All language subtitles for Lalka - odc 6 Wiejskie rozrywki

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish Download
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French Download
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Pan Baron Dalski pyta się, czy może tu przyjść. Jedzie w tym samym wagonie. Pan

Baron?

Owszem, niech będzie łaskaw.

No proszę.

Jeszcze mnie dojechał, a już mam konkurenta.

Najmocniej przepraszam, że niepokoję szanownego pana.

Najmocniej. Ale chciałem dowiedzieć się, czy nie jedzie pan czasem do czcigodnej

pani prezesowej, która od tygodnia oczekuje pana?

Właśnie do niej jadę.

Witam pana barona. Niechże pan siądzie.

Dziękuję, dziękuję.

Ja też tam jadę.

Teraz wracam z Wiednia, gdzie kupiłem meble.

Ale zabawię u pani prezesowej kilka dni.

A pan Baron Content z wiedeńskich zakupów? A, bardzo, bardzo, bardzo.

Trafiły mi się bardzo ładne klejnoty.

Pozwoli pan?

Czy pan jest znawcą klejnotów?

Proste to, ale smaczne. I dlatego może takie ładne.

Ale ognie, ognie, co?

Nie podobają się panu?

Owszem, bardzo ładna. A komuż to baron wiezie taki prezent?

Mojej narzeczonej.

Spodziewałem się, że pani prezesowa wspomniała panu już o naszym szczęściu.

A właśnie dziś mija pięć tygodni. Jak oświadczyłem się i zostałem przyjęty.

A komuż to pan się oświadczył?

Prezesowej? O,

skądże? Proszę pana, pannie Ewelinie Janockiej,

wnuczce pani prezesowej. Ach, panie, cóż to za kobieta?

Skarby uczuć.

A rozum?

Widzi pan, ja bardzo wcześnie zacząłem siwieć. I nie bez tego, żebym od czasu

czasu nie fiksatuarował sobie pomóc.

Gdy tylko to zobaczyła, niech pan sobie wyobrazi, zabroniła mi

kategorycznie.

Powiedziała, dla mnie prawdziwie pięknym jest tylko siwy

mężczyzna.

Czy ja czasem nie nudzę pana, panie Wokuliczki?

Ależ pan, bardzo mi miło widzieć człowieka szczęśliwego.

Słyszałem, że u pani prezesowej zbiera się dużo gości. Przede wszystkim bawi

moja narzeczona. Dalej pani Wąsowska. O, panią Wąsowską to mogę rekomendować.

Oryginalna kobieta.

Panie, taką kobietę to trzeba uwielbiać.

A uwielbiać niebezpiecznie.

O, tam jedzie.

Tak, tak, to oni.

Żółty brek i gniada czwórka.

Ciekawym, kto jedzie. Niech pan spojrzy. Zdaje się, że widzę coś pąstowego. A

tak, tak, tak, to pani.

Pani wąsostka.

Ciekawym, czy jedzie moja narzekona.

Jest kilka, panie.

Pani pozwoli, że przedstawię pana Wokulskiego, mojego najlepszego

Pan Wokulski? Pan Starski? Już miałem przyjemność.

I ja.

Proszę. Pani pozwoli? Pan Wokulski.

Pani Wąsowska.

A to siostra mojej narzeczonej.

Uwaga! O, ostrożnie, ostrożnie.

No, jakże się teraz ulokujemy?

Jedźmy wszyscy razem.

W naszym powozie są dwa miejsca.

Rozumiem, ale nic z tego.

Narzeczeni pojadą z nami, a do powozu siądą, jeżeli są pan Ochocki i pan

Starski.

Dlaczego ja?

Albo ja.

Bo pan Ochocki źle powozi, a pan Starski nie wnosi. Już mi pani daje dymisję.

Pan wie, że ja zawsze daję dymisję wielbicielom, którzy mnie nudzą.

A więc narzeczenie naprzód. Fela siada obok Ewelinki.

O nie, ja siądę z tyłu, bo babcia zabroniła mi siadać przy narzeczonym.

Prosimy.

Proszę.

Proszę.

Proszę.

Czy nie moglibyśmy poprosić pana Ochockiego, żeby Lejce oddał stan

Moja pani, cóż mi pani wiecznie robi jakieś awantury? Właśnie, że ja będę

powodził. Więc daję panu słowo, że wybiję pana, jeżeli na ciebie wrócisz.

To się jeszcze pokaże.

Słyszeliście państwo, ten człowiek mi grozi.

Czy nie ma tu nikogo, kto by się ze mną ujął? Ja, panią pomszczę.

Przesiadziemy się oboje do tamtego... Człowiek nie ma żadnej idei o powożeniu.

Co do mnie, zaabonowałbym jeszcze kilka takich wypadków.

Pod warunkiem, że będę zabezpieczona od dowodów pańskiej tkliwości.

Mówiła pani dzisiaj, że wdowom wszystko wolno. Tak, ale wdowy nie na wszystko

pozwalają. Nie, panie Starski, musi się pan oduczyć swoich japońskich namyków.

To są nawyki wszechświatowe.

Ale nie z tej połowy wszechświata, do której ja należę.

Dobrze pan jeździ konno? A z czego pani to wnosi? O mój Boże, zaraz z czego?

Pierwiej niech pan odpowie na moje pytanie.

No nie szczególnie, ale jeżdżę.

Musi pan jeździć dobrze.

Od razu pan wgadł, co robią konie w rękach takiego mistrza jak pan Julian.

