Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Inny jestem pies lubrze się niż przed rokiem.
Pusto jakby wszystkich na roboty wywieźli.
A niż wejdą się. Tak miało być.
I papiere.
Nasze czy nieboszczyka? I papiere.
Witaj, witaj. Bo my ze zwłokami do kościoła.
A to klienta.
Właśnie umarł na typus.
Tak jest.
O, proszę, tutaj jest zaświadczenie ze szpitala.
Dziękuję.
Świeże.
Ale zapach, człowiek od razu wie, że żyje. Ja zawsze mam towar pierwsza
panie Tosiu. Tak jest. No to do roboty, Zosiu, uwagę.
Spokojnie, panie Tosiu, spokojnie. Mamy czas aż do wieczora.
Przecież dzisiaj nie wypada się pokazywać wcześniej na ulicy, nie?
Rocznica to rocznica. A no tak, tak.
Ojciec za dwadzieścia lat odmłodniał, od kiedy poznał tego pańskiego kurasia.
Nie jeden.
Przynajmniej ma zajęcie.
Panie Władimie, na chwileczkę. Już idę.
Proszę pana, Mrowinski ma sprawę do pana.
Do mnie?
Tak. Chciałby się włączyć.
Do czego?
No przecież do nauczycieli.
No i pan, otwierają teraz te inne komplety. Pan bardzo mógłby mu pomóc
znajomych ojca.
Wie pan, ojciec jest w Krakowie. Byłoby ciężko.
Już widzę, że pan Mrowińskiego to bardzo nie lubi, co?
Szczerze mówiąc, nie.
A mnie?
Pan to co innego.
A czy ja się czymś różnię od niego?
Czy to dzisiaj takie ważne, panie władziu, jak w to myślę?
Widzę, że nie chce mu pan ułatwić pańska sprawa. Nie to, że nie chce ułatwić.
Przyjąłem punkt widzenia Kurasia.
Przetrwać, nie mieszać się.
Zmienił się pan.
Tak, bo widzę, co się dzieje.
Te ciągłe spotkania, narady, gazetki, pisanie po ścianach, wybijanie szyb,
Volksdeutsche, po to, by kolejni oficerowie zostali w kraju.
W gorącej pan wodzie kąpany, panie Włodzimu. W gorącej czy w zimnej, ale w
polskiej. No to i dlatego pan kiełbasy przewozi, tak?
Tak, bo to konkretna pomoc.
Włodzimu też chcę pomagać, chcę uczyć.
Dobrze, postaram się.
Wie pan, dlatego się waham, bo jeśli nie pomagam swoim, to dlaczego miałbym
pomagać obcym?
Przyszłość pokaże, kto to obcy, a kto swój.
Dzień dobry.
Dzień dobry, proszę.
Nie wiem, czy dobrze trafiłam.
Panią Królikowa przysłała, tak?
Nie.
Jak to?
Czy to pan jest Mundek Szczubełek?
Tak, słucham. O co chodzi?
Proszę.
Znalazłam, to oddaję.
To był pana adres.
To ja już pójdę. Do widzenia. Zaraz, zaraz, chwileczkę. Gdzie to pani
A wie pan już o co chodzi?
Nie.
To ja tym bardziej nie mogę wiedzieć.
Leżało, to podniosłam.
Ledwo pana odszukałam. A gdzie to leżało?
Na ulicy.
Dużo jest ulic w Warszawie. Na Groszowickiej.
Kto pisał ten list?
Nie podpisał się.
Podpisał, ale nikt mi to nie mówi.
Jak wygląda? Wysoki, niski? Co do zbrodnia listy odnieść?
To jakiś Francuz ciężarówki wyrzucił. U nas na Groszowickiej jeńców francuskich
trzymają.
Mówi pani Francuz, list jest po polsku.
To jakieś nieporozumienie.
To ja już pójdę.
Szkoda, że pani się fatygowała takiej szmat drogi.
Do widzenia.
Kto to był?
Chodź, Josiec.
Widzisz ją tą?
Aha, widzę. Widzisz?
Jedź za nią, dowiedz się, kto to jest.
Jak się nazywa?
Mówiła, że mieszka na Gruszewickiej. Na Gruszewickiej. Jedź szybko, nie widziała
cię, to jedź z nią do końca. Dobra. Szybko.
Wysychane. Michel tutaj u nas, no.
Tajmundku, o co tu chodzi?
Dwa lata byłem z nim w Hiszpanii, ale nie wiem, czy to on.
Od Gwada Lachala taśczył mnie przez dwa kilometry, jak dostałem po gierach.
Byłem ranny.
No i co, będzie pan go szukał?
To Francuz? Tak, Francuz. Jaki tam Francuz? Taki sam jak ja i pan.
Jego ojciec pod Jasła.
We mnie groba przed pierwszą wojną. A, to teraz Francuz.
No niby tak.
Popatrz, Władek, co się wyprawia.
Pół roku temu żabojady miały nas zbawić, nie?
A teraz ich samych trzeba za uszy trzamba wyciągać.
Ale karuzela.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Rany boskie.
Kto umarł?
Jeszcze nie ten, co trzeba.
Bo widzę karawan na naszym podwórku i myślę sobie Jezus Maria.
A co?
Nikomu nic się nie stało?
A stało się, stało.
Świnia życie straciła.
