Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Mówiłem o sobie Albin Mercier, ale nazywałem się André Mercier.
Podpisywałem swoje artykuły i książki nazwiskiem Albin.
Byłem pisarzem, ale tak marnym, że tylko ja o tym wiedziałem.
Niedawno byłem w Niemczech, w Bawarii, niedaleko Monachium,
wysłany przez skromną paryską gazetę.
Musiałem pisać artykuły o życiu codziennym w Niemczech,
naszym wczorajszym wrogu, naszym jutrzejszym sojuszniku.
Byłem słabo opłacany, ale…
Nie mogłem narzekać, moje zakwaterowanie
było opłacone, choć sam płaciłem za sprzątaczkę.
Zostałem ostrzeżony.
-Jedna zasłona, sześć serwetek. -Trzy filiżanki.
-Jeden stół, jeden obrus... -Cztery krzesła.
-Cztery półmiski na zupę, sześć talerzy... -Jeden rondelek, jedna podstawka...
-Trzy garnki, trzy ściereczki do naczyń. -Jedna drewniana łyżka, jedna miska...
-Sześć kompletów sztućców. -Jedno żelazko, jedna kuchenka.
-Jeden czajnik. -Jedna miska do mycia, jedna lodówka…
Jedna szafka kuchenna…
Jedna deska do chleba.
Niezbyt wystawnie, ale porządnie.
Smutno, podobnie jak śmierć.
Cztery poduszki, jeden materac.
-Jedna kołdra, jedna szafka nocna. -Dwa koce.
Jedna lampka nocna.
-Jedna haftowana serwetka, jedna popielniczka. -Kolejny wizerunek świętego.
Jeden fotel.
-Cztery prześcieradła. -Jedno krzesło.
Dwie podwójne zasłony, dwie koronkowe zasłony.
Jedna szafka z lustrem.
Byłem zarówno zgorzkniały, jak i szczęśliwy. Ale bardziej zgorzkniały niż szczęśliwy.
Pierwsze dwa dni spędziłem, spacerując po wiosce.
To był cudowny mikrokosmos,
kilku robotników, kilku rolników, wielu właścicieli ziemskich.
Ludzie z Monachium na wakacjach.
Piękny dom z otwartym frontem
do podziwiania przez wszystkich.
Czułem się samotny.
Nikt na mnie nie patrzył ani się do mnie nie odzywał.
Czułem się jak na pustyni.
Nienawidziłem tych domów.
Czułem się jak więzień.
Twierdziłem, że mówię po niemiecku, żeby dostać tę pracę,
ale nie była to prawda.
Nie znałem ani słowa.
Byłem beznadziejny.
Przyciągała mnie tylko jedna rzecz.
Piękny mur, który chronił intymność pewnej pary.
Od mojej sprzątaczki dowiedziałam się,
że mur krył słynnego doktora Hartmanna.
Hartmann.
Największy pisarz swojego pokolenia.
Nadzieja na Nowe Niemcy.
Podszedłem bliżej, aby zobaczyć, czy uda mi się podpatrzeć tego rzadkiego ptaka.
Masz mój kapelusz?
Tak, chérie, oto i on!
Tak, chodziliśmy i śpiewaliśmy.
Klaun.
Ale wydawał się miłym facetem.
Zastanawiałem się, jak mógłbym go poznać.
W międzyczasie musiałem zasłużyć na swoją nędzną pensję.
Wszystko mnie nudziło, pisałem wszystko, co mi przyszło do głowy.
Moja sprzątaczka ciągle wyrzucała swoje żale.
Gderała non stop.
Wciąż potrzebowała czegoś nowego do kuchni, a ja nie mogłem zrozumieć ani słowa.
Musiałem robić z siebie głupka w sklepach.
Język migowy nie był moją mocną stroną.
Aż pewnego dnia, kiedy to przypadek uśmiechnął się do mnie.
Mówiła po francusku.
Była Francuzką.
Powinienem o tym wiedzieć. Była żoną Hartmanna.
I czułem się całkiem zadowolony z zaproszenia.
Miała na imię Helena.
Bardzo ładnie.
Już dowiedziałam się o Pana pobycie. Panie…?
Mercier, Albin Mercier. Ale w jaki sposób?
Wszystkie małe wioski są podobne.
Przybycie nieznajomego…
Myślałem, że nikt mnie nie zauważył.
Akurat, obserwowaliśmy pana.
-Wszyscy o panu rozmawiamy. -Ale zaszczyt. Przepraszam.
Proszę potrzymać.
-Proszę bardzo. -Wspaniale!
Wie pani, jestem wielkim fanem pani męża.
To bardzo miło.
Jestem pewna, że chętnie by pana poznał.
-O boże, dlaczego? -Pisuje pan, prawda?
Tak, skąd to Pani wie?
Nie mogę uwierzyć, że czytała pani moje książki.
Nie, nie czytałam.
Ale jestem pewna, że muszą być doskonałe.
Niech pan przyjdzie na kawę po południu.
Jestem zdezorientowany.
Proszę, nie. Byłaby to dla mnie przyjemność.
Proszę powiedzieć wprost, jeśli wolałby pan nie przychodzić.
Jestem pod wrażeniem.
To byłaby prawdziwa przyjemność…
Zaszczyt.
Zaszczyt.
Nie wiem jak pani podziękować.
O drugiej?
-Czy mogę zaproponować podwiezienie? -Nie, dziękuję.
Bardzo lubię chodzić.
Do widzenia. Do zobaczenia później.
Udało mi się.
Bez żadnych problemów, całkiem naturalnie zamierzałem wejść w ich życie.
Spojrzeć i zobaczyć.
Poszedłem tam naturalnie.
Jak stary przyjaciel, który wpada od lat.
Bawiłem się świetnie, gdy musiałem improwizować.
Nigdy nie czytałem żadnej książki Hartmanna.
Dom spodobał mi się, na pierwszy rzut oka.
