Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
"SZKLANY KLUCZ"
Uwaga idzie. - Cze��, Paul.
- Pozwolisz zrobi� zdj�cie. - Tak.
- Dzi�kuj�. - To dobrze.
- Dobrze. Cze��, Paul. Jak leci?
- Dobrze. A u ciebie? - Kim jest ten facet?
Paul Madvig.
- Jest szefem Komitetu Wyborczego. Witam, panie Madvig.
Mi�o ci� widzie�. Witaj, synu.
Jest najwi�kszym stanowym oszustem.
S�ysza�em, �e karmi tysi�c ludzi tygodniowo.
Czy to prawda, �e chce str�ci� gubernatora Hartmana?
S�ysza�e� co� o Ralphie Henrym i jego Partii Reform?
Je�li Ralph Henry chce kogo� reformowa�,
to czemu nie zacznie od syna?
Sprawia wi�cej k�opot�w ni� inne dzieciaki z ulicy.
To za obgadywanie porz�dnych ludzi. Nie zaszkodzi�oby ci troch� reform.
Prawd� m�wi�c, kto� kto by ci� zreformowa�
zrobi�by naprawd� co� dobrego.
Zejd� mi z oczu ty tani oszu�cie.
Daje czadu.
- Kto to jest? - C�rka Ralpha Henry'ego.
- Tak? - Tak.
- Cze��, Ed. - Cze��, Paul.
Spotka�em �wietn� dam�.
- Tak? - Tak. Obi�a mi ry�o.
- Nie�le. - Hej, Sloss, podejd�.
- Nie rozumiem. - S�uchaj...
- Czego chcesz? - Niewa�ne.
Id� i powiedz staremu Henry'emu, �e chc� si� z nim zobaczy�, ok?
- To dobre. - Co?
- Powa�nie? - Czemu nie?
Co b�dzie je�li Nick Varna i reszta ch�opak�w
dowie si�, �e rozmawia�e� z kandydatem Partii Reform?
Nie obchodzi mnie, co powiedz�.
- Lepiej uwa�aj! - Tak?
Tak, je�li nadal chcesz by� szefem.
Nie chrza�, m�odzie�cze.. Chod� tutaj.
Pu�� mnie!
Powiedz Madvigowi, �e chc� si� z nim, natychmiast zobaczy�.
Tak, panie Varna.
- Masz mie� 4, Ed. - Chod�, Ed.
Ed, Nick Varna chce widzie� Paula.
Ma�y Joe, bracie, oto jest.
Powiem mu, �e tu jeste�.
Tak, dbaj o siebie, Gus. Pewnie.
Cze��, Ed.
Nick Varna jest na dole.
- Tak? - Chce z tob� rozmawia�.
- Powiedz, �e jestem zaj�ty. - Ale, Paul...
Powiedz, �e je�li zechce poczeka�, to mo�e p�niej.
Mo�e.
Powiedz mu.
- Paul. - Tak?
Naprawd� chcesz zrobi� t� g�upot�?
Jak�?
Popiera� Henry'ego.
- Zgadza si�. - To �le.
- "�le"? - Tak.
Tak jak te skarpetki.
Zaraz, z co z nimi nie tak?
- Zegar. - Tak.
Za g�o�no tyka.
S�dzi�em �e s� �adne.
Ze staruszkiem Henrym dobijemy targu na dzisiejszej kolacji.
W jego domu.
Jego c�rka ma urodziny, co powinienem da� jej na prezent?
- Chcesz zrobi� na niej wra�enie? - Oczywi�cie.
- Nic. - Ale dlaczego?
Bo, nie powiniene� dawa� nic ludziom,
dop�ki nie jeste� pewny, �e chc� to otrzyma�.
No, mo�e.
Ale nie zamierzam przepu�ci� takiej okazji.
- Wiesz, ja lubi�... - Dobrze.
Daj jej kabriolet lub gar�� z diament�w.
Mo�e wiesz o tym wi�cej ni� ja.
My�lisz, �e b�dzie wsp�pracowa� po wyborach?
Na pewno.
Praktycznie da� mi klucz do swojego domu.
Tak, szklany klucz.
- Uwa�aj, �eby ci si� nie z�ama� w d�oni. - Nie martw si�.
Nie z�amie si�.
Jakie haczyki ma na ciebie ten pies?
Ed.
Mam zamiar po�lubi� Janet Henry.
Oczywi�cie z wyj�tkiem nas, nikt jeszcze o tym nie wie.
Najlepiej nalegaj na �lub przed dniem wybor�w.
Wtedy na pewno co� zyskasz.
Ale panie Varna, on wyra�nie poleci�, �eby...
Zamknij si�, Oswald.
Prosz� do �rodka.
Mo�esz usi���.
- Cygaro? - Dzi�kuj�.
Wiesz Paul, zesz�ej nocy zamkn�li m�j lokal.
Narobili du�o szk�d.
Tak. Czytali�my o tym w gazecie.
Rainey powiedzia�, �e polecenie wysz�o od ciebie.
Co o tym my�lisz, Ed?
S�dz�, �e kto� powinien sprawi� Rainey'owi d�ugie wakacje.
Biznes to biznes a polityka to polityka.
Ale powinny trzyma� si� z dala od siebie.
Zap�aci�em za ochron�, Paul i jej oczekuj�.
Powiem ci co�, Nick.
Mamy zamiar oczy�ci� to miasto.
Jestem za du�y, by� mnie teraz wykopa�.
Mo�e jeste� za du�y by przyj�� to bez sprzeciwu, Nick, ale tak si� stanie.
- Ty to zrobisz. - Och, nie, nie ja.
Wieczorem otwieram Golden Club.
Daj mi Rainey'a.
Halo, Rainey, tu Paul. Jak tam rodzina? Dobrze.
Pos�uchaj, Rainey,
w�a�nie dosta�em cynk, �e Nick wieczorem otwiera Golden Club.
Tak, daj mu taki wycisk, �e zostanie z niego tylko mokra plama.
- No, Nick teraz wiesz na czym stoisz. - Dzi�ki.
Jak ci powiedzia�em nie masz o co si� martwi�.
Nie mo�emy zapomnie� o opozycji.
Ten facet przypomina mi ogrodzenie pod napi�ciem.
Brz�czy ca�y dzie�, niczego nie przepuszcza tylko wiatr.
Polityka jest prosta.
Wszystko czego potrzeba to troch� si�y. Mi�nie u�atwi�y mi start w polityce.
By�em pomocnikiem starego Zimmermana, hydraulika.
�artuje pan panie Madvig.
Chodzi o hydraulika czy mi�nie?
Nie wyobra�am si� ciebie jako hydraulika.
Nie? Wpadn� kiedy� do twojej �azienki i ci poka��.
Paul, musz� powiedzie�, �e przeby�e� d�ug� drog�.
Tak.
Kawa b�dzie podana w salonie.
OK.
Jest zabawny, ale nie uwa�asz, �e na d�u�sz� met� jest m�cz�cy?
Jego poparcie oznacza dla mnie stanowisko gubernatora.
Wiem, ale czy gubernator jest tego wart?
Nie �artuj.
Musisz by� dla niego mi�a, Janet, w ka�dym razie do wybor�w.
Dobrze, tato, przynajmniej sobie z niego po�artuj�.
- Janet... - Dlaczego nie by�e� na obiedzie?
Z Madvig'em? Wola�bym poder�n�� sobie gard�o. Potrzebuj� pieni�dzy.
Ale da�am ci ju� wszystko, co mia�am.
- Wi�c popro� ojca o po�yczk�. - Nie mog�.
Czemu nie mo�esz przesta� gra�?
Nie praw mi kaza�.
Nie prawi�. Ale m�g�by� troch� przystopowa�.
Taylor.
- Janet, pozwolisz? - Tak.
Zdajesz sobie spraw�, �e twoje nastawienie do Madviga jest dla mnie kr�puj�ce?
- Nie startuj� na gubernatora. - A ja tak.
