Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Jezus, Maria! Na ścianie wisiała powiększona fotografia Bogumiła.
Fotografie dzieci chwyciłam w ostatniej chwili,
włożyłam do walizki, a o Bogumile zapomniałam...
Nawet teraz o nim zapomniałam...
Boże litościwy...
Gdyby ten bieg dziejów, co ruszył z posad,
mógł nagle stanąć... i ocalić fotografię Bogumiła.
Pani Barbaro! Ratusz się pali! Wszystko się pali!
Uciekajmy! Najęłam dorożkę! Niech się pani pakuje!
Prędko! Prędko! Uciekajmy!
Pani Barbaro! Pani Barbaro! Prędko!
Bo nie zdążymy! Pani Barbaro!
Uciekajmy! Spalimy się!
PIEŚN "WARSZAWIANKA" PRZY AKOMPANIAMENCIE FORTEPIANU
Oto dziś dzień krwi i chwały, Oby dniem wskrzeszenia był!
W gwiazdę Polski Orzeł Biały Patrząc, lot swój w niebo wzbił.
A nadzieją podniecany, Woła do nas z górnych stron:
Powstań Polsko, skrusz kajdany! Dziś twój tryumf albo zgon!
Hej, kto Polak, na bagnety! Zyj, swobodo, Polsko, żyj!
Takim hasłem cnej podniety Trąbo nasza, wrogom grzmij!
Trąbo nasza, wrogom grzmij!
Grzmijcie bębny, ryczcie działa. Dalej, dzieci, w gęsty szyk!
Wiedzie hufce Wolność, chwała. Tryumf błyska w ostrzu pik.
Leć, nasz Orle, w górnym pędzie, Sławie, Polsce, światu służ!
Kto przeżyje, wolnym będzie. Kto umiera - wolnym już!
Hej, kto Polak, na bagnety! Zyj, swobodo, Polsko, żyj!
Takim hasłem cnej podniety Trąbo nasza, wrogom grzmij!
Trąbo nasza, wrogom grzmij!
Panie Józefie!
A po galopie poprowadzi pan kadryla.
O nie, najpierw mazur, pani rejentowo!
Pan mi to obiecał, panie Józefie! Ha, ha!
SKOCZNA MUZYKA DO MAZURA
Ha, ha! Po twoim weselu, Daniu, wydamy Terenię za tego jej Kociełła.
- A potem... - A potem wydamy za mąż Basię.
I mam już dla niej upatrzonego kawalera!
Który, co lubi, Tereniu?
Wszyscy: Nenufary! Ha, ha!
NIE SŁYCHAC GŁOSOW
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
WALC NADAL BRZMI
KONCOWE DZWIEKI WALCA
Bogumile, masz dobrą i nieprzymuszoną wolę
tę Barbarę, którą tu przed sobą widzisz, za małżonkę sobie pojąć?
Mam.
Także i ty, Barbaro, masz dobrą i nieprzymuszoną wolę
tego Bogumiła, którego tu przed sobą widzisz,
za małżonka sobie pojąć?
Mam.
Ze łzami: Nie kocham go, Tereniu!
Niemożliwe jest kochać człowieka, który... Tereniu!
Tereniu, czy to jest możliwe?
Czy to jest możliwe, żeby przez całe życie kochać jednego człowieka?
Nie wiem, nigdy nie kochałam naprawdę.
A Lucjan?
Połóż się. Odpocznij. Odpocznij...
Podobno u was w Kalińcu mówią, jakobym była narzeczoną.
Zaprzeczaj tym plotkom.
Jak przyjdzie co do czego, powiem: "nie".
Powiem: "nie" i wszystko się rozwieje!
Lucjan, obudźże się! Zobacz, co ta moja siostra wyprawia!
Pisze, że rzuciła krawiectwo i zaczęła dawać lekcje
arytmetyki po domach! Co ty na to?
To i lepiej, że wróciła do dawnych upodobań.
Ty też zbyt często ostatnio wracasz do kawalerskich nawyków.
Ostrzegam cię, że to może się źle skończyć!
- Tylko mnie nie strasz! - Wszyscy zaczynają omijać nasz dom.
Tylko mnie nie strasz!
I proszę cię, zostaw mnie w spokoju!
Basia też nie przyjedzie na wakacje do Kalińca.
Spędzi je w Borku, u Ładów.
GWAR ROZMOW
U Jasia Łady musi być wszystko, panno Barbaro!
U Łady musi być tłoczno, gwarno, wint, napoje, ruch, tańce!
Kapela!
MUZYKA: SKOCZNY MAZUREK
U Jasia Łady musi być wszystko!
U Łady musi być tłoczno, gwarno...
Kto to jest ta panienka? Tam, w tej kolorowej sukience?
RADOSNY ŚMIECH BASI, BRAWA
- Chodź, zaraz cię jej przedstawię. - Nie, nie, potem.
U Jasia Łady nie ma potem, przedstawię cię.
Ale po co robić zamieszanie?
I to zaraz!
- Panno Barbaro! - Przepraszam.
Niech mi wolno będzie sprezentować pani
naszego bohatera. Pan Bogumił Niechcic!
- Ja, Barbara... - Ja, Barbara...
- biorę sobie ciebie, Bogumile... - biorę sobie ciebie, Bogumile...
- za małżonka. - za małżonka.
I dalej powtarza: I ślubuję ci miłość,
wiarę,
i uczciwość małżeńską
oraz to,
że cię nie opuszczę,
aż do śmierci.
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
NIE SŁYCHAC REAKCJI, W TLE WALC
- Niech żyje pan Toliboski! - Brawo, panie Józefie!
Wyobraź sobie, Basiu, że ten Toliboski
ożenił się z nieładną, ale bogatą panną.
Nazywa się Narecka. Ślub odbył się w Warszawie.
Państwo młodzi mają zamieszkać w oddalonym
o kilka mil od Kalińca Borownie, majątku posagowym panny młodej.
Cicho, cicho...
NIE SŁYCHAC ROZMOW
MUZYKA ORKIESTROWA W TLE
Czy oni muszą tak bez przerwy rzępolić, panno Basieńko?
Łeb mi pęknie od tych wrzasków!
Jasieńku, przecież muszą nastroić instrumenty i rozruszać palce.
- Nie mogli tego zrobić w domu? ŚMIECH BOGUMIŁA
Dlaczego wszyscy tak mi się przyglądają?
Aha, patrzą na tego Niechcica...
Na pewno dla każdego widoczne są jego braki.
Niedostateczne wykształcenie...
i prostactwo.
Nie, pan Niechcic w tym nowym ubraniu wygląda całkiem, całkiem.
Nawet się dziwię, że taki przystojny mężczyzna
i niestary, nie obejrzał się za bogatszą i ładniejszą.
MUZYKA ORKIESTROWA W TLE
Jeżeli teraz się cofnę, to już nikt nigdy nie będzie chciał
się ze mną ożenić.
A sio! A pójdziesz, ty paskudo!
- Dzień dobry. - Dzień dobry.
Niech pani sobie nie przeszkadza; chcę narzeczonej pokazać dom.
A co tu jest do patrzenia? Jeszcze się namieszkacie w tym gnoju.
Dzieci, jazda, na górę. Czego się gapisz, już!
Czyje to dzieci?
A, to! Administratora dotychczasowego,
niejakiego Winczewskiego. A to była jego żona.
Odchodzą z Krępy i my mamy dostać po nich mieszkanie.
Cały dom, proszę pani. Tu jest kilka bardzo ładnych pokoi.
Mogę pokazać: duże, ładne, jasne.
Nie, nie, niekoniecznie dzisiaj. Ja obejrzę przy okazji.
No...!
- Innym razem, proszę pana. - To strasznie wygląda,
- ale wszystko będzie wyremontowane. - Nie muszę koniecznie dzisiaj.
Wiem, że to nie robi najlepszego wrażenia, ale po remoncie...
Kiedy mi się naprawdę dawno nigdzie już tak nie podobało jak...
w tej Krępie.
MUZYKA FORTEPIANOWA
Pomału to do wszystkiego pani dojdzie.
Cip, cip, cip, cipuchny! Ja panią wszystkiego nauczę.
Bo to inaczej się nasadza kury, inaczej kaczki.
Cip, cip, cip. A inaczej perlice.
A jeszcze inaczej to się... sprawdza jajka.
- O tak. - Wiem, moja Ludwiczko, to już wiem.
- Jak idzie robota? - Ciężko, wielmożny panie!
- Ziemniaki gniją! - To nie idzie tak robić!
Walenty, ja już nic nie rozumiem.
Barometr idzie w górę na pogodę, a patrzcie, co się dzieje!
O! Jak te deszcze nie ustaną, wszystko zgnije.
Ostrożnie, bo można głowę rozbić.
Musi pani hodować dużo drobiu i świń.
Świnie to się najlepiej opłaca.
MUZYKA FORTEPIANOWA
Co się stało?
Nie dostaniemy teraz mieszkania po Winczewskich.
Muszą zostać jeszcze kilka miesięcy w Krępie.
Przepraszam cię, oszukałem cię. Obiecywałem złoto, a tymczasem...
Kiedy mnie się tutaj naprawdę podoba! Bogumił!
MUZYKA FORTEPIANOWA
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
SKOMLENIE PSA
Bogumił!
- Co się stało? - Dlaczego te psy tak wyją?
Ciągle mi się wydaje, że umrę przy porodzie.
Zabierz mnie do Kalińca, choćby jutro.
Ja chcę zobaczyć jeszcze mamę i Tereńkę.
- Spokojnie. Wyją jak to psy na wsi. - O Boże! O Jezu.
Basiu, nie zrobisz nam tego, żeby z mężem nie zostać na festynie!
Naprawdę źle się czuję. Najchętniej wróciłabym do Krępy, Bogumił!
- Wracać dziś, w takim dniu? Basiu! - Myśmy tu wszystko zorganizowały!
Nie mogę siedzieć bezczynnie w domu.
Nie zaniedbuję fortepianu. Hoduję pieska rasowego.
I mimo że nie mamy dzieci, uprawiam kult domowego ogniska.
Brawo, pani rejentowo, pani profesorowo.
Zgłaszam gotowość załóg do startu.
Brawo!
I takie to jest moje całe życie.
Michasia stale prowadzi jakieś podejrzane interesy -
zakłada stancję, bierze w dzierżawę kolekturę loterii.
Kupuje i sprzedaje domy.
Dani, czy ty się nie zapominasz? Cóż Basię mogą obchodzić nasze sprawy?
No po co to, kiedy i tak nigdy nie mam jej dla siebie?
Brawo dla zwycięskiej załogi! Brawo dla zwycięzców!
Byłoby nietaktem nie wspomnieć w tym uroczystym dniu
o dwóch niepospolitych kobietach,
które przyczyniły się do zorganizowania dzisiejszej
uroczystości. Mam na myśli dwie kochające żony!
Czy ja nie mogłam błyszczeć tak jak one?
Przecież Stefcia i Michalina nie pokończyły nawet pensji.
Teraz dzięki temu, że obracają się między ludźmi, nabrały ogłady.
Michasia do niedawna myślała, że Darwin to miasto.
Wy nie powinniście zostawać na wsi. Nie można całe życie być ekonomową.
- Właśnie! - Dla tych, co pozostali na wsi,
jest tylko jedna droga - miasto.
Tylko w mieście można jeszcze do czegoś dojść.
W handlu, w przemyśle, w rządzie! Pełno tu placówek do objęcia.
Tylko trochę energii, moja złota, a wszędzie
- można się dorobić. - Dla pana Bogumiła coś znajdziemy!
Nie, ja nie widzę przed nami żadnej przyszłości.
Zadnego życia, o ile dalej będziemy gnuśnieć w tej Krępie.
Oj, połóż się, Basiu. Jutro już będziemy w domu.
Tak... i zawsze już będziemy tam dziadować.
Ty wiesz, kim dla nich jesteśmy? Ekonomami!
Ha, ha, ha! Bywałem już w życiu niżej niż ekonomem.
A jak one tu żyją, Holszańska i Michasia!
Jak działają! Gdybyśmy się przenieśli do miasta,
to wreszcie i ja bym mogła czegoś w życiu dokonać.
No tak, wiedziałem, że jak tutaj przyjedziesz,
- to zechcesz mnie porzucić. - Kto mówi, że ja cię chcę porzucić?
Ty mówisz. Bo tylko wtedy, kiedy się męża chce porzucić,
- przychodzą do głowy takie pomysły. - Nie znęcaj się nade mną, dobrze?
I tak już jestem dosyć nieszczęśliwa.
Dlaczego nieszczęśliwa?
Dlatego, że jestem chora. Ty tego nie widzisz?
O, Jezu, czemu ty, człowieku, jeszcze nie śpisz?
A Holszańskiej i Michasi to ja jeszcze...
ja im jeszcze powiem.
Ja im wszystkim powiem...
Znowu śpi.
Wiecznie śpi.
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
- Co się stało, Basiu? - Nic, wyszłam po ciebie.
Nie mogę w to uwierzyć, naprawdę?
Moja najmilejsza! Wyszła po mnie!
Patrz, dzisiaj już zwiozłem 40 furmanek.
Chodź, coś ci pokażę!
Patrz, jak owies mi obrodził w tym roku. Patrz!
Czyste złoto! Samo sypie nam się do rąk!
Naprawdę wyszłaś po mnie?
Nie mogę w to uwierzyć! Ha, ha, ha!
Jak myślisz, czy gdybym im płacił od morga, to szybciej
uwinęliby się ze zbiorami?
