Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Rok 1815. Odsunięty od władzy Napoleon schronił się na Elbie.
Jego zwolenników, pragnących, by wrócił, zwalcza rojalistyczna władza.
Klimat wojny domowej potęgują liczne aresztowania i egzekucje.
W sztormową noc niedaleko przylądka Korsyki
statek kupiecki „Faraon” napotyka uszkodzony żaglowiec.
Ocaliłeś jej życie.
Dajcie koc!
Złamałeś mój zakaz!
Do ładowni! Nie chcę cię widzieć, póki nie przybijemy do Marsylii.
No co? Uważasz, że jestem okrutnikiem?
Nie tylko to wiem, ale się tym szczycę!
Idź!
Wszyscy na stanowiska!
Zanieście ją w suche miejsce, niech nie zamarznie. Czekajcie.
Idźcie.
Dobrze się spało?
Masz pan coś, co do mnie należy.
Nigdy nie widziałem pisma cesarza.
Oddaj mi ten list.
Wolę nie.
Czego chcesz?
Dobrego powodu, żeby cię nie wydać.
Radzę spróbować z pieniędzmi.
- Często się udaje. - Nie mam pieniędzy.
Ale mam przyjaciół.
Jeśli komukolwiek powiesz o liście,
odnajdą cię i zabiją.
Kapitanie Danglars.
Panie!
Chyba sprawiłam panu kłopot.
Jak mogę się odwdzięczyć?
Już to uczyniłaś, pani.
Proszę na siebie uważać.
Panno...
Angela.
Edmund.
Nigdy nie zapomnę pańskiej odwagi,
lecz pan niech zapomni, jak mam na imię.
- Do zobaczenia, Edmundzie. - Do zobaczenia, Angelo.
Morrel chce cię widzieć.
Ledwo wymieniliśmy statek blisko przylądka Korsyki.
Wysokie fale... Byliśmy ze 200 sążni od wraku.
Daj dziennik pokładowy.
Płynęliśmy wśród szczątków. Dantes chciał opuścić szalupę.
Zakazałem. To było szaleństwo.
- Czy to prawda? - Tak, panie.
Jednakże dla swoich byśmy to zrobili.
Decyzja należała do mnie. Kazałem zmienić kurs,
a on wskoczył do wody.
Wskoczył pan?
Tego kapitan Danglars nie zakazał.
- Wystarczy. - Widzi pan, jaki zuchwały?
Panie Morrel, nad tym chłopakiem nie da się zapanować.
Więcej z nim nie wypłynę.
Nie, nigdy więcej.
Uprzedzałem!
Bo nie będziesz pan już pływał dla mnie.
Co proszę?
Jak mogłeś zostawić ją na śmierć?
Ratowałem pański ładunek.
- Dantes uratował mój honor, Danglars. - Kapitanie.
Już nim nie jesteś.
Zabierz pan swoje rzeczy,
a ja przygotuję wypłatę.
Nie wie pan, kim ona jest.
Wiem, co zrobiłeś. To mi wystarczy.
Podejdź tu, mój mały.
Żwawo!
Niech to będzie dla ciebie lekcja.
Mężczyzna nie kryje się za swoim stanowiskiem...
ani pod stołem.
Edmundzie, przedstawiam mego wnuka Maksymiliana.
Bardzo mi przyjemnie.
Maksymilianie, przedstawiam ci kapitana Dantesa.
- Dzień dobry, kapitanie. - Ile masz lat...
- Kapitan? - Tak.
Pokaż, że jesteś tego wart.
Oczywiście, panie.
Oczywiście.
Już dobrze.
Edmundzie!
Nie wierzę, że jesteś!
Muszę ci coś powiedzieć.
Że mnie kochasz.
- To także. Ale... - Żadnych ale!
Czekaj.
- Ale... - Nie zaczynaj.
Całujesz przyszłego kapitana.
- Tak? - Tak.
- Teraz będziemy mogli... - Tak.
Będziemy mogli.
Tęskniłem za tobą.
Tęskniłem, tęskniłem, tęskniłem...
Do zobaczenia niebawem.
- Edmundzie! - Juliette.
- Dobrze się miewasz? - A ty?
Jak się masz?
To syn Ludwika.
- Dzień dobry panu. - Dzień dobry.
- Śpieszno mi do ojca, gdzie jest? - W domu.
Do zobaczenia.
Uśmiechnij się. To dobra wieść.
Ale masz minę!
To z radości.
Tak bardzo jestem z ciebie dumny.
- Kapitan! - Kapitan.
Powiedziałeś państwu de Morcerf?
Jeszcze nie, ty jesteś pierwszy.
Wszystko się zmieni, papo.
Muszą o tym usłyszeć.
- Im to zawdzięczasz. - Tobie również.
Nie ja opłaciłem ci studia w Akademii Morskiej.
Idź, synu.
Złóż im uszanowanie.
Wznieśmy toast.
Wypijmy za pamięć twej matki, Edmundzie.
Po pierwsze, bo mi jej brak,
a po drugie, bo urodziła najmłodszego kapitana w Marsylii!
Tak, bijcie mu brawo! Niech się zawstydzi.
Doskonale.
A ponadto Matylda Dantes
była mamką przyszłego para Francji,
przyszłego bohatera, jednego z najprzystojniejszych oficerów Europy,
tu obecnego Fernanda de Morcerfa, do usług!
Ludwiku, proszę z nami wypić. Taka okazja...
Dziękuję, panie.
Może później.
Zbesztaj Mercedes. Mnie nie słucha.
Spóźni się na własny ślub.
Wreszcie!
Wybacz spóźnienie, ciociu. Dzień dobry, wujku.
Horacy de Belios znów rozrabiał. Chciałam mu spuścić manto.
Mercedes, doprawdy!
Kim jest ten pan?
To koń, mamo. Szlachetnego pochodzenia.
- Dzień dobry, kuzynko. - Kuzynie...
- Edmundzie. - Mercedes.
Przygotuj się na świętowanie. Nasz Edmund ma wspaniałą nowinę.
Tak.
Tak, zostanę... kapitanem.
Kapitanem „Faraona”. Decyzja zapadła.
Naprawdę?
- Brawo! - Za kapitana!
Mam!
Twoje zdrowie! Bardzo się cieszę, przyjacielu.
I ja się bardzo cieszę, przyjacielu.
Będziesz miał nowy mundur?
I nowe pobory.
Zacznie korzystać z życia,
dobrze się bawić. Pokażemy mu, jak to się robi.
No i będę mógł się ożenić.
- Co to ma znaczyć? - Chcesz być moim świadkiem?
- Nie licz na to. - Tak!
Mam być świadkiem marnotrawstwa? Mercedes, powiedz coś.
Próbowałam, ale jest zakochany do szaleństwa.
Bez reszty.
A ona?
Wie o tym? To jest, czy się zgadza?
- Z tego, co mi mówiła... - Wiem.
- To Juliette. - Kto?
Praczka o zalotnym spojrzeniu.
Nie, to nie Juliette.
Nie, to...
szlachetna kobieta.
Piękna.
I nie tylko piękna.
- Tajemnicza, czarująca... - Tak.
Ale kto to jest?
Twoja kuzynka.
Mercedes Herrera de Morcerf.
Ty?
- Tak. - Weźmiemy ślub.
Postradaliście zmysły.
Twoja matka nie pozwoli.
Myślisz, że zdoła mi czegokolwiek odmówić?
Zresztą przekonasz ją ty, jej ulubiony bratanek.
Oto podpisany przez pana de Villeforta, królewskiego prokuratora,
nakaz aresztowania niejakiego Edmunda Dantesa.
- Idziemy. - Co się dzieje?
Zostawcie go!
- Musi być wyjaśnienie. - Idziemy!
Puśćcie mnie.
- Czekajcie! - Fernandzie, pomóż.
Mój syn nic nie zrobił.
Z pewnością zaszło nieporozumienie.
Dokąd go prowadzicie? Pójdę z nim.
- Ma iść sam, panie. - Poruczniku!
Porucznik Fernand de Morcerf.
Proszę powiedzieć przyjaciołom, by nas przepuścili. Mamy rozkazy od króla.
Zajmę się tym.
Proszę z nami.
Edmundzie!
Nie martw się, ukochana. Wrócę.
- Edmund Dantes, panie prokuratorze. - Zostawcie nas samych.
Zawsze podziwiałem marynarzy takich jak pan, Dantes.
Nie jestem lękliwy, ale morze...
te bezkresne otchłanie...
te mroczne wody!
Jakby zaraz miał się wyłonić potwór i nas pożreć.
Co mi zarzucają, panie prokuratorze?
Dlaczego zabrano mnie ze ślubu?
Ma pan jakiegoś wroga, panie Dantes?
Wroga?
A może ktoś panu zazdrości?
Został pan kapitanem, poślubia jedną z najlepszych partii w regionie...