Hazard, nocne kluby i pija�stwo musisz z tym sko�czy�.
- Och, jak fajnie. - W�a�nie tak.
W poniedzia�ek poszukam ci pracy.
Je�li nie wyjdziesz na prost�, wylatujesz...
- Dok�d idziesz? - Wychodz�.
Dzi�kuj�.
Tam jest Ed Beaumont. Chod�.
Chod�, Ed.
Chcesz pozna� Janet Henry. To jest Ed Beaumont.
Jak si� masz?
Wi�c jeste� asystentem pana Madviga.
Powiedzia�bym, �e partnerem.
Zjesz co�, Ed?
Panie Henry, znasz Eda Beaumonta?
Tak, wiem kim jest.
Tutaj s� te dane kt�re chcia�e� dla pana Henry'ego.
Tak, dzi�ki, Ed.
Nie zostanie pan na kawie, panie Beaumont?
Pewnie �e zostanie.
Troch� kawy ci� rozbudzi.
Kaw� dla pana Beaumont.
- I brandy? - Dzi�kuj�.
Wiesz, Ed, m�wi�em Janet to jest pannie Henry,
o czasach, gdy zajmowa�em si� bran�� prasow�.
M�wi�e�, �e pracowa�e� dla Observera, ale nie powiedzia�e� co robi�e�.
To by�o co� jak dzia� zbytu.
Chodzi�em po kioskach i prosi�em o gazet�,
je�li facet proponowa� Observera to dobrze.
Je�li dawa� Post, wali�em go. Aby nauczy� si� rozumu.
By�e� swego rodzaju misjonarzem Observera?
Nie, bo p�niej, robi�em to samo z Post.
Jak mo�na pracowa� r�wnocze�nie dla dw�ch gazet?
Jak facet dawa� mi Observera, wali�em go dla Post.
Je�li dawa� mi Post, wali�em go dla Observera. To proste.
By� pan, panie Madvig, gazeciarzem z dwiema pi�ciami.
Czy� nie, panie Beaumont?
Tak, raz mi si� pomyli�o.
Zwykle nie robi�em tego dwa razy w jednym kiosku.
Ale raz si� zapomnia�em.
To by�o na trzeciej i Broadway,
Potrz�sa�em facetem, wr�czaj�cym mi Observera.
Ale tydzie� p�niej, znowu by�em u niego.
Facet poda� mi Post wi�c zacz��em go szarpa�.
Trzeba by�o widzie� wyraz twarzy tego faceta.
By�o du�o do wyra�enia?
Oczywi�cie, trachn��em go z lewej.
Pos�uchaj dalej, b�dzie byczo.
Jaki� czas p�niej, gdy wycofa�em si� z tego interesu,
znalaz�em si� przypadkowo u niego.
Gdy facet zobaczy� mnie, jak my�lisz co mi wr�czy�?
The Christian Science Monitor.
I da�e� mu wycisk znowu?
Nie, nie mia�em nic do The Monitora.
Szkoda.
Musz� ju� i��.
- Dobranoc, panie Henry. - Dobranoc.
- Dobranoc, Paul. - Widzimy si� rano, Ed.
Odprowadz� pana do drzwi, panie Beaumont.
Przykro mi, �e tak szybko pan wychodzi, panie Beaumont.
Jestem pewna, �e te� ma pan nie jedno do opowiedzenia.
My�l�, �e na jeden wiecz�r wystarczy, �art�w z gorszej dzielnicy.
Chyba nie jeste� tym, kt�ry roz�miesza ludzi.
S� ludzie, kt�rzy nie �miej� si� z Paula.
Jest zabawny do czasu.
Jeste� z nim na co dzie�, jak mo�esz z nim wytrzyma�?
Bardzo dobrze dogaduj� si� z Paulem bo jest coraz lepszy.
Mo�e kiedy� spr�bujesz?
Ed!
Cze��, Opal.
Szuka�am ci� wsz�dzie.
By�em z wizyt� w domu Henry'ego razem z twoim bratem.
Ed, m�g�by� mi pom�c, potrzebuj� troch� pieni�dzy.
Tak. Ile?
Wszystko co masz.
O nic nie pytaj, Ed.
Prosz�, nie m�w o tym Paulowi.
Dobrze, Snip.
Jeste� s�odki, Ed.
Pana Varna, prosz�. Taylor Henry.
Halo, Nick. Mam dla ciebie $500.
Ale, Nick, dam sobie spok�j przez par� dni, obiecuj�.
Zdenerwowa� si�. Ale we�mie $500.
Jak mog� ci podzi�kowa�, kochanie?
Ed!
- Chod�my, Snip. - Czekaj.
- Ubieraj si�. - Za kogo si� uwa�asz, Beaumont?
- Po�piesz si�. - Nie p�jd�, to ty si� st�d wyno�!
- Oczywi�cie, ale z tob�. - Taylor, powstrzymaj go!
Pu�� mnie. Puszczaj!
O to tw�j klucz, Snip.
- Nienawidz� ci�. - Prze�yjesz to, skarbie.
- Nie, nie chc�. Dobranoc! - Wchodz�.
- Przypuszczam, �e zamkniesz mnie w pokoju. - To nie jest z�y pomys�.
Nie powstrzymasz mnie, od widywania si� z Taylorem. Ani ty, ani Paul.
Mam prawo do szcz�cia jak ka�dy.
- Jestem wolna, bia�a... - Masz 18 lat.
Co w tym z�ego?
Wiele dziewcz�t wychodzi za m��, maj�c 18 lat.
Taylor decyduje sam o siebie.
Hej, co tak szczekacie o tej porze?
Co si� sta�o, nie dali wam je�� na przyj�ciu?
S�ysza�em co� o Taylorze Henrym?
Znowu si� z nim spotka�a�?
Nie, tylko wspomnia�em jego nazwisko.
Nie musisz k�ama�. Tak, widzia�am go dzisiaj!
Po tym wszystkim co ci powiedzia�em?
- Gdzie byli? - W nocnym klubie.
Nie. By�am w jego mieszkaniu.
- By�a�... - I nie rozumiem, co to ci� obchodzi!
Jeste� moim bratem a nie psem �a�cuchowym.
Moja siostra nie b�dzie si� zadawa�, z jakim� tanim, fanfanorowatym playboyem...
On nie playboyem. Wiesz o tym.
W jego mieszkaniu by�a� pierwszy raz?
Nie, by�am dziesi�tki razy!
Halo.
Ed! Ed,
Paul poszed� do domu Henry'ego po Taylora. Zabije go.
Uspok�j si�, Snip. Paul nie jest szalony.
Ja bym tam nie poszed� o tej porze.
Teraz po�� si� spa�.
My�la�em, �e wyszed�e� z domu.
Znalaz�e� Taylora Henry'ego?
- Opal dzwoni�a? - Tak.
Znalaz�e� go?
Znalaz�em staruszka.
D�ugo sobie porozmawiali�my.
- Taylora tam nie by�o? - Nie.
Bo co?
Le�y ko�o domu w rynsztoku. Nie �yje.
Tak?
Nie rozumiesz co powiedzia�em?
- Oczywi�cie. - No i co?
No i co?
Zosta� zamordowany.
Co mam zrobi�? Wybuchn�� p�aczem?
Mam zadzwoni� na policj�?
Nie wiedz� o tym?
Nikogo nie by�o w pobli�u gdy go znalaz�em.
Pomy�la�em, �e najpierw zobacz� si� z tob� zanim co� zrobi�.
- Mam powiedzie�, �e go znalaz�em? - Czemu nie?
Ed, jeste� g�upcem.
Jeden z nas jest.
Zapytam si� Janet czy podwie�� j� do domu.
- Nie robi�bym tego. - Dlaczego?
- Na pewno zechce pojecha� z ojcem. - Och, tak.
- Hej, Nick. - Tak.
- Mam pomys�. - Jaki?
- Czemu tutaj nie kropn�� Madviga? - Co?
Pewnie, mogliby przy okazji pochowa� i jego.
