Cate szczescie.
Patrz Edith, co za mite spotkanie. To panna Rosenblum.
Bardzo mi mito.
Edith, nalej nam porto.
Prosze mi poméc, panie de Richemont?
Ciasno tu, ale céz...
- Kochamy takie improwizacje. - Dzigkuje.
Czuje, ze mito spedzimy czas,
-...jesli nie macie nic na przeciwko. - Mozna na chwile?
Czy my sie skads nie znamy?-Nie sgdze. - Mieszkat pan kiedy$s w Kongo?
- W Kongo? - Belgijskim.
- Nie znam Afryki. Dlaczego? - Nie wazne.
- Chyba sig¢ przejasnia. - Na szczescie.
Lubie Afryke.
Moj $w. Krzysztof w ogéle mi nie pomaga.
- To naturalne. - Jak to?
Bo juz nie jest $wietym. Podobnie sw. Jerzy...
Co do $wietoséci, kosciot stat sie rygorystyczny.
To nie ostabia wiary?
Przeciwnie, taki rygor umacnia ja.
Swieto$é nie jest juz ozdoba.
Pewnie styszata pani o Savonaroli?
- Byt dominikaninem? - Tak. I to jakim!
Zostat osadzony I skazany jako heretyk.
Dzi$ jest zrehabilitowany.
Moze wkrétce bedziemy sie do niego modli¢.
A inni $wieci znikng?
Tak. Sw. Teresa z Lisieux...
Sw. Teresa? Czy to mozliwe?
Po Rzymie kraza rézne plotki, ale...
kiedy zostata poczeta,
jej rodzice cierpieli na chorobe dziedziczng.
Dotkneta réowniez jej liczne rodzenstwo.
Czym bedzie wspaniata bazylika?
Zwyczajnym kosciotem.
A co z Maryja Dziewica z Lourdes?
O, nie. W Lisieux nie byto prawdziwego cudu. W Lourdes...
Bij, stara zdziro!
Mocniej! Jeszcze! Dobrze!
Mochniej! Tak!
Jestem wieprzem! Szmata!
Bij, brudny babsztylu!
Jestem zgnitkiem.
Jestem tredowaty.
Jeszcze! Zaczekajcie! Nie wychodzcie!
Niech przynajmniej mnisi zostang. Bij!
Zajme sie nim. Dziekujemy za goscine.
Lubi dostawaé¢ lanie, to mu zaraz przyleje.
Spokojnie, bracie.
Trzeba odpoczac.
Chodz.
Co tylko chcesz.
- Wstata pani pierwsza. - Telefon dziata?
Nie, ale droga do Argenton jest wolna.
- Prosze rachunek. - Oczywiscie.
Przepraszam, jedzie pani do Argenton?
Moze mnie pani podwiez¢? Autobus bedzie za dwie godziny.
- Z przyjemnoscia. - Dzigkuje.
Prosze.
- Zatrzyma pani rachunek? - Nie.
Pani pozwoli.
- Powiem, gdzie si¢ zatrzymac. - Oczywiscie.
Uwaga! Juz jest!
Uwagal! Przyjechat! Siadajcie!
Bacznosé!
Siadajcie, panowie!
PULKOWNIK JEST ROGACZEM, A KAPITAN PEDALEM.
Kto to napisat?
Powtarzam, kto to napisat?
Nie chcecie powiedzie¢?
A wiec sporzadze raport.
To niebywate!
Zachowujecie sie jak dzieci.
Duval, prosze to zetrze¢. Zamknijcie drzwi.
Na poprzednich zajeciach omawialismy...
pojecie prawa
I wystepku.
Zauwazylismy, ze prawo
ma na celu utrzymanie porzadku spotecznego.
Oczywiscie, prawa bywaja rézne
I zalezg od kraju lub epoki.
W rzeczywistosci, sg tylko konwencjami.
Podobnie jest ze zwyczajami I moralnoscia.
Wezmy taka poligamie.
- Poligamia... - Grupa trzecia na strzelnice!
Jak moéwitem,
zwyczaje podlegajg zmianie...
jak prawo.