Wie pan, jak zawistni są ludzie.
Nie wiem.
Ostatnio poróżniłem się z członkiem załogi...
ale o co mógłby mnie oskarżyć?
Nie wiem.
- O działanie na rzecz Napoleona? - Słucham?
To nie ma sensu.
W pańskiej kajucie znaleźliśmy tę Biblię.
Należy do pana, prawda?
Jest podpisana pańskim nazwiskiem.
To jeszcze nie zbrodnia.
Rzeczywiście.
Lecz w środku znaleźliśmy także rozkazy...
podpisane ręką Napoleona.
A to już jest zbrodnia.
Zaraz, zaraz.
Daję słowo, pierwszy raz widzę ten list.
Skoro nie ma pan wrogów, kto go tam wsunął?
U wybrzeży Korsyki uratowałem z topieli młodą kobietę.
- Podziękowała panu w kajucie? - Nie.
Ale kapitan Danglars mnie zamknął i wypuścił dopiero w Marsylii.
Można to sprawdzić.
Proszę spytać Caderousse’a.
Kwatermistrza Kacpra Caderousse’a.
- Caderousse? - Tak.
- Co pan wie o tej kobiecie? - Nic.
Panie Dantes,
przesłuchiwałem dziesiątki spiskowców i czuję, że pan do nich nie należy.
Chętnie pomogę przyjacielowi rodziny Morcerf.
Pan jednak musi pomóc mnie.
Nic o niej nie wiem, przysięgam.
Powiedziała jedynie, że ma na imię Angela. To wszystko.
Czy zdradził pan komuś imię tej kobiety?
Nie.
Nawet temu Caderousse’owi?
Nie.
Nikomu. Klnę się na honor.
Widzi pan, Dantes, ja panu wierzę.
Jednakże będę musiał zatrzymać pana na dłużej.
Żeby przesłuchać resztę załogi.
Jeśli potwierdzą pana zeznania, w co nie wątpię,
to niechże pańska narzeczona
znienawidzi mnie za ten kłopot.
Nie omieszka.
Fernand go przywiezie.
Nie zniosę tego. Jadę!
Nie zdziałasz więcej niż on.
Ucieszyłabyś się, gdyby go nie uwolnili.
Jak mogłaś powiedzieć coś tak okropnego?
Gerardzie, ręczę za pana Dantesa.
Zechcą panowie nas zostawić.
Fernandzie, ubolewam nad losem twego przyjaciela.
Wiem, jaka łączy was więź.
Obawiam się jednak, że nie znasz całej prawdy o nim.
Miał w swych rzeczach rozkazy misji dla cesarza.
Członkowie załogi potwierdzają, że jest bonapartystą.
Zdajesz sobie sprawę z powagi tych oskarżeń.
Opatrzność sprawiła, że nie zdążył wżenić się w waszą rodzinę.
Jeśli jednak jesteś gotów za niego poręczyć,
jeśli sądzisz, że ci dwaj ludzie kłamią,
jeśli jesteś skłonny podjąć ryzyko,
to go uwolnię.
Wystarczy jedno twoje słowo.
Nie.
Nie?
Nie jest wart...
Czegóż nie jest wart?
Szargania imienia naszej rodziny.
Jeśli Dantes nas zdradził,
niechże za to zapłaci.
Mogę zadbać,
by żaden proces sądowy nie zaszkodził rodzinie de Morcerf.
Będzie mi potrzebne twoje zeznanie.
Rozumiesz, co się dzieje?
To trzymaj gębę na kłódkę.
Pan Dantes?
- Rozmawiał pan z panem prokuratorem? - Tak.
Nie zapomnę tego dnia.
- Zapewne nie odwieziecie mnie do domu. - Rzeczywiście, nie.
Już.
Zaraz, co się dzieje?
Puśćcie mnie!
Zawiadomcie prokuratora. Rozmawiałem z nim!
Wezwijcie go tu!
Jestem niewinny! Nic nie zrobiłem!
Puśćcie mnie.
Winni zawisną.
Pewno wiesz coś, czego niektórzy nie chcą słyszeć, więc milcz.
Zabrać go.
Zatrzymajcie się! Stójcie!
Puść mnie!
Zostawcie mnie!
Gdzie on jest?
Nie mogłem nic wskórać.
Mercedes!
Puść mnie.
To nic nie da.
- Mercedes. - Przestań.
Proszę.
Co się dzieje, Wiktorio?
Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
Jest tu twoja siostra.
Panno de Villefort.
Życie w ukryciu ci służy.
Niestety nie mogę odwzajemnić komplementu.
Koniaku? Żałuję, lecz wody morskiej już nie mam.
Z racji mego zawodu muszę wiedzieć wszystko.
Wiesz więc, że Dantes jest niewinny.
Niewinny...
- Kto dziś jest naprawdę niewinny? - On nic nie zrobił.
- Czemu go zatrzymałeś? - Też pytanie! Aby cię ocalić.
Czy swoją reputację?
Oboje zajmujemy się polityką.
A w polityce nie likwiduje się człowieka, lecz przeszkodę.
W tej rojalistycznej pracy cechuje cię okrucieństwo,
ale liczyłam na twoją uczciwość.
Skoro ty jesteś uczciwa, oddaj się w ręce władz.
Ocalę go, Gerardzie.
Jeśli nie ty, to ja.
Nie chcesz, by wiedziano o istnieniu moim,
Wiktorii
i twego nienarodzonego dziecka.
Tak właśnie myślałam.
WIĘZIENIE W ZAMKU D’IF CZTERY LATA PÓŹNIEJ
Żyw?
Żyw!
Żyw?
Żyw.
Żyw?
Żyw.
U brzegu... u brzegu...
Ale któż zna drogę? Kto wie, jak dokładnie jest?
Tam ktoś jest. Ktoś jest!
Ktoś jest?
Ktoś tam jest.
Jest tam kto?
Ktoś jest.
Ktoś jest.
Ktoś ty?
Dantes. Edmund Dantes.
Ile masz lat?
- Mówisz głosem młodzieńca. - Mam...
Sam już nie wiem.
Miałem 22 lata,
kiedy mnie zamknęli.
16 maja 1815 roku.
To było cztery lata temu.
Masz 26 lat.
Cztery lata...
A pan? Kim pan jesteś?
Więźniem.
- Jak ty. - Od jak dawna?
Sza!
- Co się dzieje? - Idą.
Proszę nie odchodzić!
Kim pan jesteś? Przedstaw się chociaż.
Podaj nazwisko!
34! Żyw?
Żyw.
Czekałem na ciebie.
Naprawdę pan sądzisz, że zdołasz stąd uciec?
W sześć lat wydrążyłem 30 metrów.
By okrążyć twą celę i wydostać się na zewnątrz,
trzeba by kopać dwa razy dłużej.
- Dwanaście lat? - Może nieco mniej,
teraz, gdy jest nas dwóch.
Dlaczego? Masz inne plany?
Nie.
Jestem... ksiądz Faria.
Edmund Dantes.
I nigdy nie widziałeś tego listu?
Nie, nigdy.
A ksiądz?
Wie ksiądz, dlaczego tu jest?
Tak.
Ciebie chcieli uciszyć, mnie skłonić do mówienia.
A ja sam wybieram, komu się zwierzać.
Nie rozumiesz włoskiego?
Angielski?
Arabski, łacina, greka? Nie?
Znam tylko morze.
Nauczę cię, jeśli chcesz.
Jeśli nie zabraknie ci cierpliwości i chęci, to w...
sześć-siedem lat posiądziesz całą mą wiedzę.
Historia, filozofia,
matematyka.
Te nauki są niczym oręż.
Uwalniają człowieka tak samo jak to.
Co uczynisz najpierw,
jeśli zdołamy uciec?
Odnajdę Mercedes.
A jeśli na ciebie nie czekała?
Wtedy nie pozostanie mi nic.
Coś ci opowiem, Edmundzie.
Siedemset lat temu
w Jerozolimie, podczas pierwszej krucjaty,
rycerze strzegący grobu Chrystusa
założyli zakon templariuszy.
Nie byli nazbyt liczni, lecz wiarę mieli ogromną.
Dzięki ich zwycięstwu
zakon zgromadził fortunę.
Pokaźną.
Pokaźną.
Olbrzymi skarb, jakiego świat nie widział.
Z upływem czasu
potęga i bogactwo zakonu zaczęły budzić zawiść.
W piątek 13 października 1307 Filip Piękny, król Francji,
kazał aresztować templariuszy
i skonfiskować ich dobra.
Jednakże skarbu nikt nie odnalazł.
Wiesz,
co ci ludzie Boga uczynili ze swą fortuną?
- Nie. - Nic!
Edmundzie, nic.
Zbyt zajęci, by się mścić,
by karać tych, którzy ich zdradzili,
wszyscy poumierali. Jeden po drugim.