Pani Królikowa, niech pani leci po sąsiadach powiedzieć, że kiełbasa i
A słyszeli panowie, że dzisiaj pod pomnikiem saperach i pod lotnikiem
leżą i to już od świtu.
Tylko tych harcerzy, co kładli kwiaty pod lotnikiem, to od rana już zabrali.
to lecę po sąsiadach.
Widzisz, pan, miałem rację.
No co, piękny gest?
Ale czy dla takich gestów warto narażać dzieci?
Dzień dobry, Panie Jezus Chrystus.
Dzień dobry, Panie Jezus Chrystus.
Co chciałaś wyznać Bogu, słucham?
Nie mogę.
Bóg swoich wszechwiedzy i tak wie, co obciąża Twoją duszę. Śmiało.
Ty boisz się.
Boisz się to powiedzieć.
Czy to grzech śmiertelny?
Jeszcze nie popełniłam, ale pragnę tego.
Czego pragniesz?
Żeby mój syn mógł się zemścić mordowo, żeby go zabić.
Kogo?
Przez niego straciłam męża.
Nazywa się Władysław Miewiński. Nawet nazwisko mogę powiedzieć, żeby ksiądz
myślał, że to była jakaś zabląkana kula albo bomba.
Zwykły człowiek.
Sądziłem, że twojego męża zabili Niemcy.
Ja też jestem Niemką.
Co?
Niemcy robią teraz dużo złych rzeczy.
Modlę się za nich, żeby przejrzeli.
I za Polaków się modlę.
Za wszystkich, prócz tego jednego.
Prócz tego jednego.
I wcale nie mam za złe.
Mojemu synowi, że służy w policji. Bo on jest tam tylko po to, żeby móc
wymierzyć sprawiedliwość na swego ojca.
I modlę się o to, żeby on znalazł tego człowieka. Żeby była sprawiedliwość i
więcej.
Nie bierzcie na siebie ciężarów sprawiedliwości.
Bo jest tylko jeden sędzia, który zna prawdziwą wagę dobrego i złego.
Ja nie mogę tego darać.
Rozumiem, że tylko jego jednego.
Tak, tylko jego jednego.
Czy on wie o tym?
O czym?
Czy wie, że go fukać?
Czy ja wiem? Wiem, że się ukrywa.
Zabił z chęci zysku, z zemsty.
Napadł na mojego syna tylko za to, że był Niemcem.
Żołnierzy sprowadził.
A więc to była bitwa.
Nie.
To był napad, a nie bitwa.
Wojna jest rzeczą straszną, okrutną.
Całe domy, ulicy i miasta walą się w gruzy.
Ale jeszcze gorsze jest to, że w gruzy walą się chrześcijańskie sumienia.
Niejeden żołnierz zadaje sobie dzisiaj pytanie, dlaczego wolno mu zawijać
bezkarnie, skoro przez całe życie przestrzegano go przed przekraczaniem
przykazania.
Spójrz jeszcze raz na wiernych zgromadzonych w kościele.
Oni nienawidzą poszczególnych zabójców swoich dzieci.
Oni ich nie znają, ja znam. Tylko Bóg zna ich wszystkich.
I on jeden rozsądzi, czy zrobili to z własnej woli, czy ze ślepego
posłuszeństwa.
Jeżeli wyrzekniesz się swojej zemsty, Bóg daruje ci.
Nie potrafię.
Nie potrafię.
Wciąż mnie pan namawia do tych pogrzebów.
Jako kapłan nie mogę odmówić, ale dziwię się bardzo, panie Kuraś.
Zrodzę się dziwię.
Czy wy tam u siebie nie macie cmentarza?
Naraz wszystkim zachciało się być pochowanym na brudnie w Warszawie? A kto
tam nieboszczyków zrozumiał, księże proposzczu?
Zachcianki.
Nigdy nie wiem, czy pan mówi poważnie, czy pan żartuje.
Dziwnego pan Bolkowski dobrał sobie wspólnika. A czemuż to on nigdy tu sam
przyjedzie? Czy to taka przyjemność jeździć karawanem, proszę księdza?
Ciało w kluchcie? Tak jest.
Dziękuję.
A tu jest drobny upominek dla księdza proboszcza od naszej firmy. Dziękuję
bardzo.
To ja już jadę.
Księże Andrzeju, prawdziwa wiejska kiełbasa.
Udzielił kiedyś ksiądz rozgrzeszenia wbrew własnemu sumieniu?
Co, księdzu, przychodzi do głowy?
Mam nadzieję, że to jest czysto teoretyczne pytanie.
Niestety nie.
Czy św. Tomasz za chwilę mógł przelidzieć gestapo?
Co księdzu jest?
Źle się księdzu czuje?
Źle. Mój Boże.
Naszym obowiązkiem jest to słaniać bliźniego, miłować go, prawda?
Otóż każdy uczciwy człowiek ostrzegłby bliźniego o grożącym mu
niebezpieczeństwie. Każdy.
Tylko nie ja, kapłan.
Jędrusiu, co ci jest?
Chory jesteś. Chory jesteś, naprawdę.
Nic nie rozumiem. Tak, ja nic nie rozumiem.
Nie wiem, kim mam bardziej być.
Polakiem czy księdzem.
Jednym i drugim.
Polskim kaplanem masz być.
Jesteś nim.
Jesteś katechetą na tajnych kompletach.
Tym wyborem sam odpowiedziałeś sobie.