Tak wiec,
poligamia...
u niektérych ludéw stanowi regute,
a u nas jest zabroniona.
Informacje na ten temat znajdziecie...
w pismach Margaret Mead. Prosze zanotowaé: Mead.
Jest w nich mowa o praktykach seksualnych na Melanezji.
Ksigzki te...
O, nie! Nie bede zaczynat wyktadu dla spéznialskich.
Moéwitem o dzietach Margaret Mead...
Na temat praktyk seksualnych na Melanezji.
Otéz w jej pismach...
Wypadek na drodze 767.
Przy takiej cyrkulacji, zapomniatem, o czym moéwitem.
Moéwitem, ze te ksigzki sg
w waszej koszarowej bibliotece.
Pomoga wam u$wiadomi¢ sobie
wzglednos$¢ obyczajow I, co za tym idzie, prawa.
Jezeli poréwnamy ze sobg
dwie kultury, wszystko zalezy do punktu widzenia.
Zawsze bedziemy dla kogo$ barbarzyn- cami. Jesli za$ chodzi o wzglednosé
zwyczajow I prawa...
Alarm! Gazownia wyleciata w powietrze!
Nie idzie pan z nimi?
- Zabezpieczam tyty na tytach tytow. - Co?
Tyty na tytach tytow.
Acha. A pan?
No... ja tez.
No, dobrze.
Tyle razy mi przerwano,
Zze sie pogubitem.
Juz wiem.
Sadze. ze to, co wyjasnitem...
pozwoli wam lepiej zrozumieé wzglednosé
zwyczajow I praw.
Wiecie, ze czesto zachodzi potrzeba
zZmiany prawa.
Wiele tez moéwi si¢ o ewoluciji,
ktéra powoduje zmiany w obyczajowosci.
Chodz, zobacz.
ROBOTNICY BIJA NA ALARM.
Bacznosé!
Prosze, putkowniku.
Styszatem, ze klasa jest dzi$ troche nerwowa..
Przekonamy sie.
Siadajcie!
Prosze kontynuowac.
Tak wiec, wiele sie mowi 0 zmianie obyczajow.
Niektérzy nawotujg do wszechogarniajgcej rewolty.
Ale konsekwencje takiego obalenia porzadku
mogtyby by¢ nie do przyjecia, wrecz potworne.
Oto jeden z wielu przyktadow.
Zostalismy z zong zaproszeni do przyjaciot...
Juz sie niepokoilismy. - Byt ttok na drodze.Mielis$my zaczyna¢.
- Trzeba bylo. - Prosze nie zartowac.
Witaj, Sophie. Jak sie masz, kochanie?
Ale urostas! W szkole wszystko dobrze?
Znacie panstwo panig Calmette?
Witam panig.
Mito mi.
Tedy, prosze.
Chwileczke.
Pani Calmette
usigdzie tutaj.
Elizabeth tutaj. A pan, po mojej prawej stronie.
Jean miedzy panig Calmette I Elizabeth.
A ty Sophie, po mojej lewej stronie.
Usigdzmy, prosze.
Przedwczoraj bylismy na Tristanie I Izoldzie.
-17? - Cos wspaniatego!
Carlotta Igliggi byta porywajgca! Co za glos I ekspresja!
Szkoda, ze troche utyta.
- Papierosa? - Nie, dziekuje.
- Chetnie.
- Jak podr6z do Hiszpanii? - Bardzo ciekawa, ale...
- Ale... - Musielismy wczes$niej wrocic.
Rano, na ulicach Madrytu unosi sie odor,
prosze wybaczy¢, potraw.
Cos nieprzyzwoitego!
Co sie stanie za 20 lat, jesli utrzyma sie tak wysoki
wskaznik przyrostu naturalnego? Oto pytanie.
Do czego pan zmierza?
Wiecie, ile toksycznych substancji
codziennie wrzucamy do rzek?
Insektycydy, detergenty, odpady przemystowe...
- Nie zapominajac o odchodach. - Oczywiscie.
To bardzo proste, dzi$ jest nas okoto 4 miliardéw.
