Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Murdoch Mysteries 9x09 odcinek świąteczny
tłumaczenie: cat84
Julio, woźnica.
Na pewno już to widział.
I założę się, że znacznie więcej.
Pewnie masz rację.
Już prawie święta.
Panie i panowie. Zaraz zaczną się uroczystości.
To takie piękne.
Dobrze się bawisz?
Będę, gdy skończy się ta cholerna pantomima.
Gęś z jabłkami i suszonymi śliwkami.
Zjadłabym trochę, jeśli mogę.
- Babciu? - Odpoczywaj, moja droga.
Wkrótce będziesz w domu.
- Coś się stało, George? - Coś mi wpadło do oka.
- Płaczesz? - Nie. Nie płaczę.
Panowie, podobało się wam przedstawienie?
- George płakał. - To było bardzo wzruszające, George.
To żaden wstyd poczuć emocje.
To nie moja wina, że przeklęto mnie wrażliwą duszą.
Bez wątpienia pomaga ci w pisaniu.
Chyba ma pani rację, pani doktor. Myślę, że to bardzo trafne.
Ale nie płakałem.
Wymknę się na małego drinka.
- Nie, Thomasie. - Panie i panowie, uprzejmie proszę o uwagę.
Mam wielką przyjemność przedstawić wam gospodynię dzisiejszego wieczoru,
panią Millicent McGowan.
Dziękuję wszystkim za przybycie.
A teraz chciałabym wam przedstawić gwiazdę dzisiejszego przedstawienia.
Chodź na scenę, Mary.
Oto panna Mary Pickford.
Doceńcie ją, bo wkrótce pojedzie do Ameryki, spróbować szczęścia w filmie.
Dziękuję za przybycie, panie i panowie.
I pamiętajcie, by w te święta, podarować z głębi serca...
Dziękuję, Mary.
Los małej dziewczynki z zapałkami otrzeźwia,
ale niestety to nie rzadkość.
A los i szczęście biednych dzieci Toronto
to powód organizowania przez mojego męża tej świątecznej gali.
Mogę dodać, że jego piątą i mam nadzieję,
że ta dobroć zachęci was do uczynienia tych świąt, najlepszymi świętami
dla chorych dzieci i sierot Toronto.
Dzieci, stańcie w kolejce.
Będzie gościł u nas dziś specjalny gość.
Panowie.
Popisuje się.
Thomasie, przestań narzekać.
Pan McGowan to jeden z największych filantropów Toronto,
pozwól mu na tę chwilę.
Zamknijcie drzwi. Zamknijcie drzwi!
- Myślę, że coś jest nie tak. - Panie i panowie, dziewczęta i chłopcy...
Pewnie jest podchmielony.
Przepraszam, ale będziemy mieli niewielkie opóźnienie.
George.
Pani McGowan... zniknęła reszta prezentów.
Zniknęła? Jak to zniknęła?
- Zostały skradzione. - Ma skręcony kark.
Boże.
Cóż, to pewnie zrujnuje święta.
Lepiej niech asystent koronera go zakryje, zanim dzieci zobaczą.
Racja.
- George? - Wyproszę stąd wszystkich.
Dziś nie otwieramy prezentów.
Na to jest Wigilia.
Rozumiesz? Liczyłaś na coś?
Chciałabym nową lalkę. Słyszałam, że jest taka, co mówi.
Byłaś grzeczna?
- Staram się. - Starasz się!
Ona się stara. O co więcej można prosić?
Dopóki nie będziesz niegrzeczna, czy okrutna, to wystarczy!
- Przepraszam pana. - Tak?
Niestety musi pan stąd odejść. Prowadzimy teraz śledztwo,
a dzieci powinny trafić do domu.
Oczywiście, oczywiście!
Dobrze, piękne dzieci,
życzę wam dobrej nocy. Spróbujcie się wyspać.
- Dobrze. - Dziękuję, proszę pana.
Gdyby pan chciał, mógłbym panu dać...
mógłbym panu dać nazwisko dobrego fryzjera.
To naprawdę niepotrzebne, synu. Dziękuję.
Ostatni kurs Świętego Mikołaja.
Mamy wszystkie nazwiska i adresy gości.
Dziękuję. Mógłby pan podrzucić Julię do domu?
- Jasne. - Muszę jeszcze trochę zostać.
Przepraszam na chwilę.
Pójdę po mój kapelusz i płaszcz.
Nic ci nie jest?
Nic.
Od jak dawna tak masz?
Nie wiem.
Przepraszam, czy możecie zabrać tego chłopca ze sobą
do szpitala dla chorych dzieci? Dam znać pielęgniarkom.
Oczywiście.
Pani McGowan,
niezmiernie mi przykro z powodu pani straty.
Był cudownym człowiekiem.
Z mojego doświadczenia wynika, że nawet cudowni ludzie mają wrogów.
A wszystkie prezenty... zniknęły.
Były dla dzieci. Biednych dzieci.
Pani McGowan, ktoś chciał śmierci pani męża.
- I powiodło mu się. - Tak, ale komu?
Jedyny, jaki miałby dość mroczne serce, by to zrobić
to Cyrus Lynch.
Cyrus Lynch. Z “Produktów Lyncha”?
- Ten jedyny. - Dlaczego pani tak twierdzi?
Kiedyś przyjaźnili się z moim mężem.
A przyjaciele mogą stać się zaciekłymi wrogami.
- Ale... - Ale?
... by zabić człowieka na dzień przed świętami
i ukraść jałmużnę dla biednych...
Nie sądziłam, że pan Lynch posunie się tak daleko.
Jeszcze raz, wyrazy współczucia.
Możemy jeszcze zechcieć porozmawiać.
Datki przechowywano w tamtym budynku.
Odkryliśmy, że zniknęły dopiero po śmieci pana McGowana.
I dziś nie zauważyliście nic niezwykłego?
Zanim przyjechali goście, słyszałem coś w lesie.
- Coś? - Brzmiało jak zwierzę,
ale niczego nie widzieliśmy.
Sanie wiozące duży ciężar
pojechały tamtędy. Co jest w tamtym kierunku?
Kilka innych posiadłości.
Dziękuję.
Proszę!
Gazeta! Bierzcie gazetę!
"Kto zabił Świętego Mikołaja?!"
Policja zdumiona! Przeczytajcie o tym!
Gość mógł nas uprzedzić, że robi zdjęcie.
Tak pan wygląda.
Czego dowiedziałeś się u McGowanów?
Niczego konkretnego. Konserwator zieleni słyszał chyba jakiś hałas.
I padło nazwisko Cyrus Lynch.
Ten Lynch to niezłe ziółko.
Okazuje się, że on i ofiara nie byli najlepszymi przyjaciółmi.
- Coś jeszcze? - Sprawdziłem wykaz gruntów miejskich.
Dom pana Lyncha leży dość blisko domu McGowana.
- Może byś potrzymał drabinę, Henry? - Jackson!
Co ty wyrabiasz?
Mierzę wysokość sufitu, inspektorze. Na choinkę.
- Nie będzie tu żadnej choinki. - Nie będzie choinki?
Cholerni Niemcy i ich idiotyczne tradycje. Jackson, złaź!
Choinka to nie taki zły pomysł.
To miejsce pracy, Murdoch, nie cholerny zielnik.
Wpadłem tylko życzyć wszystkim najlepszych świąt.
- Wyjeżdżam do Nowej Fundlandii. - Racja, George. Miłej podróży.
Mam nadzieję, że będzie miła. A jeśli moje połączenia będą dobre,
dotrę do St. John's prawie na święta.
- Ciotki mnie oczekują. - George, to do ciebie przyszło.
Moje ciotki wybierają się w jakąś podróż
z tajemniczym dobroczyńcą?
- Raczej nie opłaca mi się teraz wyjazd. - Nie martw się.
Mam dla ciebie mnóstwo roboty.
Zamiast włóczyć się po kraju, możesz pomóc tutaj,
Murdochowi w ustaleniu, kto zabił Świętego Mikołaja.
Tak. Przyda mi się towarzystwo.
Nie mogę uwierzyć, że mnie porzuciły.
Co ja teraz zrobię?
Higgins, może moglibyśmy...
