All language subtitles for The.Raven.1943.720p.BluRay.AAC.x264-ZQ.PL

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soran卯)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

W rolach g艂贸wnych

KRUK

Scenariusz / Dialogi

W pozosta艂ych rolach

Muzyka

Re偶yseria

GDZIE艢 W MA艁YM MIASTECZKU...

- Matka uratowana. - A dziecko?

Nie.

M贸j Bo偶e, chyba pan tego nie zrobi艂?

Zrobi艂em. B臋d臋 szczery.

Je艣li chce pani wnuka, trzeba zaczeka膰 6, 8 miesi臋cy, nie wcze艣niej.

Poprosi pani zi臋cia o kolejne dziecko.

- Ju偶 tym razem mia艂 k艂opoty. - S膮siad mu pomo偶e.

Niech pani nie p艂acze. Najwa偶niejsze, 偶e pani c贸rka 偶yje.

SZPITAL MIEJSKI

- Po艣piesz si臋, pora odwiedzin. - W艂a艣nie sko艅czy艂am.

- Przestaniesz j臋cze膰? - Nie mog臋 si臋 podnie艣膰.

To le偶.

- Prosz臋 si臋 nie denerwowa膰. - To z艂a kobieta.

- To moja siostra. - Przepraszam. Zatem ma pani z艂膮 siostr臋.

Nie, po prostu nieszcz臋艣liw膮. Zawsze by艂a nieszcz臋艣liwa.

Niech pan sobie poczyta wieczorem.

- Czy pani jest 偶on膮 dr. Vorzeta? - Tak.

- Czy on pracuje w szpitalu? - Na oddziale dla umys艂owo chorych.

- Nie m贸g艂by za艂atwi膰 mi zmiany 艂贸偶ka? - 艁贸偶ka?

Ten numer przynosi mi pecha.

Je偶eli w nim pozostan臋, co艣 mi si臋 stanie.

Niech pan nie m贸wi g艂upstw.

Ma pan go艣cia.

- Dzie艅 dobry, Fran莽ois. - Dzie艅 dobry, mamusiu.

Dzie艅 dobry.

Przynios艂am ci brzytw臋.

Czemu jeste艣 taka niemi艂a?

- A czemu ty taka mi艂a dla dr. Germaina? - Jak to?

Bywasz w szpitalu zbyt cz臋sto. Powiem Michelowi.

- M贸j m膮偶 nie widzi w tym nic z艂ego. - A ja, twoja siostra, owszem.

- Jestem opiekunk膮 spo艂eczn膮! - Jeste艣 dziwk膮.

- Dzie艅 dobry, doktorze. - Dzie艅 dobry.

No i co?

- Matk臋 uratowa艂em. - Znowu?

- Jak to "znowu"? - Trzeci raz w ci膮gu sze艣ciu tygodni.

Skoro mi pan nie ufa, to po co mnie pan wzywa?

- Nie b臋d臋 pana wi臋cej fatygowa艂. - No prosz臋.

Wiecznie si臋 k艂贸cicie.

- Ja si臋 nie k艂贸c臋. - Mnie do tego nie mieszajcie.

- Wystarcz膮 mi k艂opoty z 偶on膮. - Ma艂偶onka wci膮偶 taka zgry藕liwa?

Jest niezmordowana!

Na szcz臋艣cie mam swoj膮 fajeczk臋. No i trunek.

Chod藕cie ze mn膮, poka偶臋 wam nietypowy przypadek gangreny.

Piszczel wyszed艂 z nogi. Niez艂y kawa艂.

Prosz臋 wybaczy膰, nigdy nie mia艂em poczucia humoru.

Du偶o pan traci. Zatem Bertrand zobaczy to sam.

- B臋dzie pan 偶a艂owa艂. - Z pewno艣ci膮.

Zobaczysz, dobry cz艂owieku. Co艣 niebywa艂ego!

Ma pani tupet! Niech pani to odda.

Zostawia pan listy w kieszeniach. Woli pan, 偶eby si臋 wypra艂y?

Zabraniam pani czyta膰 moje listy.

Nie pytam, dlaczego pisze pan do mojej siostry.

- Nie ma pani prawa jej pilnowa膰. - Laura jest zwyk艂膮 偶mij膮.

Porozmawiajmy o chorych. Nr 13 skar偶y si臋 na bezsenno艣膰.

Ten z rakiem w膮troby? Po偶yje jeszcze ze dwa tygodnie.

- Nie podaje mu pani morfiny? - Da艂am mu raz i nawet si臋 nie spostrzeg艂.

- Kaza艂em zrobi膰 mu seri臋 zastrzyk贸w. - To mu nie pomaga.

Ma pani pecha. Wracam z apteki i nie mieli morfiny.

Nie wiem, czy bierze j膮 pani sama czy sprzedaje, ale ma tu by膰 na jutro!

- Prosz臋 pos艂ucha膰... - Na jutro!

- Dzie艅 dobry panu. - Dzie艅 dobry.

- Jeszcze nie jad艂e艣? - Jad艂em.

- Wi臋c co to ma znaczy膰? - To tylko przek膮ska.

Doktorze!

- Panie doktorze... - Przepraszam pana.

- Kto艣 u mnie zachorowa艂. - Rolande?

Nie, moja siostra. M贸g艂by pan wst膮pi膰 do niej po drodze?

- Nie zrobi to panu k艂opotu? - Jestem lekarzem.

Uwa偶aj, bo dostaniesz po uszach!

Nie mo偶esz uwa偶a膰?

- S膮 m艂odzi. - Tak.

- Nie lubi pan dzieci? - Niezbyt.

- I mieszka pan u dyrektora szko艂y. - Mam pecha.

- Rolande, bawisz si臋 w od藕wiern膮? - Nie, panie doktorze.

Zobaczy艂am pana przypadkiem, kiedy sta艂am przy drzwiach.

Ciotka zachorowa艂a?

Denise?

Tak.

Podobno.

Panie doktorze, rano przyszed艂 do pana list!

Po艂o偶y艂am go na biurku.

Dzi臋kuj臋.

Prosz臋.

- Dzie艅 dobry panience. - Dzie艅 do...

Niech pan nie zamyka, duszno mi.

Nie robi臋 tego dla pani, tylko dla siebie.

Nie mog臋 znie艣膰 tych wrzask贸w.

- U偶ywa pani perfum? - Nie podobaj膮 si臋 panu?

Powinienem by艂 zostawi膰 otwarte okno.

- Co pani dolega? - Wszystko.

Mam kaszel, gor膮czk臋 i czuj臋 si臋 bardzo s艂aba.

Czuj臋 b贸l w plecach. U g贸ry, z lewej strony.

- Tutaj? - Tak.

Czy tutaj?

To znaczy...

- A mo偶e w 艣rodku? - Mo偶e.

Os艂ucham pani膮. Prosz臋 si臋 rozebra膰.

Wystarczy.

Oddycha膰.

Zakaszle膰.

Jeszcze.

Prosz臋 powiedzie膰 "trzydzie艣ci trzy".

Trzydzie艣ci trzy, trzydzie艣ci trzy...

Nie tak g艂o艣no.

Trzydzie艣ci trzy, trzydzie艣ci trzy...

Prosz臋 si臋 po艂o偶y膰.

- Ma pani chusteczk臋? - Koszula nocna nie starczy?

Nie. Wezm臋 swoj膮.

Oddycha膰.

Jeszcze.

Oddycha膰 normalnie.

- Przepraszam. - Wejd藕.

Przynios艂am ci 偶urnale.

- Zosta艅. - Nie.

Wybaczy pani, ale chcia艂bym zosta膰 sam z pann膮 Saillens.

Naturalnie, prosz臋 wybaczy膰.

Wystarczy p贸艂 minuty.

- Wie pan, co mi jest? - Nic a nic.

Nie jestem chora?

Chcia艂a pani, 偶ebym j膮 zbada艂.

Do tego rodzaju badania niepotrzebny jest lekarz.

W ka偶dym razie nie ja.

Do widzenia.

艢wi臋toszek!

Mam na imi臋 R茅my.

Mo偶e pani ju偶 wej艣膰.

Czy to co艣 powa偶nego? Nie b臋d臋 jej m臋czy膰?

- Mo偶e pani by膰 spokojna. - Chwileczk臋.

Nie b臋d臋 d艂u偶ej udawa膰.

Przysz艂am zobaczy膰 si臋 z panem. 呕urnale by艂y pretekstem.

Nie potrzebuje pani pretekst贸w.

Tak pan s膮dzi?

Myli si臋 pan. Mo偶e wczoraj tak, ale dzi艣 ju偶 nie.

- To pana wina. - Nie rozumiem.

Jest pan wyj膮tkowo pow艣ci膮gliwy...

ale m贸wi艂 pan r贸偶ne rzeczy na m贸j temat.

Ja?

Podobno umawiamy si臋 w szpitalu na randki.

- M贸wi膮, 偶e jestem pa艅sk膮 kochank膮. - Kto tak m贸wi?

Dosta艂am anonim. Obrzydliwy list.

Teraz musz臋 pana unika膰.

N臉DZNY ROZPUSTNIKU ZABAWIASZ SI臉 Z 呕ON膭 VORZETA

T膭 KURW膭 LAUR膭 ALE UWA呕AJ

MAM DOBRY WZROK I POWIEM WSZYSTKO

KRUK

- Dzie艅 dobry panu. - Dzie艅 dobry.

We藕 walizki.

- Zanie艣 baga偶 pana do ogrodu. - Dobrze.

Co za podr贸偶! Nie ma nic g艂upszego od zjazdu lekarzy.

Poza zjazdem psychiatr贸w.

Nikt nie s艂ucha tego, kto przemawia. Bogu dzi臋ki.

Bo gdyby go s艂uchano, sala p臋k艂aby ze 艣miechu.