Kiedy b�d� chcia� twojej rady to zapytam.
Zasmuci�em si�, gdy us�ysza�em o Taylorze, panie Henry.
- By� moim przyjacielem i mi�ym ch�opcem. - Dzi�kuj�.
- M�g�bym z panem porozmawia�, prosz�? - O czym?
Zdajesz sobie spraw�, �e politycznie ta sprawa nie wygl�da dobrze.
- Dlaczego? - Ze wzgl�du na Madviga.
Observer sugeruje, �e zabi� twojego syna.
Nied�ugo p� stanu b�dzie w to wierzy�.
Sp�jrz tylko.
Jak ci si� to podoba? Varna wtr�ca si� w nie swoje sprawy.
Ma jaja. Chyba p�jd� pos�ucha�.
Hej, spokojnie.
Ze mn� i Observerem b�dziesz pewniakiem.
- Zastan�w si� nad tym. - Nie, dzi�kuj�.
B�dzie jak powiedzia�e�.
Do widzenia, panno Henry.
- Dok�d idziesz? - Spotkamy si� w samochodzie.
Panno Madvig?
Mog� porozmawia� z tob� przez chwil�?
Kocha�a� Taylora, prawda?
W�a�nie us�ysza�am co�, o czym powinna� wiedzie�.
- O czym? - O morderstwie Taylora.
Hej, Opal!
Idziesz ju�, Snip?
Pani Madvig i ja rozmawiam prywatnie.
Pogrzeb to nie jest dobre miejsce na rozmowy o morderstwie. Nawet prywatne.
Jest jak s�yszysz co powiedzia� Nick Varna.
ma do�� dowod�w, by oskar�y� kogo� o morderstwo Taylora.
Tak powiedzia�?
Kto?
Tw�j brat.
Czemu nie poplotkowa�, z kim� kto chce s�ucha�?
Nie wierz temu, Opal. Tym sposobem Nick Varna chce...
O czym tak rozmawiacie?
Witaj, Snip.
Wiem. Jest ci�ko..
Chod�, rusz si�, zabior� ci� do domu.
Nie!
Przykro mi, panie Beaumont, pana Farra nie ma.
- M�g�bym wiedzie�, kiedy wr�ci? - Nie wiem, nie powiedzia� ani s�owa.
Zaryzykuj� i poczekam w jego biurze.
- Nie mo�esz tego zrobi�! Pan Farra b�dzie z�y. - Lubisz t� prac�, synku?
To ty, Ed!
Szalony dzieciak. Nigdy nic nie robi bez polecenia.
M�wi� mi, �e pan Bowman.
Usi�ujesz sp�awi� mnie jak Paul ma k�opoty?
Nie, Ed, nic takiego. Masz cygaro.
Wiesz, Ed, s� tacy, kt�rzy uwa�aj�,
�e do�� powolnie wyja�niamy to morderstwo.
Tak?
Co dosta�e�?
Masz. Sp�jrz na to. Powiedz mi, co o tym my�lisz.
Nie przywi�zuj� do tego �adnej wagi.
�wiry zawsze pisz� anonimowe listy w takich przypadkach jak ten.
JE�LI PAUL MADVIG NIE ZABI� TAYLORA HENRY'EGO,
TO JAKIM CUDEM JEGO NAJLEPSZY PRZYJACIEL ZNALAZ� CIA�O.
Ed, na mi�o�� bosk�, nie my�lisz �e bior� to na serio, prawda?
Chcia�em ci to tylko pokaza�.
- Powiesz o tym Paulowi? - O li�cie? Nie.
C�, nie r�b tego.
- Ciekawe, co ma Nick Varna? - Przyjdzie do mnie jutro.
Musz� go wys�ucha�.
Jest du�y nacisk w tej sprawie, zw�aszcza z Observera.
Nie mog� po porostu siedzie� i...
Je�li Paul ci powie, to b�dziesz siedzia�, sta� lub je�dzi� na rowerze.
Jestem prokuratorem tego okr�gu! I ja...
Oczywi�cie je�li ty... Je�li Paul...
- Je�li jest jaki� pow�d, to dlaczego nie. - Nie ma �adnego powodu.
I nie chcia�bym, �eby co� przysz�o tobie na my�l.
I dzisiaj kupi� ten rower.
Kup gazet�. Przeczytaj o tym.
"Madvig mo�e by� zamieszany w morderstwo Henry'ego."
Przeczytaj o tym, to ekstra. Kup gazet�.
"Madvig mo�e by� zamieszany w morderstwo Henry'ego." Kup gazet�.
Przeczytaj o morderstwie Henry'ego!
- Czyta�e� Observera, Paul? - Tak.
No i?
Musimy znowu przez to przechodzi�, "No i? No i co?" znowu rutyna?
Nie, je�li nie chcesz.
Ed, nie nadymaj si�.
Gazety s� przeciw mnie od lat, a ja wci�� siedz� sobie wygodnie.
Pr�bowa�e� kiedy� na krze�le elektrycznym?
Do czego zmierzasz, chcesz mnie przestraszy�?
Observer co� wspomina� o tajemniczym �wiadku.
Trele-morele.
Gdyby Varna co� mia�, to da�by to do gazety.
Rozprzestrzenia ca�y brud.
Zrobi� z nim porz�dek, Paul.
Ja zrobi� porz�dek z jego wy�upiastymi od makaronu oczami.
Musi si� nauczy�, �e sprawy o kt�rych powiedzia�em,
s� zamkni�te.
Co jest dobre dla starego Eighth Warda jest dobre dla wszystkich, prawda?
System do tej pory pracowa� ca�kiem nie�le, czy� nie?
- Przepraszam, �e zanudzam ci� takimi bzdurami. - Fakt to bzdury.
O Nicku Varna'ie czy Taylorze Henrym, te� nie chc� ju� s�ucha�.
OK, rozumiem.
Witam.
A to co, us�uga wizyty towarzyskie?
Nie lubi mnie pan, panie Beaumont?
My�l�, �e lubi�.
Mi�o mi. Nawet je�li umiarkowanie.
Czemu jest ci mi�o?
Z nieokre�lonego powodu, my�l�, �e jeste� bardzo mi�y.
Powiedz o tym nieokre�lonym powodzie.
Mam nadziej�, �e pomo�esz mi znale�� morderc� Taylora.
Czy wygl�dam na faceta tropi�cego morderc�w?
Wygl�dasz na takiego, co da�by rad�.
Jestem pewna, �e jedno mo�esz mi powiedzie�.
Co?
- Czy Paul go zabi�? - Nie.
Jeste� pewny?
Jeste� najlepszym przyjacielem Paula i znalaz�e� cia�o Taylora.
Dobra, miejmy to za sob�.
- Co? - List. Daj..
Mam taki sam jak ten. Jaki� niedorozwini�ty g�upek.
A je�li to nie g�upek, musz� mie� pewno��.
Nie pomo�esz mi?
Nie.
Rozumiem. Boisz si�.
S�dzisz, �e Paul �le to zrozumie bo jeste� jego przyjacielem.
Jeste� w b��dzie.
Je�li chcia�bym ci pom�c,
to nie mia�oby znaczenia, kto jest moim przyjacielem.
- Powiedzia�e�, �e mnie lubisz. - Oczywi�cie.
Jeste� zgrabna, masz �adn� buzi� i dobre maniery.
Ale poza tym pokojem, nie m�g�bym ci ufa�.
Lubisz zadawa� si� z kim� o gorszym statusie, a ja z takimi si� nie zadaj�.
S�dzisz, �e jeste� lepsza ode mnie.
A ja siostro, s�dz�, �e jestem dla ciebie za dobry.
- Kto tam? - Paul.
- Paul! - Tutaj.
Wejd�.
Cze��, Ed.
Pakujesz si�?
Tak.
- Dok�d jedziesz? Do Nowego Jorku? - Na przek�sk�.
Kiedy wr�cisz?
Mam bilet w jedn� stron�.
