Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soran卯)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
KOCHANY 艁AJDAK
WIOSNA KAMINSKY: "KOCHANY 艁AJDAK".
Wyst臋puj膮
Wniosek przygotowany?
Nie?
Nie mog臋...
Nie, on nie ma teraz zasi臋gu.
Zdj臋cia
Tak wysoko, 偶e lepiej pami臋ta膰 o kupnie chleba...
Muzyka
Re偶yseria
To odremontowane gospodarstwo wraz z alpejskimi 艂膮kami.
Siedlisko ma 13 ha... W tym i potok z wodospadem.
Cztery budynki w pe艂ni wyremontowane.
- To 藕r贸dlana woda? - Tak, zasila ca艂e siedlisko.
Uwa偶aj, to krowie poid艂o.
- Przedstawi膰 pa艅stwu str贸偶y? - Tak.
Isabelle i Ruf, tata i c贸rka.
- Dzie艅 dobry. Jak si臋 pa艅stwo maj膮? - Dobrze...
- A on jak si臋 wabi? - Fonfon...
Pi臋kn膮 ma sier艣膰.
Wie pani, co Marcel Pagnol mawia艂 o psach?
- Powiem pani p贸藕niej. - Dobrze.
Zaczniemy od g艂贸wnego budynku? Zapraszam.
- Chwileczk臋! - Pani wybaczy, klientom nie wolno robi膰 zdj臋膰.
Na parterze maj膮 pa艅stwo basen...
A tu hammam, saun臋.
I w sumie jakie艣 10 sypialni.
- Ile maj膮 pa艅stwo dzieci? - Cztery pi臋kne c贸rki.
Bardzo r贸偶ni膮ce si臋 od siebie.
Miewamy bardzo trudne dni, prawda, kochanie?
Ch臋tnie rozpakowa艂bym tu walizki.
Ja nie dam si臋 tu zagrzeba膰.
To jest g艂贸wny pok贸j. Przestronny!
Posadzi pan tu ca艂膮 rodzin臋 - wnucz臋ta, m臋偶贸w, 偶ony...
Jest gdzie.
Fakt, bardzo tu 艂adnie.
Ale odludzie, przyznaj, kochanie.
Przepraszam...
Gdzie go w艂o偶y艂am? O偶 te kobiece torby...
- Odbierasz czy nie? - Chwila!
- Adwokat twojej c贸rki ws. ksi膮偶ki. - Wiosny?
A kog贸偶 by innego?
- Mog臋 wyj艣膰 na balkon? - Jasne.
Wniosek o 艣rodki tymczasowe gotowy?
Jest gdzie urz膮dzi膰 pracowni臋 fotograficzn膮.
- Podoba mi si臋. - Tak?
Prosz臋 usi膮艣膰.
- Musi mi pani pom贸c j膮 przekona膰. - Spr贸buj臋.
Atakowa膰 trzeba jak kobra: szybko, mocno i z wyprzedzeniem.
Nie, nie czyta艂am jej.
Wiem, 偶e ma dobre pi贸ro, ale po co je wbija w serce ojca?
Co mawia艂 Pagnol o psach?
Czasami nie wiadomo, kto w rodzinie rz膮dzi.
M膮偶, 偶ona, te艣ciowa czy kucharka.
Ale pies nigdy si臋 nie myli.
- Ile lat maj膮 pana c贸rki? - Wiosna ma 40,
Lato - 33, Jesie艅 - 25, a Zima - 18.
Zabawne, p艂odzi艂 je pan co 7 lat.
- Gdy zmienia艂 si臋 sezon. - Nie grzeszy pan wierno艣ci膮.
- Jeste艣my wierni, p贸ki nie trafi si臋 kto艣 lepszy. - Okropne.
Nie, bo wtedy my staramy si臋 by膰 lepsi. Najlepsi.
A jak si臋 zostaje agentk膮 nieruchomo艣ci?
Zawsze chcia艂am otworzy膰 agencj臋 matrymonialn膮...
ale si臋 nie odwa偶y艂am.
Organizuj臋 wi臋c spotkania innego rodzaju:
ludzi z czterema 艣cianami.
I do tych ja pasuj臋?
Tak mi si臋 wydaje.
A ile takie co艣 kosztuje?
- Bardzo, bardzo drogo. - A dok艂adniej?
Z tego, co mi wiadomo... kilka negatyw贸w
sygnowanych przez samego Jacques'a Kaminsky'ego.
- A偶 tyle jestem wart? - Mam tak膮 nadziej臋.
- Sk膮d pan wzi膮艂 m贸j adres? - Od faceta z balonu.
Ci trzej, co robili remont, to prawdziwi arty艣ci.
Cie艣le, stolarze, my艣liwi... od pokole艅.
Niezr贸wnani w obr贸bce drewna. 艢wietna robota.
Wybaczy pan, nie wolno tu pali膰.
Taka popielniczka to czysta prowokacja.
Fakt... Dzi臋ki.
Mam tekst, zrobi艂am notatki.
- Co za ma艂pa z tej twojej c贸rki! - Ale co za talent!
Cho膰by ci w twarz naplu艂y,
- ty im wybaczasz. - Z poczucia wi臋zi rodzinnych.
"Kaminsky to nie posta膰 fikcyjna, to m贸j ojciec".
- Co tam znowu?! - Nie, nie m贸j. Czytam panu.
W艂o偶臋 okulary, bo nie widz臋.
"Dla niekt贸rych bohater, dla innych 艂ajdak,
nasz s艂ynny fotograf obna偶ony przez c贸rk臋 w jadowitej biografii
i rzucony na po偶arcie". Cytuj臋.
"To ojcob贸jczy portret, ale i krzyk o mi艂o艣膰 z dna samotno艣ci".
Pom贸wisz z mec. Pujolem?
W sprawie procesu twojej c贸rki, tzn. przeciwko niej.
Nie mo偶e... Jest zaj臋ty.
Oczywi艣cie, 偶e si臋 lansuje na nazwisku ojca...
Nic z tego, jeste艣my na zadupiu.
Na pewno nie chcesz z nim pom贸wi膰?
Jest zaj臋ty. Zdzwonimy si臋, do us艂yszenia.
Na szcz臋艣cie masz mnie, prawda?
A na dworze mog臋 zapali膰?
- Owszem. - To ju偶 by艂by szczyt.
Przecie偶 pi臋knie tu jest!
To samo nad morzem by艂oby lepsze.
- Tylko znajd藕! - Po to ogl膮damy.
Tam dalej maj膮 pa艅stwo potok i wodospad.
Sfru艅, sfru艅!
Nie ruszajmy si臋, maj膮 pa艅stwo fart.
Zobaczymy, jak je.
Sfru艅 tu!
艢wietnie si臋 dogaduj膮.
Znalaz艂a go w drutach kolczastych
i od lat karmi co dzie艅 o tej samej porze.
Nie chcia艂abym u siebie drapie偶nika.
Nies艂usznie. Chroni to siedlisko przed szkodnikami.
Niby jakimi?
Tymi, kt贸rym si臋 nie podoba jego terytorium.
Prosz臋 spojrze膰.
- Wspania艂y. - Wskakuj!
Widzi pan, jak na siebie patrz膮?
I st膮d nazwa "Orle Siedlisko".
ORLE SIEDLISKO - NA SPRZEDA呕
Nie, oddzwoni臋. Musz臋 ko艅czy膰, bo mam zebranie i t艂um na g艂owie.
Tak, dzi臋kuj臋...
Kochanie!
Chyba jeste艣, bo 艣wiat艂o w艂膮czone...
Cze艣膰, Marie! Gdzie tw贸j m膮偶 komisarz?
- Tu, szykujemy wigili臋. - W oborze?
- Naszym ma艂ym pasuje. - My nie do rolnika, a do komisarza.
Kochanie!
- Str贸偶 Orlego Siedliska do ciebie! - Jean-Francois!
Dzieci, wychodzimy!
- Cze艣膰, Jean-Francois! - Witaj, Isabelle.
- 艁adny st贸艂. Tu zjecie kolacj臋? - Ano. Cze艣膰, Ruf!
- Mamy grub膮 spraw臋 dla ciebie. - Grub膮?
Pewnie trafi do komendy g艂贸wnej w Pary偶u.
- Nie teraz, krowa ma mi si臋 cieli膰. - To niech si臋 spr臋偶y.
Wiemy, kto kogo艣 zabi艂, a mo偶e i wi臋cej.
Tu Radio Mont Blanc. Skoro Georges Moustaki
postanowi艂 odej艣膰 dzi艣 od nas, sp臋dzimy z nim ca艂y dzie艅.
Pi臋kny ten pa艅ski motocykl!
- Naprawd臋 艣liczny. - I owszem.
- Co tam na dole? - Nic wielkiego.
- Przywioz膮 jeszcze jakie艣 meble? - Nie.
Nic wi臋cej.
Georges, orle, fru艅 tu.
M贸j przystojniak.
- A pana 偶ona? - Zostawi艂em jej kartk臋,
偶e b臋dzie tu mile widziana, kiedy zechce.
- Ju偶 pan nie chce tam mieszka膰? - Ja z Pary偶em sko艅czy艂em.
Aparaty na pewno do biblioteki zamiast ksi膮偶ek?
Dobrze, prosz臋 pana.
- Tyle ich, robi膮 wra偶enie. - Ano...