呕eby potraktowa膰 to serio,

trzeba by mie膰 audytorium z艂o偶one z samych chorych.

Jedyny po偶ytek z takich spotka艅 maj膮 lekarze z prowincji.

Mog膮 sobie zdradza膰 偶ony z pary偶ankami.

Jestem ju偶 na to za stary, wi臋c wr贸ci艂em.

Co si臋 sta艂o, Lauro? Wszystko w porz膮dku?

- M贸wi艂am ci o wczorajszym li艣cie. - I co z tego?

Dzisiaj przyszed艂 do ciebie.

- Prosz臋 trzy arkusze znaczk贸w. - Trzysta frank贸w. Pan je chyba zjada.

Ja? To na cele dobroczynne.

Ka偶dy taki arkusz to jeden Chi艅czyk uratowany od poga艅stwa.

Wiara, panno Rolande, uratuje 艣wiat!

Dzie艅 dobry, Rolande. Prosz臋 dwa znaczki.

Dzi臋kuj臋.

Pofrun臋艂y!

- W okamgnieniu. - Nie wiedzia艂em, 偶e ju偶 pan wr贸ci艂.

Stary m膮偶 nie powinien zostawia膰 d艂ugo m艂odej 偶ony.

- Do mnie pan pije? - Dlaczego?

Mam na my艣li siebie i j膮. Prosz臋 si臋 nie gniewa膰.

Zwracam panu listy. Pozwoli pan? Znam si臋 troch臋 na grafologii.

- My艣la艂em, 偶e tylko na mistyfikacji. - R贸wnie偶.

Jedno nie wyklucza drugiego.

Ciekawy charakter pisma. Inteligentny, bardzo inteligentny.

A偶 za bardzo.

Zmys艂owy.

A偶 za bardzo.

Ale wida膰 te偶 brak elastyczno艣ci, wolno艣ci.

Nie pob艂a偶a pan 偶yciu.

Jest pan twardy jak ska艂a. Pi臋kna, ale jednak ska艂a.

Nie zjednuje to panu przyjaci贸艂.

Nie mam przyjaci贸艂 ani nieprzyjaci贸艂.

Czy偶by?

- Zna pan jakiego艣 mojego przyjaciela? - Wiem, 偶e ma pan wroga.

- Kogo? - Przepraszam, doktorze.

Blokuje pan skrzynk臋 na listy.

- Jak min臋艂a podr贸偶? - Znakomicie. Dzi臋kuj臋, Marie.

- Zobaczymy si臋 w szpitalu. - Dobrze.

- M贸wi艂 pan o wrogu? - W艂a艣nie.

- Moja 偶ona otrzyma艂a wczoraj anonim. - M贸wi艂a panu?

Niczego przede mn膮 nie ukrywa. To zaleta mojego podesz艂ego wieku.

Zreszt膮 ja te偶 otrzyma艂em rano list.

- Na ten sam temat? - Tak, z dodatkowymi szczeg贸艂ami.

Pa艅ska znajomo艣膰 z Laur膮 mia艂a pozostawi膰 przykre skutki...

Prosz臋 si臋 nie denerwowa膰.

Skorzysta艂 pan z mojej nieobecno艣ci, 偶eby je usun膮膰 drog膮 operacji.

- Pocz臋stuje si臋 pan? - Nie.

Delorme, jako ordynator, dosta艂 taki sam anonim.

Oskar偶a si臋 w nim pana o to, 偶e pomaga pan bezbronnym kobietom

pozby膰 si臋 niewygodnego brzemienia.

- W ka偶dym razie uprzedzi艂em pana. - Gdybym tylko zna艂 tego 艂ajdaka!

I po co zaraz wielkie s艂owa. Do艣膰 dobrze si臋 na tym znam.

Proszono mnie kilkakrotnie o ekspertyz臋 w sprawie anonim贸w.

Prosz臋 mi wierzy膰, ma pan do czynienia nie z cz艂owiekiem z艂ym, ale chorym.

- Ju偶 ja go wylecz臋! - Musi go pan najpierw znale藕膰.

Mo偶e to ten m艂ody zast臋pca,

kt贸ry odbiera w艂a艣nie list na poste restante.

Albo pan Fayolles, kt贸ry otrzyma艂 czek.

- Prawda, panie Fayolles? - S艂ucham?

- Powiedzia艂em, 偶e mo偶e to pan. - Co ja?

- To tajemnica. - Pana zawsze trzymaj膮 si臋 偶arty.

Je偶eli to nie pan Fayolles ani zast臋pca, to mo偶e doktor Germain.

- Pad艂em ofiar膮 chorego umys艂owo? - Taki chory cz臋sto oskar偶a sam siebie.

- To cz臋ste przypadki u anonimograf贸w. - Wspaniale.

Ja pana nie oskar偶am, przynajmniej na razie.

- Wielce pan 艂askaw. - Ale musi pan mie膰 oczy szeroko otwarte.

Nie wiadomo, jak daleko mog膮 zaj艣膰 te 艣wi艅stwa.

Taka zaraza mo偶e si臋 rozprzestrzeni膰 na ca艂e miasto.

- My艣la艂by kto... - 呕e co?

- Nic. Do widzenia. - Do widzenia.

A mo偶e tym Krukiem jest pan?

Czemu nie?

Ach, to pan. Przepraszam, panie ordynatorze.

Prosz臋 sobie nie przeszkadza膰. Prosz臋 siedzie膰.

Drogi Bonnevi, jestem bardzo zmartwiony.

Mam nadziej臋, 偶e to nic powa偶nego?

- Dosta艂em kolejny obrzydliwy anonim. - Znowu?

Dotyczy nie tylko doktora Germaina.

Przeczytam panu.

B臋d臋 wielce zaszczycony.

"Stary pijaczyno..."

- To taka stylistyka. - Oczywi艣cie.

"Alkohol m膮ci ci wzrok.

Nie widzisz tego, co wyprawia Germain, kt贸ry okrywa ha艅b膮 tw贸j szpital,

ani jak fa艂szuje ksi臋gi ten tw贸j 艂ajdak Bonnevi...

Spytaj go, jak pom贸g艂 swojemu przyjacielowi Griotowi

w przetargu, dnia 15 stycznia".

Podpisane: Kruk.

Co pan na to?

A pan?

Szczerze m贸wi膮c, martwi mnie to.

Bardzo.

Oczywi艣cie 15 stycznia by艂o mi臋dzy nami co艣...

To sprawa sumienia, rozumie mnie pan?

Jak najbardziej, mam ten sam moralny dylemat.

Ja te偶 otrzyma艂em anonim.

Pozwoli pan, 偶e odczytam.

Oczywi艣cie.

"Stara kanalio..."

Taka stylistyka.

- Naturalnie. - "Lepiej by艂o ci z tym Germainem,

co robi skrobanki. Radz臋 ci podtrzyma膰 t臋 znajomo艣膰.

Mo偶e ci by膰 potrzebna, je偶eli twoja c贸rka Jeannette

b臋dzie nadal sp臋dza艂a czas w gabinecie twojego ordynatora".

Podpisane: Kruk.

I co pan na to?

To stek kalumnii i k艂amstw. Takie jest moje zdanie.

I moje r贸wnie偶, prosz臋 pana.

- Denise, we藕 si臋 w gar艣膰! - Daj mi spa膰.

- Koniec z tym! - Zwariowa艂e艣? Jestem chora!

Chora? My艣lisz, 偶e ci臋 nie znam?

Przelecia艂a艣 wszystkich lokator贸w poza harcerzykiem i starym kloszardem.

Teraz przysz艂a kolej na doktora Germaina.

Ale masz gust.

Przypomina parasol i na pewno nie umie si臋 kocha膰.

- To dlaczego udajesz chor膮? - Wcale nie udaj臋!

Mam bronchit i angin臋.

Faktycznie, wygl膮dasz na chor膮. Masz gor膮czk臋?

Poka偶 gard艂o.

Co to jest?

- Kompres. - Z zimnej wody? Gratuluj臋.

Ty nie udajesz, tylko starasz si臋 zachorowa膰.

Na szcz臋艣cie dosta艂em list, kt贸ry otworzy艂 mi oczy.

- Jaki list? - Ten!

- Dzie艅 dobry, pu艂kowniku. - Dzie艅 dobry, panie burmistrzu.

- Nie gracie? - Panowie rozmawiaj膮.

- Fayolles otrzyma艂 list. - Najgorsze jest to, 偶e ja te偶.

- Czemu najgorsze? - Bo jestem cz艂owiekiem publicznym.

Winowajca nie potrafi uszanowa膰 nawet urz臋dnika pa艅stwowego.

Smutne indywiduum! Prosz臋 pos艂ucha膰.

"Stary dekowniku..."

M贸wi艂em o tym w czasie mojej kampanii wyborczej.

"Zarz膮dzasz miastem zepsutym

i to zepsutym przez tego Germaina, fabrykanta anio艂k贸w.

Oto moje oskar偶enie, w trzech punktach:

Punkt pierwszy: Germain 艂ajdaczy si臋 z t膮..."

Tu pada nazwisko powszechnie szanowanej damy.

Chyba nie musz臋 m贸wi膰, co nale偶y robi膰 z podobnymi oskar偶eniami.

"Punkt drugi: Germain handluje morfin膮

i stara si臋 zrzuci膰 podejrzenie na niewinn膮 ofiar臋, Marie Corbin,

kt贸r膮 serdecznie pozdrawiam".

- Co o tym my艣licie? - A punkt trzeci?

- Trzeci? To bez znaczenia. - Punkt trzeci: jeste艣 rogaczem.

- Sk膮d pan wie? - Ja te偶 dosta艂em anonim.

To zwyk艂e k艂amstwa, ale zrobi艂o si臋 nieprzyjemnie.

- Jestem odmiennego zdania. - Uwa偶a pan, 偶e to przyjemne?