Tak, jestem katechetą. I czegoż ja mogę nauczyć?
Miłujcie nieprzyjacioły swoje, a oni was w les będą napawiać.
Czego jeszcze mogę nauczyć?
Czego się dręczysz? Co się stało?
Przecież o tym nie mogę mówić.
Wspomniałeś o jakimś niebezpieczeństwie.
Wiesz, komu on obrozi?
Wiem. Można osłyszeć.
Tak, ale niebezpieczeństwo nie zniknie, jeśli nie wskaże sprawcy, a penitenta
przecież nie mogę ujawnić. Nie.
On zaufał Bogu, mówiąc o tym.
Niebezpieczeństwo możesz zażegnać.
Karać nie możesz.
Kary, pozostaw Bogu.
Pan szanowny kogo uważa?
Ja do pana rączki.
A, do tego krawca.
Tak, właśnie mam coś do przerobienia i nie wiem jak... A, panie.
Już go przerobili.
Tutaj teraz sami Niemcy mieszkają.
Przepraszam. Proszę.
Długo czekam.
W interesech trzeba być punktualnym. W interesech trzeba być wypłacalnym.
Spóźniłem się, bo zbierałem forsę.
Jest coś?
Tak, ale dzisiaj dolary o jeden złoty drożej.
Mówi się trudno.
A złoto? Tak jak było.
Bruch czy wyrób?
Wyrób, wyrób. Fine gold.
Absolutnie prima.
Można się przyjrzeć?
Tak.
81014? Tak.
Tu biuro numerów. Do kogo należy telefon?
Do Johana Heimana. A o co chodzi?
Czy... Czy to pani Ewelina?
Tak. O co chodzi?
Do tego ksiądz telefonował?
Ja...
Arkadiusz?
Rączka, krawiec.
Czego ty chcesz odprawca?
Nic. Odprawca nic.
Nie kłamiesz?
Bóg jest świadkiem. Odprawca nic, księże proboszczu.
Dają chleb?
Ranny wypiek Francuzi zabrali, a my tak stoimy. Nie wiem może, co z tego będzie.
Zajmij kolejkę.
Zdowiem się, kiedy zaczną wydawać.
Chciałem się widzieć z Saną Balkiewicz.
A jest, przy wypieku.
A o co chodzi?
Zgubiła bilet miesięczny u mnie.
W wodzie chciałem jej zwrócić.
Niech pan wejdzie.
Czego pan chce ode mnie?
Ja niczego nie zgubiłam.
Francuz też niczego nie zgubił, a była Pani u mnie.
Rewizyta, Pani Haneczko.
Skąd Pan wie, jak ja się nazywam?
Mój ojciec wtedy poszedł za Panią.
No i co, zrobiłam coś złego? A, przeciwnie. Wszystko się zgadza.
Pani Haneczko, mam cywilne ubranie, spodnie, koszula, nawet
skarpetki.
Michel jest takiego wzrostu jak ja, dlatego myślę, że się nada.
Często przychodzi po chleb? Jak go wyznaczą, sześciu przychodzi. Trzy kosze
biorą. Obstawa duża?
Nawet nie, dwóch szwabów.
Pani głowa, żeby te rzeczy znalazły się na dnie kosza.
A dalej?
Dalej też pani powiem.
Najważniejsze, żeby zgłosił się do komendanta po chleb.
Zawsze się zgłasza.
Dlaczego pan się uśmiecha?
Bo wiem, dlaczego tak chętnie przychodzi.
Panie tramwajarz, to jest za długo ten przystanek.
No, niestety muszę już iść. Przepraszam. Do widzenia.
Do widzenia.
Dzień dobry.
Dzień dobry, panie Dziu.
Jak leci?
Dobra. Jestem, panie Franciszku. O co chodzi?
Chodzi o to, panie kolego, że ja się boję.
A to specjalnie nic nowego. A co poza tym? A poza tym, panie kolego, niech pan
zobaczy moje tętno.
Nerwy, wieczna gorączka.
Ja mam wysokie ciśnienie, ja tego dłużej nie wytrzymam.
Tu panu lekarz jest potrzebny, a nie ja. Nie pan, pan jest właśnie potrzebny.
Ja to przemyślałem, ja długo nad tym myślałem.
Rozwiążemy naszą spółkę, panie kolego Kuraś, rozwiążemy.
Rozwiązać? Teraz?
W takim rozpicie? A właśnie, właśnie ten rozpic, ten rozpic. Ten rozpic mnie
przeraża. Znowu arytmia.
Panie, ja nie chcę zostać klientem swojego własnego interesu.
Te fałszywe akty zgonu, te zaświadczenia typusowe, ten szmugiel na kolosalną
skalę, panie, to się musi wydać.
Panie, ja tego dłużej nerwowo nie wytrzymuję. Nie.
Dzień dobry, panie Bolkowski.
Dzień dobry.
Czy żona w domu?
W domu.
A o co chodzi?
Z futrem przyszedłem do miary.
Jak to drugie?
No przed miesiącem już paszył futro. O pozy, ale teraz o, proszę.
No, niech pan zobaczy.
No, jakie brej szwancy. O. Panie, to znowu łapki.
Dzisiaj nie ma lepszej lokaty, panie Bolkowski, jak futro.
Oczywiście.
Żonie mi pan, panie kolego, w głowie przewrócił.
Ale ja się z panem rozejdę, z nią się rozejdę, a ryzykować nie będę.
