Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
KONIEC
No to czasem... Nie śmiałbym przecież wodzić pana majora. Niech zaraz zginę,
jeśli na własne oczy nie widział kozła i dwie sarny.
Wszystko troje wyszło na ciemną dolinę, do bydła, jak ten kąt, ta struga. Aż tu
naraz kundys jeden i drugi.
Ej, panie, jak nie pójdą sarny moje?
Strach, aż się ziemia trzęsła. Przez garb, wielką banią, ponad Bartkowy
sarny dotychczas na drugim końcu świata. Zlękły się fur idących gośnicem i
hajrze łąkami.
Nam więc drogą od kopców zastąpić wypada. A ja z dębniaków cicho psy
a każda na strzelbę jak na rożyn wpadnie.
Ale leć, panowie.
I na urlopie nie dam wam próżnować. Ale zaraz, zaraz. Ja dogonię.
Załóż, Grzesio.
Wygram, jak wierzę, cofnę.
Wątpię.
Załóż się.
Dobrze, dobrze.
Nikt nam tu nie ruszy. Za powrotem przekona mi. Talara schowam.
Tyle marazm się mój Grzesiu już o to prosił, abyś kładł wszystko na swoim
miejscu. Czemu tu na mapach lulkę zostawiasz? Tam w szafce ma swój numer.
Nienawidzę nieporządku.
Otóż... Otóż nie mówiłem plama.
I ta basta.
A propos, a klucznica?
Kuszę wywieziono.
Chwała Bogu.
Ostatnia zatem giałogłowa usunięta z naszego domu.
Będzie wreszcie cicho i spokojnie.
Okrutnie gazała.
Bo stara, bo stara. O, o, o.
Panie poruczniku, wiem, co ważność chcesz powiedzieć, ale nic tego.
I pokażę, że jej żołnierz potrafi domem rządzić bez kobiety. Piękny żołnierz.
Dobry, dobry.
Śmienity. Zawsze się go panowie wyśmienitym znajdowali?
Zawsze przykłem było kobiece świegotanie?
Chodźmy na połowanie.
Goście jadą.
Dla Bogara Lambara.
I koć.
Rika.
Damy.
Damy?
Jedna, dwie, trzy.
Trzy, cztery, pięć.
Pięć? Pięć.
Jeszcze jedna.
Trzy, cztery, pięć. Jeszcze jedna.
Siedem, siedem, siedem.
Co widzę?
Co za gmachy, co za graty. O, to siostry moje.
O, przepraszam.
A nie masz za co, znam ja je dobrze.
Siostry, siostry.
Damy, przyjąć je wypada.
Grzesiu, mój mundur, mój mundur, Grzesiu.
Grzesiu, mój mundur, mój mundur, Grzesiu. Rad im być muszę.
Grzesiu, mój mundur.
Mój mundur, Rysiu, no cieszyć się trzeba, czy diabli na realie. Panie
siedź.
Jak się masz, panie bracie? Witam, witam.
Uważaj, gawranie, nie upłyśczeniam. Witam, witam. Jakże się mnie błagasz.
Czemu trzymasz kołusz?
Czemuś nie na stole, uskucz to za głupie dziewczę.
Dzieci już braci!
... ...
...
... ... ...
Witam, witam, panie siostry w domu moim.
Bardzo przepraszam kota. Za niegościnność piszki niecnoty zagraja.
Patrz, panie bracie, moja córka.
Owa Zosiunia mała.
Wyrosła.
Wyładniała. Nieprawda?
Za jej wychowanie nie postydzę się także.
W pierwszej stolicy świata mogłaby bezpiecznie rozmawiać i to...
nie jednym językiem. Nie jednym? Okropnie.
Miała i gubernantkę, madam, znakowitą i na wyższych naukach w mieście pół roku
strawiła. Palenka, gdy rozwinie. Ależ Anielko Luba, co też wygadujesz? Już się
rozwinęła. Czy licznie śpiewa całego Rosiniego tak, że wszyscy słuchać muszą?
Czy licznie tańcuje tak, że nigdy taktu nie chybi?
Czyliż nie tak maluje, że i kwiatek wszystkich zwodzi, że pan sędzia, chcąc
powąchać nosem, go zamazał?
Któż są ci panowie?
Rotmistrz Sławomir.
W szkołach jeszcze przyjaźń nas włączyła, razem wzięliśmy mundur, razem
nosili, razem może w jednej złożym go mogile.
Nasz poczciwy kapelan.
Także dawny towarzysz, wielki przyjaciel ludzi, wiele robi, mało mówi,
naśladować go należy.
To mój Edmund.
Już wam po części znany z mojego listu.
W jednej nieszczęsnej utarczce osłonił mnie własnymi piersiami. Tamto mnie
broniąc odebrał tę krysę przez skronie, która więcej warta niż dziesięć wieńców.
Ach, to pięknie być odważnym.
Dobrze, dość tego.
Teraz do interesu. Chcę pomówić z tobą, panie bracie. Zatem pozwolą panowie.
W jednym zwięzłym słowie wszystko ci opowiem. Nie lubię niepotrzebnej
bo kto ma rozum, łatwo po imię zrozumie, gdy mu jasno rzecz przełożę. Zatem bez
przemowy, lepiej w krótkości powiedzieć, o co chodzi, a potem dać przyczyny i
dowody.
Przystępując więc do rzeczy powiem.
Powziąwszy wiadomość, że na ulotie i że na przyczerbie... Kiedy chcecie kogo
przekonać, to nie zawsze najkrótsza mowa najlepszą mową bywa.
Najpierw trzeba dać przyczyny, co do czego nas nakłania. Potem całą rzecz
a na koniec dać dowody. Ty iduszko moja, napisz dzieło. O tym adres podbólnik
najprościejszą drogą zbliży się do tego.
Gadajcie, gadajcie, jeśli tak bardzo gadać nie umiecie. Bardzo proszę, ja nic
nie powiem. Ja nic nie wiem, ja nic nie umiem.
Gadajcie, łaskę mi zrobicie. Owszem, owszem, ja będę milczała. Niechaj
siostrynia rozprawia, kiedy jej tak przykrą chwila milczenia. Albo niech ją
wyręcy lub anielka. Gdyżbym ja się nie śmiała porównać w wymowie z kochanymi
siostrzyczkami. Ale proszę mówić, bardzo proszę.
Bez ceremonii, bardzo proszę. Mówcie, mówcie, bardzo proszę.
Nie przeszkadza.
Ja to od razu, ja to od razu.
Proszę, mówcie bardzo proszę. Bardzo proszę, bardzo proszę. Proszę, mówcie
bardzo proszę.
tam słychać?
Zaprzęgać. Nie każą.
Jakimś rozkazem zaszczyciły nas damy?
Rozumiecie? Ktoś tu to zrozumie. Ja nic nie zrozumiałem.
Obusza mi tylko dzwoni. Nic nie wiem. Nic u kata.
Znaczy się dowiemy, czy nie.
Wypada przyjęcie godnie.
Nieszczęście tylko, że nikogo nie mamy takiego w domu, co by umiał damę
przyjmować. Aha, źle.
Kobiet nie ma.
Wiesz, Jurembo, zaraz wszystko będzie.
Jak Kutasiński na łystego wsiędzie i dalej w pogoń za klucznicą rusza, jak on
dojdzie, niech baba nie trzepie, nie rozprawi, tylko na łystego wsiada.
No nie uchodź, nie uchodź. Ale czyż nie pustują nasze marketanki? Zresztą jak
zescy nie zrobi, byle by mi na jedenastą klucznicę przystawił. To to fratka, ale
obiad, obiad. Tym samym nie ujdźmy się umiejętnością naszego kurdesza.
Słynie on wprawdzie jako najlepszy kucharz w obozie, ale tak między nami
to co on umie dobrze zrobić?
Pieczę chuzarską i chuzarską pieczę.
