All language subtitles for October.7.Bearing.Witness.To.The.Massacre.2025.720p.WEBRip.x264.AAC-[YTS.MX]

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew Download
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil) Download
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Downloaded from YTS.MX

Official YIFY movies site: YTS.MX

Strzelaj!

Hej, zajączku, kic, kic, kic.

Hej, uważaj Latynosku,

kic, kic, kic.

Spadać stąd!

Spadaj.

Latynoskunksy.

Gagatki!

No, chodź, latynosku!

No, chodźcie, Gagatki.

No, proszę, chłopcy.

Rekiny śmierdziele.

Gagatki!

Na pomoc! Dość!

Wystarczy! Przestańcie, łobuzy!

Powiadam, już starczy, chuligani!

Ile razy mówiłem, taka zabawa odpada.

- Przecież to porucznik, Shrank. - Moje uszanowanie, poruczniku.

- I dzielnicowy, Krupke. - Uszanowanie, panie władzo.

- Zaraz zdzielę przez łeb. - Złazić!

- Tak się ładnie bawimy. - Jaki fajny plac zabaw.

Dzięki niemu trzymamy się z dala od niebezpiecznych ulic.

Stul pysk!

Chociaż ulica nas wychowuje.

- Przylać ci? - Jaś Bobas, chodź tu.

Który z nich, cię pokrwawił?

- Wie pan... - Który to?

Pan wybaczy...

Prawdę mówiąc,

istnieje podejrzenie, że to jakiś gliniarz.

Co najmniej dwóch.

Niemożliwe.

W Ameryce wszystko możliwe.

Dobra, cwaniaki.

A teraz mnie posłuchacie, bandziory!

Te ulice nie są wasze.

A ja tych rozrób mam po dziurki w nosie.

Chcecie się pozabijać, proszę bardzo. Ale nie tu, bo to mój rewir.

Są pytania?

Czy może pan nam przetłumaczyć na Hiszpański?

Zabieraj stąd swoich kumpli, Bernardo.

I jak najdalej stąd...

...proszę.

Rekiny, spadamy.

Nie dość, że okolica wszawa, to jeszcze oni.

Słuchajcie no, chłopaki.

Bądźcie rozsądni.

Jak nie zrobię tu porządku,

to mnie zdegradują i pójdę do drogówki.

Nie lubię stać na rogu.

Od dzisiaj macie żyć w zgodzie

z Portorykańczykami.

W zgodzie, jasne.

Bo jak was tu złapię na rozróbie,

to nogi z tyłka powyrywam.

Wsadzę do pierdla i zgnijecie w mamrze.

- Krupke, pożegnaj się z misiami. - Widzenia, chłopaki.

"Widzenia, chłopaki".

"W mamrze".

"Bandziory, to nie wasza własność".

"Bawcie się w parku! Nie na trawie!"

- "Wynocha z domu!" - "Jazda z ulicy!"

- "Precz!" - "Precz z tego świata!"

Co warta banda, która nie rządzi ulicą?!

A właśnie, że rządzimy!

Teraz narada!

- Ale bez ciebie. - Riff, weź mnie do gangu.

Widziałeś jak ich lałam! Mogę zabić! Chcę się bić!

Inaczej nikt jej nie dotknie.

- Parszywy szczurze! - Spadaj, smarkata.

Słuchajcie.

Biliśmy się zażarcie o ten teren i go nie oddamy.

Irlandczycy mieli pretensję i oberwali.

Bambusy próbowali i dostali po nosie.

- Ci z Porto Rico, to co innego. - Plenią się, jak szczury. Jak prusaki.

- Zamykać drzwi! - Wyżrą wszystko!

Nie ma czym oddychać!

Słyszeliście, co powiedział Shrank?

Mamy żyć z nimi w zgodzie, albo...

wlezą tu i zgarną nam wszystko sprzed nosa,

- lub jeszcze gorzej. - Nie ma mowy!

Jasne!

To co kumple robimy? Powiem wam co.

Spadniemy na nich jak grom i dorzucimy tak,

że żaden nosa tu nie pokaże.

Wypowiemy im wojnę na całego.

- Kosmiczną rozróbę. - Spoko, stary.

Oni też nie mają się gdzie podziać. I to nie mięczaki.

Może będą chcieli na noże,

- albo spluwy. - Spluwy...? O rany.

Nie powiedziałem, że na pewno.

Ale mogą mieć chęć. I musimy być przygotowani.

Co wy na to?

- Na nich! - Będzie łomot!

- Dołożyć im! - Roznieść!

- A jeśli na noże, lub spluwy? - To dajmy spokój.

Co ty na to, Riff?

I tak tu ciasno. To jedyne, co mamy.

I nie oddamy.

Chcą na noże, będą noże.

Jak spluwy, to spluwy!

Mamy tu panować nad całą okolicą!

- To nas rozgrzej! - Będzie łomot!

Dobra, rozróba na całego.

Protokół wymaga narady wojennej z rekinami.

Obgadamy sprawę i osobiście przekażę Bernardo złe wieści.

- Weź adiutanta. - Mnie.

- Pójdzie Tony. - Po co on?

Potrzebny.

Mają przed nim pietra w całej okolicy.

- Już do nas nie należy. - Przestań.

- Założył ze mną tę bandę. - I gdzie jest?

- Przy parszywej robocie. - Kurator go zdeprawował.

Przejdzie mu.

Pamiętacie, jak młócił Irlandczyków?

- Nie byłoby mnie, gdyby nie on. - Teraz też się włączy.

Zawsze będzie z nami.

Jeśliś Gagatek, będziesz już nim

od pierwszego peta do końca twych dni.

Jeśliś Gagatek, nie zrobią ci nic,

masz braci, co pójdą

za tobą jak w dym.

Nie jesteś samotny,

nie czujesz się obcy,

bo jesteś w rodzinie

i czujesz się mocny,

gdyby ktoś chciał ci podskoczyć!

W gagatkach masz kapitał przez duże K,

aż do chwili gdy w trumnie wyniosą cię.

Będziesz Gagatkiem

do końca swych dni!

Znam go jak siebie samego. Gwarantuję, że się przyłączy.

- Chodźmy się lać. - Gdzie znajdziesz Bernardo?

Na imprezie w sali gimnastycznej.

- To strefa neutralna. - Więc grzecznie rzucę mu wyzwanie.

Każdy ubrany czysto i szpan.

Tony i ja czekamy na was o 10:00. Głowa do góry!

- Zawsze do góry! - Gagatki!

Same asy!

Jeśliś Gagatkiem,

to już jesteś as,

w kieszeni masz medal:

"Mistrz świata wszechwag".

Jeśliś Gagatkiem,

to grasz każdą rolę -

chłopak jest mężczyzną,

a biedak królem.

Już odpicowani -

cylindry błyszczą się.

Rekiny wieją na bok,

Bo każdy z Porto Rico podszyty tchórzem jest.

Idą Gagatki,

jak z jasnego nieba grom,

gdy ktoś na drodze stanie,

pójdzie na złom.

Idą Gagatki

lepiej na bok zejdź,

schowaj się pod ziemię

lub do dziury wejdź.

Od tej linii wara,

bo nabiję limo.

Wisi ostrzeżenie,

że tu przejścia nie ma.

Lipy nie wstawiamy.