Czułem się tam jak w domu. Czułem się spokojnie i swobodnie.
Mieli wyśmienity gust.
Andréas Hartmann.
Przeczytałem jedną z twoich książek. Była bardzo ciekawa.
Mieliśmy to samo imię, ale moje drobne oszustwo
sprawiło, że nie mogłem się do tego przyznać.
Z przyjemnością, chérie.
André proponuje kawę na zewnątrz.
Brawo!
Im więcej czasu z nimi spędzałem, tym bardziej czułem się komfortowo.
Traktowali mnie jak starego znajomego.
To prawie sprawiło, że poczułem się nieswojo.
Cieszysz się, że możesz porozmawiać z nim po francusku?
Tak.
André cieszy się, że mogę z tobą rozmawiać po francusku.
Nie jest w tym aż tak dobry.
-Naprawdę? -Naprawdę.
Och, strasznie. Strasznie.
Dziękuję.
Elso, pozwól na chwilę.
Alkohol? Koniak?
Koniak, poproszę.
Proszę, przynieś nam trochę koniaku.
Koniak?
Odrobinę, kochanie.
Ach, koniak…
Koniak. Koniak.
Hm. Francuski.
Byłem oszołomiony tym, jak ten mężczyzna i kobieta
po mistrzowsku radzili sobie z obsługiwaniem rozmowy.
Wspaniałość inteligencji.
Uczynili grę z problemów językowych.
Uzupełniali się, uśmiechali, mieli chęć do życia,
radość ze wspólnego życia w tym domu.
Z tego, że byli tam ze mną i rozmawiali o interesujących sprawach.
Byli dla mnie niezwykle uprzejmi,
co sprawiło mi przyjemność płynącą z poznawania ich.
Miałem przed sobą zdumiewający obraz szczęścia,
tak rzadkiego i tak cennego, że do mej własnej przyjemności
potajemnie wkradały się dyskomfort i napięcie całego mojego jestestwa.
Jestem w punkcie, w którym nie wiem, jakie słowo nastąpi po poprzednim.
Ale najważniejsze jest to, że wspólnie posłużą sprawie europejskiej.
Lubili mnie, to było pewne.
André uważa, że to najlepszy sposób na omówienie takiego tematu.
Tak.
Rozstaliśmy się późnym popołudniem, wciąż jeszcze pełni śmiechu,
obiecując sobie jeszcze wiele odwiedzin.
Ale katastrofa miała spaść na ten aż nazbyt przyjemny dzień.
Sprzątaczka. Ta głupia…
Nie wpadła na pomysł zakręcenia wody.
Musiałem to zrobić sam.
Więc teraz musiała wszystko wycierać.
Hej, hej! Witam, Panie Mercier.
-Czy wszystko w porządku? -Tak, tak.
Do widzenia!
Witam, panie Mercier.
Widywałem ich po trochu każdego dnia.
Raz ją, raz jego.
Wymienialiśmy często uprzejmości.
Musieli mnie bardzo lubić, skoro ciągle mnie zapraszali.
Tym razem na obiad.
Przybyłem z bukietem kwiatów, który był prawie przesadny,
ale jednak nie przesadny.
Są piękne.
Bardzo dobrze wybrałeś.
Muszę przyznać, że nie wybrałem ich sam.
Nie, ale wybrałeś tego, kto je wybrał.
André powie ci, że to to samo.
Słowo daję, co za okropna teoria.
On wie.
Że niby co wiem?
Hartmann postanowił sam przygotować obiad.
Bez wątpienia chciał mi pokazać, że był znakomitym, ale prostym pisarzem.
Ale wydał mi się dość śmieszny.
To samo.
Kolacja była prosta, ale pyszna.
I stało się to chwilę później…
podczas gdy ja siedziałem na jednej z ich pięknych sof
w salonie, popijając jego pyszny koniak,
że po raz pierwszy ogarnęło mnie okropne przeczucie,
które od tej chwili miało kierować moim życiem.
Być może jestem nieudacznikiem, tak mi się wydaje,
ale nie można mnie winić za to, że samego siebie oszukuję,
za wyśnienie niemożliwych marzeń, za okłamywanie siebie.
Od chwili, gdy zdałem sobie z tego sprawę, byłem w stanie analizować to uczucie
z absolutną jasnością.
To nie była zazdrość, bo w moim sercu
nie było uczuć niesprawiedliwości ani goryczy.
To był raczej…
rodzaj zazdrości, ale tak wszechogarniającej,
tak całkowicie absolutnej i absorbującej,
że wiedziałem, że doprowadzi mnie do przemocy.
W związku z tym w pełni zdałem sobie sprawę,
że moim celem jest penetracja wszechświata tej pary,
przylgnięcie do niego, jak bluszcz do ściany.
A jeśli to konieczne, zastąpienie,
zajęcie miejsce tego człowieka,
mojego imiennika.
Zajęcie całkowite
w pełni,
wypełnienie tej przestrzeni, każdego jej zakamarka.
I wiedziałem, że mój cel
należał do niemożliwych,
ale że zrobię ,co będę mógł.
Zdecydowałem wtedy i tam, by wzmocnić nasze kontakty,
widywać ich nieustannie, aby stać się im niezbędnym.
Ale musiałem też pomyśleć,
jak mogę stać się niezastąpiony w tak kompletnym wszechświecie,
taki doskonałym,
tak doskonałym i harmonijnym, że stał się
samym przedmiotem mojej obsesji.
Andréas pokonał mnie dziś, oczywiście bez wysiłku.
On promieniał.
Od tamtej pory udawało mi się widywać ich regularnie.
Kiedy mnie nie zapraszali, to ja ich zapraszałem.
Oczywiście nie zabierałbym ich w zbyt szykowne miejsca.
Podejrzewam, że wiedzieli, że nie mam dużo pieniędzy.
I nie starałem się w żaden sposób, by zmienić ich przekonanie...