Będziemy jeździć razem.

Panie Ochocki, od dzisiaj daje pan urlop do spateru. I bardzo się z tego cieszę.

A ładnie w taki sposób odpowiadać damom?

Lepiej odpowiadać niż chodzić na spatery.

Niech teraz pan Wokulski spróbuje.

Celu, powiedz temu człowiekowi, że z nim nie rozmawiam.

Człowieku, człowieku! Ta pani mówi, że z wami nie rozmawia. Ta pani mówi, że

jesteście ordynarni.

A co?

Już pani zadęskniła za ludźmi z dobrego towarzystwa?

Niech pani spróbuje. Może dam się przeprosić.

A pan, panie Julianie?

Odprowadzę tylko ten ekwiparz do stajni. A niech pan pamięta, że o pierwszej

śniadanie. A pan też niech pamięta.

Jaśnie pani jest teraz w śpiżarni.

Może pan pozwoli do siebie.

Jest tu?

Czy jej nie ma?

Dlaczego nikt mi o niej nie mówi? Czy to przypadek?

Czy jakaś nowa tajemnica?

Proszę.

Jaśnie pani, prosi do stolu.

Witam cię, panie Stanisławie.

Dziękuję ci, żeś posłuchał mojej prośby.

Siadajże tu.

Kolokazi.

A ty proszę cię pamiętaj o nim.

Pan Wokulski zacłużył na to.

Gdyby nie jego przytomność, pan Ochocki połamałby nam kości.

Nie umie powozić parą koniar, wie się, do czwórki.

Wolałam już, kiedy po całych dniach łowił sobie ryby.

Boże, jakie to szczęście, że nie ożenię się z tą kobietą.

O panie mój, mój panie, jeżeli ofiarowujesz mi się na męża, to lepiej

furmanem.

Ci zawsze się kłócą.

Dzień dobry, moje dziecko.

panie Stanisławie jest taki zwyczaj, że schodzimy się wszyscy obowiązkowo tylko

do stolu.

A poza tym każdy robi, co mu się podoba.

Radzę ci więc, jeżeli boisz się nudów, pilnować się Kazimą Soski.

Ja też od razu biorę do niewoli pana Wokulskiego.

Dobrze.

Poproszę wina.

Nie, nie, wody.

Nigdy nie miałem tak dobrego apetytu.

Czym byłby Stefan Batory albo Napoleon Pierczy, gdyby nie porzenili się z

kobietami mającymi wpływy? Jeżeli w historii odegrała jakąś rolę małżeństwa,

bynajmniej nie ze skłonności.

Ale, drogą, małżeństwo jest zbyt doniosłym aktem, ażeby przystępując do

niego można było się radzić tylko sercem.

To nie jest.

Poetyczny związek dwu dusz to jest ważny wypadek dla mnóstwa osób i interesów.

Co innego małżeństwo polityczne, a co innego małżeństwo dla pieniędzy. Z

człowiekiem, którego się nie kocha. To gwałt zadany najświętszym uczuciom.

Babciu, kochana babciu, łatwo to mówić

o swobodzie uczuć, kiedy się ma dwadzieścia tysięcy rubli rocznie.

Wszyscy obwódnie gardzimy pieniędzmi.

Lecz każdy z nas wie, że jest to mierza, z której wyrasta wolność osobista,

nauka, sztuka, nawet idealna miłość.

Jest między nami przedstawiciel ludzi synu, pan

Wokulski, który jak mówi, sama babcia.

Złożył niejednokrotnie dowody bohaterstwa.

A co go pociągnęło do niebezpieczeństw?

Naturalnie pieniąd, który dziś w jego ręku jest potęgą.

Tak, ma pana rację.

Zdobyłem swój majątek pośród ciężkich przygód.

Ale czy pan wie, dlaczego go zdobyłem?

Za pozwoleniem. Ja nie robię panu zarzutu.

Tylko owszem, uważam, to za chlubny przykład dla wszystkich.

A skądże pan wie, czy człowiek, który żeni się lub wychodzi za mąż dla

pieniędzy, nie ma również na widoku flachetnych celów?

Zresztą mamy dowód w osobie uroczej pani wąsowskiej.

O, mój panie!

Mówisz, jakbyś był prokuratorem sądu ostatecznego.

Pozwolisz pan, że odpowiem pytaniem, jak pan Wokulski?

Czy wiesz, dlaczego to zrobiłam?

Ale pani to zrobiła.

I babcia to zrobiła.

I my wszyscy to zrobimy.

Wyjąwszy, rozumie się, pana Wokulskiego, który ma akurat tyle pieniędzy, ile ich

potrzeba dla pofolgowania uczuciom.

I ja tak samo zrobiłem.

To pan się ożenił dla majątku?

Nie dla majątku, ale dlatego, ażeby mieć pracę i nie umrzeć z głodu.

Znam dobrze to prawo, o którym mówi pan Starski.

A co nie mówię?

I dlatego, że znam współczuje tym, którzy muszą mu ulegać.

Jest to chyba największe nieszczęście w życiu.

Masz rację.

Pan mnie zaczyna interesować, panie Wokulski.

Babcia pozwoli nam osiodłać dwa konie, panu Wokulskiemu i mnie, prawda?

Oczywiście, oczywiście.

Za godzinę jedziemy.

Od tej chwili rozpoczyna pan służbę przy mnie.

Państwo tylko we dwoje pojadą? A pani także miałaby ochotę jechać? Z panem

Julianem? Proszę, tylko nie dysponować moją osobą.