Idą Gagatki

i chcą spuścić lanie

każdej wszawej bandzie

w każdej wszawej bramie.

Wiejcie z tej ulicy

wszyscy obcy dranie!

- Tony, nawet nie słuchasz. - Słyszę wyraźnie.

- To powiedz coś. - Nie chcę urazić przyjaciela.

Od serca?

Do grobowej deski.

To przyjdź na imprezę i postaw się razem ze mną.

Zgódź się wreszcie.

Myślałeś kiedyś,

ile w tej butelce jest bąbelków gazu?

To jest ważne.

Wszystko jest ważne.

Ty, ja ten facet, u którego pracuje.

Rekiny panoszą się i szurają,

- jak ich nie powstrzymamy będzie trzeba... - Zrób coś pożytecznego.

Od czterech i pół roku... ...mieszkam u ciebie,

myślałem, że cię rozgryzłem.

A teraz się zawiodłem.

Po co się męczyć?

Spakuj się i wyprowadź.

Twoja mama na mnie leci.

Nie mogę wrócić do tego cholernego wujka.

- Odwołaj - ratunku, no? - Ratunku!

Baw się ze swoją bandą.

Jasne. To potęga, no nie?

Już nie.

Masz coś lepszego?

Jeszcze nie, ale...

Ale co?

I tak nie skapujesz.

Skąd wiesz?

Powiedz.

Dobrze.

Już od miesiąca budzę się co noc

i wyciągam rękę.

- Do czego? - Nie wiem.

Do jakiejś laski?

To jest tuż za progiem, za rogiem ulicy.

I nadchodzi.

Co?

Nie wiem.

Tak mnie to kręci, jak kiedyś banda.

Nareszcie.

Stary, bez bandy jesteś jak sierota.

Z nami nie jesteś sam,

bo kumple to potęga,

słońce uśmiecha się do ciebie,

jesteś wśród swoich.

Wystarczy.

Popatrz na mnie. Zrób to.

Przecież patrzę.

- Czy ze mnie taka fujara? - Nie.

Nigdy nikogo o nic nie prosiłem, tylko ciebie teraz,

przyjdź dziś wieczorem.

Obiecałem, że sprzątnę sklep.

Możesz później.

Powiedziałem już chłopakom, że przyjdziesz.

Dasz plamę, to stracę twarz.

O której?

O dziesiątej.

Zrób to dla mnie.

- To o dziesiątej. - Przyjaciel?

Do grobowej deski.

Kto wie, może to na co czekasz objawi się na balu.

Kto wie!

Kto wie.

A nuż...

kto wie?

Wkrótce coś wydarzy się.

Gdy się zjawi,

poznam w mgnieniu, co to jest.

Może coś spadnie z nieba jak grom,

może ktoś piękny jak róży kwiat.

Kto wie?

Jeszcze nie wiem, gdzie to jest:

na ulicy, pod drzewem?

Nie wiem.

Mam przeczucie, że zdarzy się cud,

zdarzy się mnie, jeśli mam szczęścia łut.

Możliwe?

Chyba tak.

Coś nadchodzi,

gdybym tylko czekać chciał.

Coś nadchodzi,

dla czego warto żyć.

To wspaniałe musi być.

Będzie stuk,

będzie huk.

Nagle dzwonek. W drzwi - puk, puk.

Otwórz mu.

Coś nadchodzi. Nie wiem, co i gdzie,

lecz wkrótce szczęście

złapać chcę.

Może tuż za rogiem.

Nad rzeką... ten gwizd.

No chodź...

Objaw się mi!

Zdarzy się?

Pewnie tak.

Jak bez ruchu będę stać,

to spełni się.

Przyjdź więc już i objaw się.

Nie bój się, poznajmy się,

siądź obok mnie!

I słyszę wołanie.

Coś wielkiego się stanie.

Kto wie?

Na ulicy, na plaży?

Tak mi się marzy.

Może wieczorem...?

Może dziś...

Może już dziś?

Anito, jesteś moja przyjaciółką.

- Przestań, Mario. - Większy dekolt.

Przestań wrzeszczeć.

Zostałam specjalnie po godzinach.

- Tylko o cal, czy to dużo? - Za dużo.

To sukienka do tańca, już nie do modlitwy.

Jak z nimi zatańczysz, to potem trzeba będzie się modlić.

Kochana, tylko o jeden cal.

Obiecałam Bernardo, że nie.

Znowu on. Od miesiąca tu siedzę i ani chwili rozrywki.

Cały dzień szyję a wieczorem siedzę w domu.

Po co mnie tu przywiózł?

Poślubisz Chino.

- Jak na niego patrzę nic się nie dzieje. - A co ma się dziać?

No... coś.

A gdy ty patrzysz na Bernardo?

Dzieje się wtedy, kiedy nie patrzę.

Chyba opowiem rodzicom o was wtedy w kinie,

na balkonie.

- Podrę ją na strzępy. - Nie.

Ale jak obniżysz dekolt...

Za rok.

Mam dość tej sukienki.

To nie. Nie idziesz z nami na potańcówkę.

Nie idę?

- Może ufarbujemy na czerwono. - Nie ma mowy.

Biel jest dla niemowląt.

Będę jedyna w bieli.

O tak.

Śliczna.

Kocham cię.

Panie gotowe?

Prawda, jaka piękna?

- Bardzo. - Nie słyszałam.

Bardzo ładna.

Wejdź Chino nie bój się.

- Ale, tu tylko dla pań. - Nie gryziemy. Aż cię poznamy.

Nie spuszczaj jej z oka przez cały wieczór. Ty też, Anito.

- Braciszek, to pies łańcuchowy. - Bo moja siostra to klejnot.

A ja to co?

Najważniejsze, żebym się dobrze bawiła.

Tak?

Bo od dziś młoda dama zaczyna

życie, jako obywatelka USA.

Zjeżdżaj!

Bernardo, Chino!

Maria.

To niektórzy z moich przyjaciół.

Patrz!

To jest Loco.

Bardzo mi miło.

Hej, Bernardo.

Spokój, dziewczęta i chłopcy!

Proszę o uwagę!

Stawiliście się tu w pełnej gali.

Wszystko dla pana.

Stawiliście się,

aby zawrzeć nowe znajomości.

I odświeżyć stare.

A więc dzisiaj... ...coś super ekstra!

Taniec zapoznawczy!

Proszę o spokój!

Zrobimy teraz dwa kółeczka!

Chłopcy na zewnątrz, dziewczęta w środku!

A pan gdzie?

Jak muzyka umilknie,

każdy chłopak tańczy z dziewczyną naprzeciwko!

No to dwa kółeczka!

Nie będzie bolało!

Och, jak mnie boli!

O to chodzi, kochani. Kręćcie się w koło, to będzie wesoło.

Bo kółeczko dobrze wie, kogo kochasz tego bierz.

Chłopcy w prawo, dziewczęta w lewo.

Czy mnie z kimś nie mylisz?

Na pewno nie.

Znamy się?

Na pewno nie.

Czułem, że to musi się zdarzyć.

Ale to więcej niż oczekiwałem.

Mam zimne dłonie.

Ty też.

Ale ciepła.

Jaka śliczna.

Jesteś piękny.

Aż trudno uwierzyć.

Chyba nie żartujesz.

Jeszcze się nie nauczyłam tak żartować.

I już się nie nauczę.

