All language subtitles for [SubtitleTools.com] Odpad,.mesto,.smrt.(2012)

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

::PROJECT HAVEN MOVIEZ:: ::PREZENTUJE::

film na podstawie sztuki Wernera Fassbindera

ŒMIEÆ, MIASTO, ŒMIERÆ w przek³adzie titi

re¿yseria Jan Høebejk

Entliczek, pêtliczek, stoliczek ró¿owy

ja ci mózg wyrucham z g³owy.

Entliczek, pêtliczek, emy-bemy

zaraz pizdê odnajdziemy.

Ma takiego ma³ego kutasa,

¿e móg³by babkê pieprzyæ w ucho.

Nic nie szkodzi.

Odpowiednie k³amstwo

jest jak œwie¿a rosa na S¹dzie Ostatecznym.

Drodzy pañstwo!

Czym by³aby prawda bez k³amstwa?

Tylko kolejnym k³amstwem.

Bo¿e mój

Ale¿ piêknie by³oby umrzeæ.

Wygl¹da to ca³kiem prawdziwie.

Mog³abym siê w przysz³oœci doskonaliæ w umieraniu.

Mój bo¿e, œmieræ

Œmieræ jest najlepsza ze wszystkiego.

Ona jest piêknem piêkna.

Zawsze najchêtniej myœlê o œmierci.

Umieranie wysokiej jakoœci – to ma przysz³oœæ.

W ostatecznym rozrachunku

nie ma ¿adnej.

Mój bo¿e, œmieræ

O œmierci cz³owiek ow³adniêty g³upot¹

zawsze w ¿yciu zapomni.

No co?!

Co jest, przeszkadzam ci?

A ty gdzie pracujesz? Za ile?

Praca jak ka¿da inna.

Na ksiê¿yc nie polecê, ale przynajmniej nie wyrywam zasi³ków.

Ka¿dy potrzebuje forsy, nie?

Ja sprzedajê swoje cia³o.

A ono tanie nie jest.

Co sprzedajecie wy, „porz¹dni ludzie”?

Ca³y czas poœwiêcacie wkurwiaj¹cej was pracy,

a nie staæ was na g³upie manicure.

Wykorzystuje was byle kretyn,

bo liczycie od lat dziesiêciu, ¿e w koñcu siê rozwiedzie,

a wy nie bêdziecie czu³y siê jak dziwki.

Niektóre zdesperowane laski

wszystko zrobi¹ dla iluzji normalnego zwi¹zku.

Pozwol¹ siê biæ, szanta¿owaæ i wykorzystywaæ za darmo.

Dlaczego?

Nauczcie siê liczyæ.

Nie mam wprawdzie sta³ej pensji,

ale zarabiam wiêcej ni¿ wy w pracy – a robiê to dla kasy.

Osiem tysi miesiêcznie a szeœædziesi¹t to jednak ró¿nica.

Klient p³aci 2500 za godzinê, na pó³ to 1250.

Plus dodatki:

za ca³owanie, za anal, za oral, bez gumy,

za spuszczenie siê do ust, za l¿ejsze sado-maso

A dodatkami siê nie dzielê.

Wyliczenia bywaj¹ zawodne, przyznajê.

Czasem ca³y dzieñ nie mam nikogo, ale miewam i dziesiêciu w jedn¹ noc.

Czasem czujê siê jak McDonald.

Misjonarz, w dupê, tygodnie japoñskie, ca³a stara Ameryka.

Zale¿y od sezonu.

Zwyk³a, monotonna praca.

Ty³ek rozbiæ jak kawa³ schabu, knura pognaæ lasem, coœ pomruczeæ,

miejsce pracy wytrzeæ mokr¹ szmatk¹ i za³atwione.

Spadaj, ty chciwy ¿ydowino.

Od razu powiedzia³am matce, co robiê.

Odrzek³a: „To twoja walka.

Nie cieszê siê, ale przynajmniej bêdzie ci siê powodziæ”.

A ty co? Zabawimy siê?

- Masz ochotê na numerek? - Chcesz haszysz?

Gdyby tak nadaæ imiê desperacji – na tym mo¿na by zbiæ fortunê.

Ale mê¿czyzna ogólnie siê nie pieprzy. Siedzi w domu, w ciepe³ku.

Na ³onie rodziny opowiada dzieciom bajki

o czarownicach i z³ych rusa³kach.

Moment, co ja tu w ogóle robiê?

Rozbieram siê, popisujê, pokazujê go³y ty³ek.

A wy mi jeszcze za to p³acicie.

No, to ile?

Ile zap³acisz dziœ wieczorem, ¿ebyœ móg³ mnie ogl¹daæ?

Ile myœlisz, ¿e na tym zarobiê?

Chcecie ogl¹daæ super cycki tej zajebistej laski,

cierpi¹cej, o ile to mo¿liwe,

brzemiê na swych biodrach dŸwigaj¹cej Marii Magdaleny.

Dzieci z aspektem duchowym i potencja³em dramatycznym,

têskni¹ce za bohaterem, który zd¹¿y wyrwaæ je ze snu œmierci.

I ostatecznie wszystko skoñczy siê dobrze.

Ojciec mawia, ¿e kapita³ to kura znosz¹ca z³ote jaja.