M贸wi臋 o k艂amstwach. W tych listach jest odrobina prawdy.

Urocze! A wi臋c sprzedaj臋 lipne leki?

Nie chodzi o pana, ale o g艂贸wnego oskar偶onego, kt贸ry figuruje w ka偶dym li艣cie.

Nie chcia艂bym m贸wi膰 藕le o koledze,

ale mia艂em z nim rano... przykr膮 rozmow臋.

Od trzech lat jestem zast臋pc膮. Po raz pierwszy trafia si臋 ciekawa sprawa.

Nie mo偶na aresztowa膰 Germaina bez dowod贸w.

Chodzi mi o wszcz臋cie dochodzenia w szpitalu.

Nie zgadzam si臋! Dosy膰 ju偶 tego!

Ordynator nie mo偶e sprzeciwi膰 si臋 nakazowi s膮du.

Nie, ale ojciec mo偶e da膰 ci po pysku!

- Skoro tak... - Dok艂adnie tak.

Dobrze tato, ale ja znam swoje obowi膮zki.

Ma pan tylko jeden obowi膮zek: zachowa膰 ostro偶no艣膰.

Nasze miasto ma gor膮czk臋.

Prosz臋 spojrze膰. Zrobi艂em wykres temperatury.

Zabawne, prawda?

W ci膮gu dw贸ch dni wzros艂a do 38,2 stopni, a to dopiero pocz膮tek.

W tym stanie nie przeprowadza si臋 operacji.

Doktorze?

- Co pani tu robi? - Czekam na pana.

Nie mam odwagi zwr贸ci膰 si臋 do pana w szpitalu, z powodu tych plotek.

- Chcia艂abym pana przeprosi膰. - Przeprosi膰?

Za moje niedawne zachowanie.

My艣la艂am, 偶e post膮pi艂 pan nieostro偶nie. Teraz widz臋, 偶e jest pan ofiar膮.

Wybaczy mi pan?

- Prosz臋 nie m贸wi膰 g艂upstw. - Ostro偶nie, kto艣 mo偶e nas zobaczy膰.

- A co w tym z艂ego? - Nic, ale musimy uwa偶a膰.

My艣la艂am, 偶e skoro nie mo偶emy widywa膰 si臋 publicznie,

mo偶e spotkaliby艣my si臋 w jakim艣 dyskretniejszym miejscu.

Ma pan przeciwko sobie ca艂e miasto. Mog艂abym panu pom贸c w tej walce.

Dam sobie rad臋.

Jest pani bardzo mi艂a, ale ja przyzwyczai艂em si臋 do samotno艣ci.

Co mi pan napisa艂 w swoim li艣cie?

- Jakim li艣cie? - Tym, kt贸ry pan podar艂.

To dotyczy艂o mnie.

Chyba mnie te偶, skoro pisa艂 pan do mnie.

Czasem pisze si臋 listy, kt贸rych nie ma si臋 zamiaru wys艂a膰.

- Co si臋 sta艂o? - Prosz臋 nic nie m贸wi膰. Ona nas obserwuje.

- Wie pan ju偶, kto pisze te listy? - Nie.

Niech pan si臋 jej strze偶e.

Nasz lokator b臋dzie mia艂 si臋 z pyszna. Ma z艂膮 opini臋.

- Po po艂udniu na pewno piek艂y go uszy. - I dobrze, dostanie nauczk臋.

- My艣lisz, 偶e to prawda? - Co?

To, co m贸wi膮...

To nie s膮 sprawy dla smarkaczy.

Zapomnia艂a艣 ju偶, jaka by艂a艣 w moim wieku?

Zobacz, kto to.

To doktor. Dzie艅 dobry, panie doktorze.

W艂a艣nie m贸wi艂y艣my o panu, doktorze...

- Denise jest chora? - Tak. Tym razem naprawd臋.

- Umie pan stawia膰 ba艅ki? - Oczywi艣cie.

To niech pan mnie zast膮pi. Ona to uwielbia.

- W ko艅cu uda艂o si臋 pani? - Na to wygl膮da.

- Lubi臋 si臋 leczy膰. - Dziwna dziewczyna.

- Nie wiem, kto z nas jest dziwniejszy. - Z pewno艣ci膮 ja,

bo nie rzucam si臋 na pierwsz膮 lepsz膮, kt贸ra si臋 o to prosi.

- Dzi臋ki za t臋 pierwsz膮 lepsz膮! - Doskonale mnie pani rozumie.

Potrzebuje pan do tego mi艂o艣ci przez du偶e "M".

Przeciwnie. Gdybym si臋 zakocha艂, uciek艂bym tym pr臋dzej.

To dlaczego nie chce pan skorzysta膰 z nadarzaj膮cej si臋 przyjemno艣ci?

Z powodu drobiazgu.

Ducha. A raczej dw贸ch duch贸w.

Boli?

Wystarczaj膮co.

Od 偶ycia chc臋 tylko jednego: spokoju.

- Kto艣 do pana. - Do mnie?

Zaraz wracam.

Och, to pan.

Zechce pan wybaczy膰, ale kiedy dowie si臋, w czym rzecz...

Prosz臋 za mn膮.

- Pi臋kne biurko. - Lubi pan 艂adne meble?

Podziwiam je, ale z daleka.

Kiedy 偶yje si臋 z pieni臋dzy pacjent贸w,

trudno o takie rzeczy.

Musi pan by膰 niezwykle zamo偶ny.

- Nie narzekam. - W艂a艣nie to im m贸wi艂em.

Komu?

Ludziom, kt贸rzy mnie pytali.

O m贸j maj膮tek?

O pa艅ski maj膮tek i pa艅sk膮 przesz艂o艣膰.

Po tej nieszcz臋snej sprawie ludzie zrobili si臋 ciekawi.

Niech pan przy艣le tych ciekawskich do mnie.

Poinformuj臋 ich osobi艣cie.

A propos, powiedzia艂 pan,

偶e przed przyjazdem do nas praktykowa艂 w Grenoble?

Mo偶liwe.

Jaki艣 dure艅 sprawdzi艂 w spisie lekarzy.

I co?

I nie znalaz艂 w Grenoble doktora Germaina.

Niech pan powie temu idiocie, 偶e lekarz nie musi figurowa膰 w spisie.

To po prostu reklama.

Niestety jedyny Germain zamieszkuj膮cy w Grenoble

wyprowadzi艂 si臋 stamt膮d przed 15. laty i sta艂 si臋 Germainem Monatte'em.

- Chirurgiem m贸zgowym. - Pozna艂em go.

To ju偶 co艣.

Mo偶e si臋 przyda膰 w razie wszcz臋cia 艣ledztwa.

Ma pan racj臋.

To kruche bibeloty.

Poproszono mnie dzisiaj o zebranie kilku informacji.

- Kto? - Jacy艣 g艂upcy.

Nigdy ich nie brakuje.

呕egnam pana, p贸藕no ju偶.

Dowiedzia艂 si臋 pan czego艣 o Kruku?

Najwi臋cej jest oskar偶e艅 pod adresem mojej szwagierki, Marie Corbin.

Ona oczywi艣cie ma pretensje do pana. Nie s膮dz臋, 偶eby by艂a winna.

By艂em zar臋czony z Mari膮, zanim po艣lubi艂em Laur臋.

Dobrze j膮 znam. Chyba 偶e si臋 tak zmieni艂a.

- Nie gniewa si臋 pan, 偶e przyszed艂em? - Przeciwnie. Dzi臋kuj臋 panu.

Nie przesadzajmy.

呕ycz臋 panu, by 偶y艂 pan d艂ugo, lecz nigdy nie zosta艂 nestorem lekarzy.

Obarczaj膮 nas bardzo niewdzi臋cznymi zadaniami.

- Przepraszam. My艣la艂em, 偶e pani le偶y. - W艂a艣nie do pana sz艂am.

- Do mnie? - Vorzet nie fatyguje si臋 z byle powodu.

To powa偶ne, prawda?

- A co to pani膮 obchodzi? - Jak zawsze mi艂y.

Prosz臋 wraca膰 do 艂贸偶ka. Zazi臋bi si臋 pani.

A co to pana obchodzi?

Tak, kulej臋. No to co?

Mieli艣my z bratem wypadek samochodowy.

On straci艂 r臋k臋, a ja zosta艂am ranna w biodro.

Czy jestem przez to brzydsza?

Czy m臋偶czy藕ni po偶膮daj膮 mnie mniej?

Czy to nie pozwala panu mnie po偶膮da膰?

Dobranoc, Denise.

Nie za艣nie pan. Dobrze pan o tym wie.

Jest pan dzi艣 bardzo niespokojny.

To a偶 tak wida膰?

Powiedzia艂 pan, 偶e oczekuje od 偶ycia spokoju.

Ca艂kowitego zapomnienia.

Nie mog臋 panu da膰 wszystkiego.

Ale kilka godzin zapomnienia te偶 si臋 liczy.

Nie m贸w nic.

- Zapisz Therese Marty. - Ona pisze do swojego Emile'a.

A bo to wiadomo... Przezorny zawsze ubezpieczony.

- Zapisz Therese Marty. - Uwaga, idzie!

Dzie艅 dobry.

- Jak si臋 dzi艣 czuje siostrzenica? - Niepotrzebnie si臋 pan fatygowa艂.

- Wysz艂a. - Mia艂a wczoraj 38 stopni.

Jest m艂oda... Rano nie mia艂a gor膮czki, wi臋c wysz艂a.

Prosz臋 wybaczy膰.

Zapraszam pani膮, przepraszam na chwilk臋.

- To teczka doktora Bertranda? - Jak pan wie, to po co pan pyta?

- Pani siostrzenica wysz艂a z moim koleg膮. - Wychodzi z kim chce.

Je偶eli dobrze rozumiem, zmienili艣cie lekarza.

Powiem szczerze, 偶e niech臋tnie.