- Pewnie niejedno widzia艂y... - I owszem.
Miejscowi my艣liwi prosz膮 o pozwolenie...
na polowania na pa艅skim terenie.
Nie ma mowy, sko艅czy艂em ju偶 z wojnami.
W naszych stronach to tradycja.
Wobec tego zmienimy tradycj臋.
A wi臋c nie?
Nie.
Ale prosz臋 im to powiedzie膰 w mi艂y spos贸b.
Nie wejdzie do 艣rodka?
Trzeba czasu, by oswoi艂 si臋 z panem.
Teraz mi czasu nie brakuje.
- 殴le ci臋 s艂ysz臋! - Wiosna?
Jestem zaj臋ta, ucz臋 si臋 pilotowa膰 艣mig艂owiec.
Siedzisz w 艣mig艂owcu?
Nie nudno ci z dala od Pary偶a?
Wpadnij, podziel臋 si臋 swoim szcz臋艣ciem.
Pos艂uchaj, teraz jestem zaj臋ta.
Oddzwoni臋 do ciebie p贸藕niej.
Zaczekaj...
Skarbie, tu tata. Nie wiem, gdzie jeste艣,
ale chcia艂bym pokaza膰 ci siedlisko kupione dla ciebie i si贸str.
G艂owa do g贸ry, ma艂y. U艣miejemy si臋 z tego.
Cze艣膰, tato.
- Jak tam, skarbie? - Jestem w teatrze. Mam pr贸b臋,
premier臋 za tydzie艅 i okropn膮 trem臋.
Ja premier臋 mam dzi艣.
I cieszysz si臋?
Uciesz臋 si臋 bardziej, jak wpadniesz.
- Jasne, 偶e wpadn臋. - Kiedy?
Wkr贸tce. Teraz mam teatr, ma艂膮 i zero czasu.
- M贸wisz tak za ka偶dym razem. - Tato, nie k艂贸膰my si臋 zn贸w.
Co to za muzyka?
Piosenkarza i kompozytora, kt贸rego odkry艂am w metrze.
Dla siebie czy do swojego spektaklu?
Ju偶 ci m贸wi艂am, to moja tajemnica, OK?
- Nie do艣膰 mamy 艂ajdak贸w w rodzinie? - To przytyk do mnie?
Dam ci No臋, zaczekaj.
Noa, chod藕!
- Co? - Przeka偶esz dziadkowi ca艂uska?
Dziadku?
- Jak tam, skarbie? - Ca艂uski, dziadku.
Kiedy przyjedziesz do dziadka?
Wie pani, co mi powiedzia艂?
Podczas operacji opiekuj si臋 mam膮 i roz艣miesz j膮.
- S艂odkie. - Silny dzieciak.
Potrzyma pani? Dzi臋ki.
Tata?
Gdzie dzisiaj jeste艣, skarbie?
W szpitalu w Dijon.
Niedaleko. Z twoim bzikiem na punkcie autostopu, 3 godzinki.
- Pono膰 rzuci艂e艣 mam臋? - Rzuci艂em Pary偶, to r贸偶nica.
Kiedy wpadniesz zobaczy膰 t臋 cud-miejsc贸wk臋?
Jakby co, b臋d臋 w domu, prosz臋 pana.
- Tato, kiedy zm膮drzejesz? - Nie chcesz mnie widzie膰?
To nie takie proste. Ko艅cz臋, jestem na pogotowiu.
Poka偶臋 ci siedlisko kupione dla was, aby艣my wreszcie byli razem.
To m贸j tata.
Pani ojciec?
- Podobno. - Wz贸r dla nas, m艂odych fotograf贸w.
Bardziej dba艂 o aparat ni偶 o rodzin臋.
- Cz臋sto go pani widuje? - Coraz rzadziej.
Jak najrzadziej.
Gdybym mia艂 tak膮 艣liczn膮 c贸rk臋, przep臋dza艂bym innych fotograf贸w.
- A pa艅stwo jak d艂ugo po 艣lubie? - P贸艂 roku.
Czyli kr贸tko...
- Jad臋 do miasteczka. Co艣 potrzeba? - Nie, dzi臋ki.
- Niczego pan nie potrzebuje? - Nie, dzi臋ki.
- Dzie艅 dobry! Mam co艣 do podpisu. - Jak si臋 pani ma?
- Dobrze, a pan? - Te偶.
To papierki dla ubezpieczyciela.
Astrid, moja przyjaci贸艂ka i wsp贸艂pracownica.
- Dzie艅 dobry. - Mi艂o mi.
Podpisz臋 w domu...
To Astrid powinna by艂a go pokaza膰.
Ciesz臋 si臋, 偶e nale偶y teraz do pana.
Ja te偶 mam pro艣b臋 o podpis, ale tu, bo jestem pana fank膮.
Mi艂o mi, dzi臋kuj臋. A wi臋c "Dla Astrid...
wsp贸lniczki...
i 艂adnej przyjaci贸艂ki".
Dzi臋kuj臋.
- Przyjad臋 po ciebie. - Za p贸艂 godziny.
A zd膮偶ymy wypi膰 drinka?
- No to wr贸c臋 za dwie. - P贸艂 wystarczy.
Dobra, do zobaczenia...
- To wielki dzie艅? - Oby.
Wej艣膰 do nowego domu to jak do 艂贸偶ka kobiety.
Cz艂owiek zawsze troch臋 si臋 boi.
Imponuj膮ce!
- Wszystkich pan u偶ywa艂? - Owszem.
Np. tym fotografowa艂em Ell臋 Fitzgerald i Louisa Armstronga,
kiedy razem nagrywali. I od tamtej pory s艂ucham tylko jazzu.
Doskonale rozumiem, najwspanialszy duet na 艣wiecie...
Szcz臋艣ciarz z pana.
A to?
- Co? - Te zdj臋cia.
Przy okazji przeprowadzki warto uporz膮dkowa膰 swoje 偶ycie.
I to robi臋.
Ich duet to dawne czasy, nie za m艂ody pan?
Urodzi艂em si臋 w 1942. Wol臋 poda膰 dat臋 urodzenia,
bo nim pani policzy, zd膮偶臋 zmieni膰 temat.
Kiepska jestem w liczeniu.
Chyba nie, skoro sprzeda艂a mi pani siedlisko za wielk膮 kas臋.
A 偶ona w ko艅cu si臋 zdecydowa艂a przenie艣膰?
Mia艂a do wyboru mnie albo Pary偶.
Jednak co Pary偶, to Pary偶.
- Mog臋 sfotografowa膰 pani u艣miech? - Nie jestem fotogeniczna.
Ka偶da u艣miechni臋ta kobieta jest fotogeniczna.
Pewnie wiele u艣miecha艂o si臋 do pana.
G艂贸wnie p艂aka艂y przeze mnie.
Przesz艂o艣膰 wskazuje nam drog臋,
nie powinni艣my traci膰 g艂owy...
Nie pami臋tam, kto powiedzia艂:
"Piosenka to wiersz, kt贸ry wzlatuje".
Zawsze nuc臋 to, co akurat czuj臋. Przypominaj膮 mi si臋 s艂owa.
To ju偶 si臋 sta艂o moim bzikem.
- A jak膮 lubi pani najbardziej? - To zale偶y kiedy.
Teraz akurat "Wody Marsa" Georges'a Moustakiego.
Pewnie dlatego, 偶e odszed艂.
Nie do wiary, wydaje si臋 pani taka normalna...
I jak jak mam to rozumie膰?
Ka偶dy dojrza艂y facet powinien si臋 w pani zakocha膰.
W moim 偶yciu jest ju偶 facet i kobieta.
Uwielbiam ludzi, kt贸rzy wszystkiego pr贸bowali.
To moje dzieci.
W jakim wieku?
1997 i 1997.
Niech pan policzy.
- Czym si臋 zajmuj膮? - S膮 bli藕ni臋tami.
- A ich ojciec? - Ci臋偶ko mi o nim zapomnie膰.
Zrobimy to zdj臋cie?
- Ju偶 si臋 pani nie u艣miecha? - Onie艣miela mnie to.
Wie pani, dlaczego kupi艂em ten dom?
呕eby na pewno zn贸w pani膮 zobaczy膰.
Wraca moja przyjaci贸艂ka.
O nie, ju偶? Nie min臋艂a godzina.
Podpiszemy te papiery?
Tak.
Tam je zostawi艂am.
Przepraszam za niezr臋czno艣ci podczas sesji.
Do zobaczenia wkr贸tce.
Prosz臋 pana, pa艅scy znajomi.
Witajcie w raju!
Raj, je艣li kto艣 lubi g贸ry...
- Dobrze wygl膮dasz, 艂ajdaku! - Mam 艣wietnego medyka.
Witasz nas z Armstrongiem i Fitzgerald...
- To nasi ulubie艅cy. Jak si臋 macie? - Cze艣膰, Jacques.
- A ty wyros艂a艣 na istn膮 Lolit臋. - Na razie Loluni臋.
- Prosz臋 pana, wnie艣膰 baga偶e? - Jak pani uwa偶a. Chod藕cie.
No, no, wypasiona cha艂upa.
A pary偶anka si臋 zadomawia?
Sam zobaczysz.
Jak na go艣cia nie lubi膮cego p艂ywa膰, czuj臋 si臋 uraczony.
Mam co艣 nowego, 偶eby艣 rzuci艂 palenie. Przetestujesz.