A gdzie jest ten kapita³, pytam?

Domy? Co tam domy! Ca³e ulice, to jest to, mówiê!

Harujê, i pieprzê siê, i wci¹¿ siê pieprzê!

I co z tego mam? Sterczê na mrozie i marznê.

Nie skar¿ê siê, taka prawda. Stwierdzam fakt.

Grunt to za du¿o nie myœleæ. Kto pyta, nie b³¹dzi.

Tylko debil nie zna w³asnych ograniczeñ.

Nie zawsze konamy ze szczêœcia.

Co, chcesz numerek?

Chce w koñcu ktoœ numerek? Mo¿e ty?

Jak leci?

Dok¹d teraz, moje panie?

- Nie bij! - Kto ciê bije?!

Kto kocha, ten bije, nie?

- Niby ¿e mnie kochasz?! - Bijê ciê, bo ciê kocham!

Tak, mogê ciê kochaæ ca³y dzieñ i ca³¹ noc.

I znów ca³y dzieñ. Ile?

S³yszysz? Zada³em ci pytanie! Ile?

I znów nic.

- To ju¿ trzeci raz w tym tygodniu. - Ma³o korzeni tam nie zapuœci³am.

- Pusto, jakby wszyscy wymarli. - I jak ja wygl¹dam?!

Jak wygl¹dam? Jak mam siê ludziom pokazaæ?!

Mogê iœæ na piwo z czystym sumieniem? Wiesz, co inni powiedz¹?

„Od razu widaæ, ¿e goœæ to zwyk³y frajer!”.

- Przepraszam. - Co?

- Wybacz mi. - Jebaæ wybaczanie.

Potrzebujê wolnoœci, Romi, czyli forsy.

Jest sobota, bank zamkniêty. Czekaj¹ wyœcigi, na mnie!

Strasznie kaszlê, ca³ymi dniami. Wcale to dobrze nie wygl¹da.

A nie mam czasu iϾ do lekarza.

Kaszel.

Kaszelek.

Przepraszam.

ChodŸ no tu.

Ja siê z tob¹ targowa³ nie bêdê.

Czekam dwie godziny, a potem przyjdê po siano.

Chcê graæ uczciwie zarobion¹ fors¹, po¿yczona przyniesie mi pecha.

Wiesz o tym, kurwa, a tylko gadasz i tracisz czas.

Zasuwaj do roboty, ale ju¿!

Wiem, ¿e masz racjê. Masz, to ja

Jesteœ dobry i odpuszczasz mi moje winy, wszystko to wiem.

Nie chc¹ ciê, boœ gruba jak œwinia. Przestañ ¿reæ.

- Nie jestem gruba. - Jesteœ, spójrz w lustro.

- Tak wygl¹da gruba babka? Jak do mnie mówisz? - Morda!

P³ac¹ wam wed³ug wagi. Mówiê ci to od lat.

Spadaj do roboty, ale ju¿, Romi.

- Ty mnie w ogóle nie s³uchasz! - Pewnie, ¿e s³ucham.

- Nie s³uchasz. - S³ucham, gdy mówisz.

- S³ucham nawet w nocy, gdy œpisz. - A jednak prawie mnie nie znasz.

Gdy siê nie boicie, zaraz sobie pozwalacie.

Jesteœcie bezczelne i leniwe.

- Tylko trupy Romi, dokoñcz. - Nie p³acz¹.

- W³aœnie. Co trupy? - Nie p³acz¹!

Pewnie, ¿e nie. Grzeczna dziewczynka, idŸ na dwór i daj siê wyruchaæ.

Co siê gapisz? Posz³a!

Nie b¹dŸ zbyt wybredna, bo zostaniesz na lodzie!

Nie b¹dŸ niesprawiedliwa. Mê¿czyŸni te¿ s¹ tylko ludŸmi.

Przepraszam, œpieszê siê. Mi³e panie, mój szef, Bogaty ¯yd,

chce za pó³ godziny jak¹œ z du¿ymi piersiami. Tak powiedzia³.

Wyrazi³ siê, cytujê: „Nie mówiê ani cyce, ani bufet, ani balony,

ani mleczarnia wielka jak mediolañska katedra,

nie – jak¹œ z du¿ymi piersiami”. Koniec cytatu.

Chcia³by matkê. Karmi¹c¹.

Matkê, której da³by piêœci¹ w ryj,

jednoczeœnie oblizuj¹c te jej mamucie wymiona

Gdy cz³owiek ma pieni¹dze, szybciutko mu odwali.

Tym siê zawsze sam pocieszam.

Zna pan bajkê o Chiñczyku, co siê krzywi³?

- Nie. - Ja te¿ nie.

Ale jestem pewna, ¿e taka istnieje.

- Wszystko ju¿ tu kiedyœ by³o. - Pani jest cyniczna.

Drwi pani sobie, w duchu nade mn¹ triumfuj¹c.

Chce pani zwyciê¿aæ? Myœlê, ¿e tak.

Te ma³e zwyciêstwa robi¹ pani dobrze.

Przewaga ma pani dodaæ jak¿e potrzebnego ludzkiego ciep³a.

Jak dla mnie, za du¿o pan myœli.

- Oskar. - Romi.

Myœlenie zabija rozkosz.

