Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Icelandic
Igbo
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
(Transcribed by TurboScribe.ai. Go Unlimited to remove this message.) Warszawa lat dwudziestych, kryzys.
Oto Nicodem Dyzma.
Szczęśliwy traf utorował drogę jego karierze.
Jeszcze niedawno skromny urzędnik prowincjonalnej poczty.
Bezrobotny, często głodny.
Później administrator w dobrach Kunickiego.
Wiele się od niego nauczył słuchając pilnie wywodów
o interesach i gospodarce.
W rozmowach z ministrem Dyzma przedkłada jako swój
własny, zasłyszany od Kunickiego, pomysł magazynowania zboża.
Projekt, który zapewnia państwu maksymalne zyski w handlu
zbożem.
Mąż opatrznościowy kraju.
Znakomity ekonomista, szerzy się mit.
Zostaje mianowany prezesem banku zbożowego.
Popierają go sfery rządzące.
Przyjmują salony arystokracji.
Wspaniale mężczyzna, ekscytują się panie z towarzystwa.
W Koborowie czeka stęskniona Nina Kunicka.
Szczyty powodzenia.
A jednak czai się niebezpieczeństwo.
Szantażuje i grozi Boczek, były zwierzchnik Dyzmy z
prowincjonalnej poczty.
Dyzma opłaca bandziorów, żeby dali mu nauczkę.
Prasa doniosła, że Boczka zamordowano.
Znowu udana wycieczka z krabiną lalą.
Ach, duże dzieje mnie cholery.
Z takimi babami to trzeba uważać.
Uważać, uważać, uważać.
No siadaj, no siadaj.
A propos, wie pan, że dyrektor Wandryszewski zaleca
się do maszynistki z działu korespondencji?
Która to?
A taka siedzi przy oknie.
A ona jest ładna?
Bardzo ładna.
Ach, względem tego...
Panie prezesie, czy to człowiek o jakiejś kobiecie
może coś wiedzieć?
Pan to jest taki spryciarz, panie.
A żebyś pan wiedział, z jaką kobietą ja
miałem okoliczność, to byś pan zbaraniał.
A ja ją znam?
Znałeś ją, pan.
Jak jeszcze była panno.
Pojęcia nie mam.
Pani Kunicka.
Nina?
Nie, to niemożliwe.
Słowo honoru.
Niemożliwe.
Panie, mówię panu.
Tipe stope.
Panie prezesie, niech się pan na mnie nie
pogniewa, ale ja nigdy w życiu nie uwierzę,
żeby Nina puszczała się z każdym.
A kto pan powiedział, że z każdym?
Ze mną, rozumie pan?
To nie z każdym.
Oczywiście, ale choćby i z panem.
Już ja tam w swoim czasie próbowałem i
nic.
A teraz, kiedy ma męża?
Nie idź pan do pani z tym jej
mężem.
Ona się we mnie kocha, rozumie pan?
We mnie.
Zakochała się w Trimiga.
Pan prezes posiada jakąś tajemniczą siłę, której ja
nie rozumiem, ale której działanie widzę na każdym
kroku.
No, w ogień by za mną skoczyła.
No to może pan prezes się ożeni?
Goła.
A Koborowo?
Ona ma pewno tam jakąś część.
Na papierze.
Na papierze Koborowo jest jej.
A tylko na papierze.
To niezły majątek.
No cóż, niech pan rozwiedzie Ninę z Kunickim
i ożeni się z nią.
Panie, gdyby Koborowo było jej, to w Trimiga.
Ale przecież nominalnie to ona jest właścicielką.
Nie, Kunicki ma plenipotencję bez ograniczeń.
Plenipotencję można cofnąć.
Ale weksli pan nie cofnie.
Jadę, jadę, patrzę, a tu bank zbożowy.
Sam budynek budzi zaufanie.
Idea, idea, kochany panie Nikodemie, a pan ją
najwspanialej wciela.
No i pan sam świetnie wygląda.
A cóż tam w polityce, jak interesach?
Słowo daje, śliczny pan ma gabinet.
Ze smakiem taki, stylowy.