Ma艂a by艂a do pana bardzo przywi膮zana,

ale tyle si臋 teraz m贸wi... Ja wiem, 偶e to k艂amstwa.

- Teraz rozumiem. - Moja siostrzenica jest przyzwoit膮 pann膮.

Oczywi艣cie. 呕egnam panie.

Do widzenia, doktorze. Niech pan nie zapomni przys艂a膰 rachunku.

Zobaczycie, 偶e ten bandyta jeszcze mi go przy艣le!

GERMAIN JEST FIGLARZEM GERMAIN JEST Z艁ODZIEJEM

GERMAIN JEST K艁AMC膭 GERMAIN ROBI SKROBANKI

KRUK

- Ju偶 wr贸ci艂e艣? - Jak widzisz.

Co robisz?

Patrzy艂em na bawi膮ce si臋 dzieci.

- My艣la艂am, 偶e nie lubisz dzieci. - Nie wiem ju偶, co lubi臋.

Kiedy wychodzi si臋 z tego b艂ota, to cz艂owieka uspokaja.

- Nie jeste艣 dzi艣 zbyt czu艂y. - Nie.

- Niech mnie pani wys艂ucha. - Nie m贸wisz mi ju偶 po imieniu?

Zasz艂o mi臋dzy nami nieporozumienie.

Wczoraj mi si臋 pani podoba艂a.

By艂em bardzo zdeprymowany, zdenerwowany, dlatego zosta艂em.

Z po偶膮dania r贸wnie偶. Rozumie pani?

- A偶 taka g艂upia nie jestem. - Pani mnie nie rozumie.

Zreszt膮 to nie ma znaczenia. Postanowi艂em wyjecha膰.

To b臋dzie przyznanie si臋 do winy.

- Zaczekam do zako艅czenia sprawy. - A co z nami?

- Mo偶emy zosta膰 przyjaci贸艂mi. - Przyjaci贸艂mi?

Kobieta taka jak ja, przyjaci贸艂k膮 takiego m臋偶czyzny?

Po ostatniej nocy? Nie doceniasz mnie.

- Prosz臋 si臋 zastanowi膰. - Ju偶 to zrobi艂am.

Jeste艣 tch贸rzem, jeste艣 s艂aby.

Z nas dwojga to ty jeste艣 dziwk膮. Mnie wszystko jedno, nie ust膮pi臋.

Zobaczy艂e艣, 偶e kulej臋, bo by艂am boso. Kiedy w艂o偶臋 pantofle, nikt nie zauwa偶y.

膯wiczy艂am pi臋膰 lat, uda艂o si臋 i mia艂am wszystkich m臋偶czyzn, jakich zapragn臋艂am.

Ja, kaleka.

Rewan偶uj臋 si臋 偶yciu.

Zrobisz teraz, co zechcesz. Wiesz, z kim masz do czynienia.

- Co tu robisz? - Stoj臋 za kar臋.

- Nie widzia艂a艣 tu kartki papieru? - Nie, prosz臋 pana.

- Przecie偶 sta艂a艣 twarz膮 do drzewa. - Ale wszystko widzia艂am.

- To ty to po艂o偶y艂a艣? - Nie.

Poznajesz tego ptaka?

- Nie. - To co tu robisz?

Doktorze...

Mam do pana wielk膮 pro艣b臋. Ogromn膮. M贸g艂by pan po偶yczy膰 mi 100 frank贸w?

- Dla uratowania mojego honoru. - Nies艂ychane!

Prosz臋 si臋 nie 艣mia膰, to powa偶na sprawa!

Zobaczy艂am dzi艣 na wystawie haftowany ko艂nierzyk.

- Prawdziwy angielski haft! - I co?

I wzi臋艂am 100 frank贸w z poczty.

Chcia艂am odda膰 ze swoich oszcz臋dno艣ci, ale...

Ale?

- Moja gramatyka jest pusta. - Gramatyka?

Chowam w niej pieni膮dze.

- To zwr贸膰 ko艂nierzyk. - Nie mog臋.

Poplami艂am go.

Masz... ty k艂amczucho.

Dzi臋kuj臋, doktorze.

To te偶 mo偶esz zatrzyma膰.

Nareszcie.

Prosz臋 kl臋kn膮膰 obok mnie, 偶eby nas nie zauwa偶ono.

Nie mog艂em przyj艣膰 wcze艣niej. Pani siostra pilnowa艂a.

Widzi pan, w jakiej sytuacji mnie stawia.

Powinnam pokaza膰 list mojemu m臋偶owi.

List? Nigdy do pani nie pisa艂em. Przyszed艂em, bo dosta艂em list od pani.

Jaki list?

Ten.

Wie pani, kim jest Kruk?

Ja tego nie napisa艂am. Oto list, kt贸ry dosta艂am od pana.

- I mimo to pani przysz艂a? - Poczu艂am si臋 bole艣nie dotkni臋ta.

Ale wybaczy艂am panu. Kobieta zawsze wybaczy tak膮 mi艂o艣膰.

Rozczarowa艂am pana?

A ja s膮dzi艂em, 偶e takie sprawy s膮 pani obce.

- Pewnie jeste艣my do siebie podobni. - Niestety nie jestem wolny.

- Kocha pan inn膮? - Nie, 偶al mi siebie...

- Mo偶e kiedy艣 pani opowiem. - Ja o nic nie prosz臋.

Nigdy nikomu si臋 nie narzuca艂am.

Ciekawe czemu zaaran偶owano nam to spotkanie.

Nie wiem, ale nie b臋d臋 go przed艂u偶a艂a. 呕egnaj, Germain.

呕egnaj, Lauro. Prosz臋 nie mie膰 do mnie 偶alu.

Gdyby kiedykolwiek mnie pani potrzebowa艂a, b臋d臋 czeka艂.

Denise?

- Nie spodziewali艣cie si臋 mnie? - Co pani tu robi?

Twoje zasady nie pozwalaj膮 ci spotyka膰 si臋 ze mn膮,

ale nie przeszkadzaj膮 ugania膰 si臋 za m臋偶atk膮.

T膮 艣wi臋toszk膮, zepsut膮 i skryt膮. Gratuluj臋.

To spotkanie to podst臋p.

Pu艂apka, w kt贸r膮 wpad艂a pani razem z nami.

- Kto pani kaza艂 tu przyj艣膰? - Kto艣, kto dobrze pana zna.

Kto wszystko przewidzia艂 od samego pocz膮tku. Dosta艂am list.

- Z pewno艣ci膮 od Kruka. - Czemu nie?

A ty nie wa偶 si臋 do mnie m贸wi膰. Ukrad艂a艣 mi kochanka!

- Wszyscy si臋 dowiedz膮! - Milcz!

- Pomog臋 Krukowi oczy艣ci膰 miasto! - Uciszysz si臋?

Nie, dowiedz膮 si臋 wszyscy! Wykrzycz臋 to! 艁ajdak!

Nie krzyczcie w Domu Bo偶ym.

Szuka艂am pana, doktorze.

- Wiedzia艂a pani, 偶e tu jestem? - Widzia艂am, jak pan wchodzi艂.

Zdarzy艂 si臋 wypadek. Numer 13 pope艂ni艂 samob贸jstwo.

Nie wiedzia艂, 偶e i tak umrze. Anonim u艣wiadomi艂 mu sytuacj臋.

Podci膮艂 sobie gard艂o brzytw膮.

- Co pan na to? - My艣l臋, 偶e napisa艂a to Marie Corbin.

- Nie znosi艂a numeru 13. - To opinia ca艂ego szpitala.

Co za idiotka. Jakbym mia艂 nie do艣膰 k艂opot贸w.

- Co robimy? - 艁adny pogrzeb, oficjalny.

Dzi艣 pi膮tek. W niedziel臋 ca艂e miasto we藕mie w nim udzia艂.

- W niedziel臋 mamy 艣wi臋to. - To si臋 je odwo艂a.

Ksi膮dz nie pozwoli wprowadzi膰 samob贸jcy do ko艣cio艂a.

Doktorze Vorzet, wyda pan za艣wiadczenie o chorobie umys艂owej.

- Numer 13 by艂 wariatem, prawda? - Oczywi艣cie, jak my wszyscy.

- Jak ja i wy. - Tylko bez takich 偶art贸w, prosz臋.

- Ca艂y szpital p贸jdzie w kondukcie. - Nie ja.

- Dlaczego nie? - Bo nie lubi臋 pogrzeb贸w.

Nie rozumie pan?

Ten wieniec ma by膰 umieszczony z ty艂u.

Chwileczk臋, panno Corbin.

Prosz臋 potrzyma膰.

Niech pani wraca do domu, tak b臋dzie rozs膮dniej.

- Mo偶e nie chc臋 by膰 rozs膮dna? - Wszyscy uwa偶aj膮, 偶e to pani wina.

Powiedz膮, 偶e to prowokacja.

Niech pan przestanie. P贸jd臋 do samego ko艅ca.

DO MIESZKA艃C脫W MIASTA

TRZYNASTKA NIE ODEBRA艁 SOBIE 呕YCIA SAM

ZA艁ATWI艁 GO GERMAIN TEN NAPALONY KR脫LIK

KOCHANEK LAURY I DENISE

A WKR脫TCE ROLANDY Z艁ODZIEJKI Z POCZTY

KRUK IDZIE W KONDUKCIE POGRZEBOWYM

Nie wystarczy艂o mu zrujnowanie ludziom 偶ycia.

Nie wystarczy艂y mu rozbite ma艂偶e艅stwa.

Nieznany morderca zapragn膮艂 krwi.

Ma艂e karteczki papieru spad艂y na miasto.

Niekt贸rych roz艣mieszy艂y.

Czy 艣mialiby艣my si臋, gdyby艣my wiedzieli, 偶e spowoduj膮 p艂acz matki?

