Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
„Po pocałunku ze złodziejem
przelicz swoje zęby”. - żydowskie przysłowie
Znany rabuś i mistrz ucieczek, Willie Sutton,
spytany raz przez reporterkę, dlaczego okradał banki, odparł:
„Bo są przy forsie”.
Te, palancie!
Miał rację. Forsa leży w bankach.
Ale także w portfelach, pudełkach po butach, słojach na ciastka
i w domach uprzywilejowanych.
Gdyby Sutton dziś żył, nie okradałby banków, tylko bogaczy.
Są nonszalanccy, zadufani i niezbyt czujni.
Wieszają na ścianie parę milionów dolców i spraszają ludzi na popijawę.
- Cześć. - Witam.
Gdzie to postawić?
- Walnij na stos. - Dzięki.
Wiesz, gdzie się schowały chłopaki?
- Przy fortepianie. - To się zgadza.
- Mogę prosić o kieliszek? - Weź ten.
Zdrowie.
Wnukowi też się podoba. Uczę go sztuczek magicznych.
Zdaniem żony to znęcanie się.
Złap w dwa palce i lekko szarpnij.
Brawo, poluzowałaś.
Teraz weź supeł...
włóż go do ręki temu jegomościowi i się sobie przedstawcie.
O tobie mowa.
- Cześć. Marguerite. - Russell.
Weź to.
Dzięki. Daj lewą rękę, a ty - włóż tu supeł.
- I zakrywam? - Znakomicie. Patrz teraz.
Otwórz dłoń.
Uwielbiam to. Poproszę.
Obłęd. Trzymaj.
- To prawdziwe imię? - Pewnie.
- Serio? - Nie.
To co cię tu dziś sprowadza?
Jestem amatorem poezji. A ty?
- To moje ulubione medium. - Tak? A konkretniej?
Epika, auto-referencyjna, limeryki, haiku, wiersze białe...
Slamy?
- To jej absolutny szczyt. - Jasne.
Ale na serio, co tu robisz?
Jestem rzeczoznawcą.
I co to ma niby znaczyć?
Kurna olek, zadziałało.
Trochę za mocno się naprułem.
- Nie może być. - Pierdol się, Michael.
Jak wiemy, Michael wydał nowy tomik poezji.
Jakie skromne oklaski dla poety, rozkosznie.
Zapraszam wszystkich, by wzięli swoje trunki
i przeszli ze mną nad basen. Może Michael poczyta nam swoje wierszyki.
Wolnego. Jeden. Góra jeden.
Dwa wiersze!
Jeden, mówię! Słyszeli wszyscy?
Skoczę po dolewkę. Też chcesz?
Jasne, co tam. Będę na dworze.
Dobra. Tak jak uzgodniliśmy, odczytam teraz jeden wiersz.
Chyba raczej dwa!
Dwa, jeśli ktoś uciszy tego dupka.
Ręce do góry!
Wpadłem.
- Bach! - O mały włos.
Co pan robi?
Ktoś zalał winem dywan. Wynoszę go do pralni.
Gdzie tatusiowie?
Tatusiowie... są o, tam, nad basenem. Zabrać cię do nich?
- Tak. - Dobra.
Ile masz lat? Pewnie sześć.
- Cztery. - Cztery?
Aleś ty mądra. Chodźmy do nich.
- Zrobisz coś dla mnie? - Dobrze.
Super. Chodź.
Facet kazał to pani dać.
- Który? - Tamten.
- Dzięki. - Proszę.
- Co pan niesie? - Spytaj raczej, kogo.
- Daj kluczyki do tego z prawej! - Się robi!
- Dzięki. - Nie ma sprawy.
JETSI WYGRALI
ZŁODZIEJ I OSZUSTKA
Dziękuję za szybkie przybycie. Od razu przejdę do rzeczy.
Przestaliśmy już za nim nadążać.
Jasne, rozumiem.
Musimy brać pod uwagę dobro ogółu. Jesteśmy małą grupką.
I choć wszyscy szczerze uwielbiamy Raymonda, jest...
trudny w obejściu. Z pewnością pan rozumie.
Tak, oczywiście.
Opisałaby pani, jak się zachowuje i co robi?
Tak, ale najpierw wręczę panu jego papiery i rysunki.
Resztę ma chyba przy sobie.
Jasne.
- To przez prostytutki. - Słucham?
Przekupuje ochronę, zbiera lit, Adderall i Zolepam
i następnie wymienia je u prostytutek na barbiturany.
Aha... Prostytutki?
W domu opieki pracują ochotnicy. Staramy się jak możemy, ale...
- To środek miasta. - No jasne.
Przykro mi. Świetnie się odnalazł wśród tych biednych ludzi, ale...
to zbyt groźne.
Pański brat na pewno da sobie radę.
- Powiedzieć ci dowcip? - Chuj, co mi tam.
Wychodzi Irlandczyk z baru.
Suchar.
Tu wysiadam.
- Trzymaj się. - Ty też.
- Zjadłbyś coś. - No.
- Słyszałeś o tacie? - No.
Musiałem go pochować.
Do dupy.
A może tak... minuta ciszy?
- Spoko. - Dobra?
Ile będzie takich minut?
- Co z tobą? - Nic. To była minuta.
Ja się żegnam z ojcem.
Coś się stało? Gniewasz się?
- Martwisz? Nie trzeba. - Nie martwię.
- Umiem o siebie zadbać. - Nie martwię się.
Zrobię coś dla ciebie. Tylko słuchaj uważnie, dobra?
- O Jezu. - Wysłuchaj mnie, co?
Dobra.
Diazepam albo inna benzodiazepina.
Bardzo pomocne, gdy chcesz sobie ulżyć.
A teraz: dekstroamfetamina.
Tym szprycowali żołnierzy w Wietnamie. Bardzo praktyczne,
działające dwie doby rozwiązanie, gdy trzeba się nieco mocniej skupić.