Prawie wszyscy.
Pozostał tylko jeden, kardynał Spada.
U kresu życia
zaszył się na wyspie Monte Christo,
gdzie zdążył wykształcić ostatniego rycerza.
Ten młody człowiek nazywał się
Giuseppe Faria.
Ja jestem ostatnim, który pozostał przy życiu.
I wiem, gdzie znajduje się skarb.
Od dziś połowa należy do ciebie.
Co zrobisz z tą fortuną?
Uczynisz coś dobrego,
czy pozwolisz, by twe serce wypełniła nienawiść?
WIĘZIENIE W ZAMKU IF DZIESIĘĆ LAT PÓŹNIEJ
Opróżnię worek.
Edmundzie.
Słona. Woda jest słona.
Brakuje tylko metra lub dwóch.
To kwestia kilku dni.
Udało nam się!
Zaraz wrócę.
Cofnij się, księże!
Księże!
Księże!
Już dobrze.
- Edmundzie... - Nic nie mów.
Wezwę kogoś na pomoc.
Mam przebite płuca.
Nie smuć się.
Byłeś mi w życiu jedyną pociechą.
Bóg mi cię zesłał.
Późno, lecz jednak zesłał.
Nie jestem obłąkany.
Wiem.
Skarb istnieje.
Wiesz, gdzie go szukać.
Odnajdziemy go razem.
Nie zapomnij.
Monte Christo.
Monte Chri...
Księże...
Księże!
Nie opuszczaj mnie.
Nie zostawiaj.
- Żyw? - Żyw.
Żyw?
Numer 17!
17!
Księże!
Ej, księże!
Nie żyje. Zrzuć worek.
- Który to? - Ksiądz.
Żyw?
Żyw.
Żyw?
Żyw?
Wstawaj. No, już!
Wstawaj, mówię!
Alarm!
- Raz... - Alarm!
Dwa...
Alarm!
I trzy!
Ej!
Nic tu po tobie! Wynoś się.
Przychodzę do Ludwika.
Ludwika Dantesa.
Znałeś Ludwika?
Tak.
Pochowaliśmy biedaka.
Już dawno, mój chłopcze.
Niemożliwe.
Zagłodził się po śmierci syna.
Chciał do niego dołączyć.
Jego syn nie umarł.
Przykro mi.
Ty też byłeś marynarzem?
Tak.
Dam ci coś do jedzenia, ale potem się stąd zabieraj.
A... Mercedes?
A Fernand de Morcerf?
Będzie z siedem albo osiem lat, jak nie przyjeżdżają.
Od narodzin syna mieszkają w Paryżu.
Spóźniłeś się.
Nie płyń Morzem Liguryjskim,
które nieustannie patrolują.
Obierz kurs na Sardynię.
Możesz przybić do brzegu w Santa Teresa di Gallura.
Monte Christo
znajduje się na zachód od Wysp Toskańskich.
Przybijesz do południowego brzegu.
Wiem, że poruszy cię
to surowe piękno.
Zazdroszczę ci, że zobaczysz to pierwszy raz.
Już. To tutaj.
Grobowiec znakomitego rodu Spadów.
Reszta, Edmundzie,
będzie twoją historią.
Historią człowieka, który trzyma świat...
w garści.
MARSYLIA ROK PÓŹNIEJ
- Zapłacę ci jutro. - Ejże!
- Precz! - Ten pan jest moim znajomym.
Na łożu śmierci Edmund Dantes kazał mi to rozdzielić między tych,
którzy się dla niego liczyli.
Sądził, że doniósł na niego niejaki Danglars.
Był jednak przekonany, że dwaj ludzie pozostali mu wierni.
Mówił mi, że jeden zwał się Kacper Caderousse,
a drugi - Fernand de Morcerf.
Zachowajcie swój diament. Żaden z nas nie zasługuje na nic.
Chwileczkę, synu.
Jeśli powiem wam, co wiem, odkryją, że to ja.
Ci ludzie są bogaci i wpływowi.
Nie masz powodu do obaw.
Wiąże mnie tajemnica spowiedzi.
Usiądź.
Dantes nie mylił się co do Danglarsa. To on doniósł.
Ale Fernand de Morcerf był jego przyjacielem.
Przyjaźnisz się z kimś, kogo żony pożądasz?
Z miłości do Mercedes
poświęcił Edmunda.
Pozostanie przy życiu, lecz dla wszystkich będzie martwy.
Prawdziwie wierny Dantesowi był tylko Morrel.
Armator.
On jeden walczył o jego uwolnienie.
Lecz i z nim Opatrzność nie obeszła się łaskawie.
Po aresztowaniu Dantesa
musiał znów nająć Danglarsa jako kapitana.
Danglars zdradził też jego.
Pozbawił go połowy floty,
zrzucając winę na piratów.
Zrujnowany Morrel musiał sprzedać kompanię.
Niech ksiądz zgadnie, kto ją kupił za bezcen.
Danglars.
Dwa miesiące później jakimś cudem statki się odnalazły.
Prokurator Villefort nawet nie chciał słuchać.
Ci dwaj mieli wspólną tajemnicę.
Wiktoria, kochanka Villeforta,
została panią Danglars.
Dziś jest baronową.
Morrel umarł w nędzy.
A pan jaką rolę odegrałeś, Caderousse?
Jak było z tobą?
Cóż mógłbym zdziałać
przeciw kapitanowi, hrabiemu i prokuratorowi?
Gdybym miał więcej odwagi,
skończyłbym jak ona.
- Ona? - Angela.
Poszła do brata, chcąc ocalić Dantesa.
Usunąłem Dantesa,
teraz wy usuńcie ją.
Widzisz? Ja też mam przyjaciół.
I co się wydarzyło?
Została zabita?
To oszczędziłoby jej cierpień.
Danglars miał inny plan.
Sprzedał ją braciom Maillard, którzy trzęsą tulońskim półświatkiem.
Była ładna,
dostał dobrą cenę.
Wiedziałeś wszystko, ale nic nie zrobiłeś.
Wstyd mi, ojcze.
Kiedyś tu powrócę
i będziesz mógł odkupić swoje winy.
Nie przychodzę po to, by się do Ciebie modlić,
lecz aby Cię ostrzec.
Uczynię to, czego Ty uczynić nie umiałeś.
Od teraz to ja nagradzam i karzę.
Chcesz czegoś, panie?
Kim pan jesteś?
Przed laty powiedziałaś mi:
„Nie zapomnę pańskiej odwagi, lecz pan niech zapomni, jak mam na imię”.
Nie zapomniałem ani pani imienia,
ani pani odwagi.
Dantes!
Przyszedłem po ciebie, Angelo.
Dla mnie jest już za późno,
ale możesz uratować dziecko.
Dziecko?
Kiedy tu przybyłam,
myślałam tylko o jednym:
o zemście na bracie.
Tygodniami szukałam sposobu, by zbiec.
Pewnego dnia nadarzyła się okazja i uciekłam.
Z klientem.
Paryskim sukiennikiem.
Wiedziałam, że Gerard otrzymał stanowisko w Paryżu.
Zdobyłam adres Wiktorii.
Jego kochanki.
Chciałam wrócić do chwili, gdy historia została przerwana.
Był wtedy mróz.
Tamtego wieczoru
Gerard miał umrzeć.
Nic nie mogłoby mnie powstrzymać.
Wciąż czuję w dłoni metal noża.
Sprawy nie potoczyły się zgodnie z przewidywaniami.
Usłyszałam krzyk.
Krzyk Wiktorii.
Gerard wyszedł do ogrodu,
niosąc skrzynię.
Ruszyłam za nim.
Podeszłam bliżej.
Usłyszałam stłumiony płacz dziecka.
Nie chciałam go zostawiać.
Na jego ciele była jeszcze matczyna krew.
Mając wybór między zemstą i życiem,
wybrałam życie.
Uciekłam z dzieckiem.
W Paryżu nie znałam nikogo.
Wróciłam więc do mego sukiennika.
Tylko że bracia Maillard wywiedzieli się, gdzie mieszkał.
Czekali na mnie.
Angelo...
Co się stało z dzieckiem?
Dzień dobry, Andrzeju.
- Angela kazała, bym cię przywiózł. - Dlaczego?
Jest umierająca.
Zawiozę cię do niej, abyś mógł się pożegnać.
A potem wyjedziemy.
Poświęcając tyle czasu, ile będzie trzeba, przygotujemy się.
Do czego?
Do zemsty, Andrzeju.
Na trzech ludziach, którzy zrujnowali życie jej,
twoje
i moje.
- Chcę ich zabić. - To nazbyt łatwe.
Nazbyt łagodne.
Nie.
Musimy wyrwać im serca.
Kim pan jest?
Hrabią Monte Christo.