Fejcia zostanie ze mną.

Zapomniałam chusteczki.

Powiedz mi pan, czy to wielka przyjemność?

Dorabiać się majątku?

Nie.

Ale wydawać przyjemnie? Nie wiem.

Nie? A jednak cuda opowiadają o pańskim majątku. Mówią, że masz pan ze 60

tysięcy na rok.

No, dziś mam znacznie więcej, ale wydaję mało. O, ile?

No, z 10 tysięcy.

Szkoda. Wiesz pan co?

Wydaj pan kiedy ze 60, no, 100 tysięcy na rok.

I powiedz mi, czy to robi sensację jaką, dobrze?

W góry mogę powiedzieć, że nie robi.

Nie?

To po co są pieniądze?

Jeżeli 100 tysięcy na rok nie daje szczęścia, to... Można je mieć przy

Szczęście każde nosi w sobie.

Ale skąd ci się bierze? Nie, pani.

Nie, to mówisz, pan, człowiek niezwykły.

Gdybym nawet był niezwykłym, to przez cierpienie, nie przez szczęście.

A tym mniej przez wydatki.

Ach, panie, czyś pan zawsze taki nudny. No baw mnie, pan, baw.

Zaraz? Tak.

Dobrze. Pan Tartki to bardzo zajmujący człowiek, prawda?

Tartki? Dla kogoż to?

Chyba dla takich łabędzic jak Panna Ewelina.

Mój Boże, już ja takich podobnych spotkałam w życiu.

Dzisiaj potrzeba mi czegoś innego.

Cóż to znowu z tym siodłem?

Mój Panie, popręg mi się chyba odpiął.

Proszę zobaczyć.

Zsiądzie Pani? A nie mi się istnieje. Niech Pan tak obejrzy.

Nie tam.

Czas się psuje koła z trzemienia. O tu.

I cóż?

No nic.

Popręg jest mocny.

Pocałowałeś mnie, pan, w nogę?

Nie.

A, jedź pan już sobie, jedź i przyślij mi tutaj Starskiego.

Jego bezczelność jest dużo zabawniejsza od pana księżowskiej powagi.

Gotów pan zabłądzić, a potem powiesz wszystkim przy obiedzie, że sprowadziłam

pana z prostej drogi. Proszę za mną.

Dzień dobry.

Ojej.

A czy ty wiesz, że Wokulski jest tutaj?

Tak.

Dzień dobry.

Tylko pani brakowało, aby ten zakątek stał się rajem. To prawda, baronie.

— Wiesz, pan Wokulski przyjechał, żebyś wiedziała, co to za człowiek.

Ale wolę ci nic nie mówić, bo i ty jeszcze pomyślisz, że jestem nim zajęta.

No i w obraz sobie pani Wąsowska zaprosiła go ze sobą na spacer sam na

żebyś wiedziała, jak się biedak rumienił. A ja za nią.

Witam, kuzyna.

Moja Belu, dlaczegoż to Joasia nie chce przyjechać do mnie?

Papo jest niezdrów, więc nie chce go opuścić.

Proszę cię, proszę cię, tylko tego mi nie mów.

Nie przyjedzie, bo nie chce się widzieć z Wokulskim.

On dla niej wtedy dobry, kiedy sypie pieniądze na jej ochronę.

Powiem ci, Belu, że twoja ciotka nigdy już nie nabierze rozumu.

Może ciocia nie uważa za stosowne okazywać tyle względów kupcowi?

Kupiec!

Kupiec!

Wokulscy są tak dobrą szlachtą jak starscy, a może nawet zasłabcy.

A co do kupiectwa?

Moja, Belu, Wokulski nie sprzedawał tego, co dziadek swojej ciotki.

Możesz to jej powiedzieć przy okazji.

Wolę uczciwego kupca niż dziesięciu austriackich rabiów.

Znam ja dobrze wartość ich tytułów.

Przyzna pani jednak, że urodzenie... Powiem ci, że o czyimś urodzeniu nie

mówić z ludźmi starymi, jak ja.

Tacy dobrze pamiętają i ojców, i dziadów.

I nieraz dziwią się, że wnuk jest podobny do Kamerdenera, a nie do ojca.

Wiele się tłumaczy zapatrzeniem.

Pani jednak bardzo lubi pana Wokulskiego.

Tak jest bardzo.

Kochalam jego stryja.

I przez całe życie byłam nieszczęśliwa. Tylko dlatego, że mnie od niego

oderwano.

I to z tych samych pobudek, na których twoja ciotka lekceważy dziś Wokulskiego.

Ale on nie da sobą pomiatać. O nie.

To nie taki próżniak jak Starski.

Ani marzyciel jak książę.

Ani półgłówek jak Krzeszowski.

To człowiek czynu.

Szczęśliwą będzie kobieta, którą on wybierze za żonę.

Na nieszczęście nasze panny mają więcej wymagań, aniżeli doświadczenia i

serca.

Choć nie wszystkie.

Więc gdzież on jest teraz, ten człowiek czynu?

Pojechał z Kazią na przejażdżkę.

Czy nie wiedział, że ja przyjeżdżam?

To miało być dla niego niespodzianką.

Ale przepraszam cię, jeżeli wypowiedziałam jakiś ostrzejszy wyraz.

Zaraz będzie obiad.

Jaśnie pani kazala powiedzieć, że jest pana Lęcka. Jeżeli jaśnie pan gotów, to

prosi na obiad. Proszę powiedzieć, że za chwilę służę.