... razem spędzić święta?
Nie sądzę, George. Mam plany.
Oczywiście.
Dlaczego pan Lynch?
Pani McGowan podejrzewa Cyrusa Lyncha.
A gdy wczoraj byłem u McGowanów,
widziałem ślady prowadzące w stronę domu Cyrusa Lyncha.
Dobre oko, detektywie. Mogę poprowadzić?
Śmiało, George.
Ja prowadzę w drodze powrotnej.
W porządku.
Powiedz panu policjantowi, co widziałeś.
Śmiało, synu.
Wczoraj w nocy spacerowałem po Parker Trail
i widziałem coś w lesie.
- W Parker Trail? - Wie pan gdzie.
Gdzie w pobliżu mieszkają wszyscy bogaci.
Po to go tu pani przyprowadziła?
Powiedz panu, co powiedziałeś mnie.
Widziałem to coś.
- To był stwór. - Stwór?
Tak, proszę pana. Wyglądał jak człowiek, ale nim nie był.
Miało rogi... i wielkie uszy.
Rogate stworzenie z wielkimi uszami?
- Tak, proszę pana. - Powiem ci coś, synu:
Każę kilku moim ludziom to sprawdzić.
Nie chcemy, by to stworzenie zepsuło święta, prawda?
Dziękuję, proszę pana.
Jeszcze jedno...
- Co? - Znalazłem to.
Pochodzi od bestii.
Krampus.
- Nie widzieliśmy go od wczoraj. - Czy to niecodzienne?
Bardzo. Pan Lynch jest raczej domatorem.
Gdy nie bywa w pracy.
Popytałam. Tam też go nie było.
Pilnie muszę z nim pomówić.
Ja także, mam nadzieję, że da mi wolne na święta,
- ale zniknął. - Czy to aktualne zdjęcie?
- Tak. - Mogę?
Dziękuję.
Co masz, George?
Proszę na to spojrzeć. "Życzenia od Alistaira McGowana."
Jeden ze skradzionych prezentów. Gdzie reszta?
Tylko ten znalazłem, detektywie.
Wygląda na to, że pan Lynch próbuje skraść święta.
Chcę, by rozprowadzono je we wszystkich drogach wjazdowych do Toronto.
Na stacjach kolejowych, postojach dla dorożek, portach dla parowców.
Musimy znaleźć Cyrusa Lyncha.
Wszystkie te miejsca będą oblegane przez podróżujących na święta.
Więc tym bardziej prawdopodobne, że ktoś go widział, Henry. Do roboty!
Tak jest.
Posterunkowy Jacksonie?
Szkoda, że nie możemy mieć choinki.
To z całą pewnością uświetniłoby naszą pracę.
- Rozświetlają nastrój, co? - Tak jest!
Powinien pan zobaczyć moją choinkę. Prawie na 3 metry.
A gdy zapalone są wszystkie świeczki...
To stwarza zagrożenie pożarem, nieprawdaż?
Możliwe, ale...
co by to było za zagrożenie!
Czy pomówi pan z inspektorem?
Szykuj siekierę, Jackson.
Dziękuję, detektywie!
Będziemy mieć choinkę!
Moja mama teraz pewnie marynuje gęś.
- Już? - Gęś musi być dobrze nasączona, Henry.
Czasem jemy ją dzień przed.
- W Wigilię? - Wiem.
Ale czasem nie potrafimy się oprzeć. Wesołych świąt, dobry człowieku!
A co z tobą, Henry?
Idę do domu Jamesa i Helen McVie.
- To dobrzy przyjaciele rodziny. - Brzmi nudnie.
Nie mówiłbyś tak, gdybyś zobaczył ich córkę, Elsie.
Henry Higginsie, to twój własny, chodzący i mówiący prezent na święta.
Zapakowany i dostarczony.
Najlepszych świąt, dobry człowieku.
Nie mogę się doczekać, by być w domu. Nie zetną drzewka beze mnie.
A ty, George?
Miałem pojechać do domu w Nowej Fundlandii.
Dopóki jego ciotki nie otrzymały lepszej propozycji.
Na pewno miały dobry powód.
Zostanę chyba w mieście.
Pójdę na spacer, czy coś.
Chociaż, bardzo lubię gęś.
Tak, przykro mi, George,
ale matka nalega, by święta były tylko rodzinne.
Oczywiście, z kim lepiej je spędzić?
Może będziesz je obchodził z detektywem?
Nie będę trzecim kołem u wozu na świętach detektywa i doktor Ogden.
Więc może u inspektora?
Higgins, u inspektora? Zgłupiałeś?
W każdym razie, jakie to ma znaczenie? To tylko kolejny, zwyczajny dzień.
Racja, George, tylko.
Nic specjalnego.
Wesołych świąt wszystkim!
- Wesołych Świąt! - Szczęśliwych Świąt!
Tak, to jeden od pana McGowana.
- Gdzie go pan znalazł? - W domu Cyrusa Lyncha.
A pan Lynch?
- Nadal nie wiemy, gdzie jest. - Nie zazdroszczę wam roboty.
Morderstwo przed świętami.
Morderstwo to podła zbrodnia, niezależnie od pory.
Czy może mi pan coś więcej powiedzieć o relacjach pana Lyncha i McGowana?
Nie przepadali za sobą.
Z tego, co wiem, to niedopowiedzenie.
W młodości byli partnerami, ale...
coś nadwyrężyło ich przyjaźń.
- Coś? - Millicent.
Obaj mieli do niej słabość, ale wybrała McGowana.
Ale pobrali się wiele lat temu, tak?
- Prawie dwadzieścia. - Więc dlaczego pan Lynch czekał
cały ten czas, by dokonać zemsty?
Może zmęczyło go słuchanie, jak McGowana nazywano świętym,
a on znał go jako grzesznika.
Może raził go fakt, że złodzieja traktowano jak króla.
Jak to?
Pan McGowan nie był tym, za kogo go uważano, detektywie Murdoch.
Publicznie był życzliwym filantropem...
- A prywatnie? - Sknerą.
Więc jak pan wyjaśni te wszystkie prezenty na święta?
Nic go nie kosztowały. Marnie płacił swoim pracownikom,
często zatrudniał ich dzieci, by wyrabiały więcej godzin niż pozwala prawo.
Każda skarga skutkowała zwolnieniem.
Mówimy o tym samym Alistairze McGowanie?
W oczach świata był ucieleśnieniem ducha dawania.
Ale świat nie widzi wszystkiego.
Nie tyle, co księgowy.
Księgowi widzą wszystko.
Dziękuję, panie Rankin.
Mam nadzieję, że reszta świąt pozwoli na przyjemniejszą rozrywkę.
Ja także.
A jak pan obchodzi święta?
- Spokojnie, z żoną. - Ja także... ale niestety, bez żony.
Mam dom w głuszy.
Niektórzy cenią sobie wesołość, ja ciszę i spokój.
Ale tęsknię za komfortem rodziny.
Witaj, ojcze!
Bobby. Chyba nieco przesadziłeś ze świątecznymi dekoracjami, co?
Thomasie, święta są tylko raz w roku.
- Gdzie John? - Śpiewa kolędy z przyjaciółmi.
- Cholera jasna. - Zrobiłam; nazywa się ajerkoniak.
Spróbuj.
Co sądzisz?
Strata dobrego rumu.
- Ojcze, tak się zastanawiałem... - Nad czym?
Widziałeś tę kolejkę, o której ci opowiadałem?
Po co chłopcu w twoim wieku kolejka? Nie potrzebna ci zabawka, a praca.
- Gdy byłem w twoim wieku czyściłem kominy. - Ja tylko myślałem...
Krewni twojej matki cię rozpuścili.
Może bądź wdzięczny za to co masz, zamiast marudzić o więcej?
Ebenezer.
- Słyszałem to, Margaret. - I dobrze!
Wszystkie prezenty skradziono ze stodoły pana McGowana.
Pan Lynch miał wystarczająco dużo czasu i sposobność, by je usunąć.
Więc myślisz, że to on?
Jeden z prezentów pana McGowana znaleźliśmy
w domu pana Lyncha. I nadal ani śladu po panu Lynchu.