- Nie b臋d臋 kr贸likiem do艣wiadczalnym. - To pal dalej,
- a偶 Pan B贸g si臋 wkurzy. - Od kiedy w Niego wierzysz?
Odk膮d sprzeda艂am p贸艂 mln egzemplarzy mojej ostatniej ksi膮偶ki.
Dla ludzi zdrowie to nie 偶arty.
- Przedstawiam ci Nathalie. - Dzie艅 dobry.
I jej dwoje dzieci...
Nie dacie sobie buzi?
Ciesz臋 si臋, 偶e pana pozna艂am. Wiele s艂ysza艂am o panu.
- Jak podr贸偶? - Dobrze, dzi臋kujemy.
- No to... - Pokaza膰 pa艅stwu pok贸j?
Prosz臋 za mn膮.
Id藕, ch艂opcze.
Niez艂a niespodzianka...
Teraz ju偶 rozumiem te twoje pokr臋cone telefony, 艂ajdaku.
- Ciesz臋 si臋, 偶e ci臋 widz臋. - Ja te偶.
Ulokujemy ci臋 w chatce.
- Jak ci na imi臋? - Lola.
Zaprowadzicie Lol臋?
A pani pok贸j jest tam. Z pi臋knym widokiem i tarasem...
Nathalie i dom pozna艂em...
tego samego dnia.
A dziewczyny jak odebra艂y t臋 radykaln膮 zmian臋?
殴le, bardzo 藕le.
Dla nich to tylko kolejna kobieta.
A dla ciebie?
A偶 nie wierz臋, 偶e w tym wieku...
wreszcie to ja b臋d臋 mia艂 racj臋.
M贸g艂by艣 by膰 jej ojcem!
Czy moje c贸rki nie mog艂yby cieszy膰 si臋 tym wszystkim?
Pi臋kny widok, co?
Na imi臋 jej Nathalie, czy tak?
Co ma takiego wyj膮tkowego?
Co艣, czego jeszcze nie dostrzegam.
Nowa miot艂a zawsze lepiej zamiata.
G艂upi艣 jak zawsze.
Masz tu co艣.
Co to?
A偶 nie wierz臋. Szlag, ale pi臋kny...
Trafi艂 mi si臋 na licytacji, pono膰 nale偶a艂 do Johna Wayne'a.
- Wierzysz w to? - Nie.
- Mog臋 ci da膰 buzi? - Jeszcze nie koniec.
Przecie偶 to nie Gwiazdka.
Zgadnij co to. Podaje godzin臋.
Zabawne...
- Kupi艂em ci identyczny! - Nic dziwnego, mamy taki sam gust.
Teraz ju偶 mo偶esz mnie uca艂owa膰.
Bardzo dzi臋kuj臋.
Powiedz...
jak ci si臋 uk艂ada z Marie?
艢wi臋ta z niej kobieta.
Mamy dogrywki i pewnie nied艂ugo b臋d膮 karne.
艢wi臋ta Marie...
Uwielbiam burze.
- Jak orze艂 si臋 wabi? - Georges. To patron tego siedliska.
- Fajna ta wasza matka. - Ale ci膮gle 艣piewa, to m臋cz膮ce.
- A ojciec co robi? - By艂 przewodnikiem.
- Zgin膮艂 2 lata temu. - Kurde, przepraszam.
Na lodowcu w Masywie Mont Blanc. Nie znale藕li go.
- Ile macie lat? -Tyle samo, 15.
Mam 20 min wi臋cej od ciebie!
I mieszkacie tu?
No...
W艂a艣ciwie to na pr贸b臋, bo od niedawna.
Jak si臋 poznali?
- Sprzeda艂a mu dom. Gdzie mieszkasz? - W Pary偶u.
- D艂ugo go znasz? - To m贸j chrzestny.
A jakie s膮 jego c贸rki?
- Nie znacie ich? - Tyle co ze zdj臋膰.
To mo偶e i lepiej.
Niezwyk艂y ten orze艂, co?
Durny jaki艣. Leje jak cebra, a on siedzi.
A ty d艂ugo zamierzasz tu siedzie膰?
Chyba tak.
Po fajerwerkach 14 lipca mog臋 i艣膰 z bli藕niakami na zabaw臋?
Ale nie wr贸膰cie p贸藕no.
- Czyta艂am pana ksi膮偶k臋. - Tak?
- Dobrze napisana. - Dzi臋kuj臋.
Przepraszam, czy ma pan godzin臋?
Kt贸r膮 masz godzin臋?
20.32.
Niesamowite, mam dok艂adnie t臋 sam膮.
Spr贸buj si臋 odpr臋偶y膰...
- Co艣 ty taki obra偶ony? - Wcale nie.
Czy nie lepiej, by moje c贸rki korzysta艂y z nami z tego wszystkiego?
Czy ja je wkurzam? Za ka偶dym razem poczta g艂osowa. Wy艂膮czaj膮 si臋.
W ko艅cu odbior膮.
No nie!
Tato, ty go tak wychowa艂e艣, nie ja!
- Ty tego nie znosisz, co? - Koty lubi臋, ale mi臋so niezbyt.
To moja 偶ona.
Pami臋taj, kom贸rka jest najlepszym przyjacielem raka m贸zgu.
- Ona dzwoni co 3 dni. - Czego chce?
Odzyska膰 go, jak s膮dz臋.
Czyta艂a pani "Kochanego 艂ajdaka"?
Tak.
My go znamy od dobrej strony.
W艂a艣ciwie to odebra艂am t臋 ksi膮偶k臋...
bardziej jako wyznanie mi艂o艣ci ni偶 wypowiedzenie wojny.
To wspania艂e dziewczyny. I zadziorne, wi臋c szukaj膮 pretekstu do wojny.
Cze艣膰, Wiosno, tu Frederic Selman.
Lekarz taty w 艣wi臋to, czyli sta艂o si臋 co艣.
殴le z nim.
Jak to "藕le"?
Jak z kim艣 powa偶nie chorym.
Jest w szpitalu?
Nie... Dbam o to, 偶eby 偶y艂 normalnie.
- Jeste艣 teraz z nim? - W jego nowym domu w g贸rach.
- A ta Nathalie dba o niego? - Tak,
ale lepiej, 偶eby by艂y przy nim c贸rki.
Frederic...
jeste艣 pewny...
- tego, co m贸wisz? - Inaczej bym nie dzwoni艂.
Dobra, zadzwoni臋 do si贸str. Dzi臋ki.
Jaki艣 k艂opot?
Drobny... Patrz!
Omin臋艂y ci臋 ca艂e fajerwerki.
- Co艣 pilnego w szpitalu. - Tak my艣la艂am.
- Powa偶nego? - Pilnego.
Z tat膮 jest kiepsko...
- Jaki艣 k艂opot? - Nawet du偶y.
- Podrzuci mnie pan do Praz-sur-Arly? - Gdzie to?
Ko艂o Megeve. Do ojca.
Nie boi si臋 pani wsiada膰 do samochod贸w obcych ludzi?
Jeszcze nie.
Nie chc臋 by膰 w艣cibski, ale...
jedzie tam pani na wakacje?
Niezupe艂nie.
- Niezupe艂nie? - Niezupe艂nie.
To pani ostatnie s艂owo.
A ja si臋 przyznam do czego艣. Pierwszy raz bior臋 kogo艣 na stopa.
Szybko pan to polubi. Traf zawsze okazuje si臋 szcz臋艣liwy.
Cz臋sto chorowa艂?
Nie.
Cz臋sto by艂 ranny, ale nigdy nie chorowa艂.
W dodatku b臋d臋 musia艂a znosi膰 swoje siostry.
Nie dogaduje si臋 pani z nimi?
To zawsze by艂o trudne, bo mamy 4 r贸偶ne matki.
Kiedy wciela si臋 pani w klauna...
na czym polega wyst臋p?
To zale偶y, du偶o w tym improwizacji.
Gram... u偶ywaj膮c tego, co mam pod r臋k膮.
Staram si臋, 偶eby nosze sta艂y si臋 poci膮gami...
A lekarze...
superbohaterami...
Strzykawki... karabinami albo pistoletami...
Poznali si臋 w Iranie w 1987.
Ojciec przywi贸z艂 matk臋 do Francji. O偶eni艂 si臋, by dosta艂a obywatelstwo.
To by艂o bia艂e ma艂偶e艅stwo?
Niezupe艂nie, inaczej mnie by nie by艂o.
A pan po p贸艂 roku potrafi ogl膮da膰 si臋 za kobietami?
Niczego nie zauwa偶yli.
"Sprawcy byli w skarbcu kilka minut,
cho膰 z uwagi na mobilizacj臋 14 lipca si艂 porz膮dkowych i stra偶ak贸w
mogli spokojnie okrada膰 skrytki do rana".
A偶 300 w 5 minut to du偶o.
- Co mo偶na zrobi膰 z 50 milionami? - P贸j艣膰 do wi臋zienia.
Zabawna ta historia z zegarkami.
- To si臋 nazywa przyja藕艅. - Ach, tak...
Dobrze spa艂e艣?
Tak sobie.
Nie widzia艂 pan dzieci?
- Nie, a co? - Nie ma ich.
Jacques!
Co jest?
- Nie widzia艂e艣 dzieci? - Co?
- Nie ma ich w pokojach. - Dopiero wsta艂em.