PARYŻ PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ
Generał de Morcerf postanowił odejść z armii
i poświęcić się polityce w Izbie Parów.
Armia traci wielkiego żołnierza,
lecz Francja zyskuje wielkiego człowieka.
Fernand de Morcerf walczył nad rzeką Moskwą, pod Lipskiem
i w Turcji.
Z narażeniem życia bronił idei królestwa Francji.
Fernand za cenę własnej krwi
dochował zobowiązań i dotrzymał danego słowa.
Przed dziesięciu laty,
gdy twierdzę sojusznika Francji, Alego Paszy z Tepeleny,
oblegali Turcy,
pułkownik de Morcerf postawił wszystko na jedną kartę.
Na czele szwadronu dzielnych żołnierzy
zaatakował tylne straże otomańskie,
przybywając z odsieczą.
Ten akt niebywałego męstwa
niestety nie wystarczył,
lecz każdy Francuz powie: „Nie dla zwycięstwa walczymy.
Znacznie piękniejsza jest walka daremna”.
Czy już lepiej?
Nie byłeś zbyt miły dla młodej Eugenii Danglars.
Ojcze!
Wniesie w posagu dwa miliony.
Winienem więc być miły nie dla niej, lecz dla jej fortuny?
Dziś jedno zero więcej liczy się bardziej niż medal.
Nasz syn to człowiek swych czasów. Romantyk, który wierzy...
Oddaj medal!
Tutaj!
Wystarczy.
Panowie, gdybym wiedział, przygotowałbym się na odwiedziny.
Panowie, gdybym wiedział, przygotowałbym się na odwiedziny.
Na dwór!
Panowie,
gdybym wiedział, przygotowałbym się na odwiedziny.
Przykro mi przyjmować panów w prowizorycznym domostwie.
We Francji jestem ledwie kilka tygodni.
Ośmielamy się zakłócić pański spokój,
by wyrazić wdzięczność za ocalenie Alberta.
Zważywszy, jak walczył, nie wątpię, że to samo zrobiłby dla mnie.
Panie hrabio, zawdzięczam panu życie.
Miło mi widzieć, że stanął pan na nogi.
Kazałem go naprawić. Kolba była pęknięta.
Teraz należy do pana.
Stukrotne dzięki, hrabio, lecz nie mogę go przyjąć.
Już mam wobec pana dług, którego nie sposób spłacić.
Lubią panowie broń?
Proszę za mną.
Chluba mej kolekcji.
Pistolet w stylu otomańskim.
Tak, ale kurek i złocenia
wskazują, że tę broń wykonano raczej w Europie.
Istotnie, w Wenecji.
Jest pan znawcą.
Ojciec walczył przeciw Kurszydowi ramię w ramię z Alim Paszą.
Morcerf...
Sławny generał de Morcerf?
Imponujące!
Wypróbuje go pan?
Niestety oczekują mnie w Izbie.
- Może innym razem. - To potrwa chwilę.
Pańska reputacja jest w pełni zasłużona, generale.
Zmienię cel dla pana, Albercie.
Muszę pamiętać, by nigdy nie wyzwać pana na pojedynek.
Dziękuję, że zostawi pan tu syna na parę godzin.
Śpieszno mi poznać człowieka, z którym zetknął mnie los.
W niedzielę baron Danglars urządza polowanie. Przyłączy się pan?
Chciałbym, lecz nie mogę. Przyjmuję syna księcia Cavalcantiego.
Proszę przyjść z nim. Jeleni wystarczy dla wszystkich.
Do zobaczenia wkrótce.
W niedzielę, mam nadzieję.
Wszystko w porządku?
Po otomańskiej wycieczce została mi mała metalowa pamiątka.
Woli pan śpiew od muzyki broni?
Proszę za mną.
Proszę o wybaczenie.
Nie chciałem uchybić pańskiej małżonce.
Hayde nie jest moją żoną, lecz chrześnicą.
Proszę.
Hayde.
Cudowne imię.
W Grecji dość pospolite.
Można je przetłumaczyć jako „Wstydliwość” lub „Niewinność”.
Mogę prosić, by przedstawił mnie pan Hayde?
Wydaje się pan godny zaufania.
Przedstawię pana Hayde, lecz przedtem musi pan coś obiecać.
Przyrzekam z góry.
Nie żartuję.
Nie spróbuje pan jej uwieść.
- Sądzi pan, że jestem niebezpieczny? - Nie pan,
lecz ona.
Jeśli nie dotrzyma pan słowa,
złamie panu serce. I sobie również.
- Ale... - Nie jest jeszcze gotowa, by kochać.
Sekret jej głosu tkwi w przeszłości.
Po śmierci rodziców
została sprzedana do wołoskiego plemienia na Bałkanach.
Tam ją poznałem i wziąłem do siebie.
Widzi pan, są żale i rany, które zabliźniają się latami.
Pozostawiają welon na duszy.
Nigdy nie próbuj podnieść tego welonu, Albercie.
Obiecuję to panu.
Dobrze.
Idź wolno, nie patrząc na nas.
Odwróć się dopiero wtedy, gdy zawołam.
Hayde!
Albercie de Morcerf, przedstawiam panu Hayde.
Bardzo mi przyjemnie.
Mnie również, pani.
A jeśli nie zechce mnie poznać?
Zechce.
Trzymaj się prosto!
Od twojej postawy zależy, czy przeżyjesz.
Nie pokazuj, że wychowałeś się w biedzie, to przetrwasz. Pojmujesz?
Dlaczego?
Bo jestem księciem Andreą Cavalcantim.
- A to nie znaczy po hiszpańsku „koza”? - Co?
Nie okazuj zdziwienia! Żadnych „Co?”. Jeszcze raz.
Książę Andrea Cavalcanti.
Cudownie pan mówi, bez obcego akcentu. Jak to możliwe?
Surowy nauczyciel wbił mi poprawną wymowę kijem.
Lekceważenie. Łokcie.
Drogi hrabio, miło mi pana poznać.
Pozwoli pan, że coś wyznam. Obyczaje francuskie są mi jeszcze nieznane.
Dlatego moje maniery mogą się wydać zbyt słowiańskie, neapolitańskie, arabskie.
Przyjaciele, oto hrabia Monte Christo i książę Andrea Cavalcanti.
- Panowie... - Panie hrabio.
Książę...
Choć spotkanie z ojcem na pewno cię poruszy,
nie zapomnij o celu:
baronie Danglarsie.
Ukradłszy statki, zbił fortunę na handlu niewolnikami.
Wiele o panu słyszałem.
Nie daj się zwieść uśmiechowi.
On jest okrutnikiem i się tym szczyci.
Mogę panu coś wyznać?
Francuskie obyczaje są mi jeszcze nieznane, zatem...
z góry przepraszam
za me maniery, może nazbyt słowiańskie, neapolitańskie czy arabskie.
U człowieka bogatego nic nie jest „nazbyt”.
Ma słabość: córkę.
- Książę... - Baronie.
Eugenię.
- Niezły teren, prawda? - Doskonały.
Ruszajmy zatem. W konie!
Proszę czynić honory.
Dziękuję, baronie.
Dawno temu przysiągłem zabijać tylko w obronie własnej.
Pozwolisz, panie, że ja cię obronię.
Doskonale.
Książę?
Proszę.
Udajmy się na obiad.
Eugenio?
Dziękuję.
Zuzanno, oto książę Andrea Cavalcanti,
- włoski protegowany hrabiego Monte Christo. - On mnie pilnuje.
Boi się, że paryskie damy zwiodą mnie na manowce.
Znakomita francuszczyzna!
Surowy nauczyciel wbił mi poprawną wymowę kijem.
To straszne!
I nieprawdziwe. Moja matka jest Francuzką.
Głuptas z pana!
Cieszę się, widząc dziś panów wśród nas.
Pańskiemu protegowanemu dłoń nie zadrżała.
Zwierzę nie cierpiało.
To rzekł specjalista od egzekucji.
Często wysyła pan ludzi na ścięcie?
Znacznie rzadziej niż kiedyś...
Przyjaciele, wybaczcie, że porwę hrabiego. Muszę mu kogoś przedstawić.
- Hrabio... - Panowie.
Moja droga,
wreszcie przedstawiam ci hrabiego Monte Christo.
Pani de Morcerf... to dla mnie zaszczyt.
Dobrze się czujesz, matko?
Tak, to...
ze wzruszenia, że poznaję człowieka, który oszczędził mi łez.
Zawdzięczam panu życie syna.
Błogosławię pańską dobroć.
Pani, to zbyt hojna nagroda za ten prosty uczynek.
Cieszę się, że mogłem oszczędzić pani smutku.
Zaprosiłem hrabiego do nas,
lecz na razie odmawia.
Może tobie się poszczęści.
Uczyni mi pan ten zaszczyt i przyjmie zaproszenie?
Oczywiście, pani.