Nie uchodzi, nie uchodzi.
Nadam innych przysmaków, potrzeba innych łakoci.
Trzeba by jakieś ozdoby dostał, czegoś pięknego, coś lekkiego.
Wiem, wiem, wszystko to Grześ zrobił.
Berwał po różnych miastach, po różnych borach, widział różne kuchnie. Grześ.
Grzyś zrobi ciasta, ale zrobi ciasta. Ale ja, panie majorze, daribów nie
Zrobisz jaka, że i basta.
Jest między drugim.
Trzeba by jakiejś rozrywki dał mu przy stole. Muzyczki? Co mówicie?
Coś by trzeba, ale skąd?
Skąd?
Grzyś! Jurembo, trąbią doskonale. A więc nic nie uchodzi.
Daj, że pokój kapelanie. Wszystko nie uchodzi. Zituj się, majorze. Wszystkie
jednej wypraszysz z własnego domu. Czemu diabła? Nie trąbią żywalca doskonale?
Niech im tylko kapelan w takt głową piwnie, a trąbią gładko.
Ale co za myśl nagle mi przychodzi wybornie.
Przedziwnie.
Ty, ty, rodmistrzu, musisz się tym zająć, Kasz.
Pod okny ma jadalnego pokoju postawić. Wiesz co?
Zgadnij.
Mojzieżyk nabity.
Jak przykrywiła tam rym z mojzieżyk. Ale nie uchodzi na honor.
Nie uchodzi. Wasz przecież, a to kobiety. Jest i kaznodzieja. Brawo,
kobiety. Nie wiedziałem.
Jam całe życie nie rąbał, jam się bawiał. Z damami zawsze dogodził,
Gadaj, nie gadaj. Ja z Moździerza wystrzelę. Można bezpiecznie, bo chociaż
przelęknął, to zapewne złych skutków przez strachu nie będzie.
Tak jest, złych skutków nie będzie.
A zabawić trzeba.
Zabawić trzeba.
Moździerz pod oknem postawić. Marsz.
Moj Grzesiu, jak będziesz trąbił, nie dmij też tak mocno, zwłaszcza w drugiej
części, na tej odbitej nucie zawsze ci tam w trąbie wrzaśniesz, a słuchać nie
było lekko.
Moja pani się kłania i prosi pana do siebie.
Kogo, porucznika?
Nie, pana majora. Czemuż na niego patrzysz, kiedy mówisz do mnie? Idź i
twojej pani, że wieczór jej służyć będę. Teraz nie mam czasu.
Cześć, czy później to cię czeka? O, mój kochany, dobrze i dzień cały.
Ale taką rzeczą odjazd, nie prędko nastąpi.
Moja pani teraz nie wieczór chce mówić z panem i zaraz to będzie.
Chodźmy się przejść albo jeźdźmy konno. Nie zostawiajcie się mnie samego.
Idźcie do ogrodu, bądźcie w odwodzie.
Jesteśmy sami? Tak, jesteśmy sami. W czterech słowach rzecz skończy. Tego nie
trzeba. Sama mówić będę?
Tak, sama jedna.
Usiądźmy.
W początku zaczynają. A od końca nie można by zacząć?
Cóż to za myśl, dzika? Bardzo roztropna, bo pamiętam, co by się dowiedział z
przeszłej rozmowy, jeśli teraz podobnie. No to by się, braciszku, z wiekiem
gadułą zrobiłeś. Milczę. Do słowa przyjść nie mogę. Słucham.
Ponieważ chcesz służbę porzucić... Ale ja nie chcę służby porzucić. Mówię
szczerze. Na co ty chcesz... A nie myślę.
Wyczekaj się ze mną, bo nigdy nie skończę.
Słucham. Bardzo robisz rozsąd. Ale...
Ale trzeba... Trzeba... Trzeba krótko mówiąc,
abyś się ożenił.
Przeżywać pani szalona?
Grzecznie, nie ma co mówić. Chciałem powiedzieć, że byłbym szalony.
Dlaczego? Spójrz, i na mnie masz odpowiedź. Mnie w tym wieku brać młodą
za myśl, co za myśl.
Nigdy małżeństwa nie byłem przyjacielem, a to bardziej teraz.
W obozie posiedziały szabla i koń, to były moje kochanki.
A jeśli czasem pokocham, to... Po chudarsku, póki dobrze, póki miłość.
Ja się mam teraz dwa mory wdawać, bubum szalony, a jeszcze szalejsza ta, co by
się za mnie wybrała.
Nie wiesz, kogo ci za żonę przeznaczę. Nie się gadam.
Moję Zosię.
To dziecię? Ma lat ośmnaście. A ja pięćdziesiąt sześć, cztery lata starszy
wadźpani. A nawet podobno wadźpani pięćdziesiąty trzeci.
Same wiceobelgi odnoszę za moje dobre chęci. Do dobrej chęci dziękuję, ale
układu nie przyjmuję.
To nie było posłagu, chwilę, w której byłeś powolnym moim zamiarom. Nie gadaj.
Proszę cię, szczęściem, które ci chcę dać. Ale szczęściem nie bardzo, ale
szczęścia nie widzę. Zatruć tyją z młodość dolegliwościami wieku starego i
wystawić się na poświętisko całego pułku huzarów. A zatruć. A niech to się trafi
tylko któremukolwiek z tego całego pułku huzarów. Ładna, młoda, dobra
dziewczyna. A zobaczysz, że co innego drugiemu radzić, a co innego samemu
działać. Nam się.
Nie się żenić. Mnie brać młodą żonę. Powiem im.
Chodźcie no, koledzy.
Siadajcie.
Dowiedziałem się nareszcie, o co chodzi.
Fraszka, chcą mnie ożenić.
Ożenić? Tylko go ożenić.
Z kim?
Z Zosią, z moją siostrzenicą. Nie uchodź.
To nie uchodzi.
Co słyszę?
A major? No i możesz się pytać? Nie chcę oczywiście.
No chyba bym oszalał.
No i brawo, brawo.
Ale miarkuję, że moje panie siostry nie tak łatwo odstąpią zamiaru.
No, przymusić się nie przymuszą. Zapewne, ale chciałbym jak najmniej o
słyszeć. A co Zofia na to?
Jeszcze nie wiem.
Moje jest zdanie.
Cóż to?
Rada wojenna?
To być nie może.
Niech katelan powie, co myśli. Nie uchodź, nie uchodź. Niech major powie.
Powiem, że nie chcę.
Uradziliśmy! Pewnie nic dobrego.
Panowie pozwolą.
No, majorze, teraz możesz zdążyć. Ale moja pani siostra.
Zostawiam was tam na tam.
Trzeba skończyć. Ale słuchaj, czekaj.
Kres losa.
Ale wrócisz.
Wrócę, wrócę.
Proszę sobie wypić z głowy wszelkie romanse, jakich kiedykolwiek słyszała.
Albo może przypadkiem i czytała.
Dla losu, nie dla miłości idzie się za mąż.
Zresztą twój wuj jest człowiek uczciwy.
Ma dobrą wieś, która pewnie w inne wpadnie ręce, jeśli się z tobą nie
Ależ, kochana matko, mam nadto dobre o nim mniemanie, bym mogła myśleć, że mnie
zechce mimo mojej woli.
Jak to mimo woli? Alboż masz mać panna inną, jak wolą matki? Wypełnić ją mogę,
ale mieć tam samą trudno sercu rozkazywać. Tylko nie o sercu.
Nareszcie może on nie zechce dla siebie samego?
Zechce, zechce, jak ty zechcesz.
Znam go dobrze.
Nieraz mi już ustąpił tylko dlatego, żeby się nie sprzeczać. Dlaczegoż,
matko, koniecznie pragniesz tego małżeństwa? Dla twojego szczęścia. A
będzie moim nieszczęściem? A na coś jeszcze młoda byś to nadal stanowić
Matka za córkę stanowić powinna.