Może zrobi mi pan tę łaskę, kochany panie
Nikodemie.
Niech pan mi odmawia i zje ze mną
śniadanko.
Od rana nic w ustach nie miałem.
Śliczny gabinet.
Nie wybrałby się pan na parę dni do
mnie, do Koborowa?
Spokój, spokój.
Dla nerwów to konieczne.
No i Nina się ucieszy.
Ona taka trochę samotna, biedna.
Co, na parę dni?
Może za tydzień.
Dziękuję królu.
A to teraz co, na śniadanko?
Do Bachusa, co?
Nie mogę.
Niestety nie mogę.
Jestem umówiony na śniadanie u księcia Rostockiego.
Co najlepsze domy w kraju przed panem otwarte.
No widzę, widzę, kochany prezesie, że pańskie możliwości
i stosunki są nieograniczone, a przy takich znajomościach
to...
A co tak?
Gdyby tak zacząć robić podkłady kolejowe na zamówienie
państwowe, no to dochody Koborowa by wzrosły trzykrotnie,
a to niewiele trzeba.
To jedno słówko i zamówienie Ministerstwa Komunikacji i
rzeka pieniędzy płynie.
A do kogo płynie?
Do nas.
Nie wiem.
Ale ja wiem.
Wystarczy, że kochany pan paluszkiem kiwnie o królu
z Włochy.
Niechże pan pogada z ministrem komunikacji, co?
Dobra.
Ale jak się przyjdzie układać, to niech pan
nie wyjeżdża, bo ja się na tym za
cholerę nie zamówię.
No czemu?
Oczywiście, oczywiście.
Ale przy pana genialnej głowie to ja jestem
spokojny, że nie będę potrzebny.
Znany spryciarz.
A i z uczciwością różnie.
Jakieś procesy o podkłady?
Coś tam było.
Tak.
To wielki spryciarz.
Takiego niełatwo wykiwać, cholera.
Moim zdaniem, panie prezesie, nie ma takiego wielkiego
spryciarza, który by nie znalazł większego.
A co pan kalkuluje?
Kalkuluje, że nasze czasy należą do tego, kto
umie łapać okazję.
Jaką okazję?
Kopuropo.
To piękny grosz.
Nie każdemu się zdarza.
Kunickiemu się zdarzyło.
Może się zdarzyć.
I panu.
Mnie?
Świat należy do tych, którzy umieją wyrzucić skrupuły
za okno.
Ale to znaczy nie być skrupulantami.
Panie prezesie, wie pan, że jestem dla pana
więcej niż życzliwy.
Wiem.
Dla pańskiego dobra.
A nie przeczę, że i dla mojego.
No, gadaj pan o cholerę.
A nie pogniewa się pan?
Co, ma pan mnie za głupiego?
Uszanowanie panom?
Pan to ma szłeb, panie Krzepiński.
Żeby się wszystko udało, dlaczego miałoby się nie
umieć?
W sztabach?
W sztabach.
Idę do ministra, a pan zajmie się rejtem.
Panie prezesie, to słoweczko w cyrku.
To niech cię kaczuszki podepczą.
Ja myślałem, że myślaczek trafi ze śmiechu.
To się nazywa określonką?
Może niezbyt salonowe.
Mamy w naszym krajiku za dużo ugrzeczniaczków i
fajtłapków.
Za dużo cukiereczków.
Silne słówko to tak działa, jak kubełeczek zimnej
woduni.
Byłem tak poirytowany, że nie mogłem wytrzymać.
Musiałem wygarnąć.
A teraz do interesiku.
Wprawdzie ostatecznej decyzji ja jeszcze nie mogę wydać.
Ale dla trzecigodnego prezesa zrobię wszystko.
Wprogi kolejowe zawsze się przydadzą.
To jest ma pan moje pszczeczonko.
Załatwimy się prędziutko.
Tak czy owaga, by szybciutko.
Taka moja metodka.
Mnie by chodziło o to, żeby załatwienie sprawy
trochę przeciągnąć.
Przeciągnąć, braciszku?
Nie śpieszy mi się za bardzo.
Szanowny prezes Unia musi być niebywały interesancik.