Jak to się stało, że ty szkół nie skończyłeś?
O ile wiem, to w twojej rodzinie bardzo zwracano uwagę na te sprawy.
Tak, to prawda. Nie skończyłem szkół.
No cóż, przez 9 lat tułałem się po obcych światach
wśród ludzi bez jutra, i sam tego jutra nie widziałem.
A kiedy wreszcie wylazłem z tego błota, wróciłem tutaj
na krótko.
Wydawało mi się, że znów coś mnie pociągnie w przepaść.
Dopiero kiedy spotkałem ciebie, zaświtała mi nadzieja, że...
jednak jest przede mną jakaś szansa, że mogę stać się człowiekiem.
Sam nie wiem, skąd we mnie wzięło się tyle śmiałości,
ale czułem, że i ciebie coś gnębi.
I że razem łatwiej nam będzie dźwigać nasze ciężary.
Nie chciałem dochodzić, co to było.
Byłem przekonany, że przy mnie ci to przejdzie.
I że przy tobie potrafię w życiu dojść do czegoś.
Do czego na przykład?
Nie wiem, ale wiedziałem, że mając ciebie,
potrafię jeszcze czegoś dokonać pożytecznego dla ludzi.
Dziękuję losowi, że wychodząc za mąż bez miłości,
jego właśnie dostałam.
Jakie to szczęście, że mu nigdy nie powiedziałam, że go nie kocham.
KRZYKI, HARMIDER
Ludzie! Rozstąpcie się! Wieziemy ranne dzieci!
Ludzie, zróbcie miejsce!
PŁACZ DZIECI
SMUTNA MUZYKA
SKOCZNA MUZYKA
NIE SŁYCHAC ROZMOWY
SMUTNA, PONURA MUZYKA
Basiu, kiedy byłaś chora, kiedy zdawało mi się,
że cię utracę, uczyniłem śluby,
że jak mi cię Bóg uchowa, wyprawimy się stąd.
Może gdybyśmy się przenieśli, to byś odżyła.
W tajemnicy przed tobą napisałem list do Teresy
z prośbą, żeby się tam rozglądnęli, może znajdą co ciekawego.
Dzisiaj nadeszła odpowiedź.
Terenia pisze, że o milę od Kalińca jest do wzięcia
w samodzielną administrację majątek.
Pan Daleniecki, plenipotent pani Mioduskiej,
przebywa chwilowo w Kalińcu i chce zawrzeć kontrakt od zaraz.
Majątek nazywa się Serbinów.
A co ty na to?
No... żal mi Krępy. Kiedy przyszło co do czego,
obleciał mnie strach. Widocznie się starzeję.
Ale wiecznie tu siedzieć to nie będziemy,
a drugi raz taka okazja może nam się nie zdarzyć.
Ale czy wolno nam wyjeżdżać
stąd, gdzie leży mama, wuj Klemens, Piotruś?
Piotrusia nie ma ani tu, gdzie leży, ani tam, ani nigdzie.
O, Jezu, jakie tu błoto!
Takiego to w Krępie nigdy nie było. I ty zgodziłeś się na takich
warunkach to wszystko wziąć. Ledwośmy się odgryźli,
znowu poszliśmy na czarny chleb.
Nie mów tak. Pomyśl, co to za zadanie
doprowadzić taki majątek do kwitnącego stanu!
Tak, ale jakie w Krępie były widoki z okna: wszędzie pola, lasy, łąki.
A tutaj? Ciemno, czarno i dookoła te stawy.
- Jednak tam narzekałaś na wszystko. - Na widoki z okna nigdy.
No to chodź ze mną, w pola, łąki, takich widnych przestrzeni
nigdy w Krępie nie było. A co za ziemia!
Spacery dawno wywietrzały mi z głowy, zresztą dopóki
tutaj siedzą ci Laliccy, to mi po prostu ręce opadają.
Nie mogę się stąd, proszę pana, wyprowadzić.
Obiecywana w innym folwarku posada zawiodła.
A rodzinie na kark nie będę się zwalał!
Tu się, proszę pana, nic nie urodzi.
Tego perzu, panie, z tej ziemi nikt nie wywlecze.
Pan tak samo wyjdzie z tego majątku jak ja!
Panie! Tu się nikt nie utrzyma! Nikt!
Stare wańtuchy, łapy od indyki, łapy od kury, kupuję, kupuję!
Stare wańtuchy. Prrrr!
Dzień dobry, wielmożnym państwu Niechcic!
Ja jestem Szymszel. Szymszel z Kurzy.
I ten Szymszel czuje, że w Serbinowie niedługo
będzie potrzebna mamka do dzieci.
A Szymszel przyprowadzi, jedne, dwie...
- Kiedy my nie mamy dzieci. - A czy to tak trudno mieć dzieci?
Jak się ludzie kochają, to muszą być i dzieci!
A jak w Serbinowie zakwitnie samo szczęście
i jak wielmożny pan dziedzic Niechcic
połata te dziury w dachu i otrynkuje ten ganek.
A wielmożna pani Niechcic zrobi klomby na tym błocie,
i kwiatki posadzi,
to Szymszel widzi tu dzieciaki, dużo dzieciaki.
A jakie one będą? Sam miód, malina. O!
Wielmożny panie, ady to pewnie chmura się oberwała czy co.
- Ja nie wiem. - Szybciej, no!
Co ja... teraz...
Nic nie pomoże, panie Olczak, takie łatanie!
Trzeba kłaść nowe sufity! Te są spróchniałe i zgniłe.
A ziarno porozmieszczać w oficynie, pod kurnikami i we dworze.
Rany boskie!
Zaleje mi cały dom.
Stajnie, obory, chlewy, spichrze - wszystko mi zalewa.
Trzeba w zagrzybionym pokoju umieścić tę maszynę do wiania.
Szybciej! Uwijajcie się, chłopy, szybciej!
Tylko dobrze podkuć mi konia!
A, Banasiak! Niech jedzie na to pole, tam, za łęgami.
I nie zagrzać mi koni!
Gdzie się nie dotkniesz, wszystko się sypie.
Ja sobie z tym perzem radę dam, Basiu.
- Tylko trzeba kilka lat pracy. - No, oczywiście...
Trzeba robić wkłady, a o dochodach na razie nie ma co myśleć.
Do Dalenieckiego nie będę pisał.
Ostatnio skarży mi się, że poprzedni administratorzy
żądali tylko pieniędzy.
Drobne wkłady trzeba robić z własnych funduszy.
A skąd na to weźmiesz?
- To trzeba pożyczyć. - O Jezus, Maria, my się zrujnujemy.
PŁACZE
No, śpij, córeńko.
Śpij, ptaszku mój.
Śpij, dziecino
moja mała,
czas na ciebie już.
Ja cię będę kołysała,
a ty oczka zmruż.
Ja cię będę kołysała,
a ty oczka zmruż.
Czemu siedzisz? Nie wystarczy, że ja się morduję?
Nie pal tyle, przecież to ci może zaszkodzić.
O, jakie ma to znaczenie. Jakie ma znaczenie to wszystko?
- Co wszystko? - Ten świat.
Te nasze nieprzespane noce. Ci ludzie i wreszcie my sami.
Rodzimy się, umieramy, a wszystko toczy się dalej,
jakby nas w ogóle nie było.
- Proszę wielmożnego pana? - Czego?
Proszę wielmożnego pana, tu jest jeden do wielmożnego pana.
- O co chodzi? - Nazywam się Roman Katelba
i przychodzę z polecenia wielmożnego pana Dalenieckiego.
A, to pan jest ten Roman Katelba!
No, a u nas zima, jak pan widzi.
- Panie Olczak, koniec odpoczynku. - Do roboty!
Ale żniwa trafione w samą porę.
Ja tam chwalę dzień po zachodzie słońca, panie Katelba.
DYNAMICZNA MUZYKA ORKIESTROWA
NIE SŁYCHAC ROZMOWY
Tak, lubię winiarnię Peszkego! Zagrać w karty? Owszem!
Bo wolę używać krótkiego życia, niż wzorem wielu naszych znajomych
szlifować rządowe salony i zginać grzbiet przed gubernatorem!
I proszę cię, nie wmawiaj mi, że rozkład naszego pożycia
zaczął się ode mnie! Ta twoja śmieszna demonstracja!
"Nie potrzebuję twoich pieniędzy, będę sama pracować na siebie".
Czy ciebie to dziwi?
Kiedy wróciłeś do swoich kawalerskich nawyków,
spostrzegłam, że nie poświęcisz swojego trybu życia
dla domu i dzieci... zaczęłam dawać lekcje.
I tym dotknęłaś mnie najbardziej!
Tego ci nie wybaczę nigdy!
SMUTNA, NOSTALGICZNA MUZYKA
- Och... - Co się stało, Tereniu?
- Nic, nic. - Droga moja.
Po prostu starzeję się i nerwy odmawiają mi posłuszeństwa.
Myślałam, że zobaczę cię schorowaną, zaniedbaną,
a ty wyglądasz cudownie. Cudownie!
Zostań u nas na wieczór, Basiu.
Przyjechałam cię odwiedzić, a ty podobno znowu wyjeżdżasz.
Tak... Tak, wyjeżdżam.
Wyjeżdżam z dziewczynkami na Litwę, na całe lato!
Chciałabym się zakopać gdzieś na wsi, w jakiejś dziurze,
żeby mnie oko ludzkie nie widziało.
Basiu, przyjadę do ciebie do Serbinowa jutro
albo pojutrze, dobrze?
Dobrze, dobrze.
Basiu, co ci jest?
Spojrzałaś na mnie tak, jak patrzył Piotruś.
On też takim ruchem odgarniał zawsze włosy.
Niesamowite, pierwszy raz dostrzegłam, że jest...
że był do ciebie podobny.
Do ciebie i do Bogumiła.
Po co masz jechać na Litwę, przyjedź do nas na lato.
Tyle razy obiecywałaś, że przyjedziesz na dłużej.
Nie przyjadę, muszę jechać na Litwę.
Och, Krępa, Krępa.
Tam się wszystko zaczęło.
Co się zaczęło?
Co... w Krępie?
Co zaczęło się w Krępie?
- Muszę już wracać. - Czemu tak nagle, Tereniu?
Nie wiem, coś się ze mną dzieje niedobrego.
Chcę już zobaczyć dzieci.
Boguniu, błagam, przygotuj konie i każ mnie odwieźć.
Dużo się zmieniło w moim życiu.
Wiesz, ja nawet sama nie myślałam, że tak potrafię zgubić oczko.
Oczko?
No tak, o tak, jak w pończosze.
Zaufałam zanadto życiu, i... to mnie zgubiło.
Och, Boguniu!
A ja zapomniałam o kwiatach dla ciebie.
Dobrze, że Bogumił tak pięknie się znalazł!
- Ale ty się udusisz w tym zapachu. - Zostawię sobie okno otwarte, Basiu.
Zostawię otwarte okno!
Przyjedźcie do nas na niedzielę, koniecznie!
- Pa! - Pa.
- Dziękuję bardzo, pa. - Do widzenia, do widzenia!
- Było bardzo przyjemnie, prawda? - Nie odzywaj się do mnie.
-Co ja ci złego zrobiłem, Basiu? -Postawiłeś mnie w głupim położeniu.
Nie zasypuje się nikogo kwiatami w taki sposób, że ja tego nie wiem.
Kazałem po prostu naciąć gałęzi.
Nieraz to robiłem, kiedy nasi goście odjeżdżali.
Nieprawda, dla gości zawsze ja zrywałam kwiaty!
Zresztą tu nie o kwiaty idzie, możesz je dawać, komu chcesz!
Tylko skąd Teresa od razu wiedziała, komu za te kwiaty podziękować?
- Tak jakby między wami coś było! - Zastanów się, co ty wygadujesz.
- Kochasz Teresę, tak?! - Ja? Nie kocham Teresy.
Cóż w tym dziwnego, że się cieszę, kiedy ją widzę.
Ba, nawet myślę o niej i nic z tego nie będzie.
I nic więcej z tego nie będzie!
A swoją drogą to jestem szczęśliwy, że choć raz w życiu
- jesteś o mnie zazdrosna. - Ja nie jestem zazdrosna!
- Zazdrosna jesteś! - Nie jestem,
- człowieku, ty nic nie rozumiesz! - Zazdrosna jesteś,
- to znaczy, że mnie kochasz. - Dobrze, jestem zazdrosna.
Myślisz, że to jest dowód miłości? Mylisz się!
Wiedz zatem, że ten, którego kocham, mógł nie wiem, co zrobić
i kogo zasypywać kwiatami, a ja za jeden jego uśmiech
wszystko bym mu przebaczyła!
Ja nie jestem zazdrosna i nie o ciebie mi idzie,
ani o to, co czujesz!
Ja nie mogę znieść, by drugi raz mówiono,
że ktoś mnie porzuca dla innej!
Tak.
Teraz wszystko rozumiem.
Bogumił!
Ja wiedziałem zawsze, że mnie nie kochasz.
A o tamtym człowieku... to słyszałem jeszcze dawniej,
zanim żeśmy się zaręczyli, od Ładów.
Ale wygodniej było mi myśleć, że są to tylko dziecinne mrzonki.
Zresztą ty sama powiedziałaś mi: "nikogo nie kocham", a ja uwierzyłem
- jak smarkacz. - Nie mówiłam tego,
żeby ci sprawić przykrość. Nigdy nikogo nie kochałam
- prócz... - Prócz?
Ciebie.
Wróć.