Jestem jednak w stanie poznać, że jego wiek z moim wcale nie stosowny.
Patrzcie, jak to się ząbki przecierają. Kto by się spodziewał? Wiek niestusowny.
Młodzik, jaki trzpiot.
Byłbywać pan niedogodniejszy. Ten, co by mi się podobał, byłby najdogodniejszy.
Dość tego więcej ani słowa. Nie wyjdziesz za majora, to wiesz, co cię
Oj, Zosiu, ja cię kocham. Szczerze, twojego szczęścia pragnę. Nie bądź więc
dzieckiem. I pamiętaj, żona rozumna, co sobie raz ułoży,
nigdy odstąpić nie powinna i zawsze jedną drogą, powoli, powoli, krok po
ale niechybnie dojdzie do celu. A tym jest być panią domu.
I pana uznawać.
Bądź rozsądna, bądź posłuszna, a dobrze wiedzisz.
Myślę, myślę i pewnie nic dobrego nie wymyślę.
Ach, Edmundzie, Edmundzie, nikt nie będzie z naszej miłości.
Skądże ta smutna wróżba?
Nie wiesz, że jest wola mojej matki, abym wyszła za Majora? Matka chce cię
za Majora, a ja właśnie z jego świadczeniem przychodzę, że bardzo cię
I właśnie dlatego, że kocha, że nic się z tobą nie myśli i niech. To jeszcze nie
koniec. Ach, droga Zofia, miejmy nadzieję, chciejmy ją mieć.
Od chwili, jak się tu ujrzałem, jakieś niewymowne przeczucie szczęścia duszę
moją napełnia.
Wszystkie i mego ojca były starania, ale nie mógł się nawet dowiedzieć, którego
pułku byli żołnierze, na których czele wyrwałeś go śmierci, a mnie
najokropniejszemu nieszczęściu. W ostatniej życia godzinie wspomniał cię z
wdzięcznością i mnie ją przekazał w jedynej spuści.
Więcej niż wdzięczność.
Zyskałem miłość.
Najszczerszą i najświętszą, bo uświęconą ostatnią wolą ojca.
Innych praw nie rosz. Ale Edmundzie, moja matka nic nie wie o tym.
Nieszczęściem rodzice nie żyli do tobą od lat dziesięciu i dość było
że to było wolą męża, aby ją nie przebłagano na zawsze uczynić.
Nic więc jej jeszcze o tym nie mówmy.
Wysyjnie jego pomocy. Mógłbym ufać majorowi, gdyby tylko nie w tej mierze.
nieprzezwyciężony nieprzyjaciel małżeństwa i choćby mi nie przeszkadzał,
straciłbym pewnie jego przyjaźń, może i szacunek.
Szczęsne uprzedzenie.
Ale wiedz jeszcze o tym, że jeżeli nie wyjdę za majora, Smentosz, obrzydły
licharz, moją rękę ma otrzymać.
Czy podobna?
Aby matka...
Podłog niej majątek szczęścia.
A do tego mówiąc, między nami jest trochę...
uparta. Co robić?
Przykra rzecz udawać. Zwłaszcza z przyjaciółmi.
Ale ich uprzedzenia, często nierozsądne, uprawniają poniekąd niewinne
oszukań.
Trzeba więc, abyś oświadczyła majorowi, że chcesz pójść za niego.
Tego się nie lękaj, ja ręczę. Twoja matka, widząc cię przychylną swojemu
zamiarowi, odpowiedz Mentoszowi, a major, coraz bardziej ponaglany,
ostrożnie podsuniętą myśl mną, wyręczy ciebie.
Ach, to by dobrze było.
Staraj mu się tylko podobać, bo zakochać się nie zakocha, a dobrze będzie, jak
pojmie, dlaczego ja kocham. Mam więc.
Być matce powolną i majorowi przyjazną.
Ty jednak pewny, że nie zechce?
Tak pewny jak ty mojej, a ja twojej miłości.
Trzeba było stawić pod samym oknem.
Wystrzał był za mocny.
Za mocny? Któż nabijał?
Zaj!
Pewnie dałeś więcej trochu.
Troszeczkę, troszeczkę tylko, panie majorze. Troszeczkę? U niego to nic nie
znaczy. Troszeczkę.
Patrz, co to twoje troszeczkę narobi. Nie byłbym się tak polękły.
Tak.
To przynajmniej może by jedna zęblała.
Jedna? No niech by dwie.
Dwie, ale trzy.
Trzy od razu? Trzy od razu, panie. Chyba ty po doktora krew im puszczysz. Ale im
przyjedzie. Ale lepiej niech im grześ. Ale nie uchodzi, no nie uchodzi.
Panie majorze, podejmuję się.
Przecież nasze damy przyszły do siebie. Pani Orgonowa ma tylko spazmatyczne
ziewanie, pani Dyndalska lekką kolkę, a panna Aniela cokolwiek dreści, ale
wszystko ustanie po chwili spoczynku.
Chwała Bogu.
Wracajmy do obiadu.
Moja pani prosi, abyś pan kazał, żeby konie mniej hałasowały w stajni.
tupają i kichają, a to szkodzi nerwom mojej pani.
Nerwom szkodzi.
Koniom kazać, żeby nie hałasowały.
Grzesiu!
Konie zostanie wyprowadzić.
Dokąd? Dokąd chcesz. Niech go czują.
Moja pani prosi pana, abyś pan kazał powynosić wszystkie armaty, skuzie i
pałasze, bo się lęka nowego przypadku i spać nie może.
Armaty!
Powynosić! Pałasze.
Grzesiu!
Brać zabroć i na strych wyjść!
Moja pani prosi, abyś pan kazał zakadzić pod oknami, bo proch bardzo śmierdzi, z
czego drzt się powięca.
Grzesiu!
Czegoż chcesz?
Kazesz zakazić.
Na dworze?
Bądźcie zdrowi.
Dokąd? Jadę.
Odstępujesz nas?
Nie wytrzymam.
Ja pojadę z tobą.
Chcesz i mnie?
Moi panowie, jak się to chcecie same damy zostawić?
One sobie tutaj dadzą radę. Ale one was nie puszczą. Cicho!
Cicho, trzeba w sekrecie wyjechać. Trzeba uciec. W sekrecie. Uciekajmy.
Kulbaczcie konie. Majorze, lotnictwu tak nie można.
Zbierzmy się.
Ach, Zofia, źle się dzieje.
Major, rosnicy i kapelan ułożyli ucieczkę.
Jak to chcą odbiegać? Tak jest tajemnie. Idź, powiedz to matce, tylko nie mów,
że wiesz ode mnie. Ja także muszę z nimi się wybierać. Cóż, pomoże moja matka?
Już pan o tobie poradzi. Tylko i powiedz.
Chcą uciekać.
Uciekać?
Nie puszczać.
Biegaj, wędalszu.
Skocz, no a nie wdygać.
Czekajcie. Niech.
Proszę.
Zaraz.
Major, niech tu przyjdzie.
Nie odtępujcie go ani kroku.
Wybierajcie!
Rzecz niesłychana. Nie do uwierzenia. Sprawka panów doradców. Inaczej sam by
śmiał. Panu rotmistrzowi wszystko nie na rękę. kapelanowi. Albo i porucznikowi.
To nic nie znaczy. No, nie wiesz, temu się strudnić. Uwiedź ręce. Ona nie
pomoże, nie zaszkodzi, ale ci starsi.
Ci starsi. Jak zaczną ruszać mąciskami, to by pogin w lat jeden na drugi. My tu
gadamy, gadamy, a pan kolega kiwnie głową i już po wszystkiemu.
Rok mączy.
Najstrożniejszy. Kiedy tak, poświęcę się waszemu dobru i pójdę za niego.
Ale on ma rozum, kochany aniołku.
A, dowdziębać, panie. Niech mu się stara podobać.