Czy ja mogę przyjść po odpowiedź jutro?
Dlaczego jutro?
A po co jutro?
Dzisiaj.
Jutro, kochanie, tylko załatwimy sprawę kontygentów i warunienki.
Ale to już z naczelnikiem Czerpakiem.
Załatwimy tę transakcyjkę z tego powodziku, że mamy
do prezesa Unia zaopatko.
Jestem pewni, że tak czcigodna osobka daje nam
gwarancję, że wszystko będzie w porządku.
Murowane.
Bardzo zdolniutki łebek.
Wierzej mi, kochanie, że każda grzeczna steczka zrobiona
jemu to dobrze ulokowany kapitalik.
Wiem, wiem.
Zresztą prezes Dyzma wywiera bardzo korzystne wrażenie.
I warto z nim trzymać.
Bądź co bądź jest filarem całego ich obozu.
A szapelki bankiczki jadą.
Taka głowa.
Samietka, prawda?
Taki przyjacielek może być nam kiedyś bardzo potrzebniutki.
Pleń i potencjał na moje nazwisko.
Ważne.
Wiele spraw w nią załatwię.
Została mi jeszcze z czasów administrowania w Koborowie.
Wszystko w absolutnym porządku.
A dowiedział się pan, kto w ministerskie będzie
załatwiał ten cały gips?
Niejaki Czerpak, naczelnik wydziału.
Jak?
Czerpak.
Śmiesznie.
Co to za facet?
A podobno można z nim pogadać.
Minister Pichlen uwiezł nam ułatwić sytuację.
Czego?
Witam, witam.
Dzień dobry.
Teatr powiadam kochanemu prezesowi.
Świetny.
Aktorki, tancerki, no stolica wiadomo.
Stolica.
Panie Krzewickim.
Czy też kochany prezes ma dla mnie jakieś
wieści?
Tak, byłem wczoraj u ministra.
Królu Złoty.
I co?
Ciężko było, ciężko było.
Ale obiecał nam pomóc.
Do Bogu dzięki, Bogu dzięki.
Spadł mi pan z nieba, kochanie pańnik ode
mnie.
Staram się jak mogę.
A może bliżej jakieś słówko?
Sprawa przeciągnie się kilka dni, może i tydzień.
Oczywiście wymaga szeregu rozmów i konfrontacji.
Nic jeszcze nie jest zdecydowane ostatecznie.
Może się pan do ministerstwa nie trudzić, ale
jak przyjdzie do finalizowania umowy będzie pan musiał
osobiście omówić szczegóły.
Świetnie, świetnie.
A jeżeli by jakieś koszty, to chętnie służę.
No za 5 tysiączków to trzeba będzie dać.
Niech będzie 6.
Odbijemy to sobie z ładnym procentem.
Kto chce szybko jechać musi dobrze osi smarować.
Nie bać się wydatków, kiedy się chce mieć
dochody.
A nie zmieniłby pan zajęcia?
Niepotrzebny są tacy rozumiejący, przedsiębiorczy ludzie.
Na przykład w dobrach pani Niny Kunickiej.
Kierownik Tartaków-Koborowskich.
No, co pana taką propozycję?
U pana prezesa?
Współpracować z panem?
Najchętniej.
Bardzo ciekawa propozycja.
Panie Czerpak.
Za dwa dni wezmiesz pan do siebie pana
Kunickiego.
Rozkaz.
Zacznie pan z nim nagrywać całą sprawę, ale
tak, żeby wiedział, że dostawy otrzyma, tylko trzeba
załatwić masę formalności.
Rozumiem, panie prezesie.
Już ja go wypiłuję.
Po trzech dniach takiej gadaniny powierzą pan, że
w piątek rano, pamiętaj pan, w piątek rano,
będzie przyjęty przez ministra Pilchena, który musi osobiście
z nim obgadać szczegóły sprawy, ponieważ na drugi
dzień wieczorem wyjeżdża na miesiąc za granicę.
Kapujesz pan?
Tak jest, panie prezesie.
To pan powiesz w czwartek rano.