Kobiet ba³em siê zawsze.

- Chyba nigdy ¿adnej nie dotknê. - Oczywiœcie, ¿e tak.

Jestem w pracy, mój Franz potrzebuje pieniêdzy, wiêc

- Dobrze. - Tak? - Tak.

Niebawem pogadamy.

Ogromnie siê bojê o los naszego kraju.

Przysiêgam, ¿e czujê potê¿ny, wszechogarniaj¹cy strach,

¿e to jest ostatnia faza naszej wspólnoty,

zwanej narodem.

Ogromnie bojê siê tego roku.

2012.

Bardzo siê bojê tego, co przyjdzie.

Jak powiedzia³ Baa, gdy zbli¿a³ siê kryzys w latach 20.

i zamieni³ siê w tê olbrzymi¹ wojnê, której nikt z nas nie pragn¹³,

a wiêc Baa powiedzia³ wtedy:

„To nie jest kryzys ekonomiczny, ale moralny”.

Przekaza³ nam równie¿ sposób wydostania siê z kryzysu.

Powiedzia³: „Gdyby naród czechos³owacki – w³aœciwie nie gdyby –

naród czechos³owacki mo¿e byæ najbogatszy, najpiêkniejszy,

najbardziej pracowity, ale jest w tym jeden ma³y haczyk:

musia³by ka¿dy z 15 milionów Czechos³owaków

wzi¹æ sobie do serca czêœæ tego zadania.

W koñcu jesteœmy bo¿ymi bojownikami!

Ten, kto bo¿ym jest bojownikiem

i z jego narodu

Bojê siê po prostu, ¿e do Europy zaczn¹ siê zje¿d¿aæ muzu³manie,

a my nie zdo³amy z nimi rywalizowaæ.

A wiêc mia³em widzenie: widzia³em templariuszy,

pi³karzy, bokserów, tenisistów, krótko mówi¹c: coœ naturalnego,

co bêdzie im tam¹, wa³em obronnym.

Ale nie nienawiœci¹, a w³asnym ¿yciem.

Jestem ostatnim, kto nawo³ywa³by do przemocy.

A raczej ostatnim, kto pragn¹³by niszczyæ.

Ale z drugiej strony trzeba sobie zdaæ sprawê,

¿e jednak jesteœmy tu wiêkszoœci¹.

I ¿e reszta powinna nas szanowaæ.

My – Czesi, Morawianie –

jesteœmy w stanie zasymilowaæ mniejszoœci.

Ale nie chcemy, by pokazywali nam œrodkowy palec

i w naszej ojczyŸnie przyjmiemy tylko tych,

którzy w naszej w³asnej ojczyŸnie nie bêd¹ nas kopali w jaja.

Przyjmiemy w naszej ojczyŸnie tylko tych,

którzy w naszej w³asnej ojczyŸnie nie bêd¹ nas kopali w jaja.

Szefie, to Romi.

Romi, to jest szef.

- Romi jest nieustannie zimno. - Miasta s¹ noc¹ ch³odne

i ludzie, oczywiœcie, w nich marzn¹, wiêc po co takie miasta buduj¹?

Dok³adnie!

Jeœli nie przestanie chichotaæ, wyrzucê ciê.

Jeœli nie przestanie chichotaæ, wyrzuci mnie pan.

Bogaty ¯yd mo¿e chrzeœcijanina, przez œmiech terapeutki relaksacyjnej,

spokojnie pos³aæ do diab³a?

Nie jestem zwyk³ym ¯ydem, jakim zwykli ¯ydzi zwykle bywaj¹.

Wie pani, madam, jaki jest najpopularniejszy ¿ydowski sport?

- Nie. - Oskar?

Transport.

Nasz Ma³y Ksi¹¿ê. Wszystko mu zapiszê, gdy bêdzie grzeczny.

Ale gdy nie przestaniesz siê œmiaæ

- Wywali mnie pan. - Elegancki œmiech to ¿aden wstyd.

Oczywiœcie.

ELEGANCKI œmiech to ¿aden wstyd.

Tak miêdzy nami: myœl¹c o œmierci nawet ja muszê siê œmiaæ.

Có¿ innego nam, ¯ydom, pozostaje?

Jarmu³ki z g³ów! To siê panu uda³o.

Nie straæ mojej przychylnoœci. Utrzymujê ciê, gdy mam dobry humor.

Gdy mam dobry humor, utrzymujê tego kar³a moralnego, potwora, krasnala.

A mam zawsze dobry humor, niestety – nie uskar¿am siê, interesy kwitn¹.

A tak lubiê siê skar¿yæ.

Daj jej chustkê, krasnalu, niech wytrze gile wokó³ gêby.

Buduje domy, stare – burzy.

To mu zapewnia bogactwo, st¹d ta arogancja.

Ale nie jest szczêœliwy, wiêc da siê go znieœæ.

- Wie, czy rodak jest szczêœliwy? - Nie wie nic. - Sk¹d wie?

Nie wie, plecie jak zwykle, któ¿ by s³ucha³ kar³a?

Kto wie? A wczorajsz¹ kurw¹-gadu³¹ by³em zawiedziony.

Nie by³a warta forsy, której za¿¹da³a.

Proszê o wybaczenie.