Zaczekaj, ju偶 schodz臋.
- O co chodzi? - Dzieci nie ma w pokojach.
Naprawd臋? Co si臋 sta艂o?
Dzie艅 dobry.
- Widzia艂a pani dzieci? - Nie, a wsta艂am o 6.00. O, Joseph!
- Nie poobija艂e艣 mi go? - Znasz mnie.
Dzie艅 dobry pa艅stwu. Odstawiam w贸z.
- Cze艣膰, Isabelle. - Co si臋 dzieje?
Mam paczk臋 dla pa艅stwa.
Wyskakujcie, dzieciaki.
Chyba przekroczyli dozwolon膮 dawk臋.
Jacy艣 niewyra藕ni...
Zgarn膮艂em ich z drogi, zagubionych. Powiedzieli "Siedlisko or艂a". Wasi?
Przedstawiam pana Picarda,
- cie艣l臋, kt贸ry remontowa艂 dom. - Mi艂o mi. Joseph.
Dzie艅 dobry...
Je艣li zmieni pan zdanie co do polowania...
- Nie. - Nigdy nie wiadomo.
Wiesz, jak si臋 leczy opilstwo?
- Wsadza g艂ow臋 do lodowatej wody. - Nie...
No to daj buzi.
Zaufali艣my wam i co?
Kogo ja widz臋?
No nie...
By艂am w szpitalu w Marsylii. Wracaj膮c do Pary偶a, wpad艂am do taty.
A ten mi艂y pan podwi贸z艂 mnie a偶 tu.
Nagle nasz艂a ci臋 ch臋膰 do odwiedzin?
Znasz mnie. Nie robi臋 tego, czego nie chc臋.
Moja Zima,
- ale艣 ty 艣liczna. - A ty przystojny.
- Poznajcie si臋. - Dzi臋ki, 偶e j膮 pan przywi贸z艂.
- Nie ma za co. - To mi艂e.
Musia艂em, bo nalega艂a. Czas ju偶 na mnie, mam...
- Zje pan 艣niadanie z nami. - Dzi臋ki, ale...
Nalegam.
Chod藕,
przedstawi臋 ci Nathalie.
- Dzie艅 dobry... - Dacie sobie buzi?
- Jestem Zima. - Mi艂o mi...
- Najm艂odsza? - W艂a艣nie.
Jak tam, nasz medyku?
- Cze艣膰, s艂onko. - Jak si臋 miewasz?
Dobrze...
Marie, mi艂o ci臋 widzie膰...
- A wi臋c 艣niadanie dla wszystkich. - Idziemy?
Tak, g艂odna jestem!
Panie Kaminsky, mo偶emy pow臋dkowa膰 przy wodospadzie?
- Dobrze! - Dzi臋kujemy!
Powiedz co艣 o tych Perfumach Pary偶a.
Sam robi臋 zapachy i sprzedaj臋 na bazarkach na prowincji.
Odk膮d nazwa艂em je Perfumami Pary偶a, podwoi艂em obroty.
- 艢wietnie. - Powiedz o 4 porach roku.
To mi co艣 przypomina.
Trudno uwierzy膰, ale obaj wpadli艣my na podobny pomys艂.
Pan c贸reczkom da艂 imiona Wiosna, Jesie艅, Zima, Lato,
- a ja tak nazwa艂em perfumy. - Zabawne.
- Kto艣 tu jedzie. - Kto taki?
Cud jaki艣? Zm贸wi艂y艣cie si臋 czy co?
Nie, chyba prawdziwy cud.
- Ty tutaj? - Chcia艂am ci kogo艣 przedstawi膰.
- Co za niespodzianka! - To m贸j nowy ch艂opak.
Wszystko dobrze, skarbie?
- Tak, a u ciebie? - Te偶.
Dzie艅 dobry.
- Pierwszy raz mi przedstawiasz ch艂opaka. - Bo te偶 fotograf.
- Wojenny? - Modowy.
I mam u艣cisn膮膰 panu r臋k臋? 呕artuj臋.
- Kawa艂 czasu, siostro. - Sk膮d ty si臋 tu wzi臋艂a艣?
Traf zawsze okazuje si臋 szcz臋艣liwy.
Przedstawi臋 ci Nathalie.
Poznaj moja drug膮 c贸rk臋...
- Dzie艅 dobry. - Jestem Jesie艅.
- A jej ch艂opak jest fotografem. - Tak?
- Dzie艅 dobry. Gilles. - Mi艂o mi. Macie o czym pogada膰.
Dzie艅 dobry...
Nie rozumiem,
zm贸wi艂y艣cie si臋? Ej, dziewczyny! To jaka艣 zmowa?
Przypadek, tato.
- Cud, tato. - Fakt, prawdziwy cud.
- Wszyscy razem. - Ja zmykam.
Nie 艂am si臋, stary tryska zdrowiem.
Takie sprawia wra偶enie.
Nie chc臋 ci臋 urazi膰... wi臋c nie poprosz臋 o tw贸j telefon.
- To prze偶ytek i zwykle na nic. - Nie dam...
Tak w艂a艣nie my艣la艂em.
Ale je艣li traf zawsze okazuje si臋 szcz臋艣liwy, to na pewno si臋 spotkamy.
Mog臋 si臋 za艂o偶y膰.
To obietnica?
Jak kupi臋 to, co pan wiezie, da mi pan zni偶k臋 i zostanie na obiad?
Serio czy 偶artuje pan?
Odwdzi臋cz臋 si臋, skoro przywi贸z艂 mi pan c贸rk臋.
Nie zrobi艂em nic szczeg贸lnego.
Mam tu ze 400 flakon贸w.
Wystarczy mi na prezenty przez 400 lat.
- Prawda? - No.
Masz stukni臋tego tat臋, g艂upio mi.
Jad臋 do Macon, do swoich klient贸w, dzi臋ki.
Prosz臋 zosta膰, zale偶y mi.
No chod藕!
Kupi艂 ca艂y m贸j roczny zapas!
Czy te 艣wierki nie s膮 pi臋kne?
Dzie艅 dobry wszystkim! Nawet tym, kt贸rych nie znam.
To niby trzeci cud?
Co艣 musia艂o by膰 grane, macie mnie za durnia?
W odst臋pie 3 godzin 3 c贸rki?
Ja po prostu wsiad艂am w poci膮g TGV do Genewy, a potem w taks贸wk臋.
Wszystko dobrze?
A oto naj艂adniejsza ze wszystkich! Jaka 艣liczna!
Co za niespodzianka!
Nathalie, chod藕, przedstawi臋 ci Lato.
Ta trzecia. Istny cud, naprawd臋.
- Druga. - Ale trzecia przyjecha艂a艣.
- Mi艂o mi. - Dajcie sobie buzi.
- Spodziewa si臋 pan kogo艣? - Nie.
- I艣膰 zobaczy膰? - Prosz臋.
- Oddychaj g艂臋boko. - Wszystko dobrze, to z emocji!
Moje 4 c贸rki tego samego dnia!
- Czemu 艣mig艂owcem? - To m贸j nowy narzeczony.
- Niech zje z nami. - Musi by膰 w Pary偶u popo艂udniu.
Chc臋 wam co艣 powiedzie膰.
Nie b臋d臋 wam zadawa艂 pyta艅, bo boj臋 si臋 odpowiedzi.
Nie chc臋 wiedzie膰, czyj to pomys艂 ta cudowna niespodzianka,
ani ile czasu ze mn膮 zostaniecie.
Ale wiedzcie jedno:
jeste艣cie tu u siebie,
a ja jestem dzi艣 najszcz臋艣liwszy na 艣wiecie.
A 偶e wszystko, co dobre, ma sw贸j koniec,
mam dla was bardzo z艂膮 wiadomo艣膰.
Od teraz...
b臋d臋 non stop robi艂 wam zdj臋cia.
Co to by艂o za omdlenie w stylu Damy Kameliowej?
- Jeszcze ten tw贸j przylot. - Postara艂am si臋.
Nadmiar szcz臋艣cia przera偶a. 艢cie艣nijcie si臋! Troszk臋.
Kapitalnie!
U艣miechajcie si臋!
Ju偶 ja ci臋 z艂api臋!
No 艣miejcie si臋 razem!
U艣miech!
Dzi臋kuj臋.
Do zobaczenia wkr贸tce!
R臋ce do g贸ry! Kasa albo 艣mier膰!
Spietra艂y艣cie si臋, co?
Buffalo Bill si臋 znalaz艂.
Co roku mu robi臋 badania, one nie k艂ami膮.
- On wie o tym? - Nie.
- Przecie偶 wygl膮da na zdrowego. - Wygl膮da...
Nie ruszajcie si臋, jeste艣cie pi臋kni!
Wiosna!
- Tu jestem. - Musimy pogada膰.
- Co my mamy robi膰? - To co dot膮d,
niech b臋dzie jeszcze szcz臋艣liwszy. Niech si臋 艣mieje.
- A wi臋c ty te偶 palisz? - Jak widzisz... ale nie tyle co ty.
Ale艣 ty podobna do matki!
Wi臋c nied艂ugo mnie znienawidzisz?
Pewne s艂owa nigdy nie przesz艂y mi przez gard艂o.
"Tata" i "przepraszam".
A teraz mam ochot臋 powiedzie膰 ci oba. Tato...
przepraszam.
Nie przeszkadzam?