Ręce precz!

Z dala od mojej siostry.

- Nie widziałaś, to jeden z nich. - Widziałam tylko jego.

Tylko jednego od ciebie chce.

Nie prawda.

Nie wtrącaj się, a ty ich nie słuchaj.

Będzie mnie słuchać.

Chłopcy było tak fajnie.

Jesteście tu po to, żeby się bawić.

Zabierz ją do domu.

- To mój pierwszy taniec. - Jesteśmy rodziną. Idź.

Chodź, Mario.

Maria.

- Nie życzę sobie. - A ja sobie życzę...

... narady wojennej między bandami.

- Przyjemność po mojej stronie. - Wyjdźmy stąd.

Nie zostawię dam z takimi jak wy.

Zobaczymy się o północy.

U Doca?

Żadnych numerów.

Szanuję zasady...

tubylców.

Ice!

O północy u Doca, powiedz chłopakom.

Najpiękniejszy ze wszystkich dźwięk

Najpiękniejsze dźwięki

w jednym słowie zbiegły się.

Maria!

Poznałem dziewczynę Marię.

I dla mnie imię jej

czym innym będzie już od dziś.

Maria!

Pocałowałem dziewczynę Marię.

Odkryłem, wierzcie mi,

jak cudnie dźwięk ten brzmi -

Maria!

Głośno mów - imię zabrzmi muzyką,

cicho szepcz -

a usłyszysz modlitwę.

Maria!

Nie przestanę powtarzać

Maria!

Głośno mów - imię zabrzmi muzyką,

cicho szepcz -

a usłyszysz modlitwę.

Maria!

Nie przestanę powtarzać Maria!

To najpiękniejszy ze wszystkich dźwięk -

Maria!

Nie mówię, żeby ci popsuć wieczór,

ani dla własnej satysfakcji.

Jestem tu dłużej niż ty.

Dopóki nie jesteś babą z piątką dzieci, ja tu rządzę.

Idź spać.

Ględzi, jak stara baba.

Przecież ma matkę i ojca.

Nie rozumieją tego kraju.

To ty nic nie rozumiesz. Tutaj dziewczyny maja prawo się bawić.

- Ona już jest w Ameryce. - Porto Rico też już jest w Ameryce.

Nie wiem, co bardziej twarde: twój akcent, czy ten zakuty łeb.

Spadamy przyjaciele.

Nic jej się nie stało?

- Nic się nie stało. - To już się nie powtórzy.

Od jutra sprawy się unormują.

- Unormuj najpierw żołądek. - Co cię obchodzi?

- Obchodzi mnie jak ci rozwalą nos i łeb. - Rozwalą?

Maria będzie powodem wojny.

- To nie to. - A co? Tylko tańczyła.

- Z Amerykaninem. Z Polaczkiem. - Latynos.

Ale dowcipna.

- Ciekawy ten Tony. - Ma pracę.

- Przynieś, podaj... - A ty.

Stoję za ladą.

I dostaje dwa razy mniej od Polaczka, który ma obywatelstwo.

Tatuś z Polski, mama ze Szwecji

tu się urodziłeś więc jesteś Amerykanin.

A my? Cudzoziemcy!

Wszy, karaluchy!

To prawda!

Tak mi się marzyło przed wyjazdem.

- Przyjechaliśmy tu z wiarą. - I otwartym sercem.

- Z otwartymi ramionami. - A ty z otwartą gębą.

Wrócisz, świnio, w kajdankach.

Wrócę cadillakiem.

- Z klimatyzacją. - Z barkiem.

- Z telefonem. - Z telewizją.

Gdybyś miał to wszystko, to po co wracać.

A gdybyś nie miał, to też nie ma po co.

Tu tak dobrze?

A tam. Niczego nie mieliśmy.

Tu też nic nie mamy ale za wyższą cenę.

- Anita, Józefina... - Teraz po prostu Anita.

Zawsze będziesz imigrantem.

Mieli jej umyć włosy a ukradli mózg.

Przestań.

Wypięła się na Porto Rico... ...i podwala się do Wuja Sama.

Nieprawda.

Porto Rico,

moje ukochane,

niech już zatonie w oceanie.

Ciągle tam huragan duje,

no a przyrost wciąż zwyżkuje,

z długów już nie wyjdzie.

Słońce w niebie się śmieje,

a z tubylców pot się leje.

Mnie Manhattan się podoba.

Tę uwagę wiesz,

gdzie schowaj.

Mnie się podoba w Ameryce,

wszystko mi gra w tej Ameryce,

wszystko tu przecież za darmo jest.

Jeśli wpierw zapłacić chcesz.

Kupno na kredyt jest jak w sam raz.

Gdy widzą ktoś zacz, płacisz jeszcze raz.

Tu wreszcie pralkę będę mieć.

A co zrobisz, aby czystą być?

Tu rośnie las drapaczy chmur.

Na drogach cadillaków sznur.

W biznesie wciąż nieustanny ruch.

W pokoju na metr melduje się dwóch.

Warunki o jakich ci się śni.

Przed nosem zatrzaskują drzwi.

Kupię mieszkanie z tarasem.

Lepiej się weź za swój akcent.

Tu wreszcie życie ma jakiś sens.

Gdy umiesz bić się o każdy kęs.

Bo tu się żyje na sto dwa.

Jak jesteś biały, to wszystko gra.

Tu wolność i dumę swoją masz.

Gdy ci się uda zachować twarz.

Wolno ci zrobić, co tylko chcesz.

Przynieść, podać, pozamiatać też.

Gdziekolwiek spojrzeć wokół bród.

A mafia wciąż deprawuje lud.

W sumie, do kitu ta Ameryka.

Nie zapominaj, że tu jestem ja.

Chyba wrócę do San Juan.

Pomogę ci szybko wyjechać stąd.

Każdy mnie tam powita wiwatem.

Każdy pryśnie tu przed twoim przyjazdem.

Przyjaciele, idziemy bo już późno.

- Spotkamy się potem. - "Spotkamy się potem".

- Chcesz, czy nie? - "Chcesz, czy nie?"

No, chcesz?

Masz ważną naradę wojenną.

Więc narada...

albo ja.

Najpierw jedno...

potem drugie.

Jako amerykańska dziewczyna,

nie czekam.

W Porto Rico kobieta zna swoje miejsce.

Tam nie ma narad wojennych.

Tu są.

Chcesz, żebym był Amerykaninem?

Dobranoc, Anito. Józefino, Terresito,

Beatrice de Carmen, Margeritto.

Imigrant.

Dobranoc.

Cicho.

- Zejdź! - Nie.

Proszę.

Obudzisz rodziców.

Tylko na chwilę.

- Chwila nie wystarczy. - To na godzinę!

Nie mogę.

Na zawsze! To ja idę.

Widzisz, co zrobiłeś?

- Gdyby Bernardo się dowiedział... - Powiemy mu,

nie jestem taki jak tamci.

Ani ty jednym z nas, ani ja jedna z was.

Dla mnie jesteś piękna.

Już idę, tato.

Maruka?

On tak zdrobniale.

Podoba mi się. Pewnie ja jemu też.

O, nie.

Jest jak Bernardo. Boi się.

- Jak można się ciebie bać? - Widzisz?

Widzę tylko ciebie.

Tak, patrz tylko na mnie.