Rozumiem, ¿e piêæ tysiêcy za oferowane przez ni¹ us³ugi rzeczywiœcie

Piêæ tysiêcy?!

- Co to za kurwa, za dziwka? - I ¿e by³a tego warta, nie?

Za piêæ tysiêcy to panu mogê zrobiæ

- Co? - Wszystko.

Wszystko mi zrobisz?

Sk¹d¿eœ j¹ wyci¹gn¹³?

Odes³a³ j¹, nie tkn¹wszy nawet. A to ju¿ coœ oznacza.

Utrzymuje, ¿e jego potencja jest ogromna, a odes³a³ j¹.

Tryska³a wrêcz wodospadem s³ów.

Myœla³a, ¿e mam wicher albo gówno w g³owie,

skoro potrzebna mi kurwa.

Kurwie potrzebny mê¿czyzna, który p³aci, a mê¿czyŸnie – kurwa.

Najprostszy i najuczciwszy interes œwiata.

Pyta³eœ pani, czy dla Bogatego ¯yda wykroi³aby godzinkê czasu?

Na pewno znajdzie pani dla mnie chwilê, choæ mam obrzezanego ptaka.

To dla higieny, wyt³umacz jej.

Albo nie, zna to niew¹tpliwie z praktyki.

To obrzydliwe, me dziewczê, ale dobrze p³aci.

Tych bajek o rzekomej potencji nie musisz siê obawiaæ.

Doœæ ju¿, spadaj.

Spadaj i pobaw siê napletkiem.

Powiedzia³em: spieprzaj.

Raz-dwa!

Widok wrêcz czarowny.

Miasto skazane na zag³adê.

Zobaczysz, bêdzie ci siê op³aca³o.

Wiesz, ¿e czasami siê bojê?

Nie wiesz. Sk¹d mia³byœ wiedzieæ.

Interes kwitnie a¿ nadto; bojê siê, ¿e poniosê za to karê.

A¿ siê prosi o karê.

Ale to nie mnie spotyka kara; moje przestraszone ego karze innych.

Krzywdzi.

Uwa¿am, ¿e jesteœ piêkna.

Ale to niewa¿ne, b¹dŸ sobie jaka chcesz, piêkno to za ma³o.

Wykupujê stare domy w tym mieœcie.

Burzê je i budujê nowe, które sprzedajê z zyskiem.

Miasto mnie chroni – musi.

Komendant policji jest moim przyjacielem,

jeœli mo¿na nazwaæ to przyjaŸni¹.

Czêsto bywam u burmistrza,

na samorz¹dzie miejskim mogê polegaæ we wszystkim.

Ponadto jestem ¯ydem.

Dop³ata.

Oczywiœcie nikt z dzia³aczy nie przepada za os³abianiem lojalnoœci.

Pierwotny plan nie by³ mój, to tu by³o, nim siê pojawi³em.

Musi mi byæ obojêtny p³acz dzieci i cierpienie chorych i starych.

A wrzeszcz¹cych wœciekle nie s³yszê. Có¿ im zreszt¹ pozostaje?

Czy mam przez wyrzuty sumienia zachorowaæ na d¿umê lub œwierzb?

Wierzê w boga, madam, ale w sprawiedliwoœæ ludzk¹

Czy mam w³asn¹ dusz¹ rêczyæ za czyjeœ decyzje?

Którymi tylko kierujê,

z zyskiem, potrzebnym do zaspokajania swoich potrzeb.

Tego, co potrzebujê. A czego w³aœciwie potrzebujê?

Potrzebujê ciekawe, prawda?

S³owo zbyt czêsto powtarzane traci swój pierwotny sens,

który i tak by³ przypadkowy.

Miastu potrzebny jest biznesmen, który umo¿liwi mu zmianê.

Za to powinno go skwapliwie chroniæ.

Przecie¿ trzeba zadbaæ o w³asne bezpieczeñstwo.

Czy to przesada, baæ siê, ZANIM uka¿e siê niebezpieczeñstwo?

Przepraszam – godzina minê³a.

Przeci¹gnêliœmy te trzy minuty

Za to, ¯ydzie, zap³acisz górê forsy.

A to tylko dla ciebie.

Znów ¿resz?

Patrz, Franz. Pieni¹dze.

Mo¿esz iœæ graæ.

Znów bêdziesz kimœ. Nie bêd¹ ciê ju¿ poni¿aæ.

Nikt ci do piêt nie siêga, jesteœ najlepszy!

Chwila moment, piêæ tysiêcy?

- Niemo¿liwe; co za to musia³aœ robiæ? - Nic!

Gadaj, piczko, coœ robi³a za tyle siana? Nic, tak?

- Z³amiesz mi rêkê, puœæ! - Masz mnie za imbecyla?!

Piêæ kafli? Liza³aœ mu dupê, krowo? Wiesz, czym jesteœ?

Zwyk³¹, nêdzn¹, brudn¹ kurw¹, ot co!

To jak, liza³aœ mu tê go³¹ dupê? ¯ar³aœ jego gówno?

No to ¿ryj, a do syta! Nawpierdalaj siê po uszy, wyrzutku!

¯ryj, kurwa!

Otwórz porz¹dnie tê mordê i gadaj prawdê, bo ciê zabijê!