Pe艂nia szcz臋艣cia, co?
Pewnie! Zw艂aszcza, 偶e pierwszy raz je widz臋 jednocze艣nie.
Kto to taki ten pilot 艣mig艂owca?
M贸j adwokat.
Pozna艂am go, bo chcia艂am si臋 rozwie艣膰.
A 偶e jest bardzo nie艣mia艂y, ja zrobi艂am pierwszy krok.
M贸wi膮, 偶e kobieta robi pierwszy krok, gdy chce mie膰 ostatnie s艂owo.
To jeszcze nie ten etap.
Jednak przeszkadzam, wi臋c id臋.
Ja te偶 ci臋 przepraszam.
Co to szkodzi, 偶e tamt臋dy przechodzimy?
A pyta艂e艣, czy wolno ci polowa膰 na moj膮 c贸rk臋?
Tato, nie twoja sprawa! Prosz臋.
- M贸wi臋 to, co mi si臋 podoba! - Rozumiem.
- R贸偶ne rzeczy widz臋 i widzia艂em. - Niby co?
- To, co widzia艂em. - Co?
Ju偶 ja wiem co.
- Potrzebuje pan czego艣? - Nie,
rado艣膰 mnie dzi艣 rozpiera.
W takim razie dobranoc...
A ty masz dzieci?
Ta Nathalie jest...
ze 30 lat m艂odsza od niego,
- czyli w moim wieku, s艂onko. - Przynajmniej nie urodzi dzieci.
Nie wygl膮da na stoj膮cego nad grobem.
艁ajdaku...
kochamy ci臋, kochamy, kochamy...
艁ajdaku...
kochamy ci臋, kochamy, kochamy.
艁ajdaku, kochamy ci臋...
No dobra.
艁ajdaku...
Teraz, gdy jest chory, zrobi艂 si臋 sympatyczniejszy.
Zawsze by艂.
Zabawne, przynajmniej raz w 偶yciu ka偶da z nas chcia艂a go zabi膰.
- Cz臋艣ciej ni偶 raz. - A teraz, gdy umrze, panikujemy.
Frederic m贸wi艂, 偶e to kwestia tygodni.
Wi臋c nie sp臋dzi z nami Gwiazdki.
Ze mn膮 nigdy jej nie sp臋dza艂.
A ze mn膮 nie by艂o go w og贸le.
- Ze mn膮 jednak troch臋 poby艂. - Z tob膮...
Niesamowite, jak bardzo nas potrzebuje.
Bo nigdy nie widywa艂 ca艂ej czw贸rki naraz.
Podaj mi tego skr臋ta.
Nie zagrzeba艂by si臋 tu nigdy, gdyby nie by艂 chory.
- Ty te偶 nie mo偶esz zasn膮膰? - Nie.
Kiedy w telewizji leci "Rio Bravo"...
raczej nie chce si臋 spa膰.
- W jakim momencie jeste艣my? - No w tym...
kiedy Dean Martin i Ricky Nelson b臋d膮 艣piewa膰 w wi臋zieniu.
- Masz jaki艣 problem? - Ty nim jeste艣!
Uwa偶asz, 偶e nied艂ugo wykituj臋?
C贸偶, palisz jak smok, ale jeste艣 w 艣wietnej formie.
Wi臋c co艣 ty nagada艂 moim c贸rkom?
A sk膮d o tym wiesz?
O jedno cygaro za du偶o.
Przy艂apa艂em je na rozmowie o tym.
Widzia艂y ci臋?
Nie.
Min臋艂o z 10 lat, odk膮d pr贸bujesz zebra膰 swoje c贸rki.
Roznosi艂o mnie, ju偶 nie mog艂em patrze膰 na ciebie w tym stanie.
- Nie pomy艣la艂em. - Ty naprawd臋 jeste艣 stukni臋ty.
Kompletny 艣wir!
Znienawidz膮 mnie jeszcze bardziej, jak si臋 dowiedz膮.
A tobie napluj膮 w g臋b臋.
Pos艂uchaj,
chorych w stanie terminalnym widywa艂em tony...
i to takich, co wyzdrowieli.
Chyba mo偶esz mi zaufa膰 jako lekarzowi?
Szlag, to 偶a艂osne. Musz臋 zdycha膰, 偶eby tu zjecha艂y.
A tak mi臋dzy nami, jestem chory czy nie?
- Jeste艣 w 艣wietnej formie. - Przysi臋gasz?
- Na twoj膮 g艂ow臋. - Splu艅.
Nic a nic mi nie jest, przysi臋gasz?
Powtarzam: palisz jak smok, ale jeste艣 w formie. Wystarczy?
I jak teraz wyj艣膰 z twarz膮 wobec nich?
Nie trzeba by艂o ich p艂odzi膰.
Powinienem da膰 ci w dzi贸b.
OK, a kto potem b臋dzie ci臋 leczy艂?
Wiesz, kto to jest przyjaciel?
Kto艣, kto ci臋 zna na wylot, a mimo to kocha.
Mimo to? A dlaczego?
Bo zza aparatu nie wygl膮dasz na takiego przyg艂upa jak zwykle.
Co takiego s艂ysza艂a艣?
Nie wiem, zmieniaj膮 temat, kiedy wchodz臋.
S艂ysza艂am tylko, jak m贸wi艂y, 偶e jest chory.
I nie chodzi o katar.
- To nie katar. - Wiedzia艂by o tym.
Facet nad kt贸rym wisi 艣mier膰, przeczuwa j膮.
Ja lekarza nie potrzebuj臋.
Jak co艣 ze mn膮 nie tak, od razu ci o tym m贸wi臋.
Po tobie te偶 wida膰.
Beczy, bo mleko w butelce by艂o za ciep艂e.
A co, nie ssie matczynego?
Zosta艂o przez ni膮 odrzucone.
Lepiej go nie dotyka膰 za du偶o.
- Dlaczego je odrzuci艂a? - Nie wiem, nie chce go i tyle.
Powinny艣my we cztery pogada膰 z tat膮. Jestem przekonana.
- Dobrze pani spa艂a? - Tak sobie.
- Usma偶y艂am konfitury, przynios臋. - 艢wietnie, musicie skosztowa膰.
Dzie艅 dobry. Mog臋 was uca艂owa膰?
- Wyspana pani? - Nie, Jacques p贸藕no wr贸ci艂.
- Cierpi? - Ogl膮dali western,
a we dw贸ch potrafi膮 si臋 zasiedzie膰.
A wam dobrze si臋 spa艂o?
- Truskawkowo-je偶ynowe. - 艢wie偶utkie.
Poprosz臋 kaw臋.
- Rogalika? - Dzi臋ki, wezm臋 chleba.
Czyta艂a pani "Kochanego 艂ajdaka"?
- Nie. - Szkoda, to ciekawe.
Wiosna opisuje, jak macochy nas odseparowywa艂y.
Ja nie mam ochoty tego robi膰.
Wasz ojciec by艂 taki szcz臋艣liwy, widz膮c was razem!
Wzruszy艂o mnie to bardzo.
- By艂 szcz臋艣liwy? - Ogromnie. A偶 nie m贸g艂 zasn膮膰.
Tata nie zawsze tak si臋 przejmowa艂 rodzin膮.
- Czyta艂am w pani ksi膮偶ce. - A podobno nie?
Nie bardzo mia艂am ochot臋...
o tym rozmawia膰.
W tym portrecie nie poznaj臋 cz艂owieka, kt贸rego kocham,
przykro mi.
Dzi臋kujemy, 偶e jest pani przy nim w takich chwilach.
To pewnie nie艂atwe.
Zw艂aszcza, 偶e ma pani za sob膮 strat臋 pierwszego m臋偶a.
Ale prosimy 艣mia艂o do nas dzwoni膰... gdy b臋dzie bardzo 藕le.
Czemu mia艂oby by膰 bardzo 藕le?
Nie mog艂am si臋 powstrzyma膰 i zajrza艂am do Internetu.
Przy jego chorobie w ka偶dej chwili mo偶na zapa艣膰 w 艣pi膮czk臋.
Co ty, w Internecie jest tyle r贸偶nych rzeczy...
To 偶art? Co wy opowiadacie?
Najwa偶niejsze, 偶eby nie cierpia艂.
Jacques jest chory?
Frederic powiedzia艂 nam wszystko.
Gdyby nie on, nie powiadomi艂aby nas pani?
Od dawna pani o tym wie?
Nie wiedzia艂am...
"Przesz艂o艣膰 wskazuje nam drog臋...
nie powinni艣my traci膰 g艂owy..."
Cholera...
- Nie wiedzia艂a. - Niech to szlag...
Z kim rozmawiasz?
Co?
Z kim rozmawiasz?
Z Franci膮, ale przerwa艂o.
Wszystko dobrze?
Niedobrze.
A co?
W艂a艣nie rozmawia艂y艣my, twoje c贸rki i ja.
One z tob膮, czy ty z nimi?
To powa偶niejsze.
Co?
Powiedzia艂y, 偶e nie sp臋dzimy razem Gwiazdki.
Podczas fajerwerk贸w
dzwoni艂 do nich Frederic.
Nagada艂 im o ci臋偶kiej chorobie
i 偶e powinny szybko mnie odwiedzi膰.
I naprawd臋 uwierzy艂y? W 5 min postarza艂am si臋 o 100 lat!
Powiem im przy obiedzie.