Byłem wesołym, prostym, szczerym,
uczciwym i miłym kompanem...
Myślę, że to moje ówczesne zachowanie mogło być najmilszym w moim życiu.
Ale strasznie cierpiałem,
bo robiłem niewielkie postępy.
Coraz częściej ich widywałem, ale mimo to czułem, że
nie miałem nad nimi kontroli,
przesuwałem się tylko po powierzchni ich szczęścia…
I być może z tego powodu odkryłem, że stałem się ofiarą
pewnych stałych idei, które musiałem zaspokoić.
Na przykład,
chciałem odwiedzić ich pierwsze piętro, sypialnię i łazienkę.
Wystarczyłoby jedynie poprosić ich o oprowadzenie.
Z pewnością z chęcią wszystko by mi pokazali.
Ale chciałem tam wejść w tajemnicy, za ich plecami…
-Miałem plan... -Albinie.
Jesteś pogrążony w myślach… i smutny.
-Przepraszam. -To przez ten deszcz.
Jesteśmy z basenu Morza Śródziemnego. Deszcz nas zasmuca.
-Nie jesteś smutny? -Nie.
Niemcy to zielony kraj, cały zielony.
Na mapach geograficznych jest zielony.
To właśnie dzięki deszczowi…
Cała ta zieleń.
-Piękna. -Tak, wybaczcie.
Poza tym właściwie lubię deszcz.
Jestem taki niezdarny.
Zrobiłeś sobie krzywdę.
Jesteś szalony. Pójdę po plaster.
-Czy to boli? -Nie? Nie. Kontynuuj proszę.
Pozwól, że przyniosę chusteczkę.
-Czy to twój pokój? -Tak.
-Ładny, nieprawdaż. -Piękny.
Uśmiechałem się.
Czułem się szczęśliwy, gdyż otrzymałem to, czego pragnąłem.
Przez mój podstęp.
Ale następnego ranka nadszedł zimny prysznic.
Coś podejrzewałem. Podszedłem bliżej.
Tak jak myślałem.
Mieli gości, ale ja nie byłem zaproszony.
Bawili się dobrze i nie poprosili mnie, żebym do nich dołączył.
Byłem dla nich tylko rozrywką.
Mercier, grafoman, był błaznem wielkiego autora.
Na dworze wybitnego Andréasa Hartmanna.
Byłem wściekły.
Zdecydowałem, że rozbiję tę zabawę.
Oczywiście subtelnie.
Taktownie.
Albin Mercier.
Peter Ublik.
Moja żona.
-Jesteś Francuzem? -Tak, proszę pani.
Wyłączę to coś. Przepraszam.
Czy zechciałbyś pomóc mi wstać?
Dziękuję.
Witaj, Albinie!
Cześć.
-Zajmujesz się pisaniem? -Zgadza się.
Nowa Europa, prawda?
Tak, artykuły, opowieści i opowiadania dla edukacji.
André musi być przerażony.
André jest wrogi.
André nie jest wrogi, staruszku. Jest realistą.
Wyjaśni ci to któregoś dnia.
Po południu idziemy wykąpać się w jeziorze.
Och, naprawdę?
Kiedy André skończy pracować. Woda jest wspaniała.
Mnie się to nie podoba. Musiałaby być wspaniała.
Jesteś jakiś podejrzliwy, napij się.
Z chęcią.
-Whisky? -Tak, poproszę.
-Przyniosę ci. -Wspaniale.
-Znasz Chichkę? -To ja.
Jest Jugosłowianką.
Zmaga się z językami bardziej niż ty.
Ona nie rozumie niemieckiego. I nie pamięta języka jugosłowiańskiego.
Więc mówi po francusku.
-Nasi przyjaciele z USA bardzo ją lubią. -Dziękuję.
-Prawda, Chichka? -To prawda.
To prawda.
Byłem zaskoczony, że byłem mile widziany.
Nikogo nie dziwiło, że przyszedłem nieproszony.
Jakby to było normalne, jakbym zawsze miał być mile widziany.
Zastanawiałem się, czy André zachowałby się tak samo.
Chodźmy popływać.
Chodźmy popływać.
Chodźmy popływać.
Albinie, wsiadaj na łódź.
-Czy wszystko w porządku? -Tak, nic mi nie jest.
Cudowna kąpiel.
Słodki mały Albinie.
Słodki mały Albinie, nie rób takiej miny.
Albinie, jak na Francuza, nie jesteś zbyt szarmancki.
Siedzisz w swoim kącie. To niezbyt miłe.
Jezioro!
O czasie, wstrzymaj swój lot,
I wy, godziny przychylne,
-Wstrzymajcie swój bieg. -Wstrzymajcie swój bieg.
-Dajcie nam zaznawać rozkoszy zwiewnych -Zaznawać...
Tych najszczęśliwszych
Z naszych dni!
Dalej, Albinie. Wchodź!
-Chodź, Albinie. -Nie, dziękuję.
Woda jest cudowna.
-Nie. -Dalej, dalej.
Chodź, Albinie. Pospiesz się.
Wejdź do wody.
-Pospiesz się. -Nie.
Albinie, tak, tak.
-Nie, nie chcę. -Tak, tak.
Zostawcie mnie w spokoju.
Nie mogę…
Dlaczego po prostu nie powiedziałeś?
Właśnie wtedy go znienawidziłem.
Obarczyłem go odpowiedzialnością za wszystko.
Upokorzył mnie, a ja zachciałem upokorzyć jego.
Zacząłem obmyślać mój mały plan zemsty.
By poczuł to samo co ja.
Bez rezygnacji z mojego celu końcowego.
Chciałem się zemścić, tylko ze względu na moją dumę.
Pojechaliśmy na piknik.
Hélène, proszę, chodź tutaj, chérie.
Chcę, żebyś coś przetłumaczyła.
O co chodzi? Andréas chce pogadać?