W sam raz.
Zastanów się. Tego w sumie wystarczy pół piguły.
Zastanowię. Gwizdnąłeś puszkę z datkami dla sierot?
Być może.
Sokoli wzrok.
- Czy mam ją...? - Chyba by się przydało.
Proszę pana? Właśnie...
udało mi się ocalić tę puszkę z datkami od...
od tamtych punków siedzących w rogu.
Zajrzałbym do środka, bo wydaje się ciut lekka.
Dziękuję.
Ja dziękuję.
No, no, no!
Pogibaj klamką.
Ja cię kręcę.
To twój pokój. Skromny, ale na razie styknie.
Jakie tu macie punkty usługowe?
Dostanę mapkę? Przeszlibyśmy się z żoną po okolicy.
To nie na stałe. Znajdziemy coś lepszego, ale... Wiesz.
Jasne.
Tu nie zostaniesz. Spotykam się z taką jedną i czasem nocuje.
„Czasem”? Nie masz żadnej babki.
- Co? - Nie masz żadnej babki.
Otóż mam.
- W życiu. - Tak się składa, że tak.
Mrugnąłeś, gdy to mówiłeś. Wsypałeś się.
A w łazience nie ma tamponów ani dwóch szczoteczek. Wiesz co?
- Spadam. Dam ci spokój. - Nie, nie gadaj.
Zgrywam się. Dokąd bym poszedł?
Będę wdzięczny za choć jedną noc. Dzięki.
Daj no grabę.
No daj.
- Super. - Chodź tu.
Dobra, wszystko cacy.
No już, starczy. Puść.
- Żadnych dziwek. - Popieram!
SPOTKANIE Z IWANEM
Dobra, kochanie, to tyle na dzisiaj.
- Słucham pana? - Jestem umówiony.
- Kto rezerwował? - Pan Namath.
Jest pan pierwszy. Proszę usiąść, przygotuję stolik.
Iwanie.
- Lampkę czerwonego. - Konkretnego?
Czerwonego, w kieliszku, o tam.
- Jasne. - Dzięki.
Chodź. Czyli masz forsę?
- Tak. Dałem twojemu typowi. - Świetnie.
To... co tu robimy?
- Chcę pogadać. - Ach tak?
A... mianowicie o czym?
Cóż...
chyba mało brakuje.
Tak, niewiele.
Ale muszę dokładnie policzyć. Twój tata wisiał mi kupę kasy.
Co dzień przesiadywał przy tym barze z ryżowym kleikiem i wykazem gonitw.
Dzień w dzień. Ty nie złapałeś bakcyla?
To nie dla mnie. Jeszcze dwa skoki i odpadam. Mam dość.
- Luz. Pożyjemy, zobaczymy. - Gadaliśmy o tym.
Nie, Iwanie, ty o tym gadałeś.
Wypchałeś swoje pudełeczko? Powinszować.
Powiem ci coś, co słyszałem od twojego ojca.
Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
- Wiesz, co to znaczy? - No. Pięknie na tym wyszedł.
Tu się liczy dyscyplina.
Poszanowanie dla pewnych reguł. Rozumiesz na pewno.
Jeden mały zawalik i teraz resztę życia muszę żreć te piguły.
Wybacz.
JETSI WYGRALI
- Fatalnie wyglądasz. - Bo niewiele sypiam.
Rzuć palenie. Nic mi tak nie pomogło.
Rzuciłem, już dwa lata temu.
To zacznij. Co ja niby wiem?
Słuchaj, mam pracowity dzień.
Obiecuję ci, że sprawdzę ojcowski dług.
Ale musisz coś zrozumieć.
Ufam ci. Na tym to się opiera. Kocham cię.
Jesteś dla mnie jak syn. Dlatego zależy mi, byś odniósł sukces.
Rozumiem i dziękuję za wszystko, ale nie będę tego robił wiecznie.
Podaj mi kwotę.
Podam, do chuja pana. Nie sraj w gacie, dobra?
To nie takie proste. Pamiętaj, że dochodzą jeszcze odsetki.
Dobra, zmykaj.
Co?
Nic.
Witam. Słucham pana?
- Widzę się z kolegą. - Jego godność?
Namath.
- Wziąć walizkę? - Nie, dziękuję.
Tędy.
Zaraz cofnę.
Na końcu z lewej.
Siema. Skończyłem kurs. Mogę do kibla?
- Tam jest służbowy. - Dzięki.
- Ty mnie śledzisz. - No pewnie.
Coś zmieniłaś, ale nie wiem, co.
- Co tu robisz? - To wielka gala dobroczynna.
A której fundacji?
Tej, no wiesz... Wszyscy o niej gadają.
Pomagają w różnych sprawach. Z dziećmi, z wodą, piśmiennością...
- Delfinami. - No tak, delfiny.
Uwielbiam ją. Oczywiście.
Właściwie miałabym prośbę...
ale muszę siku. Won.
- Słychać, jak siusiam? - No.
Fuj. Stań dalej.
- Dzięki. - Spoko.
Przyszłam rzecz jasna wspomóc fundację.
- Przecież. - Dzięki.
I dlatego, że chciałabym dostać rolę w filmie takiego jednego Włocha.
Ale trochę do mnie zarywa.
Wcisnęłam mu, że przyjdzie mój chłopak.
Aha. Co to za rola?
Wstydzę się powiedzieć.
Weź. Łatwiej będzie mi się wcielić w twojego faceta.
To włoski horror, a ja mam zagrać wiedźmę.
- Nie tak źle. - 3/4 filmu spędzę goła.
Sztampa.
To będziesz udawał mojego chłopaka, czy nie?
Dobra.
Spróbuję go wypatrzyć.
To... ten na mojej szóstej?
- Jak zgadłeś? - Nie wiem, pasował mi.
Kandydatów nie brakuje.
Tylko trzech włoskich.
Tamten zdycha, nie świntuszy.
