Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Jakoś z moim zdrowiem nie jest dobrze.
Nie, że mi coś dolegało, ale... Ot, tak.
Chodzić wiele nie mogę.
Apetyt straciłem.
Nawet nie bardzo chce mi się pisać.
W sklepie prawie nie mam zajęcia.
Już tam bowiem rządzi szlangbaum.
A ja tylko... na przyprząsk.
Jeśli człowiek pomyśli, że niedługo już nic nie będzie z nas w sklepie,
nie będzie miał do niczego prawa,
Jest tak, Napolonek.
Kto wie, stary kolego Kac, czy nie najmądrzej postąpiłeś.
Nie masz już wprawdzie żadnych nadziei, ale też nie boisz się zawodów.
Nie księdzę, żebyś się ich lękał, bo ani Bonaparte, ani Stach, ale
zawsze.
Taki etny zmęczony.
Tak bym gdzieś pojechał.
Mój Boże, dwadzieścia lat nie wyjrzałem za warszawskie rogatki.
Tak mi czasem tęskno, żeby jeszcze choć raz przed śmiercią spojrzeć na Węgry.
Może na polach dawnych bitew znalazłbym bodaj kości kamratów.
Hej, kac!
Kac! Pamiętasz ty ten dym, ten świst, te sygnały?
Jaka wtedy była zielona trawa.
Jak świeciło nam słońce.
Panie Schlangbaum.
Tak. Panie Schlangbaum. Jeden z pańskich oficjalistów. Pan Klein.
Poproszę. Tu mnie kompromituje.
Jak on pana kompromituje?
On bywał studentów w naszym domu, a oni panie.
Zaglądają w moje okna, strzelają do mnie grochem przez świstułę.
A jak zbierze się kilku przyjaciół, mówią, że u mnie jest szulernia.
Pan Klejn nie będzie już mnie tu użył od lipca.
Niech pan się rozmówi z panią Rzeckim, oni znają się dawniej.
Ja z tym pójdę na wskargę.
To pański utarg, tak? Dziękuję.
Świat chcielibyście przebudować, a skroicie wszystkie figle.
Trzy dni za pana. Pani Klejn.
Całodziennie proszę.
Dziękuję.
Patrz pan, jak oni mnie traktują.
A jak Wokulskiego?
Wielu nie kłaniali się tak nisko.
A w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu widać było, że poszliby za nim w ogień.
Więc i pan, panie Schlangbaum, chce, żeby za tobą szli w ogień?
Naturalnie.
Przecież jedzą mój chleb, mają u mnie zarobki.
Ja im płacę pensję.
A czy pan wie, dlaczego my za Wokulskim poszlibyśmy w ogień? Bo on ma więcej
pieniędzy. Nie!
Bo ma to, czego pan nie ma.
I mieć nie będziesz.
Co to jest, czego ja nie mam?
My nie możemy razem ratować, panie Lisiecki.
Pan obraża z mojej obrządki religijne.
Pryncypał ma rację. Nie wolno drwić z wyznania. Wyznanie to święta rzecz.
wolność sumienia, postęp, emancypacja?
Lidus bestia.
Czy Schumann nie ma racji, że oni muszą się doczekać awantury?
Widziałeś go, pan, jaki był, kiedy do nas nastawał, a jaki jest dzisiaj.
Nie zostawiłbym to w... wszystko i wyjechał gdzieś daleko i na długo.
Przecież ja przez 20 lat nie widziałem ani zboża, ani lasu.
To ja wsiadam. Proszę.
Poznam pana.
Tu?
Proszę. Proszę bardzo.
No, to niech pan się trzyma, panie Wirki. Najlepszego. Do widzenia.
Panie Rzetki, coś pan narobił na litość boską.
Tak, panie Wilec.
Widzisz pan, jakoś nie mogę się rozstać z Warszawą, ze sklepem.
Żyć bym bez nich nie potrafił.
No tak, ale rzeczy.
A ściągniemy je jutro z Piotrkowa.
Mówili mi, żeś pan wyjechał.
No wyjechałem, ale już wróciłem.
A pan co tu robi? Słyszałem, że jesteś w Paryżu.
Byłem przez tydzień.
Pod Częstochową, panie stary.
Dolicha.
Co żeś pan tam robił?
Trochę jej pomagałem w urządzaniu sklepu.
A gdyby nie ten jej nieszczęsny mąż, już dawno bym się oświadczył.
Przyjęła by cię?
Otóż tego nie wiem.
Wie pan, gdy ją po raz pierwszy zobaczyłem po jej wyjeździe z Warszawy,
Tak jakby grą we mnie uderzył, tak mi się podobała.
A teraz taka smutna z tymi oczami.
Blada.
Tak, panie Ignacy.
Gdyby nie ten mąż, gdyby go diabli wzięli raz wreszcie, albo gdybym miał
pieniądze na rozwód...
Dopiero dziś czuję, jak ja się kocham.
A gdyby ona kochała się w innym?
W kim?
A, może w okulskim, co?
Któż w takim mruku mógłby się kochać?
Nie, panie Ignaty, kobiecie trzeba umieć mówić o miłości, okazywać uczucia,
trzymać za rękę, jeśli można, to i... Ten głaz by tego nie potrafił.
Nie, proszę pana.
Z kobietami tak jak on nie można.
A co z nim teraz?
Po całych dniach nie wychodzi z domu.
Byłem raz u niego, ale wyglądał tak rozdrażniony, że już więcej nie
Okropność. Co się z tym człowiekiem zrobiło przez jedną dobę?
Farewel, Michiza.
Farewel.
przynajmniej opłaciła mi się nauka angielskiego.
Chcę Starskiego.