Tak. Chce, żebym przetłumaczyła, co powie.
Zrozumiałem.
To wszystko wydaje się trochę uroczyste.
André jest zawsze uroczysty, kiedy mówi poważnie.
Hélène, proszę, powiedz mu, co następuje.
Dokonałem w życiu wielu przemyśleń.
W swoim życiu wiele przemyślał.
I myślę, że rozwiązałem prawie wszystkie moje problemy.
I wierzy, że rozwiązał większość swoich problemów.
Jestem szczęśliwym człowiekiem.
On jest szczęśliwy.
Na drugi dzień zauważyłem, że on nie jest szczęśliwy.
I zauważył któregoś dnia, że ty nie byłeś.
Któregoś dnia, kiedy nieumyślnie wykąpał się w jeziorze.
Podczas twojej kąpieli.
Jestem pewien, że nadal ma okropne wspomnienia z tego doświadczenia.
Uważa, że musisz mieć złe wspomnienia z tamtego dnia.
Ale teraz chciałbym wiedzieć, czy on widzi…
Chciałby zapytać
…że to była jego wina.
Czy zdajesz sobie sprawę, że to była twoja wina?
Czy on to widzi?
Pyta, czy jesteś tego świadom?
To nie ma znaczenia!
Ma to fundamentalne znaczenie. Nie zapominasz o nieistotnych zdarzeniach.
Czy on to rozumie?
Nie, jestem pewien, że nie rozumie.
Co ty mówisz?
Mówi, że to sprawa najwyższej wagi.
Powiedziałam mu, że najprawdopodobniej nie zdajesz sobie z tego sprawy.
Oczywiście, że nie.
Wystarczyło, żeby powiedział, że nie umie pływać.
To by się nie wydarzyło.
Mówi, że wystarczyło powiedzieć, że nie umiesz pływać.
Nic by się wtedy nie stało.
Ale nie odważył się tego powiedzieć.
Ale nie odważyłeś się.
Chciał być jak inni.
Chciałeś być jak inni.
Takie kompleksy ciągną w dół całe narody.
W ten sposób zmienia się zachowanie całych narodów.
Podobny kompleks powoduje wszystkie ludzkie okrucieństwa.
Z tego uczucia rodzi się cały ludzki smutek.
Wojny, Albinie, wojny są przez to powodowane.
Wojny, Albinie, wojny rodzą się z tego uczucia.
Mówią, że wojna to absurd.
Mówimy, że wojna jest absurdem.
-To nieprawda. -To nieprawda.
Wszystko ma swoją przyczynę, powód.
Wszystko ma powód.
Przyczyną wojny jest to, że nie chcesz zrozumieć, kim jesteś.
Wojny zdarzają się, ponieważ nie chcemy zrozumieć, kim jesteśmy.
Dlatego uwięziony chrabąszcz wleci głową w ścianę.
-Dlatego, gdy chrząszcz jest uwięziony... -Dopóki się nie zabije.
Wielokrotnie wleci w ścianę.
Czy on teraz rozumie?
-Czy rozumiesz? -Tak.
Wojna mnie złamała.
Wojna mnie złamała.
W końcu byłem pusty i wyczerpany.
Wyszedłem z niej pusty.
-Absurdalny. -Absurdalny.
Przez 15 lat piłem, żeby zapomnieć o wojnie.
Przez 15 lat piłem, żeby zapomnieć.
Pracowałem i zarabiałem.
-Pracowałem i zarabiałem pieniądze. -Ale byłem wrakiem.
Ale stałem się szmatą, Albinie.
Ludzie nie zauważyli.
Udawali, że nie zauważają.
Myśleli, że jestem absurdalnym i dziwnym człowiekiem.
Myśleli, że jestem absurdalny i osobliwy.
Ale w rzeczywistości byłem nikim.
-W rzeczywistości byłem nikim, szmatą. -Wrakiem.
Hélène, ona uratowała mi życie.
Jak zawsze, to miłość cię ratuje.
A teraz jesteśmy jednością, widzisz, niezwykłą, nierozerwalną jednością.
Nasza miłość jest… piękniejsza niż…
Piękniejsza niż cokolwiek wcześniej.
Nie prosiłem o nic.
To było obsceniczne, tak mi to wszystko mówić.
To było takie oczywiste. Nie trzeba było mi nic mówić.
Lubię cię.
Albinie, jesteś okropnym pływakiem, ale świetnym szoferem.
Irytowali mnie swoją radością i szczęściem.
A on irytował mnie swoimi genialnymi przemyśleniami romantyka.
Dzisiejszy dzień był absolutnym koszmarem.
Ale jedna rzecz rozgrzała moje serce.
Andréas miał nazajutrz być na konferencji.
Konferencje!
Zapewne na temat sztuki odnajdywania szczęścia.
W każdym razie bardzo mi to odpowiadało.
Zaproponowałem, żebyśmy wieczór spędzili na mieście, w kabarecie.
Hartmann był bardzo szczęśliwy.
Po jego wykładzie o moralności przyszedł czas na historię.
Monachium, kolebka nazizmu.
Zniszczone przez wojnę, odbudowane by wyglądało jak kiedyś.
Ten człowiek miał obsesję na punkcie wojny, Hitlera i militaryzmu.
Był tak przekonujący, że zacząłem odczuwać lęk przed tym miastem.
Kiedy tak naprawdę nie obchodziła mnie żadna z tych rzeczy.
Paryskie Noce.
W stylu monachijskim, oto show dający do myślenia.
Musiałem ruszyć do przodu i czułem,
że ten wyjazd będzie idealną okazją.
Będąc dobrym przyjacielem, którym byłem, kochanym towarzyszem,
musiałem podejść jeszcze bliżej.
Byłem taki sympatyczny, miły, całkowicie pomocny.
Ale mógłbym być taki jeszcze bardziej.