- Pos�uchaj Ed, czy powiedzia�em co�... - Mam wst�pi� do sklepu jubilerskiego.
- P�jdziesz ze mn�? - Tak, pewnie.
Podr�ujesz sam?
Chod�my.
Nowy Jork. Troch� tam teraz zimno.
- Na pewno chcesz tam jecha�? - Zm�czy�o mnie to prostackie miasto.
Masz na my�li mnie, jak s�dz�.
Wiesz, Ed, strasznie trudno si� z tob� dogada�.
Nikt nie m�wi�, �e b�dzie �atwo.
Napijesz si�? Taki toast na po�egnanie.
Dobrze.
- Cze��, Paul. - Cze��, Paul.
- Cze��, Ed. - Cze��, Paul.
Cze��, ch�opaki.
Dwa piwa.
C�, Ed,
nie my�lisz o mnie jak o wielkim polityku, prawda?
- My�l sobie co chcesz. - Ju� to zrobi�em.
S�dz�, �e �aden ze mnie Napoleon,
ale przeby�em d�ug� drog� od czas�w starego Eightha.
Ty tak my�lisz.
Co chcesz �ebym zrobi�,
mam napisa� list mi�osny do Nicka i napisa�, �e wszystko mu wybaczam?
To nie by�by z�y pomys�.
Ed, wiem, �e jak zaczniesz walk�, musisz j� sko�czy�.
A swoj� drog�, czemu tak stajesz w obronie Nicka?
Nie broni� Nicka.
Jestem tylko zm�czony tym, �e ka�dy jest sprytniejszy od ciebie.
Niby kto?
No dobra, chod� tu gumowe ucho.
Wydu� to. Kto mnie przechytrzy�?
Musisz pyta�? Wspierasz Parti� Reform
bo to ma ci� doprowadzi� do walki z Nickiem.
A je�li to nie wystarczy, b�dziesz pracowa� dla go�cia,
kt�ry ci� wyrzuci jak tylko zostanie wybrany.
- A wszystko dla tej damulki, kt�ra... - Przesta�!
- B�d� lecia�. - Poczekaj, Ed.
- Nie dotykaj mnie. - Daj spok�j, och�o�, co? No.
- Puszczaj. - Siadaj, Ed.
Wyno� si�. Wynocha!
- Beaumont jest tutaj. - Dobrze, przy�lij go.
Prosz�.
Dzi�kuj� za pr�b� przekonania Paula.
- S�dzi�em, �e si� myli. - B�dzie wiedzia�, jak do niego zadzwoni�.
U�ci�lijmy teraz jedn� rzecz.
Odszed�e� od Paula na dobre?
- Pos�a�e� po mnie, prawda? - Tak.
- Przyszed�em, nie? - OK.
- Jakie masz plany? - Mam bilet do Nowego Jorku.
Tu mog�oby by� ci dobrze.
Jak?
Wiesz du�o o planach Paulu Madvigu.
Co proponujesz?
Dzi�ki.
Dlaczego Paul zamordowa� m�odego Taylora?
- Pi�kny pies. Ile ma lat? - Siedem.
Nie odpowiedzia�e� na moje pytanie.
Nie z�o�y�e� propozycji.
Dostaniesz miejsce do hazardu w najlepszym punkcie miasta.
Urz�dzisz je jak chcesz, maj�c du�� ochron�.
Dlaczego mia�by� mnie chroni�?
Nie palisz si�, �eby ze mn� w to wchodzi�, co?
To nie by� m�j pomys�.
Siadaj.
Powiem ci co�.
Dam teraz 10,000$, a drugie tyle po wyborach, je�li pokonamy Paula
a oferta kasyna jest nadal aktualna.
Co mam zrobi�?
Matthews, wydawca Observera, jest obok.
Daj mu najwa�niejsze informacje o Paulu, wszystkie brudy i jak funkcjonuje w mie�cie.
Wi�kszo�� to rutyna. Nic szczeg�lnego.
Zgoda. Ale jest zab�jstwo Taylora Henry'ego.
Mo�e zaczniemy od tego.
- Mo�e. - Znaczy, rozpoczniesz z 10,000?
Dzi�ki.
Teraz nie mam czasu. Potem zadzwoni� po Matthewsa.
Poinformuj� go. On ju� to odpowiednio przedstawi.
Zacznij od pieni�dzy, kt�re da�e� wtedy Opal.
- Wiesz o tym? - Pewnie, to dla mnie pestka.
Wci�� mam weksle od Taylora.
- Chyba to nie ty go zamordowa�e�? - To nie by�o �mieszne.
Pos�uchaj.
Poszed�e� za Opal do mieszkania Taylora. To wa�ny punkt.
Daj Matthewsowi wszystkie szczeg�y.
Wygl�da nie�le.
Nie s�dzisz, �e Observer robi du�o wiatru?
S�dzi�em, �e blefujesz, szczeg�lnie je�li chodzi o Farra.
Nie za bardzo.
- Znasz Slossa? - Tak, znam.
Paul w zesz�ym tygodniu wyrzuci� go z centrum miasta.
To by� jego b��d.
Sloss przyszed� do mnie pogada�.
Widzia� Paula i Taylora k��c�cych si� na ulice tamtej nocy.
On mieszka kilka dom�w dalej..
To dobrze. Ale wiesz, �e Sloss, nigdy nie pojawi si� w s�dzie.
Nie musi. Mam jego o�wiadczenie pod przysi�g�.
To naprawd� orygina�.
- Gdzie on teraz jest? - W Nowym Yorku.
Ale wr�ci jutro.
Teraz, p�jd� rozm�wi� si� z Matthewsem. Potem udamy si� do Farra.
Nikt nie zobaczy si� z Farrem.
Mo�esz wsadzi� to sobie w dup�.
Haddock!
Jeff! Rusty!
Puszczaj, Haddock.
Je�li chcesz w ten spos�b, prosz� bardzo.
- Dzi�ki. - Jeff!
- Co masz? - Dwie pary.
To jestem ci winien cztery dolce.
- Musi mie� z�e sny. - Tak, zastanawiam si� co mu si� �ni.
- Co robisz bracie? - Rozdawaj.
- Serde�ko, wiesz co ci powiedzia�em. - Uspok�j si�, Jeff.
Daj dwie karty.
Pos�uchaj, koteczku, masz le�e�.
Nie czujesz si� dobrze.
Jeff, uwa�aj. B�dziesz odpowiedzialny jak wykituje.
Nie wykituje. Jest twardy.
On to lubi. No nie, z�otko?
- Cze��, Nick. - Nick. Cze��, Matthews.
Niez�y z niego numer. Jak tylko do siebie, dochodzi, wstaje i zaczyna od nowa.
Ale nie pobili�cie go na �mier�?
Nie, chyba, �e b�dziemy chcieli.
- Woda nadal jest w wannie? - Troch� si� brudzi.
Nawet o tym nie wie.
Jest w porz�dku, Nick.
S�yszysz mnie, Ed? Tu Nick.
Pos�uchaj. Masz da� Matthewsowi cynk na Paula.
Dobra, b�d� pracowa� nad tob� a� ci� nie przekonam.
- Jeff. - To przyjemno��.
- Nick, prosz�! - Zamknij si�.
Dobra.
Nie jest dobrze. Zaraz si� przekr�ci.
Dobra. Wr�cimy rano. Chod�.
Wisisz mi cztery dolce.
Dobre, nie?
- Nie masz ziemniak�w? - Nie.
Gdzie nauczy�e� si� tak gotowa�?
Moja pierwsza �ona by�a 2 kucharzem trzeciorz�dnym w lokalu na Czwartej ulicy.
Tak?
Co si� sta�o? Nie lubisz �rednio wypieczonych stek�w?
Kiedy go gryz� stek, to jakbym gryz� siebie.
Rusty!
Trzeba wywa�y�!
Oto i nasza dziecina. �ap go!
G�upi dure�! Wpa�� na co� takiego.
Zga� to!
Przesta�, staramy ci si� pom�c. Masz rozci�t� twarz.