Pamiętaj pan, w czwartek rano, o godzinie, powiedzmy,
jedenasty, pożegnasz się pan z nim, a o
pierwszy zadzwonisz pan do mnie do banku, będzie
u mnie Kunicki, poprosi go pan do telefonu
i powiesz pan, że minister Pilchen dowiedział się
o jakimś tam procesie i że ze wszystkiego
będą nici, jeżeli Kunicki nie przedstawi mi odpowiednich
dokumentów w tej sprawie.
A był taki proces?
Był taki proces.
Na to Kunicki powie panu, że ma takie
dokumenty, ale w Kowalowie.
To na pewno panu powie.
I że zaraz je przywiezie.
Że jeszcze zdąży przed wyjazdem ministra.
Na to pan powie, że to jest niemożliwe,
bo minister chce się z nim widzieć rano,
tak jak było umówione.
Kapujesz pan?
Tak jest, panie prezesie.
No.
Musisz pan to tak zrobić, żeby Kunicki musiał
kogoś wysłać po te dokumenty do Kowalowa, a
sam nie mógł ruszyć się z Warszawy.
Wiesz pan to potrafić, panie serwet?
Dla pana prezesa wszystko potrafię.
Nie pożałujesz pan tego.
Musi pan uwierzyć, inaczej wszystko diabli wezmą.
Spróbowałby nie uwierzyć.
Żeby tylko pani Nina w ostatniej chwili wszystkiego
nie zepsuła.
Bądź pan spokojny, damy sobie radę.
Panie prezesie...
Tak kochanego człowieka, jak najdroższy panikotem, jak czcigodny
prezes, nie ma na całej kuli.
Z podkładami już prawie, prawie dobijamy końca.
Czcigodność za czcigodność.
Chociaż jeszcze ta rozmowa z ministrem.
Ale potem jak już załatwimy z podkładami, trzeba
by pomyśleć o czymś jeszcze.
Słupy telegraficzne.
Psiakrew.
Pozwoli panie Kunicki, że zobaczę, kto tam czego
chce.
Ale proszę, proszę, kochany panie nikotemie.
Halo?
Tak.
Kto?
Tak jest, tak jest, wypadkiem spotkał pan.
Pan Kunicki jest u mnie.
Naczelnik Czerpak, szukał pana cały dzień.
Halo?
Moje uszanowanie?
Moje uszanowanie?
Czym mogę służyć panu naczelnikowi?
Tak.
Rozumiem, oczywiście.
Jaboczne.
Co jaboczne?
Albo co się stało?
Koniecznie żądają dokumentów z procesu.
I to do jutra, do ósmej wieczór.
Rany boskie.
A tu ja się ruszyć nie mogę, bo
audiencję u ministra mam o 11 rano, a
minister wieczorem pociągiem wyjeżdża nam cały miesiąc.
Co tu robić?
No radź, no radź, co robić?
Ratuj panie Dyzmo, panie nikotemie, kochany.
Mam.
Trzeba natychmiast zatelegrafować do Koborowa.
Niech panu przyślą te dokumenty.
A, żeby to było możliwe.
Dokumenty są w kasie obniotrałej, a klucze mam
przy sobie.
To może wysłać kogoś?
Przecież ma pan auto, może szofera.
Królu Złotym, jakże ja mogę dać klucze od
kasy szoferowi?
Tam są papiery, pieniądze, biżuteria.
Dokumenty, olbrzymiego znaczenia.
Boże, co robić?
Zaraz, zaraz.
Nie ma pan rodziny w Warszawie, kogoś bliskiego?
Panie żywej już.
To na podkłady trzeba będzie pogwizdać.
Ale panie, przecież to są miliony.
Przecież na to czekałem całymi latami, a tu
nagle...
Co za idiota ze mnie, że nie zabrałem...
Czego?
Teczki tej granatowej.
Pamięta pan, co panu pokazywałem?
Pamiętam.
Granatowa teczka.
Byłby jeden sposób.
Byłoby jedno wyjście.
Jaki?
Nie chciałbym pana prosić, ale pan sam wie,
jakie to ważne dla mnie i dla pana.
Jak to?
Miliony piechotą nie chodzą.