Albo go podbiję, albo go wystraszę, zatem zawsze dobrze. Chcę wam służyć
waszych urągań i zobaczycie, że z tego dokaże.
Majora rozczuleć.
Nie daj mu odetchnąć ani momentu. Jak go zmęczymy, to na szybko przystanie. Już
ja go znam dobrze.
A kapelana z obydwoma poruszyć.
Otóż i major.
Witamy z podróży.
A gdzie się to pan brat wybierał?
Chciałem konia przejechać.
Konia przejechać?
Konia przejechać.
Tak.
Mały spacer zrobić.
Mały spacer zrobić.
I wrócić?
I wrócić.
Prędko? Tak.
To jest... Nie, bo to...
Na co to udawać? Lepiej prawdy.
Masz rację, bać pani, nie umie mnie jeszcze udawać.
Chciałeś nas więc odjechać. Chciałem.
Chcemy to stawić. Chcemy to stawić.
Chcemy mnie?
Bez podziwiania.
Do tego stopnia potmować nie przeszedłeś? Mężczyźnie, pani, to nie
niegrzeczność. Dobrzejność.
Nie inaczej. Nowym celestwem o tobie. Gości w domu odjeżdżają. Myślałem, że
beze mnie lepiej będzie. Nie umiem, przyznam się, wam przyjmować. Nie wiem,
czego wam trzeba, a czego nie trzeba.
Wszystko byś wiedział, gdybyś był kontent naszego przyjazdu.
Ale niestety.
Siostry kochają, chcecie?
Przez tyle dawno nie widzę Cię.
Udęsknione brata uściska.
Mimo wszelkich trudności wybierają się do Ciebie. W najniegodziwszą drogę.
Ugrzęzłyśmy dwa razy.
Którzy wyciągną na moją biedę.
Taka wdzięczność. To boli. Moja pani siostro.
Wdzięczność i od brata. Moja pani siostro. Odpływa serce. Moja
pannu siostro.
Stryga, dajcie, róbcie co chcecie, tylko nie mdlejcie, bo to wszyscy jabłek.
Chwili, to za brzydkie słowo. Nie znać, panie, że nie dam przyjmować, a nie
umiem z nimi rozmawiać.
Jednak co każecie, to zrobię.
Oprócz jednego ożenienia się, tym służyć nie mogę.
Kto waćpana do ożenienia zmusić może.
Kto waćpana ciągnie do ołtarza.
Staraj się tylko poznać, losi. Ale na co to wszystko się przyda?
Dlaczegoż tak niemiłosiernie gardzisz tym biednym dziecięcym?
Płacu biedaczka utulić nie może.
Znowu płacz? Eee, to wszyscy!
Otóż ja mam...
Miej wzgląd na jej mózg.
Sprawa.
Zapewne, bez wątpienia, oczywiście, wiesz
to, ten to jest zamiar twojej matki względem...
Wiem. Cóż ty na to?
Ja nic.
Mów szczerze.
Szczerze mówię.
Więc nic?
Nic.
Jednak cię to trochę martwi. Wynajmniej.
Wzroczu! Nie możesz się bać, pan dobrodziejny. Mylę się.
Rzecz dziwna.
Jak to tej biedaczce powiedzieć?
Ja ciebie nie chcę.
Diablina dalej, moja panienko.
Chciałbym, żebyśmy się mogli zrozumieć. Ja tego jedynie pragnę. Dla dobra nas
obojga. Powiedz mi więc, chcesz iść za mąż? Tak jest.
To niedobrze.
Dlaczego? Dlaczego?
Dlaczego niedobrze?
Myślę, że weź panna możesz tu łatwo zmiarkować. Wcale nie. Przynajmniej
nic nie widzisz.
I owszem.
Rzecz dziwna.
Miarku jednak życie to trochę martwi i nie byłabyś szczęśliwą.
Od niego to zależeć będzie.
Nie tylko od mojej woli zależeć będzie, ale od wielu, wielu okoliczności. Ale
jest jak trudno przewidzieć. Po części, moja panienko, po części.
Ja nigdy nie zgłębiałem, co stanowi istotę części w małżeństwie, ale wydaje
się, że dwie osoby powinny się dobierać jak para koli. Równy chod, równy zwrot,
równy ogień. Wtedy się dobrze jedzie, a mniej morduje. Ale kiedy jeden bystry,
długi, leniwy, ten miękki, tamten twardousty, ten ciągły, tamten schacze,
diabła warto, prawda, paninko?
A gdybyśmy się tak...
pobrali, do której pary koni można by nas porównać do pierwszej czy do
Podobność do drugiej. Wadź panna by się biegła, ja się już potykam, wadź panna
by skakała, ja już pokastruję. No śmiesznie, najlepiej się śmiać niż
zrobić. Nie myśl, ale porównanie nadśmieszyło mnie trochę.
Więc bez porównania.
Wadź panna młoda.
Lubisz się bawić.
Dobrze, że lubisz.
bo to na to pora. A ja nie do tego. W dzień służbą zajęty,
w wieczór sajkę palę, w nocy chrapia się okna często.
Czyliż tylko uciech i rozrywek w małżeństwie upatrywać trzeba.
Jest, że młodość wieczna, abyśmy zapominali o późniejszym wieku.
Bardzo rozsądnie.
Bardzo, bardzo rozsądnie.
Rzecz dziwna. Dziewczyna młoda, ładna, rozsądna.
Rzecz dziwna.
Ale Moja panienko, nie mówiąc do ciebie, wiele bardzo wychodzi za mąż dla
zyskania wolności.
Wolności. Rozumiesz, panie, jak ja to rozumiem? Jeśli na męża nie stworzony,
tym bardziej na takiego, co wycierpiał pewne winy.
Bytecznej wolności, wolności bez granic nieprawdy.
Bardzo chcę.
I co to jest za mnie?
Rzecz dziwna.
Z tym wszystkim ja myślę, że...
Potrzeba by... Wyraźnie, wyraźnie, kochany wujo. Bardzo rozsądna.
Nie chcę pójść za mną, żal mi ją zmartwić, bo widzisz, moja Zosiu, że...
przyczyn szukać? Nie znasz mi wać, pan Dobrodziej, to dosyć, ale mnie poznać
możesz. W ostatni wiek czasowi, a mam nadzieję zyskać na tym.
Nie trudno ci to będzie.
Moja Zosiu.
Czy tak?
Z tymi oczkami. O nie! o tym mowa. Z tą buzią. Proszę.
Z tym kształtem. Mam się dziwię.
Wszystkiego się spodziewam.
Jeszcze mało.
Że mi teraz uszło.
Odmłodniałem.
Odmłodniałem.
Czuję, że odmłodniałem.
I nie dziwię, dziewczyna młoda, ładna, rozsądna.
A w drugim się tak ożenił. Niech się dzieje, co chce.
Nie, nie. Niech się nie dzieje, co chce.
Tylko, że... po tej nowej, pełnej strony... Ja
myślę... Ja byłem tam źle. Co robić?
No co, panie bracie?
Jakże stoją interety.
Różnie, różnie.
Zosia pomiesana, wać pan zamyślony, dobry pan.
Znak niezły, to prawda.
Jakże ci się podoba.
Ładna dziewczyna, nie ma co mówić. Miła, dobra, rozsądna. A nie
mówiła? Bardzo rozsądna. Wszyscy wiedzą.
Gwałtem chce iść za mnie.
Gwałtem, gwałtem. To nieźle. Bardzo dobrze, bardzo dobrze.
Ale z drugiej strony... Nie ma z drugiej strony. Podobała ci się?
Podoba ci się, podobała. To śledzenie. Zdaje się, łatwo mówić. A co ci
przeszkadza? Co przeszkadza? Na przykład. Na przykład. Lat pięćdziesiąt
Fraski. Ale nie lat ośmnaście. Fraski. No zresztą fraski, a diabła tam fraski.