- Kochaliœmy siê, zwyczajnie. - Co?

Co robiliœcie? Kochaliœcie siê!

Kochaliœcie siê? O nie, wyœcie siê zwyczajnie, obrzydliwie r¿nêli!

Bo jesteœ kurw¹! Chcê s³yszeæ, jak to mówisz: co robiliœcie?

- R¿nêliœmy siê. - Dobrze, r¿nêliœcie siê.

„Kochali siê”!

Kto to by³, synek milionera czy jakiœ golfista?

Kochaæ coœ takiego! Ty suko! Wbijam w twoj¹ forsê, pizdo.

To by³ ¯yd!

Stary, brzydki ¯yd.

No i? Co z tob¹ robi³?

Bi³ ciê albo kopa³?

- Co tyle kosztowa³o? - Tylko mi³oœæ.

Ma takiego wielkiego kutasa, ¿e tyle p³aci?

Podoba³o ci siê? Krzycza³aœ z rozkoszy?

- Mów! - Mia³ wielkiego kutasa!

No widzisz!

- Jak by³ du¿y? - Ze 20 centymetrów albo i wiêcej.

- Co by³o dalej? - Jest gruby.

- Chuj czy ¯yd? - Franz - Jak gruby?

- Gadaj! - Jak butelka od piwa albo i grubszy.

Wiêc da³aœ siê wyruchaæ butelk¹?

Kobiety ! Wszystkie jednakowe, wci¹¿ to samo. Co by³o dalej?

- D³ugo mo¿e. Rypa³ mnie z godzinê. - Ty suko!

Nad ranem przyjdzie do mnie na balkon gwiazda,

ptaki siê tu w starym kapeluszu gnie¿d¿¹,

kotki nim wyjd¹, u³o¿¹ m³ode w sypialni,

u mnie jest zawsze liczba osób do pary.

sam, nie umiem byæ sam.

W mieœcie sam ¿yæ nie chcê, nie umiem byæ sam.

Nie umiem byæ sam.

Romi?

Martin!

S³uchaj no!

Romi! Wyrzygaj to, szybko! Wszystko!

Romi, popatrz na mnie!

Chryste, co przyjdê do domu, to albo wisi, albo siê z niej leje.

Ale to twoja córka.

Bo to nie twój syn.

- Nie zabijamy siê, tak siê nie robi. - Przecie¿ ¿yje.

Niestety. Tylko to mogê powiedzieæ: niestety.

Za to ty miotasz siê, jak lew po klatce. Uspokój siê.

- Jak to zrobiæ w domu, gdzie wci¹¿ siê ktoœ zabija? - Przesadzasz.

Adekwatna przesada w tej rodzinie najlepiej oddaje prawdê.

Mi³oœæ czasem bywa odrzucona.

Daj spokój, w wieku 31 lat – odrzucona?

- Lekkie przegiêcie. - ChodŸmy coœ zjeœæ.

- Jeœæ? Z szalon¹ córk¹ w domu? - Nie jest szalona, ale chora.

Jedna chora, druga szalona, w sumie to wszystko jedno.

Sprzeda³byœ siê za kiepski dowcip, nie?

- Sprzedajê siê du¿o taniej. - To prawda.

Jeœli to dla ciebie za ma³o, to proszê, nie bêdê ciê zatrzymywaæ.

Ale córkê-wariatkê weŸ z sob¹, bo przysiêgam, wyrzucê j¹ przez okno!

Jesteœ chamski i operujesz skrajnoœciami.

Przepraszam.

Przepraszam.

- Masturbowa³a siê w wieku dwóch lat. - Przecie¿ to normalne.

Ja siê w tym wieku nie onanizowa³em.

By³eœ opóŸniony w rozwoju.

Gardzisz mn¹, gdy w koñcu ci to mówiê?

Mówisz mi to co dzieñ i nigdy tob¹ nie gardzi³am.

Gdzie moja szminka?

Pilnuj swoich rzeczy, nie mo¿emy tyle wydawaæ.

Bo¿e, doœæ mam tych ci¹g³ych skarg!

- Kto j¹ odrzuci³? - Chyba ten jej Polak.

- Co? Polak? - W ka¿dym razie cudzoziemiec.

Polak!

Jakiœ Polak bezkarnie odrzuca moj¹ córkê?!

- Pewnie jej nie kocha. - Bo ¿re, jest gruba jak œwinia!

Ale to twoja wina, Lido. Rozpieszczasz j¹.

To nie moja pula genetyczna!

Jeœli ci ul¿ê, wezmê na siebie to, co ty uznasz za winê.

I poproszê boga o wybaczenie.

Nie wiem, mo¿e chcieli siê zejœæ? O czym my tu, kurwa, rozmawiamy?

Tego s³owa tu nie u¿ywaj. Dogadaliœmy siê co do tego.

Drwisz ze mnie? To ci jako matce nie przystoi.

Gdzie te moje rajstopy?

Gdzieœ s¹ schowane przed twoj¹ córk¹, bo kradnie jak sroka!

- Tylko po¿ycza. - I oddaje z zaci¹gniêtym oczkiem!

- To gorsze od kradzie¿y! Wiesz, co to jest? - No, co?

- Zapomnia³em s³owa, i co? - Jakie by to by³o s³owo, to k³amstwo.