Mogłem być taki nieskończenie bardziej
dzięki przyjaźni z Hélène i głębokiemu, szczeremu podziwowi
dla wielkiego Andréasa Hartmanna.
W międzyczasie nawet ten show nie sprawiał, że czuli się nieswojo.
Nie byli wobec niego pogardliwi ani także obojętni.
Po prostu tam byli.
Byli razem, i wszystko po nich spływało.
I przyszedł mi do głowy pomysł przestępstwa, jeszcze tej samej nocy.
Ot, mała zbrodnia.
Na ich samochodzie.
Jestem cierpliwym człowiekiem.
Czekałem, aż zasną. A wtedy ruszyłem do dzieła.
-Co robisz? -Nie powinniśmy.
-Paul, wystarczy! -Co masz na myśli?
Pozwól mi odejść. Ty świnio.
-Jestem świnią, tak? -Przestań. Usłyszą nas.
Jeszcze nie wrócili.
Są tam, mówię ci.
Bzdura. Nie przejmuj się. No dalej, daj mi klucz.
Paul, na pewno nas usłyszą.
Nie, nie usłyszą.
Widzisz? Są w domu.
Uciekam.
Żegnaj kochanie. Do zobaczenia jutro.
Paul!
Wyszedłem z domu tą samą drogą i położyłem się spać.
Mieli wyruszyć około dziewiątej.
Nie spałam od siódmej, żeby pozostać spokojnym.
Mój plan powiódł się bez przeszkód.
Zadziałało.
Próbowali uruchomić silnik samochodu.
Ale oczywiście to się nie udało.
Andréas próbował podnieść maskę, ale nic nie znalazł.
Żaden był z niego mechanik, ten wielki Hartmann.
Niecierpliwił się…
Co się dzieje? Silnik się nie uruchamia. Potrzebuję…
Podszedłem jak gdyby nigdy nic.
Co się dzieje?
Ach! Silnik się nie włącza.
Poczekaj, pomogę ci.
Muszę obejrzeć samochód.
Spóźni się na samolot.
Nie wiem, co to może być.
Ale podejrzewam, że ciężko będzie to naprawić.
Myślę, że najlepiej będzie, jeśli ja go zawiozę.
Och, Albinie, to miło z twojej strony, ale…
Nie, zrobię to bardzo chętnie po całej uprzejmości, jaką mi okazałeś.
Nie wprowadzaj mnie w jeszcze większe zakłopotanie.
Albin jest tak miły, że zawiezie cię na lotnisko.
Och, dziękuję, Albinie. Dziękuję!
Cieszył się tym. Czuł, że jestem mu coś winien.
Pokażę ci, gdzie stanąłem.
Co za dzień.
Wrócę za trzy dni. Kocham cię. Myśl o mnie.
Dziękuję, Albinie, dziękuję.
Zostawię żonę pod twoją opieką na czas mojej nieobecności. Do widzenia.
Co on powiedział?
Mówi, że zostawia mnie w twoich rękach.
Czy to mądre?
On tak myśli.
Moja mała przygoda z występkiem zadziałała jak urok.
Ale teraz poczułem się trochę nieswojo.
Nie bardzo wiedziałem, co robić.
Stawka była wysoka, a jednocześnie
czułem się coraz bardziej zagubiony w środku.
Jednak podróż powrotna była bardzo przyjemna.
Byłem zaskoczony, gdy odkryłem inną Hélène, niż sobie wyobrażałem.
Starała się mnie uspokoić w dość czarujący
i bardzo subtelny sposób.
Albinie, uważam, że jesteś fascynujący.
-Fascynujący? -Tak, myślę, że jesteś tajemniczy.
André i ja rozmawialiśmy o tym zeszłej nocy.
Na przykład zastanawialiśmy się nad tym, ile masz lat?
-Mój wiek? -Tak, twój wiek.
Są chwile, kiedy wydajesz się bardzo młody, a inne, kiedy…
wydajesz się bardzo stary.
-Aż tak źle? -Aż tak!
Więc ile masz lat? Dwadzieścia czy czterdzieści?
Właściwie mam trzydzieści lat.
Cóż, nie wyglądasz na tyle.
Jednak dwadzieścia lub czterdzieści.
Słuchaj, nie chciałem nic mówić, lecz właściwie mam siedemdziesiąt pięć lat.
Dzisiaj są moje urodziny. I zapraszam na obiad.
Byłby to dla mnie zaszczyt.
Dzięki niej wszystko wydawało się proste.
Byliśmy starymi przyjaciółmi.
Zaproponowałem, że naprawię samochód
i zdrzemnąłem się w jego cieniu.
Albinie! Czy to twoje stopy?
Mam wrażenie, że to całkiem możliwe.
Proszę bardzo, skończyłem.
-Oh! -Masz ochotę na herbatę?
Z pewnością. Myślę, że na to zasługuję.
-Myślę, że teraz będzie działać. -Ach!
Pięknie. Nie wierzyłam, że to naprawisz.
Stajesz się coraz bardziej tajemniczy.
Nie ma w tym nic tajemniczego.
Zawsze miałem słabość do mechaniki.
Usiądźmy.
Ale jestem brudny.
Nie ma nic brudnego w ciężkiej pracy.
Z radością przygotuję ci później kąpiel.
Zjedzmy najpierw.
Ubrudzę twoją porcelanę.
Porcelany nie można ubrudzić.
Zresztą ta filiżanka nie jest z porcelany.
Wykąpałem się
i ubrałem szlafrok Andréasa, tak jak uprzejmie zaproponowała Hélène.
W końcu byłem jak członek rodziny.
Jedliśmy w domu, to znaczy w domu Hélène.
Tylko lekki posiłek, gdyż żadne z nas nie było tak głodne.
Wyszedłem od niej około jedenastej.
Jeszcze raz mi podziękowała, a ja odparłem:
do zobaczenia jutro!
Bardzo powoli wracałem do domu.
Dobry dzień.