Słucham pana.

Czekaliśmy na ciebie.

Witam panią.

Jakże się miewa pan Łęcki? Papa już trochę przyszedł do siebie i przesyła

ukłony. Jestem bardzo obowiązany za łaskawą pamięć.

A pani hrabina?

A ciocia jest zupełnie zdrowa.

Proszę, siadajmy.

Panie Wokulski.

Pan siada przy mnie.

Z największą chęcią.

O ile żołnierz ma prawo siadać w obecności swego komendanta.

Czy wzięłaś już pod komendę? Panie Stanisławie. Ale jak? Nieczęsto odbywa

podobną musztrę.

Och, myśli się za to, że wodziłam go po manowcach.

Po manowcach jeździć najprzyjemniej.

Wiedziałem, że tak będzie, tylko nie myślałem, że tak szybko.

Panie Wokulski, wieczorem zapraszam pana na spacer po parku. Smacznego.

Za

Brukselkę

dziękuję.

Przepraszam, panie Wokulski, może by mi pan podał, nie wiem, co tam jest na tym

półnisku. To może homara.

Świetnie, poproszę homara.

Czy Kulun może mi podać cól?

O, rozsypałem.

Pewnie się pokłócimy.

Ten wypadek nam już nie wyrodzi.

Obiecaliście sobie nie kłócić się nigdy, czy tak?

Nie mamy zamiaru nigdy przepraszać się.

Proszę.

Proszę.

No, jak pani uważa?

Czy wie pan, jakiego uczucia doznałam na

widok pana?

Oto żalu.

Przypomniało mi się, że mieliśmy razem jechać do Paryża.

Ojciec, pan i ja.

I że los był szczęśliwy tylko dla pana.

I bawił się pan przynajmniej dobrze? Za nastroje?

A jeżeli nie tak dobrze?

Dlaczego? Choćby dlatego, że pani nie było tam, gdzie mieliśmy być razem.

O ile wiem, umie się pan bawić dobrze.

Tam, gdzie mnie nie ma.

Panie Pokulski?

Albo nie już nic.

Na dzisiaj daje pan urlop.

Moi państwo, chodźmy do parku. Pani Ochocki... Pan Ochocki będzie mnie

uczył meteorologii. Uuu, meteorologii. Tak.

Właśnie zaraz idziemy na stryk do obserwatorów. Czy pan tylko meteorologię

wykłada, pani Ochocki?

Na wszelki podek radziłabym zapytać babci, co ona sądzi o tej meteorologii.

Pani zawsze mi zrobi jakiś skandal. Pani wolno ze mną jeździć po różnych

wertepach, ale Panie Felicji nie wolno zajrzeć do obserwatorium?

Zaglądajcie sobie gdzie chcecie, ale raz już idźmy do parku.

Baronie, Belu, kocham. Słucham.

Więc, Pana Felicja, niech Pani sobie wyobrazi, że mam w moim obserwatorium

zabawną rodzaj retorii. Tak.

Szczególnych doświadczeń.

Nic nigdy nie pozna Pani Nowego.

Chyba jakiś cudacki kapelusz, albo siódmą, czy tam ósmą figurę kontredansa.

Nic nowego, bo zawsze znajdzie się jakaś baba.

Hej, pani Julia, niech ktoś tak mówi.

Tak, nieznośna baba, która będzie uważać za nieprzyzwoite, że pójdę z panią do

obserwatorium. Bo może to naprawdę jest źle.

Tak, źle, ale dekoltować się do pasa jest dobrze.

Albo brać lekcję śpiewu u jakiegoś Włocha, który nie czyści paznokci.

Pani jest dzika kobieta, pani Felicjo.

Tak, tak.

Jak ten starski traci, prawda?

Traci z każdym dniem.

Pani Wąsowska śmieje się z niego.

Panna Izabela ironizuje jak najmocniej.

A pani siostra?

Pani siostra nawet go nie zauważa, prawda?

Tak.

Należy on widocznie do tych młodzieńców, których całą ozdobą jest nadzieja na

bogaty spadek.

Prawda? Tak. Gdy te nadzieje miną, młodzieńcem przestają się interesować,

czy nie mam racji?

Tak, siądę tu. Proszę bardzo.

Proszę, proszę.

A pan mógłby mi przynieść szal z pokoju? Przepraszam.

Doskonale. Doskonale.

Panie Wokulski, czy nie mogę prosić, aby

zaopiekował się pan moją narzeczoną?

Już idę. I za chwilkę wracam.

Tak.

Przejdźmy się.

Dawno zna pan barona?

Właściwie dopiero dziś miałem przyjemność zbliżyć się z nim.

On dla pana jest wielkim uwielbieniem.

Mówi, że pierwszy raz spotkał człowieka tak miłego w rozmowie.

No chyba dlatego, że sam ciągle mówi do mnie o pani.

Babcia mówi, że jest pan człowiekiem wielkiego charakteru.

Ja dotychczas nigdy nie spotkałam ludzi z wielkim charakterem. A sama mam bardzo

słaby.

Nie umiem odmawiać.

Może źle robię wychodząc za barona?

Czy i pan tak sądzi?

Czy pan potrafiłby usunąć się od kogoś, kto powiedziałby, że kocha pana nad

własną duszę?

Żeby z wzajemności pana niewielka resztka życia, jaka została, zejdzie mu

osamotnieniu i rozpaczy?