Kobiety szybko się starzeją.
No, to prawda.
Zosia ma lat osiemnaście?
Osiemnaście. A za dziesięć lat będzie miała dwadzieścia osiem. To prawda.
A za 15 będzie miała 33.
Prawda? Już po młodości.
I co prawda?
Jakaż to wielka między wami różnica?
A już... Bardzo mała, bardzo mała.
A potem, weź pan wcale nie ma 56.
Mam, mam. Przecież muszę wiedzieć.
Mam metrykę.
Nic nie znaczy. Bo tak.
Aniela ma rok 40.
Ja... czterdziesty drugi skończy, a pani Orgonowa zacznie
czterdziesty szósty. A waćpan jest od niej, od niej, od cztery lata starszy,
tak? Czyli, że waćpan ma rok pięćdziesiąty, rzecz jasna.
Chyba myłka w metryce. No,
pięćdziesiąt to co innego.
A potem powiedz, waćpan.
Czy nigdy ci się nie trafiało widzieć szczęśliwe małżeństwo, a nie równego
wieku? I owszem.
Niedawno pan prezes Radosław ożenił się z młodą osobą. I konter. Konter.
Szczęśliwy. Szczęśliwy. Tylko mówią, że jego własny sekretarz... A sekretarz,
sekretarz, bo pan nie ma sekretarza. I to prawda.
A, a, pan prezes Połtaziński od trzech lat młodziutką osobą. I żyją
Szczęśliwie. A diabeła tam zapomniałem. Rok temu musiał się rozwijać, czy za
rozwój zapłacić.
Nie, nie, bo też bać pan wyszukuje przykład.
O, co tu daleko szukać?
Wiesz, bać pan, w jakim wieku był nieboszczyk Dędalski? Kiedy mszała dla
A Bóg widzi, że nie miał przyczyny skarżyć się nam.
No i to prawda.
Ale to nieboszczyk był zawsze jak nieboszczyk, lecz pani robiła i coś
A jak bać pan, że chcesz?
zależy. I to prawda.
Wszystko od układu zależy.
Czekaj no.
Niech to zostanie naprzód między nami. Muszę w przód. Z koleżkami się naradźmy.
Oczywiście.
Proszę.
No dobrze więc, ale nie tracimy czasu.
Jak mi ktoś coś do rozumu powie, to ja umiem ustąpić. Nie jestem uparty. Nie
utrzymuję złego dlatego, żeby nie przyznać, że się dotąd błądziło.
Otóż ja o niej trochę natrętnie, prawda, mówiąc.
Chcą mnie gwałtem ożenić, ale to powiadam wam gwałtem. Od rysiu, że
swego, z którym zrobią, co chcą.
Którego za noc będą wodzić, co chodnicie spodoba.
My sobie daremnie głowy nie ławią. Ale zabawić z kruzami mogą.
Mam lat pięćdziesiąt.
Koniecznie chcę iść za mnie.
Nie dowodzi dużego rozsądku.
Mam lat pięćdziesiąt.
Kto wie, co ją zmusza. Może rozkaz matki. Może chęć stania się jej pomocką.
Gwałt chce iść za mnie.
Ale pewno nie uchodzi, nie uchodzi.
To każdy wie.
Bardzo rozsądne.
Rozsądne, rozsądne.
Czy by to tylko rozsądek chodził?
No, prawdę mówiąc, rozsądek rzecz nie mała.
Chcesz się tym dzienić? A tego jeszcze nie mówię.
Jestel czatem?
Tylko należy rozważyć wszystko od układu.
Zależy. Mam lat pięćdziesiąt.
Co za odmiana, to uchleje, to być może.
Nie żartuj sobie z nas, majorze.
Rotnisz zapala się na mnie, ja gardło moje stawię, że nigdy nie zrobisz
szaleństwa. A co to szaleństwa? Szaleństwa? Proszę być grzeczniejszym,
poruczniku. Szaleństwa. Ale porucznik ma rację, mój majorze, mój majorze. A mój
kapelanie, mój kapelanie, gadaj prędzej albo nie gadaj wcale.
Żal się więc.
Żal się czy nie, ale szaleństwem mojej czynności nikt nie ma prawa nazwać. I
kwita. Ale nie uchlej. Uchodzi, nie uchodzi.
Ale kto mnie ma uczyć, co uchodzi, a co nie uchodzi?
Ale rób, co chcesz. Nie mam potrzeby sprawiać się przed nikim.
Chleń, to szleń, tak, do rady. Nie masz się w tego wgiewać.
Chciałeś rady, to bierz taką, jaką dają. Co innego rada, co innego nagala. Z tym
dotychczas miał fałszywe wyobrażenie o małżeństwie, nie myślę zachować go do
śmierci.
Piękna to rzecz, stan wojskowy, aż przykryć się czasem może.
Wolność, wolność głosi, ma zawsześmy pod rozkazami. W końcu staremu, choremu nie
ma komu i poduszki pod głowę podłożyć.
Co to tak strasznego mieć zawsze koło siebie miłą, lubą, dobrą, młodą osobę,
zawsze o nas pamięta, co na głaszce cacka pięści. Co to tak strasznego?
Dlatego, że nieuparty mam być szalonym.
Szalony. Szalony, kto myśli inaczej.
Nieprawda?
Nieprawda.
Nieprawda? Nieprawda.
Bądź w drów!
Uniżony!
Przyjechało ich trzy, jak jedna, ze swoimi mopcami, kotami, srokami,
jak dla sobie... Z rozsądnego człowieka, głupiec.
Jemu się żenić.
I to żenić z dzieckiem.
Jakbyś tak zachciał koniecznie, to niech byś sobie był znalazł co dojrzalszego.
Tylko, że...
Dobrze, że tu zostaję, mać pana.
Jak też możesz być pan tak spokojny?
Będąc przyjacielem Majora.
Jak możesz wyzwalać na jego ożenienie?
Nie zezwalam.
Ale nie starasz się odwieźć od tego szalonego zamiaru.
Zawronić nie mogę.
Potrzeba jemu odmiany losu?
Zapewne, że nie.
Cóż przyjemniejszego nad stan woliskowy?
Zapewne. Używa obecności, a przyszłość się nie troszczy.
Zapewne. Podległy tylko temu obowiązkowi.
Za sługa jawna, ta za mnie mówi, że nic jej łaski nie potrzebuje.
Nigdy sam, nigdy opuszczony.
Zawsze w towarzystwie? Przyjaciół, doświadczony.
Bo gdzież lepiej poznać człowieka, jak w trudach, biedzie, niebezpieczeństwie?
To prawda.
Tam nie popłacają, wykształca mu słuchka. Ha, ha, ha!
Tam działać potrzeba. Tak na męża przystało. I na dobrego żołnierza. Źle
dobrze, ale zawsze tak.
Prostą drogą i śmiało.
Nigdy się nie bać. Nawet samego diabła.
Szczęśliwy.
Szczęśliwy. Kto ten stan obrał.
Gdybym nie była kobietą, byłabym żołnierzem całe
moje życie.
Proszę.
Raz nawet myśl taką miałam, ale to dawniej,
żeby ukryć płeć moją,
przywdziać się mundur i stanąć w szeregu huzałów.
Szeregu huzaru i ukryć.
Rzadka kubica. Ale tylko w kawalerii służyć bym chciała.
W kawalerii?
Tak konie lubię.
Konie pani lubię?
Szalenie.
Rozum udowodni.
Sama nawet konno jeżdżę.
Konno. Widzisz?
Co za kobica.
Cóż to do ucieka.
Dobrego do się ścierunaka.
A jeszcze młodego.
Trochę dzikiego.
Uczyć go prawie chodzić. Powoli.
Cierpliwie, jak z dzieckiem. Potem żwali.
Ostrożnie.
Kłusować. Niech się wyciąga.
Galopować. O, lewo, prawo. Dziądzio, rogoł.