Więc zabił McGowana, a teraz się ukrywa?
Na to wgląda.
Otworzę.
- Przyjechała! Cudownie, wejdźcie, wejdźcie. - Williamie?
- Prawie nie ma miejsca. - Nie bądź niemądra.
Zawsze jest miejsce na choinkę!
Zwykle nie jestem sentymentalna, ale przechowuję to od dzieciństwa.
Myślałam, że było zepsute?
Naprawiłem.
- Ty nucisz? - Ja? Nie.
Jesteś pełen niespodzianek.
Wesołych Świąt!
W czym mogę służyć?
Czy ma pan...
coś takiego… jak małą kaczkę czy kapłon?
Najmniejsza jaką posiadam, ma cztery funty i jest już zamówiona.
A może indyk?
Najmniejszy ma dziesięć.
- Nic dla jednej osoby? - W Święta? Raczej nie.
W święta nigdy nie ma nic dla jednej osoby.
- Tak, dziękuję. - Proszę zaczekać.
Mam to.
- Wezmę je. - Świetnie.
To będzie... 75 centów.
75 centów?!
To ceny świąteczne!
Wesołych Świąt!
Nigdy nie zakradaj się za mężczyzną.
Dlaczego pan tu jest?
- Tylko się rozglądam. - Więc mi pan wierzy?
Po prostu sobie spaceruję.
Poza tym, to była tylko twoja wyobraźnia.
Gdyby pan tak uważał, nie węszyłby pan tu.
Jak sądzisz, jakiego zwierzęcia są te ślady?
Nie wiem, ale myślę, że pan wie.
Ruszać tyłki, chłopaki!
- Znajdziemy tego człowieka. - Oczywiście, że tak.
Cieszy mnie, że przejawiasz taką pewność, Jackson,
ponieważ, dopóki nie znajdzie się za kratkami,
- wszystkie urlopy odwołane! - Odwołane?!
- Inspektorze, a co z Elsie? - Proszę, inspektorze, to święta.
Chcesz świąt, to znajdź zabójcę Św. Mikołaja.
Chcę swoje święta.
- Obiecałem matce... - Co tam święta!
- Ja chciałem Elsie. - Wiecie co?
Może wcale nie będzie tak źle.
- O czym ty mówisz? - Spędzimy święta razem.
W trójkę! Będą udane.
Jasne.
Nie?
Mam dla ciebie inne zadanie, George.
Zabierz proszę Henry’ego i Jacksona na ulicę Sullivan.
Pan Lynch ma tam magazyn.
- Może coś tam ukrył. - Tak, oczywiście.
Czy pan i dr Ogden...
Co pan robi w święta? Ma pan jakieś plany?
- Żadnych. - Naprawdę? Cóż, więc pytam...
I nie moglibyśmy być bardziej szczęśliwi. Tak mało czasu spędziliśmy razem,
że nie marzymy o niczym więcej niż o dniu we własnym towarzystwie.
Tak, oczywiście.
Oczywiście. Dobrze, więc idę.
- George? - Detektywie?
Czy mógłbyś...?
Moje kiełbaski.
Wesołych świąt! Najlepszych.
- Szczęśliwych świąt, proszę pani! - Jackson.
- Wesołych świąt! - Zaczyna mnie trochę drażnić.
- Tylko trochę? - Wesołych świąt!
Wesołych świąt, proszę pana!
- Przestań, Jackson. - Jesteś funkcjonariuszem policji, człowieku.
- Nie elfem. - Raczej jest bardziej prostakiem.
Bardzo dobre, Henry.
Ty tam! Wesołych świąt! Nabrałem cię.
- Boże, daj nam cierpliwości. - Wesołych Świąt.
Jackson!
- Mógłbym udać chorobę. - I myślisz, że inspektor w to uwierzy?
Szkoda, że jej nie widziałeś, George...
Patrzcie, chłopaki: prezenty McGowana.
Skąd mamy wiedzieć, że pochodzą z jego domu?
Spójrzcie na to.
- Sanki. - Nie takie zwykłe sanki.
I to sanie, tak przy okazji.
- Widzicie? - "Pocisk."
Zbudowałem je i oddałem na cele dobroczynne pana McGowana.
Panowie, nasze święta są w zasięgu ręki.
A to dla ciebie, księżniczko.
- Wesołych Świąt. - Wesołych Świąt.
Dziękuję, kochanie!
A dla pana brzytwa, skoro zaczął się pan golić.
Wesołych Świąt.
- Przepraszam, mogę na słowo? - Oczywiście, synku.
O co chodzi?
Był pan w domu McGowana poprzedniej nocy, prawda?
Istotnie. Rozmawialiśmy.
Mogę zapytać, skąd pan wziął te prezenty?
Mam tu ważne zadanie.
- Wybaczy pan? - Przepraszam.
- Co? Co? - Jak pan się nazywa?
Czy to nie oczywiste? Kris Kringle!
- Pójdzie pan z nami. - Dlaczego?
Uważamy, że te prezenty mogą...
- być skradzione. - Skradzione?
- Jak pan śmie?! - Chodź, stary zgredzie.
Nie pójdę z własnej woli.
Puśćcie mnie! Powiedziałem, puśćcie mnie!
- Nigdy tak mnie nie potraktowano. - Cholera jasna.
Jesteś najgłupszym policjantem, z jakim się zetknąłem!
- Murdoch? - Jestem krok przed panem.
- Powodzenia. - Mary Pickford!
To nie w porządku. On tylko wręczał prezenty.
Przepraszam, ale to sprawa policji.
Nie możecie go zamknąć w więzieniu. Nie przed świętami!
Młoda damo, mogę robić, co mi się podoba. A teraz zmykaj do domu.
Cholerna dziewczynka z zapałkami!
Zapytam pana raz jeszcze. Jak się pan nazywa?
Kris Kringle.
Ale niektórzy wolą mi mówić Mikołaju.
- Święty Mikołaju. - Tak, to akurat rozumiem.
Więc przypadkiem znalazł pan te prezenty w tamtym magazynie?
Zabrałem te prezenty, ale tylko po to, by rozdać je dzieciom.
Oczywiście planowałem dostarczyć je w Wigilię.
Ale potem... rozmyśliłem się.
Dlaczego?
Proszę spojrzeć na te dzieci!
Nie mają domów, a tym bardziej komina.
Co pana łączy z panem Lynchem?
Nic!
Z Alistairem McGowanem?
Jak się pan znalazł w jego domu?
Wiem o wszystkich wydarzeniach świątecznych.
Dobrze, że tam byłem!
Dzieci mnie potrzebowały.
A teraz jest pan w posiadaniu skradzionych prezentów McGowana..
Cóż...
Pytam raz jeszcze, co pana łączy z Lynchem?
Nic.
Dam panu chwilę na przemyślenie odpowiedzi.
Znaleźliśmy jedynie niewielką część prezentów.
W całym mieście mogą być z nimi skrytki.
Więc możemy je znaleźć?
- To jak polowanie na jajko na Wielkanoc. - Pomyliły ci się święta, Jackson.
To niezupełnie prawda, Higgins. W niektórych kulturach...
Na przykład fińskiej... chowanie jajek nie jest typowe dla Wielkanocy.
Ale to część ich tradycji bożonarodzeniowej.
Dziękuję, George.
Pomimo, że mamy w areszcie...
- Litwini również. - Dziękuję.
Pomimo, że w areszcie mamy człowieka,
Cyrus Lynch nadal pozostaje naszym głównym podejrzanym.
- On tego nie zrobił. - Pani doktor?
Panu McGowanowi skręcono kark. Po śmierci też przeniesiono jego ciało.
Biorąc pod uwagę rozmiary obu panów, mało prawdopodobne,
- by pan Lynch tego dokonał. - Mógł mieć wspólnika.
W każdym razie, Cyrus Lynch pozostaje w tym śledztwie w kręgu zainteresowania.
Podporą śledztwa.
- Podporą. - Wracać do pracy, panowie.
Chciałbym ci kogoś przedstawić.
- Kogo? - Cóż...
Sama zobaczysz.
Witam, jestem dr Julia Ogden.
- A pan to? - Kringle. Kris Kringle.
Musicie mnie stąd wypuścić.
