Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
- Umówiliśmy się przy metrze. - Która jest?
- 12:22. - Racja! Pogrzeb, o której?
O 13:00. Uroczystość.
Nie mam ochoty jechać.
Na pogrzeb nikt nie ma ochoty jechać.
RODZINNE ZDJĘCIE - Jadał z apetytem...
- Ale mimo to umarł. - No właśnie, więc...
Bardzo to smutne.
A jak mama?
Tak sobie.
Dobrze, że często ją odwiedza pana mila żona.
- Była. - Słucham?
Moja była żona.
- To też smutne. - Bez przesady.
Jak się miewasz, mamo?
- Co to za jeden? - Twój syn Pierre.
- Gdybyś dbał o nią, pamiętałaby. - Słucham?
Doskonale słyszałeś.
- Ma demencję starczą. - Jasne, wygodnie tak mówić.
- Pójdę do dzieci. - Idź, idź.
Uważaj na jajka.
A możesz wiać...
- Jak się masz, Tom? - Dobrze.
Cześć, Smoku. Reszta nie przyjechała?
Tato, nie mów do mnie "Smoku", potem mam koszmary.
Wszędzie mi wyrastają łapy z pazurami i wszystko rozszarpuję.
Niemiłe.
- A z ust zamiast słów płynie mi coś brązowego. - Kupa?
Właśnie, rzadka sraczka.
- Nie martwi cię to? - Co?
"Z głębokości wołam do Ciebie, Panie,
o Panie... słuchaj głosu mego!
Nakłoń swoich uszu ku głośnemu błaganiu mojemu!...
"On pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach".
I wiedzie nas ku sprawiedliwości.
Wszyscy kiedyś...
kogoś straciliśmy.
Ludzie odchodzą, nie wiadomo, kiedy i dlaczego.
Ale Pan jest z nami...
- Jak tam? - Super.
W dolinie śmierci zła się nie ulęknę.
- Mao nie przyszedł? - Nie wiem.
Twój kij mnie prowadzi i pociesza.
Trzymasz się, tato?
- Tak. Uważaj, miażdżysz Sandrine. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. - Ciszej.
Idziesz...
Bóg jest z tobą, bracie...
Cześć...
- Lepiej się miewasz? - Czemu "lepiej"?
Tak tylko zapytałam.
Kogo dziś chowamy? Pierre'a?
Ależ nie, zobacz, idzie za tobą.
No tak.
Chowamy dziadka, twojego męża.
On umarł?
Biedaczysko.
Ja nie chciałabym umrzeć tutaj.
Wolałabym w Saint-Julien.
Zawieziecie mnie tam we trójkę?
Pójdę kupić bilety.
Babciu, chodź.
Musimy iść w kondukcie.
Nie widziałem zdjęć waszej trójki. To sprzed Wielkiego Wybuchu?
Po Wybuchu.
Mieszkaliśmy już osobno. To było...
- Trzy lata po rozwodzie? - Dwa
- Czemu tu jesteście razem? - Bo to w Saint-Julien.
- Z babcią, latem. Patrz, W szortach. - Nie zauważyłem.
Ja sprzątnę.
Przepraszamy.
- Weź przy okazji. - Babcia skończyła?
Zostało jeszcze z 1,5 kilo. Ale łyżka za łyżką zje.
Jest zadowolona, gdy się nią interesujemy.
Interesuję się.
Robię jej zakupy co tydzień, załatwiam dowożenie obiadów...
Twoja matka to nie kot, jedzenie nie wystarcza.
Moja. Ty masz swoją i nią się zajmij.
Uciekasz jak zawsze. Jak z dziećmi.
Twojemu synowi wciąż trzeba dawać kredki, żeby miał zajęcie przy stole.
Masz na myśli Mao?
- Ty go wychowałaś. - Ja tu siedzę.
- I słyszę. - Wszyscy was słyszą.
On cię potrzebuje.
- Nie zawsze tak mówiłaś. - Zawsze,
tylko nie słuchałeś. Fajniej bzykać sekretarki niż gadać o dzieciach.
Ty znowu o sekretarkach?
Na pogrzebie mojego ojca?
Wszyscy mają go gdzieś, nikt durnia nie znosił.
- Ona ma dość. - Czego?
Moja matka już się najadła.
- Przepraszam, babciu... - Wszystko w porządku, kochanie.
Dziękuję ci.
- Mamo! - Gabrielle!
- Czuję, że na mnie gapisz. - Wcale nie.
Tym lepiej, bo to wkurzające.
Jak tam?
Mogę?
Dzięki.
- Słyszeliście, co mówiła babcia? - Nie, a co?
Że chce umrzeć w Saint-Julien.
- Chyba jej zależy. Zastanówmy się. - Nad czym?
Żeby ją zawieźć tam, gdzie chce umrzeć.
Może nie chce tak od razu?
- Nie wiem, ale porozmawiajmy. - Mogła też powiedzieć,
że chce mieszkać w jurcie z majtkami na głowie.
Nie nakręcajmy się, już zapomniała.
- Nie nakręcam się. - Właśnie, że tak.
- Nie nakręca się. - Pomyślałam,
że to ważne i porozmawiamy jak dorośli. Myliłam się.
Nie myliłaś się, "zastanowić" się można.
Dobra, nieważne,
palnęłam bzdurę. Wyrzucę śmieci i resztę mam w dupie.
Okropnie znerwicowana.
Jak byłem mały, nie odzywałem się. Na złość mamie.
Była upierdliwa, chciała ciągle ze mną gadać. Jest psycholożką.
Rozmawiałem tylko z Johnem, moim misiem.