A czas, czas.
Na co?
No tak, ale... Masz uparty, ale i to... Tak, tak, masz uparty i to...
Ostrożnie. O, ostrożnie.
Można znarobić. Bo można.
Nie siedziałabym w stajni.
To tego.
To tamtego.
To znowu tego.
Kazałabym przejeżdżać. No, sama przejeżdżała.
Cóż to zaraz.
No, honor.
Rzadka. A potem wieczór fajeczkę zapalić.
Tego smaku to już trudno damom pojąć. Jak to?
Alboż to jedna? Ja pierwsza tytuń lubię.
Lubisz pani?
Sama palę.
Sama tytuń pali.
Co to za kobieta? Co to za kobieta? Tak miałam odrębne gusta od
całej płci mojej.
żem dotąd zamóż wyjść nie chciała.
Ci miejscy panicze to pragną, żeby żona się stroiła,
bawiła, kręciła, trzpiotała.
Oni nie mogą pojąć kobietę, co by lubiła życie obozowe. Szalone głowy!
Marsze, koczobania, ruch, prateł.
Czemuż to pani wojskowego rączką swą nie zaszczyciła?
Sama płocha młodzież trafiała mi się tylko.
Sama płocha młodzież?
Nikt w wieku rozsądnym.
Nikt w wieku rozsądnym.
To wycenił mój sposób myślenia. Być nie może.
Serca żołnierzy z kamienia.
Nie zawsze.
Niewzruszany.
Twardy. Lud twardy, a przecież się w słoicu topił. O, fi,
radmistrzu. Nic złego.
Tak mi gorąco.
Co to za kobita?
Chodźmy do gradu, tam chłodniej.
Może do stajni? Potem, później.
Majewskę.
Później, później.
Idę, gdzie karze.
Co to za kobita?
Co to za kobita?
I cóż ty, Józiu, na to? Na co? Na tych naszych panów.
Jakieśmy przyjechały, jak to się patrzyło, jak to się srożyło. Nie
się, jak spotkam którego, a zwłaszcza majora.
Mnie się zdaje, że jakbym była najdzielniejszym żołnierzem, to bym...
jakbym go dowatnęła.
Te wąsitka dla Boga. A lotnik?
Jeszcze straszniejszy z tymi swoimi miotłami. A to jedna idzie do góry, to
ta druga na dół. Bo to znowu ta do góra, ta na dół.
Mnie to aż w dresz przechodzi.
Tak, między tymi wąsiskami to człowiek jak w lecie.
Obrzydłe huzarki.
Najpłodniej, Koziu.
Porucznik.
Porucznik.
Porucznik.
To mój kochanek. To ja go mam, muszę odebrać.
Czemu pan Grzegorz tak smutny?
Gdy? Tak niech je kocha.
Szczęśliwa, ta co się podobać umiała.
Która tu ładniejsza?
Kochasz się więc, wać pan?
Kocham. Dali Bóg kocham. Czemu się więc, wać pan, nie żeni?
Myślę. Dali Bóg myślę. A to jeszcze to wszystko?
Nie wiem, czy mnie zechcą. Ja bym nie tkwiała.
Tylko, że dla pana to wielki tkwiot być musi.
Nie, nie.
Wiesz mnie, mać panna, że nie.
To tyle płocha. Nie ma i wątpienia.
Nie rozumiem.
Jakież by to był los biednej żony. A dlaczego biedny? Los mojej żony byłby
najprzyjemniejszy. Najprzyjemniejszy?
Zaraz po ślubie, wróciwszy do półku, kupiłbym jej...
Pięknego konika. Konika.
Tak. Potem porządną, mocną baryleczkę.
Baryleczkę. No i piękny, z przykrywką zamykany koszyk. Koszyk. Koszyk. To
pięknie.
Miałaby trunki i żywność. Tak. A że jestem znanym u panów oficerów, moja
im tylko, tylko by im rozdawała.
Rozdawała.
Ja żałuję, że nie jestem Turkiem. Papurek!
Papurek! Papurek! Ja wiem, że tak, ale tą radą byłoby mi dobrze, bo mogłyby się
z Wami w temach, z Wami w temach naraz, że nie?
Ach, Panna Fruniu, kochasz mnie, Wadź Panna?
Jakże mam kochać, kiedy Wadź Pan jeszcze między nami nie wybrał? A no Ciebie
wybieram, sroczko moje.
Zapewne. Dziś kieło żenie, jeżeli zechce. Nie, na to jeszcze dość trzeba.
ale moja niecierpliwość. Tak mnie bardzo pan kocha.
Więcej niż własnego mego konia.
Jednak może ci wyznać, że mci twój przyszły los ze mną tylko z pięknej
wystawił. Bo są niektóre... Idę, idę! No i coś będzie.
Wszystko dobre.
Ach, Froziu. O, Grześciu.
No mam którą zechce. Najlepiej zawsze z miejsca nacieraj.
Co tu myśleć? Nikt jeszcze myśleniem samym nic nie zrobił.
I Józia ładna, i Zuzia ładna, i Fruzia.
Najładniejsza. No ta będzie moja.
Luba dziewczyna.
Pan radny się widział?
Widział, widział. Prawda, panie rotmistrzu, że jak sarneczka.
Jak sarneczka?
Tego nie znajduję.
No ciągle skacze.
Skacze, no to... Tego nie widziałem.
Nigdy z tępią, zawsze kłusem. Kłusem? Ale grzeczny powiedzieć, że kłusem konno
jeździ.
Konno jeździ? A jeździ.
A do diabła! Co w to mi graje?
Za pozwoleniem.
To się każdemu podoba. Prawda, panie Rotmistrzu?
Na rozum.
Z taką się żeni.
Ty pohebnisz?
Dzikie jesteś w nieułożenie.
Ty? Ja.
Ty, ty, ty?
Już się żeni pan Rotmistrz.
A co ty gadasz?
No ja, ja, ja.
Z kim ty śmiesz się żenić?
To z panną Fruzią za pozwoleniem.
Z Fruzią, stara gaduła. Idź precz!
Poszalał. Jak mu się rzelić w jego wieku?
Co on sobie dobrego obiecywać może?
Panna, nie daj się spóźniać.
Może gdzieś w ogrodzie.
Mówiłeś z Majorem?
Wiem, ale... Kto by się był spodziewał?
Rozsądny człowiek mój kochany wszystkiego się spodziewa.
Żadnej więc nadziei, aby zamysłu odstąpił? Żadnej zapewne, żadnej. Wiem,
jeszcze się pytam.
Wprawdzie nie mogę mu radić.
Ale i odradzać nie mogę.
Najlepiej.
Będzie z nią szczęśliwy? Będzie, będzie.
Ja odjeżdżam, ale sprzód wymagam od twojej przyjaźni jednej usługi.
mnie. Przeszłej wojny.
Ach, Sofia.
Edmundzie.
Co żeśmy uczynili?
Żadnej, że już nie ma nadziei?
Żadnej.
Rozłączyć się musimy.
Na zawsze.
Odkryj mu miłość naszą. Nie mogę, co za cel.
Major zgodziłby się pewnie.
Ale będziesz przez to moją.
Może matka? Nie zdwodźmy się, nigdy nie zezwoi.
W końcu nie majora, to z kmentosza zostaniesz żonę. Okropny.
Odjeżdżam. Kiedy?
Tej godziny.
Już? Już tak prędko? Mam, że być świadkiem. Nie koniecznie.
Nie koniecznie. Uchodź od wątki.
Nasza tajemnica.
Wierz mi, nią dla majora pozostać powinna. Kapelan wie tylko i ten. Jedzie
ze mną. Ten uczciwy człowiek wsparł mój chwiejący się zamiar.
i ustalił w drodze, której honor trzymać się każe. Ach, to musicie coraz więcej
kochać już.
Terta nasze razem zostaną.
No dobrze.