Za 20 lat bedzie nas 7 miliardéw.
7 miliardow?
Lie cztowiek moze wydali¢ odchodéw dziennie?
Nie wiem. Cwier¢ kilograma?
Duzo wiecej! Mocz jest ciezszy od wody.
Cztowiek wydala jakies 1,5 kg.
Pomnozone przez 4 miliardy daje
6 miliardéw kg dziennie.
- A za 20 lat, 10 miliardéw. -10 min ton ekskrementéw?
- Doktadnie. - Do diabfa!
To niepokojace.
Lie ton pan powiedziat?
Ponad 10 min ton dziennie.
I sg to odpady bardzo toksyczne,
z uwagi ha zawarte w nich substancje chemiczne..
Sprébujcie codziennie nasika¢ do akwarium,
a sami si¢ przekonacie.
Mamo jestem gtodna!
Nie uzywa sie takich stéw przy stole.
Prosze wybaczyé¢ na chwile -
- Gdzie jest jadalnia? - Ostatnie drzwi na prawo.
Zajete.
Przepraszam.
O co chodzi?
Panie putkowniku o 11:00 zaczynamy stuzbe.
Mozecie I$¢.
Prosze prawo jazdy I dowod rejestracyjny.
Nie widziat pan ograniczenia szybkosci?
- Jechatem szes$édziesigtka. - Naprawde?
- A pas bezpieczenstwa? - Wiem. Nie pomyslatem.
- Widziat pan, jakie sg opony? - Nie.
Naraza pan zycie nie tylko swoje,
ale tez innych kierowcow!
Spiesze si¢. Mam wizyte u lekarza w Paryzu.
Kpi pan sobie?
Ma pan szczescie, ze nie skonfiskuje samochodu.
- Richard! Jak sie pan czuje? - Ani lepiej ani gorzej.
- A co u zony I corki? - Dzigkuje, dobrze.
Musicie wpas¢ do nas na kolacje.
- Dzigkuje, z przyjemnosciag. - Prosze.
Prosze usigsc¢.
- Ma pan wyniki? - Tak.
Popatrzmy.
Glukoza 130, cholesterol w porzadku.
Kwas moczowy... Mocznik... tez.
Bardzo dobrze.
Panskie wyniki sg lepsze od moich.
Zobaczmy elektrokardiogram.
Powiedzmy, ze... w normie.
- Duzo pan pali? - Paczke dziennie.
Za duzo.
Do tego nerwowy tryb zycia.
Za 3, 4 lata czeka pana wozek inwalidzki.
Zobaczmy roentgen.
Ta cze$¢ jest czysta. Widzi pan?
Jest mata plamka.
Dla pewnosci prosze powtorzy¢ przeswietlenie
- A te jasne miejsca? - To nic takiego.
Catherine widziata sie z panhska zonga.
Podobno jedziecie nad morze?
Jesli bede sie Zle czut, zostaniemy w Paryzu.
No, dobrze.
1 co?
Jeszcze jedno.
Chciatbym zrobi¢ mate nacigcie.
Zwyczajna ciekawo$¢ zawodowa.
Duze?
- To bedzie operacja? - Chce cos zobaczy¢.
Kiedy?
Jak tylko bedzie pan miat czas?
Moze pan jutro?
Jutro? To takie pilne?
WV takich sprawach trzeba dziata¢ szybko.
Co mi jest?
Panski wybor.
Ale chciatbym to zobaczyé.
Pierre, nie jestem dzieckiem.
Jesli to cos powaznego, prosze mi powiedzie¢.
Lubie takich pacjentow.
Ma pan neoplazje.
No tak.
Co to takiego?
Nadmierna proliferacja komérek.
Albo rak, jesli pan woli.
Co?
Ma pan raka watroby.
Ja? Raka?
W dos$¢ zaawansowanym stadium.
Ale dzisiaj...
takie rzeczy...
Moze papierosa?
- Co powiedziat doktor Pasolini? - Nic mi nie jest.
To dobrze. Jestem spokojniejsza.
Troche si¢ batam.
- Zapisat ci lekarstwa? - Nie.