A gdy umarł, znów zacząłem mówić.
Kto umarł?
Mój miś John.
- Misie nie umierają. - Umierają.
W mojej rodzinie mogą umrzeć nawet pluszaki.
Mama i ja pochowaliśmy go w ogrodzie. Pożyczyła łopatę.
Kuku!
- Ktoś ma przyjść? - Twoja matka.
- Nie! - Tak.
O cholera.
Idę pod prysznic.
Tylko nie pozwól jej nic gotować.
- Cześć, Tom. - Dobry wieczór.
Sam jesteś?
- Gdzie mój mały Smok? - Pod prysznicem.
Pacjent przyniósł mi pory.
Zrobię wam pyszne fondue.
Chyba miała coś w planie.
Świeże warzywa dobrze wam zrobią.
No nie!
No i?
Pyszne.
- Klient ci przyniósł pory, tak? - Pacjent.
Tak nie można, wiesz o tym?
Można, sama widzisz.
- Jesteś psychologiem, mamo. - Właśnie.
Na świecie istnieją biedni ludzie i płacą tym, co mają.
W tym przypadku porami.
Więc się godzisz na takie honorarium?
I przyjmujesz go zawsze przed przyjściem do mnie?
Nie wiem, nie zauważyłam.
Miałaś powiedzieć mamie coś o babci.
Urządźmy jej urodziny.
Została sama, więc pomyślałam, że milo jej będzie z nami.
- Ale nie wiem. - Świetny pomysł, skarbie.
- To siódmego? - Szesnastego.
Doskonale.
A tak przy okazji...
- Spotkałam Virginie Bateau. - Super! A kto to?
Chodziłaś z nią do drugiej klasy w podstawówce.
Nie pamiętam. I co?
Nic, trochę poplotkowałyśmy.
Wiedziałaś, że jest w ciąży?
Nie wiedziałam o ciąży Virginie Bateau,
- bo nie wiedziałam, kto to taki. - Fakt, że spytałaś.
Idę wysuszyć włosy-
Spięta jest.
Za dużo tego wszystkiego. Pory, ciąża Virginie Bateau...
- Chyba byłam nietaktowna. - Chyba.
. Pójść do niej? - Nie.
Posiedzimy troszkę, a potem...
Ja pójdę do niej.
PAŃSTWOWE TOWARZYSTWO KOLEI FRANCUSKICH
Tu jesteś...
Znalazłam to w rzeczach babci.
Twój rysunek z Saint-Julien z okresu, kiedy się nie odzywałeś.
Pamiętasz?
Doskonale.
Wy z tatą w domu, tu choinka. Ten czarny bazgroł...
to ja. A w ogniu pali się mama.
Nie czas na tort?
- Szlag, zapalę jeszcze raz. - Po co? Zdmuchnie resztę.
Zdmuchnij, babciu... Musisz dmuchnąć na tort...
Na tort...
- Nie chce. - To przynosi pecha.
Zdmuchnij, babciu. Zobacz...
Wszystkiego najlepszego, babciu!
- Nie zdążyłam na świeczki! - To nic.
Szkoda pamiątki.
Babcia kilka razy wychodziła z domu po nocy,
Prawda?
Kupić bilety do Saint-Julien. Taką ma teraz obsesję.
Ale było zamknięte.
Zastanawialiśmy się z waszym ojcem...
Udało nam się porozmawiać. Uznaliśmy, że trzeba coś wymyślić,
aby nie mieszkała sama. To niebezpieczne.
Co zrobimy, Pierre?
- To, co postanowiliśmy. - Ale dzieci nie wiedzą.
- Jeszcze nie. - Trzeba powiedzieć.
- To mów. - Powinieneś ty.
- Nie róbmy cyrku. Powiedz i już. - W większym stopniu to tyczy ciebie.
Przecież sama chciałaś.
- Ale ustąpię ci ze względu na więź. - Nie zgrywajcie się.
- Umieścicie ją w domu starców? - Nie.
- W pewnym sensie tak. - W pewnym.
Porzucicie jak starego psa.
- Zgłupiałaś? - Nie pozwolę wam.
- Ona tam zdechnie. - Nie przesadzaj.
O przepraszam.
- Będzie zagubiona. - Już jest mocno pogubiona.
- Halo, słyszysz, co wygadują? - Tak.
I co ty na to?
Rozmawiamy o niej, jakby jej tu nie było.
Co o tym sądzisz, babciu?
Cieszę się, że jesteście, bo niedługo jedziemy do Saint-Julien.
Możemy kolejno brać ją do siebie.
- Dobry pomysł. Na zmianę. - Nie,
kiepski pomysł.
Każde z nas ma swoje życie...
- On nie. - Co takiego?
- Żartuje, że nie masz swojego życia. - Superśmieszne.
Oj, tam. Piszesz się?
Nie.
Dlaczego?
Bo nie mieszkam u siebie, tylko u Stephane'a. Nie można tak.
Ja odpadam. Ale pomysł super.
Myślisz tylko o sobie.
A co, nieprawda?
- Głupi sobek. Coraz głupszy. - Bo mieszka z palantem.
Stephane to poważny facet. Pracuje,
a nie pluje ogniem na festynie L'Humanite.
Co ty? Sam nas tam ciągałeś.
Nie sprzeczajmy się, spróbujmy znaleźć rozwiązanie.
Ja Ją Wezmę pierwsza.
Ja po tobie. A wy róbcie, co chcecie.
I po sprawie.
- Ton jeszcze jest, kochanie. - Nie, dzięki.
Babciu...
Babciu!
Zostań ze mną, zaraz kończę.