Wezwijcie Paula Madviga.
Uspok�j si� do czasu, a� przyjdzie pan Madvig.
Wezwijcie Madviga.
O co w tym wszystkim chodzi? Kto chce si� ze mn� widzie�?
- Tu nie mo�na wchodzi�. - Uwa�aj.
O. To ty?
Paul, to Sloss.
Nowy York pracuje dla Varny.
Wa�ny �wiadek.
Straci� przytomno��?
S�uchaj,
je�li ten facet umrze, zamieni� to miejsce na magazyn.
Wejd�, prosz�.
Witaj, Snip.
O... czujesz si� lepiej.
- Tak. - Ciesz� si�.
Ed, co si� sta�o mi�dzy tob� a Nickiem Varn�?
Nie mogli�my si� troch� dogada�.
Mia�o to co� wsp�lnego z morderstwem Taylora?
Nie, nie mia�o.
Wiesz, kto zabi� Taylora?
- Czy Paul go zabi�? - Przesta�!
Ed, zrobi� to?
Je�li ju� musisz, to czemu nie og�osisz tego przez megafon.
No to on go zabi�.
By�oby fajnie, gdyby, opr�cz mnie kto� w tym mie�cie
uwa�a�, �e nie zabi�.
Szczeg�lnie kto� taki jak jego siostra.
Dzisiejszy Observer praktycznie stwierdzi�, �e on go zabi�.
Nie o�mieliliby si� tego wydrukowa�, gdyby to nie by�a prawda.
Pos�uchaj, Snip, wiesz jak dzia�aj� gazety.
Matthews jest z Varn�. Nie chc� aby Paul wygra� wybory.
To co dzi� widzia�a� to dopiero pocz�tek tego co b�dzie.
B�d� grzechota� kocimi Taylora Henry'ego a� do dnia wybor�w.
Nie powinna� tak my�le�. Paul tego nie zrobi�. Przede wszystkim jest politykiem.
Nie wydrukowaliby tego gdyby to nie by�a prawda. Nie m�g�by!
M�g�by!
Nie wierz� ci i nigdy nie uwierz�!
Nie �pisz?
Jaka� pani chcia�aby si� z tob� widzie�.
- Co za pani? - Pani Janet Henry.
- Powiedz jej �eby odesz�a. - Nie mog�. Wie, �e czujesz si� lepiej.
Kiedy b�dziemy sami znowu?
Nigdy, gdyby to ode mnie zale�a�o.
Chyba musz� z ni� porozmawia�.
Nic dziwnego, �e ci� pobili.
Prosz� wej��.
Paul m�wi�, �e czuje si� pan du�o lepiej, panie Beaumont.
M�wi�, �e w pierwszym roku, b�d� m�g� siedzie�.
Paul powiedzia�, �e wyjdziesz za tydzie�.
Wygl�da na to, �e cz�sto si� widujesz z Paulem.
Nie m�wmy o Paulu.
- To o czym mamy rozmawia�? - O tobie.
- Dobre warunki? - Mniej wi�cej.
- �adnych przyjemno�ci? - �adnych.
Piel�gniarki nie traktuj� ci� dobrze?
- Nie tak, jakbym chcia�. - Biedaczek.
Gdybym wiedzia�a, �e ci� zaniedbuj� to bym przysz�a wcze�niej.
Co z tym wcze�niejszym pojawieniem?
Powiedzia�am, �e gdybym wiedzia�a, �e zdrowieje tak szybko
to przysz�abym wcze�niej.
Mog� sobie wyobrazi�, �e Ed jest szcz�liwy, �e w og�le przysz�a�.
Hej, Ed, Janet mi to kupi�a dla ciebie.
- Jak si� masz? - Dobrze.
Jak ci si� to podoba? Zobacz co si� dzieje, jak si� ma m�zg?
"U�ywaj m�zgu zamiast pi�ci," zawsze mi to m�wi�.
I patrz, co si� sta�o.
Rozwijam interesy, a on l�duje w szpitalu.
- Musz� troch� odpocz��. - Tak.
Popatrz. Jak ci si� podoba? 15 karat�w.
- Gratuluj�. - Dzi�ki.
Nie og�osimy naszych zar�czyn, a� do wybor�w.
Naprawd�?
- Co poza tym, Paul? - �wietnie.
- Ukry�e� Slossa? - Pewnie.
Chcia�bym wyprawi� go z miasta.
Paul, nie musisz zabra� Opal?
Opal? Nie. Opal wyjecha�a na weekend na wie�.
Gdzie na wie�?
Nie wiem. Robi�a z tego jak�� tajemnic�.
Mo�e na przyj�cie lub co� podobnego.
Tak czy siak, lepiej ju� id�. Musisz przebra� si� na kolacj�.
Tak. Idziesz?
- Przyjd� za chwil�. - OK.
- Je�li ci nie przeszkadzam. - Nie.
Ed, potrzebujesz czego�?
Nie. Niczego.
Wezm� to.
Chyba faktycznie nie potrzebujesz.
Zobaczymy si� p�niej. Walcz dalej.
Nienawidzisz mnie za to?
A to dlaczego? Nie jeste� dla mnie.
Jeste� dziwnym go�ciem.
Dlaczego dosta�e� lanie od Nicka Varna?
Dla Paula, za to, �e mi p�aci.
To nie pow�d.
Za��my, �e kiedy� wyci�gn�� mnie z rzeki?
- Nie wierz�. - OK.
Bo jest moim przyjacielem i jest uczciwy. Zapami�tasz?
I dlatego, �e on zrobi�by to samo dla mnie.
Tak ci� odebra�am.
Bardzo lojalny.
Dlatego chc�, by� mi pom�g�.
- Pomo�esz? - Nie.
Nie chc� ci� w pobli�u, bo nie by�bym oboj�tny gdybym by� obok.
Poza tym, tw�j n�dzny brat sam si� prosi� o zamordowanie.
Co jej zrobi�e�?
By�a tak blisko, p�aczu, jak tylko mo�na.
Musia�em straci� kontrol�.
Dawniej doprowadza�em m�ode damy do histerii.
Dowiedzia�aby� si�, czy Matthews, w�a�ciciel Observera
ma jak�� posiad�o�� na wsi?
Dobrze.
Dzi�kuj� bardzo.
- Gdzie jeste�? - Tutaj.
- Ma posiad�o�� w pobli�u Pine Lake. - Dzi�ki.
Ubierasz si�.
Bez tego, nie mog� wyj��. Ludzie mogliby m�wi�.
Ale pada deszcz. A ty masz gor�czk�.
Doktor Redmond nigdy nie pozwoli...
Przeka� to doktorowi Redmondowi.
Nie za wilgotno dla ciebie na wyj�cie, Ed?
Rusty, pi�eczka wr�ci�a.
M�wi�em, �e mu si� podoba�o jak nim odbijali�my.
Zastanawia�em si�, gdzie s� twoi ch�opcy.
Sadzi�e�, �e mnie wywal�, bo ci� pobi�em?
Jeff, za du�o m�wisz. Siadaj.
Nie zdejmie pan p�aszcza i nie osuszy si� pan, panie Beaumont?
Dzi�ki.
- Pani Matthews, jak si� domy�lam. - Tak, to ja.
Si�d� sobie, Beaumont, jest przyjemnie i ciep�o.
Dobrze si� czujesz, Ed?
�wietnie, Nick. - To dobrze.
Ch�opcy mog� jutro wr�ci� do miasta.
Widzisz, grali�my bezpiecznie tak d�ugo
jak nie upewnili�my si�, �e nie umrzesz.
Ciesz� si�, �e pan przyszed�, panie Beaumont. Zrobi�o si� tu nudno.
- Nikt nie chce rozmawia� a Opal p�acze. - Eloise...
Wiesz, �e odk�d rozmawia�a z tob�, nie robi nic tylko p�acze.
To okropne.
Mam ci powiedzie�, co ich dr�czy?
Pewnie.