- Mo¿e. Zamówi³aœ taryfê? - Bêdzie tu lada chwila.

Gdzie po³o¿y³em buty?

Jak sroka!

- Pani M.? - Tak.

To ja.

- Pan jest pani¹ M.? - A jak pan myœli?

- Raczej nie. - To po co pytasz?

Fakt. To by³o poniek¹d zbêdne.

„Poniek¹d”. Na pewno.

Wie pan, to typowe dla mnie.

Lubiê wypowiadaæ siê poniek¹d sztucznie,

nauczy³em siê tego ³atwo, a efekt jest piorunuj¹cy.

Ponadto lubi to mój szef, Bogaty ¯yd,

a ja nie mam zamiaru

- Kto? - Bogaty ¯yd.

Widzê, ¿e ju¿ pan o nim s³ysza³.

Uwa¿am, ¿e to tylko kaprys,

na jaki niektórzy mog¹ sobie pozwoliæ.

S³uchaj, czy to prawda, ¿e ma

d³ugiego kutasa, grubego jak butelka od piwa?

Tego nie mogê potwierdziæ ostatecznie

i ze stuprocentow¹ pewnoœci¹.

Widzia³em go tylko raz, gdy oddawa³ mocz.

Nawet ¯ydzi czasem musz¹ siê wylaæ.

A to, co widzia³em, zrobi³o na mnie wra¿enie poniek¹d skromniejsze.

A wiêc skromniejszy?

Choæ, jak na pewno pan wie,

z kutasem w pewnych okolicznoœciach dziej¹ siê wrêcz cuda.

Pani, zupe³nie przypadkiem, tu nie ma?

Zupe³nie przypadkiem raczej nie.

Ale jest tu.

Nie chcê byæ niegrzeczny,

ale chêtnie bym z ni¹ ewentualnie zamieni³ s³ów kilka.

- Wiêc chce jej znowu? - Jest poniek¹d skryty.

Nawet najbli¿szych wspó³pracowników nie w pe³ni wtajemnicza w swe dzia³ania.

Poniek¹d skryty?

Romi!

Ale nie jestem jeszcze przygotowana.

Nie szkodzi. Przyjmie pani¹ tak, jak teraz.

Mogê rzuciæ okiem?

Ja pierdolê!

Zmykaj! Raz-dwa!

Posz³a do ¯yda.

Do ¯yda, który jej p³aci.

Kto by przypuszcza³, ¿e w jedn¹ noc zamieni siê w celebrytkê.

Celebrytkê?

To jasne, ¿e ten adres jeszcze dziœ pojawi siê w najwy¿szych krêgach.

Sk¹d ten pomys³?

Tak bêdzie.

Kobiety mnie raczej nie interesuj¹, przyznam siê panu bez bicia.

Cz³owiek robi, co mo¿e.

Kobiety ciê nie interesuj¹?

Niby ¿e jesteœ z tamtych?

Z których, gdzie?

To takie inne, ta zamszowa marynareczka,

ta muszka, co nie?

Ma pan na myœli tamtych?

Ja pierdolê, fantastyczne.

- Owszem, fantastyczne. - Tak? Wiem.

- Wie pan? - Wiem, ¿e to ci siê podoba.

Wygl¹dasz na takiego.

Wie pan – to kwestia wyboru.

Robiê to, co mi daje satysfakcjê

i to, co muszê, ¿eby unikn¹æ plotek.

Mam kontakty biznesowe z ¯ydem, ¯yd ze mn¹

i oboje musimy wznieœæ siê ponad swe ograniczenia.

Tego to ja nigdy nie spróbowa³em.

- WyjϾ poza ograniczenia? - Nie, tego drugiego.

Tego, co ci daje tê satysfakcjê.

- Niech wiêc pan spróbuje. - Przestañ. Hamuj piêt¹, stary.

Co to panu szkodzi?

Nie by³em nigdy specjalnie wybredny.

¯ycie jest krótkie.

Mo¿na?

Chodzê po mieœcie.

Jakby nie by³o chaotyczne i jak ksiê¿yc nienadaj¹ce siê do zamieszkania,

ale jakby by³o otwarte, uczciwe, prostolinijne.

I pêkam wrêcz ze œmiechu.

Müller. Pozwoli pani, bym zaprosi³ go do sto³u?

Panno Romi, Müller. Müllerze, panna Romi.

Dwójka mi³ych ludzi.

Ten „mê¿czyzna” jest pani ojcem, prawda?

£atwo by³o to odkryæ, bywa pani klientem, nieprawda¿?

- Panie, ja ! - Usi¹dŸ, Müller. Siad!

Nie by³ to aby pani pierwszy klient? Proszê te¿ usi¹œæ.

Nie jestem œwiêtoszkiem, wrêcz przeciwnie.

Przydaje to wam obojgu jakiegoœ makabrycznego powabu.

A za to powinni wam zap³aciæ. Ja ka¿ê sobie p³aciæ za wszystko.

Za byle pierdniêcie – wybaczcie wyœwiechtane porównanie.

Nawiasem mówi¹c, dziœ znów by³ pan doskona³y.

Dziêkujê.

Bywa, ¿e cz³ek siê wyj¹tkowo stara.

