Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Ścigodni mieszczanie, kupcy, rajcy, ławnicy, et professores,
ulitujcie się nad środkami naszymi,
które odbite z tatarskiego jasyru opieki się waszej
domagają.
Zapewnijcie im chleb, ojcowskie baczenie i surowość. Do waszej hojności i
waszych serc.
Pan starosta jurydyczny Piotr Wolski się odwołuje.
Dzieci piękne, rozumne.
No, że mieszczanie wybierasz.
Bo drugi raz okazja taka się nie trafi. I Bogu się zasłużyć.
I interes dobry ubić.
Jak masz na imię? Staś.
A będziesz umiesz?
Ojcze nasz, któryś jest w niebiesie, święć się imię Twoje. No chodź, biorę
Piwo, piwo.
Panowie żołnierze, wypijemy?
A czy prawu to się nie sprzeciwia?
Nie prawo.
przyniło człowieka, człowiek prawo.
Wasz mość, panie Stupnicki, dowiesz, że mnie pakujesz.
Wasz mość i prawem zarządzić i piwem nieszczęśnika napoić. Ja, ja
Boratyński wstawiam.
Ja!
Wasz mość, Boratyński się dowiesz?
A co, nie podoba się?
Nie, ja też Boratyński.
Wtedyś ty, Mateusz, mojego stryjecznego brata syn.
A waść Kilian, mojego nieboszczyka ojca brat stryjeczny. Ja wiem.
Stryjku, za co cię uciskają?
Jeży, miejsce dla przestępcy.
Więc korzystam z okazji mnie zająć.
Uraziłem pana Stupnickiego. W zeszłej zimy sługę mu w szeremblu
utopiwszy. Więc sześć niedziel należy odpokutować.
Mateuszu, w odosobnieniu odwiedzisz mnie?
Odwiedzę.
Do wieży! Do wieży!
Złe uczynki!
Zacznij mieszczanie!
Mistrzowie i kupcy, sierotki jeszcze czekają.
Zacznij mieszanie, kto weźmie Marcinka?
Umie pujareczki strugać i grać na nich.
Marcinek ty na imię?
Marcinek.
Biorę cię.
Wasz mości dziecka pod opiekę brać nie możesz.
A to dlaczego?
Bo więźniem jesteś. Ja?
Aha, rzeczy samej. No to rezygnuję.
Nie idę do więzienia.
Jakże tak? Wyrok mam.
Dawaj chłopca.
Uważaj, panie Boratyński. Ten chłopiec jest pod moją opieką.
A weź to.
Piotr Wolski, starosta juridyczny.
Starosta niby.
Za gotowiznę.
Waść mnie nie obrazisz, a sobie zaszkodzisz.
Chłopca cię nie dam. Ruszaj do bieży.
Szlachcic jestem.
Mam pierwszeństwo.
Nie. Pierwszeństwo mają tu mieszczanie, którzy rzemiosł go nauczą.
A nie waść, któryś jest pijanica.
Powtórz to.
I kryminalista.
No, panowie rajcy, kto weźmie Marcinka?
No, to już chyba ja.
Znacie mnie.
Jędrzej Rumianek, mistrz lutniczy.
Kiedy lubi muzykowanie, to mi się przyda.
Chcesz iść ze mną, Marcinku?
Chcę.
Mi dobra.
No.
Spóźniłeś się.
Spóźniłem się, bo śpiew odsłuchał.
Haniebnie cudnego.
Komedianci zjechali. Gdzie zaś komedianci?
Uw chłopak.
Uw Marcinek, co go Stryjaszek chciał z rynku wziąć.
Śpiewa w kościele.
Ale to ci powiem, że takich pieni w życiu nie słyszał.
Niech mnie kaci.
I powiadasz.
Czy ja go chciałem brać?
Chciałeś, stryjku.
I co?
Bo nie pamiętam.
Ale ci go nie dali.
Bo ja kryminalista?
Boś kryminalista i pijanica.
Ja pijanica?
A że w ich pioruny siarczyste nic nie pamiętam. I kto śmiał? Kto się
Rozsiekam łyka!
To nie łyk!
Nie no, pan Piotr Wolski.
A ten?
Popamięta mnie on jeszcze.
Stryjaszku, on Białoskórskiego rozłożył.
Boratyński lepszy.
Boratyński lepszy!
Kto by mógł zabrać go ze sobą do rodawki?
Śpiewem by gości bawił lepiej niż dziwo zamorskie.
Tylko sobie wiesz.