Co go podkusi艂o?
Przyja藕艅 bywa zagadkowa.
To dziwna sprawa.
Te偶 mi przyja藕艅!
Naprawd臋 jeste艣 chory?
Tak.
Naprawd臋.
Jestem chory na ciebie, i to coraz bardziej.
Przysi臋gnij, 偶e nic ci nie jest.
- Przysi臋gasz? - Przysi臋gam.
- Co si臋 tam dzieje? Jacko! - To Francia.
- I艣膰 sobie? - Zosta艅.
Ju偶 dobrze? Przerwa艂o nam. M贸wi艂em ci...
偶e nie przylec臋 sam.
Zabior臋 ca艂膮 pak臋. Mamy do nadrobienia.
Co to jest "paka"?
To ja...
twoje siostry i Nathalie. M贸wi艂em ci o niej, pami臋tasz?
Cze艣膰!
Mi艂o mi. Twoja narzeczona, prawda?
To nie jest dobry pomys艂 z t膮 pak膮, jak powiadasz.
Powinni艣my zachowa膰 nasz膮 ma艂膮 tajemnic臋, nie s膮dzisz?
呕adna tajemnica nie wytrzymuje pr贸by czasu.
Powiem ci wieczorem,
jak mi posz艂a rozmowa z twoimi siostrami.
Nie zapomnij, 偶e jutro ko艅cz臋 50 lat.
Ju偶?
By艂e艣 taki m艂ody, gdy pozna艂e艣 mam臋! Oboje byli艣cie 艣liczni. Pami臋tasz j膮?
W oliwkowym mundurze i berecie rewolucji kuba艅skiej?
- Pami臋tasz, jak mia艂a na imi臋? - Jasne.
Jak?
- Luiza! - 艢wietnie, jestem pod wra偶eniem!
- Jak偶e m贸g艂bym zapomnie膰? - To jednak by艂o dawno.
Odezw臋 si臋 do ciebie wieczorem.
OK, buziak!
Do zobaczenia.
Cze艣膰, Nathalie, by艂o mi mi艂o...
- Nie zapomnisz, obiecujesz? - Nie zapomn臋.
- 艢wietnie, cze艣膰! - Do wieczora...
To na razie!
Nie wygl膮da na sw贸j wiek.
- Jest o 3 lata starsza od ciebie! - No, no...
To nie na teraz, dzieci!
- Powiedzia艂 mi o tym po fakcie. - Dla mnie to oburzaj膮ce.
Totalnie 偶a艂osne.
Jak mo偶na wykorzystywa膰 argument choroby?!
Wszystko, byle nie choroby!
Nie rozumie pani jednego: oni s膮 dziecinni, zawsze tacy byli.
Kiedy si臋 spotkaj膮, rozrabiaj膮 jak dzieciaki na przerwie.
To nie jest usprawiedliwienie! Nawet 10-latek by tego nie zrobi艂.
Jak dziewczyny si臋 dowiedz膮, znienawidz膮 go.
Nawet ja go teraz nienawidz臋.
Raz ju偶 straci艂am faceta, wie pani? On pewnie wie, gadaj膮 ze sob膮.
Jacques okropnie je rozpieszcza艂, robi艂 dla nich wszystko,
a one plu艂y mu w twarz.
Frederic nie m贸g艂 ju偶 tego znie艣膰 i zrobi艂 g艂upstwo,
przyznaj臋 pani racj臋.
Ostrzegam, je艣li og艂osisz dzisiaj, 偶e istnieje nr 5,
mo偶e by膰 istny koniec 艣wiata.
A je艣li to ty im powiesz?
- Nie wiedzia艂em, 偶e tch贸rz z ciebie. - Ja wiedzia艂em.
- Dziadku, kiedy kocha艂e艣 si臋 pierwszy raz? - Noa!
Nie pami臋tam.
- Mia艂em 15 lat... 14 i p贸艂. - I zawsze ci si臋 podoba艂o?
Inaczej nie robi艂bym tego tak cz臋sto.
Czym dzi艣 jest dla ciebie rodzina?
Ulubionymi k艂opotami.
- Ale radzisz sobie. - Wi臋c wypijmy za k艂opoty!
Dla chc膮cych zobaczy膰 Tour de France podstawi艂em samoch贸d.
Gilles, jedzie pan? To p贸艂 godz. st膮d w Bourg-d'Oisan, 艂atwo trafi膰.
Chcesz jecha膰, Noa?
B臋dziesz na ni膮 uwa偶a艂?
Jasne, chod藕my.
- Wy nie chcecie? To 10 km st膮d. - Nie.
P贸jdziesz z nami do wodospadu, tato?
Wszystkie chcemy z tob膮 pogada膰.
Chyba nie powiecie mi, 偶e ju偶 wyje偶d偶acie?
Nie.
Dobrze si臋 sk艂ada, bo w艂a艣nie planuj臋 podr贸偶 na Kub臋 z wami.
Nawet Medyk si臋 za艂apie.
Dlaczego na Kub臋?
Medyk ci wyt艂umaczy...
ja nie mam ani si艂y, ani odwagi.
No dobra...
Postaram si臋 to uj膮膰 kr贸tko i prosto.
Ot贸偶 w 1961 roku
wasz ojciec polecia艂 tam zrobi膰 reporta偶 dla Paris-Matcha.
W dramatycznym okresie g艂o艣nych wydarze艅 w Zatoce 艢wi艅.
Jego wspania艂e portrety F. Castro obieg艂y ca艂y 艣wiat.
A wi臋c w '61 ma 20 lat, jest pi臋kny jak m艂ody b贸g -
resztki urody wci膮偶 wida膰 -
pozostaje na Kubie 3 tygodnie w towarzystwie t艂umaczki,
kt贸ra akurat jest 艣liczna
i w kt贸rej si臋 zakocha.
Po latach, jaki艣 miesi膮c temu odbiera telefon
od pi臋膰dziesi臋ciolatki, kt贸ra twierdzi, 偶e jest jej ojcem.
I ma ochot臋 jej uwierzy膰.
Nie masz nic do powiedzenia?
- Spotka艂e艣 si臋 z ni膮? - Nie.
Dzwonimy do siebie i rozmawiamy na Skypie.
I...
postanowi艂em j膮 odwiedzi膰 i poprosi膰 o wybaczenie.
Czego?
呕e pozbawi艂em j膮 pi臋knej rodziny.
Jakiej?
Kiedy siedzimy razem, tworzymy pi臋kn膮 rodzin臋, nie?
Jak ma na imi臋?
Francia.
- Przynajmniej ona niedebilnie. - Jak to?
Jeszcze pytasz, tato?
Wiosna, Lato, Jesie艅, Zima to nie s膮 debilne imiona?!
A dlaczego czeka艂a z tym 50 lat?
Nie rozumiem.
Bo matka powiedzia艂a jej na 艂o偶u 艣mierci.
Uwierzy艂em.
Zawsze wszystko ci wybacza艂am.
Wszystko.
Rzuci艂e艣 moj膮 mam臋 jak 艣miecia.
Naprawd臋 ci臋 przepraszam, Nathalie, ale jak 艣miecia!
Wszystko ci wybaczam!
Ale tego, do cholery, nie!
Mdli mnie na tw贸j widok! Mdli!
I mam ochot臋 ci臋 zabi膰!
Zabi膰, s艂yszysz?!
Jeste艣 por膮ba艅cem, tato!
Por膮ba艅cem!
Czemu tym sam o tym nie powiedzia艂e艣? Nie pro艣ciej?
Nie mia艂em odwagi.
Zadzwo艅cie i porozmawiajcie, a potem mnie os膮dzicie.
Wszystko si臋 u艂o偶y.
Szlag, schrzani艂em w 偶yciu wszystko!
Nieprawda, nie m贸w tak.
R膮bn臋艂o je to i tyle.
Nie m贸w takich rzeczy.
Jeste艣 wspania艂ym cz艂owiekiem, przysi臋gam.
Poogl膮damy peda艂uj膮cych facet贸w?
- To na drog臋. Tylko uwa偶ajcie. - Dzi臋ki, Isabelle.
Przepraszam.
Nie wiem, co mi odbi艂o, wpad艂am w sza艂.
Kretynka ze mnie.
Je艣li jest tu jaka艣 kretynka, to tylko ja.
Napisa艂am w ksi膮偶ce du偶o gorsze rzeczy.
Wiosna, nie jeste艣 ju偶 najstarsza.
Z pocz膮tku s膮dzi艂am, 偶e Fredericowi chodzi o chorob臋. Nic nie rozumia艂am.
No...
W dodatku palant p艂odzi same c贸rki.
- P贸jd臋 go przeprosi膰. - O nie,
- niech troszk臋 dojrzeje. - Co za kretynka!
A wieczorem p贸jdziemy da膰 mu buzi i wszystko b臋dzie OK.
Nawet jego przesz艂o艣膰 jest nieprzewidywalna.
Idziemy do tego cholernego wodospadu?
Nie zostawiaj tego na wierzchu, bo kiedy艣 dojdzie do wypadku.
Lis!
Facet z nieprzewidywaln膮 przesz艂o艣ci膮!
A co b臋dzie, jak si臋 dowiedz膮, 偶e nie jestem chory?
Pal tak dalej, to zachorujesz.
Id臋 do nich do wodospadu.