Tak dobry, że ekscytacja nie pozwoliła mi zasnąć.
Długo spałem, późno wstałem i zmusiłem się do pracy do południa.
Ale tego ranka moje pióro, którego co najmniej nie lubiłem,
było bardziej mierne niż kiedykolwiek.
W końcu się poddałem i pojechałem tam.
Nie było samochodu, tak samo Hélène.
Pojechała do Monachium?
-Monachium? -Tak, do Monachium.
Na zakupy.
Na cały dzień.
Co?
Zakupy.
Prezenty.
Jakie prezenty?
Nie rozumiem.
Ach, spadaj.
Nie zrozumiałem. Byłem wściekły.
Nie wspomniała o niczym.
Co robisz? Chcesz jeść? Mam ci ugotować jajka?
Zamknij się, stara szmato.
Tym razem nawet Elsy nie było. Suka czerpała z tego jak najwięcej.
Do widzenia.
Wróciła do domu koło dziesiątej.
Jej prezenty nie mogły wiele ważyć, wróciła z pustymi rękoma.
Byłem oszołomiony, czułem, że coś przede mną ukrywała.
Że miała sekret.
Że nie była tym, kim się wydawała. Że kłamała.
Postanowiłem rano zapukać do jej drzwi, żeby to wszystko wyjaśnić.
Myślałem nawet, że poproszę o wyjaśnienie, ale to by było śmieszne.
Postanowiłem udawać życzliwego, nawet trochę smutnego.
Nieco innego, by ją zaintrygować.
Witaj, Hélène.
Witaj Albinie.
Spałem wczoraj do późna.
Kiedy przyszedłem, ciebie już nie było.
Tak, byłam w Monachium. Miałam coś do zrobienia.
To dzięki Tobie się tam znalazłam.
-Dzięki mnie? -Tak, naprawiłeś samochód.
Usiądź tutaj.
Nie, dziękuję, nie ma takiej potrzeby.
Wydajesz się zamyślony.
Tak, jest mi trochę smutno.
Są takie dni, kiedy górskie powietrze wprost ścina cię z nóg.
Często mi się to zdarza.
Jeśli nie masz nic przeciwko, usiądę na podłodze.
Oczywiście.
Nie była moją osobą ani trochę zainteresowana.
Po prostu się dostrajała.
Kiedy ja byłem wesoły, ona też.
Kiedy zachowywałem się melancholijnie, ona zachowywała się melancholijnie.
Była kameleonem. Nosiła maskę.
Lub, dokładniej, kilka masek. Każdą równie przekonującą, jak poprzednia.
Wszystkie pasujące do rozmówcy.
-Hélène. -Tak.
Przepraszam, jeśli wydaję się dziś smutny.
To górskie powietrze.
Nie, nie sądzę.
Myślę, że tak naprawdę to ty.
Ja? O niebiosa, dlaczego?
Nic nie zrobiłeś. To tylko moja wina.
To, jak jestem zbudowany.
Nie mogę obarczać cię odpowiedzialnością za to, kim jestem.
A kim jesteś?
Moim zdaniem biednym frajerem.
Dlaczego to powiedziałeś?
Jesteś wyborny.
Wyborny.
Pozwól, że się do czegoś przyznam.
Jestem biedny. Urodziłem się biedny.
Ja też.
Mój ojciec zmarł, gdy byłem bardzo młody.
-Moja matka... -Albinie, daj mi papierosa.
Nie jesteś zainteresowana.
Oczywiście, że tak, ale nie chcę, żebyś się torturował.
Nie torturuję siebie.
Przeciwnie.
Matka przychylała mi nieba, a sama zapracowywała się do krwi.
Byłem dla niej wszystkim.
I byłem z nią szczęśliwy.
Kochałem ją.
Czy umarła?
Tak, umarła.
Ale nie o to chodzi.
Kiedy żyła, byłem dla niej dobrym synem.
Jak mam to ująć…
Nie byłem dobrym uczniem, rozumiesz…
Nie dałem jej żadnej satysfakcji.
Opowiedziałem jej historię mojego życia, cały czas starając się być szczery.
Nie dlatego, że kochałem szczerość, ale dlatego, że musiałem ją przekonać.
Pomyślałem, że może gdybym był szczery, zobaczyłbym jej prawdziwą twarz.
Tak, naprawdę, bardzo niewiele kłamałem,
tylko na tyle, ile uważałem za przydatne.
Byłem całkowicie zaskoczony, a ona była
tak dobra, tak czuła, tak wyrozumiała.
Czy rozumiesz? To było moje pierwsze doświadczenie miłości.
Nigdy nie poznałem innej kobiety. Nigdy nie kochałem innej.
Tylko moją matkę. Tę kobietę.
I ciebie.
Jak było jej na imię?
Nazywała się…
Marcelle.
Jesteś bardzo miły, Albinie, mówiąc mi to wszystko.
Kocham cię Hélène, szaleńczo, przysięgam.
Mogę myśleć tylko o tobie.
Albin, jesteś bardzo miły,
naprawdę bardzo cię lubię.
Na dworze jest niezbyt ciepło.
Ten wiatr jest naprawdę chłodny.
Czy wejdziemy do środka?
Oczywiście.
Jak ona to zrobiła?
Jak kobieta może odrzucić tak delikatnie,
że nie czujesz ani grama bólu,
nawet jeśli chcesz go czuć lub przynajmniej udawać, że czujesz?
Nawet nie byłem smutny.
Było, jak zawsze u niej, harmonijnie.
Przez chwilę bałem się, że spaliłam za sobą mosty.
Ale nie, na mojej sofie, w tym salonie,
odkryłem na nowo spokój tych znajomych rzeczy.
Czy to pożyczonych, czy skradzionych.
Zrozumiałem, że ten incydent nie kosztował mnie ani grosza.
Nadal byłem jej przyjacielem. Ich przyjacielem.
To był niewypał, to wszystko.