To znaczy, że dzisiaj nie chowamy Karolaka i jadę do Warszawy. Haha,
panie kolego, ale bez kiełba.
Pan naprawdę źle się czuje. Ja mogę jechać bez Karolaka, ale bez kiełba z
Panie Kuraś, ja miałem cichą, spokojną firmę.
Ludzie sobie umierali i jakoś się żyło.
A teraz?
Trzymaj się.
40... 41... 42...
43... 43...
44... 45... 46...
47...
48...
Dziękuję.
Ej, weź mich aus da drin!
Verflucht!
Dzień dobry. Dzień dobry. Cześć.
To właśnie mój brat, Waldek.
Cześć. Cześć. Cześć.
Cześć. Cześć. Cześć.
Dzień
dobry.
Dzień dobry.
Co pan tu robi?
Mąż wcześniej wrócił, uciekłem w ostatniej chwili bez butów. Serio?
Nojka!
Kolory wiesz, ale na drugim snurze, bo przejdą.
Dobra, dobra.
Co tu buty?
Tam bosze. Co?
Niemcy. To kto pana w końcu goni? Niemcy czy mąż?
Proszę cię szybciej.
Zaczekaj.
Dziękuję. Kocham cię, Zosia. Na pamiątkę, piękna jesteś.
Nie szukaj, ja nie mam żadnych papierów, nic.
Wejścia w trzeci numer.
To pastusz taka, Józefa, bardzo.
Nie przyjdzie dzisiaj z chłopi.
No, jak to w rybie, panie kunsłon.
Wziąłem pana wczoraj na Wisłów, a pan w Japoni.
No to i tak dobrze.
Francuz i po polsku mówię?
A jakbym mówił po francusku, to by pan zrozumiał?
Moje rodzice pochodzą z Tarnowa. Pracujemy w kopalni w Patcalen. A jak
nazywa?
Michel, znaczy Michał.
Weźmieś teraz tym czasem forszalung tego patusztaka, a potem zobaczymy.
Mów do Pani Prądzek.
Tym zabóźniakiem.
Tym czarnym?
Tak. Wyjdzie ciężarówką.
Mam przypustę. Dobrze.
Jestem przyjacielem.
Chcę panu dać przepustkę na wyjazd.
Jedzie pan stąd przez drugą bramę.
Zna pan Warszawę?
Nie. Pojedzie z panem Fronczak. U niego czekajcie na mnie.
Ja mam przyjaciela w Warszawie. Przyjaciół.
Tym lepiej.
Dostałem od nich cywilne ubranie.
Porozumiemy się z nimi, ale na razie niech pan czeka u Fronczaka.
Dobrze, szefie. Pan wie lepiej. Nieba nam pana wysłały, pani... Astuszczan.
Właśnie.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Proszę, proszę, niech pan się.
No i cóż?
Ma pan jakieś wiadomości od ojca? Cóż u niego słychać? Jest w Krakowie.
Szkoda. Myślę, że mógłby już wrócić.
Strasznie brak nam ludzi, brak nam wykładowców.
Właśnie, pan Mrowiński pyta, kiedy będzie odpowiedź i bardzo nalega.
Mrowiński, mówi pan, że nalega.
Słuchaj, obiecałem pośrednicy, że on jest pańskim przyjacielem. Co pana z nim
wiąże?
Mnie nic, po prostu mamy wspólnych znajomych.
Będzie pan musiał zanieść mu odpowiedź negatywną.
Ja przedstawiłem jego kandydaturę na Radzie Pedagogicznej, no ale koledzy nie
zgodzili się. Nie wiem, czy pan wie, że on był w 1938 usunięty z gimnazjum za
komunizowany.
Tak, nie wiedziałem.
Dziękuję bardzo.
Niezło mnie pan kabałę wpędził z tym Rozińskim wobec kolegów.
Żegnam. Dziękuję.
A, panie władzu, czy pański ojciec wie, że pan się w to bawi?
W co?
Może pan z tym Mrowińskim ma wspólnych znajomych?
Panie profesorze, ojciec dawno przestał mnie już stawiać do kąta.
Przepraszam, do widzenia.
Witam,
księdza.
Toż to tak wcześnie na lekcję?
Tak.
A coś kiepsko mi ksiądz wygląda.
Panie profesorze, ja chyba się nie mylę, w ubiegłym roku uczył tutaj na naszym
komplecie pan Niwiński.
Owszem.
Czy on ma syna?
Tak, no.
Wyszedł stąd przed chwilą, właśnie minęliście się w drzwiach.
To on.
Co ma na imię Władysław?
A co księdzu o nim mówiono, że on jest czerwony? Co?
No chyba tak mówiono.
Czerwony nie rozumiem.
No znaczy taki, co to by księdza powiesił na pierwszej gałęzi, gdyby
dorwał się do władzy.
Mnie? Tak jak w Rosji. W Rosji są bolszewicy. No właśnie.
To znaczy, że on... Na razie domyślam się, ale...
Chyba tak.
To może dlatego go szukają.
Kto go szuka?
Niemcy?
Niezupełnie. Niechże ksiądz nie robi tajemnicy.
W każdej chwili możemy go ostrzec.
Niech zmieni nazwisko. Niech ucieka z Warszawy.
Dobrze, ale kto go szuka? Volksdeutne?
Być może... Niech ksiądz wydusi z siebie wreszcie kto!