Oddalę się teraz, by zbyt długo pana nie zaprzątać.
Co ci dolega?
Wezwać kogoś do pomocy?
Albercie...
Co wiesz o tym człowieku?
Matko...
wiem, jesteś nieufna wobec mych nowych znajomych,
lecz hrabia ocalił mi życie.
Jest bogaty jak król.
Czego miałbym się lękać?
Masz rację.
Moje obawy są szalone.
Panie prokuratorze,
klnąc się na mój honor porucznika armii królewskiej,
zaświadczam, że niejaki Edmund Dantes
w mojej obecności po wielokroć wyrażał sympatię do uzurpatora
oraz pragnienie, by kiedyś sięgnąć po broń i obalić monarchię.
Smuci mnie to, gdyż był mi przyjacielem,
lecz ta zbrodnia nie może mu ujść bezkarnie.
Zbyt wielu już straciło życie z powodu zdrajców ojczyzny.
Tak nie zaśniesz, hrabio.
Wcale nie próbowałem.
Obawiasz się koszmarów?
Obawiam się tego, że znikną.
Dzięki nim moje rany pozostają otwarte.
Widziałeś ją?
Tak.
Jest tak piękna jak we wspomnieniach?
Myślałem, że żal ją zmieni...
ale musiał być krótkotrwały.
Jej oczy nie wypłakały wielu łez.
Łzy popłyną, gdy odbierzesz jej męża.
Pas.
Dwieście.
I jeszcze pięćset.
Ja się wycofuję.
Nie zaprosiłbym cię, gdybyś umiał grać.
I proszę.
Zostaliśmy tylko we trzech.
Zostawię panów we dwóch.
Dwie pary.
Brawo.
Kolor.
Zbyt wiele masz tu serc, baronie.
Uciekam, nim zrujnuję ojca.
Chodźmy, Albercie.
Tak, idźcie do pań.
Pech w kartach, szczęście w miłości.
Polubiłem pańskiego księcia. Jest uroczy.
Szczerze mówiąc, ledwo go znam.
Robię interesy z jego ojcem.
Dobra rodzina, jak sądzę?
Jeśli przez dobrą rozumie pan bogatą... Tak, to druga fortuna Włoch.
Druga?
Wyobrażam sobie, że zna pan i pierwszą.
Nie chcę być nieskromny.
Wreszcie ktoś bogatszy ode mnie!
Rodzina chce, by ożenił się w Paryżu,
ale jeśli syn jest niestały jak ojciec, radzę się strzec.
Zapewniam pana,
że jestem nieufny wobec wszystkich,
a zwłaszcza wobec cudzoziemców.
Ja jestem cudzoziemcem.
Nic to, że hrabia, gdy dużo zarabia.
I do rymu!
Poeta z ciebie!
A propos cudzoziemców, wiecie, że „Impartiala” kupił Anglik?
Owszem, niejaki Halifax.
Ponoć lord.
Skupuje gazety, by szerzyć fałszywe wiadomości
i spekulować na giełdzie.
Bandyta najpodlejszego sortu.
Chyba nie przepada pan za lordem.
Cóż, lubię wiele osób,
a nienawidzę jedynie kilku.
Nienawidzić Anglika to nie grzech, lecz zdrowy rozsądek.
Już nas państwo opuszczają?
Dochodzi północ. Nasza karoca zaraz zmieni się w dynię.
Albercie.
Zapomniałaś wachlarza, pani.
Dziękuję panu.
- Liczę na pana. - W jakiej sprawie?
Zapraszam na kolację,
którą niebawem wydam w Paryżu. Wreszcie znalazłem lokum.
Oczywiście.
Dobrze.
Do zobaczenia niebawem.
Panie hrabio.
Pani de Morcerf.
- Wyjeżdża pan, gdy ja przybywam? - To bez związku, pani.
Chciałabym pana przeprosić.
Przeprosić?
Za tamto zasłabnięcie.
Przypomina mi pan kogoś, kogo znałam dawno temu
i kto zginął w straszliwych okolicznościach.
Przez chwilę...
I znowu. Brak mi słów.
To ja przepraszam, że przywołałem złe wspomnienie.
Już się rozwiało.
Tym lepiej.
Życzę miłego wieczoru.
Hrabio...
Albert.
Hayde, nie powinienem do pani pisać,
nie piszę więc.
Nie wolno mi się z panią widywać,
nie proponuję zatem spotkania w Ogrodzie Botanicznym
jutro o piątej po południu.
W tym miejscu, gdzie mnie nie będzie,
rosną najbardziej tajemnicze kwiaty Paryża.
Kraj, z którego pochodzisz, pani, słynie z chmur i jaśminu.
Chmury zapewni nam paryskie niebo,
a jaśmin włożę do butonierki.
Nie żegnam się zatem do jutra
ani nie mówię, że od kiedy cię ujrzałem,
wciąż mam w myślach dźwięk twego głosu i obraz twarzy.
Albert
Nie wyda nas?
Wiernie służy hrabiemu,
lecz chyba ma do mnie słabość.
To jest strelicja.
W mej ojczyźnie takie rosły przy drodze prowadzącej do morza.
Nazywa się je również rajskimi ptakami.
Dobrze.
Dlaczego nie masz narzeczonej?
A może masz?
Ojciec chce, abym poślubił córkę barona.
A ja...
szukam czegoś, czego ta panna nigdy mieć nie będzie.
Tego nienazwanego uroku, który jest dla kobiety tym,
czym zapach dla kwiatu albo smak dla owocu.
Może paryżanki lubią być zrywane i degustowane, lecz ja nie.
- Przepraszam, nie chciałem... - Droczę się z panem.
Będziesz w sobotę na kolacji u hrabiego?
Nie, mam służyć matce jako alibi.
Brzydzi się socjetą.
A ty, pani?
Nie znam pańskiej matki
i nie wiem, w czym gustuje, lecz podzielam jej niechęć.
Ani on, ani matka nie wybierają się na kolację,
ale Fernand de Morcerf przyjdzie.
Co się dzieje?
Nie powiesz mi więcej o Albercie?
Nie mam o nim nic do powiedzenia.
Wątpliwości są naturalne.
Strach również. Rozumiem cię.
Lecz w najważniejszej chwili musisz pamiętać.
Nie trzeba mi przypominać, co jego ojciec zrobił mojemu.
Złożył na nich pocałunek.
Dziękuję, mój drogi.
Dobry wieczór, przyjaciele.
Dobry wieczór, Wiktorio.
Ja też oczekiwałem czegoś bardziej efektownego,
ale nie rób tej miny.
Może niespodzianki będą w środku.
Nie ma pan dziś apetytu, de Villefort?
Ależ miałem, przed wieprzowiną i drobiem.
Ten dom jest... wspaniały.
A jednak wyczuwam zaskoczenie.
Nic panu nie umknie.
Spodziewałbym się, że taki człowiek wybierze dzielnicę w centrum.
Jak Pola Elizejskie czy Saint-Germain.
Kupiłem ten dom dlatego, że mi go odradzano.
Z jakiego powodu?
Cóż, ponoć jest nawiedzony.
Rzekomo popełniono tu zbrodnię.
Straszliwą, przed laty.
- Uwaga, jest wśród nas prokurator. - W istocie.
Podobno ofiarą padło dziecko.
To straszne!
A pan mimo to kupił ten dom.
Słusznie pan postąpił.
Te opowieści o duchach to bujdy
wymyślane przez złośliwą służbę lub zazdrosnych sąsiadów.
Jest pan w błędzie.
Bywałem w Azji, w Indiach.
Trudno wrócić z takiej podróży bez przekonania,
że istnieje niewidzialny świat zamieszkany przez duchy.
Odwiedzając ten dom po raz pierwszy,
od razu coś poczułem.
Miałem dziwne przeświadczenie, że naprawdę dokonano tu zbrodni.
Poprosiłem, by na noc zostawiono mnie samego.
I... nie bałeś się pan?
Człowieka o czystym sumieniu duchy nie dręczą, lecz do niego mówią.
- I co powiedziały? - Właśnie, co powiedziały?
Tamtego wieczoru
usiadłem tutaj,
przed tym kominkiem.
Zapaliłem opium, by silniej odczuwać.
Nic bardziej niż opium nie poszerza naszej świadomości.
W łagodnych oparach
poczułem się jakby... zawieszony.
Nagle słyszę uderzenie w ścianę.
I drugie.
Przykładam dłoń...
i teraz słyszę krzyki na piętrze.
Wchodzę po schodach.
Krzyki stają się wyciem.
Dobiegają z pokoju
w końcu korytarza.
Pcham drzwi i jestem w sypialni.
Pośrodku stoi łóżko.
Dotykam go.
Widzę kobietę wijącą się z bólu.
Wydaje na świat dziecko.
Jest sama, opuszczona. Krzyczy.
W tej chwili wyczuwam czyjąś obecność.