- Nie ma Aliette? - O tej porze jest w szkole.
Tak, to ja.
Co takiego?
Kiedy? Jak?
To niemozliwe!
Dobrze, juz jedziemy.
- Co sig stato? - Aliette znikneta.
- Co? - Nie ma jej w szkole.
Na pewno si¢ wyjasni. Opiekunka jg odprowadzita?
Tak, ale gdy wrécita, nic nie powiedziata.
Brigitte!
Prosze powiedzie¢, co sie stato?
Nie wiem I nie rozumiem.
- Na pewno znikneta? - Nie wiem.
Najdziwniejsze, ze tak jak inne dzieci,
byta pod opiekg nauczycielki, albo mojg.
Caly czas tu byta.
Zaraz to panstwu udowodnie.
...zobaczymy go...
gdy wréci.
Panstwo Legendre sg rodzicami Aliette.
Bardzo mi mito.
Gdy weszly do klasy nauczycielka policzyta je.
Byty 22 dziewczynki. Jak co dzien.
Po pieciu minutach zorientowata sig,
ze nie ma Aliette.
Natychmiast mnie powiadomita.
- Moze uciekta? - Niemozliwe.
Wozny twierdzi, ze nikt nie opuscit szkoty.
Cos takiego! Wiec nie ma odpowiedzialnych?
Siadajcie.
Ja tez je policzytam.
Wzigtam liste obecnosci I wywotywatam po nazwisku.
Nie mam zaufania do tej szkoty.
- Mamo! - Cicho. Czego chcesz?
- Jestem tu.
Nie odzywaj sig, gdy moéwi pani dyrektor. Rozumiesz?
Wracaj na miejsce.
Ma pan neoplazje.
No tak.
Co to takiego?
Nadmierna proliferacja komérek.
Albo rak, jesli pan woli.
Co?
Ma pan raka watroby.
Ja? Raka?
W dos$¢ zaawansowanym stadium.
Ale dzisiaj...
takie rzeczy...
Moze papierosa?
- Co powiedziat doktor Pasolini? - Nic mi nie jest.
To dobrze. Jestem spokojniejsza.
Troche si¢ batam.
- Zapisat ci lekarstwa? - Nie.
- Nie ma Aliette? - O tej porze jest w szkole.
Tak, to ja.
Co takiego?
Kiedy? Jak?
To niemozliwe!
Dobrze, juz jedziemy.
- Co sig stato? - Aliette znikneta.
- Co? - Nie ma jej w szkole.
Na pewno si¢ wyjasni. Opiekunka jg odprowadzita?
Tak, ale gdy wrécita, nic nie powiedziata.
Brigitte!
Jest!
Widze go!
To on.
Otwarte okno na najwyzszym pietrze. Juz dzwonie.
Sad idzie!
Oskarzony prosze wstac!
Juz, juz.
Oto odpowiedzi na postawione pytania
I wspélnie ustalony werdykt:
Na wszystkie pytania dotyczace winy
I premedytacji oskarzonego, odpowiedz brzmi Tak,
wigkszoscig co najmniej 8 gloséw.
Okolicznosci tagodzace zostaty odrzucone,
wigkszoscig co najmniej 8 gloséw.
Zgodnie z artykutami 295, 296, 297,
302, 304, a takze z artykutem 12 kodeksu karnego,
Sad, na mocy prawa, postanowit
skaza¢ Bernarda Levasseura
na kare $mierci.
Zamykam posiedzenie.
Przepraszam, prosze o autograf?
Proces poety zabojcy trwat 14 miesiecy.
W tym czasie wcigz poszukiwano dziewczynki.
AZ do dnia, w ktorym:...
Panie prefekcie, przyszedt pan Legendre.
Niech wejdzie.
- Panie prefekcie. - Prosze usigsé.
Po tak dtugim czasie pewnie ogarneto pana zwatpienie,
-...ale mam dobre wiesci. - Udato si¢? Niemozliwe.
Tak. Prosze jg wprowadzic.
Prosze usigsc¢.
- Gdzie bytas? Czekatem do 11:00. - Nie mogtam.