Sofio, zapomnij o mnie.
Nigdy. Bądź szczęśliwa.
Bez ciebie?
Dla mnie.
Raz więc ostatni.
To będzie raz ostatni.
Rzecz straszna.
O co idzie?
Rzecz okropna.
Dobrajże.
Niespodziewana. Cóż takiego?
Co?
Co? Co?
Porucznik. Cóż porucznik?
Porucznik kocha się w Zofii.
Zbytnia przenikliwość.
Skoro przenikliwość, skoro ha, ha, ha, nie powiem, co bym widziała.
Na własne oczy.
żeś widziała.
To tylko przeciekliwość.
To powiedz, aniołeczku.
Ty taka dobra, że się nigdy nie wniewasz, to mój aniołeczku. Prędzej!
Więc słuchajcie.
Słuchamy, słuchamy.
Porucznik? No mów, że prędzej.
Porucznik za chwilę w rękę całował.
W rękę całował?
W rękę całował. W rękę? To jeszcze nic. Cóż takiego?
Porucznik jest porucznik. No mów.
Porucznik klęczał przed nią.
Klęczał przed nią?
Klęczał tu, w tym miejscu.
To jeszcze nic.
Dla Boga, tuż jeszcze.
Porucznik... Porucznik trzymał ją w objęciu.
A Zosia? Co Zosia?
Zosia, Zosia. A, Dosia, no, no.
Dosia była w jego objęciu.
Rzecz straszna.
Niesłychana.
Kocha się? Kocha.
Rękę całował? Całował.
Klęczał przed nią? Klęczał.
Trzymał ją w objęciu?
Trzymał.
To porucznik.
Otóż teraz się pokazało, kto gadać musi.
Teraz nikt mnie przekona. Zawsze, zawsze, zawsze gadać będę.
Panie wrocy!
Panie wrocy! Dla mowa, choć prędzej nie wiesz, co się dzieje, tylko odpoczywa na
naszych głowach. Jeszcze się pyta!
No kiedy nie wiem, muszę się pytać.
O, wytmukły porucznik. O, przyjaciel. O, towarzysz. O, nie wiem jeszcze co. O,
cóż zrobił?
Pytaj się, anielki.
Cóż widziała?
Że ją kocha, że klęcał przed nią, że trzyma ją w objęciu.
To być nie może, aniela, źle widziała.
Żebyś sam widział, może byś także nie wierzył. To człowiek na męża. Jak?
Kiedy? Jak?
Tak jak wszyscy.
Gdzie? Tu, w tym miejscu. Kiedy?
Przed kwadrantem.
To być nie może.
I Zosia także go kocha? Zosia? Gdyby kochałaś, by z nim o kilka mil była.
Edmund.
Edmund. Mnie zwodzić!
Wszystko sprawdza księdza kapelana. Gwałtem stara się przeszkodzić twojemu
zamiaru. Starał się nas o różnych rzeczach przekonać i wcale nieładnie
się względem ciebie. Kapelan?
Jeśli na mnie wierzysz, pytaj się rotmistrza. To gorzy człowiek. Tak. I
zawsze będzie jednego zdania z nami. Bardzo wątpię.
Nie masz co wątpić.
Kocha się w Anielce.
Nieprawda! O, grzecznie.
Aż chciałem powiedzieć, że to być nie może.
Ślub nasz przekonał. A chce się żenić ze mną? Tak, ze mną.
Roztalał, stary!
Tak jak i wachwan.
Edmund, Edmund.
Zostawcie mnie, proszę!
przyszedł do mnie i powiedział, majorze, działajmy przeciwko sobie, ale
działajmy otwarcie, jak ludzie honoru, ale nie jak
węże, doskupali, jak węże.
Tak bym go kochał, majątkiem chciałem się podzielić,
życiem bym się podzielił. O, to boli, boli.
Z przyjaźni, paniczu.
Witanie tamta nie trzeba.
Dobrze, że i wadź pan przyszedłeś. Szukałem cię także.
Co żeś tu wadź pan przed kobietami na mnie nagadał?
Myślałem się co, ale to po twarz.
I co tobie ktoś mieszać?
No, lamowy z porcznikiem, spiski, wykradzenie.
Powiedziałeś dwa tysiące razy, nie uchodzi, nie uchodzi, zrobiłeś swoją
powinność, albo nam uchodzi, uchodzi i zrobi, co mi się dobrym zdawać będzie.
Ale tajemnie wdawać się z kobietami, plotki na mnie robić, tego się
odmawiać, panu niespodziewam. Ale majorze, mój majorze, co ty gadasz? Co
gadasz? O siebie się spytaj, co ja gadał, co ja gadał. Na mowy z
piskiem, wykradzeniem.
Stoisz na ten, panu wadź pana.
Czołg, ty cicho!
Gdybym nie...
Dawny towarzysz powiedział to, co ja teraz mówię dlać panu, to bym się na
pierwszym drzewie obwiesił.
Obwiesiłbym się do stu paraliży.
Ale co się dzieje?
Co się dzieje?
Co się dzieje?
Co się dzieje? Co się dzieje? Nie kładź palca między drzwi, palca nie przy
skrzyniu.
Pająk szuka jadu, ale pszczoła miodu, rozumiesz, wadźka?
Milczenia rzadko kto żałował, a mowności często.
Proszę to pamiętać, sługa uniżona.
Ale ja mam mowności żałować?
Co się dzieje, no co się... Jednego razu bawiłam w domu mojej
przyjaciółki. Dawałam jej rady. Rady, prawdę mówiąc, więcej moje niż jej dobro
miały na...
celu, poznała się w końcu na tym, powiedziała mi, że rad nie potrzebuje i
jej staję natrętną. Na to świadczenie, wiesz, bać pan, co mi zrobiła?
Kazałam zaprząt i wyjechałam.
I wyjechałam.
Ale, ale, jakie rady?
Co ja takiego zrobiłem? Co się dzieje? Co się... Uj, cóż. To mości, panie.
Takież to jego postępki.
Toż to wać pana upoważnił do mieszania się w nieswoje sprawy.
Taki to jest wać pana przyjaciel, taki doradca, to zamiast do zgody nakłaniać
wać pan kłucic, brata z siostrą, siostrę z siostrą, córkę z matką, przyjaciela z
przyjacielem.
Wać pan zdradyknuje, wać pan namawia do bujek, do klęk, do mordów.
Ja?
Ja?
Mój ty Boże, ja mam namawiać do klęk?
do bujek, do mordów, co ja przewiniłem.
Co ja przewiniłem.
Gdzie major?
Nie wiem.
Szalonym mnie nazywasz. Szalonym, dlatego, że się kradłeś.
I ty tak? Ale nie o tym teraz mowa!
Major mi uchybił, boleśnie obraził przed panną Anielą, nazwał mnie starym,
szalonym. Ale od przyjaciela?
Uraza nie zna przyjaciół.
Gdzie major?
Nie. A wiem, że wiesz. Nie chcę powiedzieć.
Ale dalej Bóg wie.
Wszystko cudzkowi. Nasze szczęście są w oku.
Piękne szczęście. Wiem, wiem. Mówiła mi Panna Aniela. Przed nią nagadała. Nie
dbam o to.
Rady nie potrzebuję. I na złość się ożenię.
Rozumiesz mnie, wasz Pan?
Ożenię się.
Ale posłuchaj tylko.
Nic słuchać nie potrzebuję. Ale sam się żenić nie możesz. To chcesz, żeby
małżeństwa nigdzie nie było.
Ale broni Boże. Ale Twój wiek.
Proszę Panie.
Moich lat mi nie rachuj.
Ja wiem to dosyć. Nie rachuj. To ci powiadam. To szczupia ludu!
Co się dzieje? Co się dzieje? Mnie się zdaje, że oni wszyscy
poszaleli.
upraszałbym jednej łaski. Cóż tam mój pocciwy Grzegorzu? Niech się pan za mną
wstawi. Do kogo?