S³usznie, wszak œwietnie wie, dlaczego, czy¿ nie?

Tak.

Jak siê wiedzie szanownej ma³¿once?

Czyta, jak zwykle.

Lenina czy Marksa?

Bywa³y ju¿ gorsze ideologie, wiadomo.

- S³uchaj no pan - Siadaj, Müller. Ju¿!

- O czym wiemy, nie? - Tak, wiemy.

Ale ¿ony ju¿ pan nie bije, prawda?

Wiedzy nigdy za du¿o.

Nowe prawdy wci¹¿ zastêpuj¹ stare,

z wrogów staj¹ siê przyjaciele,

a odwrotnie, gdy trzeba:

mijaj¹ dni, up³ywa czas;

m¹dry da sobie poradziæ i tak dalej.

- Mo¿e nie? - Oczywiœcie.

Dziêkujê.

Proszê œpiewaæ dalej.

- Ale najpierw stawiam panu drinka. - Jemu nie wolno piæ.

- Jednego. Z nostalgii. - Nie napije siê. Martin?

- Panie Müller. - Martin ?

Ja stawiam, panie Müller.

Mo¿e dwa? Skoro zdrowie pozwala

Uroczy cz³owiek.

O ma³y w³os zapomnia³bym, ¿e nazywa siê Müller.

Muzyka!

Tutaj siê mê¿czyŸni nie ca³uj¹!

Kurwa!

Co robi³aœ za te pieni¹dze?

Coœ robi³a za tê forsê, znów mu liza³aœ dupê, suko?

S³ysza³aœ? Pytam ciê o

Na zdrowie.

W koñcu – ¿ycie!

Spadaj, Oskar.

Spadaj.

Spadaj!

- To nic takiego. - ¯yd na nas ¿eruje.

Pije nasz¹ krew.

A my jesteœmy ci winni!

K³uje mnie z lewej strony.

Serce.

To te¿ wina tego ¯yda,

bo budzi w nas wyrzuty sumienia sam¹ swoj¹ obecnoœci¹.

Jest tu!

Zawsze o krok przed nami,

a my mo¿emy jedynie zbieraæ resztki.

Czy¿ da siê uciec z nieruchomoœciami w walizce?

¯yd da³by radê.

Mo¿emy po stokroæ przeklinaæ system,

przez który niedomagamy, który nas krzywdzi,

gdy tylko siê nañ natkniemy.

I co nam z tego?

Dlaczego nienawidzimy ¯ydów?

Bo ich nienawidzimy. Bo istniej¹!

Wszelkie potrzebne wam powody znajdziecie w trzech literach:

¯-Y-D.

Powiedz to na g³os.

- Powiedz! - ¯yd.

Jeszcze raz.

- ¯yd. - Jeszcze raz!

- ¯yd. - Jeszcze! Nie staæ ciê na wiêcej?

¯yd, ¯yd!

¯YD!

Oto jedyne s³owo, które nigdy nie straci znaczenia.

Do domu!

Twoja córka, Luizo. Wci¹¿ j¹ pamiêtasz?

Powodzi siê jej, jest bogata.

Bêdzie mi wiêc ³atwiej jej nienawidziæ.

Czemu moja matka nienawidzi swego dziecka?

Bo gruncie rzeczy nienawidzi siebie.

Gadasz i gadasz i myœlisz, ¿e coœ wiesz.

A robisz rzeczy niemaj¹ce nic wspólnego z rzeczywistoœci¹.

Okaleczy³eœ mnie. To przez niego jestem kalek¹.

A czemu? Bo chla³. A czemu chla³? Bo siê kurwisz.

Mimo to nie upadamy na duchu i walczymy o swe szczêœcie.

A rodzina – podstawow¹ komórk¹ spo³eczn¹.

Mi³osierdzie.

Oto miasto ratuje siê swymi pojednawczymi gestami.

Wszystko znów siê wyg³adzi i u³o¿y.

To gra. Zasady s¹ znane z góry.

Znam zwyciêzcê przed rozpoczêciem gry.

Kto ma tekst, œpiewa. Kto nie ma, tylko patrzy.

A kto chce zarobiæ na utrzymanie – s³u¿y miastu

i w³asnymi rêkami buduje kolejne domy.

Z pogardy, panie Müller, ma siê pieni¹dze,

czyste sumienie w nocy i spokojny sen.

- Tymi rêkami - Tak? - Tymi rêkami!

Innymi s³owami

Dziêkujemy.

Miasto ju¿ nie zapewnia równych szans, jak zreszt¹ nigdy.

Ale ró¿nice nie by³y nigdy tak alarmuj¹ce, jak teraz.

Oczywiœcie – czy¿ mam siê zrzec w³asnych szans?

Czy ktoœ inny by tak post¹pi³?

Wykorzystujê tylko w³asne mo¿liwoœci. Gustownie, wdziêcznie, z dystansem.

Ale potrafiê te¿ inaczej, innymi s³owy

Panie Müller: innymi S£OWY.

Potrafiê te¿ inaczej, innymi s³owy: mniej gustownie.

Chcia³em pokazaæ wam prawdziwe oblicze tego miasta, ale

mój cel siê zrelatywizowa³;

uruchomi³em coœ, a to trwa nadal,

napêdzane w³asn¹ si³¹ inercji.