Ca艂e nasze miasto dzieli z ni膮 jej b贸l.

Gdyby wypada艂o m贸wi膰 przy tej mogile o ludzkiej sprawiedliwo艣ci,

kt贸ra zbli偶a nas do sprawiedliwo艣ci boskiej,

powiedzia艂bym, 偶e ca艂e nasze miasto domaga si臋 zemsty.

Tak jak dawniej do drzwi stod贸艂 przybijano sowy,

tak i ciebie przybijemy do cmentarnej bramy,

krwawy ptaku.

Czarny ptaku. Kruku!

W imieniu wzruszonego t艂umu, kt贸ry mnie otacza,

w imieniu w艂adzy, kt贸r膮 reprezentuj臋,

og艂aszam: nieszcz臋sna ofiaro bezimiennego mordercy,

zostaniesz pomszczona!

- To ona jest Krukiem! - To k艂amstwo!

List wypad艂 z wie艅ca, kt贸ry przynios艂a艣!

- Inni te偶 go trzymali! - Oskar偶a pani mnie?

To pani w艂o偶y艂a tam list!

Ja?

ATRAMENT SP艁YWAJ膭CY KRWI膭

- Panie dozorco, zdemoluj膮 ogrodzenie! - Tego si臋 obawiam.

- I czyta pan gazet臋? - Mnie tam ha艂as nie przeszkadza.

- Panowie! - A gdzie panie?

- Panie! - A my?

Drodzy przyjaciele!

- Zamknij mord臋, bydlaku! - Dajcie mi m贸wi膰!

Najpierw daj nam Marie Corbin!

Nie ma jej. Przysz艂a na dy偶ur rano, ale j膮 odprawili艣my.

Marie Corbin!

DO WI臉ZIENIA

Ca艂kowity spok贸j. Marie aresztowana dwa dni temu.

Temperatura w normie, a nawet poni偶ej normy.

呕adnego anonimu. To pokrzepiaj膮ce.

Albo niepokoj膮ce, jak pan woli.

Nikt nie s膮dzi, 偶e pana siostra jest winna.

Przeciwnie. Wszyscy tak uwa偶aj膮. I to pocieszaj膮ce.

Wiem, 偶e jest niewinna. Mam dow贸d.

Zaczyna mnie pan niepokoi膰.

Wie pan co艣?

Rolande przyzna艂a si臋 do strasznej rzeczy.

- P艂acze od dw贸ch dni. - To oskar偶enie o kradzie偶 jest pod艂e.

Niestety Kruk napisa艂 prawd臋. Ale tylko jedna osoba o tym wiedzia艂a.

- I nie by艂a to Marie Corbin. - A kto?

- Doktor Germain. - Chwileczk臋.

Czy doktor Germain po偶yczy艂 pieni膮dze pa艅skiej c贸rce, 偶eby zwr贸ci艂a do kasy?

Sk膮d pan wie?

Je偶eli to jedyny pa艅ski dow贸d przeciwko Germainowi, to ja te偶 jestem winny.

Rolande po偶yczy艂a ode mnie 200 frank贸w w zesz艂ym miesi膮cu,

a dwa tygodnie temu, 50 frank贸w od Laury, pod tym samym pretekstem.

- To jej sta艂y numer. - A to 艂ajdaczka! Zap艂aci mi za to!

Trzeba by膰 wyrozumia艂ym dla m艂odych, nerwowych dziewcz膮t.

- Ile ona ma lat? - 14 i p贸艂.

Za wcze艣nie, 偶eby wyda膰 j膮 za m膮偶, ale trzeba b臋dzie zrobi膰 to szybko.

- Wyje偶d偶asz? - Nie, uciekam.

- Dlaczego? - Po tym, jak mnie powitano...

Po aresztowaniu Marie zmieniono zdanie. Nied艂ugo wznios膮 ci pomnik.

Nie zamierzam tu zosta膰 nawet w tej formie. Prosz臋 mi poda膰 folder ze stolika.

- Folder? - Teczk臋!

- Pewnie uwa偶asz mnie za idiotk臋? - Przeciwnie, jest pani bardzo mi艂a.

- I mimo to wyje偶d偶asz. - Tak.

- Zdecydowa艂e艣 si臋? - Tak.

- I nic ci臋 nie powstrzyma? - Nic.

- Kocham ci臋. - Wcale nie.

- Nie wierzysz mi? - Nie.

- Uwa偶asz, 偶e k艂ami臋? - Tak.

- 艁ajdak. - Niech b臋dzie.

Pos艂uchaj, R茅my. Wo艂a艂am twoje imi臋 przez ca艂膮 noc.

Mo偶esz mi po艣wi臋ci膰 trzy minuty?

Kochanie, nie tak. W艂贸偶 do nich skarpetki.

B臋dzie wi臋cej miejsca i si臋 nie zdefasonuj膮.

Kochanie, ludzie my艣l膮, 偶e jeste艣 surowy i nieugi臋ty.

A ja wiem, 偶e potrafisz by膰 czu艂y i s艂aby jak dziecko.

Pewnego wieczora trzyma艂am to dziecko w ramionach.

Wtedy si臋 w tobie zakocha艂am.

To w艂a艣nie takie g艂upie:

kocham ci臋.

Nieprawda! To nie takie proste! Nawet nie wiesz, co to znaczy!

Wykorzystujesz m贸j wyjazd, 偶eby mi urz膮dzi膰 scen臋.

- Kocham ci臋, R茅my. - Innych te偶 kocha艂a艣?

- Nie. - Jasne, nagle si臋 zmieni艂a艣.

Biedna dziewczyno, ludzie s膮, jacy s膮.

Cz艂owiek przyzwoity pozostanie przyzwoitym, a...

Dziwka pozostanie dziwk膮? Masz racj臋, doktorze.

Je艣li tak, to jeste艣 smutnym przypadkiem, nieznaj膮cym 偶ycia.

- Kretynem? - O, nie.

Mieszczuchem.

Nie martw si臋. Jeszcze nie wyjecha艂.

- Prosz臋 przeczyta膰 to po moim wyje藕dzie. - Co to jest?

List, kt贸ry podar艂em, ale kt贸rego nie wyrzuci艂em.

Dlaczego daje mi go pan dzi艣?

Dlatego, 偶e wyje偶d偶am i dlatego, 偶e dzi艣 ju偶 bym go nie napisa艂.

Wyje偶d偶a pan st膮d bez 偶alu? Nie b臋dzie pan za nikim t臋skni艂?

Za nikim.

- Nawet za ni膮? - Za ni膮?

Za Denise. By艂 pan jej kochankiem.

Mo偶e kiedy艣.

A gdyby nie by艂 pan jej kochankiem, napisa艂by pan do mnie ten list?

Niewykluczone.

- Szkoda. - Tak.

Lauro, dzwoni膮 na msz臋.

Przepraszam, Germain.

Wiedzia艂em, 偶e 偶ona ma go艣cia, ale nie wiedzia艂em, 偶e to pan.

- Przyszed艂em si臋 po偶egna膰. - Nie idzie pan z nami do ko艣cio艂a?

Przykro mi, jestem niewierz膮cy.

Powinienem by艂 si臋 domy艣li膰. Jest w panu spok贸j ateisty.

- A pan jest wierz膮cy? - Raczej ostro偶ny.

Skoro nie ma pewno艣ci, lepiej si臋 zabezpieczy膰.

To tak niewiele kosztuje.

- 艢wi臋ty Michale Archaniele... - M贸dl si臋 za nami.

Baranku Bo偶y, kt贸ry g艂adzisz grzechy 艣wiata...

- Zmi艂uj si臋 nad nami. - Amen.

Panie, strze偶 mnie przed grzesznikami i wyzw贸l od ludzi niesprawiedliwych.

W imi臋 Ojca i Syna, i Ducha 艢wi臋tego. Amen.

Drodzy bracia, z艂y duch zjawi艂 si臋 w naszym miasteczku

z powodu waszych grzech贸w.

Syn grozi艂 ojcu, a odg艂osy k艂贸tni nape艂nia艂y miasto.

Ale B贸g mi艂osierny oddali艂 od was t臋 zaraz臋.

Niech wasze serca wolne od strachu, wznios膮 si臋 do serca Jezusowego,

by podzi臋kowa膰 Mu za t臋 wyj膮tkow膮 艂ask臋.

Oto tekst listu: "Do parafian Notre Dame.

Drodzy bracia!

殴li ludzie ucieszyli si臋 zbyt szybko. Marie Corbin i Kruk, to dwie r贸偶ne osoby.

Tak wi臋c przyst臋puj臋 na powr贸t do uzdrawiania.

Wszystkie niegodziwo艣ci tego zgubnego miasta zostan膮 ujawnione,

dop贸ki nie wyp臋dzicie z waszych mur贸w rozpustnika Germaina.

Do zainteresowanych: wasz brat w Chrystusie, Kruk".

- To klasyczne blu藕nierstwo! - Nawet religii nie uszanuje!

Dodam, 偶e charakter pisma jest identyczny jak w poprzednich listach.

To dowodzi niewinno艣ci Marii Corbin. Prawda, doktorze?

- Ca艂kowicie. - Wi臋c zaczynamy od pocz膮tku.

Tym razem b臋dziemy mie膰 pewno艣膰.

List spad艂 z g贸ry. 呕eby si臋 dam dosta膰, trzeba przej艣膰 przez kazalnic臋.

By艂o tam tylko 18 os贸b. Poprosi艂em, 偶eby tu przyszli.

- Pan nas oskar偶a. To skandal! - Dlaczego nas pan nie zaaresztuje?

Germain nie mo偶e wyjecha膰. Jest zbyt dumny.

Stanowczo protestujemy!

Cisza! Msza si臋 jeszcze nie sko艅czy艂a.

- Jeszcze jeden. - I tu.

- To m贸j siedemnasty. - Anonimowa kartka pocztowa.