Do pana majora. I owszem, względem czego?
Chcę się żenić.
Z pokojówką pani Orgonowej. Co i ty także?
Ładna dziewczyna.
Kocham mnie, tego uprosiłbym więc. Chcesz się żenić?
No chodź mi dzisiaj.
No tego to już nadto.
Niech was...
Bóg ma w swojej opiece, co się dzieje, co się dzieje.
Nie w swoim humorze.
No, odłożone, nie stracone. Kilka dni tu zabawią, mam dość czasu. A to się
koledzy zadziwią, nie wiedzą, co ich czeka.
Winsuję!
Winszuję, panie Grzegorzu. A czego?
A, niby nie wiesz.
A czegoż miałbym winszować, jak nieładnej oblubienicy?
To prawda, dziękuję.
A, jak się ożenisz, będę ci winszował imieniem całego pułku.
A no dobrze gadasz. Widać, żeś syn organisty.
Wszyscy się cieszyć będą.
To dobrze.
To to przyjaciół będzie miał pan Grzegorz. Nie, tyle co i teraz.
Wszyscy go kochać będą.
Do prawdy?
Za to ręczę. A nie Grzegorza, to Grzegorzową.
Tego to wcale nie chcę.
Chcesz, czy nie chcesz, to tak będzie.
Dajże mi spokój. Ja nie lubię takich żartów. Przyzwyczajaj się. Idź do
Rzej się jak chcesz, ale potem nie gniewaj się, jak cię palcem wytykać
Nikt mnie wytykać nie będzie.
Nikt? Ja pierwszy.
Kto mnie wytykać będzie, temu przytnę wąsa.
Chcąc przyciąć, trzeba swego nadstawić. No chodź nadstawię bezpiecznym od
ciebie. Ciszej, bo ci pokażę, że nie jest bezpieczny. Pokażesz? Pokażę, no
Jednak, no... Co, boisz się?
Co, ja się boję?
Chodź, chodź, weźmiemy pałacze. Chodź, chodź, chodź.
Teraz powtarzam, to wszystko przyjmę od ciebie, ale między swoimi, którzy
wiedzą, jak sobie życzymy.
Ale nie przed panną Anielą. Tego nie wniosek. I trzeba, żebyś mnie przed nią
przeprosił. Tu cię przepraszam, ale nie przy niej. Nie warto.
Majorze.
Więcej poszanowania.
Moja siostra.
Ale tobie lepiej życzę i powiadam, że ten stary gracz do niczego.
Majorze.
Bostuk! Chodź, chodź, do obrony. Ja ci pokażę. Co ty znasz?
Dalej zaraz, co to znaczy?
Tak wiem, jeśli pan major każe, to powiem, jak się rzecz matała.
Oto Grzegorz, tak imię jak go tutaj widzimy, zakochał się w fruzie.
W takim wieku zakochać się, to proszę pana majora, trzeba być głupim.
No, no, cóż dalej?
No i chce się żenić.
W takim wieku żenić się, to proszę pana majora, trzeba być szalonym.
No, no, cóż dalej?
Chciałem mu wystawić, panie majorze, jakiego kłopotu nabędzie, bo to panie,
proszę pana majora, co młode, to młode, a co stare, to stare. Ogień pali, woda
gasi. Bo on, proszę pana majora, myśli, że dla niego inna kobieta urodziła się
na żonę i on inaczej starzy niż wszyscy ludzie, co długo żyją. I to przyszło do
kłótni. No i nie mogłem tego znieść, jak mi powiedział, że mnie koledzy palcem
wytykać będą, jak moja żona.
Rozumiem. A ja wiem, że w równym wieku z panem majorem... Cieszę się!
Kurwa!
Otóż uradzisz ten wał ten, kiedy on twojej rady nie potrzebuje.
Bo mi go żal.
Panie rotmistrzu, na honor żal mi go.
Dotychczas był to dobry żołnierz.
Spokojny człowiek, każdy go lubił. A mnie jest przykro raz, że to mój
przyjaciel, a po drugie, a po drugie to, panie rotmistrzu, co mam tać w szeregu
obok jelenia.
Ciszej!
Niech mu pan major także powie z łaski twoje, że kto za młodu się nie ożenił,
niech się na starość nie żeni, a jeżeli się żeni, to niech sobie każe głowę
ogolić.
Chodź!
Dość tego! Zola! Marsz!
Niech go
Bóg kocha.
Jak nam ostro prawdy wypowiedział.
Po huzarsku.
Dawno się tak nie czerwienił.
Pot ciekł ze mnie.
Jeleń.
W szeregu.
I jeszcze przed frontem.
Co ci kobiety z nami nie zrobiły?
Chcieliśmy się żenić.
Marzu, po co?
Kłóciliśmy się z sobą.
Ale nie na długo.
Nadal by tego nie dokonały.
Ale z Ciebie czuć chrząwinę mówię. A Ciebie?
Piszmem. To Pana Aniela tak mnie udarowała. A mnie dędalka pokropiła.
Moi panowie.
Nie wiem, co tu się dzieje. Nie chcę wiedzieć. Nie chcę dłużej tu bawić.
Szczęścia życzę.
Bardzo życzę. Kochany Józefie, przepraszam.
Zapomnij.
Zostań.
Zostań. Wszystko już do porządku wróciło. Stary, na mnie tych nie masz.
żadnego. Na żadnego. Przyszliśmy do rozumu. Brawo, brawo. Kochaliśmy cię.
Chcieliśmy cię życzyć.
Ale nie uchodzi, no nie uchodzi. Teraz nie kochamy się, nie żyjmy. I mądrze,
mądrze. Ale wiecie, panowie, nie to mnie boli, że zbłądził, bo ktoś
czasem nie potknie się, ale czynność Edmunda tam na sercu jak kamień. Jaka
czynność? Wiedział, że mi się Zosia podoba, chciałbym ją pałamudzić,
ją wygrać. A ktoś ci o tym powiedział? Moje siostry. I tyś uwierzył.
Edmund i Zofia kochali się od dawna.
Zofia pewna, że jej ręki nie przyjmiesz, ulegając na pozór woli matki, chciała
oddalić pewnego znienawidzonego zalotnika.
Ale jak sprawy inny obrót wzięły, Edmund postanowił wyjechać, wyrzeć się
miłości. Aby ci nie było na sercu, wszystko ci to ukrywać. Poświęcił ci
poświęcił ci więcej niż życie.
Jak Edmund myślał?
Edmundzie! Kochany Edmundzie!
Nie! Nie!
Coś to zabibaty.
Obchodzimy powrót rozumu.
Włać pan tu jeszcze?
No, a tu jeszcze.
Rotmistrzu!
Rotmistrzu, płochy, czekałam na ciebie.
Prawdziwie bardzo żałuję, ale rozważywszy wszystko, widzę, że jednak
pomimo... Zosiu!
Zosiu! Zosiu!
Mój zastępca, twój mąż. Cóż to jest?
Cóż to znaczy? Panie bracie!
Lecz z majątkiem, którym już od dawna przeznaczyłem, zastąpi mnie przy Zofii.
Kapelanie, uchodzi!
Uchodzi, uchodzi.
I pobłogosławię.
A nie mówiłem Ci, Zosio, że jako ojca kochać go będziesz musiała?
Przyjemny obowiązek, tak zgodny z tym. Miło mi dostać dziennicę, który już
zyskał mój szacunek.
Bądźcie szczęśliwi.
I pamiętajcie o ciotkach.
Jakże będzie?
Trudno, aby coś było.
Przyrzekłeś?
Służyć nie mogę.
Zdrajca! Cicho, cicho!
Niech wam dość będzie, żeście huzarów zwyciężyły, że musieli kapitolować i
oddać wam jednego w niewolę. I to przyznacie najlepszego.
Wiwat, damy!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.