Zeby potem było jeszcze ciężej.
SMUTNA MUZYKA
Tereńko, dziewczynki są u mnie w Serbinowie.
Może chcesz, żebym je tutaj przywiozła?
Gdybym umarła... gdybym umarła,
to w komodzie...
Basiu! Nie, nie, nie, nie w komodzie.
Gdy...
Zapomniałam. Gdybym umarła, Basiu...
- Basiu, gdybym umarła... - Już ci jest lepiej, prawda?
Już ci jest lepiej.
- W komodzie... - Doktor pozwolił ci pić
maślankę i świeżą śmietankę.
- Basiu, gdybym umar... - Zaraz pojadę do Serbinowa
- po maślankę... - W komodzie, Basiu...
SZLOCHA
Wynoszę się do Częstochowy, Baszko.
Buduję wielką cementownię.
Mam dość tego gnuśnego życia!
Picia z kolegami do białego ranka u Peszkego.
Drobnych, pokątnych transakcji handlowych.
To dobre dla takich dam jak Michalina.
Lekarze nie dają mi pić. Głupcy.
Straszą, że coś tam w środku nie tak. A ja ich wszystkich przeżyję!
Mam pewność, że wszystko mi się uda.
Wierzę, że Terenia mi pomoże.
Ty wierzysz w życie pozagrobowe.
Rozum mi mówi, że go nie ma,
ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że śmierć, że umarli...
Wierzę, że Terenia mi pomoże.
Bo nikt z was nie wie... czym jest dla mnie jej strata.
Tak...
No to ja już pójdę.
Parę tygodni przed wyjazdem za granicę
Terenia spakowała tu swoje listy.
Prosiła, żebym ci je oddał na wypadek jej śmierci...
Głos: Zwracam się do ciebie, Tadziu, z gorącą prośbą.
Chodzi o zwrócenie mi listów moich pisanych do ciebie
w ciągu tych lat.
Listy te muszą zaginąć razem z pamięcią naszych
nieszczęsnych, chociaż tak pięknych spotkań...
Winna jestem tak wobec ciebie jak wobec Lucjana i dzieci.
Ale to sprawa mojego rozrachunku z Bogiem...
Tereniu, patrz! Skowronek.
Same popatrzcie, jak mi deszcze i grad zboże położyły.
No jak tu zbierać?
To jest właśnie młody Krępski, syn właściciela majątku.
Kilka dni temu wrócił z sanatorium.
Prawda, że piękny?
Nie znajduję w nim nic szczególnego.
Dzień dobry.
ROMANTYCZNA MUZYKA
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
ZGRZYT KLAMKI
Jestem taka zmęczona, że marzę tylko o tym, żeby się położyć
i spać jak kamień.
Już mnie nie lubisz? Nie chcesz?
Nie, mój Boże, lubię cię, tylko widzisz,
zajęta jestem... domem, dziećmi, tym wszystkim....
To się zmieni, naprawdę. To się zmieni, tylko bądź cierpliwy.
Proszę cię...
Bądź cierpliwy.
Powodzi mi się świetnie, stryju Joachimie.
Obie córki rosną mi zdrowo, a teraz mam syna.
Syna!
Cóż, córki też, owszem, dobre są, ale przed synem
zawsze otwierają się większe możliwości na świecie.
Popatrz, Joachimie, jakiego ja mam pięknego wnuka!
SKOCZNA, WESOŁA MUZYKA
Czemu jesteś taki smutny, Lucjanie?
Nie pijesz... Obserwuję cię od dawna.
Wypróżniłem już wiele beczek wina w moim życiu.
Teraz basta.
- A jak interesy? - Świetnie.
Interesy idą świetnie. Tylko ja czuję się niezdrów...
Muszę na siebie uważać. I to mnie męczy.
Kpij sobie z tego. Wyglądasz świetnie, będziesz żył sto lat.
- Hej, hop! ŚMIECH DZIECI
Tu u was czuję się teraz przynajmniej potrzebna.
Głupia byłam, że do was wcześniej nie przyjechałam.
Tu jest tak miło, tak swobodnie!
Widzę teraz, że ja jestem stworzona do życia na wsi.
No, i zawsze ktoś jest w domu.
A nie tak jak u tej Michasi. Tam zawsze pusto i głucho.
Śpiew: Pasło dziewczę gąsiora. Pasło, pasło od raniusieńka
do wieczoryńka gąsiora.
La, la, la, la! La, la, la, la!
Jęk: Och!
- Józefko! Józefko! - Czego?!
Józefko, niech mi Józefka poda rękę i zaprowadzi do domu.
- Brak mi tchu... - Rzeczywiście!
Na tom się godziła, żeby starym próchnom posługiwać!
Zeby może jeszcze po nich brudy wynosić!
Won mi stąd! Natychmiast! Wypłacę Józefce, co się należy
- i precz z moich oczu! - Wynoś się z naszego domu!
Coś takiego!
Jakie to były piękne czasy! Byłam młoda, ładna.
Kochał się wtedy we mnie... ech, nieważne!
Najbardziej to lubiłam czytać stare romanse.
Wspinałyśmy się z hrabianką Czarnowską na strych,
żeby tam nas nikt nie odnalazł.
Pewnego dnia, po ciemku, potknęłam się o stopień
- i wybiłam sobie ząb! ŚMIECH
Strasznie lubię ten pokoik mamy, wie mama, dlaczego?
Nie.
Przypomina on mi lata mojego dzieciństwa.
Wszystkie pokoje mamy pachniały zawsze lawendą...
- i woskiem. - Jak to dawno było, Basiu...
- Bogumił... - Hm?
A może byśmy coś zaśpiewali?
- A co? - A... "Dalej, bracia, do bułata".
Dalej, bracia, do bułata,
Wszak nam dzisiaj tylko żyć!
Pokażemy, że Sarmata
Umie jeszcze wolnym być.
Pokażemy, że Sarmata
Umie jeszcze wolnym być...
Długo spała Polska święta,
Długo Biały Orzeł spał!
Lecz się ocknął i spamiętał...
Ze on kiedyś wolność miał...
Przed eksportacją na pewno przyjedzie ktoś z rodziny.
A i po pogrzebie wypada podjąć gości obiadem.
Trzeba wydać w kuchni odpowiednie polecenia.
Jeżeli ty jesteś na tyle obcy i zobojętniały,
że teraz możesz myśleć o gościach i o przyjęciach...
to się tym zajmuj.
Dla mnie śmierć jest zbyt straszną rzeczą, bym mogła się
z tymi głupstwami pogodzić, w których głównie idzie o to,
żeby się nażreć i napić!
Poczekaj! Gdzie są dzieci?
Tomaszek bawi się w pokoju służby pod okiem Józi,
a dziewczynki są u nieboszczki, patrzą, jak ubierają babcię.
Kazałem im narwać kwiatów.
Niech się uczą, by umiały nas przystroić do trumny, gdy pomrzemy.
Boże złoty!
Ty dzieci w to wciągasz?! I to jeszcze w taki sposób!
Ze łzami: Wyście wszyscy schłopieli, schamieli!
Cały wasz ród w tym błocie serbinowskim!
Jesteście bez uczuć, bez serca! Wszyscy!
Ja pamiętam moją matkę, kiedy była pełną inteligencji
kobietą i stanowiła dla nas niezastąpione towarzystwo.
Zdycham z żalu, że reszta tego życia przepadła,
przepadła bez reszty, a ty mi zawracasz głowę
obiadami dla gości!
Och...
Jezu, czemu trzeba coś tak strasznego powiedzieć...
żeby się uspokoić?
- Na poduszce, dobrze? - Basiu!
- I od Tomaszka weź. - Popatrz, dostałem list z Paryża.
Od Dalenieckiego? Mnie nudzą jego listy.
- To też, córeczko, dobrze? - Proszę cię, przeczytaj.
"Najukochańszy panie Bogumile. Otrzymałem przekaz pański na dochód
- przyszłorocznych buraków". - Dzieci, idźcie stąd!
"Jestem zdumiony i zachwycony".
Zachwycony...
Ale nie tyle z powodu wysokości sumy...
"Nie tyle z powodu wysokości sumy, ile z powodu wspaniałego urodzaju.
Gdy oddawaliśmy panu ten nieużytek, jakim był przed 11 laty Serbinów..."
- 11 lat to już minęło... - Aha.
"Doprowadził pan Serbinów do takiego stanu,
w jakim się nie znajduje żaden majątek w okolicy".
No pewno, jak przez pierwsze dwa lata nie było co do ust włożyć,
tylko się perz wywoziło, to nic dziwnego.
O co w tobie tyle żalu i gniewu?
Jesteś jeszcze taka młoda, mój Boże, i taka ładna.
My oboje to nie dojdziemy nigdy do porozumienia.
Rozejdźmy się do swoich zajęć.
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
Wszyscy: Szymszel przyjechał! Szymszel przyjechał!
- Witamy! Witamy! - Dzień dobry, wielmożna p. Niechcic.
Gościa przywiozłem.
- Hłasko, Hłasko jestem. - Zalety podróży.
- Przepraszam, ale nic nie widzę. - O, tu są!
- No, teraz widzę, gdzie jestem! - Zaraz, zaraz, dzieciaki!
Panią szanowną poznaję z fotografii. Pani Barbara Niechcic, prawda?
Mam podarunki dla dzieci. Od pani brata.
- Pani go zna? - Inżyniera Juliana Ostrzeńskiego.
- Jadę właśnie z Petersburga. - Boże, nie widziałam go ze 20 lat!
Proszę bardzo, proszę uprzejmie.
Pan Julian to dusza człowiek. Dla niego nie istnieje nic
poza klubem. Mówią, że on nawet tam sypia!
- No, ale przecież budował koleje. - To było dawno,
ale teraz lubi sobie dobrze zjeść, wypić, bilard, operetka i Cyganie!
Najbardziej lubi cygańskie romanse.
Podłe miasto, okropny kraj, w którym wszystko się
- wyradza i nikczemnieje. - To dobry człowiek.
- Ten klub to jego rodzina. - O, nie winszuję mu takiej rodziny,
a sobie takiego brata.
Czemu tu się dziwić, proszę pani. Nasz ojciec to był inny?
Też nic tylko jeść, pić, hulać i bawić się.
A my jesteśmy lepsi? No przecież Daniel to zmarnowany człowiek.
A Tomaszek? Jak on się zapowiada? Znowu go przy stole nie ma.
Proszę pani, cała nasza rodzina dziwaczeje.
Dziwaczeje i w ogóle Polacy schodzą na marne.
Od 20 lat jestem nauczycielką, proszę pani.
Ostatnie 8 lat spędziłam w Petersburgu w polskim domu.
A może tutaj w okolicy ktoś potrzebuje nauczycielki do dzieci?
To się dobrze składa, bo właśnie my poszukujemy.
Prawda, Basiu? No przecież sama
oświadczyłaś mi, że tylko wtedy nie wyjedziesz do Kalińca,
jeżeli jakimś cudem znajdziesz odpowiednią nauczycielkę.
No więc masz swój cud!
Tomaszek! Tomaszek, złaź z konia! Lekcje odrobione?
Wczoraj lekcji nie było, bo pani Hłasko zgubiła okulary.
Nieprawda, sam je schowałeś! To są głupie, ordynarne żarty! Złaź!
Wiesz, że pani Hłasko nic nie widzi bez okularów.
- To Emilka je schowała. - Nie kłam! Sam je schowałeś!
- Kto ci pozwolił wziąć konia? - Tatuś.
Tatuś! Wędruj tam!
Bogumił!
Czy to prawda, że pozwoliłeś Tomaszkowi jeździć konno?
No nie!
Tyle razy się prosiło Klimeckiego, żeby dziecko nie jeździło konno!
Panicza Tomaszka nie upilnuję, wielmożna pani.
Zresztą on nie pyta, sam konia wyprowadza.
- Tak sprytnie, że nikt nie zauważy. - Co mi tu Klimecki bajki opowiada?
Co to, koń jest igła, nie widać go?
Bez przerwy jakieś dziwne rzeczy próbujecie mi wmówić.
Jeżeli Klimecki zobaczy Tomaszka wyprowadzającego konia,
niech porządnie da batem po tyłku. I to parę razy, żeby zapamiętał!
Ty mi nie namawiaj obcych ludzi, żeby mi dziecko batem tłukli.
Tego by tylko brakowało.
Agnieszka znowu ma dreszcze! Gorączki nie ma, bo sprawdzałam.
Ręce i głowa chłodne, i biegała po parku jak oszalała.
Więc to nie może być przeziębienie, w takim razie co?
Może się zdenerwowała, że na nią dzisiaj nakrzyczałaś.
Agnieszka nigdy się nie denerwuje. Pod tym względem
ma twoje usposobienie. Ja myślę, że ona po prostu rośnie.
A może to malaria, bo skąd te dreszcze?
Nic dziwnego. Przecież tu wszystkich bez przerwy w kościach łamie.
- No, może malaria. - Raczej ani jedno, ani drugie,
ona cierpi na jakąś chorobę nerwową. I to się może z czasem rozwijać.
Niedługo musi pójść do szkoły, a jak tu iść między ludzi,
z takimi, na przykład, dreszczami.
- Ale już jej przeszło? - Przeszło.
- Śpi? - Śpi.
A może jest nienormalna? Przez jakąś złą, odziedziczoną krew?
- Co ty mówisz? - Dziadek Laurenty
był tyle lat we Francji, że Bóg wie, co stamtąd przywiózł.
Basiu, cóż ty wygadujesz?