Oj, Albinie, Albinie.
Jak nazywają się Kastagnetten po francusku?
Castagnettes.
Ach, castagnettes.
Trochę się martwiłem, że znajdę się twarzą w twarz z Hartmannem.
Gdyby Hélène o tym wspomniała, a ja bym się tego przestraszył…
Byłem na grząskim gruncie.
Czy dobrze się bawiłeś przez te trzy dni, Albinie?
Nie zrozumiałem.
Pyta, jak spędziliśmy ostatnie trzy dni.
Och.
Wspaniale.
Były tylko dwa możliwe powody takiego spojrzenia.
A może nie życzyła sobie, żebym złożył to wyznanie poprzedniej nocy.
Ale dlaczego miałbym o tym wspomnieć?
A może nie chciała rozmawiać o swojej nieobecności poprzedniej nocy.
Nagle doznałem chwili olśnienia.
Doszedłem do wniosku, który napełnił mnie gniewem.
Hélène zdradzała męża.
Obiad gotowy.
Szczęście i harmonia, których tak bardzo zazdrościłem,
były niczym więcej niż kłamstwami i oszustwem.
Śledzenie jej w ten sposób było konieczne i satysfakcjonujące.
Z jednej strony potrzebowałem potwierdzenia,
z drugiej delektowałem się nieopisaną przyjemnością
zwycięstwa nad Hartmannem przynajmniej w jednym punkcie,
rzucenia światła na działalność jego żony.
Hélène zbliżała się do mnie bardziej niż do niego,
będąc moją żoną bardziej niż jego.
Nie straciłem jej z oczu.
Znałem wszystkie jej wejścia i wyjścia.
Czasami chodziła do przyjaciół, Chichki.
Mogłem dokładnie powiedzieć, gdzie była każdego dnia tygodnia,
i przez jak długi czas.
Oraz co robiła później.
Kiedy indziej sama chodziła na długie, samotne spacery,
kiedy Hartmann pracował.
Nie odważyłem się pójść za nią, po części dlatego,
że szanowałem jej potrzebę samotności.
Ale także dlatego, że bałem się, że zostanę zdemaskowany.
Dwa razy w tygodniu jeździła do Monachium.
Tam jeszcze bardziej bałem się chodzić za nią.
W miastach zawsze wyczuwa się, kiedy ktoś jest za tobą.
I myślę, że mogłem też bać się konfrontacji z rzeczywistością.
Spędzałem prawie każdą noc w ich domu.
Wiedziałam jednak, że ta harmonijna atmosfera,
której tak bardzo zazdrościłem, była fałszywa.
Miała kochanka w Monachium.
Cel, do którego dążyłem, zbliżał się teraz do mnie.
Ale nie zauważyłem, że nie był już taki sam,
że był tylko okropną karykaturą człowieka, którego widziałem.
Hartmann był skupiony na swojej książce.
Nowa Europa.
Mówił o tym z głęboką radością.
Wszyscy zjednoczeni przeciw temu, tamtemu.
Nigdy dla czegoś.
Wlał w to swoje myśli. Całe jego doświadczenie.
Starzy wojownicy.
Głupi rogacz.
Miała kochanka w Monachium, byłem tego pewien.
Doprowadzało mnie to do szaleństwa.
Doszedłem do impasu.
Teraz musiałam się odnaleźć.
Po próbie przebiegłości nastąpiła próba siły.
I czułem, że tonę.
Byłem jak dziecko na morzu, dziecko, które nie umiało pływać.
Postanowiłem towarzyszyć jej podczas jej następnej podróży do Monachium.
Aż do końca, do piekła, jeśli trzeba.
Podjąłem każde ryzyko.
To cud, że mnie nie zauważyła.
To była Hélène, jakiej nigdy nie widziałem.
Zupełnie inna niż wszystkie inne wersje, które dotąd widziałem.
Niecierpliwa i szczęśliwa.
Tak jak nigdy wcześniej.
I poznałem jej prawdziwą twarz.
Wydawało się, że to wieczność.
Aż do piekła, pomyślałem…
To był szczególny rodzaj piekła.
WITAJCIE NA OKTOBERFEST
Więc to był on. Oto on!
Ładny, chociaż średni. Potłuczony.
Schodziła na psy jak znudzona
żona prowincjonalnego mieszczanina.
Prostacko, głupio. Co za strata!
Zostałem zaproszony na kolację z nimi tego wieczoru.
Moje myśli, wspomnienia, które stworzyłem, śledząc ich w ten sposób,
i rezultat, którego byłem świadkiem, przygnębiły mnie.
Przybyłem do domu moich gospodarzy w okropnym nastroju.
Zmusiłem się do uśmiechu.
Hélène też.
Jeśli chodzi o Hartmanna, był szczęśliwy, spokojny, przyjacielski,
najszczęśliwszy z całej trójki…
Pomyślałem o sztuce Labiche'a, która wychwalała rogaczy.
I pomimo mojej rozpaczy,
zacząłem się sam śmiać, nerwowo.
Wybaczcie.
Albinie, co w ciebie wstąpiło?
Nic. Wybaczcie.
Cierpiałem jak mały demon.
Czułem się tak samo oszukany jak Andréas.
I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, co muszę zrobić.
Nie przyznając się do tego przed sobą,
wiedziałem, co robię, i dokąd to może prowadzić.
O niebiosa.
Nie szukam wymówki, lecz nie mogłem sobie z tym poradzić.
Ci ludzie, którzy napełniali mnie pożądaniem, nienawiścią,
te fantazje, które mnie pochłaniały,
nie ujdzie im to na sucho!
Złożenie wszystkiego, czego potrzebowałem, zajęło mi tydzień.
Teraz wszystko było gotowe.
A wszystko wydarzyło się w ciągu kilku godzin.
Niestety…
Jak zwykle poszedłem za nią.
To był jeden z tych dni przeznaczanych na samotne spacery.