Usiądź sobie tutaj i zaczekaj na mnie, dobrze?
Nie ruszaj się stąd.
Dzień dobry, skarbie.
- Co to za list? - Nie wiem, czytałaś go.
Odpowiedź ws. wywiadu środowiskowego?
Mówiłem miliard razy, chcę mieszkać z tatą.
- Dzień dobry, moje dziecko! - Cześć, babciu.
- Usiądź. Posegregujesz monety? - Chętnie, dziękuję.
Napisałeś przeciwko mnie wniosek o wywiad?
Pedagog mi poradziła,
bo po tym, co przeżyłaś, nie pozwolisz mi się wyprowadzić.
A co takiego przeżyłam?
Mama cię porzuciła, taty nie obchodziłaś,
rodzeństwo brutalnie rozdzielono, z moim tatą ci nie wyszło,
- zostałem ci ja i babcia. - Mały mądrze mówi.
- Nie rozumiesz. - Czyżby?
- Sądzi, że może mieszkać z ojcem. - Nie znam go.
Nie znasz.
Solal też go nie zna.
Nigdy razem nie mieszkali. Ja mieszkam z nim od początku.
Ojciec zabiera go raz na miesiąc na parę godzin.
Ja jestem z synem dzień i noc.
Co dzień go odprowadzałam do szkoły i co dzień go odbierałam.
Od zawsze.
Zależy mi, aby miał ustabilizowane życie.
Jestem przy nim i nie ruszam się stąd.
Wie, gdzie mnie znaleźć.
I tak napisali, że nie przyjdą.
To, żebyś mogła wziąć prysznic.
Gdzie jest?
- Co cię napadło? - Krępuję się.
Ja też, ale jej tak nie zostawimy.
Właściwie to brudna nie jest.
Właściwie nie.
Ręka, babciu...
Druga ręka...
- Zdjąć koszulkę? - Tak.
Podnieś ręce...
- Tak wygląda śmierć? - A nie?
Nie wiem.
- Uśmiecha się pan z tego powodu? - Nie.
Nie uśmiecham się.
- I nie jest pan chory? - Nie.
Jestem?
Nie wiem. A pan jak sądzi?
Chyba nie, to inni się martwią.
A dlaczego?
Bo sobie nie radzę. Z dziewczynami...
z alkoholem...
z rodziną iw ogóle z ludźmi.
Bo czasem sam pan naraża się na ryzyko.
Nerd Game, słucham?
Chyba przeciążyli instrukcje automatu skończonego.
Kaina robi salta zamiast się bronić i Gorbosy ją pożerają.
- No jasne... - wymiatasz, stary.
- Załapałeś, co zrobił? - Tak.
- Masz coś przeciwko rozmowie? - Nie.
Bo... to dla mnie trudne.
Jak ci na imię?
Candy.
Naprawdę.
Jak ta kreskówka? To znaczy...
Jak w kreskówce?
To niesamowite. Ja jestem Mao.
Jak w "Tajemniczych Złotych Miastach"!
Tam był Tao. A Mao to po chińskim przywódcy.
65 mln zabitych to sporo, nie?
Rodzice mają niesamowitą moc szkodzenia.
Jaką moc?
Moc szkodzenia!
No tak...
- Pomocy. - Co on?
- Porażka. Słyszałaś o Mao? - Kto to?
Jakiś Chińczyk, zabił miliony.
Kierunek: Dworzec Austerlitz, pociąg za minutę. Następny za 5 min.
Zostawiam ją tu.
Wychodzisz?
Do roboty. Popilnuj jej.
Weź ją ze sobą, mam spotkanie.
Gdzie?
No mam.
Zrozumiałam. Gdzie?
Nieważne, nie pójdę.
Idź, nie ma sprawy. Tylko powiedz, gdzie.
Elso, to ma być niespodzianka.
Przepadło. Powiedz.
Mam obejrzeć mieszkanie o jeden pokój większe.
Ewentualnie... no wiesz, dla dziecka.
- Pamiętasz? - Super!
A na razie będzie dla babci.
Właśnie, na razie.
Babciu, jedziesz ze mną... Biedna.
Chodź.
Co ja z nią zrobię?
Podaj ją, Jean!
To niebezpieczne, proszę pani.
Daj walizkę.
Co ty tam wyprawiasz?
MYJĘ okna.
- Uważaj, bo spadniesz. - Spoko, trzymam się.
- Popilnuj babci, spieszę się. - O nie, wykluczone.
Powiedziałem, nie mogę!
Nie mogę jej pilnować!
- Pa, babciu. - Elsa, słyszysz?
- Gabrielle ją odbierze o 18:00. - Zaczekaj,
zabierz, ją!
Cześć, Mao!
Dzień dobry, jestem Clara,
pracuję z Mao.
A mnie zawiozą do Saint-Julien i tam umrę.
No to... biegnę dalej.
Ciągle mu wkładałam ten pajacyk, uwielbiałam go.
- Po co opróżniasz ten pokój? - Ja...
Nie wiemy jeszcze.
Na razie, żeby był pusty.
Solal chce zamieszkać z ojcem. Głupota.
A to?
Weźmiesz, czy wywalić do kosza?
Lubisz wyrzucać rzeczy, co?
Pamiętasz, jak wyrzuciłeś naszego kota?
Był rozjechany na placek.
Ale śmietnik to zbyt radykalna forma pogrzebu. Elsa podniosła krzyk.
Powiedz, czy weźmiesz, bo muszę zrobić miejsce.
Jasne, rozumiem.
Zatrzymam.
Może byś z nim pogadał?
Z kim?
- Z Solalem. - A co mu powiedzieć?