Tylko ty,

na zawsze ty,

do końca moich dni.

W oczach, czynach,

w myślach mych

już na zawsze będziesz ty.

Do końca moich dni - Maria.

Niech tylko mi się śni - Maria.

Tylko ty,

w każdej myśli,

tylko ciebie widzieć chcę.

Dla nas teraz cały świat

to ty i ja.

Od dziś, od dziś,

zaczęło się od dziś,

przyszedłeś ty - nic już nie liczy się.

Od dziś, od dziś,

już jesteś tylko ty,

wszystkim, czym jesteś już

i być chcesz.

Od dziś, od rana mi się marzy,

że może cud się zdarzy

i nie myliłem się.

Gdyś obok mnie,

to, co się światem zwie, gwiazdą jest od dziś.

Bo dziś,

bo dziś,

świat światłem jarzy się,

Światłem słońc i księżyców,

i gwiazd,

bo dziś nasz świat

z radości fikać chce,

sypiąc skry, kręci się wokół nas.

Bo rano był to tylko adres.

Ot! Miejsce na tej ziemi,

w którym mi przyszło żyć.

Gdyś obok mnie,

to, co się światem zwie, gwiazdą jest...

od dziś.

Nie mogę dłużej. Uciekaj.

- Nie boję się. - Błagam.

Dobranoc.

Kocham cię.

Tak.

Pospiesz się.

- Kiedy cię zobaczę? - Jutro.

Pracuję w sklepie dla nowożeńców, naprzeciwko.

Przyjdę tam.

O 6:00 zamykamy.

Dobranoc.

Dobranoc.

Jak przyjdziesz wejdź od tyłu.

Tony?

Co to za imię?

Anthon.

Uwielbiam cię, Anthon.

Uwielbiam cię, Maria.

Dobranoc,

dobranoc,

smacznie śpij

i o mnie śnij

w tę noc.

Dobranoc...

Gdzie te Rekiny?

Pewnie mają cykora.

Mamy czas. Brak jeszcze Riffa i Ice'a.

Nie potrzebował sprężynowca,

- ani laserowej broni. - Kto?

- Kapitan z komiksów. Uwielbiam go. - Ożeń się z nim!

Nigdy się nie ochajtnę! Potem tylko kłótnie.

Ty nigdy,

- bo uroda nie ta. - Pif, paf i leży bandzior-małolat.

To tak jak ze spluwy?

A no tak. Załóż pieluchę.

Żebym chodził jak twoja siostra?

Oberwałeś już 2 razy... ...to jeszcze raz.

Daj mu spokój.

- Jest Riff. - Wszyscy na zbiórce. Ręce nas swędzą.

Podobaliście się na balu.

Gdzie oni?

Jak myślisz, co wybiorą?

- Poproszą o litość. - Gumowe rurki, co?

Spokojnie.

Ty decydujesz.

Jestem gotów.

Spokojnie.

W trudnej chwili każdy ci się przyda.

Oto amerykańska tragedia.

Jak przyjdą rekiny, wy spadacie.

Może tak, a może nie.

To nie dziecinada.

Nie jesteśmy już dziećmi.

Nie, bynajmniej.

Możesz sprawdzić.

Zawracanie głowy z babami!

Tylko nie "baby".

Gliny!

Hej, ty!

Hej, kto?

Uszanowanie, panie władzo.

Ty!

Nie słyszałeś?

Oczywiście. Mam świetny słuch.

Czemu nie odpowiadasz?

Mama każe milczeć, gdy władza mówi.

Mądrala, zapuszkować?

O nie, panie władzo.

Powinienem was zamknąć.

Czemu stoicie i blokujecie przejście?

Boimy się iść do domu. Tam taki podejrzany element.

Tam nas nikt nie kocha.

Jeśli nie wolno nam stać na ulicy,

zostaniemy bandą chuliganów.

Co tam knuliście na potańcówce?

Nie wstawiajcie mi teraz kitu.

- Sierżancie, mamy wezwanie. - Spadajcie stąd,

żebym nikogo tu nie widział.

Zapomniał pan się pożegnać!

Pałogłowe nie mają dobrych manier.

"Żebym nikogo tu nie widział".

Traktują nas jak nieludzi.

Takie wielkie grube nic.

A jak wróci w trakcie narady?

- Zamydlimy mu oczy. Gliny wierzą we wszystko

co się pisze chuliganach.

Powiemy coś w co uwierzy.

Hej, ty!

- Ja, panie władzo? - Znajdź choć jeden powód, dlaczego

nie miałbym cię zapuszkować.

Drogi sierżancie Krupke,

pan musi pojąć to,

że w naszym otoczeniu

wylęgło się zło.

Bo mamy nasze ćpają,

ojcowie nasi chlają.

Nic dziwnego,

że każdy z nas to drań!

Niech pan zrozumie, jak przykro jest nam,

że ani krzty uczucia nie dała nam żadna z mam.

Jacy z nas chuligani?! Zrozumcie chociaż raz,

że w głębi serca nie ma zła

żaden z nas!

Mamy w środku samo dobro,

całe mnóstwo złóż.

Nie ma w nas w ogóle zła i już!

- Wzruszająca opowieść. - Niech świat się o niej dowie!

Powiedz to sędziemu.

Wysoki Sądzie, moi starzy

wprost gnębią mnie aż strach -

nie dają mi palić trawy,

nawet na jeden sztach.

Nie chcieli mnie nawet mieć,

musiałem wziąć się sam.

O rany!

Dlatego ze mną taki kram!

Właśnie, panie władzo, wapniak pan, panie Jarecki.

Psycholog, a nie sędzia, winien

zająć się tym dzieckiem.

Tej jego nerwicy trzeba położyć kres!

On psychicznie zaburzony jest!

Tak jest!

I my też! I my też!

Każdy z nas i to jak!

Każdy z nas zaburzony jest!

Uwaga! Uwaga!

Zdaniem tego trybunału, To dziecko zdeprawowano,

bo nigdy nie miało normalnego domu!

Zdeprawowano, bo mi nic nie dano!

To do psychiatry z nim! Ty!

Mój tata bije mamę,

a mama wali mnie.

Dziadek - komuch,

a babcia na trawce dorabiała się.

Siostrzyczka nosi wąsy.

Braciszek - damski klips.

Rany gorzkie!

Wpadłem w niezły gips!

Ano, panie Krupke, to kolejny dowód,

że na nic tu terapia.

Przydałby mu się zawód.

Życie z niego zakpiło i zrobiło wesz,

- socjopatę! No i jest, jak jest!

Ano tak!

I z nas też, i z nas też,

i z nas też, też, też.

Każdy z nas już socjopatą jest!

Moim zdaniem temu dziecku nie potrzeba psychoterapii.

Chuligaństwo to społeczne zaburzenie.

Społecznie zaburzony!

Zabierajcie go do kuratora!

- Którędy? - Tamtędy!

Mój panie kuratorze,

mówią mi: "weź coś zrób".

"Sprzedawaj chociaż wodę -

to umie byle żłób"

Nie jestem aspołeczny.

Mnie robić nie chce się!

Chryste Panie!

Dlatego ze mną źle!

Ależ panie władzo, pomyłka co krok!

Po co mu jakiś zawód?

Do paki na rok!

Nikt go nie rozumie?! To przecież nie to!

On zepsuty od góry...