Opal s�dzi, �e to jej brat zabi� Taylora Henry'ego.
To o tym rozmawia�a z twoim m�em.
- Powiedzia� jej... - Ed, nie!
Jeste� pewien dziecko, �e chcesz znowu ba�ki?
Niech m�wi. To jaka� rozrywka.
Mam racj�, Opal?
Prosz�.
Nikt tak nie s�dzi, pr�cz ciebie i wrog�w twego brata.
On zabi� Taylora!
Widzisz?
I oczywi�cie tw�j m�� wydrukuje jej oskar�enia.
Nie dlatego, �e wierzy w win� Paula,
ale dlatego �e nie ma wyj�cia.
Nick jest w�a�cicielem hipoteki Observera i musi robi� co Nick mu powie.
- Przesta�, Beaumont! - Zamknij si�.
I tak, mimo �e tw�j m�� nie wierzy w win� Paula,
ma zamiar jutro wydrukowa� artyku�,
�eby �licznie przywali�.
Zobaczysz zdj�cie z czarnym tytu�em na pierwszej stronie Observera.
Opal Madvig oskar�a brata o morderstwo.
Clyde, czy to prawda?
C�, ja...
A najzabawniejsze w tym jest to,
�e jak tylko Nick za�atwi Paula Madviga, pozwoli gazecie zbankrutowa�.
Wiesz, on nie chce by� wydawc�.
To oznacza, �e jeste� bankrutem?
Obawiam si�, �e tak, kochanie. Ja...
Pi�� lat. Od bogactwa do zera.
To chyba wystarczy, nie?
Napije si� pan ze mn�, panie Beaumont?
Z ochot�.
To wszystko Ed?
Trudno uwierzy�, ale tak.
Co z tego wynika?
Teraz nasza kolej, by zada� cios tobie i Paulowi i zrobimy to.
Dziewczyna przysz�a tu z w�asnej woli. Tak jak Matthews.
Tak jak ty.
Je�li o mnie chodzi,
to ona, ty i on mo�ecie chodzi�, dok�dkolwiek chcecie.
Ja id� si� po�o�y�.
Chod�cie, ch�opcy.
Chwileczk�. To znaczy, �e nie spuszcz� mu lania?
A po co?
Jak tylko rano ukarze si� Observer, jest sko�czony.
Dobranoc, Snip.
Nie k�adziesz si�, kochanie?
No to cyk.
Pi�eczka nie�le sobie radzi, nie?
- Mo�e jeszcze po jednym? - Czemu nie?
Eloise, prosz� chod� na g�r�.
Rzuc� czym� w niego, panie Beaumont.
Po co mam i�� do ��ka?
Tu jest znacznie lepiej.
- Kt�ry pok�j? - Co?
- Jego pok�j. Kt�ry? - Pierwszy od frontu.
- Ed... - We� ubranie i zmywaj si� st�d.
To... by� Clyde?
Tak. Martwy jak makrela.
Ja Clyde Matthews, zdrowy na ciele i umy�le, o�wiadczam, �e to jest m�j testament.
Mojej ukochanej �onie Elaine Matthews, przekazuj� wszystkie ruchomo�ci i nieruchomo�ci
Wykonawc� testamentu ustanawiam Nicka Varn�. Clyde Matthews
- Dok�d si� wybierasz, Ed? - Id� zaczerpn�� �wie�ego powietrza.
To nie jest z�y pomys�. Poczekaj.
To troch� zabawne, na biurku pi�ro i otwarty ka�amarz,
a nie znale�li�my, �adnego listu.
Co, nie napisa�? Musimy to kiedy� przedyskutowa�.
Rusty.
Mam ci� go��beczku.
Cze��, m�zgowiec. Widzisz o co mi chodzi?
Hej, jeszcze nie koniec przyj�cia.
Wychod�my, Paul. Je�li chcesz nas powstrzyma�, pr�buj.
- Dzi�ki. - Pu�� go.
Spadaj.
Hej, we� ze sob� t� �pi�c� kr�lewn�.
Ed, nie tylko ty, dzia�asz w naszym zespole, nie?
Matthews pope�ni� samob�jstwo.
- Matthews? Tutaj? - Tak.
Pos�uchaj, Observerze przygotowa� na rano dynamit.
Dzwo� do s�dziego Thomasa,
�eby mianowa� kogo� nam bliskiego, na zarz�dc� masy spadkowej.
Zrobi to, bo nie ma testamentu.
Maj�c zarz�dc�, nie dopuszczasz do druku. �apiesz?
- Tak. - No to id�. Nie zwlekaj.
Ale Paul, nie zmusz� moich ch�opc�w by g�osowali na Parti� Reform?
A czemu nie? Wi�kszo�� jest z poprawczak�w.
- Paul. - U mnie w porz�dku, a u ciebie?
Powstrzymamy Murphy'ego i Kelly'ego.
Nie powiniene� jeszcze si� tak anga�owa�.
S�dzi�em, �e zostaniesz w ��ku.
W�a�nie dosta�em cynk z biura Farra. Wezwie ci� na przes�uchanie.
Uspok�j si�, dobrze?
W jakiej sprawie ma przes�uchiwa� ten nad�ty pelikan,
jak zamkn�li�my Observera?
A Sloss?
- Tutt. - Tak, Paul?
Donovan i Burns w�a�nie go zabieraj�.
B�d� lada chwila.
- Kupi�e� Slossowi bilet? - Tak, Paul.
Dobrze.
Wysy�am go do Maine na mi�y, d�ugi odpoczynek.
Nie by�bym zbyt pewny Farra.
Musimy kupi� wi�cej tych anonimowych list�w.
Jego nie obchodzi, kto wygra wybory.
Nie?
Mo�e lepiej przem�wi� temu nochalowi do rozumu.
Hej, poczekaj.
Czujesz si� do�� silny, �eby i�� ze mn�?
- Pewnie. - Chod�my.
- Tutt. - Tak, szefie.
Jak b�dzie Sloss zamknij go w moim biurze i nikogo do niego nie wpuszczaj.
Tak, Paul.
Cze��, Sloss.
Zabierzcie go do Tuttla.
- Dlaczego Sloss. - To z twojego okna, Paul.
Z�api� go.
Co do diab�a? Paul! Co si� sta�o?
To bezcelowe, Paul. M�g� wyj�� na sze�� r�nych sposob�w.
Tak, racja.
Pewnie to te� mi przypn�.
Czemu nie? Sloss by� wa�nym �wiadkiem.
Nikt nie mia� lepszego powodu, by si� go pozby� ni� ty.
P�jdziesz do Farra i powiesz mu wszystko co wiesz o morderstwie Taylora Henry'ego.
Trzeba wymy�li� co� innego.
- Kryjesz kogo�? - Nie.
No to lepiej, jak b�dziesz m�wi�.
- Nie mog�. - Dlaczego nie?
To ja zabi�em Taylora Henry'ego.
M�g�by� powiedzie� jak do tego dosz�o?
To by� wypadek.
By� w domu, kiedy rozmawia�em ze starym Henrym o Opal i o nim.
Poszed� za mn� i zacz�� si� ze mn� k��ci�.
Szturchn�� mnie.
Ja go waln��em, a on upad� rozbijaj�c sobie g�ow� o kraw�nik.
W tych okoliczno�ciach, oczywi�cie, lepiej milcze�.
Czemu? Mog�e� powiedzie�, �e dzia�a�e� w samoobronie.
Nie chcia�em tego. Ja pragn� Janet Henry.
Ed, pragn� jej bardziej, ni� czegokolwiek kiedykolwiek chcia�em.
Jakie mia�bym szanse, gdyby wiedzia�a, �e ja...
Wi�ksze, ni� masz teraz.
Mia�by� te� wi�ksze szanse obalenia oskar�enia.
Farr nigdy mnie nie ruszy.
Pos�uchaj, gdyby co� mia�o mu da� jakie� korzy�ci
aresztowa�by w�asn� matk� i dosta� wyrok skazuj�cy.