- Że źle zrobi, zamieszkując z ojcem. - A chce z nim zamieszkać?
- Później pogadamy. Skończmy to. - Dobrze.
Na pewno masz gdzie schować to wszystko?
Jasne, nie martw się.
- No co? - Wiem o Solalu. Powiedział mi.
- Że chce się przenieść do ojca? - Tak.
To mu przejdzie, typowe dla chłopców.
Po co się tak upierasz?
Mamo, jak powiem, znów będziesz się boczyć.
- Wcale nie. - Naprawdę?
Upieram się, bo kiedyś chciałam, żeby moja mama się uparła.
Byłabym szczęśliwa, mogąc z nią mieszkać.
- Widzisz, że się boczysz? - Wcale nie.
- Czemu babcia się boczy? - Wcale nie. Gdzie prababcia?
Babciu!
Przepraszam.
Nie ma sensu tak się denerwować.
Łatwo ci mówić! U ciebie wszystko super, a ja jestem "nullipara".
To znaczy tylko, że nie rodziłaś.
Mam FSH poniżej normy, za dużo LH i beznadziejny estradiol.
- Ale prolaktynę super. - Na kij nam ona!
Ten cholerny poziom progesteronu!
Powiedziała, że masz śliczne jajniki i przepiękne trąbki.
Uwierz facetowi z plemnikami
o postępującej ruchliwości 60 proc. Godzinę po ejakulacji.
Babciu, twoja kolej.
- Co to za bzdura o barycentrum? - Nie bzdura, odkryłem coś obłędnego.
Alkohol ci pozwala poznać twój środek ciężkości.
Kiedy pijesz... tzn. dużo...
Jeśli na bani przypominasz siebie choć trochę, wszystko w porzo.
Ale jeśli się różnisz, to masz problem.
O, królowa wieczoru!
- Śliczna Clara. - Chciałam z wami wypić.
Zdrówko.
Fajnie nam się pracowało, bez ciebie będzie jakoś dziwnie.
Mnie też.
- Bingo! - Bo co?
Rozpłakała się.
- Bo jej smutno. - Nie.
Płacze, bo się upiła.
- Nie łam się. - Wiem, ale z wami było fajnie.
Szkoda, żeby magister ekonomii odbierała telefony.
Wiem, tylko że z wami było tak fajnie!
Rozumiem, ale...
Może chipsa?
Jesteś taki miły...
Tak fajnie było z wami...
- Wszystko będzie dobrze. - No...
- Nie zadzwoniłaś, że czekasz? - Ponoć nie odbierasz.
- I tak nie mam telefonu. - Dzień dobry!
- Pójdę już. - Na razie.
- Musisz być niemiła? - Wnerwia mnie ten typ.
Superwyluzowany, superprzystojny, supermiły, aż mdli.
Racja, to straszne.
Po co przyszłaś?
Nie masz co mnie prosić, żebym się zajął babcią.
- Nie o to mi chodzi. - Więc o co?
Chciałam...
żebyś pogadał z Solalem... Widywał się z nim...
i żebyście robili rzeczy odpowiednie dla chłopca.
Czuję, że mu nie wystarczam.
Potrzebny jest facet.
Męski wzorzec.
Pomyślałam, że ty...
ty mógłbyś to robić.
Czemu nie poprosisz taty?
- Racja, poproszę. - On bardzo cię kocha.
- Bardzo. - Wszystko się ułoży.
A w czym problem?
W niczym. Masz rację, to tylko nastolatek.
Wstydzi się mojej pracy. Nie rozumie i tyle.
- To czemu jej nie zmienisz? - Fakt, ciekawe.
Mówię poważnie. Zrób krok w jego stronę.
Od nas odeszła telesekretarka. Umiesz odbierać telefony?
Spójrz na swoją siostrę.
Nie możesz tak, wieża porusza się prosto.
Zostaw, mamo.
My gramy.
Chcesz to?
A tu mogę?
Nic to nie da, ale tak.
Prosiła, byś ze mną porozmawiał?
- Mama. - Nie.
Tym lepiej.
Powiesz jej, żeby mnie puściła do taty?
Spróbujemy z nią pogadać.
Zabawne, odkąd jesteś z Sandrine, mówisz "my", a nie "ja".
Owszem, zabawne.
- W którym jest miesiącu? - Słucham?
- Sandrine, w którym miesiącu ciąży? - Ale...
Słyszałem waszą rozmowę.
- Powinieneś powiedzieć innym. - Powiem.
Czekamy na odpowiedni moment.
Powiedziałeś "czekamy".
- Będzie szok, jak się dowiedzą. - Nie...
Niekoniecznie.
Twoja kolej.
Możesz wejść, wolne.
Wszystko dobrze? Oswoiłaś się już?
W porządku. Pogadamy później? To krępujące.
Jasne...
To było...
Przepraszam, że...
Nie przejmuj się, to nic.
- Że przez drzwi. - Nie szkodzi...
O, przepraszam.
No już, spulchniamy.
To nie wiocha, kurde, żeby dziabać ziemię!
Rusz się, bo cię dziabnę w łeb!
Dobra, wyhamuj.
Każą wam spulchniać, to spulchniajcie. Bez dyskusji!
Spokojnie, psujesz całą robotę!
Kto kogo tu resocjalizuje? Ty mnie?
Ja diluję, wyrywam torebki, bawię się w Indian ostrymi strzałami?
- Ja? - Dobra, już spulchniam.
Niby to proste, a dla mnie nie. Wszystkim łatwo oprócz mnie.
Wiem.
Tyle bab zachodzi w ciążę niechcący!