Tamten - odpada z oczywistych względów.
A tamten?
- To jest Żyd. - Skąd wiesz?
Dobra. Imponujące.
- Idzie ten twój. - Ma mnie za pół-Włoszkę.
- Znasz włoski? - Niezbyt.
- Giovanni! - Piękna!
- Jak się miewasz? - Wspaniale.
- Dobry wieczór. Iwan. - Znamy włoski?
Troszeczkę.
- Dobrze? - Ujdzie.
Rozmawialiśmy o tym, jaki Paul ma piękny dom.
Tak, cudowny.
Prześliczny. A skąd znasz Paula?
Przez Marguerite...
Elyse. Przez Elyse.
Poznałam cię z nim w Nowym Jorku.
Na tej niezapomnianej imprezie. Paul jest świetny, ale ciut...
- Wysoki. - Bardzo.
- Czyli wspólni znajomi? - Tak.
Ale wystrój... taki sobie.
Tam wisi Modigliani.
- Też tu jest? - Chyba już nie żyje.
Dobrze.
To dam wam spokój na jakiś czas.
Zdrowie, zdrowie.
- Cześć. Dziękujemy. - Bardzo mi miło.
Ale ma łapy. Moje znikają!
- Jak u marynarza! - Dzięki.
- Zwiedzimy tamten pokoik? - Dobra.
Chcesz zagrać?
- No. - Co powiesz...
na stówę?
A co ty na tysiąc?
Tysiąc?
- Co tam. - Chyba jesteś kiepski.
Kręcisz.
Może. Mam tylko sześć stów.
Poluzowałbyś mi?
Już.
Dzięki.
- Sławne płótno? - Tak, Philipa Gustona.
Środek lat '40. Pierwotnie abstrakcjonista,
ale z czasem się upolitycznił. Wróg Nixona.
- A jest coś warte? - Nie wiem.
Skąd pomysł z włoskim horrorem?
Kojarzysz może Atona Eisenstata?
- Raczej nie. - Hollywoodzki producent.
Skrajnie gruba ryba. Pamiętasz, jak mawiało się...
- „Nie masz tu już czego szukać”? - No.
Gdy on to powie, tak się dzieje.
Poznałam go po jednej gali. Był zabawny.
Po dwóch, trzech filmach uchodziłam za wschodzącą aktorkę.
Upiłam się nieco i zaprosił mnie do siebie na after party.
Byłam młoda i... się nie znałam.
Nie było after party.
Zwiałam do łazienki, a on walił w drzwi.
Gdy usłyszałam, jak dzwoni, dałam nogę.
Do środkowej.
Chyba ktoś mnie wyrolował.
Albo to mnie dopisało szczęście.
Może.
Mógłbyś?
Już.
Jak wyglądam?
Jesteś, piękna.
Nie gniewasz się?
Wszędzie cię szukałem. Duży dom.
- Dzięki, do zobaczenia. - Jasne, kochanie.
Bawcie się dobrze.
Przedstawię cię mojemu bogatemu koledze.
JETSI WYGRALI
- Cześć. - Właź.
- Panowie. - Iwan, się masz.
Nie chcę przy tym być. Ja sprzedaję nieruchomości.
My sprzedajemy - a beze mnie nie byłoby czego.
Klauny nie rządzą w cyrku.
- Że co, kurwa? - Już ty wiesz.
- Stul dziób. - Chyba ty.
- Philip Guston. - Prześliczny.
Jakby bachor namazał.
Mój brat to laik. Nas dwóch docenia sztukę.
„My dwaj”. Ile to może być warte?
Trudno orzec.
Na aukcji jakieś pięć, prywatnie - jeden, dwa.
Jaka była twoja działka? 30?
50.
Zgrywam się. Wierz mi, wszystko dostaniesz.
Teraz słuchaj, bo jest kolejna robota. Wyjątkowa.
Autoportret Adolfa Hitlera.
Jego pierwszy obraz.
Kupiec to kto?
Król Żydów, Benny Green.
- Pewnie chce go zjarać. - U kogo wisi?
U Johna Wolfe'a. Mieszka w górach koło Mammoth.
Zarobił całe taczki forsy na odzieży i kupił za to pół Manhattanu,
ale ma też pokaźną kolekcję pamiątek po nazistach.
Jeśli nie wiedziałeś, Hitler uważał się za artystę.
Złożył teczkę na ASP, nie wzięli go i chyba wszyscy wiemy, co było dalej.
- Gdzie go trzyma? - W posiadłości.
- Jaką ma ochronę? - Właśnie w tym sęk.
W czym?
Że właściwie nie ma ochrony. Żadnych alarmów ani kamer.
Mieszka tam zupełnie sam ze swoimi dwoma psami.
Kitra te naziolskie graty w osobnym pokoju,
bo jest potentatem medialnym, a w tamtych kręgach to...
trochę verboten, z braku lepszego słowa.
Słuchaj. To będzie duży skok.
Bardzo duży. Przywieź mi Hitlera...
zrobisz jeszcze jeden, łatwiutki skok...
i to tyle. Na tym skończymy.
Całkiem?
Całkowicie, co do joty.
Dobra...
- A jaką mam działkę? - 500 koła.
Koleś ma fioła i cena nie gra dla niego roli.
500 patyków, a na dodatek to już koniec?
- Ale muszę cię ostrzec. - O czym?
W Wietnamie Wolfe wolał spać na golasa.
Gdy jednego wieczoru żółtki obrzuciły jego obóz granatami...
45 LAT TEMU
...chwycił dwa pistolety 9mm, wyskoczył z namiotu
i własnoręcznie sprzątnął 11 żołnierzy Wietkongu.
Po 13 nabojów w każdym to razem 26.
Po dwie kule dla każdego trupa: jedna w pierś, druga - w łeb.
Spudłował tylko cztery razy.
A wszystko po ciemku z dupą na wierzchu.