Samo zło!

Ani krztyny poczciwiny tylko zło!

Nic dobrego w żadnym z nas tylko zło!

Nic nam po takim leniu!

Co ciągle tylko chla!

I kuku ma na muniu!

I brzydki zapach ma!

Do tego jeszcze rośnie!

Niestety wyrósł już!

Własnych kłopotów mamy w bród!

Och panie władzą,

błagamy na kolanach:

Komu poza panem zależy na chuliganach?

No i cóż, Krupke,

Jaką pan radę ma?

Oj panie władzo,

odp... się pan!

Już noc proszę państwa!

- Nie za późno jak na ciebie, Jasiu? - Nie mogę spać. Za dużo zmartwień.

- Widzieliście Tony'ego? - Jasne.

Miał posprzątać sklep.

Może sprzątnął Latynosów.

- Doc, chyba jeszcze nie zamykasz? - A co?

Mamy tu naradę wojenną.

Uzgodnić, na jaką broń. Będziemy się lali z Latynosami.

Zagrajcie w kosza.

- Zrozum, człowieku. - Nie kapuje pan?

To ważna sprawa.

- Narozrabiać Portorykańczykom? - To oni rozrabiają!

Tylko na to czekacie.

Musimy ich powstrzymać, to ważne.

Bić się o kawałek ulicy?

- Dla nas tak! - Dla bandziorów!

My - bandziory?

Narada wojenna,

- rozróby. Ja w twoim wieku... - Pan w moim wieku,

mój stary, mój brat...

nie byliście w moim wieku!

Może nareszcie skapujecie, o co chodzi!

Prędzej grób ci wykopię, niż skapuję.

Kop, kop, kop.

- Cola dla wszystkich. - Do rzeczy.

Tak ordynarnie? bez wstępu?

Też cię nie cierpię.

Dość tych uwag!

Zostaw nas samych!

Chcemy się z wami rozprawić raz na zawsze, jasne?

Jakie reguły?

Jakie chcecie. Zaszliście nam za skórę.

- Wy zaczęliście. - Kto napadł na Jasia?

A kto na mnie?

- Nikt was nie zapraszał. - A was?

- Won tam, gdzie was chcą! - Do domu, Latynosi.

Zgoda.

- Kiedy? - Jutro.

Po zmroku.

- Miejsce? - W parku.

Nad rzeką.

Pod wiaduktem.

Broń?

Broń?

- Twój ruch. - Ty wyzwałeś.

Boisz się?

Kamienie.

Pasy.

- Rurki. - Puszki.

- Cegły. - Kije!

- Pałki! - Łańcuchy!

Butelki, noże, spluwy...

- Banda tchórzy. - Kto tu tchórzy?

- Zna się na swoim. - Wszyscy się boicie.

Każdy twardziel ale na odległość. A może twarzą w twarz?

Macie stracha bić się na pięści?

- Śmieciami też nie? - Co to za bójka?

Nikt nie proponował.

Jeśli macie odwagę, to na pięści.

Najlepsi z obu band.

Z miłą chęcią.

Uczciwa walka.

Przywódcy uzgadniają.

Jak cię załatwię, to tylko plama zostanie.

Najlepszy od was walczy z naszym.

I teraz go wybierzemy.

- Myślałem... - Umowa stoi.

Tak. Umowa stoi.

Dobry wieczór.

Właśnie zamykamy.

Aż miło popatrzeć, chłopcy.

Wystarczyło kilka słów dziś po południu.

Przepraszam, można?

Przygłup ze mnie, nic nie kapuję.

Jak się szefowie dowiedzą, mogę dostać awans.

Wszystko gra, Bernardo?

Ja awans.

A wy z Porto Rico, macie się gdzie bawić, grać.

Nikt was nie zaczepia.

Nie ważne, że zaraz w całym mieście będzie jak w chlewie.

Dajcie mu wyjść, chce pójść napisać do swoich, że wszystko gotowe.

Mówiąc jaśniej, spadaj stąd! Ale już!

Prawda,

to wolny kraj, nie mam prawa. Ale mam policyjną odznakę.

Coś tu knujecie! Precz stąd!

Gdzie będzie łomot?

Jak uzgadniacie coś z nimi, to tylko o jedno chodzi.

Zamknij się!

Powiedz Jasiu,

dopóki ci słodkiej buźki nie pokancerowali.

Nad rzeką?

W parku?

Chłopaki, jestem z wami.

Chcę mieć tu spokój, pomożecie mi?

Ja pomogę wam, gdy będzie gorąco. Gdzie będzie łomot?

Na boisku?

Na parkingu?

Kiedy, głupki, nabierzecie rozumu?

Powinienem was wsadzić do paki!

Was i te przybłędy!

A-rab, stary ma już delirium?

A jak mamie pod latarnią?

Kiedyś cię nie powstrzymają.

I tak się dowiem gdzie.

Wykończcie się nawzajem, bo inaczej ja to zrobię.

Jasne.

"Trzeba ich rozumieć".

To mi mówią na odprawach.

Potrzymaj tych zbirów w spokoju a zobaczysz ile cię to kosztuje?

Ten dopiero pyskuje.

- Nie zwracaj uwagi. - Mam już dość.

- Słyszałeś uczciwa walka. - A co to zmieni?

Wszystko będzie inaczej.

- Mam dobre przeczucie. - Golnąłeś sobie?

Spadłem z księżyca.

Tam nie ma Twardowskiego, tylko dziewczyna.

To dlatego ta uczciwa walka.

Nie mogę się doczekać jutra.

Jeszcze za mało kłopotów?

- Zakochałem się. - Nie boisz się?

Czego?

Ja już się boję za was oboje.

Co ten Chino jej zrobił?

Jaki Chino?

- To może dla nas tak się stroi. - Dziękujemy.

Moje kochane przyjaciółki, nie powiecie nikomu?

Ciekawe co?

Nie. Nie powiem.

Co?

W głowie jej się mąci.

Oszalałam.

Możliwe, dziwnie wygląda.

- Naprawdę? - Coś knuje.

Czyżby?

"Naprawdę?", "Czyżby?" Jak papuga.

Co ci jest?

Jestem ładna

i dowcipna,

i z radością wiruję jak bąk,

i aż żal mi dziewczyny,

która nie jest dziś ze mną.

Tyle wdzięku,

tyle czaru,

od nadmiaru aż bierze mnie strach.

Taka ładna,

że aż trudno uwierzyć - to ja.

Popatrz na tę buzię - w lustrze śmieje się.

Co to za dziewczyna może być?

Jaka ładna twarz i sukienka też.

Cała ładna jestem dziś!

Oszałamiam,

wprawiam w transy.

Serce w pląsy z radości się rwie,

bo cudowny mój chłopak

pokochał mnie!

Pewnie jeszcze nie znasz Marii.

To największy ze wszystkich nas trzpiot.

Bardzo łatwo ją rozpoznasz,

Bo to właśnie ta z nas, co przeżywa dziś szok.

Zakochała się. Myśli, że los tak chciał, la la.

Ale to nie miłość, lecz obłęd i szał.

Udar padł na mózg?

Czy ją wirus zmógł? La la la.

Zbyt obfity wikt?

Lub może ma pchły?

Lepiej od niej stroń

i sprowadź Chino!

To nie Maria! Ktoś zmienił się w nią!