- Nawet na poste restante. - Wszyscy pisz膮.

Dozorczyni napisa艂a do mojej 偶ony. Ale si臋 jej dosta艂o!

- Dozorczyni? - Nie, 偶onie.

Mamy je nadal dor臋cza膰?

Oczywi艣cie, dop贸ki nie dostaniemy innego polecenia.

- Stajemy si臋 jego wsp贸lnikami! - Larminet...

Pan chyba nie wie, na czym polega nasza praca.

Bez wzgl臋du na okoliczno艣ci, powierzony nam list

musi dotrze膰 do adresata.

Na tym polega s艂u偶ba i wielko艣膰 poczty.

Ten jest do mnie. Wezm臋 go.

- By艂 do szefa? - Nie, do jego 偶ony.

Nie chce, 偶eby go przeczyta艂a. Wielko艣膰 i dekadencja poczty!

Panowie, sytuacja by艂a powa偶na, a sta艂a si臋 tragiczna.

- 呕arty si臋 sko艅czy艂y. - Ale mnie pan roz艣mieszy艂. Co robimy?

Byle co. Musimy udawa膰, 偶e co艣 robimy. Inaczej czekaj膮 nas surowe konsekwencje.

Jakie?

Znajd臋 si臋 w Radzie Miejskiej w mniejszo艣ci.

Wsp贸艂czuj臋, ale pa艅skie pobudki s膮 egoistyczne.

Mamy do czynienia z prawdziw膮 epidemi膮. Zaraza rozprzestrzenia si臋 z ka偶dym dniem.

Doktorze, pan si臋 na tym zna.

- Jakie jest pa艅skie zdanie? - Ja nie mam zdania.

Mnie nie interesuj膮 ani sto艂ki, ani odznaczenia,

wi臋c czemu mia艂bym je mie膰?

- Mam pomys艂. - W pa艅skim wieku to normalne.

G艂贸wnym celem Kruka jest Germain.

Skoro nie mo偶emy pozby膰 si臋 winnego, pozb膮d藕my si臋 Germaina.

Mo偶e wtedy pozb臋dziemy si臋 anonim贸w.

- Do widzenia, ma艂y. - Do widzenia, doktorze.

Nast臋pny, prosz臋.

Zechce pani usi膮艣膰.

S艂ucham pani膮.

Doktorze...

m贸j m膮偶 choruje na suchoty.

Najmniejszy stres mo偶e mu zaszkodzi膰.

Musz臋 mu oszcz臋dzi膰 wszelkich zb臋dnych emocji.

- Prawda? - Bardzo roztropnie.

Nie widzia艂am m臋偶a od roku i...

Jestem w ci膮偶y.

Nie!

- Jak to? - Powiedzia艂em: nie!

Pewnie s艂ysza艂a pani, 偶e potrafi臋 usun膮膰 wspomnienia,

dobre czy z艂e, ale to k艂amstwo.

呕egnam pani膮.

To pan!

Co?

To pan. Na pewno pan.

Nie pami臋ta mnie pan?

Uratowa艂 mi pan 偶ycie pi臋膰 lat temu.

Zosta艂am ranna w g艂ow臋, w wypadku samochodowym.

- Myli si臋 pani. - Wcale si臋 nie myl臋.

Co taki chirurg jak pan robi w takiej mie艣cinie?

Niech pan b臋dzie spokojny. Ju偶 pana nie zdradz臋.

Czyli by艂a to prowokacja?

Zarabiam na 偶ycie, jak mog臋. Zap艂acono mi 10 000 frank贸w.

Gdyby da艂 si臋 pan nabra膰, skoczyliby panu do gard艂a.

A kto jest autorem tego pomys艂u?

Przykro mi, doktorze. Nie jestem donosicielk膮.

- Gazety z Pary偶a. - Prosz臋 mi to da膰.

Przeczytam nag艂贸wki, 偶eby si臋 rozweseli膰.

Znowu b臋dzie nas zam臋cza艂.

ZAST臉PCA PREFEKTA USUNI臉TY ZE STANOWISKA

Powinno si臋 zakaza膰 czytania prasy.

- No i co? - Nic nowego.

Pozwoli pan?

- Dobry Bo偶e! - Co si臋 sta艂o?

Usun臋li mnie, a ja dowiaduj臋 si臋 o tym z gazet!

Wszystko, by przypodoba膰 si臋 opinii publicznej!

Je偶eli to uspokoi ludzi, pa艅ska ofiara nie b臋dzie daremna.

- Interes publiczny przede wszystkim. - Niech si臋 pan odczepi!

- Bardzo pana 偶a艂ujemy. - Niepotrzebnie, jestem szcz臋艣liwy.

Wyzwoli艂em si臋 od miasteczka i jego mieszka艅c贸w.

Mam z czego 偶y膰. Nie wiem, po co przyjecha艂em do tej dziury.

- Bo by艂a to dziura w serze. - To znaczy?

Kruk dostarczy艂 mi ciekawych szczeg贸艂贸w na temat pa艅skich rz膮d贸w.

Niech pan to powt贸rzy!

- Stawiam na prefekta 15:1. - Niech pan siedzi cicho!

- Wr贸膰my do dyskusji. - Wr贸cicie do niej z moim zast臋pc膮.

Wygl膮da na to, 偶e nie musz臋 w niej partycypowa膰.

Mam nadziej臋, 偶e nie przeszkadzam panom.

Przepraszam za wtargni臋cie, ale to potrwa tylko chwil臋.

Gratuluj臋 panu.

Zamiast szuka膰 autora anonim贸w, pan pilnuje jej ofiary. Bardzo zmy艣lnie.

Zaaresztuje pan okradzionych, a nie b臋dzie skarg na z艂odziei.

- Co to za ton? - Niewygodny dla pana.

Przyszed艂em tu ze sznurem na szyi. Oto moja spowied藕:

nie jestem ginekologiem.

Od trzech lat nie odebra艂em porodu. Zadowoleni?

Nie jestem doktorem Germainem. Zadowoleni?

Jestem got贸w wyjecha膰. Wystarczy wam?

- O, nie. Chce si臋 pan wywin膮膰. - Chwila!

Trzy lata temu kierowa艂em szpitalem w Pary偶u, by艂em chirurgiem m贸zgowym.

- Chirurgiem m贸zgowym? - Pan jest Germainem Monatte'em?

Tak.

Po艂owicznie moje nazwisko jest prawdziwe, wi臋c jestem winny w po艂owie.

Doktor Germain Monatte mia艂 偶on臋.

Nie tak膮 herod bab臋, jak pan, Delorme,

ani chud膮 bigotk臋, jak pan, Maquet.

Kobiet臋.

Prawdziw膮 kobiet臋.

Spodziewa艂a si臋 dziecka.

Powierzy艂em j膮 w r臋ce wybitnego chirurga wielkiej s艂awy.

Sprawa wygl膮da艂a 藕le, ale ten dure艅 upar艂 si臋, 偶e da mi syna.

Takie mia艂 zasady!

I zabi艂 i matk臋, i dziecko.

Tym samym zabi艂 doktora Monatte'a.

Wtedy dr Germain uciek艂 do ma艂ej dziury

i pomaga艂 swoj膮 wiedz膮 matkom.

A w przypadkach w膮tpliwych dzia艂a艂 w pe艂ni 艣wiadomie!

- To wszystko zmienia, drogi kolego. - Cisza!

Podejrzewali艣cie doktora Germaina, a doktor Monatte oskar偶a was o g艂upot臋!

I niekompetencj臋!

呕egnam pan贸w!

No i wygra艂e艣, idioto.

Gdyby艣 by艂a moj膮 c贸rk膮, dosta艂aby艣 lanie! Zwariowa艂a艣?

Pozw贸lcie mi umrze膰. Chc臋 umrze膰!

- Co si臋 dzieje? - Prawie si臋 utopi艂a.

- To by艂 wypadek? - Niestety nie.

Nie do wiary. Trzeba co艣 z tym zrobi膰.

- To ty, Annette? - Pozw贸lcie mi umrze膰.

- Dlaczego? - Bo m贸j tatu艣 nie jest moim tatusiem.

- Kto ci to powiedzia艂? - Tatu艣 dosta艂 list i mamusia odesz艂a.

Wr贸cisz teraz grzecznie do domu.

To wszystko k艂amstwa.

Jutro przyjd臋 do twojego taty i mu wyt艂umacz臋.

A ten kto pisz臋 te listy, zostanie ukarany. Przyrzekam.

Niech j膮 pani odprowadzi do domu.

No i co, Germain? Wst膮pi艂 pan na wojenn膮 艣cie偶k臋?

Napawa mnie to obrzydzeniem. Gdybym mia艂 szans臋, nie zawaha艂bym si臋.

- Ale tam, gdzie nie uda艂o si臋 policji... - Nie mog艂o si臋 uda膰.

Ci panowie szukaj膮 cz艂owieka kieruj膮cego si臋 motywami logicznymi.

To g艂upota.

Autor anonim贸w kieruje si臋 tajemniczymi pobudkami,

niezrozumia艂ymi dla przeci臋tnych ludzi,

a tym bardziej dla przeci臋tnych policjant贸w.

We wszystkich badanych przeze mnie przypadkach

winowajcy mieli te same u艂omno艣ci:

byli zamkni臋ci w sobie, mniej lub bardziej zboczeni seksualnie.

- Stare panny. - Cz臋sto.

Dlatego trudno mi by艂o broni膰 szwagierki.

No i wdowy, impotenci,

podli starcy, kaleki.

Kalectwo, nawet ukryte,

pozostawia w duszy utajone rany, kt贸re mog膮 si臋 zaogni膰.

- Dzie艅 dobry, panie Vorzet. - Dzie艅 dobry, panienko.

- No i co, m贸j drogi? - Przepraszam.