- Ale mogtas zadzwonic. - Nie wiedziatam, gdzie jestes.
Nie wiem jak panu dziekowac.
- Byta dobrze traktowana? - Niczego jej nie brakowato, prawda?
- Niczego, doskonale wiesz. - Jak jg znalezliscie?
Oto raport. Przeczytam go panstwu.
To dos¢ banalna historia.
W nocy z 7 na 8 lutego mieszkancoéw Lisieux...
obudzit ogtuszajacy wybuch.
Gdy ratownicy przybyli na miejsce, ze zdumieniem...
Co?
Juz wpét do drugiej?
- Przepraszam. Mam wazne spotkanie. - Alez prosze.
Moja sekretarka dokonczy. Prosze.
Do widzenia I przepraszam.
Raport. W nocy z 7 na 8 lutego
mieszkancoéw Lisieux obudzit ogtuszajgcy wybuch.
Gdy ratownicy przybyli na miejsce, ze zdumieniem...
- Mam zaczeka¢, panie Prefekcie? - Nie, mozecie wracaé.
- Witam, panie prefekcie. - Dzienh dobry George,
- Jeszcze ich nie ma? - Nie, panie prefekcie.
Bylismy uméwieni na 13:30. Prosze
wylaczy¢ te muzyke!
Cztowiek wejdzie do baru I styszy te muzyke w konserwie.
- No, prosze. - Dobrze.
- To co zwykle? - Alez, oczywiscie.
Dzien dobry.
Usiadzie pani przy barze? - Nie, tam.
- Dobrze. - Prosze czerwone porto.
Przepraszam, ze przeszkadzam, ale...
Prosze si¢ nie obawia¢.
- Jestem prefektem policji. - Mito mi.
Pozwoli pani, ze si¢ na chwile przysigde?
- Prosze. - Dzigkuje.
Porto dla pani.
Panu podatem do stolika. Prosze tam zostawié.
- Czesto pani tu przychodzi? - Jestem tu pierwszy raz.
Doznatem wstrzasu, gdy pani tu weszta.
- Moge powiedzie¢, dlaczego? - Prosze.
Dzi$ mija 4 rocznica $mierci mojej siostry.
Bardzo jg kochatem.
Myslatem, ze to ona, tak byta do pani podobna.
Ta sama twarz, ten sam glos, ten sam chéd.
Miata na imie Marguerite.
Mam na imie Estelle.
Pamietam pewne letnie popotudnie...
Byt potworny upat.
- Jeszcze tu jeste$? - Tak.
- A spotkanie o 15:00? - Jest za goraco.
Juz ci méwitam, ze nigdy do niczego nie dojdziesz!
Chyba nie pojade do Tuluzy. Powiem to mamie.
Wpadnie w furie, ale masz racje.
Te rodzinne positki, ciotki, kuzyni...
Co za nuda!
Rozumiem cie.
Co mozna tam robi¢ o 3 po potudniu?
Sieste.
Badz tak mita I zagraj mi rapsodie Brahmsa.
Skoro chcesz...
Nie pojechata do Tuluzy.
Przyszio jej umrzeé kilka dni pézniej.
- Pani tez gra na fortepianie? - Troche.
- Nie jest pani Francuzkg? - Urodzitam sie we Whoszech
- Zapali pani_? - Nie, dziekuje.
- Pozwoli pani. - Na co umarta panska siostra?
- Na niedroznos¢ jelit. - Co to jest?
Cos potwornego. Zwtaszcza agonia.
Wymiotuje si¢ ekskrementami. Przepraszam.
- To straszne. - Potworne.
Musze juz I§¢, ale to spotkanie jest tak niezwykte...
Chwileczke.
...i zaprosi¢ panig na bal do prefektury.
- Z przyjemnoscia. - Panie prefekcie, telefon.
- Marcel si¢ sp6zni? - Nie sadze, panie prefekcie.
- Tylko on wie, ze tu jestem. - Powiedzie¢, ze pana nie ma?
Nie. Prosze zapyta¢, kto dzwoni.
Cztowiek nie ma chwili spokoju!