Lachrze, chodź.
Wyjdę z wieży, zasadzimy się gdzie.
Nakoń chłopca i pokrzyku.
Przecież to rapt.
Rapt, rapt, rapt. Kiedy o dziewczę idzie i szlachciankę, a lech... Chłopca bez
rodziny, miejskiego stanu.
Porwać i dać mu przystojne wykształcenie. Jakiś to rad.
Nie, stryjku.
Lepiej ja go namówię.
Będzie on chyba wolał u pana niż u łyka.
A jak nie będzie wolał, to majstrowi zapłacę.
E, błądzisz.
Przechodząc, wstąpiłem o lot chłopca się dowiedzieć.
Zadowoleni z niego jesteście?
Dobrze się sprawuje.
Miły i grzeczny.
Jego mość pan starosta.
Jak go jej mość pani znajduje?
Dobrze pracuje.
Życie śpiewem słodzi.
Dzięki za opiekę.
Kochamy go jak rodzonego.
Widzę.
No jak Marcinku, zadowolonyś? Tak.
Ktoś mnie ucieszył.
Urosłeś, bratku?
Jak skoczę, to dostaję tej lampy.
To pokaż.
Niedługo ci się wąt cypnie.
Ojejku. Nie bój się, to nie boli.
A młodzienie tu czego?
Przejazdem.
Prawdę mówiąc, mam sprawę. A, sprawę.
No to załatwiaj ją szybko i opuść ten dom. Nic tu po tobie.
Pamiętaj.
Słucham was, paniczu.
Co to za sprawa?
Chciałbym cię, panie Rajko, prosić, żebyś mi chłopca ustąpił.
Wezmę go ze sobą do rudawki.
Do dboru. Na pokoje pańskie.
Ktoś na niego wyłożył, zwrócę ci z własnej kiety.
A jeszcze dołożę.
Chłopiec z lutnictwa się u nas uczy.
Zawód piękny i pożytetny.
Ja go, panie mistrzu, szablą robić nauczę. To żadna
korzyść dla niego.
Będzie miał sługi, konie.
A da Bóg, to go i do herbu dopuszczę.
Marcinkowi w mieszczańskim stanie będzie dobrze. Milcza mu muzyka niż władanie
sługami.
Zważcie, czy na drodze do szczęścia jego nie stajecie.
Marcinku, pan Buratyński...
Chce cię pod swoją opiekę wziąć.
Zawiezie cię do pałacu.
Sługi, powiada, będziesz miał.
Szablą, powiada, będzie cię uczył.
A może i do herbu przypuści.
Szlakcicem może zostaniesz.
Rumianek się nie godzi.
Marcinek też.
Za dwa dni, wierzę, opuszczę.
Razem się zdradzimy.
Jakim sposobem?
Już ci mówiłem.
Dobrze?
Ano dobrze.
Zoha, do mnie tu!
Zobacz, jaki ci brat podarunek przywiozł.
Miszu! Miszu! Nie szukaj swojego mistrza. Nie ma, kto i nie będzie.
Gdzie ja jestem?
W rudawce. W majątności tego do kawalera.
To jest moja siostra?
Panna Zofia Boratyńska, która będzie towarzystwem i radą służyć.
Rozejrzyj się.
Pewnie ci się u nas podoba.
Nie!
Szelmo, nie docenisz pańskiej ręki, to
docnij!
A co to Tatarnia? Miejsce, gdzie Tatarów trzymam.
Dwa lata temu brałem udział w rozbiciu czambuliku.
No i masz.
Józup!
Do mnie tu!
Józup!
Wiesz, kto to jest?
Wiem. Jaśnie, panie. Młody lach, co śpiewa. A wiesz, że temu lachowi tatarzy
rodziców pomordowali?
Wojna była.
Pogańska taka wojna.
Żeby dzieci sierotami czynić i na arkan brać. Odwróć się!
Martinku, ilekroć tobie krzywda zbierze i rodziców
pomordowanych wspomnisz, to wysiecz Józupa.
I ulży ci.
No, bij go.
On niewinien. Ale Tatar.
Oni ojców twoich pomordowali.
On mały.
Coś, ty martwinku.
Przecież to muzułmanin. W nieprawości żyje. Siedź możesz na chwałę pańską.
On niewinien.
Pewnie, że niewinien.
Co z tego, że Mahomet w tej wiedzy się urodził?
Rozgdakała się koza. Koza nie gdaczy. Cicho!
Marcinku, trzymaj go krótko.