W każdej chwili możemy ich zlikwidować.
Zlikwidować? No oczywiście.
Przepraszam, widzę, że niepotrzebnie tu przyszedłem. Niech ksiądz się uspokoi i
wyjaśni wszystko do końca.
Proszę zrozumieć, że temu chłopcu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. I tak już
powiedziałem za dużo.
Niech ucieka.
Niech ucieka jak najprędzej.
Powinien już być pewny.
Co tam?
Zacząłem do tej pory.
Ani śladu.
Niemożliwe.
Może go nie poznałeś? Co?
Ja nie poznałem, tak? No a Hania?
Przecież ktoś się musiał stracić.
On przecież tam nie notuje.
Nie wiem.
Pierwsza zna wyszła, nie było go. Drugą też nie wyszła.
Ty to jedz teraz zaraz do domu.
Jak byś u was pojechał, to mi dasz znać.
No tak.
Było papierosa.
Nie wiem, albo go złapali, albo się chcieli rozpłynąć.
To jutro robię na trasie ósemki, jakby co, to wiesz.
Dobra, będę.
No cześć. Cześć.
Znów prowiat przywieźli.
Ten kuraś to ma zdrowie, co?
To się dawno wyjechało?
No już cztery dni.
Już tam na wsi siedził, teściował z nią niedobrze.
Otwarte!
Dzień dobry. Dzień dobry. Cześć.
O, dobrze,
że pana widzę, panie Mrowiński.
Rozmawiałem o pańskim sprawie. No i co?
Niestety, nie wysłał.
Tak, przypuszczałem.
A co, dziwi się pan?
Owszem, dziwię się, bo wydawało mi się, że nauczyciele są dzisiaj szczególnie
potrzebne.
No, dziwne. Okazuje się, że nie wszyscy są tego zdania.
Panie Mundku, co z tym Francuzem?
A jak go pan wyciągnie, to chciałbym z nim porozmawiać. Pan?
Tak, może uda mi się załatwić dokumenty dla niego i dla siebie i wyjedziemy. A
to znowu zmiana planów?
Tak. Stało się coś?
Nie, nic się nie stało.
Tylko ja nadaję się do karabinu, a wy tu wszyscy... Wszyscy to znaczy kto?
Przecież chciałem uczyć, ale mi nie dają.
A punkt widzenia Kurasia pan już przestał odpowiadać?
Co Kurasia?
Pana Kurasia.
Gdyby nie pan Kuraś, to by wam dawno żołądki do krzyżu poprzesychały.
Dobra.
Ale ładnie wyglądasz.
No wstanie, ale nasz jest teraz cudownie. Ale w domku jak wtedy.
Ale to z mamą.
A z mamą? Dobrze wszystko.
A u was co?
Głodni? Nie, średnio.
Przygotuję coś.
Po to, po to.
Pani mówi po polsku? Tak.
To proszę pani, proszę zgłosić się po odbiór we wtorek na Chmielnej 21,
O, proszę.
Dziękuję.
Jeżeli ta maść panu nie pomoże, to proszę wpaść jutro.
Proszę. Czy ty oświadczoną sadu nie dostanę przypadkiem u państwa?
W drogerii, niech pan zapyta.
Wtedy nie mają.
To potrzebuję do utrwalania.
Może jest bora, więc... No dobrze, a ma pan w co zabrać?
Proszę, niech pan pozwoli za mną.
Na pierwszym piętrze, proszę pani. Naprawdę, wszystko mi się sprawdziło.
Ta, co teraz wejdzie, to mówiła, że straciła męża.
Jakiś dom jej spalono.
Zdaje się, że jakiś młyn, o ile dobrze zrozumiałam.
Kogoś szuka, tylko diabli wiedzą kogo.
A ta brunetka... Dobrze, dobrze, to później.
Idź do poczekalni. Dobrze, pani Honorato.
Nie mam żadnych wiadomości.
Zobaczymy, proszę pani, poczekamy jeszcze.
Moich dwóch synów też nie wiem nic. Jeden był w marynarce, drugi uciekł ze
wszystkimi z Warszawy i do dzisiejszego dnia nie jest.
To i cała moja nadzieja.
Martwię się.
Proszę bardzo, która z pań?
Pani.
Proszę. Proszę usiąść.
To jest pani.
Proszę, niech pani wybierze 21 kart.
Prawą ręką...
Słyszę szum wody.
Wodospad. Nie, nie wodospad. A może młyn? Tak, to był
młyn.
Starszy mężczyzna.
Może mąż.
Ale już zamilkł.
I młyn już nie chodzi.
Złe wiadomości.
Złe wiadomości.
Zginęło tysiące ludzi.
Wiele błąka się po świecie. Jak ich znaleźć? Jak dopomóc
zrozpaczonym matkom i sierotom?
Tylko pani może mi go znaleźć.
Imię?
Władysław. To ktoś bliski? Tak.
Czy ma pani jego zdjęcie?
No a może jakiś przedmiot będący jego własnością? Pióro, papierosinice?
Nie.
Nic nie mam.
Muszę... Muszę na czymś oprzeć dłoń, żeby znaleźć kierunek w ciemnościach.
Spróbujemy inaczej.
Proszę rozłożyć talię na tyle kubek, ile liter zawiera nazwisko Władysława.
Policzymy razem.
Niwiński.
Proszę pani.
Nic nie wiem.