I nagle...
Przeraża pan damy.
Lecz nas - zachwyca.
Proszę opowiadać dalej.
Opanuj się, moja droga. Psujesz zabawę.
Odwracam się, drżący,
i słyszę jakby szept w uchu.
To głos dziecka.
Dziecko błaga, abym je uwolnił.
Wtedy zauważam drzwi,
ukryte, których nie dostrzegłem w mroku.
Pcham je.
Schody prowadzą do ogrodu.
Znów słyszę głos dziecka,
które mówi, że od dawna jest samo.
Płacze,
woła swą matkę.
Tamtego wieczoru
szukałem, ale...
ogród jest zbyt duży.
I co pan zrobił?
Słucham?
Za duży ogród.
Co pan zrobił?
Tak...
Nazajutrz zaczęliśmy kopać.
Wszędzie.
Wyrwaliśmy jabłonie, przekopaliśmy ścieżkę.
Nic.
Sprowadziłem z Périgord świnię na trufle.
I?
Ponieważ niczego nie znalazła,
dziś ją zjedliśmy.
Wyborna opowieść!
Jak mówiłem, to bajka.
Bajka, w rzeczy samej.
Ja również tak myślałem. Do wczoraj.
Gdy wbijaliśmy w ziemię pochodnie na dzisiejsze przyjęcie,
jedna z nich się złamała.
Zaczęliśmy kopać w tym miejscu.
- Znaleźliśmy skrzynię. - I co?
Co było w środku?
- Nie wiem. - Jak to?
Z jej otwarciem czekałem na państwa.
A jeśli jest tu ciało?
To złożymy je w grobie.
Panie prokuratorze, może pan zechce otworzyć?
- Błagam, nie... - Wystarczy, Wiktorio!
Abrakadabra!
Nie wiem, ile prawdy kryje się w tej historii, ale pan, hrabio, jest magikiem!
Jak to możliwe? Mówił, jakby przy tym był.
Te wszystkie szczegóły!
- Myślałam, że tracę rozum. - Uspokój się, proszę.
- Gdzie jest nasz syn? - Nie wiem.
- Ale tam go włożyłeś. - Tak.
Mówiłeś, że jest martwy.
- Mówiłeś, że jest martwy! - Bo był.
- To gdzie teraz jest? - Nie wiem.
Gdzie nasze dziecko?
Milcz, histeryczko!
Nie wiem.
Uspokój się.
Wiem jedno.
Nie minie tydzień,
a dowiem się, kim jest ten Monte Christo,
skąd przyszedł, dokąd zmierza
i dlaczego mówi nam o dziecku zakopanym w ogrodzie.
Danglars ma obsesję na punkcie pieniędzy. Nie proś więc o nie.
Morcerf ufa mi bezgranicznie, od kiedy ocaliłem jego syna.
Pozostaje Villefort.
To prokurator. Jest podejrzliwy.
W następstwie naszej kolacji Wiktoria zażąda wyjaśnień.
Aby uspokoić ją i siebie,
Villefort przeprowadzi śledztwo.
A że najwięcej dowiadujemy się od nieżyczliwych,
uda się do wroga hrabiego.
Do Lorda Halifaxa.
Co chce pan wiedzieć?
Jeśli mogę mu zaszkodzić, uczynię to z rozkoszą.
Czy hrabia był już w Paryżu? Twierdzi, że nie.
Gdyby był, wiedziałbym o tym.
A wie pan, gdzie się znajdował 15 lat temu?
Tak. W Indiach.
I muszę powiedzieć,
że wtedy jeszcze mnie bawił.
Ale po...
Po czym?
Pewnego wieczoru karałem sługę.
Sam się prosił!
Jednakże...
Monte Christo zakochał się w tych dzikusach.
W tych ich pogańskich bóstwach
i w ich głupiej magii.
Te ich wierzenia to kpina!
Wyzwał mnie na pojedynek.
- Z powodu tubylca? - Tak!
Z powodu tubylca, dasz pan wiarę?
Gorąco mi, panu nie? Duszno tu! Dajcie wachlarz, na miłość boską!
Udusić się można!
Nie ten.
Dziękuję.
A jak było z panem,
panie de Villefort?
- Co panu zrobił? - Nic.
Nie wiem, czy zaliczać go do przyjaciół, czy do wrogów.
Gdyby był pańskim wrogiem, już by pan o tym wiedział.
Ma wady, owszem, lecz nie kryje się ze swymi zamiarami.
Proszę jednak uważać,
panie prokuratorze.
Jeśli on stanie się pańskim przyjacielem,
to pan będzie moim wrogiem.
Oczywiście.
Tak.
Dziękuję, panie de Villefort.
Miło mi było z panem rozmawiać, lecz mam dużo do zrobienia.
Dziękuję, Lordzie Halifax.
Panie prokuratorze.
Tak, panie hrabio?
Przygotuj konie, wracamy do zamku.
Villefort opuścił gardę,
możemy zatem przygotować atak.
Wyjeżdżam na Południe.
Wrócę na przyjęcie, które Danglars wydaje na 20. urodziny córki.
Andrzeju, podczas mojej nieobecności zbliż się do niej.
A ty, Hayde, oczaruj Alberta.
Pomieści sześciuset Murzynów. Siedmiuset, gdyby ich ścisnąć.
Ale ja jestem ludzki.
Nazwałem go „Herkules”.
Moja matka mawiała,
że taką linię mają ludzie, którzy wiele dokonają.
A to jest linia miłości.
Tu zaś czytam, że...
Andreo, muszę ci coś wyznać.
Tak?
Chciałabym cię pokochać,
- lecz nie mogę. - Wiem.
Nie obdarzysz mnie uczuciem, jakie żywisz do Zuzanny.
To nasz sekret.
To nasz sekret. Nie zdradzę go nikomu.
Dobrze znam podwójne życie.
Dobrze znam podwójne życie,
gdy nie możesz ujawnić, kim naprawdę jesteś.
Będę twym alibi.
LUDWIK DANTES
Nadszedł czas odkupienia.
W snach znów przeżywam
każdą sekundę spędzoną z tobą, pani.
Niosę w noc wspomnienie twych oczu.
Z nikim nie rozmawiam, by nie zakłócić echa twych słów,
drżącego jeszcze w mym sercu.
Zawsze mam przy sobie twe nuty
i kocham je za to, że przywołują twój obraz
a także wspomnienie, które nigdy mnie nie opuści:
wspomnienie jednej chwili w życiu wartej całego życia.
- Do zobaczenia niebawem. - Do zobaczenia.
Eugenio, to przyjęcie jest jak ty: pełne życia i radości.
Dziękuję, Andreo.
Czy wśród zaproszonych jest hrabia Monte Christo?
- Siedemnaście. - Siedemnaście?
Jest pan 17. osobą, która o to pyta.
I cóż pani odpowiada?
Że osiemnastej nie będzie.
Oto i on.
Państwo wybaczą.
Pani, panie hrabio...
- Czy podróż się udała? - Wybornie.
Dziękuję, Albercie.
Eugenia pragnie się z panią zobaczyć.
Pan hrabia pozwoli?
Z przyjemnością.
Czy hrabia wie, że się widzieliśmy?
Niczego mu nie powiedziałam.
- Sądzisz, że mógłby odgadnąć? - Kto wie, do czego jest zdolny?
Są wspaniali, nieprawdaż?
Tak im śpieszno, by żyć.
Każdy zawsze śpieszy się do szczęścia.
Czyż nie?
Zechce pan podać mi ramię?
Mam ochotę zrobić parę kroków.
Pani ręka drży.
Jakby pani marzła.
W mej rodzinie dłonie mamy zimne, lecz serca gorące.
Proszę, to nas rozgrzeje.
Nie ma smaku sycylijskich winogron,
lecz proszę o pobłażliwość dla słońca Północy.
Żałuję.
Proszę o wybaczenie, pani.
Nigdy nie piję.
Może więc coś pan zje?
Także jestem zmuszony odmówić.
Panie hrabio,
arabski obyczaj
każe, by dla wiecznej przyjaźni dzielić chleb i sól pod jednym dachem.
Znam ten obyczaj.
Jesteśmy jednak w Paryżu, nie w Tangerze.
We Francji nie ma ani wiecznej przyjaźni, ani dzielenia się chlebem i solą.
Ale przecież jesteśmy przyjaciółmi?
Oczywiście.
Dlaczego nie?
Zamiast chlebem i solą
może podzieli się pan ze mną wspomnieniami?
Co pragniesz wiedzieć, pani?
Czy to prawda, żeś tyle widział,
tyle podróżował,
tyle wycierpiał?
Cóż ci każe tak myśleć?
Pańskie oczy.
Mówią, że podróżnik albo chce coś znaleźć, albo od czegoś uciec.
Czyś pan znalazł?