A te listy przysporzy�y mu du�o zmartwie�.
Tak my�la�em.
By�a� mi�a dla Paula i ustawi�a� go sobie,
by udzieli� poparcia twojemu ojcu, kt�rego ten potrzebowa�. To nie by�o trudne.
Potem uzna�a�, �e Paul zabi� ci brata i mo�e unikn�� kary,
ale nawet wtedy, gra�a� dalej. Wspaniale.
Zar�wno siostra Paula i jego ukochana obie prowadz� go na krzes�o elektryczne.
Ma ch�op szcz�cia, do kobiet, nie?
Napisa�am te listy. Jestem pewna, �e zabi� Taylora i udowodni� to.
Jak my�lisz, co zrobi Paul jak mu o wszystkim opowiem?
Nie opowiesz. Co dobrego by z tego wynik�o?
Poza tym, za bardzo go lubisz, by go zrani�.
I jest jeszcze jeden pow�d.
Ja prosz�, by� tego nie robi�.
Nawet na chwil�, nie mo�esz zapomnie� o Paulu?
S�dzi�em, �e wszystko ustalili�my.
Kiedy� ci powiedzia�em, �e Paulowi by�oby oboj�tne, gdybym ci� po��da�.
Ale tak nie jest.
Wci�� my�lisz, �e jeste� lepsza o pi�� punkt�w od Paula i cztery ode mnie.
- Jeste� w b��dzie. - O nie, nie jestem.
Teraz kiedy si� rozumiemy, chod�my st�d.
Dodatek nadzwyczajny! Przeczytajcie o tym. Dodatek nadzwyczajny!
Cze��, Al. Cze��, Jim.
Cze��, Ed.
wygl�da na to, �e mia�e� racj� z tym kr�taczem Farrem.
Naprawd� tak ci to przedstawili?
- Ma akt oskar�enia? - Tak, ale nie martw si�.
Dostali�my nakaz doprowadzenia do s�du, �aden s�dzia w tym mie�cie, mnie nie wsadzi.
Ka�dy s�dzia ci� zatrzyma, je�li nie powiesz prawdy.
Ty te�?
- Mia�e� co� wsp�lnego ze sprz�tni�ciem Slossa? - Nie.
- A co z Taylorem? - Powiedzia�em ci wszystko.
Tak, powiedzia�e�.
Powiedzia�e�, �e siedzisz cicho dla Janet Henry. To szale�stwo.
- Ona ci� nawet nie lubi. - Nie zaczynaj znowu.
M�wi� ci, ona pr�buje ci za�atwi� krzes�o elektryczne,
pisz�c anonimowe listy do Farra i wszystkich innych.
Wystarczy.
Co jest, Ed?
Pr�bujesz j� przechwyci� dla siebie?
- Jestem zm�czony, zabieraj si� st�d. - Wyjd� jak sko�cz�.
Wyjdziesz, kiedy si� wygadasz.
- Wywalam ci�. - OK, Paul.
- Ed? - Tak?
Wzi��em sobie do serca twoj� rad�. Kupi�em rower.
M�j dzieciak nim je�dzi.
- Daj mi �wie�e piwo, Joe. - Ju� si� robi.
Jeszcze jedno.
Czy� to nie "walnij mnie znowu" Beaumont.
Cze��, Jeff.
Hej, poznajcie najbardziej eleganckiego faceta, jakiego obija�em.
- Wypijemy ma�ego. - OK.
Nie, nie z tymi frajerami.
Mam miejsce tylko dla mnie i dla ciebie.
Ma�y pokoik na g�rze, za ma�y �eby� upad�.
Mog� ci� obija� o �ciany.
Nie b�dziemy marnowa� czasu, zaczniemy zaraz jak wejdziesz.
Wybaczcie panowie. P�jdziemy na g�r�, pogra� w r�k�.
Ja i Cuddles.
Siadaj.
No, wybierz sobie krzes�o jakie chcesz.
Jak to ci si� nie podoba, we� sobie inne.
Chc� �eby� si� czu� jak m�j go��.
Napijemy si�.
Potem powybijam ci z�by.
- To krzes�o jest w porz�dku. - �garz.
Te krzes�a s� nic nie jest warte. Patrz.
Widzisz, Beaumont. Kompletnie nie znasz si� na krzes�ach.
- M�j b��d. - Ty m�dralo.
My�lisz, �e jestem pijany.
- Nie, nie jeste� pijany. - Jestem pijany.
Jestem bardziej pijany ni� ty. Bardziej pijany ni� ktokolwiek w tej norze.
Co ma by� prosz� pana?
Gdzie by�e�? Dzwoni�em po ciebie godzin� temu..
Przyprowadzi�em najlepszego przyjaciela, �eby si� napi�
i siedzimy czekaj�c p�godziny na z�amanego kelnera.
Co chcesz?
- �ytni�. - Szkock�.
I nie my�l, �e nie wiem te� co zamierzasz zrobi�.
Nic nie zamierzam zrobi�. Chcia�em si� zobaczy� z Nickiem i pomy�la�em, �e znajd� go tutaj.
K�amiesz. Nie obchodzi ci� Nick. Przyszed�e� do mnie.
Wiem co zmierzasz.
Jeste� �ajdakiem, tak.
Wiesz co zamierzam zrobi�?
Zaraz dam ci wycisk.
Oto co ci� czeka.
A nie chc� na ciebie patrzy�. Ty �ajdaku.
R�b jak chcesz.
My�lisz, �e to cwane, przyj�� tu i spr�bowa� co� ze mnie wyci�gn��.
O czym? O Slossie?
Wiesz, co my�l� o tym facecie. Powiniene� dosta� medal.
Jak to si� sta�o?
Och, nie m�dralo.
Ma�y Jeff nie powie na ten temat.
- Czemu? To sekret? - Tak.
Sekret. Mi�dzy mn� a Nickiem i latarni�.
A ty nie jeste� latarni�.
- Jeste� draniem. - Postawi� ci drinka.
Niez�y pomys�.
Ale dalej jeste� draniem.
I dalej zamierzam ci wm��ci�.
Nie martw si� o mnie.
Nick wszystko za�atwi�.
- �ytni�. - Szkock�.
Nie stawia�bym za bardzo na Nicka. Pami�tasz, �e da� si� usma�y� McMurry'emu.
Nie jestem McMurry'em.
Ma�a szansa z tym wszystkim co mam na Nicka.
Co chcesz na niego?
My�li, �e jestem tak pijany, �e mu powiem.
No dalej, powiedz mu, Jeff.
Cze��, Nick. Spotka�em pana Beaumonta.
- To dra�. - M�wi�em �eby� si� zaszy�.
Ca�a ta speluna jest tajna, nie?
- Witaj, Beaumont. - Cze��, Nick.
- Du�o z niego wyci�gn��e�? - Nie, niezbyt.
Obaj jeste�cie dranie.
- Oni maj� ju� do��. - Szkock�!
Za du�o gadasz, Jeff. Ostrzega�em ci�.
- Co z tob�? - M�wi� do ciebie, Jeff.
To nie m�w do mnie.
P�jdziemy tam, gdzie nie b�d� do ciebie gada�.
Nie b�d� durniem, Nick.
- Wkurzasz si�, bo zabi�em Slossa. - Siadaj i zamknij si�.
Nie popychaj mnie.
- Wzi��e� spluw�? - Tak.
To zobaczysz co zrobimy? Musimy da� mu robot�.
Uspok�j si�, Jeff.
Jestem tylko du�ym, dobrodusznym flejtuchem.
Ka�dy mo�e mnie popycha�, wszyscy tak robi�,
i ja nie mam nic do powiedzenia.
Pryskamy. Daj mi spluw�.
- Ale z ciebie dra�? - Siadaj.
Siadaj.
Pami�tasz jestem ci co� d�u�ny?
Trzymaj r�ce na stole.
Okaza�e� si� niez�ym cwaniaczkiem.
Wezwij gliniarzy. Lepiej te� popro� lekarza, gdyby Varna jeszcze �y�.