Skromna, uprzejma i czysta jak łza, la la la.

Dojrzała i grzeczna,

ale bzika ma!

Wygłoś mowę!

Jestem ładna,

taka ładna.

Niech mi klucz da do bram.

W głowie szumi,

w sercu słońce.

I z radości aż braknie mi tchu.

Dość, wystarczy! Abdykuję!

Jeśli chcecie choćby już!

Patrzcie na tę buzię w lustrze!

W jakim lustrze?

Cóż to za dziewczyna może być?

Która? Jaka?

Jaka ładna twarz i sukienka też.

Cała ładna jestem dziś!

Jestem ładna dziś!

Oszałamiam!

Wprawiam w transy!

Serce w pląsy

z radości się rwie!

Bo cudowny mój chłopak

pokochał mnie!

Śpiewy?

Niech wam igły śpiewają. Albo na bruk i śpiewajcie po prośbie.

Ale to maszyny Singera.

Dobrze już.

Żarty w domu, kiedy nie słyszę.

- Zamykamy. - Dobranoc, madam.

Zasłony, pozbierać szpilki,

zgasić światło i zamknąć drzwi na klucz.

Dobranoc, Anito.

Nareszcie.

Myślałam, że już nie pójdzie.

Trudno uwierzyć, że była kiedyś w naszym wieku.

Chodźmy, bo jeszcze wróci.

Idź, kochana, ja zamknę.

- Dlaczego? - Mam robotę?

Zrobisz jutro.

Mnie się nie spieszy.

A ja do domu i wezmę kąpiel w wannie.

W "Czarne Orchidei".

Mam randkę po rozróbie.

Rozróbie?

Rekinów z tymi z imprezy.

Dzisiaj się biją?

Raczej nie graj a w klasy.

Muszą ciągle się bić.

Widziałaś, że tańczą jakby chcieli coś z siebie wyrzucić.

Tak też walczą.

Co wyrzucić?

To co ich rozpiera.

Po walce, twój brat jest taki sprawny.

Dobrze wybrałam tę orchideę.

Dobry wieczór.

"Idź kochana, ja zamknę".

To jeszcze nie wieczór.

On przyniósł mi aspirynę.

Przyda się.

Nam? Czujemy się znakomicie.

Odbiło wam.

- Fruniemy pod niebo. - Ona rozumie.

Nie powiesz nikomu?

A co mam mówić?

Nie wiem jak jest pod niebem.

Masz być w domu za kwadrans.

Ona nas lubi.

- Ale martwi się, ja też. - To bez sensu.

Idziesz się bić wieczorem?

- Nie. - Pójdziesz.

- Po co? - Musisz ich powstrzymać.

Załatwione. Będzie się biło tylko dwóch i na pięści.

To nam nie wyjdzie na dobre.

- Nam wszystko wychodzi. - Słuchaj.

Powstrzymaj ich.

Tak ci zależy?

No to pójdę.

Wierzę ci.

Umiesz czarować.

Jasne, bo mam ciebie.

Jak ich powstrzymam, to wieczorem przyjdę do ciebie.

Będę czekała na dachu.

Nie, przyjdę do domu.

Nie możesz, mama...

- To wezmę cię do siebie. - A twoja mama?

Wybiegnie z kuchni na powitanie.

- Ona mieszka w kuchni. - Elegancko ubrana?

Powiedziałem, że przyjdziesz. Spojrzy ci w twarz i powie:

"Chuda, ale ładna".

Pewno tęga.

Gruba.

Mam figurę po mamie. Drobne kości.

Nie przy mamie!

Tacie byłoby w tym ładnie.

Spyta cię o plany na przyszłość.

Liczne.

- Czy chodzisz do kościoła? - Zawsze.

Spodobasz się tacie.

- Proszę o rękę pańskiej córki. - On się zgadza.

- A twoja mama? - Boję się zapytać.

Powiedz, że nie dostanie córki, lecz pozbędzie się syna.

Zgadza się.

Ma dobry gust.

Oto druhna.

- Nie ten kolor dla Anity. - Świadek.

To mój tata.

Przepraszam tatę.

Riff, serdeczny przyjaciel.

Widzisz, Anito. Nie musisz się martwić.

Patrz mama już płacze.

Ja Anton,

biorę ciebie Marię.

Ja Maria, biorę ciebie Antona.

Ślubuję ci miłość.

Ślubuję ci wierność.

Oraz uczciwość małżeńską.

I obiecuję ci...

...że cię nigdy nie opuszczę.

I będę przy tobie...

...aż do chwili...

...gdy nas śmierć rozłączy.

Ogłaszam cię żoną.

Ogłaszam cię mężem.

Złączmy dłonie

w jedną dłoń.

Jedno serce

miast dwóch serc.

Z dwojga ust

jeden ślub,

póki nas

nie rozłączy śmierć.

Jedno życie,

dzień po dniu,

jedno życie

zrodził ślub.

Jedna myśl,

jeden głos,

jedno serce jeden los...

Nawet śmierć

nie rozłączy nas.

Wieczorem wreszcie będziemy mieć swój dzień.

Wieczorem wreszcie Rekiny pójdą w cień.

Choć zrzędzą: "Według reguł mamy się bić".

Jak im sprawimy lanie, to się odechce żyć.

Zobaczą wreszcie, jaki ich czeka los.

Nareszcie dzisiaj utrzemy im nos.

Choć mówią: "bez kawałów, bo będzie źle".

Lecz jeśli nas zaskoczą, to lejemy się...

że hej!

Dzisiaj się puścimy w tan.

Najpierw łomot, potem ubaw na sto dwa.

Dostaną wycisk, że aż strach.

Kto bardziej szura, potem większe limo ma.

Sami zaczęli...

Sami zaczęli...

Wieczorem dziś raz na zawsze koniec z tym

i już!

Anita frajdę będzie miała dziś -

intymne lanie spuści mu, jak nic.

Gdy wejdzie rozpalony

po tym dniu,

to może być zmęczony,

byleby wrócił tu.

W tę noc, w tę noc,

całkiem niezwykłą nic,

na niebie Wenus zaśnie wśród gwiazd.

W tę noc, w tę noc,

pokocham wreszcie ją.

Gwiazdy zaś

przerwą bieg wokół nas.

Bo dziś minuty jak godziny.

Godziny biegną wolno.

Na niebie ciągle blask.

Księżycu spraw, by dzień zniknął już.

Daj nam wieczną noc!

Będziemy górą dziś, nim minie noc.

Bernardo padnie dziś, nim minie noc.

I gdy mu wreszcie utrzesz nosa,

i kiedy wrzaśnie: "Dość!".

Rozniesiemy miasto w proch.

- My za tobą tak jak w dym. - Aha.

- A ty się nie patyczkuj. - Aha.

Gotów.

- Podajcie sobie ręce. - Po co?

Takie reguły, koleś.

Dobre maniery.

Każdy z was nas nienawidzi a my nie jesteśmy dłużni.

Zaczynamy.

Stać!

Tony, chodź do nas!

Nie!

Co ty robisz?

Zdobył się na odwagę.

Nie ma się o co bić. Ani ty, ani ja. Prawda?

Stać!

Ice miał się bić.

- Tony chodź do nas. - Kwoka broni pisklę.

- Będziesz miał o co się bić. - Masz o co!