"Kochaliśmy się raz i hop! Nawet nie było penetracji".
No co ty, musiała być.
- Widziałem się dziś z twoją siostrą. - Ja też.
Sądziłem, że mnie nienawidzi, a jednak...
nie.
Owszem, nienawidzi.
A co ze mną jest nie tak?
Nie wiem, może coś symbolizujesz.
Wyalienowanie ludu przez wielki kapitał.
Ja jestem ludem, ty wielkim kapitałem.
- Serio? - Serio.
Aż tak chyba nie nienawidzi, skoro mnie pocałowała.
Racja.
Mówię o prawdziwym pocałunku, przysięgam.
W toalecie.
Całowaliście się w toalecie?
Postaram się o tym zapomnieć.
- Źle to odebrałeś. - Wyobraziłem sobie.
O cholera,
- widzę was! - Źle, że ci powiedziałem.
A wahałem się.
- A pani, dokąd idzie? - To nie szkodzi.
Szkodzi, ja pracuję.
Idę tylko tam.
Doskonale słyszę.
Ale mieliśmy interwencję, a pani wparowała w sam środek.
To niebezpieczne, proszę państwa.
Wyobraźmy sobie, że podczas pożaru zjawia się kobieta
i daje strażakowi niemowlę do potrzymania. Niełatwo mu pracować.
I taką sytuację mieliśmy.
Z tym, że to starsza pani.
I nie musiał pan jej trzymać na rękach.
I nie jest pan strażakiem. I nic się nie stało.
Dość, pan już zrozumiał.
Starałem się wytłumaczyć...
Przywołałem coś podobnego... jak to się mówi?
- Analogię? - Właśnie...
chcąc dać do zrozumienia, że to poważna sprawa.
I dobrze pan zrobił.
Nie ma już papieru, więc pójdę po ryzę.
Przepraszam. Proszę nie wstawać,
są kółka. Mała przejażdżka.
Przyniosę ryzę.
- Co on zamierza? - Poszedł po papier.
A po co?
Nie wiem, może napisze raport.
Zapudłują babcię?
- To by cię urządzało. - Dowcipnisia.
Od kiedy ty podlizujesz się glinom? "Analogia"!
Próbuję załagodzić sytuację. Jesteście nieodpowiedzialni.
Ona nie może z wami mieszkać.
Jest kompletnie...
W Vitry zwolniło się miejsce,
nie mamy wyboru.
Ona chce tylko umrzeć w Saint-Julien. Nic: więcej.
Więc mam się tam przenieść i czekać na ten dzień?
Rozumiem, wolisz się jej pozbyć.
Dom seniora jest mega drogi, i tak was nie stać.
- Mao stać. - Co takiego?
To Mao będzie płacił.
- Chyba żartujesz? - Sam zaproponował.
Miałem odpowiedzieć: "Wykluczone"?
- On jest nadziany i jemu to wisi! - Właśnie.
- I dlatego zapłaci. - Palant.
- Smoku... - Palant!
Słucham? Przyniosłem ryzę.
- Dzień dobry, panie Bronchard. - Witam.
W tej sali nasi pensjonariusze oglądają TV, czytają,
grają w gry planszowe. Dzień dobry paniom!
Choć czasem nie chcą wyjść z pokoju.
Wyobrażam sobie.
Pewnie nie jest łatwo...
Bo nie wszyscy mają... szczelną bańkę.
Proszę?
To znaczy... są starzy, więc...
Trzeba im wymyślać różne zajęcia.
Bo to nie są... zwierzęta.
Nie wystarczy ich karmić.
Dam panu papiery do wypełnienia.
Będzie tu pani dobrze.
Będę się trzymał podanych instrukcji.
W razie czego będę obok.
Wygląda na miłego ten doktor.
- To Pierre, pani syn. - Tym lepiej, bo chyba miły.
Jest bardzo miły.
Skarbie, odżyj. Musisz walczyć.
Liczę na ciebie.
Postaraj się, słoneczko.
To roślina, mamo.
Nie rozumie.
Trzeba do nich mówić, to im pomaga.
Załóżmy.
Ale ta uschła.
Twoja prośba jej nie wskrzesi.
- Coś nie gra? - Gra.
Mam już prawdziwą pracę, jak chciałeś.
Zrobiłam krok w twoją stronę. Obyś to docenił.
Doceniam. Dzięki, mamo.
Zapomniałem ci powiedzieć... Będziesz miała braciszka.
Czekasz na autobus?
Właśnie.
- Mam skuter, podwieźć cię? - Nie, dziękuję.
- Jedź, ja nie chcę. - Słyszałem...
- Głupio się czuję. - Ja też.
To dobrze, nie można rzucać się tak na kogoś.
- Nie jesteśmy zwierzętami. - Jasne.
Chciałem tylko powiedzieć, że nie mogę przestać o tym myśleć...
Serio?
Nie mogę teraz się wpakować w żaden romans. To niemożliwe.
Dziś jest 25 lutego. Pierwszy test stanu nietrzeźwości.
Filmowany...
Po trzeciej szklance powinienem coś poczuć.
Znajdę swój środek ciężkości.
I potem poszedł pan zwymiotować, tak?
- A teraz pan wraca. - Ale zaraz znowu pójdę.
I zostanę troszkę dłużej.
- I co? - Nie.
To pytanie do pana.
Już wiem, że środek ciężkości mam nisko, na wysokości sedesu.
Nic niepokojącego w porównaniu do poprzednich dni.
W Atlancie ulewy i burze, temperatura 14 stopni.
W Kajennie 31 stopni i pogorszenie pogody...
Zamierzałem wam powiedzieć, to przecież oczywiste.