Nie jestem kobietą, więc nie wiem, co bym zrobił.

Ale jako mężczyzna wiem, że nie potrafiłbym żebrać nawet o miłość.

I jeszcze pani powiem, że nie tylko nie prosiłbym, ale wprost nie przyjąłbym

wyżebranej ofiary z czyjegoś serca.

Takie dary zwykle bywają połowiczne.

Panie Pokulski!

Panie Pokulski, damy czekają na pana. Moja babka, pani Wąsowska.

Proszę się mną nie krępować.

Zaraz zresztą przyjdzie baron i we troje dogonimy państwa.

Czasami zdaje mi się, że wolałabym w grobie leżeć.

Odwagi, odwagi.

Hop, hop!

Pan Ewelino!

Panie Wokulski!

Czy poszukamy narzeczonych?

Jak pani każe.

To może lepiej nie.

Podobno szczęśliwi nie lubią świadków.

A pani nigdy nie była szczęśliwa.

Ach ja, owszem.

Ale nie tak jak Ewelina i Baron.

Czy mogę zadać panu drażliwe pytanie?

Choćby najdrażliwsze.

Prawda, że wyjechał pan do Paryża bardzo obrażony na mnie.

Byłam winną wobec pana.

Posądzałam pana.

Czy nie o malwersację w nabyciu domu ojca pani za pośrednictwem Żydów?

O nie, przeciwnie.

O czyn wysoce chrześcijański, którego jednak nikomu bym nie przebaczyła.

Przez chwilę myślałam, że dom nasz kupił pan za drogo.

No dziś chyba uspokoiła się pani.

Tak.

Wiem, że baronowa Krzyszowska chce go kupić za 90 tysięcy.

Doprawdy? Jeszcze ze mną nie rozmawiała.

Choć przewidywałem, że to nastąpi.

Cieszę się, że tak się stało.

Że nic pan na tym nie straci.

Dopiero dziś mogę panu podziękować z całego serca.

Takich rzeczy nie zapomina się.

Już wieczór.

Wracamy do domu.

Pewnie całe towarzystwo wyszło z parku.

A, ładnie, ładnie. Zdradził mnie pan.

Zostawił pan moją narzeczoną samą w parku.

Żartuję, żartuję. Ale mógłbym mieć pretensje, gdyby nie to.

że przyszedłem wcześniej i natknąłem się na pana Starskiego akurat kiedy

wychodził z przeciwnego końca alei ku nam.

Niech pan jednak nie przypuszcza, że jestem zazdrosny o moją narzeczoną.

Ale widzi pan, ten Starski to obrzydliwa figura.

Nikomu bym tego nie mówił, ale pan wie.

Jak on postępuje z kobietami?

Myśli pan, że wdycha? Umizga się?

Blaga o dobre słówko? O uścisk ręki? Nie, panie.

On je traktuje jak samice.

W najbrutalniejszy sposób.

Działa im na nerwy.

Rozmową. Spojrzeniami.

Kto wie, mój baronie, czy Starski nie ma racji.

Nas nauczono widzieć w kobietach anioły i tak też je traktujemy.

A jeżeli one są przede wszystkim tylko samicami, to my wydajemy się w ich

głupsi, niedołężniejsi niż jesteśmy.

A Starski musi triumfować. Ten jest panem kasy, kto posiada właściwy klucz.

I pan to mówi, panie Wokulski? Pan?

Ja, panie.

I nieraz pytam, czy nie za nadto ubóstwiamy kobiety.

Czy w ogóle nie traktujemy ich zbyt poważnie?

Poważniej i uroczyście niż siebie samych.

Panna Ewelina należy do wyjątków. O istnieniu wyjątków nie przeczę.

Kto wie jednak, czy taki starski nie odkrył ogólnego prawidła.

Z tego prawidła trzeba wykluczyć moją narzeczoną.

Przepraszam za wizytę w nieodpowiedniej porze.

A cóż tu właściwie robi pan Starski?

Jakże co?

Mieszka u swojej ciotecznej babki, a zarazem matki chrzestnej, prezesowej

Zasławskiej.

I jak teraz martwi się, że zapewne nie udziedziczy po niej majątku.

Ładny grosz, trzysta tysięcy rubli.

Ale prezesowa uważa, że lepiej nim wesprzeć podrzutków, aniżeli kasę w

Biedny chłopak.

A cóż mu złego? Aleba.

U babci urwało się. Z Kazią zerwało się i choć w łeb sobie strzela. Jak to?

Powiedz pan, że kiedyś obecna pani Wąsowska jeszcze jako panna miała

Starskiego.

A co dotychczas robił pan Starski?

Przede wszystkim robił długi.

Trochę grał, trochę podróżował.

Ale zdaje mi się, że głównie po paryskich i londyńskich knajpach, bo w

Chiny nie bardzo mi się chce wierzyć.

No ale specjalnie trudnił się bałamuceniem młodych mężatek. Takie

jak każde inne.

O, wierzę.

Dziewczęta, dajcie koszyki.

Dużo, dużo.

Dziękuję.

A teraz każda dama

ze swoim kawalerem udaje się w inną stronę.

Panie Starski, ostrzegam, że jestem dziś w wyjątkowym humorze, a co znaczy u

mnie wyjątkowy humor, wie o tym pan wokuls.

Pani Ochocki?

Belu!

Proszę do lasu i nie wracajcie, dopóki nie uzbieracie pełnego kosza ryzu.

Belusiu, proszę.