Rozgrzewka... ...z przystojniaczkiem.

Trefisz, piękniś?

- Nie chcę się bić. - Jasne.

- Posłuchaj. - Tchórz!

Nie zmuszajcie mnie!

Co ty robisz? Trzymajcie go!

Powstrzymajcie go!

Riff, nie!

Tony, chodź! Uciekajmy!

Na dole nie było nikogo.

Rodzice są w sklepie.

Gdybym wiedziała, zeszłabym...

- Biłeś się? - Tak.

- Przepraszam. - Nie podobne do ciebie.

Do domu i umyj się.

- Jutro się zobaczymy. - Podczas bójki...

- Nie było bójki. - Była.

- Mylisz się. - Była.

Nikt nie chciał, żeby...

Mów.

To straszne.

Bardzo?

Widzisz...

Mów szybciej, to będzie łatwiej.

Była bójka.

I Bernardo...

nagle nożem...

- on i jeszcze ktoś. - A Tony?

Co mu się stało?

Powiedz, nic mu nie jest?

Zabił twojego brata!

Kłamiesz!

Dlaczego kłamiesz?

Mamo, Bernardo nie żyje!

Nie!

Święta Matko, spraw, żeby to nie była prawda.

Proszę, zrobię co zechcesz. Niech umrę,

tylko spraw, żeby to nie była prawda.

Zabójca!

Chciałem ich powstrzymać.

Naprawdę.

Nie wiem, co się stało. Nie chciałem go skrzywdzić.

Ale Riff był dla mnie jak brat.

Gdy Bernardo go zabił...

Myślałem, że wiesz.

Przyszedłem prosić cię

o przebaczenie, idę na policję.

Teraz mi lżej.

- Nie wolno ci iść. - Muszę.

- Zostań ze mną. - Tak bardzo cię kocham.

Nie zostawiaj mnie.

Zrobię co tylko zechcesz.

- Przytul mnie. - Na zawsze.

Mocniej.

Wyjdziemy z tego. Jesteśmy razem.

Wydaje ci się.

Zabiorę cię tam, gdzie nas nikt nigdy nie znajdzie.

Jest miejsce gdzieś,

gdzie dobrze będzie nam,

gdzie spokój i cisza,

gdzie nieba przychylą nam.

Gdzie przyjdzie dobry czas.

Świat nam go trochę da,

by ze sobą być

i mieć czas, by

kochać się

i o siebie dbać.

Kiedyś...

Tam, gdzie

nauczymy się żyć od nowa.

Oraz przebaczać

i winy darować.

Gdzieś tam...

Jest takie miejsce

i czas też znajdzie się.

Pół drogi za nami.

Rękę mi daj.

Daj mi swą dłoń.

Zabiorę cię tam.

Jakoś... gdzieś tam...

pewnego dnia...

Jasiu, co ty tu robisz?

Nic.

Jak nic, to chodź stąd.

Nie chcę, żeby chłopaki widzieli.

Czemu?

Bo płaczę.

Naprawdę.

Po co.

- Nie wiem. - Wytrzyj nos.

A-rab.

Widziałeś ich twarze?

- Czyje? - No wiesz,

Riffa i Bernardo.

- Chciałbym zapomnieć. - Ja też. Boję się.

- Przestań, słyszysz? - Co teraz zrobimy?

Znajdziemy naszych i pozbieramy się do kupy.

Masz chusteczkę?

A rękaw nie wystarczy?

- Gdzie byliście? - A gdzie mieliśmy być?

Myśleliśmy, że was dorwali.

- Widzieliście Tony'ego. - Tylko gliniarzy.

Co z nim?

Nic mu nie jest, jasne?

Dobrze już.

- Chodźmy do domu. - Po co?

- Pewno już go mają. - Nie tak łatwo.

Był wspaniały, no nie Jasiu.

- Wstawił się za nami. - Tak jak Riff...

...powiedział.

Oddajcie mi Riffa.

Uspokój się.

Nie miało być trupów.

Po prostu.

Zapłacą za to.

Nieuczciwa walka.

Oni zaczęli.

My skończymy.

- Pokażemy, kto górą. - Jeszcze wam mało?

- Boisz się? - Kogo?

- Zostaw go. - Nie wtrącaj się.

Zaraz ci doleje, głupi wole.

Stulcie pyski, bando nicponiów!

Jaki nicpoń, palancie!

Zejdź to ci ten durny łeb rozwalę!

Będzie mi podskakiwał.

No niech mi który podskoczy.

Dość!

Niech wam się we łbie rozjaśni.

Dajcie tylko poznać po sobie,

że coś was wkurza i po was.

Czego się, frajerzy, tak głupio odsłaniacie?

Jak poradzicie sobie, gdy gliniarze będą zadawać pytania.

Chcecie żyć na tym wszawym świecie,

to opanujcie się.

- Odegram się! - Opanuj się!

- Chcę niszczyć! - Spokojnie!

- Idę stąd! - Spokojnie!

Spokój chłopie,

czy odbiło ci?

Świat ci mędzi,

ręka swędzi,

lecz brak ci zimnej krwi!

Nie pień się.

Nie wiesz, że przyjdą lepsze dni? Bromu łyk i jak stary pryk

można się bawić, jak chcesz

i w łóżku kojfnąć też!

Więc spokój chłopie

i łeb pod kran.

Ulżyj doli, lecz powoli,

nie nadstawiaj łba.

Wyżyj się,

lecz nie jak smark,

co w majtki rżnie.

Uspokój się, opanuj się...

Spokój, Action!...

Spokój A-rab!...

Spokój chłopie... łeb pod kran...

Ulżyj doli, lecz powoli,

nie nadstawiaj łba.

Uspokój się,

opanuj się...

Idziemy.

Dokąd idziemy?

Jak będzie cicho, gliny zaczną węszyć.

- Włóż sukienkę. - Mam strupy na kolanach. Słuchajcie.

Zachowujemy się jak gdyby nigdy nic.

A jak będą pytać o bójkę?

A jak spytają o Tony'ego i kto go szuka? Ze spluwą?

Słyszałaś coś?

- To mam włożyć sukienkę? - Mów.

- Co ona tam wie. - Mnóstwo.

Pomyślałam, że powęszę.

Dobrze kryję się w cieniu.

Wchodzę i wychodzę przez płot jak wiatr.

- Trąbi na swój temat. - Żebyś wiedział!

Mów!

Chino mówił coś Rekinom o Tonym i siostrze Bernarda.

A potem:

"dostanę tego Polaka, żebym skonał".

I wyciągną gnata.

Mówiłem? Nie przestaną!

Spokój!

Tony nas poparł, a my teraz jego.

- Musimy go znaleźć przed Chino. - Kropnie go.

Wy nad rzekę. Snowboy do Doca.

My po ulicach.

- Ja do parku. - Koło szkoły.

A ja?

Szukaj tam gdzie cienie,

może go znajdziesz.

Dobra robota.

Dzięki, szefie.

Kto...?

Maria?

To ja Anita, jesteś tam.

Tak.

Otwórz.

Teraz ty się boisz?

Zaraz wyjdę.

- Uciekniemy razem, we dwójkę. - Dokąd?

Idź na pętlę autobusową. Pojedziemy daleko.

- Ale jak? - Doc nam pomoże. Da mi pieniądze.

Spotkamy się u niego.