Ale że wuj Klemens zwariował, to nie zaprzeczysz.
Albo ta skleroza mózgu u nieboszczki mamy.
A i babcia miała melancholię,
raz nawet chciała do studni skakać i życie sobie odebrać.
No masz, śpi, wiecznie śpi.
Naprawdę z tobą to nie ma żadnej rozmowy.
Zostaw przynajmniej drzwi otwarte do siebie,
ciągle się zamykasz i zamykasz.
No masz, przecież to ty zawsze zamykasz się przede mną!
Co ta Emilka ma takie znowu podsinione oczy?
Nie, to się tylko tak wydaje.
Na wiosnę zawsze trochę dzieci bladną,
- proszę wielmożnej pani. - Bo powinny pić tran przez zimę.
Ja nie wiem, jak można tak nie dbać o dzieci, i nie dać im pić tranu.
Lato im lepiej pomoże niż wszystko inne.
Widzę, że ten Katelba to niewiele ci pomaga.
Dopiero teraz zaczynam wszystko puszczać w ruch jak należy.
Zedrzesz się jak nic, i po co?
Zeby nabijać kabzę Dalenieckiemu i Mioduskiej.
- Ja o nich wcale nie myślę! - Jesteś gotów okraść samego siebie
i dzieciom od ust odjąć, aby tylko do Paryża wysłać jak najwięcej.
Moja kochana, Mioduska i Daleniecki przeminą, my przeminiemy,
a ziemia zostanie. I trzeba w tej ziemi zrobić wszystko jak należy!
Po to sieję, by wzeszło, a reszta mnie nie obchodzi.
Mnie obchodzi właśnie ta reszta. Jak służyć, to czemuś wielkiemu.
Dla mnie praca na roli jest rzeczą wielką.
Ja w niej widzę to, czemu warto służyć, i temu służę!
- Ty nie służysz żadnej pracy na roli, tylko Dalenieckiemu. - Nie!
Musisz się zacząć oszczędzać. Dla nas, starzejących się ludzi,
życie i zdrowie nie stanowi zbyt wielkiej wartości,
ale dzieciom będziemy potrzebni jeszcze długie lata.
- Basiu, stoimy w obliczu klęski! - Co się stało?
- Siano przepadło. - Jak ty wyglądasz! Chodźże do domu!
Mowy nie ma, by deszcz ustał.
- Wszystko mi zgnije! - Jak ty wyglądasz!
- Siano przepadło! - No więc
rzućmy to wszystko do stu diabłów i chodźmy stąd!
Gdzie nas oczy poniosą, przestańmy się martwić
czy pada, czy nie pada!
Dzieci muszą iść do szkół, między ludzi.
Bo przecież między ludźmi będzie upływać im życie.
Uważam, że te domowe nauczycielki to jest przeżytek.
Do szkoły może pójść tylko Agnisia, bo Tomaszek i Emilka są za mali.
A i gdybyśmy nawet oddali Agnisię na pensję,
to wypadałoby płacić za nią w mieście,
a dla dwojga młodszych trzymać w domu nauczycielkę.
- Skąd na to brać? - Musimy się przyzwyczaić, że dzieci
- będą nas coraz więcej kosztowały. - Ale skąd na to brać pieniądze?
-Stoimy wobec klęski, nie rozumiesz? -To przeniosę się z nimi do miasta.
Młodsze pójdą do freblówki, nie trzeba będzie
- wynajmować nauczycielki. - Chcesz mnie opuścić?
Bo jeżeli wyjedziesz do miasta, to tu już więcej nie wrócisz.
Co za głupstwa przychodzą ci do głowy.
Wrócę do ciebie... gdziekolwiek byś był.
Wrócę do ciebie, ale nie możesz mi mieć za złe,
że tak tęsknię do miasta.
Tamta ulica mniej mi się podoba. Od murów gorąco.
W każdym bądź razie tu, w mieście,
- czuję koło siebie życie. - Basiu, uważajcie!
- Proszę pani, gdzie mam stanąć? - Niech Klimecki stanie za rogiem!
To ja pójdę przodem, mam odebrać jesionkę od Nussena.
- Uważajcie przechodząc przez ulicę. - Dobrze, będziemy uważali.
Klimecki!
- Gdzie pani? - Tu, przy sklepie.
Basiu! Agnisiu!
Tutaj państwo mają świetne płaszczyki, w sam raz dla Agnisi.
Jesteś niemożliwie kapryśny przy zakupach, naprawdę.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, kupując tę jesionkę.
Zaczekajcie tu na mnie.
- Coś ty zrobił? - Kupiłem ci broszkę!
Ja żadnej broszki nosić nie będę.
No to... pójdę i zwrócę. Ale to trochę głupio.
Co mam robić, kazać sobie zwrócić pieniądze, a może
wziąć ten pierścionek dla Agnisi?
Tego tylko brakowało, żeby mi się dziecko
klejnotami bawiło.
GWAR JARMARCZNY
Za chwilę wrócę, wstąpię tylko po maść dla konia.
Chodź, Agnisiu.
Dzień dobry państwu Niechcic! Trzymaj to.
Dzień dobry wielmożnym państwu Niechcicom!
Jaśnie pan Daleniecki chce sprzedać Serbinów
za oczami wielmożnego pana Niechcica.
- Skąd Arkuszowa o tym wie? - Pan Daleniecki ma swój człowiek
i ten człowiek to jest, wstyd powiedzieć...
- Z drogi! - Na bok! Uwaga!
Uwaga!
Wio! Wio! Wio!
Mam kontrakt ważny na 4 lata i ja się nie boję.
Dla takiego Dalenieckiego liczy się tylko jego własny interes.
- Ale mimo tego ja się nie boję! - No to wszystko dobrze.
Czy się boisz, czy nie, czy on ma szpiega, czy nie,
to Serbinów zawsze może sprzedać. Nie garb się!
Znowu mi duszno.
Duszno i ciemno przed oczami.
Bogumił!
Duszno mi. O, Jezu!
- Które to? - Niech pan da, proszę potrzymać.
Okropnie się czuję. Ooo...
Co to, waleriana? Przecież tyle razy prosiłam, by mi nie dawać waleriany.
- Tatusiu, co się stało mamusi? - Mama jest chora.
- Niech Felicja wyprowadzi dzieci. - Nie przejmujcie się mną.
Już mi lepiej. Gdzie Agnisia? Może jej się zrobiło niedobrze?
- Poślę po doktora Wettlera. - Ani mi się waż!
Możemy zostać bez dachu nad głową, a ty pieniądze wyrzucasz w błoto!
Chcesz, żebym znowu dostała ataku serca i trupem padła!
Kiedy...
Duszno i ciemno przed oczami. Zamęczam ich, dzieci budzę w nocy!
- Bardzo proszę, zażyj to. - Nie mogę.
-Wciąż mi się wydaje, że zaraz umrę! - Basiu, trzeba to zażyć.
- No... - Okropne!
- I proszę już nie płakać. - O, Jezu!
Proszę się uspokoić. Wszystko będzie dobrze.
Klimecki zaraz wróci i przywiezie lekarstwa.
Daj mi papierosa.
Nie, to nie może być wada serca.
Ja myślę, że to pochodzi z ucisku żołądka... na serce.
Zawsze myślałam, że żołądek to moja główna choroba.
Lekarz mówił, że najważniejsze, byś się nie denerwowała,
- to ci niczym nie grozi. - On wie jedno, a ja drugie.
Mnie rozpacz ogarnia, co ty zrobisz z dziećmi, jak ja umrę. Błagam,
- nie wychowaj ich na prostaków. - Oj, nie wychowam ich na prostaków.
No widzisz, to ty wierzysz w to, że ja umrę.
Co ci Wettler powiedział?
Przyznaj się, co ci Wettler powiedział.
Powiedział mi, że ja umrę, jak mnie będziesz dręczyć.
Radca Joachim był seniorem waszej rodziny i moim zdaniem
- ty powinnaś pojechać na pogrzeb. - Nie oszalałam,
by wlec się w taką daleką podróż. Dzieci bez opieki nie zostawię.
Jeśli pojechać przez Małocin, to nie będzie więcej jak siedem mil drogi.
- Nie siedem, a dziewięć. - Zarnecka znowu wie lepiej!
A bo wiem!
Stryj Joachim był na pogrzebie babci Ostrzeńskiej.
A był, był, bo się lubił włóczyć. Wszystkie chłopy to lubią, prawda?
- No. - W takim razie ja pojadę.
Co za ludzie! Tam człowiek sztywny leży, a te się kłócą jak głupie.
- Ty też się lubisz włóczyć. - Nie bywamy wcale we świecie,
to choć przy takiej okazji warto się otrzeć o ludzi.
A w jakim świecie mamy bywać? Do obywateli ziemskich nie należymy
i chwała Bogu, to wszystko niucha tabaki nie warte.
Wszystko co lepsze powymierało albo poszło na katorgę.
Zresztą... Do jakiego my świata w ogóle należymy?
Niech Klimecki uważa, w drodze na Zborów jest zepsuty most.
- Wiem, wiem. - Boguniu, okryj się, bo zmarzniesz.
- Oj, nie zmarznę. - Zmarzniesz!
Tomasz, wędruj z kozła. Dzieci, odejdźcie!
-Oby wam koło nie odpadło po drodze! - Dobrze, już dobrze. - Jazda!
Do widzenia!
A uważajcie tam na tych dołach koło Małocina!
- Dobrze, dobrze. - Bo tam są straszne wyboje!
W biurku był testament Joachima, w którym stoi napisane
czarno na białym, że część majątku przeznacza dla tych krewnych,
którzy popadli w biedę, a warci są lepszego losu.
- No, widzisz. - Krótko mówiąc, i ty po nim
odziedziczyłaś.
- Kto? - No ty.
- Ja? - No tak.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.
Czyś ty oszalał? To dopiero teraz o tym mówisz?
Sam nie mogłem w to uwierzyć, ale jest wyraźnie napisane: dla dzieci
Jadwigi, Adama Ostrzeńskich do równego podziału 18 tys. rubli.
- Czyli na ciebie wypada 6 tysięcy. - 18 tysięcy, Jezus, Maria...
Myślisz, że ten testament nie zostanie obalony?
Kochany, obalą go i nic z tego nie będzie.
Zaraz nawyszukują trudności, tak wszystko splączą,
że sam diabeł ładu nie dojdzie. W ogóle tym sobie głowy nie zawracaj
i pluń na taką łaskę.
A jeśli testament jest sfałszowany i zaczną nas po sądach włóczyć?
Najlepiej to zrzec się, i nie zawracaj sobie tym głowy.
- Bardzo cię proszę i ostrzegam. - Masz rację.
Wypłacą w odpowiednim momencie, to dobrze. A nie wypłacą,
- to też z głodu nie pomrzemy. - 6 tysięcy...
Formalności potrwają długo i pewnie nie obejdzie się bez trudności.
Jakie trudności? Kochany... Ja nie widzę żadnych.
Zobaczysz, jak Michasia będzie skakać koło tego spadku.
Mój drogi... trudności? Zobaczysz, jak ona będzie skakać,
żeby wszystko poszło jak z płatka.
Teraz Daleniecki może sobie sprzedawać Serbinów.
No! Twoje zdrowie!
Boże.
Boże, przecież te pieniądze przychodzą nam jak z nieba.
No pijżesz!
Ale jak w Kalińcu dom kupować, to tylko na Placu Świętojańskim
koło pomnika, bo tylko w studni obok niego jest dobra woda do picia.
Cieszę się, Basiu, że będziesz miała swoje pieniądze.
6 tysięcy rubli.
Ja już stary jestem i nic wam zapewnić nie mogę.
Wiesz, czasem myślę, że jednak za późno...
założyłem rodzinę.
Co ty? Ty myślisz, że ty wyglądasz inaczej,
niż wtedy, kiedy cię poznałam? Zawsze tak samo.
No, pijże. Zawsze tak samo!
Płacząc: 6 tysięcy rubli...
Bogumił, pomóż mi się rozebrać, dobrze?
No, a co my zrobimy z tymi pieniędzmi?
Tak chciałabym raz w życiu zobaczyć kawałek świata
i pojechać do Krakowa.
A jak nie, to, bo ja wiem...
Może z dziećmi do Ciechocinka, żeby tak nie chrząkały.
I nie miały wiecznie zajętych migdałów.
6 tysięcy rubli...
BASIA NUCI WESOŁO
Warto by porobić meliorację.
Zasadzić drzew owocowych, założyć szparagarnię.
Może to kiedyś będzie nasze. Mam prawo pierwokupu Serbinowa.
Najlepiej to kupimy dom w Kalińcu.
Jak dzieci pójdą do szkoły, to skąd brać pieniądze na stancje.
BASIA DALEJ NUCI WESOŁO
A jak będę miała dom w Kalińcu, zamieszkam sobie z dziećmi.
Ty mi ze wsi wszystko dowieziesz, a ja zajmę się tylko domem i dziećmi
W TLE - BASIA NUCI WESOŁO
Zmęczyłem się trochę, chyba pójdę się położę.
Bogumił!
- Tobie coś jest? - Nie.
- Nic ci nie jest? - Nie.
- Na pewno nie? - Yhm.
- Na pewno nie? - Nie.
Ale ty się niczym nie przejmuj.
Bo ci to jeszcze może zaszkodzić.
A serce ci od tamtego czasu nie dokucza?
Nie. Nic mi nie jest. Dobrze się czuję.
Teraz Daleniecki może sobie sprzedawać Serbinów!
Wiesz co?