To twój jeniec.
Rozumie?
Można już, panie?
Można. Ja nie pan.
Ale lach.
Lach? To ty jaman, zły.
Sam ty jaman.
Nie, ja tatarzyn. A tatarzyn jakszy.
Jakszy, tak?
A kto mi odca zabił, co? Kto Matule zabił?
Zaraz zobaczymy, kto jakszy.
Nomad, strzelaj!
Zobacz!
Widzisz? A jak po waszemu kinżał? Kinżał.
A ogier? Ujgir.
A jak bazar?
Bazar. Jak po naszemu? Dużoście nam słów nakradli.
A ty to wszystko pewno wiedziałeś?
Wiedziałem.
A jak po waszemu śpiewak? Akin.
Akin?
Akin. Akin. Akin.
Akin.
Zaśpiewaj, wiesz co?
Czego bym cię wyuczył?
Jeśli żeby, to prawda.
Jeśli żeby...
Niech śpiewa!
Ale coś mocniejszego!
Niech śpiewa!
To jest gansoć, proszę, z ośmiu. Pan Piotr Polski, starosta
juridyczny.
Witamy.
Witamy i prosimy.
Zaszczyt to dla nas?
Nie z zaszczytami tu przybywam, ale z pocztem zbrojnym, który czeka przed
dworem.
chłopiec znajduje się pod moją osobistą opieką.
Prawda, Marcinku?
Prawda, panie.
I został za moją zgodą oddany do mistrza sztuki lutniczej. Czy nie tak, panie
Mateuszu Boratyński?
Tak jest, wasz mość, panie.
Skądże więc się wziął u ciebie?
A stąd, że zbrzydził sobie rzemiosło i przybył tu z Emeą, żeby się do rycerstwa
przyspasawiać. Spójrz, wasz mość, jak jest tu brany.
Niczego mu tu nie brak. Ani opieki, ani czułości.
On jest oczkiem w głowie. Naszy.
Wasza miłość.
Marcinku.
Z własnej woli tu przybyłeś?
Z własnej.
I chcesz tu pozostać?
Chcę.
Nie ze strachu to mówisz. Powiedz prawdę. Nie bój się, ja cię obronię.
Ja się nie boję.
No cóż, trzeba będzie tę wiadomość panu Rumiankowi zanieść, chociaż smutna.
Pan Wolski mówi, że chłopiec z własnej woli tam jest.
No no, niech będzie.
Ale tak myślę, że mój obowiązek jest iść i zobaczyć, jak mu się
tam wiedzie.
Jakże się pan majster do dworu dostanie.
Nie wpuszczą pachołkowie.
Z podłem wpuszczą.
Towar swój mogę zbywać, nieprawdaż?
Wezmę skrzypki dla Marcinka, ofiaruję mu je albo i sprzedam za duży pieniądz.
Skoro z niego taki pan.
Majstruniu.
Ja z panem, co?
Robić kto będzie?
Siedź.
Widziałem go z okna, widziałem.
Pewnie ci się przewidziało.
Nie przewidziało mi się, nie przewidziało.
Ja ci mówię, że tak.
Myślisz o nim za dużo i ci się zwiedział.
Widziałeś pana?
Jak ciebie teraz?
Ale go nie ma.
Znikł. Dlaczego?
Tego nie wiem.
Posłuchaj, mały brat.
Ja myślał, myślał i teraz wiem.
My uciekniemy, ty i ja.
My na dywanie Turkom figle pokazujemy.
Mały brat śpiewa, ja na rękach chodzę, kozły tam i z powrotem fikam.
I robię czary -mary.
Dużo pieniędzy zbieram.
Umiesz czarować?
Każdy Tatar umie.
Popatrz Marcinku, co ci w mieście kupiłem.
Pana Rumianka dzieło.
Tak, tak.
Pana Rumianka.
Znasz sytuację, krabie?
Nie pytano tam o mnie?
A, pytano, ale nie za bardzo.
No, mają już innego, dwóch.
No, czego leczy?
Co?
U czego weczy? Z czego weczy?
Jeszcze nie.
Pewny jesteś?
Bo raz, dwa może wysypać i będzie za późno.
Rzeczywiście.
Przerobił już.
Musisz uciekać, Marcinku.
Uciekać? Po co? Dokąd?
Do pana Wolskiego. On ci nie da krzywdy zrobić.
Jakie krzywdy?
Okaleczyć cię chcą.
Musisz uciekać, bo nie będziesz mężczyzną.