Ma Purpurowe Serca, Srebrne Gwiazdy i takie tam.
Uczepiłeś się tego, że był goły.
Wal się, pisali w „Time”.
- Jak ciśnienie? - Właśnie?
Jakbyś połknął granat.
Od przeszło roku nie ćpam koksu.
34 DNI TEMU
- Zuch chłopak. - Dzięki.
Tak, później.
- Zajrzę jeszcze do klopa. - Nie.
Ten jest... niesprawny.
Spoko, niech idzie.
Poszła mi krew z nosa, przepraszam.
Widziałem.
Ojciec to gwizdnął?
No, zgadza się. Całe wieki temu.
Andrew Wyeth z 1950. Jego pierwszy skok, tak w ogóle.
Wisi tu na jego cześć.
Coś mi mówi, że ostrzysz na niego zęby.
- Tego nie mówię. - Nie musisz.
Czuję, jak patrzysz na mnie tym mściwym wzrokiem.
Wiesz co?
Szczerze żal mi twojego ojca.
Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Eric.
Bierzmy się do roboty.
Jasne.
Michael?
Co jest, kurwa?
Michael, chodź tu, ale już!
- Czyli to jest oryginał? - Tak.
- Kiedy odkrył pan, że zniknął? - Wczoraj.
Aha...
Bez urazy, ale czy uda się go znaleźć?
Wątpię.
W końcu się gdzieś pojawi. Pewnie w szarej strefie.
Znajduje się 2% skradzionych znanych dzieł.
A to pocieszające.
Na tym etapie to wytrząsanie pierdów spod kołdry.
Prędzej znajdziemy panu wróżkę-zębuszkę.
Wiem, że gadał już pan z policją, ale spytam jeszcze raz.
Był tam ktoś, kogo nie znamy? Jakiś...
Ktoś od cateringu, parkingowy, ze służby?
To zwykle zamknięte bale.
Znaliśmy wszystkich. Byli sami stali bywalcy.
- Dobrze. - Proszę pana?
A ten pan, co zabrał dywan?
- Słucham? - Kto zabrał dywan?
Kazał zanieść pani kieliszek.
Panie Brooks... dostałbym może od pana listę gości?
Zarywamy nockę?
- Siódma jest. - Co ty powiesz.
Spóźnię się na koncert.
Goń się.
Chujku jebany...
Bingo.
Skurwysyn.
- Halo? - Cześć.
Tu Elyse.
Mogę wejść...?
Tak, pewnie.
Kurwa. Szlag.
Otwieram.
Cześć.
- Naszło mnie na bilard. - Ach tak?
- Chciałbyś się ustawić? - Jasne, chętnie.
A jak... mnie znalazłaś?
Zerknęłam ci na dowód.
Nieźle.
Rewanżyk? Znam bar z dobrym stołem.
- Super. - Tylko daj mi chwilkę.
- Nie uciekaj. - Mam stać na klatce?
Dobra...
- Idziemy? - No.
Jedno mi się nie klei. Z tym...
tym chamskim producentem, Atonem.
- No. - Nie czaję.
Szantażuje cię, bo dałaś mu kosza? Coś mi umknęło?
Pominęłam chyba zakończenie.
Zrobiłam głupstwo. Pewnie ze wstydu albo na złość.
Gwizdnęłam śliczny naszyjnik z toaletki jego żony.
I jeszcze coś.
Mężatki chyba nie lubią wyjmować z brudów cudzych majtek.
Mniejsza. Okazało się, że wypożyczyła naszyjnik na galę.
Był wart 250 tysięcy, a ja opchnęłam go Serbowi za 50 imieniem Miłosz.
Dwa tygodnie później Aton stwierdził, że wiszę mu ćwierć miliona.
Gdy spytałam: „Bo co?”, odparł: „Nie będziesz tu miała czego szukać”.
Po chwili managerowie się wypięli,
agentka przestała oddzwaniać, a ja rozbierałam się w Palmdale.
- Gdzie to jest? - Właśnie. Przy 14.
Możesz spłacić dług?
Staram się. Stąd właśnie te włoskie horrory.
Ale dalej wiszę mu 200 tysięcy dolców,
albo, jak to ujął, 400 milionów lirów.
Nie masz przypadkiem tylu pod ręką?
Lirów - nie.
Dobra partia. Twoja nagroda.
Nie, jesteśmy kwita.
Ale jest pewna sprawa.
Wysłuchaj do końca, bo zabrzmi dość wariacko.
Czy zechciałabyś może pomóc mi...
i też się w kogoś wcielić?
W kogo?
- Jesteś aktorką, nie? - No.
A chciałabyś podać się za panią szukającą domu w okolicy Costa Mesa?
- Wcale, ale chyba nie ma wyjścia. - Nie ma.
Czegoś mi nie mówisz.
Może.
Co jest w tym domu?
Właśnie to chcę ustalić.
- Kiedy? - W przyszły weekend.
Jak mam się ubrać?
Chyba jak... ktoś, kto chce kupić dom w Costa Mesa.
Pomocne. Dobra partia.
To na razie.
Pa.
Posiedzę tutaj chwilkę.
Odsapnę.
Chcesz się uśmiać?
Zerknij tutaj.
Co to?
„Larchmont Charter”.
Trzeba czytać tutejszą gazetę.
Górny prawy róg.
Wyłowili z rzeki 40-latka.
Żadnych proszków, nienotowany, pobity i z kulą we łbie, bezdzietny.
Zerknij na ostatni akapit. Po ASP, pracował w muzeach.
Znasz go?
Nie. Pierwszy raz go widzę.
Nieważne. Kończę to i wracam do roboty.
- Znowu do kieratu, co? - Ano.
Na kolejną szychtę do kopalni?
Właśnie. Co ty pierdolisz?
Nie wiem, stary.
Nie wiem.
Długo mnie nie było, ale zdaje się, że sprzątasz jakiś bajzel po ojcu.