Ja właściwie tak zupełnie dobrze to ja się nie czuję.
Ale powiedz mi, czy ja się kiedy dobrze czuję?
Przecież zawsze wieczorem ledwo chodzę.
To dlatego, że mnie nie kochasz. Przez to te zmartwienia i choroby.
Przez co?
Co ja jestem winien, że nie jestem, że nigdy nie byłem, w twoim guście.
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
Jak ty sobie dasz radę, kiedy ja zamieszkam z dziećmi w Kalińcu?
Jakoś sobie poradzę, Basiu.
Bogumił, było nam ze sobą bardzo dobrze, prawda?
Czemu nic nie mówisz?
Bogumił, odezwij się.
Gdybym wiedział, że na odjezdnym będziesz dla mnie taka dobra,
to chciałbym, żebyś codziennie odjeżdżała.
Uważajcie, żeby drzwi się nie otworzyły,
- bo widzę, że klamka obluzowana. - Dobrze, jaśnie panie.
Może co zrobić panu do jedzenia?
Tera dopiero będzie tu smutno bez pani i dziecków.
Felicjo!
- Felicjo! - Idę! Idę! Słucham?
- Czy okiennice pozamykane? - Pozamykane.
Dzień dobry.
A, dzień dobry kochanemu sąsiadowi.
Niechże sąsiad siądzie przy mnie.
Cóż to, pan tak sam?
Zostałem słomianym wdowcem, panie Woynarowski.
Zona z dziećmi przeniosła się ostatecznie do Kalińca.
Zadecydowałem, że dla dzieci tak będzie lepiej.
No jeżeli tak, to niech pan przyjedzie jutro na winta.
Jest ze mną teraz najmłodsza córka. Gracz z niej co prawda taki
jak ze mnie panna, ale to nic, zagramy we trójkę, z dziadkiem.
Bardzo chętnie. Jeżeli tylko terminy pozwolą,
bardzo chętnie skorzystam.
Pan Bogumił Niechcic,
moja córka Ksawunia.
Matko Święta, ale pan nawiózł tego wszystkiego!
Jak na wesele!
Myślałem, że nie zastanę cię w domu,
że wybrałaś się gdzieś na przyjęcie albo do cukierni.
Gdzie te dzieci biegają na taki deszcz?
Czy ja wiem? Ja Tomaszka ani Agnisi całymi dniami nie widzę w domu.
Tomaszkowi po prostu potrzeba męskiej ręki.
Ręki ojca. Ja to sobie zupełnie nie mogę dać z nimi rady.
Zawsze wam tu lepiej, Basiu.
W Serbinowie już czarna jesień, błoto...
A cóż to takiego błoto, jak ma się całe i mocne kalosze?
Cóż to takiego błoto? Błoto może mi zaszkodzić?
No, ma się rozumieć, że nie.
Ale nie siedzisz chyba ciągle sama?
Widujesz ludzi? Nie siedzisz sama?
Owszem...
Jak zwykle siedzę sama.
I nie zależy mi na tym, żeby ktoś u mnie bywał.
Zwłaszcza kiedy pomyślę o biednym Lucjanie.
Wiesz, że u Lucjana lekarze dopatrują się raka?
Ano tak.
No tak...
Ja to bym nawet nieraz może gdzie wyszła do miasta,
ale tutaj zaraz trzeba się ubierać.
Mieszkanie na klucz zamykać, to nie to co na wsi.
Biorę na siebie chustkę...
i już jestem na dworze.
Ja rozumiem, Basiu. Rozumiem.
SMUTNA, NOSTALGICZNA MUZYKA
One właściwie kochają nas tylko w Serbinowie.
Poza Serbinowem możemy dla nich nie istnieć, przynajmniej ja...
Jakże one mają nas kochać, skoro my się nie kochamy?
Jak to?
Przecież ty zawsze mówiłeś, że mnie kochasz.
Kocham.
Kocham...
Chciałam zobaczyć tylko, czy dobrze pościelone.
Dobranoc.
Pan Woynarowski prosił, żeby pan przyjechał wieczorem do Pamiętowa.
Był tu wczoraj ten ich lokaj, Aleksander.
Dzisiaj już chyba za późno.
Już tam więcej jeździł nie będę.
Te wysiadywania po nocach, te późne kolacje, to nie dla ludzi,
którzy muszą wstawać przed świtem.
Radośnie: Myślałam, że już pana nigdy więcej nie zobaczę.
Ojca nie ma w domu, wyjechał.
Zaraz.
Porozmawiajmy spokojnie.
Dobrze.
Dlaczego pan idzie za mną?
Rozmawiać możemy na odległość.
Niech się pan nie boi, zejdę panu z oczu.
Co takiego? Jak tak można mówić od rzeczy?
- Ja się trułam. - Kiedy?!
W Warszawie.
Spotkałam kogoś takiego.
Mówił: "Pani jest kobietą tragiczną".
A potem się okazało, że to był zakład.
No i właśnie wtedy się trułam.
Ojciec mnie odratował.
Jeżeli pan ma odejść, niech pan to zrobi natychmiast.
Dziecko moje, cóż ja ci mogę ofiarować?
Nową, jeszcze gorszą niedolę?
Wiem, że zimowe wieczory, kiedy się siedzi samemu w domu,
nie należą do przyjemności, ale Boże Narodzenie za pasem
i przyjadę na całe dwa tygodnie.
Ja na twoim miejscu pojechałabym do Pamiętowa.
Woynarowski jest bardzo sympatyczny.
Toteż czasem jeżdżę. Gramy tam w winta.
Ale najczęściej to rozmawiamy.
Rozmawiacie...
A ja tak marzę o tym, żeby nieraz móc z kimś porozmawiać.
- Rozejdź się z żoną. - Nie mogę.
Dlaczego?
Nie mogę wiązać mego życia z twoim.
- Tak bardzo kochasz żonę? - Nie wiem.
Nie wiem, nie wiem... Ciągle "nie wiem".
Ja kończę życie, ty zaczynasz.
I nic, prócz szaleństwa, nie może nas łączyć.
Prócz szaleństwa...
które ja będę błogosławił, a ty będziesz przeklinać i wstydzić się.
Jest! Jest! Agnisiu, spójrz, pierwsza gwiazda!
Mamo! Mamo! Pierwsza gwiazda na niebie!
Jest już pierwsza gwiazda!
Pora zaczynać wieczerzę.
Śpiewają: Gdy się Chrystus rodzi
i na świat przychodzi.
Ciemna noc w jasnościach
promienistych brodzi.
Aniołowie się radują, Pod niebiosa wyśpiewują:
Gloria,
gloria,
gloria,
in excelsis Deo!
Przecież wiem, że mnie kochasz.
- A twoja żona cię nie kocha! - Nie żegnajmy się w gniewie.
- Proszę stąd odejść. - Teraz?
W tej chwili!
- Mam nie czekać odejścia pociągu? - Proszę zejść mi z oczu!
Dziwna jest ta panna Woynarowska.
Mógłby jeszcze ktoś pomyśleć, że cię bałamuci.
Szkoda, że nie pomyślałeś, mogliśmy ją razem odprowadzić na dworzec.
Nie wiedziałem, że zrobię ci tym przykrość.
Byłbym się wymówił. Woynarowski prosił mnie o to.
Co mi się tak przyglądasz?
Zastanawiam się, Basiu, na czyje siły i na czyj rozum
obliczone jest życie.
Patrzysz, Baszko, i dziwisz się, co się ze mnie zrobiło.
Nie, wyglądasz trochę zmęczony, przepracowany.
- Ja jestem zgoniony jak pies. - Musisz odpocząć.
Mnie nie jest potrzebny odpoczynek.
Ja muszę się zastanowić nad sobą, nad światem.
Kupuję posiadłość.
Kilka mórg ziemi.
Zakładam ogród. Buduję dom.
Zakopanie się na wsi nazywasz pełnią szczęścia?
Nie zaszedłem tam, gdzie chciałem, więc wracam do początków życia.
- Długo zostajesz? - Niestety, dzisiaj wyjeżdżam.
Ale jak postawię dom, przyjedziesz do mnie?
Pamiętaj, że mi obiecałaś. Mnie bardzo na tym zależy.
Ja... muszę z tobą porozmawiać.
SMUTNA MUZYKA
Stoję w obliczu śmierci...
To jest jedyny fakt, wobec którego każdy
musi pozbierać się i stanąć w swojej całości.
Nie można się od tego wykupić, wykręcić...
Myślałem nieraz, dawniej, czy jest możliwa taka chwila...
kiedy człowiek cieleśnie naprawdę godzi się ze śmiercią.
Otóż jest możliwa...
Bo kiedy wszystko boli, to chce się, żeby przestało boleć.
A kiedy się wie, tak jak ja wiem, że tu, na ziemi
nic nie może przynieść nawet ulgi...
to chce się przestać istnieć.
Po śmierci Teresy...
ty jedna byłaś mi bliska.
A kiedy zostałem sam na świecie, uciekłem od ciebie, Baszko.
Tyś o tym nie wiedziała. Myślałem, że jesteś szczęśliwa.
Bo jakbyś nie była szczęśliwa...
Ale przecież ty jesteś szczęśliwa... prawda?
Jesteś szczęśliwa. Szczęśliwa, prawda?
- Tak. - Jesteś szczęśliwa?
Szczęśliwa...
Kałużny, dajcie no tę kosę! Nic, tylko byście ostrzyli!
Do roboty, chłopy! Do roboty!
- Do roboty, Kałużna! - Bogumił!
Bogumił!
- Daleniecki przyjeżdża! - Kiedy?
Przyjeżdża jak nic sprzedać Serbinów!
- Cóż tam, Roman, powie? - Wszystko dobrze, panie dziedzicu.
A co do tego kupca, o którego pan dziedzic
kazał się dowiadywać, to trzeba bardzo ostrożnie się starać.
Bo tu się wszystko wykryje.
Zydzi, psia jucha, wszystko wyniuchają!
Ta sprzedaż to sprawa skończona. Nie będę sprzedawał Serbinowa.
A jeślibym sprzedawał, to omówię to z panem Niechcicem.
Pan Niechcic sam teraz kupuje.
- Co kupuje? - Dostał spadek
i zakupił place w Kalińcu.
Dlaczego ja się teraz o tym dowiaduję?
Bo to świeża sprawa.
Mam nadzieję, że obmyślił pan jakieś plany co do tego spadku.
Chciałbym rodzinie... Zwłaszcza że są to pieniądze żony.
To chce pan opuścić Serbinów i osiąść gdzieś na swoim?
A ja zamierzałem, ha!, podnieść panu tantiemy
i przedłużyć kontrakt o dalsze pięć lat.
No jakże... jakże ja bym mógł opuścić Serbinów.
Ja tu jestem przywiązany do każdej grudy ziemi.
Te drzewa, które zasadziłem, już rodzą!
Ja, proszę pana, patrzyłem, jak z nieużytków robi się orne pole.
Jeżeli pan chce polepszyć nasze warunki, to będę bardzo wdzięczny.
Caro mio!
Przecież pan najlepiej wie, na co pan zasługuje!
Za rok, za dwa już i młodsze pójdą do szkoły.
I zobaczysz, będą się dobrze uczyły.
Nie będziesz miała z nimi kłopotu.
Póki nie zaczną się kochać, póki nie zaczną szaleć.
Kochać? A niechże je Bóg broni.
W życiu bywają noce i dnie, bywają też niedziele.
Tylko że one zdarzają się rzadziej niż w kalendarzach.
I tym razem wydaje mi się, jakby niedziela
zaczęła zbliżać się do naszego życia.
Kiedy przed 15 laty obejmowałem Serbinów,
zastałem tu same zgliszcza, ruiny, puste stodoły, puste chlewy.
- Puste stajnie. - Aż się wierzyć nie chce,
- że wy tu mieszkacie już 15 lat. - Ależ, Michasiu.
Jak ten czas leci, 15 lat?!
Agnisiu, chodź tu. Zdałaś z nagrodą.
- Do której klasy? - Już skończyłam czwartą, ciociu.
Brawo!
A ja twierdzę, że Europie nie grozi już nic historycznego.
Rewolucje, wojny mogą jeszcze się odbywać gdzieś w Azji lub Afryce.
No, a nam wypada rozpatrywać wypadki z historycznego,
przynajmniej geograficznego oddalenia.
No, a czy to koniecznie potrzeba wojny albo rewolucji,
żeby się coś działo na świecie?
- No właśnie. - Proszę, siadajcie.
Przecież takie spokojne czasy, kiedy każdy robi swoje,
- też są historyczne. - Dzieci, uspokójcie się.
Zobaczycie państwo, że ktoś jeszcze napisze historię
o tych spokojnych, pracowitych czasach.
No bo cóż, z pola sprzątnąłem, pogodę mam piękną,
goście zawitali pod mój dach...
Niedługo będę siał.
No więc, może i ja tu trochę robię tę historię.
Michasieńko, czy jesteś pewna, że ty u nas
- zostawiłaś te pieniądze? - Ale to głupstwo,
wiele tego nie było. 3 półrublówki dla służby zawinięte w chusteczkę.
Kto słyszał, by dama nosiła pieniądze w chusteczce!
Rejentowo, znów mam siedzieć z psem? Nie można go dać do wolantu?
- Dani! - Bodzio! Do karety!
Proszę nas jeszcze odwiedzić, serdecznie zapraszamy.
Janusz, wsiadajcie!
-Przyjeżdżajcie do nas na niedzielę! -Jak najczęściej!