Mogę chwilę z panem porozmawiać?
A nie możemy tego przełożyć na później?
To pracowity dla mnie czas.
A elfy, a jeśli za długo zostawi się je same, robią się marudne.
- Rozumiem. - Tak!
Więc uważa się pan za...
A ktoś musi zadbać o renifery,
a wie pani, kto to taki?
Musicie mnie stąd wypuścić.
Dobrze, czy ma pan kogoś, z kim mogłabym porozmawiać?
Nie mogę pana wypuścić, dopóki nie oddam pana pod czyjąś opiekę.
Moja żona.
Dobrze! A gdzie mogę ją znaleźć?
Jest dość daleko na północ stąd.
To duże miasto, George. Nie znajdziemy kogoś,
- kto nie chce być znaleziony. - Szczególnie kogoś majętnego.
Może być wszędzie. Może być nawet w Nowym Jorku,
czy w połowie drogi do San Francisco.
Nie wierzę, że ominą mnie święta, przez głupi rozkaz inspektora...
George, dlaczego mnie kopnąłeś?
- Dobry wieczór, inspektorze. - Dobry, chłopaki.
- Nie w domu? - Stwierdziłem, że przyda mi się kilka głębszych,
zanim zmierzę się z tym, co zaplanowała żonka.
Dlaczego, inspektorze?
- Margaret chce nurkować do cholernych jabłek. - To chyba dobra zabawa!
Topienie głowy w wiadrze lodowatej wody nie uważam za zabawę, Jackson.
Nienawidzę świąt. Przynajmniej w Sylwestra,
musisz się jedynie upić i pocałować żonę!
A co z Wielkanocą?
Nawet nie zaczynaj z tym cholernym duchem. Jeszcze jednego?
- Powinienem wracać do domu. - Tak, to był pracowity dzień.
Znalezienie zabójcy i takie tam!
Mam nadzieję, że nie wyczuwam tu sarkazmu, Higgins.
- Nawet bym nie śmiał, inspektorze. - A ty, Crabtree?
- Ja chętnie się jeszcze napiję! - Dobry chłopak.
Barman. Dwa piwa i dwie popitki, i stale dolewaj.
Chyba umyka panu cały... duch świąt.
Opowiem ci o świętach, które ponoć są pełne dobra.
Nadal mają wiele w sobie zła.
- Co ma pan na myśli? - Crabtree.
To święta dla hipokrytów.
Święta, gdzie bezbożnik może czuć się pobożny.
Gdzie chciwy może udawać hojnego.
Byłbym najszczęśliwszy, gdyby wcale nie istniały.
Do zobaczenia jutro, George’u Crabtree.
Kobieto domu!
Thomasie! Naprawdę!
- Chodź tu, Margaret. - Co ty... o!
Już wystarczy.
Spędzamy święta razem?
Nie sądzę, George. Mam plany.
Przykro mi, George, ale matka nalega, by święta były tylko dla rodziny.
Chcemy jedynie dnia wyłącznie we własnym towarzystwie.
W święta nigdy nie ma niczego dla pojedynczej osoby.
Byłbym najszczęśliwszy, gdyby wcale nie istniały.
Co się stało?
Coś jest w lesie. Goniło mnie!
- Coś? Co pan rozumie przez ”coś”? - Stwora.
I niósł ze sobą ciało, jakby to była puchowa poduszka.
Stwór?
Tak! Na głowie miał rogi. I czerwone, krwawe oczy.
- Gdzie teraz jest ten stwór? - W lesie, w tamtą stronę.
Na twoim miejscu sprowadziłbym pomoc.
Jest tam kto?
- Inspektorze Brackenreid! - Nie wypuszczę go.
Nie dlatego tu jestem. Chociaż, gdyby pan miał serce
- zrobiłby pan to. - Czego chcesz?
Pomagam w zbiórce dobroczynnej dla miejskich sierot
i dla Szpitala Dla Chorych Dzieci.
Miałam nadzieję, że kilku pańskich posterunkowych mogłoby pomóc w zbieraniu datków.
Usiłujemy rozwiązać sprawę morderstwa i kradzieży w posiadłości McGowanów.
Wiem, ale gdyby wam się nie udało, dzieciom przydałaby się pomoc...
Może spróbuj w straży pożarnej.
- Można na chwilę? - O co chodzi, Crabtree?
Poprzedniej nocy widziałem coś niezwykłego.
- Trochę wypiłeś. - Wiem, ale, inspektorze.
Widziałem w lesie ślady.
- Jak wyglądały? - Jak nic, co do tej pory widziałem.
Nie były ludzkie, trochę jak łapa, ale też jak u żadnego znanego zwierzęcia.
Kończy mi się czas! Niszczycie święta!
- Nie ma wyboru, proszę pana. - Taki jesteś pewny, co?
Słucham?
Skąd możesz być przekonany, że nie jestem tym, kim mówię?
Cholerne święta!
Mają rozwiązywać sprawę morderstwa.
Oni jedynie wymieniają się prezentami.
- Chodźmy. - Dokąd?
Burmistrz wygłasza mowę. Mają być obecni wszyscy miejscy ważniacy.
To teraz jestem miejskim ważniakiem?
Nie i pewnie nigdy nim nie zostaniesz, ale przyda mi się towarzystwo.
Higgins, ty durniu! Co robisz z tą cholerną choinką!
Detektyw Murdoch powiedział, że może tu stać.
Odłóż tą choinkę i znajdź Lyncha!
Nie tutaj, Jackson. Chodź...
Z drogi! Dalej! Przepraszam pana!
- Przepraszam! - Proszę uważać!
Dziękuję za przybycie. Wasza hojność to prawdziwe przesłanie
ducha świąt. Pomyśleć, że mieszkańcy Toron...
Dziękuję, panno Pickford.
By podkreślić to, co powiedziała nasza mała dziewczynka z zapałkami,
dziękuję wam wszystkim za wsparcie naszej kampanii.
Serca nas wszystkich przepełnił smutek po przedwczesnym odejściu pana McGowana,
człowieka, który przez wiele lat szerzył radość.
Najwyraźniej duch świąt nas ominął, ale powstaliście i przejęliście pałeczkę.
A tym, który trzymał ją najsilniej był Cyrus Lynch.
Od śmierci pana McGowana, jestem w stałym kontakcie z panem Lynchem,
który pomógł w rozpowszechnieniu się tej kampanii swą pokaźną darowizną.
Miasto Toronto ma wobec niego ogromny dług wdzięczności.
Najwyraźniej pan Lynch żyje i ma się dobrze.
A teraz bawi się w Świętego Mikołaja!
Przewrotny motyw, ale mógłby wyjaśniać morderstwo.
... jako prezent od miasta Toronto.
I mam wielki zaszczyt dziś go rozpakować.
Dobry Boże.
To cholery Lynch!
Wszyscy cofnąć się! Cofnąć się!
Wszyscy się cofnąć!
To straszne. Nie jest dobrze.
Dlaczego nas pan nie poinformował, że jest w kontakcie
z Cyrusen Lynchem? Szukaliśmy go.
- Nie wiedziałem o tym. - W całym mieście wisiały plakaty.
Byłem bardzo zajęty koordynowaniem tej akcji dobroczynnej.
Nie mam czasu patrzeć na plakaty.
Panie burmistrzu. Co, pana zdaniem, miało być w skrzyni?
Powiedziano mi, że moja własna podobizna.
I pana zdaniem, było dobrym pomysłem rozpakować to na uroczystości.
Liczy się nawet najmniejszy datek.
Boże, co za pogorzelisko.
- Cały nasz wysiłek poszedł z dymem. - Kiedy po raz ostatni
- widział pan Cyrusa Lyncha? - Nigdy go nie widziałem.
Kontaktowaliśmy się jedynie przez osoby trzecie.
Czyli kogo?
Nie mam pojęcia.
Mogę tylko powiedzieć, że gdy zaczęły napływać prezenty,
nie miałem powodu przypuszczać, by coś było nie tak.
Panie burmistrzu, czas na skontrolowanie zniszczeń.
Muszę iść, panowie. Inspektorze Brackenreid,
moje biuro skontaktuje się z panem dziś po południu.