Chyba tak już jest.
Jasne.
Czytaj miejscową gazetę, miej oczy z tyłu głowy...
i trzymaj.
Patrz, co mam.
- Co to znowu? - Gnat ojca.
Po chuj ci on? Nie chcę.
Ja chcę, ale to raczej nie mnie się przyda.
Umiesz strzelać? W pudełku masz instrukcję.
Pamiętasz niemiecki? Ja niezbyt.
Chyba odwrotnie.
A na tamtym rogu siedzi typ w Crown Victorii.
Od samego rana.
Pewnie nic takiego.
- Wchodzi pani? - Tak.
Za ile?
- 500. - Za 500!
Gramy dalej.
Sprawdzam.
Podbijam do 110.
- Wszystko. - Pani daje wszystko.
Pasuję.
- Został pan sam. - Wyrównuję.
Sprawdzam.
Proszę.
Powodzenia.
Trójka króli.
Przykro mi.
Da pan zapalić?
Życzę szczęścia.
To ja rozumiem!
Hej, damulko. Oglądasz, czy grasz?
A jak się gra?
Zagrajmy. Chodź do tatusia, to zaraz cię nauczy.
Dmuchnij no.
Tak jest. Zaraz wygram.
Jedziemy!
To jest to!
A ty dokąd? Przynosisz szczęście.
Dasz radę sam.
Się wie. Dawać kolejkę, migiem!
Dobra. Jedziemy z tym koksem!
Cześć.
- Lepiej wyjdź od północy. - Serio?
- Z przodu roi się od ochrony. - Dzięki.
- Co u ciebie? - Z dnia na dzień coraz lepiej.
U mnie tak samo.
- Powodzenia. - Wzajemnie.
Wrzuciłam forsę.
To miejsca dla producentów. Spytaj ciecia.
Niezła kiecka. Po ciemku pewnie ładniejsza.
Dostałeś?
- Panowie. - Jak poszło?
Cóż - przeżyłem.
A Hitler gdzie? Masz puste ręce.
Właśnie...
- O tym chciałem pogadać. - Już mi się nie podoba.
- Jest mały zgrzyt. - O czym ty gadasz?
O FBI. Uczepił się mnie jeden agent.
Nie! Nie, do cholery! Tak nie będzie!
- Gadałeś z nim? - Jasne, że nie.
To skąd wiesz, że jest z FBI?
Bo ma rządową tablicę i raczej nie robi spisów powszechnych.
Jezu, ja pierdolę. Co to ma być?
To ja. I mówię ci...
że w tej chwili masz mi wszystko wyśpiewać co do słowa.
Nie wsypałem cię. Tego bym nie zrobił.
Po co do mnie mierzysz?
Ty mnie do tego zmusiłeś.
Nie umknęło ci coś?
- Gdzie Hitler? - U mnie.
- A dlaczego nie tutaj? - Zabezpieczam się.
Rozumiesz, że to nie twoja liga?
No, coraz bardziej.
Słuchaj.
Nie miałem zamiaru cię rozwalić. Tylko cię sprawdzałem.
Wierz mi, wszystko spoko.
Spoko.
To żebyś nie zachlapał.
- Niczym by, kurwa, nie chlapał. - To ja spadam.
Czekaj!
- Co to jest. - Twój ostatni wielki skok.
Odpalę ci kupę forsy i dam ci wyjść po angielsku, jak nikomu.
Buchnij rzeźbę paserowi z tego składu.
Potem jeszcze tylko Hitler i koniec. Koniec. Pożegnamy się.
To „Nos” Giacomettiego. Znasz?
- Pierwsze słyszę. - Nie w kij dmuchał.
Super.
Iwan?
Pilnuj się.
Cześć.
Jak ziemniaki?
Pyszniutkie. Nie wiesz? Stołujesz się tu.
Chyba chcesz pogadać.
Myślałem, że przebranie cię zmyli.
Lyman Wilkers z FBI.
Nie przedstawiaj się, panie Warding. Trochę powęszyłem.
- Po co mnie śledzisz? - Wcale nie śledzę.
Tylko obserwuję. Dwie różne rzeczy.
Do śledzenia potrzeba pluskiew, kamer, nakazu sądowego...
Czuję się deczko śledzony. Dla mnie kawa.
Jesteś w tym lepszy, więc walnę prosto z mostu.
- Nie obrazisz się? - Skądże.
Nietrudno cię znaleźć.
Spytałem dziesięciu tłuków w sieci
i już znam wszystkich 60 chłopa, którzy żyli z rabowania dzieł sztuki.
Zobaczmy...
Etaty w dwóch firmach montażowych:
Cooper-Beasley i Montrose i Wspólnicy.
Parę muzeów po studiach...
Prawda jest taka, że mam naocznego świadka.
A jego nikt nie przebije. Nawet gdy to małe dziecko.
Niezły portret, jakby mnie kto pytał.
Ma ciut tłustsze policzki, ale...
to bardziej wina rysownika, nie małej.
Raczej tak.
O co chodzi?
Przepracowałem w polu już 17 lat.
Rozbiłem się na czarnym suficie.
Marzy mi się zmiana.
Jakieś stanowisko za biurkiem i mniej pospolity samochód.
I...
Chuj, kawa na ławę.
Mniej obław na takie gnidy jak ty.
Przez trzy lata wasza banda
zakosiła dzieła sztuki warte łącznie przeszło 75 milionów dolców.
Słuchaj no.
Możesz się pilnować jak zakonnica, ale w końcu dasz dupy.
Niekoniecznie sam. Możesz wpaść przez zakręconą dziewczynę...
brata z dwubiegunówką...
Każdy się potyka.
Mówiłem, że robię to 17 lat?
No, mówiłeś. Już dwa razy.
Ale z tego, co słyszę, masz moje CV i zeznanie czterolatki.
Iwan?
Nie pamiętam, żebym mówił, ile ma lat.