Nic nie wiem. Jestem bardzo zmęczona.
Nie mogę go odnaleźć.
Proszę przyjść.
Jeszcze raz.
Macie wiele szczęścia, Hajman.
Jak nazwisko tego człowieka, którego szukacie?
Niewiński. Władysław? Tak.
Na razie mamy kogoś z jego rodziny.
Wspaniale.
Oni mi także zniknęli z pola widzenia.
A u wróżki byliście?
Uśmiechacie się.
Każda dobra policja korzysta z dwóch słów wróżek. Rozumiecie?
Nie za bardzo.
Im spowiadają się jak księdzu.
Tylko, że wróżek na nasze szczęście nie obowiązuje tajemnica spowiedzi. A
zwłaszcza pani honorat.
Codziennie dostarczy nam listę swoich klientów, których szczegóły biograficzne
są nam niezmiernie pomocne.
A kto pytał Niewińskiego?
Jakaś kobieta. To ustalicie sobie sami.
Dzisiaj jest umówiona o godzinie 17.
Zdejmiecie ją, tylko dyskretnie. Po wizycie.
Pani honorata nie może mieć z tym nic wspólnego.
No...
Dziękuję. Jesteście wolni.
Zacznijmy.
Tak jest.
Jesteście amatorem, Heiman.
Zostawcie tę sprawę na zawodowca.
Ale i wy możecie mieć swoją specjalność.
Właściwie ją już macie.
Domyślacie się, o czym mówię?
Nie, nie.
Otóż waszą specjalnością jest być Polakiem.
Proszę? Polakiem.
Przeglądałem wasze akta.
Jesteście wychowani w Polsce, posługujecie się ich językiem jak każdy
Nikt nie zna was w Warszawie.
Możecie być kimkolwiek z nich.
Te szczegóły zresztą omówicie obaj.
Nikt z nas nie ma tu osobistych zadań.
Wszyscy wypełniamy zadania Rzeszy Niemieckiej.
A ona wymaga od nas zniszczenia wrogów.
Przede wszystkim podziemia.
Przenikniecie tam.
Od dziś nie macie nazwiska ani munduru.
Wyprowadzicie się z dzielnicy niemieckiej. Ja wiem, wiem.
Ale to nic nie szkodzi.
Będziecie działali bardzo powoli, aż staniecie się jednym z nich.
Przede wszystkim środowiska robotnicze.
Komunisti są jeszcze niegroźni, ale już wkrótce zaczną podnosić głowę.
Macie jakieś pytania?
Tak jest.
Od kiedy mam zacząć? Od dzisiaj.
Szczegóły omówicie obaj.
Jesteście wolni.
Hej, dla... Jesteś dla mnie?
Tak jest.
I nie bawić się w żadne śledztwa, przesłuchania, dochodzenia.
Brać z ulicy, z tramwajów, ze sklepów. Niech boją się ruszyć z domów. Tak.
Niech wyjście po papierosy stanie się wyprawą wnieznana.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Ja od profesora Krajewskiego.
Pan Iwiński?
Prosiłem go, żeby skontaktował pana ze mną. Już dawno chciałem z panem
porozmawiać, proszę.
Chciałem panu zaproponować pracę.
Jest pan przecież oficerem.
Cieszę się, że pana widzę.
Miło wspomniał matkę pana.
Co mnie słychać?
Dziękuję, jest w Krakowie.
Musi pan wiać.
Szukałem pana.
Nie rozumiem.
Nie domyśla się pan o co chodzi?
Profeta Krajewski ma urojenia.
A rozmawialiśmy już z księdzem, upiera się przy tym.
Przy jakim księdzem?
Nie wie pan o co chodzi?
A co pan miał na myśli, mówiąc, że profesor Krajewski ma uroje, nie?
Nieważne.
Tak, więc radę wiatrzy.
A dokumenty bardzo mocne możemy załatwić.
No co, jakieś problemy?
Za dokumenty oczywiście dziękuję, ale z tym wianiem to przesada.
To mój obowiązek zasygnalizować panu niebezpieczeństwo.
Pan Krajewski ma chyba manię prześladowczą.
Wie pan, gdzie jest kawiarnia Mokka?
Wiem.
Zgłosi się pan tam pojutrze o 12.
Chwileczkę, to nie piekarnia.
A co, w piekarni można?
Nie znasz takiego powiedzenia? To nie piekarnia, nie popali się.
Oj, pali się, pali się, Hanoś.
Kto to?
To żona gospodarza.
Ładna. Wszystkie kobiety to ładne.
Ta miejscu pana Mundka nie zostawiłabym jej teraz w domu.
Co się tak przed domem?
Ja nie chcę im przeszkadzać, Mundziu, no.
A co tam? Znam życie.
A, konferuje z Mrowińskim?
Nie wiem, czy konferuje, ale wiem, że nie z Mrowińskim na pewno.
Do widzenia.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Może jutro pojutrze Michel będzie miał papiery, wtedy go pani oddam. A pan mi
nikt nie jest winien.
Na razie powinien siedzieć w domu.
Pan też powinien siedzieć w domu.
Do widzenia.
Nigdzie cię nie puszczę.
Ale zrozum, Haniu, ja muszę jechać.
Niech pan mu coś powie, niech pan mu wytłumaczy.
Do koniec nie jechać na wschód.
Co, dostał pan papiery? Nie dostał, ale się uparł.