Kulturalne œrodowisko wch³ania mnie.

Zapominam powoli o wartoœci pieni¹dza.

Mi³ej reszty wieczora ¿yczê.

To mu siê uda³o. Jarmu³ki z g³ów!

Nie straæ mojej przychylnoœci.

Bêdzie ¿y³, Romi.

Czemu ¯yd poni¿a ciê moim kosztem?

- Co mu zrobi³am? - Sk¹d mam wiedzieæ?

Myœli, ¿e tacy jak ja s¹ winni œmierci niektórych ich przodków.

Ale to prawda.

To dla mnie zbyt filozoficzna refleksja.

A to poni¿anie i ca³a reszta? To ci nie przeszkadza?!

To nie by³o do mnie skierowane! Nie rozumiesz?

Choæ warto siê nad tym zastanowiæ.

Jakie pañstwo dopuszcza do tego, co siê tu codziennie wyrabia?

Nie zaczynaj. Zatkaj gêbê.

Liberalizm, poprawnoœæ polityczna – to hipokryzja!

To totalitaryzm gorszy od komunizmu!

Emigranci, mniejszoœci

Ja bym to raz na zawsze wyrzuci³ z Europy!

Globalizm rozpuszcza i poch³ania nacje europejskie!

Musimy wznieϾ sztandar!

- Ja jestem Czechem! - Wiêc zachowuj siê jak Czech.

- Co? - Co „co”? No, chodŸ!

Co?!

A ty czego?

Te twoje mniejszoœci nieŸle mi p³ac¹!

Mogê sobie pozwoliæ na wszystko, czego zapragnê.

No to wykorzystaj to! Proszê bardzo!

Nie licz siê z tatuñciem!

Daj siê przer¿n¹æ tym swoim mniejszoœciom!

Wszêdzie i porz¹dnie!

- Ty gno - Idziemy do domu.

Do domu!

Idziemy.

Idziemy!

Oskar?

Romi.

Strasznie siê bojê.

Czego?

Tego, co mi siê wymyka.

- Mnie ju¿ nie kochasz, wiêc - Kocha³em ciê, gdy by³aœ na dnie.

- Na luksus moje uczucie nie starczy. - Ale to nie ma sensu!

Mo¿e.

Co jest w tobie takiego, ¿e siê nagle wzbogaci³aœ?

Co w tobie znajduj¹ tak niezbêdnego?

Kochasz go?

Có¿ mam ci odpowiedzieæ?

Wszystko, byle nie prawdê.

Gardzi pani nami?

Nie.

Powiedz coœ.

Nigdy ciê nie zapomnê.

Franz

- WeŸ sobie te pieni¹dze. - Naprawdê? - Tak.

Nic dodaæ, nic uj¹æ.

¯egnam.

Na ile¿ to cz³owiek siê godzi:

ból,

nienasycone têsknoty i tyle innych.

Kim jestem?

Czym jestem?

Rzecz¹, która ulepsza miejskie œrodowisko.

Ale tylko rzecz¹.

Tym jest cz³owiek.

Czymœ s³u¿¹cym do zaspokajania potrzeb.

Cz³owiek musi byæ taki, jak siê od niego wymaga,

inaczej przepad³ z kretesem.

Oddajê panu swoj¹ rolê.

Nie jestem z niej zadowolona.

Swoj¹ funkcjê i tak ju¿ spe³ni³aœ.

Powiedz mi pan coœ, czego nie wiem.

Nie, chwila.

Ja spróbujê.

- Przebaczy³am panu. - Nie.

Nie masz prawa mi wybaczaæ. Nie wolno ci.

Ja wiem, co mi wolno.

Jesteœ zdesperowana, ale desperacj¹ bezsensown¹,

ten rodzaj desperacji nie jest nic wart.

Ale¿ nie mam zamiaru nim handlowaæ

¯ydzie.

Jeœli naprawdê chcesz mnie uraziæ, to ci siê nie uda.

To pan sam wie najlepiej.

Ale jeœli chcesz, mogê wybaczyæ tobie.

W nosie mam pañskie wybaczenie.

Jesteœ tego pewna?

Nie.

Mo¿e ma pan racjê.

Mo¿e w³aœnie pana potrzebujê.

Potrzebujê potrzebujê.

Potrzebujê.

Ciekawe.

Gdy jakieœ s³owo czêsto powtarzamy, traci ono swe pierwotne znaczenie.

- Ju¿ siê nad tym zastanawia³aœ? - No.

Chcia³abym w koñcu umrzeæ.

Jest to jakieœ rozwi¹zanie.

Mam podobnie.

Ale brak mi na to si³y.

- Masz jakiœ plan? - Nie.

A potem?

Zrobi to pan dla mnie?

Nie, chwila!

Mo¿e pan przy tym bêdzie czu³ satysfakcjê.

Zrobiê to po prostu dla ciebie.

Serio?

Niech mi pan nie ka¿e d³ugo czekaæ.

Ostro¿nie!

Pan siê nie obawia.

W umieraniu siê doskonalê od wielu lat.

przek³ad: titi®

Project Haven facebook.com/ProHaven

.:: Napisy24.pl - Wprost od t³umaczy ::.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.