Pójdę z Michaliną i Oasią.

Chodźmy, chodźmy.

Proszę bardzo.

No idziemy, chodźmy.

No, chodźmy już, kuzynie.

Ale weź mój koszyk i sam zbieraj rydzę, bo mnie to, przyznam się, nie bawi.

Co mi tam wasza rydza?

Dwa miesiące straciłem na...

Grzybach, rybach, bawieniu dam i tym podobnych głupstwach.

Inni przez ten czas jeździli po świecie.

Miły towarzysz, prawda?

I tak z nim będziesz do końca wakacji.

Jestem pewny, że kuzyn pani zrobi wielki wynalazek.

Kto wie, czy nie stanie się on epoką w dziejach ludzkości.

Myśli pan?

Może i tak.

Ale kiedy patrzę na niego, przychodzi mi na myśl pewna historyjka o Newtonie.

Był to podobno bardzo wielki człowiek, czy tak, panie? Tak, pani. Otóż pewnego

dnia, siedząc przy jakiejś panience, wziął ją za rękę. Czy pan uwierzy?

Zaczął czyścić swoją fajkę jej małym palcem.

No, jeżeli do tego prowadzi geniusz, to ja dziękuję za genialnego męża.

Przejdźmy się trochę po lesie.

To nie zbieracie państwo rydzów?

Cudowne rydze. Nie starczy nam koszyków. Trzeba będzie dobreczki wrzucać. Bylu,

dać ci koszyk? Nie, dziękuję. A panu?

Nie wiem, czy potrafiłbym odróżnić rydza od muchomora.

Ślicznie. Nie spodziewałam się od pana takiej odpowiedzi. Powiem to babci i

poproszę, aby nie pozwoliła żadnemu z panów jeść rydzów. Zwłaszcza tych, które

ja zbieram.

Obraził pan Felicju. Nie godzi się. Ona jest taka życzliwa, panu. Panna Felicja

znajduje przyjemność w zbieraniu grzybów.

Ja wolę milczeć razem z panią.

A więc milczmy dalej.

Ładnie tu, prawda?

Siadajmy.

Prawie rok temu byliśmy w tym samym miejscu na wrześniowej majówce.

Było ze trzydzieści osób z sąsiedztwa.

Tam palono ogień.

Bawiła się pani lepiej niż dziś?

Nie.

Siedziałam na tym samym pniu i byłam jakaś smutna.

Myślałam o tym, co też będzie za rok.

Dziwna rzecz.

Ja także mniej więcej rok temu byłem z obozem w lesie, ale w Bułgarii.

Myślałem, czy za rok żyć będę i... I o czym jeszcze?

O pani.

O mnie?

Alboż pan nie znał?

Tak.

Znam panią już parę lat, ale wydaje mi się, że znam panią od wieków.

Czas ogromnie wydłuża się, kiedy o kimś myślimy na jawie i we śnie.

Może według pani tacy jak ja nie mają prawa myśleć o pani.

W waszym świecie nawet ten zakaz jest możliwy. Ja należę do innego.

Dlatego niech mi pani powie wprost, wolno mi czy nie wolno myśleć o pani.

Nic więcej nie żądam. Ale ja pana prawie nie znam.

Toteż ja nic więcej nie żądam.

Niech mi pani tylko powie wprost. A jeżeli między nami taka istnieje

Nie będę się już więcej starał o względy pani.

Każdy człowiek ma prawo myśleć.

Dziękuję.

Dziękuję pani.

Tym słówkiem dała mi pani poznać, że w jej przekonaniu nie stoję niżej od panów

starskich, marszałków i im podobnych.

Jest pan przecież szlachcicem.

Owszem. Jeżeli pani sobie życzy, jestem szlachcicem. Może nawet lepszym od

takich, jakich spotykałem w salonach.

Na moje nieszczęście jestem wobec pani również kupcem.

No, kupcem można być i można nim nie być.

To zależy od pana.

No cóż, jakże się u mnie bawisz.

Ja?

Czyżbyś się nudził?

Za rok takich nudów oddałbym życie.

Tak się czasem zdaje.

Wybaczysz mi, jeżeli cię obudzę?

Słucham, panią.

No nie myśl, że obudzę cię z złymi wiadomościami.

Kiedyś... Prosiłam cię, byś pomyślał o cukrowni, którą mi tutaj każą budować.

Myślałeś może o niej?

Jeszcze nie.

To nic pilnego.

Ale o stryju zapomniali zupełnie.

A on, biedak, leży niedaleko stąd, o trzy mile w Zastlawiu.

A może byście tam jutro pojechali?

Okolica ładna.

Są ruiny zamku.

A co do kamienia, to rozmyśliłam się, wiesz.

Nie trzeba go rozbijać.

Niech zostanie pod zamkiem i tylko każ wyryć na nim te wiersze. O każdej dobie

i na każdym miejscu.

Znasz to?

O tak, znam.

W miasteczku jest niejaki węgielek, sprytny hultaj, trochę kowal, trochę

stolarz, więc może on potrafi wyrzeźbić co potrzeba.

Pod zamkiem bywa więcej ludzi niż na cmentarzu. Prędzej przeczytają i

może zamyślą się nad ostatecznym kresem wszystkiego na tym świecie.

nawet miłości.

Dobrze umiesz pisać, mój bracie?

Ojej, przecież ja tu nie chwaląc, te wszystkie szyldy malowałem w mieście.

I tego Krakowiaka?