- Dobranoc, tatusiu. - Dobranoc, córeczko.
- Dobranoc, mamusiu, było wspaniale. - Dobranoc, córeńko.
Basiu!
- Tak, słucham? - A gdzie się podziewa Tomaszek?
Tomaszek?
Zaraz sama go znajdę i o wszystko wypytam.
Błagam cię, tylko się nie denerwuj.
Ty go wypytasz?
Ty się boisz własnych dzieci!
Albo cię wychowam na człowieka, albo cię zatłukę jak psa!
Kto? Kto ci pozwolił? Kto ci pozwolił brać cudze pieniądze?!
-Kto ci pozwolił brać cudze rzeczy?! -Bogumił! Jezus, Maria!
Przecież go zabijesz! Przyznał się!
- Czego ty wiecznie od niego chcesz? - Zejdźcie mi z oczu oboje!
Oż, ty zbóju, ty! Marsz stąd!
Marsz stąd!
Ja wiem.
Ja wiem, synu, że ty nie dla siebie.
Nie dla siebie wziąłeś te pieniądze. Ty chłopcom chciałeś kupić cukierki.
Pójdziemy i przeprosimy ojca.
Przeprosimy ojca, a w niedzielę pojedziemy do wujenki.
Ale mamusia powie, że ja znalazłem te pieniądze,
jak odjechali.
Z płaczem: Synku...
Synu, nie zabijaj matki!
Ty jesteś dobry.
Ty musisz być dobry.
Gniewne głosy: Mieszkań nie ma! W czworakach na głowę się leje!
A co to tu was się tak dużo zebrało?
Mamy życzenie, proszę wielmożnego pana,
- rozmawiać względem zasług i... - Zasług?!
A czy kto nie dostał swego w porę? O co macie pretensje?
Mieszkam w najgorszej izbie w czworakach.
Już cały sufit odleciał mi od grzyba.
Chlewy we dworze złe.
Z dachów, choć już były poprawiane, ciecze na łeb.
Podłóg w izbach nie ma. A gdzie są, to popróchniały.
Sami widzieliście, że niedawno z Olczakiem oglądałem czworaki
i wiem najlepiej, gdzie je trzeba naprawić.
Ale ja nie zależę od siebie.
A o czworakach nie musicie mi przypominać. Ja pamiętam.
O czworakach pamiętam bez niczyjego nakazu!
W dzieciństwie uczyłem się po francusku,
ale potem wszystko zapomniałem.
I wie Felicja, że nawet nie pamiętałem tej melodii,
co to ją zawsze śpiewała panna Woynarowska.
"Si tu m'aimes..."
- A co to znaczy? - "Ach, gdybyś kochał mnie".
Ale potem panienka nauczyła pana rozumieć.
- Co rozumieć? - No, to śpiewanie.
Kiedy człowiek już osiągnie swój wiek, powinien zrozumieć,
że nie może się podobać młodej, ładnej dziewczynie.
Cóż! Gdy serce jeszcze młode i rwie się do świata,
do uciechy, której za młodu nie zaznało.
A może się warto w życiu zapamiętać, żeby choć
te parę tygodni przeżyć tak, że się o nich pamięta przez
całe życie.
Czy jesteś pewna, że ten pan, którego spotkałaś u cioci Michaliny,
nazywa się Józef Toliboski?
Oczywiście, mamo. Pan Józef Toliboski z Borowna.
On zna mamusię z dawnych czasów
i powiedział, że wybiera się tutaj jutro po południu z wizytą.
Ja powiedziałam, że mama będzie bardzo rada.
Pan Toliboski?
Z wizytą?
Co? Co też mu strzeliło do głowy?
Dobrze, niech przyjdzie. Pogadamy o starych dziejach.
Nie widzieliśmy się przecież 25 lat.
Czy źle coś powiedziałam?
- Jak on teraz wygląda? - Bardzo przyjemnie.
- Ma taką długą brodę. - Czarną?
Nie, szpakowatą.
No tak, rzeczywiście, on też się musiał postarzeć.
Nigdy ci o nim nie opowiadałam?
Nie...
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
Mamusiu!
- Pod ratuszem zbierają się tłumy! - Będzie manifestacja.
Tak! Wracamy do Serbinowa.
Julka! Pakujemy rzeczy, wracamy do Serbinowa!
- A pan Toliboski? - Nie widział mnie
dwadzieścia kilka lat, może nie widzieć jeszcze kilka.
Pakujcie rzeczy Tomaszka!
NIEPOKOJACA MUZYKA
Basiu! Basiu! Zatrzymaj się, proszę!
- Ja ci wszystko wytłumaczę. - Przyjechaliśmy tylko na niedzielę.
- Basiu, wysłuchaj mnie! - Zaraz pojedziemy.
Tylko nie to, błagam cię! Słyszysz?
Basiu, słyszysz mnie? Zostań, proszę!
Pisz, nie przeszkadzaj sobie.
Wiem, że w czasie mojej choroby Zarnecka umarła.
Dlaczego wy to ukrywacie przede mną?
Wettler zabronił ci się denerwować.
Biedna stara...
Wydawało jej się, że jest potrzebna i niezastąpiona,
a tego jej życia to nawet nie znać na świecie.
Ono tak każdemu z nas mija...
I znika bez śladu.
Z nami czy bez nas to noce i dnie jednakowo się toczą.
Właściwie to dlaczego człowiek tak się stara?
Dlaczego człowiek tak się stara, tak się własnym życiem przejmuje?
W tę sobotę, kiedy przyjechałam tutaj,
miałam się spotkać z tamtym człowiekiem i nie zrobiłam tego.
Przyleciałam do ciebie.
Nigdy nie myślałem, że ci pod tym względem na mnie zależy.
Przecież ta strona życia nie miała dla ciebie żadnej wartości.
Przynajmniej od dłuższego czasu...
A uciekłaś ze strachu przed sobą.
Tylko nie przez strach.
Tylko nie przez strach.
Kocham cię, Basiu.
Chyba nie może być większej miłości.
Chociaż byłaś i jesteś ze mną...
bardziej ze strachu niż z czego innego.
Boże, jak ty posiwiałeś...
A co będzie z tą Felicją?
Syn Mikołajczyka, ten wdowiec, chce się z nią żenić.
Bogumił! Bogumił!
BASIA JECZY PRZEZ SEN
Bogumił!
Basiu, kochanie, co się stało?
O, Jezu!
Śnił mi się Lucjan.
Powiedz mi, jaki jest sens walczyć z chorobą i śmiercią.
Zeby dźwigać i znosić życie?
Co za straszne myśli naszły mnie w dzień wesela.
SZLOCHA
Wesela...
Idź po dzieci.
Pewno tańczą i są zgrzane, a to pora wracać do Kalińca...
- Bogumił! Bogumił! - Tato!
Agnieszka skończyła szkołę z nagrodą!
- Tato! - Córeńko!
Ty moje szczęście!
Dziękuję ci! Chodźcie, coś wam pokażę.
Popatrz, a ja tutaj ludziom buduję czworaki.
Śpieszę się, żeby mi Daleniecki nie przeszkodził.
- Naprawdę, z nagrodą? ŚMIECH
Czy ty naprawdę chcesz jechać na ten uniwersytet?
Tak, tatusiu, na przyrodę, do Szwajcarii, do Lozanny.
No, ale czy ta przyroda zapewni ci przyszłość, moje dziecko?
Bo my, niestety, nie mając majątku, musimy o tym myśleć.
Wszystko będzie dobrze, tatusiu. Nic się nie martw.
- Koleżanki i koledzy! - Proszę o spokój! Kolega Śniadowski
- jeszcze nie skończył! - Nadchodzą czasy,
w których niepodległość Polski stanie się
na powrót sprawą międzynarodowej wagi!
Wojna europejska wisi na włosku.
I wybuchnie - jeśli nie dziś, to za kilka lat.
A wtedy hasło naszej niepodległości, wdeptane obecnie w błoto,
poniechane przez wszystkich, znowu stanie się atutem w grze
o przyszłość Europy, i dlatego już dziś
z tego miejsca, z ziemi szwajcarskiej wznosimy żądanie:
Polska po stu latach niewoli
musi stać się na powrót krajem wolnym i niepodległym!
GWAR, MUZYKA
Ten jeden list z Paryża od panny Woynarowskiej
tak nagle wszystko odmienił? Ten jeden list zburzył wszystko to,
co było między nami przez te długie miesiące?
Agnisiu, w moich uczuciach nic się nie zmieniło.
Ja tamtą sprawę dawno uważam za zamkniętą i skończoną.
Panna Woynarowska, panna Ksawunia...
Tak ją pieszczotliwie nazywali moi rodzice.
Kiedy miałam 14 lat, widywałam ją w naszym domu w Serbinowie.
Prawie się w niej zakochałam. Winszuję wyboru.
Śliczna.
To biedna osoba.
Nawet nieszczęśliwa.
Była tu w Lozannie przez 4 lata. Przenosiła się z jednego wydziału
na drugi, a żadnego nie skończywszy, wyjechała do Paryża i...
Ja się po prostu o nią boję, rozumiesz?
Ona jest zbyt niezrównoważona.
Więc jedź za nią. Niech nie cierpi.
- Nie pojadę do Paryża. - Dlaczego?
Bo chcę być sam.
Ooop! Ha, ha, ha! Mamo, odkrywam Serbinów na nowo.
Szukam w tej ciężkiej pracy sensu, sensu życia.
O, jak to dobrze tak upracować się aż do bólu całego ciała.
Zeby potem wieczorem usnąć
i nie myśleć, nie roztrząsać tego wszystkiego.
Dzień dobry, mamusiu! Dzień dobry, Agnieszko!
No, a Emilka? Jezus, Maria, co się stało z Emilką?
Wszystko dobrze, Emilka na pensji, a nas wcześniej wypuszczono,
dyrektor dostał depeszę, że jego matka zachorowała i wyjechał.
Ale najważniejsze, że już jestem w 5 klasie!
No!
Synku, ale wychowawca pisał, że nie zdasz do następnej klasy.
A nie! Wczoraj udało mi się poprawić z trzech przedmiotów.
Będę miał tylko jedną dwóję, to zdam z niej po wakacjach.
- No, a cenzura? - Cenzura?
Jak to? Miałem ją nieść, kiedy szedłem piechotą,
żeby się pogniotła albo zabrudziła?
Zresztą cenzur jeszcze nie wypisano. Nie wszyscy nauczyciele wystawili
stopnie i prosiłem w kancelarii, żeby mi ją przesłano przez Józefata.
Czyj to kapelusz?
A, to jedno straszne głupstwo, które zrobiłem.
Pożyczyłem od kolegi 5 rubli i kupiłem sobie ten kapelusz.
Myślałem, że jak dostanę promocję, to mi przebaczycie.
Nie pochwalam takich zbytków.
Ale jak za panamę 5 rubli to strasznie tanio.
Tylko ten kolega prosił mnie, żebym mu zaraz te pieniądze odesłał.
Tatuchno, niech mi tatuchna jeszcze raz daruje.
Ja ci dam 5 rubli.
No, masz. Zebyś odesłał temu koledze.
A jak przyniesiesz cenzurę, dostaniesz drugie tyle.
Dzień dobry, wielmożnej pani.
Przywiozłem te klamoty pana Tomaszka z miasta.
I Antoniowa państwa Ostrzeńskich prosiła, żeby pan Tomaszek co duch
odesłali ten kapelusz panicza Bodzia, co go wzieni.
- Jaki kapelusz? - Ano ten, co go wzieni,
znaczy, pożyczyli. Panama czy jakoś tam.
Niechże Józefat tak nie krzyczy na cały dom.
- Kto cię nauczył brać rzeczy?! - Tatusiu!
Po cudzych domach bez wiedzy i zgody właścicieli?!
Odpowiadaj! Odpowiadaj, bo zatłukę jak psa!
KRZYKI TOMASZKA - Kochany, złociutki, już nie będę!
Bogumił, bój się Boga, przecież go zabijesz!
- Jezus, Maria! - Chodź tu!
Tego tylko brakowało, żebyś zrobił z niego złodzieja!
- Nie, nie, tato, nie! - Bogumił!
Ty!
Jeszcze będzie tego tatuś żałował!
Bogumił! On gotów odebrać sobie życie!
Jak ma żyć jak łajdak, to lepiej niech zdycha!
Tomaaaszek!
SZUM DESZCZU, GRZMOTY - Tomaaaszek!
- Tomaszek! - Tomaszek! Tomaszek!
Tomaaaszek!
Nigdzie go nie znalazłam! Nigdzie!
- Gdzie ojciec? - Siedzi w swoim pokoju.
No tak, nic go nie obchodzi, że syn może leży bez życia w bruździe.
Pamiętasz, Tomaszek groził, że się zabije, jak będziemy mu dokuczać.
A czy mama nigdy nie pomyśli, że mnie też może
- spotkać coś złego? - Ty mnie nie strasz.
Ja i tak widzę ciągle, że ty się bez przerwy zamyślasz.
Co ci jest?
- Co? - Mamo, ja kocham pewnego człowieka
i on mnie kocha, ale nie będziemy się mogli pobrać,
bo to jest człowiek idei i w jego życiu nie ma miejsca
- na szczęście osobiste. - Jak to, kochasz człowieka idei?
I on ciebie kocha? Przecież to jest cud.
Cud, o którym ja marzyłam nadaremnie przez całe życie.
Mama sobie wyobraża, co to jest człowiek idei?
Jeżeli każą mu rzucić bombę, to on ją rzuci i sam zginie.