Niech ma Starskiego. Dobrze.
A jej miłość?
Fałszywy towar dla zabezpieczenia sobie jutra.
Czekam się, czy co u diabła.
Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy, którymi mam złorzeczyć
okrucieństwu twemu.
Składam zapomniane już po milion razy, a gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję czemu,
znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy, aby goreć na
nowo, milczeć po dawnemu.
Poezja. Twoja poezja zatruła mi życie.
Ale kto zatruł ją samą?
Dlaczego nie potrafiłeś śmiać się i spawolić jak Francuzi?
Dlaczego umiałeś tylko tęsknić i rozpaczać?
Oddałeś narodowi, co miałeś najlepszego.
Ale czy to twoja wina, że wlewając w nią swoją duszę, razem z nią
przelałeś swoje cierpienie?
Czy my naprawdę jesteśmy narodem marzycieli?
I czy już nigdy nie zejdzie anioł, przed którym ustąpiłyby mury niewoli?
Czy nikt nie da nam mocy, dzięki której można by zwalczyć nieprzyjaciół wolność?
Czy jesteśmy chorzy na słabość?
Czy każdy nasz zryw musi się utopić we krwi?
muzyka
No, pokaż język.
Angielski?
Nie jesteś zdrow.
Co ci dolega? Nic.
Czy znowu się zajmujesz praktyką?
Spodziewam się.
Ale pierwszą kurację zrobiłem na sobie samym.
Uleczyłem się z marzycielstwa.
Bardzo pięknie.
Rzeczki wspominał mi coś o twoim uleczeniu.
Podobno zawierzyłeś Langbaumom, a oni chcieli ci okpić.
Genialna rasa te Żydki.
Ale cóż to za lajdaki.
A ten Rzecki, półgłówek stary romantyk. To już dziś ginąca rasa.
Kto chce żyć, ten musi trzeźwo patrzeć na świat.
No, a teraz uważaj.
Będzie zamykał oczy, kiedy ci powiem.
lewe, prawe.
Lewe, prawe.
Co ty robisz, mój kochanie? Badam cię. O, i masz nadzieję mnie zbadać?
się. A potem?
Będę cię leczył.
Z marzycielstwa?
Nie. Z neurastenii.
Czy możesz człowiekowi wyjąć jego mózg i na to miejsce włożyć inny?
Tymczasem nie.
No to daj spokój leczeniu.
Ale mogę ci podsunąć nowe pragnienia.
Już je mam.
Chciałbym zapaść się pod ziemię tak głęboko, jak studnia w Zasławskim Zamku.
Jeszcze chciałbym, żeby mnie zasypały gruzy. Mnie i mój majątek. Nawet ślad,
kiedykolwiek istniałem.
Oto moje pragnienia.
Owoc wszystkich poprzednich.
Romantyzm. No, ale i to przejdzie.
Receptę zostawiam Ci na stole.
No, do widzenia.
że ten Don Quixote był szczęśliwszy ode mnie.
Dopiero nad grobem zaczął budzić się ze swych złudzeń.
A ja?
Pojadę do Gajsta.
Będę pracował od 6 rano do 11 w nocy.
Będę musiał uważać na każdą zmianę ciśnienia, temperatury, natężenia prądu.
Nie zostanie mi ani jednej chwili.
To jest cel.
Gdy będę młodszy.
Co tobie, Ignacy?
A nic.
Trochę starość.
A nic.
Powinieneś leczyć się, mój drogi.
Wyjechać gdzie?
Powiem ci, że ja próbowałem już wyjechać, ale... Co tam?
Przepraszam, że tu przyszedłem.
Ty... Ty mnie przepraszasz?
Kochany, stary.
A ja myślałem, że gniewasz się na mnie. Na ciebie?
Ja na ciebie?
A mnie tu przypędziły interesa i ciężki kłopot.
Kłopot? Wyobraź sobie, że Klejn aresztowany.
Klejn i jeszcze ci dwaj.
Malewski i Patkiewicz.
Pamiętasz? Za co?
Sam dobrze nie wiem, ale myślę, że za sprawą Maruszewicza.
W mieście gadają, że opuszczasz spółkę.
Tak. I że odstępujesz ją Żydom.
No przecież moi wspólnicy nie są starą garderobą, ażebym mógł ich odstępować.
Mają pieniądze, mają głowy na karkach. Niech znajdą ludzi, niech sobie radzą.
A kogo oni tam znajdą?
A jeśli nawet znajdą, to komu zaufają?
Mniejsze auto.
Mam tutaj urzędowe papiery o śmierci Ludwika Stawskiego. Męża pani Heleny?
Gdzie?
Ależ to ocale nie dla nas wszystkich.
Wieczny odpoczynek.
Chwała Bogu.
No, kochany Stachu.
Dzisiaj nie ma już żadnej przeszkody.
Żen się.
A gdybyś ty wiedział, jak ona cię kocha, jak zaraz o tym doniosę biedaszce, a ty
papiery sam zawieś i zmiej to oświadcznie.
Już widzę, spółka będzie uratowana, może nawet chleb.
Ach, co to za kobieta.
Dopiero przy niej znajdziesz spokój i szczęście. A czy ona ze mną znajdzie
szczęście? Szalenie cię kocha. Ty nawet nie domyślasz się.
A ona wie, co kocha?
Czy nie widzisz, że ja już jestem tylko ruiną?
Najgorszą, bo moralną.
Zatruć komuś szczęście potrafię, ale dać... Przestań.
Żen się, a zaraz spojrzysz inaczej.
Żen się.
Spętać tę kobietę, a myślami być gdzie indziej.
I może jeszcze za rok lub dwa wymawiać.