A gdzie żeś ty widział takiego Krakowiaka?

U pana Zamoyskiego jest furman, co się nosi z Krakowska, więc ja bym sobie go

obejrzał.

Widziałeś, że obie nogi ma na lewym boku?

Proszę łaski pana, ludzie z prowincji nie patrzą na nogi i na butelkę.

Jak taki zobaczy butelkę i kieliszek, to już ani chybie, ale trafi prosto do

szmula.

Nie ożeniłeś się jeszcze?

Nie. Z taką, co chodzi w chustie, to ja się nie ożeni.

A kapeluszowa by mnie nie chciała. A cóż tu robisz, kiedy nie ma szyldów do

malowania?

Ot tak, panie.

Trochę to, trochę owo.

A tak razem to nic.

Dawniej robiłem stolarkę, ale spaliłem się tamtego roku.

Jakoś nie mogę przyjść do siebie.

Słuchaj, Węgiełek, podobasz mi się.

Będę w tej okolicy jeszcze tydzień, a jeżeli dobrze wyrzeźbisz mi napis,

cię na jakiś czas do Warszawy.

Tam przekonasz się, co jesteś warty. Może uskładasz na nowy warsztat.

A cóż jest tak stanął? Idziemy.

Przepraszam, ja się nie pana... Ja się nie pan mówi, to naprawdę?

Drogi Kwiocie.

Niech pan poczeka.

Idę do pana.

Odprowadzę kuzynkę. Dziękuję.

Pójdę sama.

Ale do zamku nie pójdę sama. Będzie musiał mi pan podać rękę.

To może państwo pozwolą lżejszą drogą? Prowadź.

Jaki dziwny kolor tych kamieni.

To ruda żelaza. O nie.

To nie ruda.

To krew.

Krew? Aha.

O, to jest ten kamień. Ach, ten.

Ciekawam, jak go tu wnieśli.

Mój człowieku, a co mówiliście o tej krwi?

To dawna historia.

Jeszcze mi dziadek opowiadał.

To wszyscy o niej wiedzą.

Opowiedzcie ją.

W takich ruinach bardzo lubię słuchać legend.

Opowiedzcie o tej krwi.

W dawnych czasach...

Po tych kamieniach, cośmy nimi szli, płynął potok.

I na dnie tego potoku leżał jeden spory kamień.

W rzeczy samych było tam okno do podziemiów, gdzie są zachowane wielkie

Między tymi skarbami, na sterozłotym łóżku, śpi królewna.

Bardzo śliczna.

I bogata odziana.

Ona śpi przez to, że jej ktoś wbił złotą szpilkę w głowę.

Śpi i nie odknie się, dopóki jej kto szpilki nie wyciągnie.

I potem się z nią nie ożeń.

Ale to rzecz ciężka.

I nawet niebezpieczna.

Bo tam w podziemiach pilnują różne kratydła.

O tej królewnie i o skarbach ludzie wiedzieli od dawna.

Bo dwa razy do roku na Wielkanoc i w święty Jan kamień się usuwał i kto stał

wodą mógł zajrzeć do środka.

Jednej wielkiej nocy przyszedł tu do zamku młody kowal Zasławia.

Kamień się usunął i kowal widzi wory pieniędzy.

I królewnę.

Ona śpi.

I tylko łzy jej płyną.

A co która upadnie.

zaraz zamienia się w klejnot.

Wkoczył kowal w jamę i zaraz otoczyły go takie poczwary, że inny umarł by od

samego wejrzenia.

Ale żaden potwór nie śmiał go skrzywdzić, bo przed odważnym złe umyka.

Doszedł do złotego łóżka i szarpnął za szpilkę i wyciągnął ją do połowy, bo

trysnęła. A królewna zawołała wielkim głosem, czemu mi krzywdę robisz

I kowal się zlągł.

I ręce mu opadły, a strachom tylko tego było trzeba.

Który miał największy pysk, skocił na kowala i tak go kłapnął, aż krew

trichnęła. I poplamiła kamienie.

Co państwo na własne oczy widzieli.

I od tej pory kamień zatkał to okno do podziemiu.

że już go nikt znaleźć nie może.

A królewna została tam w odchłani, na wpół rozbudzona.

Ciekawa jest twoja opowieść.

Ale powiedz mi, w jaki sposób zamierzasz wyciąć ten napis?

Kiedy nie wiem, panie, co mam wyciąć?

A, tak.

Tylko cztery wiersze?

Za trzy dni, panie, będzie gotowe.

Na tym kamieniu można wyciąć bodaj calowe litery.

Zapomniałem sznurka, żeby wymierzyć.

Skoczę, panie, do furmanów. Może mi dadzą.

Zaraz wrócę.

Co to za wiersz?

Na każdym miejscu i o każdej dobie, gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą

bawił.

Zawsze i wszędzie będę ja przy tobie, bo wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Obudzisz ty się, moja królewno.

Nie wiem.

Może.

Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły i

coś tam klaszcze zabor...

Jeszcze raz będzie pan w takim humorze jak teraz, a pozawraca pan głowy

wszystkim paniom.

Żal mi będzie za Sławka.

Muszę już jechać.

Ciotka pisała jeszcze w środę, żeby wracać, ale prezesowa nie pokazała mi

Zatrzymała mnie.

Dopiero kiedy wczoraj przybył umyślny posłaniec.

Jedzie pani jutro?

Dziś po drugim śniadaniu.

Dziś?