Tam będę czekał.

Już idę!

- Teraz wiesz. - A ty nic nie wiesz.

To jeden z nich.

To przecież on

zabił ci brata.

Rzuć go i znajdź sobie chłopaka.

Szukaj wśród swoich

i trzymaj się swoich.

Bo taki tylko przysporzy smutku.

Znajdziesz innego choćby jutro.

Szukaj wśród swoich

i trzymaj się swoich.

Morderca kocha tak jak kat.

Morderca serce ma jak głaz.

Takiemu miłość swą chcesz dać?

Serce mu dać?

Pomyśl więc, Maria, pomyśl, że...

Taki jak on jednego szuka.

Gdy ma już dość, dziewczynę rzuca.

Złamie życie ci.

Zabił moje dziś.

Przekonasz się,

wierz mi, Mario.

Przekonasz się.

O nie, Anito, nie...

Anito, nie!

Swą rację masz - stało się.

Zdarza się tak, lecz nie mnie.

Gdy słucham twych słów,

to myślę, że bywa tak.

Lecz serce, Anito,

serce mówi mi,

że nie.

Bo wiesz, jak to jest.

Mówiłaś,

że Nardo kochał cię.

Więc wiesz, jak to jest...

Ja kocham go.

On jest wszystkim, co mam.

Słusznie, czy nie?

Cóż robić mam?

Kocham go,

moim jest.

I wszystkim, czym on jest,

ja jestem też.

To moja miłość.

Niczego nie chcę już.

Słusznie, czy nie,

on także pragnie mnie.

Kocham go.

On i ja to jedno.

Rób, co chcesz.

A ja zaś chcę

trzymać się go.

Na zawsze go mieć.

Teraz z nim być

i jutro,

i do końca

moich dni.

Gdy miłość

tak chce,

nic nie liczy się.

Bo miłość

prawdą jest.

Chino ma broń.

Podsłuchałam, że poluje na Tony'ego.

Tony jest u Doca, czeka na mnie.

Jeśli Chino coś mu zrobi, to...

- Zrobisz to, co on Bernardo? - Ja go kocham.

Wiem.

Kochałam Bernardo.

Jest tam kto?

- Z siostrą Bernardo. - Źle się czuje.

A kto dobrze?

Porucznik Shrank. Wiem, że nie w porę.

Fakt. Pan wybaczy, ale...

- Mam kilka pytań. - Później.

Muszę iść do brata.

- Nie może pan poczekać?! - Nie.

Wczoraj na potańcówce...

- Długo to potrwa? - Ile będzie trzeba.

Przepraszam.

Coraz mocniej boli mnie głowa.

- Pójdziesz dla mnie do Doca? - Nie macie aspiryny?

To bardzo ważne.

Idź ty, Anito.

O co poprosić?

Doc wie.

Powiedz, że mnie zatrzymano... ...i nie mogę wyjść.

Sama bym przyniosła.

O co pan pytał?

Na balu brat wdał się w sprzeczkę,

bo tańczyła pani z kimś.

Kto to był?

Z mego kraju.

Nazwisko?

Jose.

- Nie ma go. - W piwnicy.

Tam jest bezpieczny.

- Znalazłam go! - Wie już o Chino.

- Jasne. Co on tam robi? - Bawi się z myszami, głupku.

- Widzieliście Chino? - Jeszcze nie.

Ma szczęście.

Wyjdę i przeszukam zaułki.

Siedźcie tu.

- Pić mi się chce. Gdzie Doc? - Szykuje forsę na wyjazd Tony'ego.

On nie ma pieniędzy.

Dość trucia. Poczytajcie coś.

Jest szafa grająca, niech ktoś zerka na ulicę.

- Chcę rozmawiać z Dokiem. - Nie ma go.

- Gdzie jest? - W banku.

Pomylili się na jego korzyść.

Bank zamknięty, gdzie Doc?

Taki chudy, że przecisną się przez dziurę na szmal.

Utknął w połowie.

Nie wiemy, kiedy wróci.

Dokąd?

- Do piwnicy. - Mówiłem, że tu go nie ma.

Chcę się upewnić.

- Dajcie mi przejść. - Takiej czarnej?

- Przestańcie. - Ty przestań.

Słuchajcie!

Muszę coś powiedzieć, Tony'emu.

Nie ma go.

- Wiem, że jest. - Kto ci powiedział?

Nie ważne.

Chino?

Nie rozumiecie, chcę pomóc!

- Flama Bernardo chce pomóc! - Latynoska też ma serce!

Pomóc złapać Tony'ego!

Dziwka Bernardo!

Świntucha!

Wredna!

- Przestańcie! - Przybłęda!

Dość!

Co wy robicie?!

Bernardo miał rację.

Gdyby któryś z was...

...leżał pokrwawiony na ulicy,

przeszłabym i splunęła.

Ręce precz!

Powiedzcie temu mordercy, że Maria nigdy się z nim nie zobaczy.

Chino dowiedział się o wszystkim...

... i zastrzelił ją!

Ona nie żyje!

Kiedy wreszcie przestaniecie,

przez was ten świat taki wszawy.

Myśmy go nie stworzyli.

Precz stąd.

Maria?

Zdawało mi się... Masz forsę.

Kochany, mój najlepszy przyjaciel.

Zwrócę, jak tylko będę mógł.

- Daj spokój. - Nie.

Wiesz, co będzie jak zamieszkam z nią na wsi?

Będziemy mieć mnóstwo dzieci.

I nawet dziewczynki będą nosić w twoje imię.

Obudź się!

Jak ci wytłumaczyć?

Bawicie się w waszym stylu i pękacie, jak nagrzana rura.

Co ci jest?

Musicie bawić się w wojnę...

...i zabijać?

Powiedziałem jak było.

Maria to rozumie,

- myślałem że ty też. - Ona już nic nie rozumie.

Już nigdy.

Nie ma już jej.

Co?

Nie mogę.

Powiedz, co się stało?

Była tu Anita.

Chino dowiedział się o was

i zabił ją.

Doc, ona...

Chino! Mnie też zabij!

Chino! Zabij mnie!

Kto tam?

- To ja. - Idź stąd!

- Chino, chodź tu po mnie! - Co ty robisz?!

Idź stąd!

Zabawa się skończyła. Zrozumcie to wreszcie.

- Ale banda... - Bądź wreszcie dziewczyną i spadaj!

Chino! Chodź tu po mnie!

Wołam cię!

Jestem tu sam!

Chodź błagam.

Chcę, żebyś...

Nie chciało mi się wierzyć.

Wystarczy kochać.

- Nie tu, nie pozwolą nam. - To uciekniemy.

Tak, możemy.

Pół drogi za nami.

Rękę mi daj.

Daj mi swą dłoń.

Zabiorę cię tam.

Jakoś tam,

kiedyś...

Odsuńcie się!

Jak się z tego strzela?

Wystarczy pociągnąć spust?

Ile kul zostało?

Wystarczy dla ciebie?

I ciebie?

Dla was wszystkich?

To wyście go zabili. I mojego brata, i Riffa.

Nie kulą...

...ale nienawiścią.

Ja też mogę zabić, bo już mam w sobie nienawiść.

Ilu zabić Chino?

Tak, żeby ostatnia kula była dla mnie.

Nie dotykaj go!

Uwielbiam cię, Anthon.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.