że dla niej porzuciłem wielkie zamiary.
Polityka.
Eee, co tam polityka.
Jest rzecz ważniejsza od niej.
Może wynalazek tego Gajska.
Skąd wiesz?
Od Schumana.
Prawda.
Zapomniałem, że Schuman musi o Pytkim wiedzieć. To także talent.
No i bardzo pomocny.
A swoją drogą radzę ci pomyśleć o pani Stawskiej, bo... Bo ty mi ją odbijesz.
Odbij.
Odbij, stary. A gwarantuję wam, że nie zaznacie biedy.
Przestań.
Ziemia by się zapadła, gdyby taki stary grad jak ja myślał o podobnej kobiecie.
Ale jest tu ktoś niebezpieczniejszy.
Mraczewski.
Szaleje za nią. Już trzeci czy czwarty raz jeździł do niej. A serce kobiety nie
jest z kamienia.
A, Mraczewski.
Już nie bawi się w politykę? Ale skąd? On mówi, że byle człowiek odłożył
pierwszy tysiąc, a jeszcze poznał taką kobietę jak Stawska, zaraz polityka
wywieje mu z głowy.
Biedny Klejn.
Był innego zdania. Co tam Klejn, to narwaniec. Dobry chłopak, ale przy tym
subiek. Raczej to była perła.
Zrobi interesa na świecie i... Zdmuchnie ci Stawską.
Zobaczysz.
Rzeń się z nią, Stachu.
Rzeń. Co tam latają te machiny?
Chociaż może i one by się przydały.
Zresztą rób jak chcesz, ale decyduj się prędko.
Źle robisz, Stachu.
Źle, źle, źle.
Lepiej nie żyć, aniżeli tak żyć.
A więc muszę zawiadomić tu obecnych, że skutkiem usunięcia się pana Wokulskiego
i ja występuję ze spółki.
Nie może pan księże tego robić. Dziękuję panu.
Czy księże dobrze się dostaną? Nigdy nie miałem zdolności do operacji
handlowych, a Wokulski jest jedynym człowiekiem, któremu mogłem powierzyć
mojego nazwiska.
Dziś nie ma jego, więc ja nie mam tu co robić.
A...
To, co robił, nie robiłem dla dywidendy, tylko dla nieszczęśliwego kraju.
Chciałem do naszej sfery wlać trochę świeżych uczuć i świeżych poglądów.
się przyznać, że przegrał, ale nie przez Wokulskiego.
Biedny ten kraj.
No? Nie wolno nam w takiej chwili tracić męstwa.
Znalazł mu się bowiem znacny obywatel.
Człowiek fachowy, a nawet przyjaciel i wspólnik Wokulskiego, który jest
zdecydowany, jak atlas niebo, podeprzeć zachwianą spółkę.
Mężem tym, który chce obeczeć łzy tysiącom, chce ocalić kraj od ruiny,
handel popchnąć na nowe drogi.
Mężem tym jest mój syn, Henryczek.
Lisz dojaśni pana.
No i co?
Nic.
Albo każ podać konie o trzeciej.
Te kobietki, kobietki.
Pan Bukulcki.
Nie powinna bym z panem mówić.
To cóż, w takim razie mnie pani wezwała.
Proszę, niech pan siada.
Doskonale się pan popisuje, nie ma co?
Naraził pan osobę z towarzystwa na plotki, jej ojca na chorobę, a całą
na przykrości.
Więczuję.
Gdyby to chociaż zrobił jakiś student, ale... A, cóż to?
Pan mnie chyba tutaj nie zękleje.
Przeniosę panu wody.
Albo wina. Dziękuję pani.
Widzi pani, naprawdę jestem niezbrów.
Tak, rzeczywiście trochę pan zaszczuplam.
Ale wygląda pan interesująco.
W każdym razie powinien pan natychmiast wyjechać na liść. Kto to słyszał
siedzieć w mieście na samym początku sierpnia?
Pojutrze zabieram pana do siebie.
A od dzisiejszego dnia przychodzi pan do mnie na obiady i kolacje.
A po obiedzie jedziemy na spacer.
A pojutrze... Słucham, jaśnie pani.
Podaj wina.
Szybko.
Panie Pokulski?
Proszę wypaść papier.
Google. O tak, to lubię.
I to tu prawo.
I to rów.
To moje?
Zaraz. Za spełnienie moich zamiarów.
Za pozwoleniem, pani, ale ja nie chcę upić się.
Więc nie życzy mi pan spełnienia moich zamiarów?
Owszem, ale muszę je pierwotnie poznać.
O, naprawdę, to coś nowego.
Dobrze, pani.
Słyszał pan, co zrobił baron Darski?
Cóż takiego?
Otóż on zażądał rozwodu z Eweliną.
Ja, żeby zrobić skandal jeszcze głośniejszym, strzelał się ze Starskim.
Dostał kulę po wierzchu żeber. Mówię panu, jakbym mógł to hakiem rozdarz
A taki zawzięty, że na łożu boleści kazał Felczerowi, a żeby mu na złość
ufarbował głowę i zarost.
Z żoną postąpił słusznie.
Ale ufarbował się niepotrzebnie.
Co?
I pan bronisz mężczyzny, który okrył hańbą kobietę?
Brutala, egoisty?
Który dla dogodzenia zemści nie cofnął się przed najniższymi środkami?
A to prawda.
Bo przecież nie mówiąc nikomu, mógł sobie tylko w łed przelić, zapisawszy
pierwiej żonie cały majątek.
Oczywiście. Tak by postąpił każdy mężczyzna mający...
Skres szlachetności i honoru.
Ale po panu nie spodziewałam się tego.
I to ma być ten nowy człowiek.