Nie ukończyłem podróży.
Żyjesz samotnie?
Nie mam ani siostry, ani syna, ani ojca.
Mam tylko Hayde,
która niechybnie wkrótce mnie opuści.
Jak możesz tak trwać, gdy nic nie przywiązuje cię do życia?
Kochałem młodą kobietę.
Miałem ją poślubić.
Przed laty.
Gdy oddaliła mnie od niej wojna,
myślałem, że kocha mnie dość silnie, by czekać.
Że będzie wierna aż po grób.
Gdy powróciłem,
była już po ślubie.
Cóż, może jestem słabszego serca niż inni
i cierpiałem bardziej, niż oni cierpieliby na moim miejscu.
- To wszystko. - Czy ta miłość pozostała w twym sercu?
Naprawdę kocha się tylko raz.
Czyż nie?
Widziałeś jeszcze tę kobietę?
Nigdy.
Nigdy?
Nigdy.
Wybaczyłeś jej, że zadała ci ból?
Wybaczyć można tylko temu, kto prosi o wybaczenie.
A gdyby poprosiła dzisiaj?
Kupujcie „Impartial”! Danglars traci flotę w Marsylii!
Panie i panowie, kupujcie „Impartial”!
Kupujcie!
Co? Kradzież statków w porcie, w biały dzień?
- Byłeś ubezpieczony? - A jak myślisz?
Jego akcje lecą w dół.
Dzięki wojskowemu telegrafowi
pierwszy się dowie,
że w Marsylii tak naprawdę nie stało się nic.
Miałeś ukraść mu statki.
Wszystko w swoim czasie.
Wiedziałem! Statki są bezpieczne.
„Impartial” kłamie.
„Flota Danglarsa ma się dobrze,
zacumowana w marsylskim porcie”.
Dziękuję, przyjaciele.
Danglars przypomni sobie moje słowa i pomyśli...
Że to sprawka nowego właściciela „Impartiala”. Drogiego Lorda Halifaxa.
Otóż to.
Monte Christo miał rację.
- Ten angielski wieprz chce spekulować! - Dementuj natychmiast!
- Wykluczone. - Nie rozumiem. Trzeba...
Słyszycie?
Posłuchajcie.
Ten miły szmer.
Ładny szelest.
To szum deszczu pieniędzy.
Ja też nie rozumiem.
Pomyśl.
On wie coś, czego nie wiedzą inni.
Wyobraź sobie, że grasz w pokera
i znasz karty przeciwnika.
- Co robisz? - Podbijam stawkę.
Akcje spadły.
Jeśli je odkupię, to za dwa dni ich wartość poszybuje w górę.
Mój najlepszy ruch!
Odkupisz akcje?
Ile trzeba?
500 milionów.
Należy zdążyć dzisiaj,
przed zamknięciem giełdy i zanim ubiegnie mnie ten śmieć Halifax.
Jak przed wieczorem zbierzesz 500 milionów?
Zwracając się do największego wroga Lorda Halifaxa.
Żałuję, baronie, ale...
morze zawsze przynosiło mi pecha.
Nie kupię pańskich akcji.
Hrabio.
Jednak zawsze chętnie pomogę przyjacielowi i ukarzę wroga.
Pożyczę panu tę sumę, a pan zrobi z nią, co zechce.
Mogę panu zagwarantować 20%.
Nie wezmę procentu.
Na Sycylii mówimy: „Nie zarabiaj na przyjaciołach”.
Nalegam.
Sporządziłem hipotekę na cały mój majątek.
Nie jest wart 500 milionów, ale...
200 z pewnością.
Pańskie słowo mi wystarczy.
We Francji mówimy: „Z dobrych rachunków dobra przyjaźń”.
Niech będzie. Na znak przyjaźni przyjmuję pańskie gwarancje osobiste.
Za tydzień spłacę dług.
Złapiemy tego Halifaxa za gardło.
Pozew jest gotowy.
Sam będę go oskarżał podczas procesu.
Nie mogę się doczekać rozprawy i wykonania planu.
Lord Halifax, właściciel gazety „Impartial”,
wezwany na dziś do sądu
w związku z zarzutem zniesławienia,
musiał pilnie opuścić kraj.
Przyrzeka, że jego pełnomocnik stawi się przed sądem o 14.00.
Wysoki Sądzie, dość tej komedii. Nie jesteśmy w teatrze bulwarowym.
Jeśli przedstawiciel pana Halifaxa jest obecny, niechże się zgłosi.
Co pan robi? To nie koniec.
Ja reprezentuję Lorda Halifaxa.
Staję w tym sądzie,
bo gazetę „Impartial” oskarża się o szerzenie fałszywych wieści.
Ja jednak twierdzę,
że statki firmy Danglars naprawdę zniknęły.
Bzdura! Moja flota jest w Marsylii.
To farsa!
Jaki ma pan dowód?
Sąd może powziąć tę wiadomość z kapitanatu w Marsylii.
Podtrzymuje pan zatem swe stwierdzenie?
Podtrzymuję i podpiszę się pod nim.
Ale - mym prawdziwym nazwiskiem.
Używa pan fałszywego?
Jestem znany jako Andrea Cavalcanti.
Po latach, które spędziłem na ulicy, przygarnęła mnie wielka,
bogata rodzina włoskich arystokratów.
Dorastałem jako złodziej,
skończyłem jako książę.
Zapewniam, nie jest to fach uczciwszy, lecz znacznie przyjemniejszy.
To tutaj,
w Paryżu, trafiłem na ślad mego prawdziwego ojca.
Urodziłem się 3 listopada 1815 roku.
W Auteuil.
Panie sędzio, czy...
oskarżony
może przedstawić dowody?
Dochodzę do nich, panie prokuratorze.
Pańska cierpliwość zostanie nagrodzona.
Jestem bękartem francuskiego arystokraty i jego kochanki.
Moja matka nie wie, że żyję,
gdyż mój ojciec
powiedział jej, że urodziłem się martwy.
Zawinął mnie w chustę i pogrzebał żywcem.
Mówi pan o próbie dzieciobójstwa.
Próba ta byłaby udana,
gdyby nie moja ciotka, która usłyszała płacz.
Kogo pan oskarża?
To człowiek szanowany.
Znacie go wszyscy.
Na chuście jest jego herb.
Mój ojciec,
który omal mnie nie zabił, siedzi przede mną.
To prokurator de Villefort.
Cisza! Bo każę opróżnić salę!
To kalumnie! Pozwę pana!
Panie Cavalcanti, czy zdaje pan sobie sprawę z powagi tych oskarżeń?
Uprzedzam, chusta nie wystarczy, nawet splamiona krwią.
Pan prokurator sam dostarczy dowód.
- Pan bredzi. - Ojcze!
Nie zmuszaj mej matki do składania zeznań.
Dość wycierpiała.
Zawieszam rozprawę
na czas śledztwa. Proszę opuścić salę.
Jeden.
Załatwmy sprawę. Chodź!
Proszę nas przepuścić.
Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?
Twój ojciec chciał mnie na zięcia, lecz...
to niemożliwe, bo twoja matka jest również moją.
Nie zapomnij o swej linii życia. Bądź szczęśliwa, siostro.
Hrabio!
Hrabio.
Cała ta sprawa nie ma sensu. To przekręt!
Moje statki wczoraj były w Marsylii.
Potrzebuję więcej czasu na spłatę długu.
Straciłeś wszystko, baronie.
Cały twój majątek należy do mnie.
Zostały ci jedynie ubrania, które masz na sobie.
Wyjedź pan,
to może nie pozwolę pańskiej żonie i córce umrzeć z głodu.
- Hrabio! - Uważasz, że jestem okrutnikiem, baronie?
Nie tylko to wiem,
ale się tym szczycę.
Odprowadź żonę do domu.
Jest blada.
Drugi.
Ojcze!
To od Angeli.
- Z drogi! - Nie!
Dlaczego?
Dlaczego?
Nie płacz.
Nie płacz.
Wiedzieliśmy, że to się tak skończy.
- Wiedzieliśmy. - Hayde!
Nie chciał słuchać.
Nie chciał słuchać?
Czego nie chciał słuchać?
Nauczyłeś go tylko nienawiści.
To ty włożyłeś mu sztylet w dłoń.
Przemawia przez ciebie żal.
Kochałem go jak syna.
Mnie też kochasz?
Mnie też jesteś gotów poświęcić dla zemsty?
To nie zemsta.
To sprawiedliwość.
Nie zapomnij o swoich łzach!
O krzykach matki, o krwi ojca.
Nie zapomnij, kto ich zdradził.
Nie zapomnij jego nazwiska!
Panie, jeśli kochasz mnie jak ja ciebie, nie próbuj się ze mną widzieć.
Jesteś zbyt szlachetny, by nie zrozumieć.
Zbieram siły, by nad sobą panować i połykać łzy.