Byłem zdeterminowany, stanowczy, bezlitosny.
Czułem, że żyję.
Przygotowałem się na każdą ewentualność.
A dla reszty mojego planu było ważne,
żeby Hélène nie mogła mnie śledzić.
Heleno!
Albinie?
Co Ty tutaj robisz?
Podążałem za Tobą.
Ach, tego się obawiałam.
Nie, nie, jestem pewien, że to nieprawda.
Dobrze więc. Albinie.
Sekundę. Nie mów. To bezcelowe.
Taki dziwny wyraz twarzy.
Co się z tobą dzieje? Próbujesz mnie zaintrygować?
Nie zachowuj się tak wyniośle.
Przepraszam?
Mówię ci, żebyś nie zachowywała się tak wyniośle.
Jesteś całkowicie szalony, prawda?
Czy jesteś pijany?
Ach, tak, to byłaby dla ciebie ulga.
Słuchaj, Albinie, nie jestem pewna, co się z tobą dzieje,
Ale chciałabym cię poprosić o jedno. Zostaw mnie w spokoju.
-Chcesz, żebym zostawił cię w spokoju? -Tak.
Chcesz dokończyć spacer sama?
Tak.
Lubisz długie samotne spacery po lesie?
To prawda. Lubię długie samotne spacery po lesie.
Lubisz też tłumy, miasta i imprezy.
Nie. Lubię wieś, spokój i samotność.
Tak, lubisz.
Lubisz tłumy, pot, mocne zapachy, brutalność.
Lubię czułość.
Ale także przemoc i brutalność.
Nie zaprzeczaj, Hélène, to daremne.
Wiem o wszystkim.
Spójrz.
Spójrz.
Widzę.
A więc, kim jesteś?
Szantażystą?
Nie, nie jestem szantażystą.
Myślisz, że próbowałbym cię szantażować?
Więc czego chcesz?
Czy ja wiem…?
Chcę, żebyś zostawiła Andréasa.
Nie chcę was więcej widzieć razem.
Nie mogę już znieść widoku was razem.
Chcę, żebyś go zostawiła.
Chcę, żebyś odeszła ze mną.
-Mój biedny Albinie... -Nie nazywaj mnie biednym Albinem!
Gdybym chciał, mógłbym zmusić cię do przespania się ze mną tutaj!
Słyszysz mnie?
-Chcę, żebyś dziś opuściła Hartmanna! -Nie, Albinie, nigdy tego nie zrobię.
Żądam tego.
Powoli, uspokój się.
Jak chcesz, pokażę mu zdjęcia.
To bez sensu.
Przekonamy się.
Biedny głupcze. Andréas już wie.
Kłamiesz.
Mierzysz ludzi swoją miarą.
Ale różnimy się od ciebie, Albinie.
Nie gramy ofiary.
Nigdy nie zrozumiesz tego, co łączy mnie i Andréasa.
To kłamstwa! Widzę to w twoich oczach.
Naprawdę?
Idę, zobaczymy.
Posłuchaj mnie przez chwilę.
Kiedy poznałam André, był na skraju samobójstwa.
Nie miał na nic ochoty. Nie wierzył w siebie.
Ja też nie. Byłam tak nisko jak on.
Ratowaliśmy się nawzajem.
Jesteśmy swoimi całymi życiami.
Jedno nie może istnieć bez drugiego.
Racja… A gdzie w tym wszystkim mieści się drugi facet?
To nie twój interes.
-Sypiasz z nim? -Tak.
-Hartmann wie o tym i udaje szczęśliwego? -Tak, on wie!
Nie wierzę ci.
Chodźmy razem.
Nie!
A więc powiem mu!
Ale to bez sensu!
Nie mogę się teraz wycofać! To zaszło za daleko!
Albinie! Błagam, nie rób tego!
Albinie! Albinie! Nie idź!
Błagam Cię! Co dobrego ci to da? Albinie!
Nazywam się André Mercier!
Albin to mój pseudonim.
Gdzie jest Hartmann? Pan Hartmann!
On pracuje.
-Nie rozumiem, idiotko! Gdzie? -Hartmann pracuje.
Och, Albin!
Cóż za niespodzianka, cóż za przyjemność.
Nie kłopocz się. Przyniosłem ci pamiątkowe zdjęcia.
Szczęście jest kruche.
Teraz musiałem tylko czekać.
Mój Boże. Mój Boże!
Nie, André, nie!
Kochana.
Nie! To niemożliwe, Hélène, moja kochana.
Moja kochana. Moja kochana.
To wszystko moja wina, Andréasie.
Zrobiłem to wszystko. To ja ją zabiłem.
To nie twoja wina.
Jest mi już wszystko jedno.
Posłuchaj mnie! Błagam Cię!
Jestem potworem. Nie zasługuję na życie.
Powiem im, że to ja ją zabiłem. Pozwól mi za to odpokutować. Miej litość!
Proszę, zrozum.
Jest mi już wszystko jedno.
Halo?
Zabrali go z porannym wschodem słońca.
Próbowałem wytłumaczyć, że tylko ja uczyniłem coś złego.
Ale nie chcieli mnie wysłuchać.
Nie rozumieli. Nie wierzyli mi.
Żal mi ciebie, Albinie.
-Co on powiedział? -Powiedział: „Żal mi ciebie”.
Zadzwoniłem do gazety, mówiąc, że chcę wrócić do domu.
Nie chcieli mi na to pozwolić.
Złożyłem więc rezygnację.
Wyjechałem na wieś, ale nie wyszło.
Nie mogłem już nic zrobić.
Mogłem tylko opowiedzieć tę historię.
I wszyscy wzruszyli ramionami.
Nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć.
Ale nikt mi nie uwierzy.
Oni mnie nie rozumieją.
Zastanawiają się, dlaczego tak miły człowiek jak ja
znajduje radość w kalaniu własnej reputacji.
KONIEC
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.