Wi臋c my艣li pan, 偶e Kruk...

Przypadek Kruka jest bardziej skomplikowany.

W ci膮gu dw贸ch miesi臋cy napisa艂 850 anonim贸w du偶ymi literami.

Zastanawiam si臋, czy jedna osoba,

maj膮ca nawet du偶o wolnego czasu,

by艂aby w stanie tego dokona膰.

Bywaj膮 przypadki zaka偶enia ca艂ej rodziny.

Widzimy m臋偶a i 偶on臋,

brata i siostr臋,

kt贸rzy co wiecz贸r zapalaj膮 lamp臋, by pisa膰 te zatrute listy.

- O czym pan my艣li? - Ja?

Wiem, te偶 o tym my艣la艂em, ale nie wyci膮gajmy pochopnych wniosk贸w.

My艣l臋, 偶e znalaz艂em spos贸b, 偶eby si臋 z tym upora膰.

Jak powiedzia艂em w zakrystii

i wielokrotnie w czasie dochodzenia,

nie ulega w膮tpliwo艣ci, 偶e Kruk znajduje si臋 po艣r贸d nas.

- To pa艅ska opinia! - On ma racj臋!

Dlatego postanowi艂em podda膰 was pr贸bie,

o kt贸rej opowie wam ekspert, doktor Vorzet.

Chwileczk臋.

Przypominam, 偶e przed miesi膮cem by艂em przeciwny pana pomys艂owi.

Protestuj臋 r贸wnie偶 dzisiaj

i b臋d臋 protestowa艂 jutro.

Je艣li to pana bawi...

Tyle protest贸w z tak b艂ahego powodu.

Chodzi mi jedynie o wsp贸lne dyktando.

Wyt艂umacz臋.

Anonimograf nie mo偶e napisa膰 setek list贸w z du偶ej litery,

bez nabycia specyficznego charakteru pisma,

kt贸ry staje si臋 dla niego naturalny.

Mo偶e udawa膰, 偶e pisze inaczej przez godzin臋,

dwie, mo偶e nawet d艂u偶ej,

ale wreszcie si臋 zm臋czy

i zacznie pisa膰 w spos贸b sobie w艂a艣ciwy.

Dlatego z przykro艣ci膮 uprzedzam,

偶e dyktando b臋dzie d艂ugie, bardzo d艂ugie.

Tu s膮 uczciwi ludzie, kt贸rzy nie zas艂u偶yli na takie policyjne metody.

Doktorze Bertrand.

Uczciwi ludzie powinni si臋 po艣wi臋ci膰 dla wsp贸lnego dobra.

Prosz臋 pana...

Prosz臋 wzi膮膰 pi贸ra. Zaczynamy.

List numer jeden.

"N臋dzny rozpustniku...

Zabawiasz si臋...

z 偶on膮...

Vorzeta...

Laur膮, t膮 k..."

Piszecie "K" i dalej kropki.

"Ale uwa偶aj, mam dobry wzrok

i powiem wszystko".

- Nie ma dzisiaj lekcji? - Nie, szko艂a zarekwirowana.

- Na ca艂e przedpo艂udnie? - I popo艂udnie.

- Czy to si臋 kiedy艣 sko艅czy? - Gdzie tam, Kruk jest sprytniejszy.

"Kruk".

List numer 53...

"Stary trupie...

masz raka w膮troby.

Wspania艂y okaz.

Wkr贸tce...

zjedz膮 ci臋 robaki.

Germain korzysta

z twojego zdychania.

Pozdrowienia dla Pana Boga.

Kruk".

- Co si臋 sta艂o? - A nie m贸wi艂am? To ona!

- Dlaczego zemdla艂a艣? Ze zm臋czenia? - Nie.

- Wiesz dlaczego? - Tak.

- No to powiedz. - Nie powiem.

Jeste艣 wobec mnie okrutny. Podejrzewasz mnie.

Nienawidz臋 ci臋.

Prosz臋 j膮 zostawi膰, jest zm臋czona.

- Odzyska艂a przytomno艣膰? - Tak, ale nie chce nic m贸wi膰.

Pana zdaniem to ona?

Kiedy pan by艂 na g贸rze, jeszcze raz przestudiowa艂em jej pismo.

Istniej膮 niepokoj膮ce podobie艅stwa, ale pewno艣ci nie ma.

- A to omdlenie? - To 偶aden dow贸d.

Prosz臋 by膰 ze mn膮 szczerym. Kocha pan Denise?

Nie s膮dz臋.

Po偶膮da艂em jej i po偶膮dam nadal tymi nocami,

kiedy nie mog臋 zasn膮膰.

Ale gdybym wiedzia艂, 偶e jest winna, na pewno bym j膮 wyda艂.

Jak u Corneille'a!

Jest pan jak stary Horacjusz, tyle 偶e bez brody.

Ale pan ma brod臋 wirtualn膮. Mo偶e nawet pi臋kniejsz膮.

Wie pan, kiedy spotyka si臋 z艂e zwierz臋...

Widz臋 je ka偶dego dnia w lustrze,

w towarzystwie anio艂a.

Pan jest wspania艂y. My艣li pan, 偶e ludzie s膮 albo dobrzy, albo 藕li.

Uwa偶a pan, 偶e dobro jest 艣wiat艂em, a cie艅 z艂em.

Ale gdzie jest cie艅? Gdzie jest 艣wiat艂o?

Gdzie jest granica z艂a?

Wie pan, czy jest po stronie dobra czy z艂a?

To s膮 bajki. Wystarczy zatrzyma膰 lamp臋.

To niech pan zatrzyma.

Sparzy艂 si臋 pan. Czyli eksperyment si臋 powi贸d艂.

Lubi臋 pana,

wi臋c co艣 panu wyznam.

Jestem narkomanem. Robi臋 sobie zastrzyki.

Marie Corbin krad艂a morfin臋 dla mnie.

Ona wci膮偶 bardzo kocha swojego by艂ego narzeczonego.

A ja wcale nie uwa偶am si臋 za potwora.

Niech si臋 pan nad tym zastanowi i zrobi rachunek sumienia.

Mo偶e pan by膰 zdumiony wynikami.

- Ja znam siebie. - Jest pan zarozumia艂y.

Odk膮d na miasto spad艂a fala nienawi艣ci i donosicielstwa,

wszelkie zasady zosta艂y z艂amane.

Pana dotyczy to tak samo jak innych. I upadnie pan tak jak oni.

Nie twierdz臋, 偶e udusi pan swoj膮 kochank臋,

ale przeszuka pan moj膮 teczk臋, je艣li zostawi臋 ja na biurku,

i prze艣pi si臋 pan z Rolande, je偶eli si臋 w panu zakocha.

To kwestia wyboru.

Wida膰, 偶e leczy pan wariat贸w.

Do us艂ug.

呕ycz臋 dobrej nocy.

O co chodzi?

Co pani tu robi?

艢cieram kurze.

Po 艣mierci syna wr贸ci艂am do sprz膮tania.

Ka偶dego ranka zamiatam klasy.

Nie wiedzia艂 pan?

Przepraszam, przestraszy艂a mnie pani.

Mia艂em okropn膮 noc.

Wiem, co to znaczy.

Ja nie 艣pi臋 od dw贸ch miesi臋cy.

Zasn臋 dopiero, kiedy m贸j syn zostanie pomszczony. Ju偶 nied艂ugo.

Wie pani, kto za tym stoi?

Chyba tak, ale musz臋 mie膰 pewno艣膰.

- Kogo pani podejrzewa? - Zd膮偶y si臋 pan dowiedzie膰.

Poznaje pan to?

U偶yto jej tylko raz, a Fran莽ois mia艂 brod臋, kiedy umar艂.

- Pos艂u偶y wi臋c raz jeszcze. - Nie ma pani prawa.

- Tak pan uwa偶a? - Absolutnie.

To zrobi臋 to bezprawnie.

DROGI M脫J CHIRURGU

MASZ 艢WIETN膭 OKAZJ臉 DO PRZEPROWADZENIA OPERACJI

DENISE JEST Z TOB膭 W CI膭呕Y WIEDZIA艁E艢?

KRUK

DO DOKTORA GERMAINA

Ulica de Lamerie 18.

Daj to, oszcz臋dzisz na znaczku.

To ty!

Szpiegujesz mnie?

- Daj to! - Nigdy!

To list do mnie.

Zmieni艂am zdanie.

"Drogi m贸j chirurgu, masz 艣wietn膮 okazj臋 do przeprowadzenia operacji.

Denise jest z tob膮 w ci膮偶y. Wiedzia艂e艣?"

- Czyta艂e艣? - Tak.

A wi臋c to ty.

Ty jeste艣 t膮 wariatk膮, kt贸ra zatruwa nam 偶ycie od miesi臋cy.

To nie ja.

I ja mam mie膰 dziecko z wariatk膮!

Nie.

Nie chc臋 nienormalnego syna.

Kruk ma racj臋.

Przyrzekam ci, 偶e ono nie ujrzy 艣wiat艂a dziennego.

Co za dziwne uczucie.

Podejrzewa艂em ci臋, ale nie s膮dzi艂em, 偶e z艂api臋 ci臋 na gor膮cym uczynku.

Nie jestem Krukiem. Przysi臋gam na dziecko, kt贸re nosz臋.

Denise, prosz臋 ci臋. Oka偶 odrobin臋 przyzwoito艣ci.

Widzia艂em, jak piszesz.

Zrobi艂am to pierwszy raz.

Nie mia艂am odwagi powiedzie膰 ci tego wprost.

Chcia艂am wys艂a膰 ci list.

A wtedy przysz艂o mi do g艂owy, 偶eby podszy膰 si臋 pod Kruka.

To wszystko.

Wiedzia艂em, 偶e znajdziesz jak膮艣 wym贸wk臋. Autor anonim贸w nigdy si臋 nie przyzna.