Bądź szczęśliwy z dala ode mnie. Zasługujesz na to.
Albercie!
Albercie...
Postradałeś zmysły. Nie możesz zostać.
Hayde, znam cię ledwie parę miesięcy...
Odejdź.
Ucieknij przede mną, jak ucieka się przed dżumą.
- Przyniosę ci nieszczęście. - Ucieknij ze mną.
Przysięgam, Hayde,
miast rozpaczy, która nas tu czeka, dam ci szczęście.
Nie znasz mnie, panie.
Ani hrabiego.
- Hayde... - Jeśli mnie kochasz jak ja ciebie...
pożegnaj się ze mną.
Błagam.
Mów!
Powiem więc.
Przed Bogiem, który zna sekrety mego serca,
życzę ci szczęśliwego życia bez mego wspomnienia.
Żegnaj, ukochana.
To spojrzenie...
Bez ciebie me życie jest stracone,
czekają mnie tylko nieszczęścia.
Co zrobisz?
Bądź spokojna, dotrzymam słowa.
Ale, litości, będziesz żył?
Cóż ci po tej wieści,
gdy dla ciebie już jestem martwy?
Ucieknijmy.
Hayde.
Jeśli pragniesz wejść do rodziny Morcerf,
to Albert chyba zasługuje na to, by poznać twą historię.
Jeśli zamierzasz milczeć, zamknę cię lub przemówię zamiast ciebie.
Czy naprawdę muszę za ciebie mówić?
Hrabio, proszę.
Hayde jest córką...
Przestań!
Sama mu powiem.
Mój ojciec, wielki człowiek, był znany jako Ali Tebelin.
Pasza Janiny.
Miałam dziesięć lat,
gdy zabito go na oczach moich i mej matki.
Przyjął francuskiego żołnierza,
naszego sprzymierzeńca.
Przeszyty tuzinem kul,
mój ojciec znalazł siłę,
by utrzymać się na nogach
i strzelić do człowieka, który go sprzedał.
Trafił w oko.
Nigdy więcej nie ujrzałam matki.
Ten oficer sprzedał mnie w niewolę do wołoskiego plemienia na Bałkanach.
- Nazywał się... - Wystarczy.
Albercie.
Zwodziłeś mnie, hrabio!
- Ostrzegałem. - Posłużyłeś się mną!
Nie mów tego, czego nie można cofnąć.
- Myślisz, że się boję? - Proszę, nie prowokuj mnie.
Albercie, błagam.
- Hrabio! - Odebrałeś mi wszystko.
Prócz nazwiska, które teraz brukasz!
Nie.
Błagam!
Rzucił pan rękawicę.
Jutro o brzasku zwrócę ją wraz z kulą.
Nie masz litości?
Czy oni mieli litość dla Edmunda Dantesa?
Spójrz na mnie.
Jestem tylko zbrojnym ramieniem
głuchego i ślepego przeznaczenia!
Fernand de Morcerf zazna tego, czego zaznał mój ojciec.
Jeśli zabijesz Alberta,
to nie będziesz już mógł powiedzieć: „Bóg jest dla mnie,
Bóg jest ze mną”.
Będziesz mordercą.
W Biblii jest napisane, że synowie zapłacą za przewiny ojców.
Jacopo, idź za nią.
Zostaw nas, Jacopo.
Pani...
Co pani tu robi?
Edmundzie, nie zabijesz mego syna.
- Czyje imię wymówiłaś, pani? - Twoje.
I nie stoi przed tobą pani de Morcerf, lecz Mercedes.
Nie znam nikogo o tym imieniu.
Rozpoznałam cię w pierwszej chwili.
Wystarczyłby twój głos.
Mój rozum walczył, serce wiedziało.
Obserwuję cię, chcąc wiedzieć,
czego chcesz od Morcerfa.
Czyli Fernanda?
Skoro przypominamy sobie nasze imiona...
To ja jestem winna.
Gdy cię zabrakło, byłam słaba i samotna.
To ja straciłam wiarę na wieść o twej śmierci.
Ja!
A dlaczego byłaś sama?
Dlaczego mnie zabrakło? Czemu zostałem aresztowany?
I czemu uznano mnie za zmarłego?
Nie wiem.
Wątpię, by wysyłał ci jeszcze listy miłosne,
ale bez trudu rozpoznasz jego pismo.
Proszę.
Spójrz, Mercedes.
To napisał twój mąż
do Villeforta przed dwudziestu laty.
Muszę się zemścić, Mercedes.
Tak trzeba.
Zemścij się więc, Edmundzie,
ale na winnych.
Na Fernandzie, który cię zdradził,
i na mnie, ale Alberta oszczędź.
Gdybyś wiedział, ile się modliłam,
gdybyś wiedział, ile przelałam łez...
Czy w samotności straciłaś ojca?
Czy widziałaś ukochaną osobę w ramionach rywala?
- Widziałaś to wszystko? - Nie.
Nie.
Lecz widzę, że ten, którego nie przestałam kochać,
pragnie zostać zabójcą mego syna.
Czego chcesz, Mercedes?
Chcesz, by twój syn został przy życiu?
Będzie żył.
Dziękuję.
Dziękuję, Edmundzie.
Odnalazłam cię.
Takiego, o jakim zawsze marzyłam.
Takiego, jakiego zawsze kochałam.
A teraz trzeba nam się pożegnać.
Pożegnać?
Nie będę już szukać sprawiedliwości,
porzucam jedyne, co trzyma mnie przy życiu.
Pojedynek odbędzie się jutro.
Żegnaj, Mercedes.
Panie Albercie de Morcerf,
wyzwał pan na pojedynek hrabiego Monte Christo.
Będą panowie strzelać z dwudziestu kroków, na mój znak.
Pierwszy strzela ten, kogo znieważono.
Na miejsca.
Ruszajcie, panowie.
Ognia!
Ognia!
Chyba dostrzegam w twych oczach błysk zawodu.
Nigdy ci nie wybaczę, żeś wyrwał mu życie,
a mnie serce.
Kochałaś go więc?
Czy kochałam?
Powinnam była go nienawidzić, ale któż zna ścieżki miłości?
Próbujemy przywieść się do rozumu, ale to daremny trud. Za późno!
Tracimy równowagę.
Głos w naszej duszy szepcze, że nie ma już przypadku.
Nie słuchałam głosu duszy, lecz twojego!
Sprowadziłam nieszczęście na niego i na siebie.
Co teraz pocznę z miłością, której mu nie dałam?
Ze słowami, których mu nie powiedziałam?
Powiedziałaś.
Usłyszał je.
Hrabio!
Teraz uciekajcie.
Nie pozwólcie nikomu skraść waszego szczęścia.
Edmundzie!
Edmundzie!
Pokaż się!
Czekałem na ciebie.
Wreszcie pokazujesz prawdziwą twarz?
Ja chciałem poznać twoją, Fernandzie.
Chciałem wiedzieć, kim naprawdę jesteś.
Podążyłem więc twym śladem.
Udałem się wszędzie, gdzie byłeś.
I poznałem ich wszystkich.
Twych przyjaciół, towarzyszy broni, wrogów, wszystkich!
Kogo nie zdradziłeś?
Komu pozostałeś wierny?
Wszędzie pokazałeś swe prawdziwe oblicze.
Straciłem wiarę w ludzi w dniu, w którym ty mnie zdradziłeś.
Trzeba było mnie zabić.
Nigdy nie jest za późno.
Wstań.
Patrz na mnie.
Patrz!
Zabij mnie.
Martwym zawsze przypisujemy wielkość.
I w końcu im wybaczamy.
Nie chcę, by ci wybaczono.
Mercedes,
przybyłem cię pożegnać
tam, gdzie życie rozdzieliło nas przed dwudziestu jeden laty.
Od tamtej pory tyle pękło we mnie i wokół mnie...
Ten, którego znałaś, nie istnieje.
Przysięgłem kochać cię do mej śmierci i jeszcze dłużej.
I zawsze będę cię kochał,
lecz już nie mogę dać ci szczęścia.
Mam do zaoferowania tylko pocieszenie.
Twój syn będzie szczęśliwy.
Albert i Hayde przeżyją to, co nam nie było dane.
Życzmy szczęścia naszym dzieciom,
które nas przeżyją i zaznają słodyczy miłości.
Pisząc do ciebie, przeżywam ostatnie chwile.
Pozostaną mi tylko wspomnienia.
Zabiorę je ze sobą w morze,
bo tylko tam wszystko jest horyzontem
i nie ma śladów pozostawionych przez ludzi.
Żyj i bądź szczęśliwa.
I nie zapomnij, aż do dnia, gdy może znów połączy nas Opatrzność,
że cała ludzka mądrość zawiera się w dwóch słowach:
oczekiwanie i nadzieja.
Edmund Dantes,
Hrabia Monte Christo.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.