Widać masz dobrego nosa.
- Czego chcesz? - Postawmy sprawę jasno.
Jesteś nic niewart. W ogóle się tobą nie przejmuję.
Chyba że... ale to wielkie „chyba”...
wsypałbyś mózg całej szajki.
Bo jeśli nie... to raczej nakopię ci do dupy.
Wy dalej macie faksy?
Jeb się.
Tak jak mówiłam, w kuchni aż chce się gotować.
A dom, w odróżnieniu od większości tych w Costa Mesa,
nie był remontowany od lat. Skrywa wielki potencjał.
Prawda, jest piękny.
- Pani chłopak zniknął. - Zaraz się zjawi, jak zawsze.
- Świetne buty, tak w ogóle. - Rety, dziękuję.
- Piękne. - Nordstrom Rack. Tak!
To wyjątkowa okazja, by stworzyć coś wspaniałego.
- On jest niemożliwy. Nie wiem... - Słyszałem!
Osobiście już dzwoniłabym po ekipę, ale zna pani facetów.
Będzie się namyślał trzy tygodnie.
- Prawda? - Właśnie.
Wielkie dzięki, Melanie.
- Ja dziękuję, Candice. - Bardzo mi miło.
Nie ma za co, Terry. Rozkoszna z was para.
- Dzięki. - Miłej reszty dnia.
- W kontakcie. - Pa, pa.
- I co ustaliłeś? - Że chcą mnie wsypać.
- To dobrze? - Dobrze wiedzieć.
- Podobał ci się? - Bardzo, a tobie?
- Coś w nim śmierdziało. - Pewnie wykładzina.
- Na bank wykładzina. - No nie?
Chciałam cię o coś spytać.
Co się stało z obrazem?
Z... którym?
Tego abstrakcjonisty, co się upolitycznił.
Mało barw, z humorem, wróg Nixona.
Mówili o nim w wiadomościach.
A gdy spytałam, ile jest wart, skłamałeś, że nie wiesz.
- W sumie to nie kłamstwo. - Gdzie się podział?
Nie pytaj, bo się sparzysz.
Chce mnie zabić.
Właścicielka?
Skąd. To kochana staruszka, która utrzymuje muzeum.
Ten Grek, dla którego pracuję.
„Grek”? Jezu, co to za telenowela?
Co zamierzasz zrobić?
To pogmatwane, ale myślę... że spróbuję go ubić pierwszy.
Pogmatwane jak skurwysyn.
Nie da się ukryć. Przerosło cię?
Trochę.
Średnio mam wyjście.
- A jakie są opcje? - Zginąć albo nie.
Zginąć albo nie...
Dobra, wchodzę w to.
Co ty gadasz?
- Wchodzę w to. - Ale w co?
- Nie chcę, byś ginął. - Kochana jesteś.
Mogę ci pomóc.
Nie, chyba się obejdzie.
Nie bądź wredny. Na serio bym pomogła.
Skąd, kurwa, myśl, że tego chcę? Nie chcę, więc nie proszę.
Skądże znowu. Wal się.
Wiesz co?
Czekaj!
- Przepraszam. - Powtórz to.
Przepraszam.
- Bardzo cię przepraszam. - Dosyć.
A gdybym poprosił?
Zgodziłabym się. Poproś.
Pomóż mi.
Dobrze. Tak lepiej.
Ale chcę swoją działkę.
- No tak. - Przecież wiedziałeś.
W sumie tak.
Cześć.
- Cześć. Ray Warding. - Wybacz, że przerywam. Elyse.
Nie ma sprawy. Miło mi.
- Jesteś, Raymond. Świetnie. - Ano, jestem.
- Poznałeś Elyse? - Przed chwilą.
Cześć, Raymondzie.
Tak mnie nazywa kurator. Ty mów mi Ray.
To ja się pójdę ubrać.
Nie, zostań. Już mnie nie ma.
Ponieważ... idę właśnie do pracy.
- Miło było poznać. - Enchante.
- Spoko? - Tak.
Dobra. Pa, pa.
Wybacz.
Myślałem, że brat już poszedł.
Wyszedł do pracy?
Pewnie siądzie w barze na 11 godzin, by obstawiać gonitwy i się schlać.
Przygarnąłem go, aż wróci na nogi.
A co zwaliło go z nóg?
Choroba dwubiegunowa, ciężkie narkotyki i powieści Gibsona.
Matka zwiała, gdy miał sześć lat, a ojciec - umarł w kiciu.
Ciężko. Rozumiem.
Rodzinka, hura.
Idę nakarmić kota.
- Masz kota? - No.
Nie wyglądasz na kociarę.
- Jedno z drugiego nie wynika. - To fakt.
- Jak się wabi? - Cat Stevens.
- Kot Cat Stevens? - Aha.
- Trzeba będzie zmienić. - Jak przejdzie na islam?
Wiesz... mogę wszystko cofnąć.
Zbierzesz pastę do tubki?
Możliwe, że...
powiedziałem wczoraj ciut za dużo. Szczerze...
to nie twoja sprawa.
Nie była moja, ale już jest.
Idę się ubrać.
Siema, tu Ray, jego brat.
Był u nas nieproszony gość. Groźny typ.
Chyba wiem, po co.
- To część pierwsza? - Tak jest. Teraz tylko telefon.
- Drugiej nie poznam? - Jeszcze nie.
Dobra, chuj tam.
Ale to twoja akcja.
- Nie wparuję, żeby cię ratować. - Wiem.
Wypuścisz mnie?
Tamte się zacinają. Poruszaj klamką. Szarpnij do góry.
O tutaj?
- Mocniej. Proszę. - Super.
Ja cię. Sprzęt z dziada pradziada.
Rozstawia się jak inkwizytor.
Ale jest potrzebny.
Tamten poszedł mu gwizdnąć komórkę.
Pilnuj go, bo mu nie ufam. To zasrany złodziej.