Nie, mamo. Proszę o tym nikomu nie mówić.
Nawet ojcu. Ja przebolałam to, rozstaliśmy się.
Córeńko... to i ty miałabyś być nieszczęśliwa, tak jak ja?
Mamo, przebierz się, jesteś cała mokra.
Gdzieś ty był?! Gdzieś ty był przez całą...
- przez całą noc?! - Siedział na drzewie.
- Ty łobuzie! - Ma charakter...
Jak mogłeś trzymać nas w takiej niepewności, ty...!
Ucałuj. On już będzie dobry. Dobry i mądry, no.
Pogodziłeś się z ojcem?
Mój syneczek! Wiem, że jesteś dobry.
Dobry i mądry.
ŚMIECHY, OKRZYKI, SKOCZNA MUZYKA
A teraz... pijemy jak pan Kałużny!
No napij się, na zdrowie.
Dla jaśnie wielmożnych panów pół kwaterki, ino krzepkiej!
Pokaż pierwej pieniążki, Kałużny.
- Pan Kałużny. - Ja płacę!
Tomaszek, do domu! Szybko! Co to znaczy?
- Tomaszek! - Tomaszek!
- Tomaszek! - Kałużny, zostaw go!
Ja nie mówię, że ty nam wstyd przynosisz,
ale jak ty się tych ludzi nie wstydzisz!
Nie wiem, czego mamusia znowu chce! Wszyscy piją, jak jest wesele.
A oni mnie wcale nie mają za nic. Lubią mnie bardziej niż was!
SZLOCHA
Jeżeli jesteś...
Boże, jeżeli jesteś, jeżeli zbawiasz,
to zbaw od złego to dziecko.
Boże, jeżeli potępiasz na wieki, potęp mnie, bo ja jestem winna.
Boże, nie oszczędzaj mi żadnego bólu, żadnego strachu.
Ocal mi to dziecko.
Ocal mi tą duszę zbłąkaną.
Jest w tobie coś, czego nie spotkałem nigdy w życiu.
Wszędzie widzę, słyszę ciebie. Zobaczyć cię dziś, zaraz, wkrótce!
Tatusiu, on mnie kocha! Potrzebuje mnie... Wzywa!
Muszę zaraz jechać do Lozanny!
I ty mówisz, że on cię kocha?
Człowiek, który nie raczył nas nawet poinformować o swoich zamiarach.
- Nawet zapytać! - Ale on nie może tu przyjechać!
On jest wygnańcem!
I gdy wyście spokojnie spali, on walczył, siedział w więzieniu!
O co walczył?
O to samo, o co tatuś kiedyś walczył w powstaniu,
- a teraz tatuś potępia. - Ja nie potępiam!
Ja nie potępiam.
Tylko widziałem, że pokochałaś pracę, ty jedyna.
Myślałem, że jak skończysz, to może przeniesiesz się na rolnictwo.
Może wreszcie kiedyś uda mi się kupić kawałek ziemi,
aby zapewnić wam... tobie!
W Polsce potrzebna jest teraz inna praca niż sadzenie kartofli.
I służenie bogatemu człowiekowi, żeby zarobić na chleb.
Ja nie służę bogatemu człowiekowi! Ja służę ziemi!
A że na cudzym, tom swego nie przepił, nie przegrał.
Ja służę ziemi.
I znowu dwa lata życia wymknęło nam się z rąk, córeńko.
U nas wkrótce skończą się żniwa, zaczną się wykopki.
Lekarze każą mi leżeć, ale ja ich nie słucham.
No i tym razem barometr nas nie zawiódł, panie Olczak.
Oj tak, tak.
- Szczęść, Boże! - Bóg zapłać!
Pracować! Pracować! Te wozy wysłałem na łęgi po żyto.
- Ile? - Cztery!
Panna Ksawunia Woynarowska wróciła niedawno z zagranicy.
Przeżyła tam podobno nieszczęśliwą miłość...
A teraz wydała się za tego Ostrzeńskiego z Siąszyc.
Urodziła mu bliźnięta.
Cieszę się, córeńko, że przyjechałaś do nas na dłużej.
List jest od Agnieszki.
Pisze, że jesienią znowu przyjedzie do kraju.
Postanowiłem wydrenować Serbinów. Czworaki ludziom pobudowałem,
teraz pora na dreny. Basiu, jutro pojadę do Kalińca.
Pojadę do Kalińca, wejdę w kontakt z biurem melioracyjnym Baścika.
- Co o tym sądzisz? - A rób, jak uważasz.
Mnie się Baścik nie podoba.
Musi mieć polipa w nosie czy coś, zawsze ma otwartą gębę.
Dlaczego Daleniecki nie odpowiada na listy, zawsze odpowiadał szybko.
On gotów się nie zgodzić z planami, będzie się awanturował o wydatek
- i ty będziesz wszystkiemu winien. - Co znaczy, nie zgodzić się?
A niech spróbuje. To ja umyję ręce od wszystkiego i rzucę Serbinów.
Niech sobie kogoś szuka na moje miejsce.
SPOKOJNA MUZYKA - SKRZYPCE I PIANINO
Po raz pierwszy zdarza mi się, Basiu, że nie mogłem dostać
pieniędzy na zawołanie. W trzech miejscach mnie zwiedli.
Permuter obiecał dostarczyć gotówkę na konto zboża.
Dostarczy za tydzień. Przestanę z nim handlować.
Co robić, Basiu? Jutro mam wpłacić zadatek Baścikowi,
- dałem słowo, co robić? - Po co masz chodzić i prosić?
Nie chcą dać, to nie. Mamy swoje pieniądze w banku.
Weźmiesz, dasz Baścikowi, a za dwa tygodnie odbierzemy sobie.
I nie boisz się ryzykować?
Nie chcę, żebyś się dłużej truł tym drenowaniem.
NUCI MELODIE GRANA PRZEZ SKRZYPCE
Zresztą, co to za ryzyko, mój drogi.
Tatusiu! Przyszedł list od pana Dalenieckiego.
- Leży tam na stole. - Z Paryża?
Tak!
Bogumił, co się stało?
Boguniu, co tobie?
Daleniecki sprzedał Serbinów.
"Uprzejmie donoszę o sprzedaży majątku Serbinów.
Wstępna umowa między mną a panem Owruckim już została podpisana".
Podpisana...
CIEZKO WZDYCHA
Ale tu jest wyraźnie napisane: wszelkie wydatki inwestycyjne
przekraczające sumę 3 tysięcy rubli
mogą być podejmowane za zgodą i wiedzą właściciela.
To jest ujęte w punkcie trzecim jako jeden z warunków.
A pan wydaje ogromną sumę na drenowanie,
które wymaga pożyczki hipotecznej! No do czego to było potrzebne?!
Jak to, do czego? Ja paryskimi perfumami się nie perfumuję,
tylko śmierdzę gnojem, bo w gnoju grzebię.
I ja jeden wiem, co tej ziemi jest potrzebne!
Zapomina pan, że i ja tu orzekam, co dobre, a co nie. Ja i kontrakt!
Był między nami drugi kontrakt, niepisany, który pozostawiał mi
- swobodę działania. - O, pan tej swobody nadużył.
I może mi pan teraz raczy wskazać, z czego pan zapłaci te 9 tysięcy.
Bo ja nie mogę znaleźć.
Te 9 tysięcy wydarłem żonie i dzieciom.
Wszystko, co mamy, zaryzykowałem dla dobra tego gruntu.
Zaryzykowałem i utraciłem, bo pan potajemnie handluje ludzkim losem!
Przecież myśmy tylko dla chleba
poszli na służbę do takiego człowieka jak Daleniecki.
Piękne maniery, sprytny łeb...
a pod spodem chamstwo.
Jaki on jest, to jest, ale on ma... Serbinów.
A dla mnie Serbinów więcej znaczy niż chleb.
Ja sobie nie wyobrażam życia gdzie indziej...
Bogumił, co ty...? Co ty mówisz?
Przecież życie jest wszędzie. Sam mi to zawsze mówiłeś.
Będziemy żyć... będziemy żyć.
Musimy żyć...
Panie Bogumile kochany,
jak panu wiadomo, już od dłuższego czasu
parceluję Pamiętów, kroję, szarpię na kawałki.
I dzisiaj, kiedy doszły nas wieści o hultajstwie tego uperfumowanego
łajdaka z Paryża, pomyśleliśmy z Ksawunią, aby wam zaproponować
kupno dworu, ogrodu i resztki Pamiętowa.
O, jest tego w sumie... trzy włóki.
Nie chcę drogo, bo wiem, w czyje ręce to oddaję.
20 tysięcy rubli.
Wniesiecie mi gotówką, ile możecie, a co do reszty...
Ksawunia, będąc teraz dziedziczką Pamiętowa,
godzi się rozłożyć na tyle rat, ile wam potrzeba.
HAŁAS, ŁOSKOT WAGONIKOW
- Oleśka! - Myślałam, że pani nie przyjedzie!
- Gdzie Tomaszek? - Zaprowadzę panią do pieców.
Dawać tu dziwkę pod waleta, niech ma!
Syn takiego ojca! Syn takiego ojca z karciarzami!
Mamusia tu?
Tak, mamusia tu! Czego stoisz, oczy wytrzeszczasz?!
Marsz do domu!
Czego mamusia chce ode mnie? Ja nic nie zrobiłem!
- Tak, ty nigdy nic nie zrobiłeś. - To po co te awantury?
Jestem tu u kolegi na praktyce. Jego ojciec
- jest właścicielem wapienników. - Właśnie widziałam tę praktykę.
Niech mamusia idzie do kantoru i się przekona.
- Od jutra miałem zacząć tam pracę. - U ciebie wszystko jest od jutra!
Chcesz pracować, to pracuj tu przy piecach!
Mamusia woli, bym był zwykłym robotnikiem,
kiedy mogłem dostać porządne stanowisko w kantorze!
Nie zależy mi teraz na tym, kim będziesz, rozumiesz?!
Serbinów sprzedany.
- Pójdziemy razem! - Pójdę tylko po walizkę na górę,
- to kawałek drogi. - Pójdziemy razem!
Mama znowu mi nie wierzy, tak? Wy wszyscy mi nie wierzycie!
Ale jeszcze się okaże, kto prawdę mówi, a kto kłamie!
Dokąd, synu?! Synu!
Z płaczem: Poczekaj, synku! Poczekaj!
Po co mamusia za mną przyjechała? Ja i tak nie pojadę!
To opętanie, synku, to minie!
- To minie. - Nie męczcie mnie,
ja i tak jestem dość nieszczęśliwy.
Wracajmy, synku, wracajmy!
Chciałam powiedzieć, że aż nie wiem, co mi się robi z żalu.
Przecie to tylachna życia i tera tak to nagle wszystko zostawić.
Przecie to niesprawiedliwe.
Moja Kałużna...
Serbinów będzie trwać i bez nas.
Boguniu, proszę cię, powiedz tym, co na wozach jadą,
żeby po wybojach jechali ostrożnie,
- bo nam zmarnują wszystko. - Już im mówiłem, Basiu.
Basiu, weź ten barometr, u ciebie będzie najbezpieczniej.
Walenty!
A potem niech Walenty każe to siano i błoto...
Tatusiu, ja już jestem spakowana!
Tak się cieszę, że wyjeżdżamy już z Serbinowa.
SMUTNA, NOSTALGICZNA MUZYKA - HARMONIA
Wio! Wio!
Basiu, ja tu jeszcze zostanę na noc.
Mam tu do załatwienia parę spraw.
Wio!
SENTYMENTALNA MUZYKA
Co ci jest, Boguniu?
Nie wiem.
Sam się sobie dziwię, że nie mam już takiego zapału jak powinienem.
Przecież, Basiu, dorobiliśmy się własnego kąta.
Znaleźli się dobrzy ludzie, którzy nie pozwolili nam zrobić krzywdy.
Pomogli utrzymać się na powierzchni.
Tak... widocznie starzeję się albo odwykłem od gospodarowania
na swoim i muszę się od nowa przyzwyczajać.
BOGUMIŁ POKASŁUJE
Wiesz co, Baszko, pójdę sobie trochę w pola,
rozplanować porządek robót wiosennych.
Boguniu, weź kożuszek!
NOSTALGICZNA MUZYKA
Bogumił, bój się Boga, tak długo chodzisz po polach.
W twoim wieku?
Bogumił, zdejmij ten kożuszek. Co tobie?
- Nie, nic, nic... - Jezus, Maria, cały rozpalony.
Coś mi wlazło w piersi. Daj mi wody, strasznie piecze.
Jezus, Maria, po coś ty brał ten kożuszek...
Ja... ja muszę w pole.
- W pole. - Jezus, Maria, 40 stopni.
Tylko proszę się nie przerażać gorączką.
Nieprzytomny... No, ale nie ma nieszczęścia.
Muszę... w pole...
Stan jego jest o tyle ciężki, że nie można go lekceważyć.
- Ale nic groźnego, lewe płuco... - Zapalenie płuc?
No, no, spokojnie, droga pani. Tu trzeba zimnej krwi.
Serce trochę zmęczone, ale jeszcze mocne.
Damy zaraz kamforę.
Dwór macie państwo pakowniejszy niż w Serbinowie.
No i otoczenie ładniejsze.
A cóż Woynarowski? Na starość został mieszczuchem.
O, widzi pani, ten człowiek ma w piersiach
zepsuty zegarek zamiast serca i żyje! Z tego co my, lekarze,
o nim wiemy, powinien gryźć ziemię od jakichś 20 lat.