Ten bohater, który twierdzi mi.
Wszyscy jesteście jednakowi.
Przepraszam, a o co właściwie ma pani pretensje do barona?
Kochał baron Ewelinę, czy nie?
Wariował za nią?
Otóż nie.
Nieprawdą tylko udawał, że ją kocha.
Kłamał. A przy pierdej sposobności... Przepraszam, a czy pani Baronowa nie
romansowała z panem Starckim? Och, teraz romansowała.
Piertowała go.
Zresztą miała do niego Feblik.
Feblik? Nie znam tego wyrazu.
A więc jeżeli miała Feblik do Starckiego, to po co wysłała do Barona?
Bo ją o to błagał na klęskach.
Groził, że odbierze sobie życie.
Przepraszam, ale ty on ją błagał tylko o to, ażeby raczyła w święcie go nazwisko
i majątek. Czy też o to, ażeby nie miała feblika do innych mężczyzn.
Krótko mówiąc, panowie nie zrzeknijcie się swoich dzikich przywilejów wobec
kobiet. To jest nieuznany przywilej uwodzenia.
A kto odrzuca układy?
Ten rozpoczyna walkę.
Walkę? Tak, walkę, w której zwycięży strona silniejsza. A kto jest
To zobaczymy.
Co to znaczy?
Próbujemy, ktoś inniejszy.
Niech mnie pan puści, bo zawołam służbę. A, więc będziecie panie z nami walczyły
przy pomocy służby.
Wie pan, że... Wie pan, co mi przychodzi na myśl? Żebym oszalał. O tak, coś na
kształt tego. Przy tak pięknej kobiecie to naturalnie. To już za płaski
kompliment.
Chociaż muszę powiedzieć, że mi pan to imponował.
Trochę. Nie wytrzymałeś panu w roli. Puściłeś ręce. I to mnie rozczarowało.
Ja potrafiłbym nie puścić rąk.
A ja potrafiłabym krzyknąć.
A ja... Przepraszam, panie.
Potrafiłbym zakneblować usta.
W istocie jest pan albo bardzo oryginalny, albo bardzo
źle wychowany.
Wcale nie jestem wychowany.
Więc rzeczywiście oryginalny.
Szkoda, że z tej strony nie dałeś się panu poznać Belli.
Trzeba było od razu wyłożyć jej swoje teorie, tak jak mnie.
Panie, doszło by między wami do nieporozumienia.
Nieporozumienia?
Tak.
Chociaż o ile wiem, ona jest gotowa panu wybaczyć.
Wybaczyć?
Pan się śmiejesz.
Ja też wybaczam panu, bo rozumiem ten śmiech.
To jest...
Najwyższy stopień cierpienia.
Ale przysięga pani, że od dziesięciu tygodni nie czułem się tak wspanialy.
No Boże mój, nawet od kilku lat.
A teraz dopiero czuję, że jestem ocalony.
Ocalony i uwolniony.
A czemu pan to przypisuje?
Przede wszystkim panu.
Panna Izabela to kobieta innego gatunku niż ja.
A czy spotkał pan kobietę swojego gatunku?
Może.
A czy jest nią ta pani... Ta... Stawska.
Prędzej byłaby nią pani.
Czy mam już odejść?
Niech pan uważa.
I na wieś nie pojedziemy razem?
O, to w pewności nie.
Chociaż ja nie bronię panu przyjechać.
Zapewne będzie u mnie Bela.
W takim razie nie przyjadę. Ale ja nie twierdzę wcale, że będzie.
I zastałbym tam panią samą.
Przypuszczam.
Rozmawialibyśmy tak jak teraz.
Jeździli na spacery jak wówczas.
Stachu! Stachu!
Dawno już nie widziałem u ciebie takiej byczej miny.
Założę się, że wrócisz do spółki i przepędzisz tych parchów.
Co za fibionomia, co za oko.
Dziś dopiero widzę mojego dawnego Stacha.
A ja już myślałem, że grozi mi jakaś nowa choroba. Jak to grozi? Obrać sobie,
może od godziny ogromne wrażenie robią na mnie kobiety. No jestem ciężko
przestraszony. Pyszny jesteś.
Zamiast wydać obiad na znak radości, to on się boi.
Oj, ty stary ośle, stary ośle.
Witam panią.
Pani mnie wzywała.
Zabieram pana.
Na obiad?
Nie, tylko do łazienek. Bezpieczniej mi będzie rozmawiać z panem przy świadkach
i na wolnym powietrzu.
Musi pan wejść między ludzi, panie Wokulski.
Musi pan odsknąć się ze swej apatii, bo inaczej minie mnie słodka nagroda.
O, czy tak?
Niezawodnie. Wszystkie damy są zainteresowane pańskimi cierpieniami, a
się, że nie jedna chciałaby odegrać rolę pocieszycielki. O nie, pań.
Ja nie potrzebuję żadnych pocieszycielek, ponieważ wcale nie
najmniej z winy dam.
Och, proszę, myślałby kto, że nigdy nie otrzymałeś pan ciosu z małych rączek.
No i dobrze bym myślał.
Jeżeli już ktoś zadał mi ciosy, to by najmniej nie płeć piękna, ale czy ja
kto?
Może fatalność?
Ale zawsze z ręki kobiety. A nade wszystko mojej własnej naiwności.
Prawie od dzieciństwa szukałem jakiejś rzeczy wielkiej, nieznanej, a ponieważ
kobietę widywałem tylko przez okulary poetów, którzy im przesadnie
więc myślałem, że kobieta jest ową rzeczą wielką i nieznaną.
Pomyliłem się i w tym leży sekret mojego chwilowego zachwiania, na którym
zresztą udało mi się zrobić majątek.