Na wschód.
A przecież wygarnął pana bez papierów na pierwszej, lepszej stacji.
A co mam tu siedzieć z założonymi rękami?
Widzę, że pan jest uparty.
Wie pan co, ja się uparłem pięć lat temu, jak zostałem komunistą.
Każdy z was coś tu robi, a ja co?
Widzi pan, nie każdy.
Nie pora teraz na takie ryzyko, Michel.
Niemcy szaleją.
Aresztowali Stanisława Dibuła. Co to jest?
Jeden z działaczy lewicy PPS -a, założyciel Turo.
Poza tym z czerwonego harcerstwa, Kostę Gięgiomu, Dybowski.
Wszyscy poświęcimy.
No widzisz, siedź jak ci dobrze.
Tak, dobrze.
Bardzo dobrze.
Tego trój nic nie robię.
Słuchajcie.
Ja muszę jechać.
Dobrze.
Będzie pan miał mocno oryginalne papiery.
Załatwię to panu.
Poczekać?
Nie, nie trzeba. Dobra, w porządku.
Dobra, padnijcie.
Dziękuję.
Dzień dobry, panu.
Dzień dobry.
Panie Lichosik... Przepraszam, ale pan mnie chyba bierze za kogoś innego.
Ma pan pozdrowienie od naczelnika poczty.
A, to pan.
Od dziś nazywa się pan Wiktor Lichosik.
Lekarz weterynarii.
Z uprawnieniami na całą generalną gubernię.
Dokumenty są w gazecie.
Rozumiem.
Nie ma pan starych papierów przy sobie?
Nie, nie mam niestety. Szkoda. Bardzo się nam przyda.
No nic, powodzenia.
Dziękuję panu.
Już pani?
Chciałem zapłacić.
Chwileczkę.
Słucham? Dwa ciastka jednego.
Złoty pięćdziesiąt.
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
Co tak późno? Gdzie ty się włóczysz?
No to by prawda.
Gdzie jest pierścionek?
Turny. Z brylantem. Co się stało?
No dawaj szybko, bransoletkę.
Bransoletki nie dam. Dwa razy ją dopiero miałam. Dawaj szybko, do cholery.
Chyba zwariowałeś z tym handlem. Nie dam bransoletki.
Może ty mu coś powiesz?
Całe błoto z domu wynosi.
Spokojnie, on wie co robi.
Poszło w górę?
Olek, skocz do Bolkowskiego i pożycz dwadzieścia tysięcy.
Ile? Dwadzieścia tysięcy.
A co, miękkie też podskoczyły?
Może i moich trochę opchniesz.
Zrobi się. A teraz leć do Bolkowskiego.
Dobra.
Łatka zabrał.
Dopiero coś mi wyszli na ludzi.
Dopiero coś mi się dorobili.
Ja nie chcę tak jak dawniej.
Mam tylko dosyć.
Niech pan posłucha, pani Grojnik.
W tej teczce jest dwadzieścia tysięcy.
Dwieście miękkich.
Biżuteria. O co chodzi?
Proszę wziąć tę teczkę.
Nie mam tyle towaru, panie Kuroś.
Ma pan.
Na pawiaku.
Kto to taki?
Przyjaciel.
Domyślam się.
Ale on jest droższy niż mi pan mówi.
Nie, nie, to nikt ważny. Wzięliście go w łapance.
Panie Groniec, ja jestem solidna firma. Pan wie, że na moim słowie można
polegać. Jak mówię, że przyjaciel, to przyjaciel.
Nazwisko?
Wiktor Lichosik, weterynarz.
Weterynarz?
A pan myśli, że skąd ja tym mięsem obracam? Skąd mam fortę dla pana?
Zobaczymy, co da się zrobić.
A może weźmiemy je do spółki, babciu? Co?
Nic nic.
No to, są jakieś wiadomości? Nie.
O ojca możesz być zupełnie spokojny.
Przecież ojca z jego latami nie wezmą na roboty.
Przetrzymają go przez noc. Na jakie roboty? Przecież zapakowali go na
Dlaczego?
Słapanek to biorą na daniu wieczorskim.
Nie wiem, może nie mieli miejsca, przecież zgarnęli tysiące ludzi.
Powtarzam ci, o ojca możesz być zupełnie spokojny.
Gorzej jest z Niwińskim.
Pan Niwiński wpadł przeze mnie.
Co ja mogę zrobić, no?
A co mogę zrobić?
Nic. Co się będziesz bawił teraz w wyrzuty sumienia?
Zaraz, zaraz, zaraz. Czy to znaczy, że Władek poszedł tam przez pana?
Tak by tam poszedł. Obiecał Michelowi dać swoje papiery.
Władek? Swoje papiery panu?
Tak.
Głupi.
Niczego się nie nauczył. Drogo go to będzie kosztowało.
Jego.
Ano tak, jego też.
To kosztuje.
Nie macie pojęcia, jak dużo.
Co się stało, panie Franciszku? Od talerza mnie pan oderwał.
Niech pan usłucha, o co chodzi.
Ja przewidywałem, że to się tak skończy.
Księdza dziś aresztowali, wikarego dziś aresztowali.
Dobrze, że kościelny był poza kościołem.
Teraz wszystko wyśpiewają i koniec z nami.
Sekundę.
Panie z kościelnym?
No tak.
Przyjechałem, żebyście broń Boże do nas nie zajeżdżali.