Panie Nicodemie, pan jest jedynym człowiekiem, który może
uratować sytuację.
Ja.
Panu.
Bo panu jednemu mogę zaufać.
Panie Nicodemie kochany, król złoty.
Niech pan mi nie odmawia.
Ale niby czego?
Ja wiem, że pan się zmęczy, ale wie
pan, przy pana młodym wieku, to co to
tam znaczy?
Niech pan się machnie do koborowa.
Niech pan mnie ratuje.
Patrzeć po cudzych schowkach.
Królu złoty.
Potem człowiek się ugania jak wariat, nie wyśpi
się.
Co ja pocznę?
Co ja pocznę?
Pal pana licho.
Pojadę.
Królu.
Królu kochany panie Nicodemie.
Który to klucz?
Ten.
Otwiera się bardzo prosto, ale trzeba koniecznie przekręcić
górną rozetkę na dziewiątkę dolną, na siódemkę.
Górna, dziewiątkę, dolna, na siódemkę.
Dzwoń pan po samochód.
Teczka z dokumentami leży na samej górze w
prawym rogu, także nigdzie więcej szukać nie trzeba.
Panie Nicodemie, kochany, tylko niech pan mi zapomni
dobrze zamknąć kasę i koniecznie przekręcić rozetkę.
Za pół godziny wracamy do Warszawy.
Pani w domu?
Tak właśnie, panie, u siebie.
Czy mam zameldować?
Nie, nie trzeba.
Przyjechałeś, nareszcie.
Nareszcie, mój słodki, jedyny, kochany.
Nie masz pojęcia, jak bardzo stęskniłam się za
tobą.
A ja?
To niby nie.
Nie zauważyłeś, obciąłam włosy.
Podoba mi się tak?
Bardzo.
Za długo przyjechałeś.
Wiesz, muszę się śpieszyć.
Ale dlaczego?
Muszę tam w gabinecie przeczytać parę papierów, porobić
notatki.
Gdybyś była przy mnie, nie chciałbym się nic
robić.
Minuś.
Jeżeli mi nic nie stanie na przeszkodzie, pobierzemy
się wcześniej, niż myślisz.
A jak się ma dobre kiepełko, to i
wytrycha nie trzeba.
W razie mojej śmierci spalić nie otwierając.
Ale ponieważ nie umarłem...
Konik.
Fałszywe zeznanie.
Przekup 100 urzędnika.
Konik.
Nie ma na co czekać.
Jedziemy do urzędu śledczyego.
A weksle?
Weksle?
Można by je zatrzymać na wypadek zmiany uczuć
lub zainteresowań pani Niny.
Ale bezpieczniej będzie spalić je.
Jeżeli jest pan oczywiście pewien, że pani Nina
wyjdzie za pana, to jest murowane.
No to klasa.
Jedziemy.
Wsadzenie Kunickiego do więzienia pociągnie za sobą jako
naturalną konsekwencję proces sądowy.
Tak, to prawda.
Otóż to.
A chyba taki proces, który z natury rzeczy
byłby wielką sensacją, nie byłby miłą rzeczą dla
pańskiej przyszłej małżonki ani dla pana, panie prezesie.
A więc co robić?
Byłoby może pewne wyjście z sytuacji.
Jakie?
Powiedzmy, że Kunickiemu grozi 10, a przynajmniej 6
lat więzienia.
To nie ulega wątpliwości.
Dowody są tego rodzaju, że nie potrafi się
z tego wymigać.
Otóż co by pan powiedział na to, panie
prezesie, gdybyśmy spróbowali ułożyć się z Kunickim?
Ułożyć?
On zrzeka się wszelkich pretensji do majątku żony
i do pana.
Za to pan daje mu, powiedzmy, pewną kwotę
pieniędzy i paszport zagraniczny.
Niech sobie jedzie na Zbity Wewód, gdzie chce.
Tak, tylko że może później wrócić.
A inna to jest rada.
Zrobimy tak.
Dzisiaj go aresztuję, bardzo surowo przesłucham, no pokażę
mu te wszystkie szpargały i zamknę, powiedzmy...
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.