Czekałem tylko na dobry moment.
Zresztą, to się stało przypadkiem, nie planowaliśmy.
Jasne, samo się zrobiło. Ot, wielka magia życia.
Bez penetracji, co? Nie uciszaj mnie, są głusi!
Musiała być. Nie da się zrobić dziecka bez penetracji!
Temat penetracji wolałbym pominąć.
Ja chyba też.
Dlaczego akurat z Sandrine? Zmieniasz kobiety jak rękawiczki.
To już przeszłość, zauważyłaś chyba, nie?
Z nią wszystko jest proste.
- Dobrze mi, chcę się ustatkować. - W twoim wieku?
Nie jest taki stary.
- Czyją ty stronę trzymasz? - Nie wiem, a muszę?
Ma 60 lat. W najlepszym razie za 20 lat umrze. Dobry wiek na ciążę?
- Co cię tak śmieszy? - Nic.
Niekoniecznie umrę, jak mi stuknie 80.
A dzidziusie są słodkie.
ŚMIERĆ UMIERA, BŁĄD: JA UMIERAM. WOMBAT GINIE...
Umarła.
Nie umarła.
Śpi.
Wiem, że nie śpisz.
- Idź, będę szedł za tobą. - I mówił do moich pleców?
I tak mi ciężko się zakolegować. A ty z bułeczką, to już mogiła.
Przyszłam ci powiedzieć, że odeszłam z pracy.
Nie lubię siedzieć w zamknięciu...
- Rozumiesz? - Nie.
A poza tym zgadzam się, żebyś zamieszkał z tatą.
Naprawdę?
- Dzwoniłam do niego w tej sprawie. - Od kiedy?
Od kiedy zechcesz.
Dobra.
Dziękuję
Nie ma za co, skarbie.
Dzień dobry!
Dobrze wyglądasz.
Mały tu spal.
Mao?
Odwiedził cię?
To mile,
pewnie się ucieszyłaś.
Jak się miewasz?
Martwię się, że umrę, zanim zobaczę dzidziusia.
Dzidziusia?
- Pójdę kupić bilety, zanim zamkną. - Nie martw się. Czyjego dzidziusia?
Elsy?
- Niespodzianka! - Dzięki.
Mogę wejść?
Wejdź.
- Pogadamy? - Nie wiem, jestem zmęczona.
Nic dziwnego w twoim stanie.
- W jakim stanie? - Przepraszam. To tajemnica?
- O czym ty mówisz? - O niczym.
- Nie ma Toma? - Wyszedł.
- Daruj sobie ten uśmiech, rozstajemy się. - Dlaczego?
- Dlatego. - Trzeba walczyć,
to początek nowego życia.
Nie możemy mieć dzieci. Tzn. może, gdyby się postarać...
Ale nam to się nie uda.
Atmosfera gówniana, po co ono ma się pchać na świat?
Wie, że tak naprawdę go nie chcemy.
- Wezmę to z powrotem. - Dlaczego?
- Rozmiar chyba zły. - Nieważne.
Oddaj mi...
Przykro mi, skarbie. To babcia mi powiedziała.
Przepraszam.
Jesteś naprawdę...
Słodki obrazek...
Ale ile razy można?
Tata czeka na mnie na dole.
Co takiego?
O nie!
- I co? - Ocknęła się.
A gdzie Mao?
- Zostawiłam mu 14 wiadomości. - Rozmawiałeś z babcią?
Trochę, ale jest jeszcze lekko oszołomiona.
Zatrzymają ją w szpitalu.
Kręci nosem, ale cóż...
Podobno zapomniała zjeść.
I dlatego się przewróciła.
Miała za niski poziom cukru.
W sumie to nic groźnego.
Tak, jestem na moście.
Ja też cię nie widzę. Gdzie jesteś?
"Niżej"?
Ożeż...
Widzę, już nie machaj.
Nie umiem się wspiąć.
- Podaj rękę. Skąd się tu wziąłeś? - Nie pamiętam.
- Nie pamiętasz? - Na szczęście spadłem tutaj.
Odbiło ci?
- Rzuciłeś się do wody? - Chyba się potknąłem.
- Kretyn. - Dokąd idziesz?
Mam już dosyć twoich debilizmów.
- Chcesz zdechnąć, to zdychaj. - Spadłem niechcący!
Stephane!
Odejdę...
Zanim ty odejdziesz ode mnie.
- Opuścisz mnie? - Tak.
Ale ja nie chcę.
Chcesz. Właśnie tego chcesz.
Wolę sam podjąć decyzję.
- Choć raz. - Już mnie nie kochasz?
- Kocham. - Wobec tego nie odchodź.
Znoś mnie. Nie?
Nie.
Nie opuścisz mnie chyba w gównianej bryce?
Tu akurat jestem w stanie.
To Mao.
Dzięki.
- Dziękujemy. - Nie ma za co.
- Nic ci nie jest? - W porządku.
- Dziękuję. - Drobiazg.
- Tom ode mnie odszedł. - Cholera.
- Trzymasz się? - Jasne.
- Niby czemu mam się nie trzymać? - Bo odszedł.
To lepiej. Nie było nam już dobrze ze sobą.
Rozumiem.
Długo siedziałeś na tych pływakach?
Nie pamiętam.
Nockę chyba zaliczyłem.
Odwieźć cię?
Nie, dzięki.
Przejdę się, jestem odrętwiały.
No co?
Zamiast śmierci tylko odrętwienie,
to super.
Wcale nie chcę umrzeć, po prostu spadłem.
Cześć.
Babcia trafiła do szpitala.