Mam dla pana zadanie.
Wielu w naszym mieście w tym roku nie ujrzy świąt.
I będą bardzo rozczarowani, że nie zobaczyli tego posągu.
Musi pan coś zjeść.
Słyszałem, co stało się pod ratuszem.
Tak, to było straszne.
Świat mnie potrzebuje. Wiesz o tym, prawda, posterunkowy?
Nie mogę panu pomóc.
Możesz. Wiesz, że to złe trzymać mnie w celi, prawda?
- A ja wiem coś jeszcze. - Co takiego?
Masz ducha świąt w sobie.
I wiesz kim naprawdę jestem.
Proszę coś zjeść.
Biuro burmistrza poleciło nam
zrobić, co się da, by zapewnić napływ datków.
Czy nadal poszukujemy skradzionych prezentów?
- Tak, Higgins. - A mordercy?
Jesteśmy policją, Crabtree, jak sądzisz?
- Racja. - Więc do roboty.
- I Jackson, jeszcze nie masz urlopu. - Tak jest.
Murdoch. Co masz?
Julia dokonała oględzin zwłok.
Ale raczej można stwierdzić, że Lynch nie zabił McGowana?
- Tego nie wiemy. - Panowie,
nawet gdyby Lynch był mordercą, to ktoś jego też zabił,
- więc mamy kolejną zbrodnię. - Co tu jeszcze robisz?
Chyba lepiej przydam się w śledztwie.
Dobra, Crabtree, co myślisz?
Myślę, że McGowana i Lyncha zabił ktoś trzeci.
A dlaczego miałby to robić?
Wygląda na to, że w jednym celu,
by zniszczyć święta.
Panowie, do mojego biura.
Krampus!
- Kto? - Kram... pus. Krampus.
Przez K.
Przepraszam, ale nie nadążam.
Gdy dorastałem w Yorkshire, ojciec opowiedział mi o Krampusie.
Krampus to stwór, który wyłania się z lasu w czasie świąt.
Ale nie przynosi prezentów dla dzieci, lecz je karze.
A jeśli jest w paskudnym nastroju, to je pożera.
Pożera je?
Tak. W zasadzie to ukarał wszystkich, którzy obchodzą święta.
Więc dorosłych też pożera?
- Nie wiem. - Przypuśćmy, że gdyby pan miał
do wyboru pożarcie dziecka, czy osoby dorosłej...
Wystarczy, George.
Inspektorze, naprawdę uważa pan, że ten Krampus odpowiada za morderstwa?
Kpij ile chcesz, Murdoch, ale coś ci powiem:
Widziałem go. Gdy byłem mały, ukazał mi się w oknie sypialni.
Jako dziecko miał pan koszmar.
Ale wątpię, by to on odpowiadał
za dwa morderstwa... w Toronto... dzisiaj.
- Jak się to zabija? - Według mojego ojca,
- Krampusa nie da się zabić. - Wiedziałem.
I myślę, że jest tu, teraz.
Wczoraj spacerowałem przez las... i czułem jego obecność,
tak jak wiele lat temu.
W porządku, inspektorze.
Zechciałby pan opisać tę „obecność”?
Nie wymądrzaj się, Murdoch.
Chwilę.
Pamiętam tylko jego świecące oczy,
zwierzęce stopy i rogi.
- Crabtree widział to samo. - George?
Nie tak wiele szczegółów, co inspektor,
ale widziałem... jakieś nietypowe ślady.
- Gdzie? - Na moście Bells.
Włóczęga zgłaszał, że widział dużą postać
niosącą przez las ciało, przerzucone przez ramię.
To mogło być ciało pana Lyncha.
- Widziałeś to ciało? - Nie.
- Widziałeś tą "bestię?" - Nie.
Widziałeś cokolwiek, co potwierdzałoby tę teorię Krampusa?
Jak mówiłem, widziałem tylko ślady.
A co z tym?
To wygląda jak kozi róg.
Jak róg. Ale być może nie kozi.
Z całym szacunkiem, Krampus nie istnieje.
Tak samo Święty Mikołaj.
Ani duch zeszłych świąt,
- czy elfy... - Proszę tak nie mówić.
- Nie ma Krisa Kringle’a. - Tylko nie pani, pani doktor!
Wpadłam, by zobaczyć jak się miewa. Czy ktoś go wypuścił?
Nikt by tego nie zrobił, bez twojego pozwolenia Julio.
Może uratowały go jego elfy.
Jackson, co robisz?
- Dekoruję posterunek. - Więc przestań.
- Mamy dwóch morderców do odnalezienia. - I możliwe, że potwora.
- George? - Nie zachęcaj go.
Potwór?
Pomijając okoliczności, w jakich go znaleziono, pan Lynch zginął tak samo jak pan McGowan.
- Skręcono mu kark. - Więc bardzo prawdopodobne,
że obu ich zamordowała ta sama osoba.
Możliwe, a na jego ciele znalazłam ślady zadrapań.
- Zadrapań od pazurów. - To ma sens.
Inspektorze?
Inspektor uważa, że działają tu nadprzyrodzone siły.
O, rozumiem.
Podczas gdy ja wolę pozostać w świecie rzeczywistym.
Nie mam ochoty w tym roku świętować.
Rozumiem to, pani McGowan.
Dziękuję za spotkanie.
Oczywiście, tylko nie jestem pewna, jak zdołam pomóc.
Rozumiem, że słyszała pani o przykrych okolicznościach,
jakie spotkały pana Lyncha?
Słyszałam.
I nadal uważa pani, że to on odpowiada
- za śmierć pani męża? - Tak.
Przykro mi tym panią kłopotać,
lecz muszę zapytać, gdzie pani była.
Chyba pan nie sugeruje...?
Czy wszystko w porządku?
Rozumiem, że słyszał pan o śmierci naszego głównego podejrzanego?
Tak. I muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło.
Byłem święcie przekonany, że to Cyrus Lynch odpowiada
- za śmierć pana McGowana. - Oboje byliśmy.
Dziękuję. Jeśli przypomni pani sobie cokolwiek...
Oczywiście.
Robert Kratchet.
Powinniście pomówić z Robertem Kratchetem.
Witam, czy mogę pożyczyć pana kapelusz?
Przykro mi, panienko, ale mam tylko ten jeden.
Nie! Pomocy!
Pomocy! Pomocy! Proszę mnie wpuścić! Atakują mnie!
Byłem brygadzistą w fabryce McGowana prawie dziesięć lat.
Już nie jestem.
Czy pan McGowan nie był zadowolony z pana pracy?
On mnie nie zwolnił, sam odszedłem.
- Dlaczego? - Wie pan, co zrobił w tym roku?
Obciął nam pensje, by mógł kupić więcej prezentów.
Jedyne, co kiedykolwiek zrobił Alistair McGowan
to poprawił swój wizerunek czyimś kosztem.
Wielu chłopaków oraz ja sam, zamierzaliśmy
- przejść do fabryki Lyncha. - Głównego rywala McGowana?
Czy McGowan o tym wiedział?
Pan Lynch wszedł do naszej fabryki i sam zaproponował pracę.
Musiał usłyszeć, że McGowan obcina nam pensje.
Kuj żelazo, póki gorące.
I jak zareagował pan McGowan?
Obaj wdali się w bójkę na hali produkcyjnej.
- Nie? - Pan McGowan zwyciężył.
Nie wydaje się pan zasmucony zabójstwem McGowana.
Jeśli o mnie chodzi, stary sknera dostał, na co zasłużył.
A co pan czuje w z związku ze śmiercią pana Lyncha?
Dopóki praca, którą mi obiecał, nadal jest aktualna,
tylko to ma dla mnie znaczenie.
Proszę pani...
Czy chciałaby pani złożyć datek? Cokolwiek może pomóc.
Mogłaby pani pomóc?
A jaki w tym sens? I tak wszystko zostanie skradzione.
Również życzę wesołych świąt.
Nie mam ani jednego datku.
Sam to tu włożyłem.
Higgins. Krampus wygrywa.
Kto to jest Krampus? O czym ty mówisz?
Inspektor uważa,
że po ulicach Toronto grasuje złośliwy stwór,
a jego jedynym celem...
jest zniszczyć święta.