Dobra. Zabierzesz go do Laguny?
- Po czym go poznam? - To największy oblech na sali.
- Nie wydymaj mnie. - Luz.
Słowo, że przyjdę.
Kurwa, obcas poszedł.
Przepraszam, że bluzgam, ale ledwo kupiłam te jebane szpilki.
Kto je zrobił?
Mówi pan, jakby zlecał zabójstwo.
- Mógłbym. - Wierzę.
Myśli pan, że wolno tu chodzić boso?
Takiej jak pani chyba wszystko wolno.
Mogłabym zobaczyć kartę win?
A może chce pani skosztować tego? Sam go nie wykończę.
Wykończyłby pan wielu. Ale...
Chętnie spróbuję. Jakie to?
Włoskie czerwone. Nie jestem wielkim znawcą.
David, daj pani kieliszek.
- Posmakuje pani chyba. - Dziękuję.
Proszę.
- Karen. - Dymitr.
Mówili już pani, że wygląda jak gwiazda kina?
Według mamy byłam jak Audrey Hepburn,
gdyby Audrey była suką.
Dogadałaby się z moim ojcem.
Smaczne.
Ponoć korsykańskie.
Próbuję tych drogich, które mi poleca. Nie znam się.
Dla mnie wszystkie smakują jak syrop.
Podobno są zdrowe.
Wierzę na słowo. Czym się pan zajmuje?
- Rzeczoznawcą sztuki. - Co to znaczy?
Współpracuję z kolekcjonerami.
Sprowadzam im rzadkie eksponaty i takie tam.
A pani co robi?
Jestem aktorką...
ale niech pan nie pyta, w czym grałam.
- Bo wszyscy pytają? - Tak.
Odpowiadam, że w „Forreście Gumpie”. Tak jest łatwiej.
To prawda?
Siedzi pan tak sam przy barze?
Już nie sam.
A pani?
Miałam pogadać z producentem o jednej roli, ale...
- Od godziny się spóźnia. - Chce panią przed kamerą?
Bardziej chce mnie rozebrać.
Rozumiem.
Przepraszam na chwilkę.
Nie, skąd. W porządku.
Nawzajem.
Kutasie.
Wszystko gra? Co się stało?
- To ten producent? - Wystawił mnie.
Co za cham. Szofer wiezie mnie do Laguna Beach, a jego nie będzie.
Cholery dostanę.
JETSI WYGRALI
- Pięknie. - Co takiego?
- Nic. Właśnie dobiłem targu. - Winszuję.
Przejechałby się pan ze mną?
No, bardzo chętnie.
- Ma pan plany? - Nie, tak się składa, że nie.
To co pana bawi?
Że pojadę z gwiazdą z „Forresta Gumpa”.
Zalotnik.
Pytam jeszcze raz.
Czy... przejdziemy się... moją... limuzyną... z szoferem?
Tak, w porządku.
Nie „w porządku”, tylko „tak”.
W chuj tak.
Dokąd jedziemy?
Opiekuję się domem w Laguna Beach. Nie rozrabiaj.
- Laguna? - Szofer zaczeka i cię odwiezie.
Dobrze. Jedźmy.
- Nie dojesz steku? - Zjem sobie jutro.
To w drogę.
96 MINUT TEMU
- Dziwne te jego akta. - Ponieważ?
- Ma alias z takim samym nazwiskiem... - Albo?
To bliźniacy. Nasz nie ma pojęcia.
Czyli jest dwóch?
- W mordę, gnojek ma przesrane. - Wchodzimy?
- Nie ma nas. - A jak go sprzątną?
To będzie trupem.
Co, kurwa...
JETSI WYGRALI
Niezły, co?
Nawet.
Wejdź z nami.
Dobra. Pani płaci.
Mają dobre wina.
Czyj to dom?
Znajomego. Wynoszę śmieci, podlewam kwiatki...
- Wina? - Poproszę.
Nie znam się na tym. Masz.
Weźmy to. Stare.
Rocznik '84.
- Otworzysz nam, Thomasie? - Pewnie.
Do karafki. To staroć.
Wyluzuj, chuju.
Że co?
Mówię, że już wyjmuję.
Nie widziałem cię aby na torze?
Nie.
Co teraz?
Teraz nastaw jakąś muzyczkę, a ja zaraz wracam.
Karen?
Dokąd dzwonisz?
Piszę z koleżanką.
- Mam ją. - Po co ci ta komórka?
Teraz jestem „martwy”. Tamtego dostaniesz rano. Przypilnuj tych.
Się wie.
To nie miało miejsca, a my - się nie znamy.
- Jasne? - Jasne.
- Dzięki, agencie Wilkers. - Zuch.
Wreszcie trochę szacunku.
Aha.
Jeszcze jedno. Skąd wiedziałeś, że nie będzie rzeźby?
Bo stoi w Guggenheimie.
- Patrzcie go. - ASP.
Chodź.
Proszę.
Niech pooddycha, co?
Jak sobie życzysz.
Powiesz, po co mnie tu przywiozłaś?
A dlaczego ty się zgodziłeś?
Zdawało się, że to najlepszy interes.
Z czym się według ciebie wiązał?
Pomyślałem, że tęsknisz za tatusiem i szukałaś u mnie pociechy.
Może i tak.
- Na pewno. - Czyżby?
Tak, na pewno.
Podoba ci się moja forsa.
A może kręci cię, że noszę spluwę.
- To prawdziwa? - Bądź tak miła...
i połóż te stópki na kanapie, żebym im się przyjrzał, co?
- Straszny jesteś. - Nie masz pojęcia.
A teraz potrzyj jedną o drugą, delikatnie, jak grzeczna dziewczynka.
Tak od serca.
Lepiej?
Obiecałeś nie rozrabiać.
I nie będę, Karen.
Karen, zgadza się?
Nie zareagowałaś na swoje imię.