- Dzień dobry, ja do pani Sorel. - Sala 6.
- Długo już śpi? - Około kwadransa.
- Jak ci się układa z tatą? - Układa się. Rzadko go widuję.
Ale dozorczyni jest sympatyczna.
Zadzwoń do mamy, humor ci się poprawi.
Ona nikomu go nie poprawia.
Opowiedzieć ci coś?
Jak była mała, przeprowadzili się...
- Litości, nie wspomnienia! - Z tatą i Elsą...
- W nowej szkole nikogo nie znała. - I?
Zgłosiła się na...
przedstawicielkę klasy.
- Głosowali. Dostała zero głosów. - Nic dziwnego, nikogo nie znała.
Zero, głupku.
Nie zagłosowała nawet na siebie.
Ta osoba, która żyje wewnątrz pani, niekoniecznie chce panią skrzywdzić.
Dlaczego więc to poważna sprawa?
Wobec tego proszę do mnie przyjść...
- Tym pan zapłaci? - Słucham?
Za konsultację, warzywami?
Nie, płacę pieniędzmi.
Oczywiście.
Nie prościej znów zacząć palić?
Zwariowałaś? To trucizna.
- Nie wiem, po co przyszłam. - Gdzieś już to słyszałam.
Nie jestem pacjentką, chcę tylko pogadać z matką.
Czuję się znakomicie!
To żałosne. Nim coś powiem, zawsze myślę: "Słyszała to z tysiąc razy".
Nie umiem z tobą rozmawiać.
- Wkurzające to twoje zasłuchanie. - Serio? No to nie słucham.
Zastanawiam się, skąd we mnie tyle gniewu.
Może dlatego, że wszyscy żyjemy każdy sobie.
Rozumiesz?
Potrzebuję to zebrać do kupy, żeby odzyskać wewnętrzny spokój.
Miałam tyle matek! Przywiązywałam się,
ale miały nas gdzieś.
Zależało im tylko na nim.
A że on robił głupstwa...
w końcu odchodziły.
Pojawiała się nowa i tak w kółko.
Tylko babcia była zawsze.
Muszę wziąć urlop.
Zawiozę ją do Saint-Julien.
Nie proponuję ci, że pojadę.
Nie proponujesz.
- Mao nie przyszedł. - Wiem.
Ale dobrze, że cię zastałam.
Ciebie.
- Nie stójmy tu. - Postoimy... Żeby się nie dotykać.
Widzisz? Kiedy się nie dotykamy, nie zostaje nic.
Nie dzieje się nic.
Czyli nie jesteśmy zakochani. Nie kocham się w tobie.
To najlepszy dowód.
I musiałaś przyjść mi o tym powiedzieć?
Bo zwykle się fatygujesz, by oznajmić to każdemu,
w kim się nie kochasz?
Piekarzowi z rana,
facetom napotkanym w metrze, kioskarzowi, japońskim turystom?
Nie.
Więc nie rób tego.
To bardzo przykre...
i obraźliwe.
Racja.
Przepraszam.
Może to przez moje siostry.
Co przez siostry?
To, że nie potrafię normalnie żyć.
Proszę dalej.
Przypomniałam sobie, że jako dziecko bardzo je kochałem.
Wyleciało mi z pamięci, a teraz wróciło.
Bardzo je lubiłem.
Ale nigdy ich nie widywałem. Tylko latem w Saint-Julien.
Czekałem.
Na co?
Na lato... w Saint-Julien.
Przyniosłem ci coś ciepłego.
Musisz jeść.
Nie jestem głodna, dziękuję.
Wiem, że tu nie jest...
zbyt wesoło, ale...
Postaraj się.
Nie jestem zbyt rodzinny.
Nienajlepszy ze mnie ojciec i syn.
Dobrze wiem, że z dziećmi...
trochę Zawaliłem sprawę.
Powinnaś była mi powiedzieć.
Fajnie z twojej strony, że zabierałaś całą trójkę latem.
To miało duże znaczenie.
Ja byłem pochłonięty swoimi sprawami.
Robotą...
kobietami.
Szybko zleciało.
Któregoś ranka...
budzimy się starzy...
i bezradni.
Nigdy ze sobą nie porozmawialiśmy szczerze, szkoda.
Wiem, że nie jest ci łatwo...
Tak bym chciał, żebyś mnie poznawała...
Nie przejmuj się.
Ne...
zjedz, proszę.
Rozluźnij się...
oddychaj miarowo...
i skup się na tym, co chcesz wyrazić swoim ciałem.
Czuję się jak sparaliżowana.
- Może spróbujemy... - Nie powinnaś mówić.
OK, nie mówię.
Zobacz...
Pierwszy raz widzę to, co ty.
- Mam ochotę się ruszyć. - Coś podobnego!
W sensie ogólnym, zmienić coś.
W swoim życiu.
W życiu?
Ja też.
Nadal chcesz jechać do Saint-Julien?
Chętnie pojadę.
Jak cię zawieziemy, nie umrzesz od razu?
- To nie szkodzi. - Szkodzi.
Dlaczego?
Bo będzie nam smutno.
Ach, dlatego.
Dlatego.
Ale i tak chcę.
Cześć!
Cześć.
Ty nie w przebraniu?
Zastanawiałam się, co mogę robić innego.
Może coś bardziej mobilnego, skoro jesteś już duży.
Cieszę się, że przyszedłeś.
- Możesz wrócić, kiedy zechcesz. - Wiem.
Wyleciał mi ząb. Chcesz go?
Tak.
Pójdę już.
Nie pocałujemy Się-
Wolę nie.
Ale możemy zrobić tak.
To amerykański uścisk.