- Inspektor tak powiedział? - Tak, powiedział.
I spójrz, miał rację!
Posterunkowy George Crabtree.
Przepraszam. Dość już pytań, panowie.
Ten człowiek wymaga opieki medycznej.
Otrzymał cios w głowę. Trzeba go zabrać do szpitala.
Co się stało?
Zamykałem na noc.
Usłyszałem hałas. Coś niszczyło karuzelę.
- Coś? - To nie był człowiek.
To było nikczemne, cuchnące stworzenie.
Chodziło na dwóch nogach, ale to nie był mężczyzna.
Rzuciłem się do ucieczki, ale dopadło mnie od tyłu.
I powiedział pan to tym dziennikarzom?
Ludzie muszą się dowiedzieć!
Williamie. Muszę go zabrać.
- Słyszał pan to? - Tak.
- Teraz mi pan wierzy? - Nie, George.
Krampus. Krampus.
Panowie. Proszę jeden na raz.
- Detektywie, czy miasto jest bezpieczne? - Tak jak zawsze.
Jak pan może tak twierdzić? Mamy dwóch morderców i bestię na ulicach.
Prowadzimy śledztwo w sprawie śmierci pana Lyncha i McGowana
- I dojdziemy do jakichś wniosków. - A co z bestią?
Panowie, szczerze wątpię, że po ulicach Toronto grasuje bestia
i wy też powinniście.
To na razie tyle. Dziękuję.
- Jak ten Krampus zapewnił sobie ucieczkę? - Sprawdzaliście parowce?
Wzywała mnie pani?
Istotnie, posterunkowy Jackson.
Wiem, co pan zrobił.
Nie wiem, o czym pani...
- Uwolniłeś pana Kringle. - Nie, ja...
Cóż, on...
Nie jestem głupia, Jackson, więc mnie za taką nie bierz.
Chyba robienie komuś krzywdy nie leży w jego naturze.
Wiem, że chciałeś dobrze, ale nie miałeś kwalifikacji,
by to ocenić.
Chodź ze mną.
- Nie możemy go puścić? - Jackson!
Święta to mój ulubiony czas w roku. Ale teraz, nie czuję tego.
Dwa morderstwa tuż przed świętami mogą ostudzić świąteczny nastrój.
- Jest. - Proszę pana!
Jedź, jedź!
- Zatrzymaj się. - Ty tam. Zatrzymaj się!
Jackson.
- Nic ci nie jest? - Nic, pani doktor.
Wiesz, co mówią o bieganiu po śniegu:
"rób każdy krok z głową."
Bardzo dobre, pani doktor.
George!
- George! - Detektywie.
Czy to twoja sprawka?
Pozostaje wiarygodnym podejrzanym.
Nie, "to" nim nie pozostaje.
George, bylibyśmy bliżej rozwiązania tej sprawy,
gdybyście z inspektorem powściągnęli wodze fantazji.
Zabierz to.
Jak pani widzi, przysłany tu chłopiec ma się dobrze.
- Wkrótce go wypiszecie? - Przyjdzie po niego kobieta z sierocińca.
Czy zawsze jest tu tak zimno?
Robimy, co możemy. Ale gdy zawieje zimny wiatr,
straszliwie ogranicza nasze możliwości zadbania o wcześniaki.
Z pewnością.
Mój mąż, detektyw William Murdoch,
jest pomysłowym człowiekiem. Może zdoła wam pomóc.
Dziękuję. Przyjmiemy chętnie każdą pomoc.
To nie ma nic wspólnego z tym, kogo pan McGowan oszukał czy nie oszukał.
Krampus za to wszystko odpowiada.
Przepraszam, ale trudno mi uwierzyć, by demon...
- Wierzysz w istnienie Boga, prawda? - Oczywiście.
Zatem możesz uwierzyć w zło.
Możesz uwierzyć, że ktoś nienawidzi świąt.
Wszyscy ludzie mogą czegoś nienawidzić, więc to możliwe. Ale święta...
Jest wiele powodów, by nienawidzić świąt, Murdoch.
Świąt nienawidzą biedni,
Świąt nienawidzą samotni, i chciwi ich nienawidzą.
- I ja nienawidzę świąt. - Inspektorze...
Za młodu każdego roku, prosiłem o mały prezent:
figurkę pruskiego żołnierza.
I każdego roku, nic.
Wiem, że mój ojciec się starał,
ale każdego roku byłem bardziej rozgoryczony.
Dla wielu ludzi święta to nie Św. Mikołaj, ale Krampus.
- Wątpię, by Kramp... - Święta to tylko chciwość
i druzgocące rozczarowania. To czas Krampusa.
Ale nie musi tak być.
Chciałbym, by te całe cholerne święta nie istniały.
Ale warto ocalić święta.
Naprawdę warto.
Mam pojemniki na rzadkie okazy, jakie mogłyby się nadać.
- Cudownie. - Każę komuś je przynieść.
To zadziała idealnie.
I nie spóźnij się dzisiaj.
Jest Wigilia.
Wesołych Świąt! Wesołych Świąt!
- Tylko na tyle was stać? - Ludzie są goli.
- Goli? - Spłukani. Bez pieniędzy.
- Najbardziej ponure święta w dziejach. - I to podczas pana kadencji.
- Jaka szkoda. - Również życzę Wesołych Świąt, inspektorze.
Wracać do roboty. A wy dwaj nie jesteście wyjątkiem.
- Dobra, wszyscy do domu, - Do domu, inspektorze?
Nie słyszałeś, Higgins? A teraz zmykajcie, zanim zmienię zdanie.
- Inspektorze? - Dziś go nie znajdziemy, Murdoch.
Wznowimy śledztwo po świętach.
- Wesołych Świąt! - Jasne.
Wesołych Świąt wszystkim.
Jutro będzie mój szczęśliwy dzień!
George, pomożesz mi spakować to pudło?
I chodź ze mną do domu.
Naprawdę, detektywie?! O, bardzo dziękuję!
- Ja nie mówiłem... - Dziękuję, to cudowne.
Myślałem, że będę miał ponurą Wigilię, ale...
pana apartament w Windsorze jest wspaniały, a to jedzenie wyśmienite!
A doktor Ogden to wspaniałe towarzystwo.
Myślę, że to bardzo ważne. I jest niezwykle atrakcyjna.
Jak i pan. Na pewno każda dama powiedziałaby to samo.
Julio? Julio, gdzie jesteś? Przyprowadziłem...
Rozpakuj mnie, Williamie.
- ... gościa. - Wielkie nieba!
- Powinienem sobie iść. - Nie, George...
Myślę, że już po nastroju.
George. Chcesz pierś czy nóżkę?
Cokolwiek pani uzna za stosowne.
- Dziękuję. - George.
Dlaczego masz tylko jedną skarpetkę?
Druga wisi na choince.
Na choince?
Tak, skoro nie macie ogniska domowego, pomyślałem, że to najlepsze miejsce…
Czy nie wieszacie swoich skarpet na święta?
Musicie!
Mamy coś w nie włożyć?
- Nie mam pojęcia. - I zostaje na noc?
Tego chyba oczekuje.
Spróbujmy bawić się jak najlepiej, dobrze?
Wygląda cudownie, George!
A teraz...
Williamie!
Są dość jasne.
Na pewno da się to skorygować.
Napijesz się sherry, George? To może trochę potrwać.
Jeszcze miętówki, pani doktor?
Nie, dziękuję. Williamie, jak długo jeszcze?
To powinno zadziałać.
Może trochę pan przesadził.
Coś musiało wywołać krótkie spięcie.
Zadzwonię do rozdzielni prądu, może wymienią bezpiecznik.
Może zrobię sobie krótką przechadzkę.
I na litość boską, Williamie, trzymaj się z dala od światełek!
Ojcze widziałeś kolejkę, o której mówiłem?
To niesprawiedliwe! To niesprawiedliwe!
Każdy dostaje prezent! Każdy oprócz mnie!
- Zrobiłem ci prezent. - Nie chcę nic głupiego,
- domowej roboty! - Staram się jak mogę, synu.
Nienawidzę cię!
Ty tam! Zatrzymaj się!