Jesteś pan dzisiaj w wyjątkowo złym humorze.
Sądzę jednak, że to minie.
Och, ale oto list.
List, który niech pan przeczyta.
Popełniam niedyskrecję, ale wiem, że pan mnie nie zdradzi.
Bo postanowiłam ostatecznie rozwikłać nieporozumienie pomiędzy panem i Belą.
Jeżeli mi się ten zamiar uda, niech pan spali ten list.
A jeżeli nie, proszę mi go odesłać.
A wieś?
A ty?
Moja droga Kaziu, jestem tak zniechęcana do wszystkiego i tak jeszcze nie mogę
zebrać myśli, że dziś dopiero zdobywam się na skreślenie paru słów.
Już wiem, ile mi zapisała ciotka Hortensia. Oto sześćdziesiąt tysięcy.
Razem więc mamy dziewięćdziesiąt, które poczciwy baron obiecuje umieścić na
siedem procent, co wyniesie około sześciu tysięcy rocznie.
Ale trudno. Trzeba nauczyć się oszczędności.
Nie umiem ci opowiedzieć, jak się nudzę, a może tylko tęsknię, ale i to
przejdzie. Ten młody inżynier bywał nas ciągle. W początku bawił mnie rozmowa o
mostach, a teraz czyta mi swoje wiersze.
Czasami płakać mi się chce z nudów, ale że bez towarzystwa umarłabym, więc
udaję, że słucham. I niekiedy pozwalam mu pocałować moją rękę.
Papo coraz słabszy.
Płacze po kilka razy na dzień i byleśmy porozmawiali pięć minut, robi mi
wymówki. Wiesz za kogo.
Zapomniałam o najważniejszym.
Marszałek najformalniej oświadczył się o moją rękę.
Płakałam całą noc.
Nie dlatego, że mogę zostać marszałkowo.
Ale dlatego, że to się tak łatwo stać może.
Tak pogardzam, a jeszcze ją kocham.
Ale gdyby nie ona, nie zdobyłbym majątku.
Gdyby nie ona i Niestarski, za pierwszym razem nie wyjechałbym do Paryża i nie
zbliżyłbym się z Gejstem, a pod Skierniewicami nie uleczyłbym się z
Nawet powinien byłbym wyschatać tę dobraną parę.
A przynajmniej ułatwiać im schacki i pomyśleć, że z takiej mierzy wykwitnie
kiedyś Metal Geist.
Na pocztę.
Czy tylko ja nie zrobię głupstwa.
No, przecież zbadam rzeczy na miejscu.
Czy może istnieć metal lżejszy od powietrza, to inna kwestia, ale że coś w
jest, nie ma wątpliwości.
Zresztą, szukając kamienia filozoficznego, znaleziono chemię.
Kto zatem wie, co się napotka teraz?
W rezultacie wszystko nie jedno, byleby wydobycie z tego błota.
Jest pan bardzo grzeczny.
Wczoraj cały dzień czekałam na pana, pan się ani pokazał. A przecież zabroniła
mnie pani przychodzić do siebie.
No jak to przecież?
Zaprosiłam pana na wieś.
A mniejsza z tym, połóżmy to na kart pańskiej ekscentryczności.
Czy przyniósł mi pan może list od Belli?
Więc pan już jej nie kochasz?
W takim razie rozmowa o niej nie powinna panu sprawić przykrości.
Bo ja albo muszę was pogodzić, albo niech się biedna dziewczyna nie dręczy.
Pogodzić nas.
Wobec tego wolno wiedzieć, jakie pan ma zamiary.
Wyjeżdżam.
I chciałam się z panem pożegnać.
Życzę pani szczęścia.
Witaj, Henryku.
Masz jaki interes?
Nie tyle interes, ile propozycje.
Właśnie kiedy dowiedziałem się, żeś chory, przyszło mi na myśl.
Uważasz, tobie potrzeba teraz dłuższego wypoczynku.
Odsunięcia się od wszelakich zajęć. Więc przyszło mi na myśl, czy byś nie
zostawił u mnie tych 120 tysięcy rubli.
Miałbyś bez kłopotu 10%. Ja moim wspólnikom nawet bez kłopotu dla siebie
15.
Ale czasy są teraz cięższe.
Zresztą dam chętnie 15%, jeżeli zostawisz mi twoją firmę.
Ani firmy, ani pieniędzy.
Firma bodaj by nigdy nie istniała, pieniądze.
Tyle ich mam, że wystarczy mi procent, jaki dają papiery. A i to za dużo.
Więc chcesz odebrać swój kapitał?
Mogę ci zostawić do połowy października. Nawet bez procentu, pod warunkiem.
że zatrzymasz w sklepie tych ludzi, którzy zechcą zostać.
Ciężki warunek. Jak chcesz.
Rzecki jest u siebie.
Gniewasz się na mnie, stary, że tak dawno nie byłem u ciebie.
No alboż ja nie wiem, co się z tobą dzieje.
Bieda.
Bieda na świecie.
Coraz gorzej.
Widzisz, Stachu, ja już miarkuję, że mi czas do kaca i do moich piechurów, to
tam gdzieś na mnie wyszczerzają zęby, że marudę.
Wiem, że cokolwiek postanowisz.
O sobie będzie dobre i mądre, ale czy nie byłoby praktycznie,
żebyś się ożenił ze Stawską?
O Boże miłosierny, kiedyż ja się wyplącę od tych babskich dotunków?
Zabawny kraj.
Gdzie baby trzymają pierwsze skrzypce i gdzie nie ma żadnych innych interesów,
tylko szczęśliwa czy nieszczęśliwa miłość.