Może jeszcze raz, żebym lepiej poczuła?
Dziękuję
Pa.
Cześć.
- Tym razem przyszłam do Mao. - Nie ma go.
Zaczekaj.
A, dzień dobry!
To Gabrielle.
Poznaj mojego brata Philippe'a i jego żonę Tiphaine.
- Kielicha jednak wypijemy? - Jasne...
Z fachowcami zawsze to samo. Jeśli mogą cię okantować, kantują.
To proste, nie dam im ani centa, póki nie założą osłonek.
Taki od razu widzi, z kim ma do czynienia. Ja się nie patyczkuję.
- Nie dam im ani centa. - A pyłu tyle wszędzie!
Nie zapłacę im. Taki od razu widzi, z kim ma do czynienia...
- A Gabrielle jest siostrą Mao... - Już rozumiem.
- Co pan rozumie? - Oboje jesteście dość oryginalni.
A co w końcu z osłonkami?
Zna pan dobrze mojego brata?
- Jak panu na imię? Zapomniałam. - Philippe.
- Rodzicie się nie wysilili, prawda? - Słucham?
Pewnie macie brata, którego nazwali Thierry?
- Pies się wabi Medor, a kot Minou... - Przynieść owoce?
O tak, jestem za owocami.
Ale muszę się już zbierać...
Niestety.
Cześć, Tiphou. Cześć, Philou...
odprowadzę ją.
Podobasz mi się nawet z trzema promilami.
Gabrielle?
Co ty tu robisz?
Czekałam na ciebie.
Czemu nie poszłaś na górę? Chodź.
Nie.
- Są tam strasznie dziwni ludzie. - Zalałaś się w pestkę.
Spokojnie...
Zaczekaj, dajmy mu coś.
- Chodź. - Zaczekaj.
- Elsa jest w domu, zobacz. - Źle się czuje?
- Świetnie. - Fajnie cię widzieć! Kocham cię.
Moja kochana siostrzyczka!
- Spałaś? - Tak.
- Dlaczego? Przyszliśmy z wizytą. - Chodźmy na kanapę.
Dużo bzdur powiedziałam?
Skądże...
Sporo. I zapłakiwałaś się, że ci naleśniki nie wychodzą.
Nie zawsze.
I ciągle powtarzałaś, tzn. darłaś się,
- że nas kochasz. - Bo to prawda.
- O kurde, znowu zaczyna. - Naprawdę!
- Jesteście... - I znów zrobi się okropnie łzawo.
Wcale nie, do cholery. Jesteście...
Jacy?
Nie mam wspomnień niezwiązanych z wami.
Z dzieciństwa pamiętam tylko Saint-Julien.
Aty pamiętasz, jak na to czekałyśmy?
Była malutka, ledwo pisała.
Skreślała dni w kalendarzu jak więzień.
- To prawda. - A nie mówiłem, że tak będzie?
Przepraszam... Już 0 tym zapomniałam.
Mao, musimy jechać do Saint-Julien.
Kręci mi się w głowie.
Łyknij to.
- Jak się masz? - Cześć.
Przedstawię cię kolegom.
- Nie wolisz wyjść? - W pobliżu nie ma gdzie zjeść.
Mamy świetną stołówkę. Nie byłeś nigdy?
Zobaczysz, naprawdę super.
- Ale nie mam... - Chodź, chodź.
- Smaczne, co? - Niezłe.
- Ten wysoki, którego przedstawiłeś mi na końcu, to kto? - Dumas...
To on.
Otrzymałem zadanie.
To znaczy?
Mam ci coś powiedzieć.
Coś złego?
- Nie. - Co za ulga!
Ale to ważne.
- Cześć, Pierre! - Bernard!
To mój syn Mao.
Miło mi... Tyle się o tobie nasłuchałem!
- Chyba nie o mnie. - O tobie. Robisz gry wideo,
- tak? - Owszem,
- ale nie sam. - Wiem, tata pokazał mi stronę.
- Ładna, wiesz? - Dziękuję.
Nie ma za co. zachodzimy w głowę,
jak oni to robią. Czegoś się nauczyłem.
Idę, Pierre. Do zobaczenia, młody człowieku.
Jest bardzo sympatyczny.
Pokazałeś mu naszą stronę?
No...
To źle?
Dobrze.
Tato, zabierzemy babcię do Saint-Julien.
Gabrielle, Elsa i ja.
Chcieliśmy też niemowlę,
ale jeszcze się nie urodziło.
Wobec tego...
nie wszystko schrzaniliśmy.
Nie wszystko.
Skosztuj jogurtu, pyszny.
- Kiedy wyjeżdżacie? - W piątek.
A pozwolą jej?
Mamy rozwiązanie.
- I co tam będziecie robić? - Nic specjalnego, będziemy razem.
Na długo to?
Nie wiemy, zobaczymy.
- A ze spaniem co, chociaż wiecie? - Nie.
Jak się zestarzeję, dla mnie też to zrobicie?
Co?
Jakieś takie głupstwo.
Jasne, że zrobimy.
Oczywiście, nie martw się.
Przepraszamy...
- Szybko, szóstka! - Co takiego?
Proszę tu zostać!
Masz.
- A rekwizyty? - Czyje to?
A to moje. Gabrielle?
- Nie wydepilowałam się. - Serio?
Gotowi?
- No już? - Tak.
No to sru!
Jeszcze nie?
Ale powolny!
- Cicho. - Zablokował się?
- Zaraz pstryknie. - Co wy robicie w moim ogrodzie?
Przepraszamy!
- Do widzenia! - Dziękujemy panu!
Tekst: Joanna Dębska
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.