- Basiu! Basiu! - Co, Boguniu?
- Co, kochanie? - Basiu.
No wypij, wypij.
Czy ja zachorowałem?
Zachorowałeś, ale już ci lepiej, wypij to lekarstwo.
Lekarstwo? Czy był u mnie doktor?
Do mnie doktor?
Był, ale powiedział, że wszystko będzie dobrze, no wypij do dna.
Gorzkie.
Zrobiłem ci tyle kłopotu, takie koszta.
Nie gniewaj się.
Ja się nie pozwolę zlicytować.
Ja się nie pozwolę zlicytować.
Nie dam, nie pozwolę się zlicytować.
Nie mogę taić, droga pani, że wywiązał się proces ropny
lewego płuca. Stan nie jest beznadziejny,
ale... groźny.
Tomaszek... Tomaszek.
Ucz się.
Ucz się, synku.
Córeńko... córeczko, gdzie Agnisia?
Przyjedzie, tatusiu.
Na pewno przyjedzie.
Proces ropny lewego płuca rozwija się.
Odwagi, droga pani, odwagi.
Mamusiu,
tatuś prosi.
Basiu... Basiu?
Co, Boguniu?
Co, kochany?
Czy Tomaszek oddał im pieniądze?
Jakie pieniądze? A, oddał...
oddał.
Kochane dziecko, mój... mój syn...
Basiu, ja umieram.
Bogumił, nie zostawiaj mnie.
Nie zostawiaj mnie samej.,,
GŁOŚNA MUZYKA - KANKAN, RADOSNE OKRZYKI
- Agnieszka?! - Mama!
- Dziecko moje złote! - Mamuś kochana!
Dziecko moje złote. Nie słyszałam...
- jak weszłaś. - Mamo, co tam się dzieje?
To nic, goście. Tomaszek i Emilka zaprosili koleżanki i kolegów,
- bawią się przecież, tańczą. - Ale jest żałoba, jak można!
Czy to u młodych może być żałoba? Ja nawet nie mam pretensji,
Emilka zawsze była nieszczęśliwa, że wszędzie się bawią,
tylko u nas pusto. Niech używa, przecież to tylko przez lato.
Mamo, jak wrócę z Anglii od Marcina, to zabiorę mamusię do Warszawy.
- Zamieszkamy razem. - Nie, ja tu muszę zostać.
Pilnować, inaczej roztrwonią pracę ojca w ciągu roku, wszyscy.
Ja też.
Nie mów nic Emilce i Tomaszkowi, oni są tacy szczęśliwi,
że nareszcie mogą żyć tak, jak chcą.
Im się też coś od życia należy.
Mamo.
Emilka wychodzi na Wielkanoc za mąż, za tego młodego Bartołda.
Powiedzieli mi kilka dni temu, że nie osiądą w Pamiętowie.
"Wolę pierwszą lepszą dzierżawę, niż byle jaką własność".
Tak mi powiedział mój przyszły zięć.
Postanowiłam więc, panie Ludwiku, sprzedać Pamiętów i napisałam
do Marcinów list o ewentualną zgodę.
No i oto odpowiedź.
"Uważam ten folwark za własność mamusi,
proszę nim rozporządzać według własnej woli.
Ządane plenipotencje prześlemy natychmiast".
"Pamiętów uczuciowo związany jest z nami tylko wspomnieniem ojca,
ale to wspomnienie jest w nas, i gdziekolwiek pójdziemy,
zabierzemy je ze sobą".
Tak więc, panie Ludwiku, trzeba sprzedać Pamiętów.
ORKIESTRA DETA GRA WALCA
Wczoraj byłam w parku na spacerze i zdawało mi się,
że był ze mną Bogumił.
To lepiej, to lepiej, że oddala pani od siebie świadomość, że go nie ma.
Nie ma?
Tak, rzeczywiście, sama kazałam wziąć mu kożuch,
kiedy ostatni raz szedł w pole.
Gdyby wziął jesionkę, wtedy może nie zgrzałby się, nie zaziębił.
- Zyłby jeszcze. - Wydanie specjalne!
W Sarajewie zamordowano Wielkiego Księcia Ferdynanda!
Wydanie specjalne!
Wie, Julka, co?
To ciche życie w mieście zaczyna mnie nudzić.
Ja muszę zacząć coś robić.
Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa w Krępie z Bogumiłem,
kiedy dostaliśmy dworek po Winczewskich.
Barometr idzie na pogodę.
W Serbinowie to na pewno zaczęły się już żniwa.
Zaraz po wakacjach wezmę się za Tomaszka,
muszę zacząć nareszcie pracować nad jego ciężkim charakterem.
Ja żadnych twoich rachunków płacić nie będę!
Mamusiu kochana!
To naprawdę ostatni raz już! To wszystko z żalu za Jadwinią,
tak strasznie ją kocham.
Jak skończę handlówkę, to pojadę za nią do Francji
i zapiszę się na politechnikę, żeby być bliżej niej,
a potem pobierzemy się i, mamuchno, będę człowiekiem jak należy!
Niech mamusia zapłaci jeszcze ten jeden raz.
- Ile wynosi ten rachunek? - No, to trzeba razem,
- ten i jeszcze kilka dawnych. - Jezu, synu, nie zabijaj mnie!
Ile się tego długu uzbierało, co?
No nie wiem... uzbierało się tego kilkaset rubli.
Kilkaset rubli?! Pieniędzy majątkowych nie dam!
To jest krwawica waszego ojca!
- To dla mnie świętość. - Ale, mamuśku,
mamuśka ma jeszcze trochę tego, no, biżuterii.
Przecież to teraz mamuśce już nie jest potrzebne.
Można by to sprzedać.
Basiu, niedobrze robisz, pozbywając się tak cennej rzeczy.
- Ta broszka jest wyjątkowo piękna. - Kiedy mam pewną terminową sprawę
- i potrzebne mi są pieniądze. - Wiem, długi Tomaszka.
Ja na twoim miejscu ogłosiłabym w Gazecie Kalinieckiej,
że za długi mojego syna, Tomasza Niechcica, nie odpowiadam.
Podpis: Barbara Niechcic, kropka.
A ja wierzę, że któregoś dnia zdołam odmienić to lekkomyślne serce.
Może mamusia jednak pojedzie z nami do Zabłocia.
Tam jest teraz tak pięknie,
- Sewcio wszystko odnowił. - Nie, zostanę w Kalińcu, córeńko.
Mam wyrzuty sumienia, że zostawiamy mamusię samą.
Przecież nie żyję na pustkowiu. Mam Ostrzeńskich,
Ceglarski obiecał wpadać. W sierpniu przyjeżdża Agnieszka, i mam Julkę!
- Proszę zajmować miejsca! - Mamusiu!
Do widzenia.
- Jedźcie z Bogiem. - Wsiadajcie, już!
- Tomaszek. - Wszystkiego dobrego, z Bogiem.
Emilko, opiekuj się nim. Jemu potrzeba dużo serca.
Do widzenia, syneczku.
Do widzenia, mamo!
Mamuśku, do widzenia!
- Uważaj na siebie! - Do widzenia!
ORKIESTRA DETA GRA WALCA
Wojna francusko-niemiecka też już wisi na włosku.
Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, mamo,
Rosjanie mają się wycofać na linię Wisły.
Jeden oficer Polak mnie o tym zapewniał.
W nocy wojsko ma opuścić miasto. Zostaną tylko patrole,
a i te nad ranem mają się wycofać.
Zatem należy uważać, że Kaliniec to najstosowniejsze miasto
do przetrwania całej tej wojny.
Ciekaw jestem, gdzie odbędzie się pierwsza historyczna bitwa.
ORKIESTRA DETA GRA MARSZA
Moja Julko, może nie będzie tej wojny Rosji z Niemcami!
Zobacz, oni idą jak... jak na manewry.
Ogłosili mobilizację, wojna będzie!
Jak to, wojna? Wojna? A moje dzieci tak daleko.
U mnie w sklepie wykupili wszystkie papierosy.
Proszę pani, co się dzieje, wszystko w sklepach wykupili!
Mobilizacja! Wojna!
Pojutrze opuszczamy miasto!
ORKIESTRA DETA GRA MARSZA
STUKOT KONSKICH KOPYT
Proszę pani! Proszę pani, już jest wojna!
Całe miasto aż huczy. Może ja bym została u pani na noc.
Ja tylko polecę, dam znać mojemu i zaraz będę nazad!
Moja Julko...
Takich rzeczy jak wojna to ja się nie boję.
Zresztą...
wszystkich nas nie pozabijają,
a nawet gdyby mieli, to ty też niewiele pomożesz.
Ale jakby w nocy ktoś przyjechał, panicz Tomaszek
albo państwo Śniadowscy, to może herbatę zrobiłabym...
Sama zrobię. Nic takiego się nie dzieje,
wyszli Rosjanie, przyjdą Niemcy. Przemaszerują i pójdą dalej.
Niemcy to kulturalny naród.
I nie z nami prowadzą wojnę, a z Rosją.
Prędzej, wyjeżdżamy!
- Basiu! Basiu! - Niech się ciocia
z nami zabierze! Proszę brać, co jest pod ręką!
Prędzej, Basiu!
Wyjeżdżamy! Niech się ciocia z nami zabierze!
Nie ma minuty do stracenia!
Basiu, śpiesz się, na Boga! Niemcy są już na raciborskim przedmieściu!
Będą palić miasto!
Jedźcie z Bogiem, ja zostanę! Jedźcie sami!
- Ja nie mogę! - Zastanów się, co robisz!
Zginiesz tu, Basiu!
No to zginę! Ja tu muszę czekać na moje dzieci! To zginę!
DRAMATYCZNA MUZYKA, KRZYKI LUDZI
Głos: W Serbinowie na pewno zaczęli kosić pszenicę.
A barometr idzie na zmianę.
Bogumił by się martwił...
Pani Barbaro, błagam, prędko! Ucieknie mi! Niech pan nie odjeżdża!
Niech pan jeszcze nie odjeżdża!
Pani Barbaro, szybko, coś ciepłego, prędko! Już!
DRAMATYCZNA MUZYKA
GŁOSY NIEMIECKICH ZOŁNIERZY
- Wysiadać! Nie jedziemy dalej! - Pan nas zostawi na środku drogi?
- Nie widzi pani? Dookoła Prusacy! - Jezus, Maria!
Proszę pana, niech mnie pan zawiezie do Nieznanowa, do moich dzieci!
Proszę pana, może pan!
Proszę pana, niech mnie pan zabierze do doktora Wettlera, do Nieznanowa!
Proszę pana, niech mnie pan zabierze do moich dzieci!
Może pan mnie weźmie do Nieznanowa, do doktora Wettlera, do mych dzieci!
Bogumił, ratuj mnie. Ratuj nasze dzieci.
Wielmożna pani Niechcic mnie nie poznaje?
To ja, Szymszel z Kurzy.
OBOJE ŚMIEJA SIE
- Jak się Szymszelowi powodzi? - A, najmuję się jako woźnica,
proszę wielmożnej pani Niechcic.
Do Kalińca, do Czałbowa. Wożę cudzy towar albo ludzi!
O! Co ja się teraz tych ludzi nawoziłem.
Ale wolałbym nie zarobić ni kopiejki, niż patrzeć na to nieszczęście.
A teraz, to ja jestem gotów zawieźć panią Niechcic, dokąd pani każe!
PATETYCZNA MUZYKA
Pięć wiorst stąd jest wieś Borowno.
I majątek pana dziedzica Toliboskiego jest po drugiej stronie,
- jakieś 2 wiorsty. - Nie, ja do dworu nie pojadę,
niech Szymszel zawraca.
Trzeba pytać chłopów o nocleg, na pewno się coś znajdzie.
A co się może znaleźć u chłopa? Brud, smród.
A pan Toliboski to jest wielki pan.
On ma pokoje. To nie jest dwór. To jest pałac, pani Niechcic.
On panią przyjmie, pani Niechcic, z otwartymi rękami. Wio!
Wielmożna pani Niechcic zna dziedzic Toliboski?
Tak, kiedyś znałam pana Toliboskiego,
ale to było tak dawno, że dzisiaj to ani on mnie, ani ja jego
chyba bym nawet nie poznała.
- Słyszałam, że podobno owdowiał? - Owszem, owdowiał.
Ale dzieci po nieboszczce mają piękny majątek.
A pan Toliboski...! Ho, ho! To on teraz jest pan!
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
Szymszelu, zawracajmy! Szymszel widzi, co się tutaj dzieje!
To jest koniec świata! Wojna tym ludziom odebrała rozum.
- Ludzie, co wy robicie?! - Szymszelu, zawracajmy, proszę!
Rozejść się!
Proszę się nie gniewać, ale u nas nie ma już miejsc.
Przepraszam pana bardzo.
Pani pewno też z Kalińca. Ja bardzo przepraszam,
ale ojciec pojechał na drugi folwark,
żeby tam umieścić część przyjezdnych,
a mnie polecił, żeby wszystkich państwa przeprosić,
ale u nas naprawdę nie ma już miejsc.
Ojciec prosił, żeby wszystkich kierować do Chetów i na Jastrzębice.
Tam jest jeszcze miejsce.
Tak, tak, bardzo dobrze się składa. Dziękuję ślicznie, ja dobrze znam
pana Katelbę z Jastrzębic.
Dziękuję bardzo.
SENTYMENTALNA MUZYKA - WALC
Napisy dla Telewizji Polsat DUBBFILM
Redakcja: Beata Maj
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.