A czy przynajmniej będzie mi wolno po powrocie odwiedzić państwa?

O tak, prosimy bardzo.

Ojciec mój jest wielkim przyjacielem pana.

A pani?

Nie odpowiada pani.

Nie domyśla się pani nawet, jak drogie mi jest każde jej słowo.

A oto dziś podjeżdża pani, nie zostawiając mi nawet cienia nadziei.

Może czas to zrobi.

Jeżeli się łudzę, tylko pani może ze mnie zdjąć to zaklęcie.

Powiedz, że nie masz nic i nie będziesz miała nic dla mnie i wrzucę tam, gdzie

powinienem był dostać.

Czy tak?

Będę cierpliwym.

A pani sama mi da znak, kiedy spełnią się moje nadzieje.

Do widzenia.

Do widzenia.

Do widzenia.

Mogłabyś też, Kaziu, już nie dręczyć tego biedaka.

Ale kukrz to! Twojego imiennika.

Ach, Tartkiego!

Zobaczymy. Do widzenia.

Do widzenia.

Piękny dziś dzień.

O, tak.

Bardzo piękny.

Uważa pan, szanowny panie Wokulski,

Ja tak czasami myślę.

No nie mówię tego z własnego doświadczenia, bo

moja narzeczona jest najszanowniejszą kobietą, ale

ja tak myślę, że kobiety niekiedy nas zwodzą.

Tak, niekiedy.

Może to...

Nie jest ich wina, ale trzeba przyznać, że niekiedy pozwalają się

bałamucić z ręcznym inteligentem. O, pozwalają.

A nie sądzi pan, że należałoby temu zapobiec?

W jaki sposób?

No, choćby usuwając kobietę od stosunków z inteligentami.

Można kobietę usunąć od intrygantów, ale czy podobno uwolnić ją od własnych

instynktów?

Co pan poradzisz, jeżeli ten, który w pańskich oczach jest tylko bałamutem czy

intrygantem, dla niej jest samcem tego, co ona gatunku?

Jaka walka jest tu możliwa z prawem natury, wobec którego suka, choćby

najlepszej rasy, nie pójdzie za lwem, a za psem?

Psy, baronie, psy!

stanowią jej gatunek.

Więc według pana nie ma rady.

Dziś żadnej.

Jutro będzie jedna.

Szczerość w ludzkich stosunkach i wolny wybór.

Jak ja już dobrze pana znam.

Pytam przed godziną prezesowej, gdzie Wokulski?

Pojechał w pole szukać miejsca na cukrownię.

Akurat myślę, on pojechał do lasu marzyć i oto znajduję pana rozgorączkowanego

przy pniu.

Czy aż tak śmiesznie wyglądam?

Śmiesznie nie, ale jakby tu powiedzieć tak niespodziewanie.

No w każdym razie ja sądziłam, że pan jesteś człowiek silny, rachunkowy, który

chodząc po lesie taksuje drzewa, na niebo nie patrzy, bo to nie daje

tymczasem?

Cóż ja widzę?

Średniowiecnego trubadura, który wymyka się do lasu, ażeby wzdychać i wypatrywać

zeszłotygodniowe ślady jej stóp?

O, panie Wokulski, jakie to jest zabawne, jakie to nie dzisiejsze.

Czy już pani skończyła?

Już. Teraz pan zacznie przemówienie? Nie, pani.

Zaproponuję, żebyśmy wracali do domu.

Czy nie myślisz, pan, że w ten sposób mówię o pańskiej miłości, bo chcę sama

wydać się za pana?

Mówmy serio.

Otóż była taka chwila, żeś mi się pan podobał.

Była, ale już przeszła.

Ale choćby jej nie przeszła i choćbym miała umrzeć w miłości dla pana...

Co zapewne tak szybko nie nastąpi, bo na razie nie straciłam jeszcze ani snu,

ani apetytu.

To panu nie oddam się nigdy.

Jestem zadumna na to, żeby żyć z człowiekiem, który tak kochał inną

Jutro jadę.

Jutro?

A cukrownię niech pani nie stawia.

A cóż będzie z kamieniem? No właśnie.

Jeśli pani pozwoli, pojadę na Zasław.

Obejrzę kamień.

Mam tam zresztą jeszcze interes.

A no to jedź z Bogiem.

Nie masz tu co robić.

A w Warszawie zachodźże do mnie.

Wrócę jednocześnie z hrabiną i z Lenskimi.

Panie Wokulski!

Dolika, miałem z panem tyle do pogadania. Ale cóż, pan ciągle okładał

babami. A teraz wyjeżdżasz. Nie lubisz pan kobiet.

Może masz rację. Nie to, żebym nie lubił, ale od kiedy zauważyłem, że

damy nie różnią się niczym od pokojówek.

Wolę pokojówki.

Słówko. Kiedy wróci pan do Warszawy, niech pan do mnie wstąpi.

Może zakomunikuję panu wiadomość o wynalazku, który wprawdzie zabierze

życia, ale... ale przypadnie panu do gustu.

Balony. Coś lepszego.

Do widzenia.

Niech mama będzie zdrowa.

Synku.

Siadaj.

A wiesz, kiedy tutaj wrócisz, jedziemy. Jak Bóg da, pań.

Na każdym miejscu i o każdej dobie, gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą

bawił, zawsze i wszędzie będę ja przy tobie, bo wszędzie cząstkę mojej duszy

zostawił.

Zawsze i wszędzie będę ja przy tobie.

A jeżeli nie?

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.