Zmy艣lny wykr臋t.

Twoje przeczenie dowodzi, 偶e jeste艣 winna.

Wi臋c je偶eli si臋 przyznam, wtedy b臋d臋 niewinna?

Zbyt du偶o kombinujesz, R茅my. Ty nie czujesz ju偶 nic.

Je偶eli chcesz pozna膰 prawd臋,

popatrz mi prosto w oczy.

Nie musz臋, ja to wiem.

Nie m贸w nic, tylko popatrz.

I co?

Nie wiem.

- Nic ju偶 nie wiem. - Widzisz?

Pos艂uchaj, R茅my.

Nie jestem taka inteligentna jak ty, ale mam intuicj臋.

Boj臋 si臋, wszystko dzieje si臋 tak szybko.

Powiniene艣 natychmiast i艣膰 do Laury.

Po co?

Dosta艂a rano anonim gro藕niejszy od innych.

List z pogr贸偶kami. Gro偶膮 jej 艣mierci膮.

Widzia艂a艣 Laur臋 rano?

Nie.

Tylko do mnie dzwoni艂a.

Prosz臋 ci臋, id藕 do niej.

R茅my?

Poca艂uj mnie.

Ranny z pana ptaszek. Co si臋 sta艂o?

M贸wi艂em, 偶e b臋d臋 przy pani w razie niebezpiecze艅stwa.

Jakiego niebezpiecze艅stwa?

- Nie dosta艂a pani listu z pogr贸偶kami? - Ja?

- I do nikogo pani nie dzwoni艂a? - Do nikogo. O co chodzi?

Pozwoli艂em si臋 podej艣膰 jak dziecko.

Do widzenia Lauro. Wyg艂upi艂em si臋.

Nie wyjdzie pan bez wyja艣nienia!

P贸藕niej. Musz臋 szybko wraca膰.

Sk艂ada pan dziwne wizyty.

Przyznaj臋.

Prosz臋 zaczeka膰.

Wielkie nieba!

- Pozwoli pani? - Bardzo prosz臋.

"Ostatnie ostrze偶enie.

Je偶eli nie zerwiesz swoich stosunk贸w z Germainem, miej si臋 na baczno艣ci.

To identyczna kula jak ta, kt贸ra ci臋 podziurawi".

Teraz wszystko jasne. 呕eby mnie tu pos艂a膰...

trzeba by艂o zna膰 tre艣膰 listu,

a 偶eby j膮 zna膰, trzeba by艂o go napisa膰.

Kto pana przys艂a艂?

Denise.

Nie mo偶e by膰.

To pomy艂ka. Straszliwe nieporozumienie.

呕adna pomy艂ka ani nieporozumienie.

- Denise nie jest do tego zdolna. - Ma pani lepsze wyt艂umaczenie?

- Biedny przyjacielu... - Nie藕le wykombinowane.

Gdyby list dotar艂 w por臋, numer by wyszed艂.

Nie wiem, co panu powiedzie膰.

Tak, to przera偶aj膮ce.

M贸j kochany.

- Pisuje pani w 艂贸偶ku? - Co?

Ledwie pani wsta艂a, a ju偶 zd膮偶y艂a poplami膰 sobie r臋ce atramentem.

To skutki wczorajszego dyktanda.

Pomy艣li pani, 偶e jestem 艂ajdakiem, ale atrament jest 艣wie偶y.

Zreszt膮 nie maluje si臋 paznokci przez umyciem r膮k.

Lauro, je偶eli pani to zrobi艂a...

M贸j ma艂y Germain, co panu przysz艂o do g艂owy?

Je偶eli to pani napisa艂a ten list i wrzuci艂a go do skrzynki...

je偶eli naprawd臋 pani telefonowa艂a...

to wszystko pani przegra艂a.

Wsp贸艂czuj臋 ci, R茅my.

To raczej pani nale偶y wsp贸艂czu膰.

- I to bardzo! - Co to jest?

OSTATNIE OSTRZE呕ENIE

JE呕ELI NIE ZERWIESZ SWOICH STOSUNK脫W...

Pan nic nie rozumie! To podst臋p, intryga!

Po co ta komedia? Wpad艂a pani. Zabieram dow贸d.

Prosz臋 nie odchodzi膰! Wyt艂umacz臋 panu.

Denise pisze tutaj swoje listy!

R茅my!

- Co pan tu robi? - Prosz臋!

Oto bibu艂a pa艅skiej ma艂偶onki.

Wiedzia艂em. Laura jest wariatk膮.

Nakry艂em j膮 wczoraj, ale nie mia艂em odwagi zawiadomi膰 w艂adz.

Bardzo m艂oda kobieta i bardzo stary m膮偶. W tym ca艂y dramat.

W gruncie rzeczy to ja za to odpowiadam. Nie powinienem by艂 si臋 z ni膮 o偶eni膰.

Pocz膮tkowo jej m艂odo艣膰 mnie rozgrzewa艂a.

Spali艂em w tym ogniu resztki po偶膮dania i mi艂o艣ci.

A z biegiem czasu...

sta艂em si臋 dla 偶ony przyjacielem.

Nie wystarcza艂em jej.

Ale wychowano j膮 w poszanowaniu cnoty i by艂a mi wierna.

Wtedy zjawi艂 si臋 pan. Spodoba艂 si臋 pan jej.

Aby zwr贸ci膰 na siebie uwag臋, napisa艂a pierwszy list.

A 偶e nie wysz艂o jej tak, jak pragn臋艂a, wpad艂a w sza艂.

Zacz臋艂a zn臋ca膰 si臋 nad panem, bo nie odpowiedzia艂 pan na jej awanse,

i nad Denise, bo by艂 pan jej kochankiem.

Skompromitowa艂a w艂asn膮 siostr臋, kt贸ra j膮 pilnowa艂a.

W艣ciek艂o艣膰 doprowadzi艂a j膮 do szale艅stwa

i choroby umys艂owej.

Niech pan b臋dzie tak dobry i zaniesie t臋 bibu艂臋 do s膮du.

Ja nie czuj臋 si臋 na si艂ach.

Ja te偶 nie. Proces nic nie da. Skoro jest chora, powinien j膮 pan leczy膰.

I pan to m贸wi? M臋偶czyzna z zasadami?

Od wczoraj bardzo si臋 zmieni艂em. Wiele zrozumia艂em.

Ten kryzys nie poszed艂 na marne.

To jak rekonwalescencja po chorobie.

Cz艂owiek staje si臋 mocniejszy i m膮drzejszy.

To straszne, ale z艂o jest potrzebne.

- Niech pan zacznie leczy膰 Laur臋. - Za p贸藕no!

Jest pan psychiatr膮, szefem szpitala.

Nawet gdybym chcia艂, nie mog臋 nakaza膰 zamkni臋cia w艂asnej 偶ony.

- Prosz臋 o kartk臋 papieru. - Jak to?

- Pan to zrobi? - Tak.

Halo? Tak, to ja.

Tak, dobrze.

Zaraz go przy艣l臋.

- Niech pan zadzwoni po karetk臋. - Dzi臋kuj臋 w jej imieniu i w艂asnym.

Musi pan ju偶 i艣膰.

Denise zemdla艂a schodz膮c ze schod贸w...

- I spad艂a. - Czy to nie spowodowa艂o...

Niech pan tam szybko idzie.

O nie! To zbyt 艂atwe. My艣licie, 偶e pozwol臋 si臋 tak wrobi膰?

To on jest Krukiem. Wariatem, kt贸rego trzeba zamkn膮膰.

S艂yszy pan?

To prawda, to ja napisa艂am pierwszy list.

Ale wszystkie inne wymy艣li艂 sam.

Dyktowa艂 mi je, jeden po drugim. Prosz臋 zobaczy膰, jaki jest zadowolony!

Uspok贸j si臋 ju偶. Musi pan szybko i艣膰.

Szybko! Czekaj膮 na pana.

- Niech mnie pan wys艂ucha! R茅my! - Przesta艅, skarbie.

- Zamknij si臋! - Tch贸rz!

- Zamknij si臋! - K艂amca!

Halo? Prosz臋 po艂膮czy膰 mnie ze szpitalem...

Halo? Tak, m贸wi Vorzet. Zamknij si臋!

I co?

Nic ci nie b臋dzie, ale bardzo si臋 wystraszy艂em.

- O mnie? - O was oboje.

- Chcesz tego dziecka? - Potrzebuj臋 go.

O ma艂o go nie stracili艣my. Spad艂am ze schod贸w specjalnie.

Przeczuwa艂em to.

My艣la艂em tylko o tobie. U艣wiadomi艂em sobie,

偶e lekarz, kt贸ry zabi艂 moj膮 偶on臋, nie by艂 tak winny, jak my艣la艂em.

Nie mo偶na po艣wi臋ci膰 przysz艂o艣ci na rzecz tera藕niejszo艣ci.

Wi臋c zabi艂by艣 mnie, 偶eby mie膰 syna?

Mo偶e.

A Laura? Zapomnia艂am o Laurze.

Zapomnij o niej.

- Laura jest Krukiem. - Zwariowa艂e艣?

Co艣 ty sobie wbi艂 do g艂owy?

Laura zna艂a Kruka, domy艣la艂a si臋 od dawna. Ale to nie ona.

- Ona si臋 go boi. - Odegra艂a przed tob膮 komedi臋.

S艂uchaj, nie jestem taka g艂upia. Laura naprawd臋 si臋 go ba艂a.

Wi臋c to musi by膰...

Nie! Zostawcie mnie! To nie ja!

Zostawcie mnie! To nie ja!

To nie ja!

Vorzet.

Vorzet!

LAURA JEST WINNA I ZOSTA艁A UKARANA PRZEKLE艃STWO ZOSTA艁O ZDJ臉TE. KRU...

A wi臋c to by艂 Vorzet!

KONIEC

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.