- Nie mam cierpliwo艣ci czeka膰 do wieczora. - I艣膰 z tob膮?
Wol臋 p贸j艣膰 sam.
- Lubi pani ten wy艣cig, prawda? - Uwielbiam.
Bardziej ni偶 Frederic.
To jak w 偶yciu. Jedni pr贸buj膮 uciec z peletonu, inni za nim nie nad膮偶aj膮.
W艂a艣nie co艣 takiego prze偶yli艣my.
Wola艂yby艣cie, 偶eby umar艂, tak?
Prosz臋 pana!
Lepiej wzi膮膰 lin臋 na wszelki wypadek, tam s膮 niebezpieczne miejsca.
Tato!
- Trzymaj si臋, odwi膮偶emy ci臋! - Frederic!
Nathalie!
- Nathalie, to straszne, chod藕cie! - Co si臋 dzieje?
Szybko!
Co艣 si臋 sta艂o!
S艂abo jej...
- Nathalie! - Zaczekaj, zas艂ab艂a.
Prosz臋 go podnie艣膰... Jeszcze.
To przeze mnie nie posz艂y艣my go przeprosi膰.
Dzieci!
Zatrzymajcie si臋! Noa! Marsz do domu!
Gilles, nie id藕 tu! Zabierz je st膮d!
Rodzina, przyjaciele, twoje 偶ony -
brawo, postawi艂e艣 na swoim.
Wszyscy teraz patrzymy,
jak stoisz przed Wiekuistym.
Ty, kt贸ry nigdy nie potrafi艂e艣 nigdzie usiedzie膰,
tkwisz teraz bez ruchu przed Nim...
Wszystkie aparaty na 艣wiecie s膮 w 偶a艂obie.
Jak trafnie napisa艂a twoja c贸rka,
"艁ajdaku, jeste艣 niezno艣ny".
A teraz masz g艂upsz膮 min臋 ni偶 za 偶ycia.
Do zobaczenia wkr贸tce.
Bo偶e, chyl臋 tu przed Tob膮 g艂ow臋,
- ale ja go zabij臋... - Mamo, przesta艅. On nie 偶yje.
Zabij臋 ci臋 kiedy艣!
Zabij臋!
On ju偶 nie 偶yje, przesta艅! Przebacz mu!
Mog臋 panu zada膰 g艂upie pytanie?
Takie w艂a艣nie wol臋.
Co ceni pan najbardziej na 艣wiecie? Pomijaj膮c sw贸j aparat.
Z艂oty 艣rodek.
R贸wnowag臋.
Jak ci faceci przechodz膮cy po linie nad Wielkim Kanionem.
A nie ma przesady w tym szukaniu z艂otego 艣rodka?
Linoskoczek raczej nie udaje.
Zrobi臋 wszystko, by w panu si臋 nie zakocha膰.
A ja nie.
Ale Frederic zrobi min臋, gdy ci臋 pozna!
- Przedstawi艂e艣 mu wiele kobiet? - Wszystkie.
Wszystkie?
To du偶o.
Spotka艂em proboszcza St Gervais.
Chce wystawi膰 w ko艣ciele zdj臋cia moich kr贸w.
S膮 fotogeniczne?
- Pokaza膰 ci? - Tak.
Jaka 艂adna!
Niezadowolona.
Te偶 bym nie chcia艂a czego艣 takiego.
Mamo!
Idziesz?
Mamo!
Samoch贸d czeka!
"Znalaz艂em tw贸j zegarek,
wci膮偶 chodzi.
Wola艂bym, 偶eby to on stan膮艂.
Kiedy widz臋 pary id膮ce ulic膮, zastanawiam si臋,
kt贸re z dwojga umrze pierwsze".
- Co czytasz? - "Wdowca",
przepi臋kn膮 ksi膮偶k臋 o stracie drugiej osoby.
Trenujesz przed moim odej艣ciem?
Je艣li umrzesz, zabij臋 ci臋.
Prosz臋 pani, przyjecha艂 pan Frederic.
Dlaczego pan mi o tym m贸wi?
Bo wiem, 偶e rana po samob贸jstwie nigdy si臋 nie zabli藕nia.
I nie chc臋 ju偶 dusi膰 tego w sobie.
Przecie偶 to pan sporz膮dzi艂 akt zgonu.
To pan stwierdzi艂...
zgon przez powieszenie.
- Czemu nie powiedzia艂 pan policji? - 呕eby uchroni膰 c贸rki.
C贸rki?
Wyda膰 je policji to jakby zabi膰 go drugi raz.
Zadano mu 艣miertelny cios w g艂ow臋, a powieszono potem.
Dlaczego mia艂yby to zrobi膰?
Wiadomo艣膰 o pi膮tej siostrze mo偶e by膰 trudna do prze艂kni臋cia.
A 偶e Jacques poszed艂 do nich do wodospadu,
mog艂o doj艣膰 do k艂贸tni
i sytuacja wymkn臋艂a si臋 spod kontroli.
- To jego kurtk臋 ma pani na sobie? - Tak.
WIOSNA, LATO...
W ka偶dej kopercie macie cz臋艣膰 w got贸wce od nowych w艂a艣cicieli.
Pi膮t膮 kopert臋, je艣li zechcecie, dacie Francii.
A kto kupi艂 dom?
Ludzie, kt贸rzy nie boj膮 si臋 wisielc贸w.
Skorzystali z tego, by obni偶y膰 cen臋.
W ka偶dym razie...
dzi臋ki, 偶e zaj臋艂a si臋 pani wszystkim.
Dzi臋kuj臋, Nathalie...
Dzi臋ki.
A pani co teraz zamierza?
Moje dzieci kochaj膮 te strony, wi臋c zostan臋 w okolicy.
- No jak tam? - Frederic?
Jak si臋 maj膮 moje 4 pory roku? M贸j ma艂y klaun...
Nasza pi臋kno艣膰 najpierw...
a nast臋pnie inteligencja...
No i najstarsza. Najdoro艣lejsza.
To nie koniec niespodzianki.
Zaprosi艂am Frederica, bo...
tylko prawda pomo偶e nam znie艣膰, to co jest nie do zniesienia.
Latem przyjecha艂y艣cie wszystkie do ojca,
bo uwierzy艂y艣cie mi, 偶e jest chory.
- Jak to? - Sk艂ama艂e艣?
To by艂o wielkie 艂garstwo,
owszem.
- Tata nie by艂 chory? - Nie.
- A czemu si臋 powiesi艂? - To jego powiesili.
I gdyby policja zrobi艂a swoje, was by podejrzewa艂a.
Doskonale rozumiem, pi膮ta pora roku to by艂oby co艣 nie z tej ziemi
i sam 藕le bym j膮 znosi艂,
wi臋c rozumiem. A serio, mam na my艣li,
偶e jedna z was mog艂a przeholowa膰 i j膮 kryjecie.
Ja chyba 艣ni臋.
Przyczyn膮 by艂 cios w g艂ow臋.
- Kiedy to odkry艂e艣? - Jak go zdj膮艂em.
Mia艂 krew z ty艂u g艂owy.
- Czemu od razu nam nie powiedzia艂e艣? - W艂a艣nie.
Z troski o was.
- Bo co?! - Ale bzdury...
- Zbli偶yli艣cie si臋 do siebie po 艣mierci taty. - Jak mo偶esz?!
A ty jak mo偶esz m贸wi膰, 偶e go zabi艂y艣my?
Najpierw tw贸j m膮偶, teraz nasz ojciec... Sporo.
- To znaczy? - Naprawd臋 uwa偶asz, 偶e tak by艂o?
A ty?
Szlag, przyjrza艂e艣 si臋 nam, doktorku?!
Wygl膮damy na ojcob贸jczynie?
Przyjrza艂e艣 si臋 swoim czterem porom roku?
呕egnam wszystkich!
I ca艂ujcie psa w nos!
Por膮bana rodzinka!
Przyda艂oby nam si臋 troch臋 艂agodno艣ci.
Czy aby nie myli si臋 pan?
Teraz ju偶 jestem pewny, 偶e to jedna z nich.
W tak膮 艣nie偶yc臋 偶aden samolot nie wystartuje z Genewy.
Do Pary偶a lepiej jecha膰 poci膮giem.
O kt贸rej rano wybieraj膮 si臋 na polowanie?
Prosz臋 pana, o kt贸rej chce pan wyruszy膰 na polowanie?
Zale偶y od my艣liwych. Jak tylko przyjad膮.
Dla ludzi st膮d to dobrze, poprzedni w艂a艣ciciel nie lubi艂 polowa膰.
A ja uwielbiam.
- O czym b臋dzie ta pana ksi膮偶ka? - Mam kapitalny pomys艂:
napisa膰 o napadzie na bank Trocadero podczas fajerwerk贸w 14 lipca.
W trakcie fina艂u wysadzili 300 skrytek! Genialne!
Musi sta膰 za nimi megam贸zg.
Napisz臋 o nim i tej bandzie superfacet贸w, kt贸rych nie z艂apano.
I zbi艂 pan maj膮tek jedynie na krymina艂ach?
Bo 偶ycie to krymina艂.
Dlatego ten gatunek ma najwi臋ksze powodzenie.
We藕my np.艣lub. Co to jest wed艂ug ciebie?
Zab贸jstwo doskona艂e mi艂o艣ci. Czysty krymina艂.
A czym jest g艂upota?