Muszę gdzieś być.
- Zaczekaj chwilę! - Niezmiernie się śpieszę!
Powinien pan być w areszcie!
Co?
To niemożliwe! Nie dzisiejszej nocy!
Z pewnością wiesz, kim jestem?
Dlaczego upiera się pan przy tym podstępie?
Dlaczego pan wierzy, że jest tym, kim mówi?
A dlaczego ty nie wierzysz, że nim jestem?
Używając waszego żargonu, pasuję do profilu.
Odpowiedz mi na pytanie:
podsłuchałem, jak jeden wasz posterunkowy mówi, że szukacie Krampusa.
Jeśli w niego możesz uwierzyć, dlaczego nie możesz we mnie?
Ma pan tu słuszność.
Ale ukradł pan prezenty. Czy to duch świąt?
Nie ukradłem prezentów!
To były moje prezenty!
Ale widziałem mężczyznę, który wnosił do magazynu wiele prezentów.
- Jakiego mężczyznę? - Nigdy w życiu wcześniej go nie widziałem.
Może pan ze mną pójść?
- Jestem niesamowicie zajęty. - Obiecuję, że nie będę pana
długo zatrzymywał, ale dam panu szansę.
- Szansę? Na co? - Na uratowanie świąt.
Miał nieco szerszą brodę.
I jest pan pewny, że to tego mężczyznę widział,
jak składał prezenty w magazynie pana Lyncha?
Tak, tak, jego.
George. To może być Robert Kratchet.
Do niedawna zatrudniony u Alistaira McGowana.
- Więc to na człowiek? - Nie wyciągajmy jeszcze wniosków.
Dziękuję.
Złóżmy panu Kratchetowi wizytę, co?
Dobrze. Wezmę swoją skarpetę.
Dokąd pan idzie?
Już bardzo późno. Posterunkowy powiedział, że mogę iść.
Proszę na mnie spojrzeć,
jestem w świetnej formie i mogę panią zapewnić:
Nie stanowię zagrożenia dla siebie i kogokolwiek innego.
Jest pan pewny?
Tak, a teraz proszę. Muszę iść.
Obaj mamy dziś wieczorem do wykonania ważną pracę.
W porządku. Złapmy złodzieja.
- I mordercę. - To też.
A ty byłaś niegrzeczna.
Ciekawe dlaczego?
Gdzie są prezenty?
- Mieliśmy włamanie? - Nie.
- Więc co? - Chłopcy.
- Co zrobili? - Nie, to nie tak.
Wzięli zabawki z prezentami i pomaszerowali do sierocińca.
Powiedzieli, że sami mają ich już dużo i chcieli oddać je biednym dzieciom.
Nigdy nie byłam taka dumna.
Moi synowi są lepsi ode mnie.
O czym mówisz, Thomasie?
Wiesz, co zrobiłem w święta, gdy byłem w ich wieku?
Powiedziałem ojcu, jak bardzo go nienawidzę.
To dlatego Krampus ciągle przychodził.
Wiesz, że Krampus naprawdę nie istnieje.
- Tylko tak mówią. - Dokąd idziesz?
Naprawić to.
- Jest Wigilia. - Wiem o tym, panie Kratchet.
Proszę odpowiedzieć na pytanie.
Dostarczyłem prezenty do magazynu pana Lyncha.
- Co z tego? - Zostały skradzione.
Nie. Pani McGowan znalazła je w swoim domu.
Po morderstwie pana McGowana.
Ale dlaczego dostarczono je do magazynu Lyncha?
Miały wspomóc akcję dobroczynną pana Lyncha.
Nie miałem powodu sądzić inaczej.
- Dlaczego miałaby to zrobić? - Nie wiem.
Może, w przeciwieństwie do jej męża, miała dobre serce.
Detektywie, naprawdę nie wiedziałem, że robię coś złego.
Przepraszam, że pana kłopotaliśmy.
Wesołych Świąt.
Dlaczego miałaby pomagać rywalowi swego męża?
Ma dobrotliwą duszę.
Skłaniałbym się ku temu, George, gdyby nie wyczucie czasu.
Akcja dobroczynna pana Lyncha nie została wtedy jeszcze ogłoszona.
Kazała to zrobić panu Kratchetowi tylko po to,
by wrobić Lyncha w zabójstwo jej męża.
- Więc to ona? - Znowu się śpieszysz, George.
Na północą część ulicy Yonge, woźnico.
Z przyjemnością, proszę pana.
- Pani McGowan? - Millicent?
Co tu robimy?
To, co zawsze powtarza inspektor.
Idź tropem pieniędzy.
Rankin niechętnie pokazał nam tylko kilka dokumentów.
- Co to? - Wiemy, że pan McGowan
i pan Lynch byli wspólnikami, których drogi w końcu się rozeszły.
Ale pan Rankin nie powiedział nam o tym.
Gonię was połowę drogi z cholernego Toronto.
Miło, że pan dołączył. Mamy to.
Wszyscy byli wspólnikami.
McGowan, Lynch i Rankin.
Tak, na początku. Pan Rankin był równouprawnionym wspólnikiem
w firmie, którą założyli we trójkę.
Ale gdy interes wolno się rozkręcał,
pan Rankin chciał się wycofać, więc sprzedał im swe udziały w firmie
- za 100 dolarów. - Niezbyt mądre posunięcie.
Pan McGowan i pan Lynch zbudowali przedsiębiorstwo warte milion dolarów,
zanim każdy poszedł w swoją stronę.
- A pan Rankin? - Najlepsze, co mogli mu zaoferować,
to stanowisko opłacanego pracownika.
To wystarczyło, by człowieka rozgoryczyć.
Każdego dnia patrzył jak jego przyjaciele się bogacą,
gdy on był jedynie marnie opłacanym księgowym.
- Czy jest w to zamieszana Millicent McGowan? - Nie znalazłem żadnego dowodu,
- który by ją z tym wiązał. - Więc jest niewinna?
To pośpieszne wyciąganie wniosków, pani doktor.
Pan Rankin odpowiedziałby na to pytanie, gdybyśmy wiedzieli, gdzie go znaleźć.
Przyprowadź sanie, George. Pan Rankin ma dom tuż na obrzeżach miasta.
Przywieźmy mu trochę świątecznej radości.
Proszę uważać na ten pień!
Spójrzcie panowie.
To zwierzęce ślady, George.
To nie tylko zwierzę. To te same ślady,
co na moście, gdzie tamten włóczęga widział bestię.
Ale sam mówiłeś, że ty bestii nie widziałeś.
Wyczułem ją. Paskudny smród.
Dobrze, zostań tutaj. My się tym zajmiemy.
Ruszajmy, Crabtree.
A jeśli jest tam Krampus?
To przekażemy mu, że nie jest mile widziany.
Panie Rankin!
Policja Toronto!
Cicho! Williamie posłuchaj.
Nic ci nie jest?
Nic.
Tak sądzę.
Julio, zaczekaj.
- Kto ci to zrobił? - Nie kto, a co.
- Gdzie pan Rankin? - Nie mam pojęcia.
- Kto panią tu sprowadził? - To był potwór.
Miał rogi i potworne, czerwone oczy.
Nie mam czasu na bajki, pani McGowan. Proszę o prawdę.
- To właśnie panu mówię. - Nie, Julio, zostaw ją.
Najpierw znajdźmy pana Rankina.
Rozdzielimy się.
Strzeżcie się bestii.
No popatrz.
Krampus?
Krampus?!
Boże!
Panowie! Pani doktor!
Proszę na to spojrzeć.
Tak, lepiej się rozdzielmy.
Dlaczego?
Na pewno drań zna ten labirynt jak własną kieszeń.
Jeśli tu był, pewno już dawno go nie ma.
Poza tym, jeśli się rozdzielimy, to dorwie nas jednego po drugim.
George, to księgowy.
- Ale on może być Krampusem! - Krampus nie istnieje!
O czym ty mówisz?
Później wyjaśnię. Chodźmy.
Williamie! Williamie!
- Chyba coś widziałam. - To on?
Nie wiem. Coś to było!
- Coś? - Tak, coś!
Co na Boga, pani mówi?
Doktor Ogden?!
- Detektywie? - Tak?