Chłopakiem do tańca i do różańca, ale babą tłustą będziesz.
Babą? Ja?
Tak.
Oni tylko twój śpiew miłują.
Musisz uciekać.
A ja ci w tym dopomogę.
Ja myślę, panienko, że nie powinienem panienki samej puszczać. Tylko pani
w przód o zdanie zapytać.
Połańczuk, nic mi nie grozi. Mam krócice i niech by kto spróbował.
Panienko, ja radziłem.
A że panienka nie posłuchała, to nie moja sprawa.
Ty, Połańczuk, zapominasz, że ja tu też pani.
Będziesz mi się opieką narzucał. To cię każę wychłostać.
Dobrze.
Nie widziałem i nie słyszałem.
Do zobaczenia, panienko.
Do zobaczenia.
Józef! Gdzie Józef?
Józef biegł. Nie ma.
Potrzebny mi.
Prześlij go i niech weźmie ze sobą łuk i strzały.
Efendi!
Józef poszedł. Nie wróci.
Jak to poszedł?
Dokąd?
Panenka. Z młody pan poszedł.
Z Marcinkiem?
Kiedy?
Rano poszedł, efendi.
I dotąd nie wrócił.
Choć już słońce zachodzi.
Nie znaju, efendi. Panna znaje.
Zucha!
Co się stało?
Gdzie Marcinek?
Ja nie wiem.
Urzesz.
Poszłaś z nimi z Jusupem.
Gdzie oni?
Uciekli mi.
Urzesz.
Uciekli. Ziołaśmy mieli zrywać.
Po co by mieli uciekać?
Marcinkowi tu nic nie brakowało.
A jakże nic?
Rozmowę waszą zrozumiał.
No i co z tego?
Moja wola czyjego?
Teraz jego.
Gadzino.
Zadowolona jesteś, że mi pieśniarz zbiegł?
Zadowolona.
A wy co za jedni? Z Rudawki. Chłopca przywiozłem.
Czyjżeś ty?
Pana Rumianka.
Marcinek? Uciekłeś z porwania?
Pana Wolskiego nie widziałeś? Nie spotkałeś?
Nie widziałem.
Pojechał do Rudawki.
Pewnie nas gonią.
Boratyńscy. Znam ja ich.
A wy co, Kmieciu?
Ja wracam, nie tam co.
Panianka kazali, to przywiozłem.
No, Siwek!
Bogiem! Bramy zamykać!
Nikogo nie wpuszczać!
Broń w pogodowiu!
Kiedy wróci pan Wolski? Niebawem wróci. Czekają tu na niego. Chodźmy.
A Jędrzej gdzie?
Czemu go z tobą nie ma?
Ktoś ty mistrza nie widział?
Do ciebie szedł.
Już tydzień jak się wybrał.
Skrzypce ci nowe poniósł.
Widziałem go przez okno.
Ale potem znikł.
Powiedzieli mi, że mi się przewidziało.
A na zajutrz skrzypce przynieśli.
Powiedzieli, że byli w mieście i po niskiej cenie kupili.
Nie trzeba, nie trzeba, mościa pani, nie trzeba.
Zbierzcie siły.
Dzieci macie dom.
Może żyje, może gdzie go w ciemnicy trzymają.
Co przed czasem łzy lać?
Będzie jeszcze radośniej.
Zobaczycie.
Pewnie wróci ze starostą Wolskim.
Wszystkich wojsko.
Myślałem, że zbójcy.
Czego chcecie?
Otwieraj bramę.
Choćby był sam wojewoda, bramy po nocy się nie otwiera.
Takie prawo.
Gdzie starosta?
Starosta, jurydyczny Piotr Wolski śpi.
Jak śpi, to mogę go wnet zbudzić.
Mam tutaj dosyć prochu.
Wasza miłość tego nie uczynisz.
Bo i my tu nieźle uzbrojeni. Dawaj, starosty!
Armata na dwór ustawiona.
Marcinek jest pod naszą opieką i wydać go byłoby wbrew prawu.
Wydajcie nam natychmiast obu chłopców.
Bodwór spalę!
A, w przód musiałbyś go, wasza miłość, zdobyć! A zdobędę, nie bój się!
Ciebie wraz z tą służbą w dybach do rodawki przewiodę!
Panie Boratyński, aresztuję cię za zamordowanie mieszczanina Jędrzeja
Zbrodnia?
Areszt? Mówisz młodziku, jakbyś prawnie znał!
Dziękuje.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.