Gdy ja słyszę swoje, odwracam się od razu.
Thomasie?
Bądź tak miły i podejdź na chwilę.
Tak?
Rozstrzygniesz zakład.
- Dotyczy pachnidła. - Słucham?
Chcę poznać zdanie drugiego faceta. Powiedz...
czy ten zapach cię nie przytłacza?
Mnie się podoba.
Miło z twojej strony, ale wypada, byś najpierw powąchał z bliska.
Niuchnij mnie.
Proszę mi wierzyć, to zupełnie nie moja...
- dziedzina. - Thomasie.
Powąchaj, kurwa mać, moją szyję. Nie rób scen.
Dobrze, co tam.
O tutaj. Nic takiego.
Sztachnij się.
Taki sam nieudacznik jak twój stary. Sukinsynu.
Jebana rodzinka.
Kurwa...
Rozbierz się.
Już!
Dobra.
Wstań.
Właź na mnie.
Tak jest.
Powiem ci, jak pracuję.
Gdy ktoś wykona zlecenie, przysyła mi wiadomość.
Kibicuję Jetsom. Wiem, że są do kitu, ale to moja drużyna.
Gdy byliśmy w knajpie, napisał do mnie mój kolega Anatoli.
Pięknie.
Znaczyła ona, że twój koleżka Iwan raczej tu nie wparuje.
Tak miało być, zgadłem?
Szkoda, że nie da rady, bo właśnie leży martwy w rowie w Costa Mesa.
Pierdolę cię.
Nostradamus z ciebie. Przepowiadasz przyszłość.
Wybacz spóźnienie.
Jesteś cała?
Cześć, olbrzymie.
Nie ruszaj się, kurwa.
Dobra.
Chyba wiem, co kombinujesz. Jak to wymyśliłeś.
Przykujesz mnie do ściany i dasz glinom cynk, że facet kradł obraz.
Powiedzmy.
Tam wisi Egon Schiele, co nie? Ładne płótno.
Ja pójdę siedzieć, a wam się upiecze.
Właśnie.
Szach-mat. Powoli.
- Ty... - Ejże.
Ty szatański wężu.
Dobrze ci radzę, byś odłożył gnata.
Pozwól, że zachęcę cię jeszcze bardziej.
Pierdol się, wiesz?
- Nie. - Stul dziób, Ray.
- Czekaj. - Zamknij pysk.
Zaczekaj.
- Czekaj. - Zaufaj mi.
Czekaj.
Myślę, że...
że się dogadamy. Tylko coś zaznaczę.
Co?
Jest... taka sprawa.
- Jaka? - Jest sprawa, nie?
Tak, jest sprawa.
Jaka sprawa?! Co jest?!
Każde wino smakuje ciut inaczej, prawda?
- Tak, każde. - Zgadza się.
Dla mnie są takie same. Co wy gadacie?
Są wyjątki.
- O w mordę. - Brum, brum.
Dokąd dzwonisz?
Piszę z koleżanką.
Proszę.
Chryste Panie!
- Kurna mać. - Zgadza się. Żyjesz?
- Jak grałam? - Zajebiście.
Bosko.
- Dzięki. - Jestem cały.
Zdechł?
Tak, nawet bardzo.
Miał paść wcześniej, Ray.
Nie ma jednego prostego wzoru. Jest wiele czynników.
Tata miał swoje wady, ale nie próbował cię zabić.
Wątpię.
Nie celowo.
Niech będzie.
Na miejscu znajdzie pan Dymitra Maropakisa.
Przyczyna zgonu: zawal serca wywołany przedawkowaniem kokainy.
A jeśli to panu nie wystarczy, słuchaj pan tego.
To nie miało miejsca, a my - się nie znamy.
- Jasne? - Jasne.
- Dzięki, agencie Wilkers. - Zuch.
Wreszcie trochę szacunku.
Aha.
Jeszcze jedno. Skąd wiedziałeś, że nie będzie rzeźby?
Bo stoi w Guggenheimie.
- Patrzcie go. - ASP.
Kutas.
Tak go pan zastał?
Tak. Nie ruszał się przez trzy kwadranse.
- O której to było? - O 7:00.
Siema.
- O kurwa! - Luzik.
Dam ci, czego zechcesz. Chcesz forsy?
Nie, nie.
Ja właśnie z forsą.
- Że co, kurwa? - Teraz jesteśmy kwita.
- Za co? - To chyba cały dług Elyse.
- Co za jedna? Ta aktoreczka? - No.
Dobra, chuj. Niech będzie.
A teraz wysiadka, nim wezwę ochronę. Popierdoliło cię?
Dobra, dobra! Spłacona! Koniec!
- Żyjesz tam? - Koniec. Jutro to załatwię!
Coś nie czuję się przekonany.
- Dzisiaj! - Dzisiaj, ekstra.
Załatwię to dzisiaj!
Dobrze, dobrze. Masz.
- Przyciśnij. - Kurwa.
Tylko nie mów mojej żonie.
- Diane? Skądże. - Dobra.
Pa.
Kurwa, co?!
Gdzie kupię żarcie dla kota?
Na Cahuandze jest sklep. Znaczy, na Venturze.
Przy Cahuandze i 101-ce. Jedziesz tamtędy?
- Nie, o tej porze cała stoi. - No.
- Coś wymyślę. Dzięki, Aton. - Spoko.
- To nie łazienka. - Nie.
Zgubić się można.
Wariactwo, co nie?
Chodź, zaprowadzę cię.
Willie Sutton zaprzeczył, by miał kiedykolwiek stwierdzić,
że okradał banki, ponieważ „były przy forsie”.
Stwierdził natomiast, że kradł, bo lubił.
Mało tego - kochał.
A że przynosiło pieniądze...
To druga sprawa.
Panie i panowie, niestety muszę prosić o opuszczenie sali...
Wersja polska: Kino Świat Tekst: Piotr Kacprzak
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.