Sodomego mora to mało wobec tego, co się u nas dzieje.
A za co księdza zabrali? Za wikarego ma się rozumieć.
A ten co zbroił?
Zwariował. Pomieszanie zmysłów dostał.
Kiedy?
Według mnie to on już od dawna jest trochę nie tego, wie pan.
Ksiądz, proboszcz za głowę się brał. Takie rzeczy ten wikary wygadywał.
Wczoraj cicha msza była. To on nam w one się wdrapał.
Ksiądz trzyma go, prosi go.
Andrzejku, Andrzejku, co robisz? Daj spokój, Andrzejku.
Jakie wikary kazanie palną.
Judasza macie przed sobą, powiada.
Dowiedziałem się dzisiaj, że aresztowano człowieka przeze mnie.
Ludzie, nie wierzcie, że można przebaczać nieprzyjaciołom swoim. Trzeba
do nich, jak oni do nas strzelają. Trzeba mordować ich, jak oni nas
Naszym świętym polskim obowiązkiem jest walczyć.
No, może księżulo nieco przesadził.
Przesadził? Żałuję, powiada, że mnie zdradził tajemnicy spowiedzi. To żaden
grzech, jeśli można choć jednego Polaka tym uratować.
Nie bądźcie warankami bożymi, czekającymi pokornie. Żadnej pokory!
I poczuł się strasznie śmiać.
Ale tak strasznie, że ciarki przechodziły.
Reszty się pan domyśla, ktoś sprowadził Niemców.
No tak.
Ale z nimi rzeczywiście musiało coś być nie w porządku.
Dziękuję, że pan nadostrzegł.
Ma pan gdzie przenocować?
O tak!
Panie Franciszku, no to nam się urwało, ale może byśmy tak zaczęli z księdzem
Kalinowski, co?
O nie, kolego Kuraś.
Moje nerwy są już na wyczerpaniu.
Teraz! To z nami już naprawdę koniec!
Cześć.
To po nas.
To po nas.
Oni zawsze to robią o tej samej porze. Spokojnie, spokojnie, spokojnie,
Po co te nerwy?
Pomyślcie logicznie.
Przecież wzięto nas w przypadkowej łapanki, tak? Te zwykłe łapanki. No. No
nam może grozić?
Najwyżej roboty.
I to nie wszystkim.
Bo w ręku potrzebują młodych.
A jeżeli oni teraz zaczną chodzić po celach, to... Niech się pan uspokoi,
pana bardzo. Przecież dotąd nikt z nas nie był nawet przetrudniwany. To prawda.
Najpierw musi być protokół, śledztwo.
Nie ma się czego denerwować.
Panie panie, nie znam ja pana.
Tak jest, ja do szkoły nie chodziłem.
Taki w ogóle nazywam się Lichosik.
Jak? Lichosik, niech pan pamięta.
I Chosik? Tak. Dobra. Mówię o tym dlatego, że by się mieli nie zobaczyć.
No, pan stąd wyjdzie na pewno. Ja?
Tak, no pana na roboty nie wezmą.
Niech pan wszystko powie kurasiowym, że według moich rodziców.
Kurasiowym? Tak.
Dobra.
Załatwiamy.
Po celach chodzą.
Wywołują nazwiskami.
Jeżeli chodzą po celach, to przyjdą i tutaj.
To i po nas, to koniec.
A jak mu każą zabierać, że chciał zabić Wiktor, to po prostu przesłuchanie.
No, jak z rzeczami.
Wawczyński. Jestem.
Lichosik. Jest.
Klamotny. Klamotny.
Chodź w ścianę i nie ruszać się.
Chodź.
Od takiego go znałem.
Od takiego. Coś musieli do niego mieć.
A do nas co mają?
A siedzimy.
Do nas może pan być spokojny.
I nie raz i wypuszczam. Tak?
A niego nie wsiadam na dzień.
Pomyśleć, że chciałem te papiery oddać Michelowi. Takie papiery.
A tak, papiery masz mocne. Cholernie mocne.
A czemu tak mówisz? Przecież dzięki nim wyszedłem.
No tak, tak.
No to, nie masz jeszcze dość?
Czego?
Konspirowania.
Raz zabawiłeś się w konspiratora i mało brakowało, żebym musiał posłać
kondolencje twoim rodzicom do Krakowa.
Zrozum, przecież wszystkich nas nie wykończą.
Michel jest w dużo gorszym położeniu ode mnie, a jednak zdecydował się zostać i
walczyć.
Czy to ma znaczyć, przepraszam, że zamierzasz z nim razem do spółki?
Teraz jest mi już tylko jedna z nim.
Byle się nie dać zarząd.
A, widzę, że koniecznie chcesz wrócić tam, skąd niedawno wyszedłeś. Na razie,
mam mocne papiery.
No tak, masz, masz.
Słuchaj, pożycz mi 500 zł.
Chcę jechać do Warszawy.
Nie gniewaj się, ale nie mam.
Jak to? Ty nie masz?
No, tak się przytrafiło.
Rozumiem. Dlatego, że mam inne zdanie niż ty.
Może i dlatego.
Chłopie, co się stało?
Byłeś w bierze?
Władeczku.
Nie martw się.
Forza nie jest najważniejsza w życiu.
Ujdziecie do depozytu po rzeczy.
Wszyscy jadą na roboty do rejku.
Zrozumiano?
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.