Przecież ja ciebie za karmi nie ciągnę. Tylko widzisz, mówił mi Szuman, że tobie
na gwałt potrzeba romansu.
No nie, nie.
Mnie bardziej jest potrzebna zmiana klimatu.
I to lekarstwo już sobie zapisałem.
Wyjeżdżasz?
Najdalej pojutrze do Moskwy.
A potem, gdzie Bóg przeznaczy.
Stach wyjechał, a tymczasem Raczewski oświadczył się pani Starskiej i po
wahaniu został przyjęty.
Gdyby jak projektuje sobie Raczewski i założyli sklep w Warszawie, wszedłbym z
nimi do spółki i przy nich zamieszkał.
I mój Boże, nianiczyłbym dzieci Raczewskiemu, a myślałem, że
podobny urząd mógłbym pełnić tylko przy dzieciach Stacha.
A jednak ciężko żyć na świecie.
I nieraz myślę sobie, czy naprawdę jest jakiś plan, wedle którego ludzkość
posuwa się ku lepszemu.
Czyli też wszystko jest dziełem przypadku.
A ludzkość czy nie idzie tam, gdzie ją popchnie większa siła?
Ale mam przeczucie, że tak nie jest.
Chociaż... Czy to ja nie miałem przeczuć, że książę Ludwik Napoleon...
Zostanie cesarzem Francuzów?
Jeszcze zaczekajmy.
Bo mi ta jego śmierć w bitwie z gołymi murzynami jakoś dziwnie wygląda.
Dzień dobry.
Pan chory.
Chory mówię, chory. Co to chory? Kryje się przed ludźmi.
Może, panie radco, zrobimy subiekcję.
Co to subiekcja? Jak się nie chce mieć subiekcji w domu, to się chodzi do
knajpy.
Nie chciała przyjść góra do Mahometów? No to Mahometzy przyszli do góry. Panie
Rzeczki.
Panie Ignacy, co pan wyprawiasz? Przecież od czasu, kiedyśmy pana ostatni
widzieli, odkryliśmy nowy gatunek piwa.
Postaw tu, kochaciu.
I zgłoś się jutro.
Otóż dziś, kiedy wygrałem od Deklebskiego koszt... piwa nowej marki.
do szprota tak.
Wiesz pan co?
Zabierzemy piwo, idziemy do starego. No niech się chłop rozrusza.
No cóż to? No nie prosisz naprawdę, abyśmy usiedli?
Proszę bardzo.
Stolik jest.
I miejsce, jak widzę, zaciszne.
No, my tu będziemy...
Zgłazili do chorego. Co wieczór? Na partyjkę.
Sprot, wiesz co?
Weź trybuszonik i zajmij się szkliwem.
No jak poczciwie spróbuję nowej marki.
Jakiś to zakład. Wygrał radca?
Zakład owokórskiego.
Widzisz pan, było tak.
Jeszcze w styczniu roku zeszłego, kiedy to Wokulski awanturował się po Bułgarii,
ja powiedziałem do Szprota, że pan Stanisław jest wariat, że zbankrutuje
i że źle skończy. Tymczasem dzisiaj, wyobraź sobie, Deklewski utrzymuje, że
on powiedział.
Naturalnie Szprot rozstrzygnął na moją stronę i... Jesteśmy u ciebie.
Tylko spojrzyj, panie Ignacie.
Kolor starego miodu.
Piana jak śmietana. A smak... 16 letniej
dziewczyny. No, skosztujże.
Ja powiadam, że przed takim piwem należałoby pukać usta.
No powiedz, że sam.
Piłeś kiedyś coś podobnego?
Dobre. Nasze kawalerskie.
Tak się cieszę, że jesteście tu.
Zdrowie.
Panowie, jesteście ajętami domu pogrzebowego? Czy mi w taki sposób
pacjenta? Paweł, zabierz mi te butelki do sieni.
A panów proszę, żebyście pożegnali chorego.
Pital choćby na jedną osobę nie jest knajpem.
To pan tak wykonywasz moje zalecenia. To pan mając wadę serca, piatyki sobie
urządzasz. Ha! Może sobie jeszcze dziewczęta tu zaprosicie.
Dobranoc panom!
A na drugi raz, jeżeli urządzicie mi tu piwiatnię, to was oskarżę o zabójstwo!
Pulsa biją tak, że aż na ulicy słychać.
Słyszeliś pan, co on mówił o Stachu?
Ma rację.
Chociaż myli się, tytulując Wokulskiego bankrutem.
Bo on jest tylko półgłówkiem. Z tego typu, który ja nazywam polskimi
romantykami.
No nie patrz pan tak na mnie.
Raczej zastanów się, czy ja nie mam racji.
Półgłówek i romantyk, który wiecznie czegoś szuka poza rzeczywistością.
Czy doktor powtórzy to Wokulskiemu, gdy wróci?
Sto razy mu to mówiłem.
A jeżeli teraz nie powiem, to tylko dlatego, że nie wróci.
Dlaczego ma nie wrócić?
Nie wróci.
Bo albo sobie lep rozbije, albo weźmie cię znów do jakiejś nowej utopii. A
doktor, nigdy nie uganiałeś się za utopiami?
Tak, ale robiłem to, odużywszy się w waszej atmosferze.
No, zdejmę pan szlapik.
Zobaczymy, jakie skutki wywołał wieczór spędzony w wesołym towarzystwie.
Pan to także jesteś okazem romantyka.
Tyle tylko, żeś miał mniej sposobności do robienia głupstwa.
To twoje gadanie bardziej mi zaskoczy, ani rzekł piwo.
Jednakże tak mógłby choć słówko napisać.