Da mi pani swoje nazwisko I adres?
To panska siostra, Marguerite.
- Co takiego? - Chce z panem méwié.
Niech si¢ odpieprzy!
Pani wybaczy.
To jaki$ ponury zart.
Moja siostra nie zyje od 4 lat
Panie prefekcie...
Ta osoba nalega.
Chce pana widzie¢ dzi§ w grobowcu.
Klucz jest w szufladzie panskiego biurka.
To prawda.
Prosze zapyta¢,
jaki utwér mi grata pewnego upalnego dnia,
gdy bytem w jej pokoju.
Pan prefekt pyta, jaki utwér grata mu pani
pewnego upalnego dnia, gdy byt w pani pokoju? Rapsodie Brahmsa, panie prefekcie.
Prosze mi to da¢.
Tak to ja. Kim pani jest?
Dzi$ w nocy poznam tajemnice $mierci?
Ale...
- O co chodzi? - Chce wejsé.
- Zamkniete. - Nazywam sie de Richepin.
Tu jest méj rodzinny grobowiec.
- Trzeba mie¢ specjalne zezwolenie.
Jestem prefektem policiji.
Prosze wej$¢. 1$¢ z panem?
Nie trzeba. Prosze tu zosta¢
To on.
Co to znaczy? Prosze mnie puscic.!
- Zabra¢ go.
Nie wiecie z kim macie do czynienia!
- Jestem prefektem policji. - Porozmawiamy na komisariacie.
Puszczajcie!
Stana¢ na bacznosé I podaé numer stuzbowy!!
Tak?
- Panie komisarzu... - Niech wejdzie.
Prosze usigsc¢.
Zostatem potraktowany w sposo6b haniebny.
Nawet nie mogtem zadzwoni¢ do domu.
Tej nocy zatrzymano pana na cmentarzu,
podczas profanowania grobu.
Powiedziat pan jedynie, ze jest prefektem policji
Dobrze pan wie, ze nim jestem.
Nakazuje panu zwréci¢ mi moje rzeczy!
Porozmawiamy o tym w moim biurze.
Oczywiscie.
Moéwilismy o profanacji grobu.
- To byt gréb mojej siostry! - Siostry?
Tak, chciatem sie z nig spotkaé!
Dzwonita do mnie.
Zamknijcie go w celi.
Prosze z prefektem policji. To bardzo pilne.
Pan prefekt?
Przepraszam, ze przeszkadzam, tu komisarz Dupuis.
Zatrzymali$my kogos, kto uwaza si¢ za prefekta policji.
Podaje sie za prefekta? Ciekawe.
Jest do mnie podobny?
Sympatyczny?
Weale, panie prefekcie.
Rozumiem. Prosze go tu przywiez¢.
Panie komisarzu, prefekt czeka.
Jest pan, prosze. Co stychac?
- W porzadku. A u pana? - Dobrze, dzigkuje.
Moze pan odejsc. Dziekuje, komisarzu.
- Chce pan usig$¢ tam? - Nie, tu bedzie dobrze.
W takim razie...
Pan tu, a ja tutaj.
Dwie szkockie prosze.
- Troche pan przytyt. - Pan takze.
Trzeba unikaé oficjalnych kolacji.
I odmawia¢ sobie jedzenia I picia.
- Cigzka sprawa. - Co pan robi dzi$ rano?
- Dzisiaj... - W potudnie jest pan w zoo.
Chyba bedzie rozréba, ale jeste$my przygotowani.
12 wozéw jednostek specjalnych.
Sg rozproszone. Jedni tu, drudzy tam...
Zeby nie sptoszy¢ mtodziezy.
I co wazne, zeby nie dostali sie do klatek.
Zamki zostaty doktadnie sprawdzone.
Jesli zginie kilka zwierzat...
trudno.
Nasi ludzie sg wazniejsi niz zebry.
- Panskie zdrowie. - Zdrowie.
Niech zyja kajdany!
- Zatadowa¢ bron! - Strzela¢ jak do kaczek!
WERSJA POLSKA AUGUSTYN DOBRZANSKI
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.