Lepiej przedsi�biorc� pogrzebowego.
- W porz�dku ch�opcy. Zabierzcie go by och�on��. - Poczekaj.
�egnaj, skarbie.
- �mieszne nie? - Tak. B�dziesz umiera� z u�miechem.
- Spokojnie. - W porz�dku, ch�opcy.
Przedstawienie sko�czone. Zmykaj.
To by�o zr�czne, Ed. Przypi��e� Jeffowi zab�jstwo Slossa.
Dzi�ki za to g�wno.
Podobno rodzice twojej �ony mieszkaj� w Omaha.
Tak, maj� tam ciche ma�e mieszkanko. Mnie si� podoba.
Lepiej wy�lij im telegram, �e wybierasz si� do nich z �on�.
A to co? Jaka� gierka?
- Tylko dobra rada. - Nie rozumiem.
Czemu nie p�jdziesz po rozum do g�owy?
Jutro Paul obali akt oskar�enia
i pierwszy kt�rego za to dorwie, b�dziesz ty.
G�wno prawda. Niech spada.
OK. Ale jak przybije ci� za uszy do drzwi s�du,
i nie m�w, �e ci� nie ostrzeg�em.
Hej, Ed. Ed, poczekaj. Ed, zaczekaj. S�uchaj.
Nie b�d� si� k��ci�. Rozumiesz? Wszystko o co prosz�,
to jak Paul obali oskar�enie?
B�dziesz s�ucha�, czy mam ci to wszystko napisa�?
Po pierwsze nie znajdzie si� �aden s�dzia
kt�ry by zatrzyma� Paula, teraz kiedy wyja�ni�a si� sprawa Slossa.
Ale...
Po drugie i tego si� trzymaj,
to nie Paul zabi� m�odego Henry'ego.
Jak do tego doszed�e�?
Dzi�ki pogaw�dce jak� z nim mia�em w areszcie.
Doszli�my do sprawy i powiedzia�, �e on to zrobi�.
Ale... ale to si� nie zgadza.
S�uchaj m�dralo, wszystko doskonale pasuje.
Gdyby to zrobi� Paul, to nie czeka�by do teraz, �eby mi o tym powiedzie�.
Kogo� kryje. Bior�c win� na siebie.
Za kogo� wyj�tkowego.
Je�li zrobisz jak co ci powiem, to b�dzie aresztowanie
i mo�esz prze�o�y� t� wycieczk� do Omaha.
Jeste� pewny tego co m�wisz?
Wiedzia�em o czym m�wi�, kiedy dostarczy�em Jeffa, tak?
Tak.
Tak. Co chcesz...
- Co mam zrobi�? - Wystaw nakaz aresztowania za morderstwo.
- Na kogo? - Janet Henry.
Janet Henry. Janet Henry?
Dlaczego, to c�rka starego. M�odsza siostra Taylora.
Czemu ta dziewczyna...
To t� dziewczyn� chroni Paul.
- Nie mog�... - Pos�uchaj mnie.
Mam na ni� dowody, mocne jak cholera..
To sta�o si� wtedy, gdy pok��ci�a si� z bratem o Opal
i sko�czy�o z m�odym Henrym tam gdzie go znaleziono.
Paul ca�y czas o tym wiedzia� i kry� j�.
A ona ca�y czas nienawidzi�a Paula, jego jaja
nienawidzi�a go dla niego samego i za to, �e trzyma� jej rodzin� w morderczym u�cisku.
To ona rozprowadza�a te jadowite listy.
Klepa�a Matthewsowi. Pr�buj�c posadzi� Paula na krze�le eklektycznym.
M�wi� ci to ona. Wi�c do roboty.
Nie m�wisz o zwyk�ych ludziach.
To Janet Henry.
Nie chc� bra� w tym udzia�u.
Lepiej zr�b to, Farr.
Tylko jeden facet postawi� si� Paulowi i uciek�.
McCluskey, pami�tasz?
Wyskoczy� z 18-go pi�tra, zanim Paul go dopad�.
- Co jest? - Chc� si� zobaczy� z pann� Henry.
- Teraz w nocy? - Tak teraz.
- Nie b�d� jej przeszkadza�. - Zatem ja to zrobi�.
To wykluczone, nie mo�esz...
Nie mog�... nie mo�esz tu wchodzi�.
Co jest, Peter, o co chodzi, Beaumont?
- Chc� si� widzie� z twoj� c�rk�. - Przekraczasz granic� przyzwoito�ci.
Sprowad� j� tu albo sam p�jd� i wyci�gn� j� z ��ka.
Lepiej zadzwoni� po policj�, panie Henry.
- Nie musisz. Oni ju� tu s�. - Co?
- P�jdziesz po ni� albo ja b�d� musia�? - Ed.
- Co si� sta�o? - OK, Farr, teraz to twoja cz��.
Nie wiem, Ed musz�...
Panie Farr, prosz� wyja�ni� to naj�cie.
Widzi pan, panie Henry, by�o tak...
Ed, co to znaczy?
To znaczy, �e Farr ma na ciebie nakaz aresztowania.
Aresztowania? Za co?
- Za zamordowanie brata. - Cz�owieku, oszala�e�.
- Musisz to udowodni�. - To absurd.
Na podstawie czyich zezna�, jest ten groteskowy nakaz.
- Moich i brata, �wie�ych. - Ed?
OK, Farr, zabierz j�.
Dobra, id�cie na g�r� i poczekajcie a� si� ubierze.
Czekaj.
S�dz�, panie Farr, �e lepiej sporz�dzi� inny akt oskar�enia.
Na mnie.
To ja zabi�em swego syna.
Poszed�em za Taylorem i Paulem potem oni zacz�li si� k��ci�.
Dogoni�em go na ulicy.
Powiedzia�em Taylorowi, �e niszczy moj� karier� polityczn�.
On mnie uderzy�. By� got�w znowu mnie uderzy�.
Zacz�li�my si� szamota�.
Jako� tak... upad�,
i uderzy� g�ow� w kraw�nik.
Kiedy podnie�li�my go razem z Paulem,
by� martwy.
- To by� wypadek. - A co na to Paul?
Prosi�em, by nic nikomu o tym nie m�wi�.
Ju� si� zacz��em martwi�, �e b�dziemy musieli powiesi� dziewczyn�, �eby stary p�k�.
Przepraszam.
Ciesz� si� �e jeste� wolny, Paul.
Wrobili ci� Paul?
- Dobrze �e wyszed�e� z wi�zienia, M�wi� ci. - Do zobaczenia.
Kogo poprzesz zamiast Henry'ego?
Nie wiem jeszcze. Ale ktokolwiek nim b�dzie, to mo�ecie w ciemno na niego stawia�.
W�a�nie.
- Zabierz najpierw to. - Tak jest.
Ed, musia�am tu przyj��.
Chc� aby� zabra� mnie z sob�.
Ed,
nie ma sensu udawa�.
Kochasz mnie i wiesz o tym.
Bez wzgl�du na to, co m�wi�e�, �e jest inaczej,
co� w �rodku, m�wi mi, �e k�amiesz.
A co z Paulem?
- Nie, ja... - Wiele mu zawdzi�czasz..
Paul by� w porz�dku.
W g��bi serca zawsze b�d� mu wdzi�czna.
Ale je�li mam go po�lubi� z wdzi�czno�ci, to by�oby wszystko co b�d� dla niego mia�a.
Odpowied� dalej jest na nie.
Dalej wywodzimy si� z r�nych klas.
Chrzani� to.
Zabierz mnie ze sob�.
Zakochani, co?
Na co czekasz matole.
�artujesz?
Czego ode mnie oczekujecie? Mam pobiec po pastora?
Id�cie, zanim si� rozmy�l�.
Hej.
S�dzisz, �e zwariowa�em? Nie, drug�.
Ale je�li liczycie, �e we�miecie �lub z moim kamieniem, to wy zwariowali�cie.
T�umaczenie: oko
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.