Bo lichowie, jakie domysły snują się człowiekowi po głowie.
Dziękuję.
Otóż to w porządkach lata oświadczył się pani Izabeli marszałek.
Mógł być moim ojcem.
Może też dlatego moja kuzynka przyjęła go, a w każdym razie nie odrzuciła.
Równocześnie jednak nie ma, że co dzień jeździła z pewnym inżynierkiem do ruin
Starego Zamku w Zasławiu.
Mówiła, że to jej rozpędza nudy. W rzeczywistości jednak brała go po to,
jego asystencji tęsknić za Wokulskim.
Za Wokulskim?
Tak przynajmniej się domyślano.
Osio ten inżynier.
Nie bardzo.
bo pewnego dnia przestał z nią jeździć w gruzy.
Równocześnie zaś marszałek wyniósł się na Litwę w sposób tak demonstracyjny, że
poczciwy Łęcki, nawet nie kiwnąwszy palcem, umarł na apopleksję.
I pomyśl tu, że tego rodzaju kobieta tylu ludziom w głowie zawróciła.
Ależ tu potwór!
Nie, jest niegłupia i niezła w gruncie rzeczy tylko.
Tylko taka, jak tysiące kobiet z jej sfery.
Przykro mi to mówić, ale panu to mówię, abyś wiedział, o jaką to kobietę potknął
się w Okulskim.
Potknął się.
Ale on ma energię.
Och, ma.
On jeszcze wypłynie.
Tak,
jestem chory.
Taki rozdrażniony, bo ja mam podobno wadę serca.
Ale to przejdzie, to przejdzie.
Tylko dlaczego on tak ucieka?
Kryje się. Nie pisze.
Ja to rozumiem.
Rozumiem ten wstręt do rzeczy, które przypominają przeszłość.
Długie dręczenie się może doprowadzić do chcieklin.
Chociaż i to przechodzi. A 46 lat?
Ma silny organizm.
A tęgi mózg?
Poznałeś go, pan, bliżej?
Łatwo go poznać, bo to człowiek... O szerokiej duszy. O, to właśnie.
Co pan jednak rozumie przez tę szerokość?
Widzi pan, ludzie małej duszy dbają tylko o własne interesa. Nie sięgają
poza dzień dzisiejszy.
I czują wstręt do wszystkiego, co nieznane. Byle im tylko było spokojnie i
Taki zaś człowiek jak on troszczy z nie interesami tysięcy.
Sięga myślą czasem o kilkadziesiąt lat naprzód. A każda rzecz nieznana,
nierozstrzygnięta.
Pociąga go w sposób nieprzeparty.
Pięknie słowa.
Święte słowa.
Zagadałem się.
Aha, rejent pana Stanikowa prosił, abyś pan stawił się u niego 1 października.
Rejent?
Po co?
Nie wiem, mam tak, żeby być, ale boję się, że nie zdążę powrócić.
Wyjeżdżasz, pan.
Aż do Petersburga. Muszę pilnować testamentu nieboszczki Zasławskiej.
Bywaj, Waldrów.
Do widzenia.
Rychłego powrotu.
Tak więc aktem, którego nie miałem prawa ogłosić wcześniej,
aniżeli w dniu dzisiejszym, testator...
Pan Stanisław Wokulski w następujący sposób rozporządził swoim majątkiem.
Sumę 140 tysięcy rubli zapisuje panu Ochockiemu, 25
tysięcy rubli panu Rzeckiemu, 20 tysięcy pannie Helence Stawskiej.
Resztę zaś rozdziela pomiędzy swoją dawną służbę lub biedaków, którzy mieli
nim stosunki.
Z tej sumy otrzymują po 500 rubli Węgiełek, stolarz z Zasławia, Wysocki,
z Warszawy i drugi Wysocki, jego brat, drużynik ze Skierniewic.
Równocześnie pan Wokulski prosi obdarowanych, ażeby przyjęli zapisy
jako odzmarłego, nie czyniąc w tej mierze niepotrzebnych subiekcji. Ale co
znaczyć? Przecież to jest prawie testament.
Uspokój się.
Pogadamy o tym, ale nie tu.
No.
Łeknij pan to.
I słuchaj pan.
Po zapisy dla pana widziałem dawno.
Ochockiemu dał blisko milion złotych, bo odkrył w nim wariata tego co sam
gatunku. No i jeszcze prezent dla córeczki pięknej pani Stawskiej. To
Ale jedno mnie intryguje. Cóż mianowicie?
Skąd się wziął między obdarowanymi u wdrużnik Wysocki?
Daj pan spokój z drużynikiem.
Ja się tak boję.
Tak boję się o niego.
Chociaż może oni obaj z Ochockim zejdą się tam w Paryżu u tego dziwnego gajsta.
Jakieś balony, jakieś metale.
Może chodzi o utrzymanie tajemnicy.
Przynajmniej do czasu.
Dowiadywałem się o tego gajsta.
Niegdyś zdolny chemik, ale dzisiaj jest skończonym wariatem. Cała akademia
śmieje się z jego pomysłu.
Gdzie i po co? W takim razie pojechał.
Proszę pana, jest list.
Do wokulckiego.
Od węgiełka.
Zasławia. No, otwieraj pan.
Wielmożny panie, najpierw dziękujemy wielmożnemu panu za pamięć o nas i za te
pięćset rubli, którymi nas wielmożny pan znowu... Obdarzył.
Po drugie, u nas we wrześniu, kiedy wielmożny pan idąc na zamek spotkał moją
matkę, trafiło się wielkie zdarzenie.
Przez cały tydzień grzewałem między gruzami. Nie stało się, broń Boże, co
I kiedy nie znalazł ani śladu, ucieszyłem się tak, że na tym miejscu
stawiam, a na tym krzyżu napis, który doradził mi ksiądz proboszcz jego mość.