Zab贸jstwo doskona艂e inteligencji.
A wy teraz, tacy napruci, je艣li wsi膮dziecie za k贸艂ko
i rozwalicie si臋 na zakr臋cie, to co to b臋dzie?
- Zab贸jstwo doskona艂e inteligencji. - Spoko, nie jeste艣my napruci.
Chyba musz臋 powt贸rzy膰, nic a nic nie zrozumieli艣cie.
Nie s艂uchacie mnie, odp艂yn臋li艣cie.
Mi艂a jeste艣, ale ja teraz rozmawiam. Pok膮p si臋 sama.
Ma 艣wietny ty艂ek, ale jest upierdliwa.
艢mia艂o, 艣mia艂o, zamocz dupci臋.
Milutka, tylko 偶e namolna. Dlatego odwioz膮 was str贸偶e.
Jed藕cie, bardzo dzi臋kuj臋!
Tylko ostro偶nie! Weso艂ych 艢wi膮t!
Uwa偶ajcie! Ej, Ruf!
- Prosz臋 powoli! - Cze艣膰!
Tym m贸zgiem z 14 lipca... jestem ja!
Lubi艂a艣 nasze bzykanka, co?
- Ty bzyka艂e艣, a ja ci臋 kocha艂am. - Oj tam,
ja te偶 ci臋 kocha艂em...
Przesta艅.
No co?
Prawd臋 m贸wi臋.
- Kocha艂e艣 i kaza艂e艣 usun膮膰 ci膮偶臋? - Cicho, nie masz cyck贸w.
- Dobra ju偶, daj mi ca艂uska. No daj! - Jeste艣 zbyt pijany.
Daj!
A p贸藕niej?
- Nie wiem. - Jak to?
Nie wiem.
Po prostu nie wiem, mo偶e.
Co to znaczy "mo偶e"?
Chc臋, 偶eby艣 mi czym艣 zaimponowa艂.
- Mam ci zaimponowa膰? - W艂a艣nie...
Ja艣nie pani sobie 偶yczy, 偶ebym jej zaimponowa艂
Naprawd臋 chcesz?
No to opowiem ci co艣.
Chcesz us艂ysze膰 pi臋kn膮 histori臋?
Zatrzymaj si臋.
M贸wi臋 do ciebie!
Zatrzymaj w贸z!
Sp贸jrz na mnie i pos艂uchaj.
- No patrz na mnie! - Patrz臋.
Pami臋tasz zesz艂e lato?
I wisielca?
Wisielca!
Nie powiesi艂 si臋 sam!
S艂yszysz, co m贸wi臋? Nie sam.
Ej, ch艂opaki! Ile razy m贸wi艂em, 偶eby tu nie polowa膰?
Ustrzelili艣my go na g贸rze, nie u pana. Tylko przechodzimy.
Niewa偶ne, polowania zosta艂y zawieszone.
T艂umaczyli艣my ju偶 panu,
polujemy od zawsze. Zabierzemy zwierzyn臋 i ju偶 spadamy.
Tak czy siak pstrykn膮艂em wam fotki, gajowy si臋 ucieszy.
Nie trzeba by艂o, to pana wina. My nie chcemy drak.
Ruszaj,
m贸wi臋!
No ruszaj!
Co za kretyn!
Kretyn ostatni!
A teraz id藕 to rozgada膰!
Zatrzymaj si臋 tam...
- Nie mam ochoty si臋 zatrzyma膰. - Sta艅!
- Przysu艅 si臋. - Nie chc臋.
Nie opieraj si臋! Poca艂uj mnie.
Przesta艅!
- Poca艂uj mnie, daj mi ca艂uska! - Ty 偶a艂osny typku!
- Poca艂uj, m贸wi臋! - Pu艣膰 mnie!
Szlag!
Odwal si臋!
Wysi膮d藕.
Spadaj, do cholery!
No ju偶!
Raz, dwa!
Tylko spr贸buj rozgada膰...
Ani s艂owa!
Kaminsky wyszed艂 obronn膮 r臋k膮 z wojen,
- a zabi艂o go 3 durnych my艣liwych. - Takie 偶ycie.
- Gdzie oni teraz s膮? - Zalewaj膮 robaka.
Cze艣膰!
Wiosna, ona ma takie oczy jak ty...
Cze艣膰, Primavera! Co za podr贸偶...
- Dzi臋kuj臋... mi艂o z waszej strony. - Ja wezm臋 walizk臋.
- A to prezent dla ciebie. - Dzi臋ki. Jeste艣 Invierno?
Zgadza si臋.
- A ty, Verano? - To po hiszpa艅sku "Lato"?
I Otonio. Jaka 艂adna!
- I Nathalie. - Dzie艅 dobry!
Mi艂o si臋 spotka膰.
- Dzi臋ki za bilety na samolot. - Normalka!
Pi臋kne g贸ry, naprawd臋. Ale nie ma "nieve", tzn. 艣niegu?
- Nie ma. - My艣艂alam, 偶e zobacz臋 艣nieg.
- Jak podr贸偶? - Skomplikowana w Genewie.
Bajzel z poci膮gami. Ju偶 my艣la艂am, 偶e nie zd膮偶臋.
Denerwowa艂am si臋. Ale ju偶 jestem i si臋 ciesz臋.
Wypijemy kieliszek szampana, nim tam pojedziemy?
To by艂o podczas rewolucji kuba艅skiej w 1961 roku,
obwo艂anym rokiem alfabetyzacji i edukacji.
Fidel Castro chcia艂, 偶eby wszyscy mogli nauczy膰 si臋 czyta膰 i pisa膰.
Potem on chyba musia艂 pojecha膰 do Algerii,
gdzie trwa艂a wojna, 偶eby robi膰 zdj臋cia.
Mama my艣la艂a, 偶e wr贸ci,
ale nie wr贸ci艂.
Poka偶...
Wygl膮da jak nastolatek.
Wznie艣my toast.
Nie wiem, co znaczy艂y dla nas s艂owa "rodzina" lub "siostry",
ale tata powiedzia艂by, 偶e jeste艣my jak 5 palc贸w jednej r臋ki. Za niego!
- "Zdr贸wko!" to jak po hiszpa艅sku? - "Salud"!
Wzruszy艂am si臋, siedz膮c tu z wami.
Dobry!
- Czemu nie chcesz swojej dzia艂ki? - Dzia艂ki?
Cz臋艣ci spadku.
Poniewa偶 my mamy inne ni偶 wy podej艣cie do pieni臋dzy.
Wola艂am, 偶eby艣cie by艂y pewne, 偶e siedz臋 tu z w艂a艣ciwych pobudek.
- Masz tam m臋偶a? - Dzieci?
呕yj臋 w zwi膮zku z rze藕biark膮.
- Z kobiet膮? - Tak, z "mujer".
Mamy ch艂opca, Borysa.
Ch艂opca!
Chyba musimy si臋 pospieszy膰...
bo b臋dzie mer, fanfary, krowy... i ca艂y ten zgie艂k.
To Francia.
- Przyjaciel twojego ojca, Frederic. - Mi艂o mi.
- No tnij! - T臋pe s膮 te no偶yczki!
S膮 same zdj臋cia kr贸w.
Pasjonowa艂y go.
To Kuternoga, zrobili mu przeszczep.
Pi臋kne zdj臋cie... i jego mama.
- Potrafi pani dochowa膰 tajemnicy? - Jeszcze czego艣 si臋 dowiem?
Pami臋ta pani g艂o艣ny napad z 14 lipca,
gdy wysadzili 300 skrytek sejfowych podczas fajerwerk贸w?
- Pami臋tam. - To on.
- Kt贸ry on? - Ten,
- kt贸remu sprzeda艂a pani Siedlisko Or艂a. - On?
- No nie... - Jak najbardziej.
A sk膮d pan wie?
Od str贸偶y. Akurat s艂yszeli, jak gada艂 przez telefon ze wsp贸lnikami.
Czyli nie jest taki g艂upi, jak my艣la艂am.
- Ma pan jeszcze jak膮艣 nowin臋? - Mam, ale niezabawn膮.
Jacques naprawd臋 by艂 chory.
W rzeczywisto艣ci...
jego ostatnie wyniki bada艅 by艂y katastrofalne.
Inaczej nie wpad艂bym na ten g艂upi pomys艂.
Ju偶 dobrze?
D艂ugo pana nienawidzi艂am.
Ale te偶 bym chcia艂a mie膰 takiego przyjaciela jak pan.
Jeszcze nie jest za p贸藕no.
- Pe艂en sukces... Nie przeszkadzamy? - Ani troch臋.
Ja id臋 na kieliszeczek grappy i pu艣ci膰 dymka.
A propos dymka...
Wiem, 偶e to g艂upie...
ale zachowa艂am ten niedopa艂ek.
Wtedy ostatni raz...
widzia艂am Jacques'a.
Francia...
pani ojciec pali艂 cygara.
Ma艂e.
Proponuj臋...
偶eby艣my je wypali艂y wsp贸lnie.
Nasza fajka pokoju.
Kocham ci臋, tato...
Wygl膮dasz jak Kubanka.
Ja nie mog臋...
- Fajnie zapali膰 w ko艣ciele, co? - Chyba chcia艂by.
- By艂by zachwycony. - Owszem.
Lubi艂am t臋 jego 艂obuziakowato艣膰...
Tekst: Joanna D臋bska
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.