- Widzę więcej śladów. - Ja też je widzę, George.
Nie martw się, to podstęp.
Jeśli tak, to cholernie dobry.
Pani doktor?
Pani doktor?
Nie powinieneś za mną iść.
Krampus?
Wiesz, co teraz się stanie.
Kolacja.
Nie jesteś prawdziwy.
Jesteś tylko bajką dla dzieci.
Głupią opowiastką, przekazywaną przez babcie.
Murdoch!
Podążaj za moim głosem. Mam go!
- George! - Detektywie?
Znajdź Julię!
Widziałem bestię.
Nie ma bestii.
Cholera jasna, Murdoch, wiem.
Ale jak dla mnie, facet, który przebiera się za bestię
może nią być.
Nie będę się spierał.
Za mną.
Pani doktor!
Pani doktor!
Julio.
- George. - Nic pani nie jest?
Chyba nie.
- Kto to pani zrobił? - Nie widziałam kto.
Ale uciekł w tamtą stronę.
- Na pewno nic pani nie jest? - Nie, idź.
Pani zostanie tutaj.
Inspektorze!
Zatrzymaj się!
Zatrzymaj się!
- Znajdź Julię. - Bądź ostrożny, Murdoch.
Krampus?
Millicent! Przestań!
Aleś ty sprytna.
Jesteś morderczynią, Millicent.
Nie miałam wyboru.
Mąż cały czas mnie okradał.
Rozdając swe pieniądze obibokom.
Jest tu trzech policjantów.
Nie ujdzie ci to na sucho.
Myślę, że ujdzie. Chyba że potrafisz przechodzić przez ogień.
Nie!
Szkoda, że nie działają.
Biedna dziewczynka z zapałkami.
Przyda się pani pomoc, pani doktor?
Myślę, że sobie poradzę.
Dobry sierpowy od święta to zawsze dla mnie przyjemność.
Dla mnie także, inspektorze. Dla mnie także.
Zatrzymaj się!
- Puść albo cię zabiję. - Szczerze wątpię.
Pan Rankin powiedział, że mój mąż będzie bankrutem.
Że wpędzi mnie w ubóstwo.
- Raczej nie jest pani uboga. - Oddawał to, co było moje
tym, którzy na to nie zasługiwali! Miałam dość!
Pani mąż był oszustem i złodziejem. Ale miał dość pieniędzy na życie
i miał ich wiele dla pani. Widziałem jego księgi rachunkowe.
Nie to powiedział pan Rankin.
Zagrał na pani jak na starym fortepianie.
I uczynił panią wspólniczką w dwóch morderstwach.
Nie miałam nic wspólnego z morderstwem pana Lyncha.
- Przysięgam. - W takim razie,
musimy ustalić pani udział w morderstwie jej męża.
Dość już sprawił pan kłopotów, panie Rankin.
Pewnie nie chcecie usłyszeć mojej historii.
- Nieszczególnie. - Kłamałeś!
- Pani McGowan! - Zabierzcie ją ode mnie.
Powiedziałeś mi, że był spłukany!
- Kłamałem. - Kłamałeś!?
Pomogłam ci zabić mojego męża!
Nie zrobiłabyś tego, gdybyś nie chciała.
Zamierzałeś mnie tu zostawić, tak?
- Nigdy byś po mnie nie wrócił. - A po co?
Byłaś równie zła co on. Co oni wszyscy.
- Ona jest gorsza ode mnie. - Wątpię.
Próbował pan sterroryzować całe miasto.
Miasto przepełnione chciwością i fałszywą radością.
Zasłużyli na to. Wszyscy na to zasłużyli.
Pławicie się w występkach i nieprawości i jesteście okrutni dla innych.
W przebraniu pobożności nagradzacie siebie w Dzień Bożego Narodzenia.
Jestem Krampusem
i nienawidzę wszystkich, którzy obchodzą święta.
Nienawidzę tego, co reprezentują.
To święto dla hipokrytów,
gdzie bezbożnik może udawać pobożnego,
a chciwy hojnego.
Ludzie jak ja kończą z niczym.
Rzucacie nam pod stopy okruchy i mamy być za to wdzięczni.
Nienawidzę tego!
Wiesz co?
- Żal mi cię. - Dlaczego?
Bardziej miarodajnie jest oceniać święta
tym co możesz dać, a nie tym, co możesz dostać.
Przynajmniej będziesz miał ciepłą Wigilię w celi.
Bądź za to wdzięczny.
Wesołych Świąt, pani doktor.
Wesołych Świąt, detektywie.
Pewnie George będzie czekał przy choince.
- George? - Gdzie on jest?
Nie mam pojęcia.
"Dziękuję za Wigilię. Miłego poranka.
wielce wdzięczny, George Crabtree."
Pomarańcze.
Cudownie!
Co to?
Retraktor!
Twój był stary i zardzewiały.
Pewnie od nadmiernego użycia. Dziękuję.
Zrobiłam to specjalnie dla ciebie.
- Mój kapelusz? - Na choinkę!
Dziękuję!
Idziemy do szpitala?
Za chwilę.
Nie potrzebujesz tego.
Powinniśmy iść.
Gdzie znalazłeś sklep z zabawkami otwarty tak późno w Wigilię?
- Niezupełnie był otwarty. - Co...?
Włamałem się. Zostawiłem wystarczająco, by pokryć koszty.
Wymknę się na odrobinkę.
Wątpię, czy puby są dziś otwarte.
Nie idę do pubu. Chłopaki mają dziś małą misję.
Pomyślałem, że pomogę.
Do zobaczenia w porze lunchu.
Nazywają się inkubatory.
Dostarczają bezpiecznego, regulowanego ciepła.
Mój mąż zapewnia mnie, że będą działać i ocalą wiele żyć.
- Dziękuję. - Podziękujcie pannie Pickford.
- Jest waszym obrońcą. - Każdy kto pomaga w naszej pracy jest naszym obrońcą.
Dziękuję, detektywie Murdoch i dr Ogden. Wesołych Świąt.
Wesołych Świąt. Proszę.
Wesołych Świąt.
Chłopaki!
Myślałem, że będzie pan w domu z rodziną.
Mam mnóstwo czasu dla rodziny dziś później.
- Gdzie Higgins? - Powab McVie to było dla niego za wiele.
Nie można chłopaka winić, że się starał.
Dziękuję, że pan przyszedł, Inspektorze. Wie pan, Święta to wyjątkowy czas, gdy...
Jackson, wystarczy. Jestem tu, prawda?
Istotnie, inspektorze. Kto chce duży?
To naprawdę wyjątkowy czas, prawda?
Datki dobroczynne, robienie czegoś dobrego.
To tak jakbyś naprawdę potrafił poczuć magię...
Skąd to nadleciało?
Chyba się domyślam.
Doprawdy, wielki detektywie?
I chyba trzeba ją aresztować.
Nie! Williamie.
- Kończą nam się. - Widzę.
Chyba potężny Higgins się pojawił.
Higgins! Najlepszych świąt.
- Tobie też, George. - Więc Elsie McVie...
Najwyraźniej jest już zaręczona.
- Szkoda, Henry. - Nie szkodzi,
na zdjęciu wyglądała przychylniej niż w rzeczywistości.
Dołącz do nas.
Dołączę, ale najpierw chciałbym, abyś z kimś się zobaczył.
Niespodzianka! Wesołych Świąt, Georgie!
Ciotka Azalia! Ciotka Ivy!
- Myślałem... - Wykręciłyśmy ci numer!
Wesołych Świąt, Georgie.
- To moje ciotki! Przyjechały! - Widzę!
Witam, panie!
Chyba przybyliśmy za późno.
Tak...
Obawiam się, że jest więcej dzieci niż prezentów.
A co z tymi?
Wielkie nieba! Skąd się wzięły?
A jakie to ma znaczenie?
Naprawdę nastały święta.
Ciotka Azalia!
Dobrze, kto jeszcze nie dostał prezentu?
- Jest tu jeden dla ciebie. - Proszę!
Dziękuję.
I Wesołych Świąt!
Widziała pani?
Co?
Widziała go pani? Wie pani kogo.
Wesołych świąt!
Cudowne!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.