Non omnis moriar.
Ale żona moja kobiecym obyczajem wciąż niepokoi się.
Więc dlatego w pokornie upraszam wielmożnego pana...
A żeby nam dał znać o sobie, że żyje i zdrów je.
Cóż, doktor, na to?
Co ja na to?
Czy stało się to, co od dawna przepowiadałem Wokulskiemu?
Nie mówiłem panu tego wcześniej, ale teraz powiem.
Widziano go ostatnio w Dąbrowie, jak kupował dynamit.
Dla mnie jest jasne.
Zginął, przywalony resztkami feudalizmu.
No co pan milczył, ty diabła? Masz pan inną hipotezę?
Mam.
Stacha po prostu dręczyły wspomnienia tego zamku, dlatego postanowił go
zniszczyć. Jest to także odpowiedź tej pannie, która podobno co dzień jeździła
tęsknić do tych ruin.
Ależ to byłoby dzieciństwo.
40 -letni chłop nie może postępować jak uczyń.
Kwestia temperamentu.
Jedni odsyłają pamiątki, a on swoją wysadził w powietrze.
Szkoda tylko, że tej dulcynei nie było między gruzami.
Ściekła bestia.
Dobrze, no ale gdzież by się podział teraz, gdyby żył? Teraz właśnie
Z lekkim sercem.
A nie pisze, bośmy mu widać wszyscy obrzydli.
A swoją drogą nie przyciągnąłbym, że pan nie masz racji.
Ale ja w to nie wierzę.
Wariaty. Wariaty!
Cały świat chcieliby zarazić swoim obłędem.
A pan niech się kładzie. I nosami nie wysuwać spod kołdry.
Dosyć mam już kłopotów z jednym szaleńcem. Obiecałem Schlangbaumowi
wystawę. A w takim razie ja się rzekam wszelkiej odpowiedzialności za pana.
Wiosna się budzi w całej naturze, wita
narzewnym słowików pieniem. W zielonym
gaju ponad sumieniem kwitnęły dwie...
Marionetka. Wszystko marionetka.
Pani Gutmorgen, a cóż pan tutaj robisz?
Bardzo przepraszam, panie Rzecki, ale... Zaraz przyjdę.
Skąd jeszcze pan tu wziął?
Czego pan chce?
Ja pana bardzo przepraszam, panie Rzecki, ale pan może myśli, że ja co
Niech mnie pan zrewiduje.
Ale co pan tu robisz?
Mnie pan Schlangbaum kazał zostać tu dziś na noc. Po co?
Bo widzi pan, panie Rzecki, z panem przychodzi tu do ustawiania ten Paweł,
pan Schlangbaum kazał mi pilnować, żeby on czegoś nie wyniósł. Ale że mi się
trochę niedobrze zrobiło, to ja pana bardzo przepraszam.
Ach, wy kundle!
To wy mnie uważacie za złodzieja!
Za to, że wam darmo pracuję!
Przepraszam pana, panie Rzecki, ale... Po co pan darmo pracuje?
Niechże was...
Milion diabłów po rybie! Panie Rzecki!
Posiedź sobie skoro ci niedobrze i zostaw tamiątkę swojemu pryncypałowi.
Wyniosę się stąd, żebym miał mieszkać na strychu albo wziąć numer w kwateru.
Tak powiedział mi Kroś, ja ten bestia.
Napiszę zaraz do pani Staszki, żeby wprowadziła się do Warszawy.
Zawiożę z nią mraczewską spółkę.
Sprowadzę Lisieckiego.
Znajdę Klejna.
I spróbujemy, panie Schlangbaum, czy tylko ty masz rozum.
Do licha.
Cóż może być łatwiejszego niż robienie pieniędzy?
Jeżeli się tylko chce.
Napolonizi już nie poprawią świata.
Nikt go nie poprawi, jeżeli nadal będziemy postępować jak lunatycy.
Stary, wziął się do jakiejś wielkiej roboty.
Ochocki jedzie do niego.
Muszę i ja pokazać, co potrafię.
Zostaniecie mnie nazywać romantikiem?
Marzycielem.
się serio zabrać za kurację.
Inaczej za pięć, sześć lat zostałbym kompletnym niedołęgą.
Gdybym się spostrzegł dziesięć lat temu.
Czy ja to wszystko widziałem?
Czy mi się tylko śniło?
Boże, miłosierny.
Otóż wczoraj wróciłem z Petersburga, a w południe odprowadzałem na dworzec moją
kuzynkę. Otóż wyobraź pan sobie...
że panna Izabela wstępuje do klasztoru.
Cóż to?
Czyż ma zamiar nawet pana Boga kokietować?
Czy też może chce odpocząć po wzruszeniach, ażeby pewniejszym krokiem
mąż? Daj jej pan pokój.
To dziwna kobieta. One wszystkie wydają nam się dziwne.
Dopóki nie stwierdzimy, że są głupie albo nędzne.
O Wokulskim nie słyszałeś, pan Czeku? A właśnie.
No co pan wiesz o nim?
A może pan chce robić z tego tajemnicę stanu? Panie doktorze!
Coś się stało naszemu panu!
Prędzej, panie!
Straszna rzecz.
Ci giną, wy wyjeżdżacie.
Któż to w końcu zostanie?
My.
Ludzi? Nie zabraknie.
Nie zabraknie.
Tymczasem wyjdźcie, panowie, stąd.
Wyjdźcie!
Przepacz mu się, pan.
Ostatni to romantyk.
Jak oni się wynoszą?
Jak oni się wynoszą?
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.